MITYNG 02/32/2000

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Wstępując do naszej wielkiej Wspólnoty byliśmy pełni obaw, lęków ale również prawdziwego pragnienia by zrobić coś, co przyniesie nam ulgę w cierpieniu. Odkrywaliśmy prędzej czy później, że nie jesteśmy całkowicie samotni i wyizolowani. Inni przeżyli podobne zranienia i upokorzenia jak my. Widząc efekty działania Programu AA w ich życiu, odnaleźliśmy źródło otuchy i odwagi. Odważyliśmy się zastosować program w naszym życiu. To był pierwszy krok ku zdrowieniu Zakotwiczywszy w trzeźwości, ujrzeliśmy rozległość AA: w naszych miastach i regionach, a potem w kraju i sąsiednich państwach - dalszych i bliższych. W końcu na całym świecie. Wielu z nas świadomość przynależności do światowej rodziny AA zapiera dech w piersi. Daje większą pewność, że nigdy nie będziemy już samotni. Doświadczenie całego światowego AA służy nam pomocą, wsparciem i pozwala z odwagą rozwijać naszą własną, wzrastającą trzeźwość.

 


 

Jestem kobietą alkoholiczką.

 

Pracuję nad sobą w grupie kobiecej "Bez Maski" , której mityngi odbywają się w każdą niedzielę o godz. 15. 30, przy "DETOKSIE" na ul. Grochowskiej 339. Nasza mandatariuszka w "sprawach organizacyjnych" zdała nam dzisiaj relację z ostatniego spotkania Intergrupy SAWA , które odbyło się 30/10/99. Otóż wyrażono tam opinię, że nasza grupa nie powinna istnieć jako Grupa Wspólnoty AA. Poczułam się jakbyśmy urządzały sabaty czarownic. Przecież Wspólnota AA nie jest organizacją a Wspólnotą, której ja osobiście zawdzięczam wszystko, a na pewno życie. Poczułam się jak dziwadło. Grupa kobieca "Bez Maski" jest grupą specyficzną, mieszczącą się przy szpitalu, gdzie odtruwane są kobiety. Powstała kilka lat temu i do ostatniej Intergrupy nikt nie negował jej przynależności do wspólnoty AA. W grupie uczestniczą kobiety po odtruciu, często pobite. Schodzą do nas w szlafrokach, nie wyglądają na szczęśliwe. Czują się jednak bezpieczne, wracają i nie piją. Często mówię, że nikt nie zrozumie kobiety alkoholiczki tak jak druga kobieta alkoholiczka. Jednak zdarza się, że jakiś mężczyzna potrzebuje mityngu i wówczas sumienie naszej grupy zezwala na uczestnictwo. Chcę tu przytoczyć fragment książki pt. "Początek w AA" autorstwa B. Hamiltona wydanej przez Media Rodzina of Poznań str, 97 -rozdział pt. "Mityngi AA" "Mityngi o specjalnym profilu": "są one przeznaczone dla osób, które łączy jeszcze jakaś inna cecha szczególna" [np. wiek, płeć, orientacja seksualna, poziom zaawansowania w pracy nad programem itp. ]. Członkowie takich grup odkryli, że wymiana specyficznych doświadczeń z innymi, pod jakimś wzgędem bardzo podobnymi ludźmi wzbogaca i utrwala ich powrót do zdrowia...". Grupa "Bez Maski" jest specyficzna, lecz powtarzam jeżeli znajdzie się mężczyzna potrzebujący mityngu akurat w naszej grupie kobiecej, to zostanie zaproszony. Przyjacielu, jeżeli TWOJE sumienie mówi ci akurat, że musisz trzeźwieć w grupie kobiecej przyjdź. Chcę jednak powiedzieć, że czuję się z traktowaniem nas kobiet "Bez Maski" jak za czasów, kiedy kobieta nie miała prawa do głosowania. Wnioski pozostawiam Intergrupie Sawa, ale nadal towarzyszy mi uczucie delikatnie mówiąc niesmaku. Nie wiem też, -czy te kobiety, które są na detoksie otworzą się i będą wracały. A więc czy ta specyficzna grupa będzie miała sens istnienia?

Kobieta alkoholiczka

 


 

PO CO MI DZISIAJ JEST POTRZEBNE AA?

 

Mam na imię Iwonka -jestem alkoholiczką.... na dzień dzisiejszy nie piję ponad cztery i pół roku. Czyli co? ... A może jestem „wyleczona" ? Może już nie powinnam uczęszczać na mityngi? Może to wszystko już za mną? Przecież mam pracę, jestem i wychowuję córkę, mam dom ... Miałam kiedyś wielkiego przyjaciela, nazywałam go „dziadkiem". Pewnego dnia dziadek zapytał mnie: Iwonko, nie pijesz 3 lata [to było w kwietniu 1998r. ], czy długo jeszcze będziesz chodziła do tego AA? A ja mu na to: „Dziadku tej choroby nie da się wyleczyć, a więc będę chodziła do AA do końca mojego życia", a on na to „ale po co?". „Po to żeby się nie napić, żeby żyć i być lepszym człowiekiem". Dziadek umarł. Byłam na jego mogile w dzień zaduszny i „rozmawiałam" z nim: „widzisz dziadku ja ciągle chodzę do tego AA i nie piję". Wówczas gdy chorowałam z alkoholem, a już nie miałam siły aby pić, a jeszcze mniej aby żyć, myślałam, że wystarczy nie pić rok no może dwa i już będę mogła pić normalnie. Tak jak inni ludzie, którzy nie są uzależnieni, że będę wolna, bo alkohol zabierał mi wolność. Dzisiaj wierzę, że tylko Wspólnota AA i uczestnictwo moje w mityngach pozwoli mi zachować trzeźwość. Lecz zanim doszłam do tego wniosku przeszłam przez wiele etapów. Gdy miałam 2 miesiące abstynencji i czułam, że coś mnie rozsadza od wewnątrz i zgłosiłam się do poradni „Petra" na terapię. Tam przez 5 miesięcy „ostrej" terapii, bez głaskania i znieczulania, 4 razy w tygodniu zrozumiałam, że żaden rok, czy dwa nie uleczą mnie. Mądrzyłam się, mówiłam o uczuciach patrząc na listę uczuć, ale nic nie czułam. Miałam dom stworzony mi przez Przyjaciółkę z Al.-Anonu, ciepły obiad i spokój [odeszłam od męża alkoholika zabierając córkę]. Odeszłam z niczym, ale pełna wiary i nadziei na lepsze jutro... Byłam wówczas w Al.-Anonie [ciągle nie mogłam się przyznać, że jestem alkoholiczką] i „terapeutyzowałam" się w „Petrze". A tam Majka „jędza" ale szczera do bólu pokazywała mi moje błędy i była jak moje lustro, mówiła bardzo bolesne rzeczy. A ja robiłam „pasówki" uczuć, mówiłam o miłości, czując nienawiść, o spokoju czując strach, Majka w końcu nie zdzierżyła i zawiesiła mnie w terapii. Nie chcą mnie? Łaski bez. Czułam się bardzo źle, chciało mi się pić, ale trzymałam „fason". Na zewnątrz „spokój" i „opanowanie". Pójdę do AA myślałam sobie. No i poszłam do grupy kobiecej AA - „Maria Magdalena". Jęczałam i płakałam a kobiety słuchały, tuliły i mówiły: „daj czas czasowi". Córka już ze mną nie była, była z ojcem-on miał esperal- ja tylko nadzieję. On miał nasze mieszkanie. Ja nie miałam nic. Było mi źle - „wyć się chciało"- ale chodziłam do AA i znajdowałam ukojenie. Na każdym mityngu czytane są kroki i tradycje AA. Ja też czytałam ale nic nie rozumiałam. Były Izy, użalanie się nad sobą [odwrócona pycha], ale dawało mi to ulgę i nadzieję. Ciągle czegoś mi brakowało. Brakowało mi wiedzy. Zgłosiłam się na terapię 1 kwietnia 1996 roku. Gdzie? Na Jagiellońską 34, na tę Jagiellońską, której nienawidziłam, bo w 1991 roku chodziłam tam na anticol. Byłam jedyną w grupie z roczną abstynencją, byłam „dumna" i „blada", a mądra jak nikt. Ukończyłam grupę wstępną jako „lider". Zresztą z uczestników tej grupy nie piję tylko ja. Później była grupa zapobiegania nawrotom i tam pisałam mój pierwszy „piciorys". Dzisiaj wiem, że nie był obiektywny i powinnam wprowadzić parę „poprawek". Ale to zrobiłam uczciwie przy pracy i przeżywania Kroków 4 i 5. Lecz zanim doszłam do kroków AA przeżyłam kilka „treningów" -czyli głębokich terapii. Po jednym z nich, gdy miałam 2 lata trzeźwości, przeżyłam tylko dzięki Przyjaciółkom z AA, a stanięcie w prawdzie o sobie było bardzo bolesne, lecz w bólu się „rodziłam" i ten ból był twórczy. „Rozwaliłam" dom z piasku i zaczęłam „budować siebie" na skale jaką jest Bóg, Wspólnota [to moja trzeźwość] i pokora. Na treningu DDA zobaczyłam jak wiele krzywdy [to co, że nie świadomie] wyrządziłam mojej córce. Zobaczyłam, że to nie ona odeszła, a ja ją zostawiłam. Właśnie w trakcie treningu DDA porywam córkę za jej zgodą od ojca. I strach - paraliżujące uczucie, ale miłość do niej jest silniejsza, w końcu czuję miłość. Jednak moja trzeźwość jest zagrożona, bo alkoholizm to choroba emocji. Dla mnie, Iwonki alkoholiczki, to bardzo niebezpieczne. Chodzę prawie na okrągło na mityngi - dostaję wsparcie, nadzieję, miłość. Nie napiłam się przede wszystkim dzięki Łasce Boga i Wspólnocie AA. Wygrałam sprawę w sądzie i odtąd musiałam się nauczyć być matką. W tym czasie pojawiła się propozycja pracy nad programem AA w grupie domowej. Musiałam jednak wybrać: terapia czy Program. Wybrałam Program. Wiedzy teoretycznej mam sporo, a Program to duchowość - dla mnie dziedzina nowa. Mózg byt „wyprany" -dość. Jednak do dzisiaj jestem wdzięczna terapeutom za ich trud, za pomoc, za wiedzę. Wielką Księgę dostałam od Przyjaciółki na Kongresie w 1996 roku na AWF-ie. Stała sobie na półce i „mrugała" do mnie niebieskim grzbietem. 12x12 też sobie stało, a ja udawałam, ze ich nie widzę. Warunkiem pracy w grupie było ich czytanie i dzielenie się. Cóż miałam zrobić? Pokonałam lenistwo i wzięłam się za czytanie. Dzisiaj obie są tak pokreślone, a marginesy zapisane, że będę musiała kupić sobie nowe. Czytałam opowieść Billa-moje, u Boba-moje, -oczom nie wierzyłam. Na mityngu mówię inaczej - czuję to co mówię. A więc stało się jak mi „prorokowała" moja pierwsza sponsorka - to co w sercu w głowie to na „języku". „Będziesz to czuła" i czuję! Czy to jest duchowość? - nie wiem, a zresztą po co to nazywać? Najważniejsze, że wierzę w to co mówię o Bogu, o sobie ... to dla mnie autentyczność. Nadszedł czas pracy nad 4 i 5 Krokiem, Poczułam aż do bólu, ale też odkryłam swój egocentryzm - przeszkodę w trzeźwieniu. Na szczęście jest Wspólnota, jest Sponsorka z 16 letnim stażem trzeźwości, a przede wszystkim jest Bóg - Kochający, Miłosierny, Wybaczający. To On stał przy mnie, „Niósł na Ramionach". Płakałam na mityngach, ale były to łzy oczyszczenia, miłości i pokory, płynące z samego dna serca. A dom? A córka? W domu jest cisza, zrozumienie, miłość -dom mój to azyl - to dom gdzie drzwi są otwarte dla Przyjaciół, Moja córka jest już w LO , ma swoje życie, ale często jest ze mną, a ja z nią. Są rozmowy, głaskanie, przytulanie, zrozumienie i tolerancja. Lecz gdy przekraczam jej granicę stopuje mnie, po co ci to mamo? Kiedyś bym się wściekła, dzisiaj mówię chcę wiedzieć bo Cię kocham i martwię się o ciebie. Na moją 4 rocznicę pierwsza złożyła mi życzenia [a więc liczy i wie, a myślałam, że nie i dała „Notesik Kubusia Puchatka dla mojego czterolatka". Po policzkach płynęły mi łzy szczęścia, a ona przytuliła mnie i powiedziała: jestem z ciebie dumna. Dzisiaj dostałam awans - czekałam na to trzy lata. Boję się większej odpowiedzialności, ale stosuję program AA i słyszę Was. „Bój się ale rób" — to usłyszałam na mityngu. Po co mi więc dzisiaj potrzebne AA? Po to aby się uczyć żyć, w codziennym trudzie, być odpowiedzialną za siebie, dbać o siebie pod każdym względem. Wierzę, że „my"- to ja, że bez was nie byłoby mnie, wierzę, że to działa, nie pytam już jak - przyjmuję to jako pewnik. Wierzę V-mu rozdziałowi Wielkiej Księgi -przyjmuję bez zastrzeżeń sugestie Programu AA. To mój drugi dom, ale ten dom nie zawali się jeśli będą w nim ludzie z długoletnim „stażem". Bo wierzę też tym, którzy mówią, że im dalej ostatniego ciągu tym bliżej pierwszego kieliszka. Gdy przychodzi ktoś nowy to ja czerpię z niego siłę, bo ja alkoholiczka mam mu pokazać drogę do domu... ,.do siebie, do rodziny. To mój obowiązek oddać za darmo to co dostałam. Wierzę, że dla mnie alkoholiczki to jedyna droga, że zawsze będę chora, że nigdy się nie wyleczę. I czuję wdzięczność do Boga, że to nie rak. Alkoholizm to choroba z którą już na dzisiaj umiem żyć. Ale czasem nie radzę sobie z emocjami i po to też mi jest potrzebne AA. Bo tu w AA wiedzą o czym mówię i nie ocenią i podzielą się tym co sami wiedzą - za darmo. Po to też, że ja mam nie pić tylko 24 h. Tu też wróciłam do Boga i mam „duchową matkę", od której uczę się miłości i wdzięczności. W AA uczę się być człowiekiem. AA tworzą ludzie, ale ja czuję się jego częścią i to daje mi uczucie przynależności. Dopóki Bóg pozwoli będę chodziła na mityngi, a jeśli Bóg nie pozwoli to AA-owcy dowiozą. Bo wierzę, że alkoholicy to dobrzy ludzie.

Iwonka alkoholiczka

 


 

Na jednej z Intergrup byłem świadkiem ostrej wymiany zdań na temat tzw. „ mityngów kobiecych" Jeden z uczestników wyraził swoje głębokie oburzenie faktem, że szukając pomocy trafił na tę grupę i został z niej wyproszony. Słowa te były przyczynkiem do ożywionej dyskusji na temat racji bytu takiej grupy w AA. Głównym pretekstem do odsądzania tej grupy od AA było stwierdzenie, że każdy AA ma prawu uczestniczyć w mityngu, jeśli tylko czuje taką potrzebę. Mandatariuszka tej grupy czuła się coraz bardziej osaczona przez wypowiadających te słowa. Trudno jej było znaleźć argumenty na obronę swojej grupy. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Mandatariuszka zgadzała się, że każdy kto znajdzie się „w potrzebie" może przyjść. W pewnym momencie jeden z uczestników zaproponował: napiszcie na drzwiach kartkę z wykazem najbliższych mityngów, to pomoże potrzebującym znaleźć mityng bez zakłócania waszego bezpieczeństwa a my zadajmy sobie pytanie, czego szukam jako mężczyzna na mityngu kobiet, jaki jest cel uczestniczenia w takim mityngu? Czy aż tak bardzo go potrzebuję aby nie liczyć się z tymi, którym mogę zakłócić spokój? Czy moja obecność w nim , nie jest podyktowana niezdrową sensacją lub innymi pobudkami? Postawione pytania stonowały niezdrową atmosferę panującą na sali. Emocje powoli zaczęły opadać. Kolejne pytania skierowane do naszej uczciwości przywróciły nas do porządku - choć może nie wszystkich. Postawił je AA mający za sobą doświadczenie w służbie. Staram się iść jego drogą - sam jestem mandatariuszem. Uczę się odpowiedzialności za swoje postępowanie , niosąc na miarę moich możliwości pomoc innym „młodszym" AA. Będąc mandatariuszem utrzymuję kontakt z Intergrupą, innymi mandatariuszami i przekazuję to dla swojej grupy. To daje mi odwagę do otwierania się na innych i zdobywanie umiejętności w postępowaniu w moim życiu. Uczę się tej „mądrości" i dystansu do siebie i do świata. To wszystko zaczęło się w grupie , gdzie starsi AA dzielili się „swoją" siłą nadzieją i doświadczeniem sugerowaną poprzez program AA. A co to jest dla mnie? 1.Znalazłem sponsora. 2.Przeiamywałem swoje ego wychodząc do ludzi - pomagając i wchodząc w służby. 3.Czytałem i czytam literaturę AA, odnajdując drogę dla swojego życia. To dała mi moja macierzysta grupa ; spokój i odwagę do życia. A JAK TO DZIAŁA? Nie wiem, ale życzę tego każdej grupie która czuje się „obco", szukając SWOJEJ WŁASNEJ DROGI.

Jeden z Was AA.

 


 

Pozwólmy im być naszymi zaufanymi sługami -

 

Moja rodzina jest bardzo mała. Starsi mojego rodu szybko umierali i nie miałem możliwości czerpać z ich doświadczeń. Nieraz tęskni mi się za ciepłą babcią i miłym dziadkiem, którzy mogli by być przy mnie i wspierać. Przecież jest wiele takich rodzin, gdzie są osoby starsze, mądre i chociaż już nie mają bezpośredniego wpływu na decyzje rodziny, to młodsi radzą się ich i chętnie czerpią z ich doświadczeń. Pewnie, że można wszystko robić samemu od początku i uczyć się na własnych błędach. Tylko czy to jest konieczne? Tak samo myślę o naszej Drugiej Tradycji. Nikt nami nie rządzi, nawet Ci, którzy przyszli do Wspólnoty dawno przed nami i mają wiele dobrych doświadczeń. Nasza Wspólnota trwa już ponad 60 lat i zatacza coraz szersze kręgi na całym świecie. Jest ona i rozwija się właśnie dzięki temu, że czerpiemy z doświadczeń naszych poprzedników. Tak jak całe narody są mocne poprzez trwanie w swoich tradycjach, tak i my mamy szansę na zdrowienie dzięki temu, że 60 lat temu inni ludzie zaczęli tworzyć naszą Wspólnotę. Jak ja wszedłem na naszą drogę, to na szczęście byłem tak słaby, że nie miałem pomysłów na uzdrowienie Wspólnoty. Nie miałem siły na poprawianie tego co działało od lat. Ale czasami widzę takich co od razu wiedzą co jest źle i co trzeba zmienić, żeby im było lepiej. Strach mnie ogarnia co będzie jak im się uda. A na uboczu siedzą ci, co dawno już to przeszli i wiedzą jak rozum wiele razy wyprowadzał ich w pole. Mają wieloletnie doświadczenie w rządzeniu w pijanym życiu i również wieloletnie doświadczanie ciszy, spokoju, pokory i służenia drugiemu człowiekowi. Może warto zatrzymać się i popatrzyć na tych ludzi. Swoje funkcje już dawno oddali innym, ale ich mądrość pozostanie. Mogą być naszymi „zaufanymi sługami". Trzeba im tylko zaufać i pokornie poprosić o pomoc. Kilka razy próbowałem i nie zawiodłem się. Chociaż nie zawsze na moich warunkach i nie zawsze zgodnie z moimi oczekiwaniami. Na przykład kilka razy próbowałem skarżyć się na kogoś i pokazać swoje racje. Zawsze słyszałem jedną odpowiedź: „A co ty uczyniłeś, by było lepiej?" Nasi „weterani" są dobrą skarbnicą doświadczeń, siły i nadziei. Można i trzeba korzystać z ich pomocy. I pomimo tego, że już nie są naszymi oficjalnymi przedstawicielami, to dalej służą nam swoją mądrością. Na ich błędach też warto się uczyć, niekoniecznie tylko na swoich. To właśnie oni mogą być „sumieniem naszej grupy". Moja rodzina jest bardzo mała ale Wspólnota jest bardzo duża i mogę czerpać silę i doświadczenie od „ciepłych babć" i „miłych dziadków" całej mojej Nowej Rodziny!

 


 

MOJE PIERWSZE MITYNGI

 

Moje pierwsze mityngi -pamiętam wstyd, zażenowanie. Byłam jedyną lub jedną z dwóch, trzech kobiet. Wydawało mi się, że mężczyźni alkoholicy - to normalne, ale kobieta? Oczywiście milczałam i wysłuchiwałam piciorysów, Nic do mnie nie pasowało. Rozpoczęłam wędrówkę po Warszawie, zwiedzając wszystkie dzielnice w poszukiwaniu mityngów odpowiednich dla siebie, Wszędzie to samo, same chłopy. Nieliczne kobiety opowiadały, jak mnie się wtedy zdawało, same okropne rzeczy. Po półtora roku wędrowania zdecydowałam, że mam jedną grupę, w której czuję się bardzo dobrze. To moja grupa macierzysta. Chciałam jednak i pragnęłam towarzystwa kobiet -szukałam sponsorki. Poszłam na mityngi kobiece. I tu spotkał mnie zawód. Na tych mityngach czułam się bardzo źle. Nie lubię użalać się nad sobą, a będąc na mityngach kobiecych trochę się tym zaraziłam. Nie słyszałam nic o przeżyciach wewnętrznych, uczuciach, duchowości ani co robić, aby nie sięgnąć po butelkę w chwilach samotności i „dołka" psychicznego. Odniosłam wrażenie, że każda próbuje usprawiedliwić swoje picie użalając się na okropnych mężczyzn. Ciężko było utożsamić się z alkoholikami ale jeszcze trudniej z kobietami. Szybko wróciłam do naszych normalnych grup AA. Nic przeszkadza mi do dziś, że jako kobieta jestem w mniejszości. Zresztą jest nas coraz więcej, ku mojej ogromnej radości. Ostatnie wakacje spędziłam jeżdżąc po Polsce. Byłam na wielu mityngach w małych i większych miasteczkach, Odczulam prawdziwą więź i przyjaźń, jedno nas wszystkich łączy - chęć utrzymania trzeźwości i radość z pokonywania problemów bez flaszki. Mamy tę samą chorobę bez względu na płeć, kolor skóry czy wyznanie. Piłam w towarzystwie mężczyzn i dlatego dzisiaj nie mam specjalnych wymagań by trzeźwieć oddzielnie. Uczestnicząc w różnych służbach - zespołach wzrasta moja świadomość Wspólnoty. To niesamowite, że nie jest to organizacja, a trzyma się i działa. Zrozumiałam, że we wspólnocie AA najważniejsze jest, ile miłości i jedności wnoszę na nasze spotkania a nie to, ile warunków wstępnych mego trzeźwienia uda mi się zrealizować.

kobieta AA.

 


 

BEZ MASKI

 

Jestem uczestniczką grupy kobiecej „Bez Maski", wprawdzie nie alkoholiczka lecz jako współuzależniona. Jeśli będzie wolno mi zabrać głos to chciałabym powiedzieć, że bardzo cenię sobie mityngi tej grupy. Fakt, że przychodzą tu same kobiety sprawia, że możemy szczerze rozmawiać o swoich problemach. Ponieważ bywałam również na innych spotkaniach, wiem z własnego doświadczenia, że klimat koedukacyjnych mityngów nie w pełni mnie satysfakcjonuje. Bywa często, że na Grochowskiej schodzi z oddziału kilka kobiet, które jeszcze obolałe i w bardzo ziej formie fizycznej przypatrują się i słuchają co mówią inne kobiety. Bardzo często zostają i po jakimś czasie okazuje się, że dla nich otworzyła się furtka i poznają smak trzeźwego życia.

Kobieta Al- Anon

 


 

Doskonały i realny program

 

Do AA dotarłem w stanie kompletnego wyczerpania fizycznego i nerwowego. Straciłem wszystko; żonę, dzieci, karierę, dostałem od życia okrutną nauczkę. Nie miałem już przyjaciół, ponieważ cały mój świat, którego ciągle się kurczowo trzymałem zamykał się czterema ścianami pokoju, siedzenia w fotelu i picia w samotności noc w noc. Siedziałem w ciemności (przez co wypaliłem sporą część fotela) udając, że nie ma mnie w domu. Unikałem w ten sposób spotkania z R.., który zaprowadził mnie na pierwszy mityng. R.. miał za sobą wiele lat trzeźwienia ale zapewniał, że ciągle potrzebuje AA. Stracił kilka tygodni próbując doprowadzić mnie jak pasterz zbłąkaną owieczkę na mityngi. Mając do niego mniej niż przyjazne usposobienie, wykombinowałem sobie, że dalsze swoje trzeźwienie będę kontynuował na swój własny sposób - samotnie. Zmęczony, wyczerpany i zdesperowany chodziłem z jednego mityngu na drugi wiedząc, że nie mogę się napić. W międzyczasie wyciągałem się w wypalonym fotelu i w zupełnej samotności czekałem aż nadejdzie pora na następny mityng. Podtrzymywałem swoje chodzenie na mityngi AA, bo nie miałem żadnego innego bezpiecznego miejsca, ale wciąż izolowałem się od innych ludzi z AA. Na każdym mityngu, na które uczęszczałem siadałem jak wystraszone zwierzę samotnie, z dala od grupy, nie włączając się w żadną dyskusję ani służbę. Czułem wyższość w stosunku do tych pijaków, czułem się lepszym od nich. Po sześciu miesiącach takiego trzeźwienia osiągnąłem kolejne dno. Moje życic było praktycznie i emocjonalnie nieuporządkowane, pogmatwane, co prawda nic sięgnąłem jeszcze po kieliszek ale byłem sam, wyalienowany i w głębokiej depresji. Nic potrafiłem sobie w żaden sposób z tym poradzić. Wreszcie znalazłem trochę odwagi aby o pomoc poprosić Andrzeja, który miał prawic dziesięcioletni staż w trzeźwieniu, był aktywny w AA i wzbudzał moje zaufanie. Andrzej zabrał mnie na inny mityng z dala od dotychczasowej miejscowej grupy (w której czułem się samotnie, nic byłem aktywny, po prostu chowałem się po kątach). Przedstawił mnie wielu osobom, które początkowo nic wywarły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia ani dreszczyku emocji, ale było to dobre na moją samotność bo poznałem nowych ludzi. Szturchnięciami i własnym przykładem zachęcał mnie do zabierania głosu, w końcu włączyłem się do grupy i zacząłem aktywnie uczestniczyć w mityngach, a także wierzyć w wypowiedzi innych i z nich korzystać. Andrzej wyznał mi szczerze swoją przeszłość i stan obecny. Z uwagą słuchałem jak zaczynał trzeźwieć i jak teraz utrzymuje trzeźwość. Był zagorzałym katolikiem, mocno wierzącym w siłę modlitwy i często wyznawał mi jak wiele zyskał dzięki modlitwie i wierze w Boga. Lecz gdy byłem załamany, przytłamszony problemami, nigdy nic mówił mi: „Módl się, proś Boga o pomoc". Robił to inaczej, dawał mi jakiś przykład z własnego doświadczenia, praktyczną sugestię. Pewnego razu , kiedy przedstawiłem sponsorowi swoje zażenowanie, zakłopotanie wręcz wątpliwości dotyczące znaczenia duchowości i tych wszystkich „boskich spraw", (nic wierzyłem, że Bóg może mi pomoc), odpowiedział: „Popatrz Marian, tutaj w AA jest miejsce dla każdego kto pragnie przestać pić. AA jest bardzo praktycznym programem. Przychodzimy tutaj po ciężkich życiowych doświadczeniach ze swymi nałogami i nawykami - pierwszym z nich jest nasze picie, Jesteśmy trzeźwi, chodzimy na mityngi, próbujemy słuchać i zaczynamy rozumieć co to są te złe nałogi i nawyki. Z pomocą programu i ludzi stajemy się mocni i na tyle silni aby uwolnić się od niektórych z nich. Po jakimś czasie zaczynamy zamieniać je na dobre nawyki i przyzwyczajenia. Nasze życie staje się lepsze i stajemy się innymi ludźmi". Nie potrafię wyrazić jak wiele to dla mnie znaczyło. To dato mi wiarę w możliwość rozwiązania mojego problemu. Wszystkie dręczące mnie problemy i sprawy zaczną układać się lepiej, jeśli będę trzymał się AA. Nauczyłem się dzielić swoimi uczuciami z Andrzejem, mówiłem mu kiedy byłem w depresji, zły, smutny, samotny itd. Pewnego dnia, kiedy znowu znalazłem się w dołku psychicznym i nie miałem akurat żadnych materiałów z mityngów AA wyznałem opiekunowi, jak beznadziejnie się czuję. On odpowiedział: „Marian, nikt Jeszcze nie umarł z powodu kiepskiego samopoczucia psychicznego czy emocji. Ludzie umierają z powodu tego co robią, a nie od tego co czują. Ty czynisz i postępujesz dobrze. Chodzisz na mityngi, rozmawiasz, dzielisz się uczuciami i emocjami z innymi, w ten sposób pomagasz innym i sobie. W miarę trzeźwienia będziesz miał wiele przeróżnych emocji i odczuć, lecz jeśli będziesz robił to co robisz na pewno wszystko będzie w porządku", Czas mijał, zaliczyłem mnóstwo mityngów, lecz w mojej głowic zaczęły się rodzić myśli, że może nie jestem prawdziwym alkoholikiem. Może dać już sobie spokój z mityngami i napić się od czasu do czasu dla przyjemności. Zacząłem również myśleć o znajomych, którzy mówią o mnie i wypowiadają rzeczy takie jak, „Marian ma problemy, ale nie jest alkoholikiem". Moja pijacka przeszłość, pomyślałem, nie była tak dramatyczna jak życiorysy ludzi słuchane na otwartych mityngach. Bałem się wyznać to Andrzejowi, ale po wielu tygodniach; kiedy byłem już bliski opuszczenia AA odważyłem się i opowiedziałem o swoich rozważaniach. Nie powiedział, „Módl się o wybaczenie i akceptację", czy „Zamknij się i siadaj, jesteś alkoholikiem". „Marian" powiedział, „jedynym wymaganiem stawianym członkom wspólnoty jest chęć zaprzestania picia". Zapomniałem o tym i pomyślałem sobie, „Co z tego, jeśli oni pomyślą, że nie jestem alkoholikiem? Ja mam takie pragnienie. Nie chcę pić. Mam prawo być tutaj". Potem Andrzej rzekł, „Marian, czy pamiętasz jak to było gdy piłeś?. Wszystko co się wydarzyło?". Pomyślałem o zaciemnionym pokoju, wypadkach, drgawkach, roztrzęsieniu, nudnościach, wstręcie do siebie, zaniku energii, zupełnej izolacji i wiecznym strachu. „Tak", odpowiedziałem. „Czy chcesz wrócić do tego?", spytał. „Nie", odpowiedziałem jak mały chłopiec zagrożony postawieniem za karę w kącie. Andrzej rzekł, „W porządku, nie musisz. Nie musisz również pić, jeśli nie chcesz". Poczułem wielką ulgę po usłyszeniu tych słów. Wiele osób mówiło mi, „Ty musisz przesiać pić", ale nikt nigdy nie powiedział mi, „Ty nie musisz pić". Andrzej sprawił, że AA stało się dostępne osobom takim jak ja, pokazał jak to działa praktycznie. Musiałem sprawdzić to na sobie aby uwierzyć. Mówił ciągle o zasadach AA, o mądrości zawartej w ideach takich jak HALT (łatwych do stosowania w naszym życiu); spróbuj nie być zbyt głodny, zły, samotny czy zmęczony. Kiedy piłem, w ogóle nic stosowałem tej zasady. Teraz także jeszcze często zapominam o ważności tego hasła. Pierwsza najważniejsza chyba zasada w naszym trzeźwieniu to: „TO PROSTE ALE ZRÓB TO". Wplatał wszystkie te zasady i mądrości w swoje mowy i wystąpienia, przedstawiał jak stosował je w swoim życiu. W ten sposób pokazywał jak ja również mogę to zrobić. Pozwolił mi uwierzyć, że AA jest bardzo praktycznym programem i zawiera sposoby rozwiązywania moich problemów. Nie jestem już niewiernym Tomaszem. Zobaczyłem działanie AA w moim życiu.

wg Grapevine

 


 

Nazywam się Jimmy, jestem alkoholikiem. Swą historię dedykuję temu, kto dzisiaj po raz pierwszy przyszedł na mityng .Wychowywałem się w rodzinie alkoholowej. Ojciec dużo pił, a ja sądziłem, że tak ma być, skoro ojciec odnosił sukcesy w pracy jako muzyk. Sam zacząłem pić jako 15- latek a w wieku 23 lat już byłem uzależniony. Alkohol pomagał mi snuć fantazje z sobą w roli głównej, szczególnie po kieliszku wszelkie fantazje przybierały realny kształt jak w filmach z Jamesem Bondem. Pomagał mi też rozmawiać z ludźmi. Miałem wtedy odwagę. Po 10 kieliszkach mogłem rozmawiać nawet z żoną.- Moja mama zaniepokojona mym stanem mówiła w tym czasie, że przechodzę jakiś etap ale po 16 latach mego picia też tak mówiła. Choć piłem jak świnia to jednak byłem młody, miałem dobry metabolizm (przemiana materii) ale coraz częściej alkohol stawał się paliwem do przeżycia życia. Ważny był efekt picia. Jak było gorąco - potrzebowałem się napić, ale cóż ... ciągle byłem spragniony. Rozpocząłem etap zmieniania prac i picia "geograficznego". Zawsze potrafiłem wykazać pracodawcy, że mnie potrzebuje. Zacząłem pracę w filmie ale tylko do czasu kiedy znalazłem się kiedyś we francuskiej restauracji. Zobaczyłem tam ludzi, którzy mieli w pracy ciągle pełny kielich wina. Na pytanie kto płaci za wino usłyszałem, że to za darmo, na koszt właściciela. Bardzo mnie się to spodobało i zacząłem pracę w tej restauracji. Jednak długo nie pracowałem . Musiałem się wynieść gdy niezdolny do pracy ze szklanki przepijałem kilka litrów czerwonego wina. Pojechałem na Karaiby. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że żyję. Rozbity statek, pływanie z rekinem. Kiedyś tak wracałem łodzią do domu, że zatonęła. Ale o tym dowiedziałem się dopiero następnego dnia od sąsiadów. Nigdy w tym czasie nie widziałem swojego problemu i zawsze za niepowodzenia obwiniałem np. pogodę czy los. Tym razem pojechałem do Kanady, do Toronto. Obiecałem sobie, że teraz, będzie inaczej, stanę się odpowiedzialny i było tak 3-4 miesiące dopóki nie wróciłem do picia. I znów zaczęły się niebezpieczne zdarzenia. Upadek z mostu, rozbity samochód. Do dzisiejszego dnia nie wiem, czy czasem nie stałem się przyczyną pożaru restauracji. Zacząłem cierpieć na ciągłe drżenie rąk, brak snu, paliłem wyraźnie za dużo. Lekarzowi nic nie mówiłem o moim piciu, wytłumaczyłem tylko, że tęsknię za Anglią, więc zalecił mi abym przestał palić i wrócił do Anglii. I znów 3-4 miesiące, było dobrze ale zaczęło się , że nie. piłem 5-6 dni i... nic. Następnego dnia mogłem się wynagrodzić i wiecie co było dalej - piłem. Ostatecznie miałem za co. Miałem restaurację. Jednak choć księgowy informował mnie o dużych zyskach, to w banku przypominali mi o rosnących długach. Powiedziałem im, że to oni mają problem. ... Pieniędzy na alkohol wydałem mnóstwo. To tysiące, tysiące, tysiące tysięcy. Ludzi wokół siebie miałem wielu, szczególnie tych, co pili za moje pieniądze i pili jak ja tzn. dużo. Staczałem się coraz niżej. Myślałem , że nikt o tym nie wie, zdawało mi się, że jestem niewidzialny. Nadal, leżąc już w rowie, patrzyłem na innych ludzi z wysoka. Dochodziły dziwne wrażenia. W czasie jazdy samochodem widziałem jak drzewa, z boków drogi, zaczęły nagle stawać na jej środku. Powoli stawałem się paranoikiem. Ciągle, odczuwałem, że ktoś patrzy na mnie. Stawałem się egomaniakiem z kompleksem niższości. Musiałem ciągle znajdować się na środku sceny i ciągle stawałem się przerażony gdy tam się znalazłem. Pierwsza żona pewnie by mnie nie. zostawiła, gdybym potrafił wypić tylko 2-3 kieliszki ale ja nie potrafiłem się zatrzymać. Staczałem się coraz dalej i szybciej. Wraz ze mną staczało się moje morale. Musiałem pić aby zapomnieć co robiłem, nie jadłem, własną świadomość rozpuszczałem w alkoholu. Osiągnąłem dno. Chciałem pić ale nie miałem za co. Poszedłem do przyjaciela, z którym kiedyś wiele wypijaliśmy sądząc , że skombinuje jakiegoś drinka. Przyjaciel zapytał: Wypijesz coś, Jasne - odpowiedziałem Mina mi zrzedła gdy dodał: Kawy herbaty? To było dziwne. Przez 20 minut skarżyłem się przyjacielowi jak zostałem skrzywdzony w życiu przez żonę i jak potrzebuję się napić. On patrzył się tylko jak nikt dotąd w mym życiu. Nie mogłem już manipulować nim. Choć bardzo chciałem utrzymać maskę, nagle rozpłakałem się. Kolega spytał czy dużo piję. Odpowiedziałem, że umiarkowanie. Wtedy opowiedział swoją historię. Przestał pić kiedy swe życie połączył z AA. Wtedy i ja poszedłem na swój pierwszy mityng AA i od tego czasu, ponad 23 lata nie piję alkoholu. Stał się cud. Pracowałem nad Krokami i nie myślałem o piciu. Chodziłem na mityngi. Nie zawsze mi się chciało chodzić ale zobowiązania podjęte w służbie dyscyplinowały mnie. Służba pomogła przetrwać najtrudniejszy okres. Wiele się w moim życiu zmieniło. Mam wielu przyjaciół na całym świecie. W przyszłym 2001 roku wybieramy się z przyjaciółmi z Polski do Irlandii ale najważniejsze czego się nauczyłem - to żyć w realnym świecie. Dzisiaj bardziej sobie cenię rzeczywistość od najpiękniejszych marzeń.