MITYNG 01/31/2000

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Okres Świąt i Nowego Roku skłania do refleksji. Niezależnie od tego jaka jest nasza religia czy osobista wiara, czas świąt stwarza okazję by zastanowić się nad naszymi stosunkami z innymi ludźmi -jakie one były w mijającym roku? Tradycja każe wszystkim dobrze życzyć. Wysyłamy kartki, dajemy prezenty, podajemy dłoń nieznajomym. Krótko mówiąc porozumiewamy się. Jednym z efektów przebywania w mrocznym królestwie alkoholu była utrata zdolności porozumiewania się z innymi. Choć myśleliśmy, że jest inaczej, wysyłaliśmy wokół siebie raczej negatywne sygnały. Program AA dał nam środki by oczyścić zablokowane kanały komunikacji. Czas Nowego Roku to chyba najlepsza pora by się nad tym zastanowić. W dzisiejszym wieku technologii możemy korzystać z błogosławieństw wielu dróg przekazu, niegdyś niedostępnych. Obok staromodnych: rozmowy, listu a nawet telefonu, mamy pocztę elektroniczną i internet. Możliwości są więc jak nigdy. Pozwólmy więc sobie, zwłaszcza teraz, aktywnie i z miłością przesyłać wszystkim najlepsze życzenia. Miejmy świadomość, że innym potrzebne jest nasze dobre słowo, zwłaszcza samotnym, zagubionym czy sparaliżowanym lękiem. Docierajmy szczególnie do tych na początku drogi - drogi, na której Bóg jakkolwiek go pojmujemy daje nam pełną garścią zdolność porozumiewania z innymi.

Redakcja


Wszystkim członkom AA

w Nowym 2000 roku życzenia Pogody Ducha

i radości w życiu osobistym

składa Rada Regionu Warszawa


BUNTOWNIK ZAWSZE PŁACI!

Pamiętam dobrze dzień w którym dostałem papiery zwolnienia z wojska Ostatnie słowa na zwolnieniu mówiły: Myśli trzeźwo, ma dobre maniery, można na nim polegać. Dwanaście lat później byłem bezdomny, bezrobotny i w stanie totalnej paranoi. Uważałem że wszyscy mnie obserwują i obgadują, a ironia sytuacji polegała na tym, że o swój upadek obwiniałem wszystkich oprócz siebie. Dziś widzę moje życie w nowym świetle. Gdy pierwszy raz przyszedłem do AA miałem na ich temat batrdzo mieszane uczucia. Przegrałem sromotnie dlatego, że próbowałem się trzymać swoich starych przyzwyczajeń i nie chciałem się poddać. Mówią nam że buntowniczość jest często spotykaną cechą u wielu alkoholików i ja buntowałem się uparcie aż do smutnego końca. Jako praktykujący alkoholicy nie mamy pojęcia, jak bardzo jesteśmy irracjonalni. Nie potrafimy pogodzić się z faktem, że jesteśmy chorzy psychicznie i potrzebujemy pomocy. Nie chciałem przyznać że nie potrafię powstrzymać się od picia. Zmieniałem więc gatunki alkoholu. Wierzyłem nawet że po byciu wolnym od alkoholu przez jakiś czas mogę napić się znowu bez żadnego ryzyka. Więc robiłem z siebie głupca i płaciłem za to. Dziś mam już za sobą cztery lata dochodzenia do zdrowia. To były dla mnie dobre lata. Stare idee, postawa, emocje, które były siłą napędzającą mój alkoholizm, zniknęły. Teraz mam całkiem nowy sposób myślenia i rozumienia świata Zdaję sobie sprawę z tego że sam jestem odpowiedzialny za to co się ze mną dzieje. Alkoholik jest świetnym przykładem człowieka, który sam sobie wymierza karę. Ale dopiero kiedy sięgniemy dna możemy zacząć z tego wychodzić. A po czym poznać że jesteśmy na dnie? Sami wiemy, kiedy mamy już siebie dość- mamy dosyć ciągłych wyrzutów sumienia i obaw. Mamy dosyć tego że mamy wszystkiego dość. Dawne dni, ciągłych prób i zaczynania od nowa bez żadnych postępów, są już za mną. Wtedy byłem pod wozem, teraz mam Program.


Czy odwiedzając lekarza mówisz mu, że jesteś trzeźwiejącym alkoholikiem?

Czy jesteś pewien, że lekarz wie, czym jest AA a czym nie jest?

Czy twój lekarz jest świadomy, że AA to narzędzie dostępne dla jego pacjentów?


LEKARZ I PACJENT-ALKOHOLIK

Takie pytanie stawia list Komisji Informacji i Współpracy z Profesjonalistami z 9. dystryktu na Florydzie, skierowany do mieszkańców okręgu. Broward. Dalej czytamy: Dwunasty Krok i Piąta Tradycja mówią nam o niesieniu posłania wciąż cierpiącym alkoholikom. Czyż istnieje lepszy sposób informowania o tym, czym jest AA, jak uświadamianie wszystkich mających styczność z alkoholikami? To nie reklama - przeciwnie, nasza komisja służy informacją i wyjaśnia tradycje wszystkim zainteresowanym spoza AA. Dookoła Wspólnoty narosło i wciąż funkcjonuje wiele mitów - od postrzegania AA jako sekty religijnej do poglądu, że jesteśmy zdolni nauczyć „pić jak dżentelmen". Jednym z działań Komisji Informacji, skierowanych do lekarzy byt pomysł zaopatrzenia członków komisji w zestawy informacyjne „Czy twój lekarz wie" przeznaczone do rozdawania zainteresowanym. W skład zestawu wchodzą broszury : " Problemy inne niż alkohol", „Jak współpracują członkowie AA", "Jeżeli jesteś profesjonalistą" i „Informator AA". Zawarty jest w nim też list od Komisji, zatytułowany „Drogi Doktorze", który zaczyna się tak „ Jeden z Twoich pacjentów przekazał ci ten zestaw informacji. Pacjent ten - członek wspólnoty Anonimowych Alkoholików, zdrowieje z alkoholizmu - jest poważnie zaangażowany w trzeźwienie i pragnie przekazać Ci nieco wiedzy o AA". I dalej: „Pragniemy zaoferować się Tobie, jako dodatkowe narzędzie, które mógłbyś wykorzystywać lecząc swych pacjentów. Można nas znaleźć... Nasza Komisja d/s Współpracy z Profesjonalistami jest gotowa na każde życzenie dokonać prezentacji w Waszej siedzibie i odpowiedzieć na pytania dotyczące AA". Michael W., członek CPC, stwierdza, że program ten, działający już rok, rozwija się dynamicznie: „W naszym okręgu rozdano ponad 500 zestawów, tylko nieliczne wysłano pocztą, zdecydowana większość została przekazana lekarzom bezpośrednio przez ich pacjentów -członków AA. Podobnie jak inni specjaliści, lekarze znajdują się na pierwszej linii opieki nad alkoholikiem - jeżeli nie mają wiedzy o AA to nie mogą nas polecać. Tak więc przez każdego lekarza wiedzącego że AA działa możemy docierać z posłaniem do wciąż pijących".


CZY NIOSĘ POSŁANIE?

Gdy po raz pierwszy usłyszałem pytanie - Czy niosę posianie? - moją natychmiastową reakcją było: „Oczywiście, że niosę, chodzę na mityngi, nieprawdaż?" Tak to myślałem, aż do chwili, w której zdałem sobie sprawę, że muszę uważniej przemyśleć ten temat. Tak, jak wiele innych rzeczy w naszym Programie, mało prawdopodobnym jest, bym się rozwijał, jeżeli nie pomogę „rzeczom się stać", nie tylko dla siebie, ale również dla tych innych, z którymi dzielę wspólny problem alkoholizmu. Zasadniczej sprawą jest to, by /1 TRADYCJA / wszyscy rozwijali się duchowo po to, abym i ja wśród nich się rozwijał. Wszystko to doprowadziło mnie do przekonania, że samo chodzenie na mityngi i niepicie pierwszego kieliszka jest absolutnie niewystarczające, Czyż nie mówi się nam „im więcej wkładamy, tym więcej możemy wyjąć?" Na początku, na pewno więcej brałem, niż wkładałem. To mniej więcej tak, jak konto w banku, nieprawdaż? By nie mieć kłopotów,

powinienem wkładać przynajmniej tyle, ile pobieram. Tak jak wtedy, gdy piłem, zawsze kupowałem tę ekstra butelkę „na wszelki wypadek", więc teraz muszę dla mieć tę małą nadwyżkę dla dodatkowej ochrony. Zadaję sobie pytanie czy, gdy chodzę na mityngi to biorę w nich udział, czy tylko siedzę nie mówiąc nic oprócz Modlitwy o Pogodę Ducha na końcu? Łatwo tak robić, czyż nie tak? Ale poczekajcie chwilę, czyż w AA nie chodzi właśnie o dzielenie się? Gdy starannie pomyślę przed wypowiedzią i mówię tylko po to, żeby powiedzieć to, co mam do przekazania tak krótko, jak to możliwe. Wtedy jest możliwe, że mogę przekazać coś użytecznego. Coś, co może nawet współtowarzyszowi - alkoholikowi pomoże zrozumieć trochę więcej na temat Programu takiego, jak się on stosuje do niego. Zdrowienie nie dotyczy tylko picia, dotyczy życia i tak, jak życie jest procesem ciągłym, takim jest też zdrowienie. Uczęszczanie na mityngi jest najlepszym, ale nie jedynym sposobem uczenia się. Mityngi mogą być i czasem są rozwalane przez oszalałych członków, odnoszących się do swoich wielkich osobistych problemów, które mają niewiele, jeśli mają w ogóle cokolwiek wspólnego z AA. O ile są one w oczywisty sposób ważne dla nich w danej chwili, rzadko pomagają innym, a w szczególności nowym członkom. Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, jak niektórzy „starzy wyjadacze" potrafią wtedy wkroczyć i radzić sobie z tymi sytuacjami w życzliwy, lecz stanowczy sposób, sprowadzając z powrotem mityng do jego podstawowych zadań.Oprócz mityngów, są inne sposoby „niesienia posiania". Pomoc na mityngach w witaniu nowoprzybyłych, i przez to rozumiem nie tylko „tych co po raz pierwszy", ale również odwiedzających członków. Członkowie z krótkim stażem, będący z dala od rodzimej grupy i czujący potrzebę mityngu, często odwiedzają mityngi dla otrzymania wsparcia. O ile przyjemniej będzie dla nich być powitanym, niż pozostawienie ich w samotności. Inną drogą postępu jest zaangażowanie w Intergrupy. Przez uczęszczanie na te mityngi, nawet jako gość, mogę wymieniać doświadczenia z alkoholikami z dalszych stron. W ten sposób moje poglądy stają się mniej zaściankowe, Idąc krok dalej, uczestnictwo w służbach  regionalnych i konferencjach jeszcze bardziej poszerza moją wiedzę. Podobnie też, gdy mam już trochę doświadczenia w trzeźwości, powinienem poświecić trochę czasu na pomoc przy telefonie. Być może najważniejszym sposobem „niesienia posłania jest rozpoczęcie Dwunastego Kroku. Gdy zostałem członkiem Wspólnoty, przyrzekałem dotrzymać tradycji, że „kiedykolwiek i gdziekolwiek ktoś poprosi o pomoc, chcę by dłoń AA zawsze tam była i za to jestem odpowiedzialny". W rezultacie, kiedy tylko ktoś mnie woła o pomoc, przypominam sobie jaki byłem gdy też piłem, ale również jaki będę, jeśli kiedykolwiek znowu zacznę pić. Wreszcie dzisiaj, przez odpowiedzialne zachowanie pokazuję że się zmieniłem, tym, którzy mnie widzieli wtedy, gdy byłem niczym innym niż pijakiem . W końcu, czyż to nie jest to, czego szukamy? Potwierdzenia przez innych, że się zmieniliśmy.

Anonimowy.


Gdy starannie pomyślę przed wypowiedzią i mówię tylko po to, żeby powiedzieć to, co mam do przekazania tak krótko, jak to możliwe, wtedy jest możliwe że mogę przekazać cos użytecznego.

W rezultacie, kiedy tylko ktoś mnie woła o pomoc przypominam sobie jaki byłem gdy też piłem, ale również jaki będę,

 jeśli kiedykolwiek znowu zacznę pić.


JEDNE DRZWI SIĘ ZAMYKAJĄ...

Kilka lat temu poznałam przystojnego młodego człowieka który przyszedł na mityng bardzo pijany, zachowywał się agresywnie, spowodował trochę zamieszania, a potem zasnął na podłodze. Powiedziałam wtedy, że niestety stoi on jeszcze na progu, niezdolny do powstrzymania się od picia na dłużej. Chce tego, co my już mamy, ale nie potrafi tego zrozumieć.

Cóż, wyszedł już z tego progu. Umarł dwa dni temu. Płakałam trochę, gdy o tym usłyszałam. Trudno zaakceptować to, że przez sześć i pół roku patrzyłam jak ten człowiek powoli umiera. Niepotrzebnie. Taki młody, wysoki i przystojny mężczyzna odszedł. Szkoda.

Nie znałam go dobrze, ale widziałam i słyszałam go gdy przychodził na mityngi, próbując po raz kolejny znaleźć to, co my już znaleźliśmy. Wyczuwałam jego ból, sama czułam się sfrustrowana bo nie potrafiłam ukazać mu swojego wyzdrowienia w słowach, które znaczyłyby coś dla niego. Widziałam smutek i niepokój tych którzy byli mu bliżsi, kiedy wyrażali swoją bezradność ponieważ on znowu „tam" był. Dla niego walka się już skończyła.

Przez siedem lat trzeźwości widziałam wielu AA którzy wychodzili z mityngów żeby już nigdy nie powrócić. Niektórzy umarli trzeźwi, z naturalnych powodów albo po ciężkiej chorobie, która zabrałaby ich nawet gdyby nie byli alkoholikami. Inni zginęli w wypadkach które mogą przydarzyć się każdemu. Ale w większości odeszli za wcześnie, za młodo, za pijani. Niepotrzebne wypadki, przypadkowe przedawkowania, samobójstwa. Ile razy słyszeliście jak ktoś mówi -Wiem, że znowu mogę zacząć pić, ale nie wiem, czy uda mi się znowu z tego wyjść? To brzmi strasznie przemądrzale. Ale pomyśl, alkoholiku, nie jesteś nieśmiertelny i następny kieliszek może naprawdę być twoim ostatnim. Pamiętaj, że nie ma pośpiechu i lepiej jest żyć po to, żeby przeżyć jeszcze jeden dzieli.

Krystyna


KROK 1

ZGODA NA BEZSILNOŚĆ

(Grapevine, January 91)

Przecież już zrobiłaś Pierwszy Krok. Przyznałaś, że nie możesz przestać pić, że możesz pić aż do wyczerpania zapasów alkoholu, że zawsze znajdziesz sposób, by wbrew całej swej wiedzy sięgnąć po pierwszy kieliszek, że z powodu picia nie skończyłaś studiów, jesteś bezdomna i toniesz w długach. Sama to wszystko stwierdziłaś - i właśnie to przyznanie - to Pierwszy Krok programu AA Tak powiedział mi sponsor wiele lat temu. Pamiętam te słowa jak i wiele innych wypowiedzianych tego wieczora. Przywołuję je ilekroć dzisiaj sponsoruję kogoś, gdyż mnie bardzo pomogły - poprzez prostotę posłania, nadzieję i fakt, że mówiący je dostrzegł i opisał moją wolę zdrowienia, wolę której sama nie byłam jeszcze świadoma. Niedługo po usłyszeniu tych słów doznałam wielkiej ulgi jaką niesie przyznanie do bezsilności. Myślę, że przyznanie się do bezsilności stanowi klucz do trzeźwienia. Przez lata walczyłam z alkoholem, czasem bardzo serio. Pewnego razu zamknęłam się w góralskiej chacie na odludziu z intencją niepicia przez tydzień. Po 24 godzinach ruszyłam na całodniową wyprawę do najbliższego osiedla, by się napić. Tak przedwcześnie skończyły się moje „otrzeźwiające" wakacje. Próbowałam też wszystkich sposobów opisanych w Wielkiej Księdze: picia tylko piwa, nie picia do 20:00, nie picia przez miesiąc, itd. Nic nie pomagało. Nieustanne pragnienie było silniejsze ode mnie, zmuszając mnie do zachowań, do jakich nie myślałam że jestem zdolna. Najgorszym efektem picia był sposób, w jaki traktowałam innych ludzi. Byłam młoda, pełna ideałów. Pochodząc z pozbawionej miłości rodziny alkoholowej miałam jasny pogląd jak chcę układać swoje relacje z ludźmi. Jednakże w miarę postępów choroby wszystkie te ideały wyparowały: ludzie byli po to by pomóc mi pić, by można było manipulować nimi ukrywając nędzę mojego życia. Stawali się zwykłymi pionkami. Gdy stawali pomiędzy mną a kieliszkiem musieli odejść. Potem pojawiły się oczywiście inne efekty nie kierowania życiem: wstyd i poczucie winy gdy budziłam się w obcym łóżku po kolejnym urwanym filmie, potworne kace, bóle głowy nie do uleczenia, nieugaszone pragnienie, brud i bałagan w którym żyłam, rosnąca niezdolność do wykonywania najprostszej pracy. Krótko mówiąc: żyłam w sposób w jaki nie chciałam żyć i nie umiałam temu zaradzić. Żyłam tak, bo musiałam pić. Sporo czasu trwało zanim dostrzegłam jak jest źle. Przedtem przez lata po prostu staczałam się. Odwrót też nie przyszedł nagle. Będąc na dnie zbyt nienawidziłam siebie -jak widzę dziś była to rzeczywiście choroba duchowa - i nieświadomie wierzyłam, że nie zasługuję na nic lepszego. Dopiero po paru miesiącach w AA, podczas jednego z mityngów nagle zobaczyłam jak wiele wycierpiałam, jak bliska byłam śmierci i jakim koszmarem były te wszystkie lata. Niedługo po tym mityngu nadszedł cud: stałam się gotowa zmierzyć z bólem mojego życia bez alkoholu. Strach przed alkoholem stał się większy niż strach przed życiem. Gdy uznałam, że alkohol jest silniejszy ode mnie i zaakceptowałam, że będę żyć bez niego, przymus picia opuścił mnie po raz pierwszy w życiu. Niektórzy ludzie są zdolni dokonywać wyborów. Ja straciłam taką możliwość od pierwszego dnia mojej alkoholowej kariery. Wiedziałam, że picie jest sprzeczne z moim systemem wartości ale nie byłam zdolna z niego zrezygnować. Nie miałam siły. Zdrowienie pojmuję jako odzyskiwanie siły. Pewien przyjaciel z AA wyznał kiedyś swe wątpliwości wobec takiej postawy: a więc nie uważasz się już za bezsilną wobec alkoholu? Co będzie jak postawię ci kieliszek?. Odmówię - odpowiedziałam -mam już dość siły by odmówić. Bóg przywracam rozsądek. Wierzę również, że celem trzeźwienia jest zdolność do kierowania własnym życiem. Nie chcę nigdy więcej żyć miotana w chaosie i wierzę, że w miarę jak pracuję nad krokami Bóg daje mi zdolność kierowania moim życiem dokładnie na tyle, na ile jestem przygotowana. Podobnie jak sama nie mogłam przestać pić, nie jestem w stanie sama przywrócić sobie zdrowia w innych dziedzinach życia. Podobnie jak z alkoholem - najpierw muszę przyznać się, że mam problem. Dopóki go minimalizuję, udaję zdrową i próbuje „kontrolować", dopóty jestem daleko od skorzystania z Bożej pomocy. Przeżyłam wiele kłopotów i okresów chwilowego nie kierowania życiem w dniach mojej trzeźwości: związane one były z gniewem, urazami, poczuciem winy, lękiem przed życiem w ogóle i ludźmi w szczególności oraz obsesjami i kompleksami wszelakich rodzajów. Traktuję je wszystkie jak demony z przeszłości, stare mechanizmy radzenia sobie z życiem, które straciły swą użyteczność. Ale jeżeli nie zwracam się do Boga to są one wszystkim co mam. Są na tyle silne i destrukcyjne, że tylko Bóg może je usuwać. To one stoją pomiędzy mną a trzeźwym, szczęśliwym życiem w jedności z Bogiem. Na linii pomiędzy czynnym alkoholizmem a życiem jakie Bóg mi przeznaczył i do którego wyposażył znajduję się gdzieś w środku, dążąc ku drugiemu końcowi. Ody pozwalam wadom charakteru objąć władzę w mym życiu i odchodzę od programu AA zapominając gdzie jest źródło siły do zmiany, to zaczynam drogę powrotną z nieuchronnym końcem w piciu. Moje ostatnie, ciężkie doświadczenie bezsilności związane było z czteromiesięcznym okresem impulsywnej pracy. Racjonalizowałam i okłamywałam siebie. Wcale nie zamierzałam być pracoholiczką. Moje ciało dawało mi sygnały: palpitacje i ostre bóle głowy. Ignorowałam je. Nagle poczułam się naprawdę źle. Po tygodniu choroby skłamałam przyjacielowi, że czuję się dobrze, tylko po to by jeszcze popracować. W końcu poddałam się. Uznałam bezsilność wobec własnego zachowania i poprosiłam Boga o pomoc a On błyskawicznie zabrał mi obsesję. Czasami przychodzi mi z łatwością zaakceptować swoje ograniczenia i nie wejść w kolejną walkę. Tak było gdy odrzuciłam zaproszenie na towarzyską grę hazardową. Być może hazard sprawia przyjemność innym, ale ja miałam doświadczenia z "jednorękimi bandytami" parę lat temu i jestem pewna, że wewnątrz mnie siedzi uśpiony nałogowy gracz. Sprawy, w których działa moja Siła Wyższa nie zawsze są tak poważne. Nie posiadam telewizora, gdyż nie umiem nim kierować. Jestem uzależniona od oglądania wszystkiego po kolei. Może kiedyś nadejdzie dzień, gdy będę miała dość siły by robić użytek z wyłącznika. Ale jeżeli nie, to jestem gotowa cieszyć się swą trzeźwością bez telewizji.

Eva M. Londyn


KROK 1

Mam na imię Marek, jestem alkoholikiem.

Gdy te słowa powtarzam na każdym mityngu to zawsze przypominam sobie kim jestem. Spoglądając z perpektywy w przeszłość widzę jak alkohol „otwierał mi świat". Po wypiciu odpowiedniej ilości znikały gdzieś bariery lęku, wstydu. Czułem się wolny i pewien siebie. Z czasem zacząłem płacić coraz większą cenę. Zaczęły się ciągi i to coraz dłuższe a skutki moich poczynań stawały się bardziej dramatyczne. Myślę, że przyszło mi płacić więcej niż było mnie stać. Próbowałem z tym skończyć sam o własnych siłach ale bezskutecznie. Potrzebowałem pomocy z zewnątrz jednak trudno było mi przełamać własny lęk i wstyd i przyznać się do przegranej. Życie i przegrana przytłaczały mnie. Było coraz gorzej. Postanowiłem coś zmienić. Najpierw trafiłem do przychodni. Brałem różne lekarstwa ale to nie rozwiązywało problemu. Rozpocząłem terapię i tam po raz pierwszy w życiu spotkałem ludzi z takim samym problemem jak mój. Czułem z nimi więź, szukałem częstszych kontaktów. W tym samym roku trafiłem do AA. Choć początkowo mówiłem sobie, że AA nie jest dla mnie to jednak zostałem. Dzisiaj dziękuję za to Bogu. Wiele się w AA nauczyłem. Zawsze szukałem szybkich, radykalnych rozwiązań, jakiegoś cudownego lekarstwa na mój alkoholizm. Dzisiaj wiem, że nic takiego nie istnieje. Wręcz przeciwnie - zaleca się powolne działanie. Konieczna jest też samodyscyplina. Bez niej do niczego nie dojdę. Chciałem się zmienić, przerabiałem program i raz po raz kontrolowałem siebie czy już się zmieniam. Ale im bardziej chciałem to gorzej wychodziło. Kiedyś wpadła mi do głowy taka myśl - przestań kontrolować postępy, akceptuj siebie jaki dzisiaj jesteś i to co dzisiaj masz, spróbuj radzić sobie w życiu. Teraz, gdybym miał powiedzieć, co mi dało AA to to, że akceptuję siebie jakim jestem i świat jaki on jest. Nadal przeżywam swoje emocje, ale staram się nie poddawać. Nadal jestem taki sam jak byłem tylko znam swoje błędy i zalety. Pewnych działań unikam /np. picie alkoholu /, nie jestem już dla siebie osobą nieznaną. Czuję się odpowiedzialny za to co robię i za to jak układa mi się życie.


..znam takie rodziny, gdzie wszyscy coś robią dla wspólnego dobra i wtedy można powiedzieć o nich - My. Każdy z nich czasami dobrowolnie zrezygnuje ze swojego Ja po to, by było ich wspólne dobro

Ja - czy My?

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad dwoma wyrazami: Ja i My. W moim poprzednim życiu, a trwało ono dosyć długo, ciągle z kimś walczyłam. A to z mężem, a to z dziećmi, które nie słuchały się wszystkowiedzącej mamy, czasami ze znajomymi, którzy w ogóle mnie nie rozumieli, no i z całym światem, który coraz częściej stawał mi w poprzek. We Wspólnocie dowiedziałam się, że istnieję Ja, że mam swoje życie, swoje prawa. Przekonałam się, że warto zmieniać siebie, bo Mi się wtedy lepiej żyje. Moi przyjaciele wiele włożyli we mnie pracy, żebym zobaczyła Moje dobre strony, ale i te do poprawki. Cały czas poznaję siebie, zmieniam się i wiem, że nie szybko to się skończy. Jestem Ja, jako najważniejsza osoba dla mnie samej. A co ze słowem my? Przecież żyję w jakiejś grupie ludzi. Tradycja pierwsza mówi: „ Nasze wspólne dobro " Co to znaczy nasze? To znaczy ja i kto jeszcze? Powiem szczerze, że nie umiem dać sobie na to pytanie szczegółowej odpowiedzi. Nasze wspólne dobro Moje to wiem, ale nasze? Kto to jesteśmy ci My? Kiedyś rodzina była dla mnie - My. Ale teraz każdy poszedł w swoją stronę. Na pewno nie ma już My -w starym składzie. Więc mam dbać tylko o swoje interesy czy może czasami o ich sprawy też? Ale jeśli ich dobro jest zupełnie inne niż moje, to co ? Jeśli ich dobro jest ewidentnie moim końcem, to co? Zadbać o siebie, czy może ustąpić? Dla mnie My oznacza właśnie często rezygnację z Ja. Albo przynajmniej dopasowywanie, układanie i kompromis. Ale jeśli druga strona nie chce, to tylko ja mam ustępować, żeby było Nam dobrze? Nie wiem! Pewnie na krótką metę będzie to dobre, ale na dłużej nie wytrzymam. Nie dam rady ciągle ustępować, wreszcie eksploduję i nie będzie już żadnego My. Zresztą tak właśnie było u mnie. Ale znam takie rodziny, gdzie wszyscy coś robią dla wspólnego dobra i wtedy można powiedzieć o nich - My. Każdy z nich czasami dobrowolnie zrezygnuje ze swojego Ja po to, by było ich wspólne dobro. I to mi odpowiada. W naszej Wspólnocie Pierwsza Tradycja jest ważna dlatego, żebyśmy przetrwali razem, bo inaczej nie można. Ale gdy wychodzę z mityngu, to już to „nasze" nie jest dla mnie jasne. Istnieję wśród różnych grup ludzi, bardziej lub mniej formalnych. Są to moi przyjaciele, koledzy w pracy, sąsiedzi, klienci w sklepie, pasażerowie w podróży, znajomi na wczasach. Nieraz znam ich bardzo dobrze, czasem wcale. Przebywamy ze sobą długo lub tylko chwilę. Nieraz w ogóle ze sobą nie przebywaliśmy, ale mieszkamy np. w jednym bloku. Jestem w jakiś sposób z tymi ludźmi związana jestem koło nich. Co wtedy? Czy jestem wtedy Ja, czy może My? Czyje dobro jest ważniejsze? Moje, bo przecież przeze mnie uświadomione, czy może jednak Nasze? Jak to rozróżnić? Kiedy zwracać uwagę tylko na siebie, a kiedy jakąś grupę nazwać - My? Nie mogę przecież ciągle robić czegoś dla innych, ja też jestem ważna i też chcę dbać o siebie. Pewnie mogą być i takie sytuacje, że może to być wbrew innym lub wręcz ich końcem. I co wtedy? Jeżeli sprawa jest niejasna, to czym mam się kierować? Ja na razie zwracam uwagę na to, aby jak najmniej krzywdzić innych. Czy dobrze robię, nie wiem? Czy mam coraz częściej myśleć o sobie i innych - My, czy może jednak cały czas być przy swoim Ja. - Wydaje mi się, że zaczynam to rozumieć! Na razie dotarto do mnie coś takiego. Im bezpieczniej będę się czuła jako Ja, tym bardziej będę mogła myśleć o sobie i innych jako - My! Więc najpierw moje Ja musi być mocne i bezpieczne, żebym mogła naszemu My dać więcej mocy i bezpieczeństwa. Im bardziej będę otwarta dla innych i im mniejsze mury będę stawiała wokół siebie, tym bardziej nasze My może być prawdziwe. Ale muszę pamiętać, że od Ja mam zacząć i na Ja kończyć, żeby pośrodku mogło być My!

Warszawa


Egoizm -egocentryzm, owa koncentracja na samym sobie/ ..To właśnie jest jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów.

Anonimowi Alkoholicy str 52