MITYNG 05/35/2000

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Społeczeństwo ciągle się zmienia. Podobnie jak indywidualni członkowie AA jesteśmy w stałym procesie zmian. Jednak kolektywnie jest to osobna historia. Program zdrowienia AA od 60 lat jest niezmienny. Dzięki Bogu. Nie znaczy to jednak, że wspólnota pozostaje taka sama. Na naszych oczach powstają Regiony, nowe Intergrupy, rozpoczęło pracę wiele nowych mityngów. Jednak rozprzestrzenianie  mityngów stworzyło nowe problemy. Za dużo mityngów, nie dość grup AA - mówią niektórzy, pełni troski starsi członkowie AA widząc nas dryfujących coraz dalej od jedności AA, a w rezultacie tracących unikalną właściwość przekazywania alkoholikom posłannictwa powrotu do zdrowia. Terapia przynosi okresowo wyraźną poprawę stanu zdrowia. My w AA mamy to szczęście, że możemy otworzyć swe serce o każdej porze dnia i nocy, w każdym miejscu globu. Zmiany w lecznictwie mogą wpływać na nasze mityngi. Kiedy ty lub ja przedstawiamy się jako alkoholicy to chcemy powiedzieć, że potrzebujemy siebie nawzajem w naszym wspólnym problemie. Inni mają ochotę podkreślać stan podwójnego uzależnienia w przekonaniu, że to wszystko jest tą samą chorobą. Wiemy, że to nie jest jasne. Niektórzy utrzymują, że w ośrodku leczniczym byli leczeni na jedną modłę. Może powinniśmy siebie zapytać, czy wariackie "pójście w tango" na ciastka, seks, czy zakupy jest naprawdę tak wielkim problemem. W końcu przyszliśmy do wspólnoty AA szukając trzeźwości od alkoholu, czyż nie? Jest na pewno naszym najskrytszym Ja, to, co płacze za uzależnieniami. To Ja, któremu przez tak wiele lat zaprzeczaliśmy i które maltretowaliśmy alkoholem. Próbujemy zatkać tę dziurę jakąkolwiek przyjemnością. Każde najlepsze zadowolenie jest jednak krótkie. Co się dzieje tego dnia, gdy aktualne przestaje działać? Jako dla alkoholików, najprostszą rzeczą dla nas było napić się. Dzisiaj uzależnienie od AA to duchowy program zdrowienia. Świat może być nowy, ale na pewno nie problem. Tak więc, nie traktujmy się tak poważnie, nie zapominajmy kim jesteśmy, gdzie byliśmy i gdzie pełni nadziei zmierzamy.
 



... moje „dno" znajdowało się znacznie niżej, niż myślałam.

Dużo niżej.

Nigdy nie straciłam pracy z powodu picia. Ciągle jestem mężatką. Nigdy nie spędziłam nocy w więzieniu. - Gdy uderzyłam o dno, wszystkie te stwierdzenia były dla mnie prawdziwe. Używałam ich niczym miarki we wczesnym okresie trzeźwości, stąd uznałam, że naprawdę byłam pijakiem o „wysokim dnie". Ale gdy z czasem zaczęłam realizować program AA, doszłam do wniosku, ze moje „dno" znajdowało się znacznie niżej, niż myślałam. Dużo niżej. Odkryłam, że moja „metrówka" była nieistotna. Dla mnie, „uderzenie o dno" nie mogło być określone w trywialnych kategoriach, jak np. moja praca. Raczej składało się z powolnego, katastrofalnego wyciekania z czegoś, co mogę tylko nazwać dusza. Mam długą historię „upychania" negatywnych emocji. Jak wielu innych w AA, dorastałam z najwyraźniej wrodzoną potrzeba przypodobania się innym: byłam spokojna, jakże grzeczna, „miła" za wszelką cenę. W wieku dwunastu lat, miałam wrzody na żołądku. Mając czternaście, odkryłam cudowne własności lecznicze gorzałki kradzionej z barku ojca. Patrząc wstecz, piłam w szczególności, żeby oswoić wewnętrznego „lwa". Na pewien czas działało. Byłam okresową pijaczką dopóki nie skończyłam szkoły. Gdzieś w tym czasie zaczęłam doświadczać straszliwych napadów pojawiającego się bez przyczyny lęku, które „leczyłam" codzienną konsumpcją wina. Po otrzymaniu świadectwa, znalazłam dobrą pracę i utrzymałam ją. Wyszłam za mąż za ukochanego ze szkoły. Miałam paru przyjaciół. Lecz moje picie rosło.
Patrząc wstecz, widzę młoda kobietę ciągle walczącą z niską samooceną. A im więcej piłam, tym mniej ważna wydawała mi się ta walka. Wtedy, gdzieś po drodze, dużymi częściami mojej osobowości zaczęły wstrząsać dreszcze i zaczęłam się zamykać. Stopniowo, przestałam odzywać się do przyjaciół. Wciąż stroiłam się i chodziłam do pracy obrzydliwie skacowana, ale radząca sobie. Myślę, że nawet utrzymywałam mój „miły" wizerunek. Jednak głęboko w środku, zakorzeniła się wielka samotność. Strach, izolacja, urazy, stały się moimi bliskimi towarzyszami. Głębokie wewnętrzne źródła, z których tryska samo „ja", zaczęły wysychać. Po pewnym czasie, samotne, puste dźwięki moich własnych, wewnętrznych ech zaczęły być coraz głośniejsze, niż gorączkowy rytm codziennego, zewnętrznego życia. Ostatecznie, w maju 1992 r., uderzyłam o maje osobiste, emocjonalne dno. Stało się tak, że byłam w „suchym" stanie – abstynentką z powodu drugiej ciąży. Bez mojej tarczy z wina, doświadczałam fizycznych symptomów zespołu abstynencji bez żadnej wskazówki co robić. Czułam się całkowicie, zupełnie samotną, odłączoną, wyrwaną w jakiś sposób ze strumienia życia. Gdy doszłam do szóstego miesiąca ciąży – wciąż „sucha" – znosiłam panikę i ataki lęku tak ostre, że zastanawiałam się, czy nie jestem szalona. Zaskoczyło mnie, że szaleństwo boli. Chciałam umrzeć. Nie mogłam sobie wyobrazić życia z tym zaciekłym, wewnętrznym bólem. Przypadkowy telefon (jak wierzę teraz – moja Siła Wyższa) połączył mnie z linią życia: terapeutka z wieloletnią trzeźwością. Wysłała mnie do AA po naszej pierwszej sesji. Byłam tak chora, przestraszona i zdesperowana, że się jej posłuchałam. W mojej chorej wyobraźni ujrzałam terapeutkę jako osobę stojącą na brzegu – obserwując moje huśtanie na falach daleko na morzu – i połączona ze mną pojedyńczą nicią. Wydaje się, że łatwo powinnam się przyznać do bezsilności, ale tak nie było. Wiele z moich wczesnych godzin w terapii skupiało się na Pierwszym Kroku i na radzeniu sobie z panika i niepokojami. Uczęszczałam na mityngi AA codziennie. Przechodziłam to niesamowite doświadczenie, gdy nieznajomi opisują moje uczucia i pijackie eskapady, ale ja ciągle trzymałam się cienia wiary, że jestem jedyną w swoim rodzaju. Że moje „wysokie dno" kwalifikowało mnie jako drugorzędnego alkoholika – a nie pełnego „pierwszorzędnego". Za tym przychodziła pomocnicza myśl - że może nie muszę trudzić się tak ciężko w AA, jak niektórzy z tych alkoholików o „głębokim dnie". Miałam też pomylony pomysł, że mogłabym wygrać trzeźwość, jak w totolotka – stać się trzeźwą na całe życie i nigdy nie musieć przerabiać programu AA, chyba że chciałabym – gdybym tylko mogła perfekcyjnie wykonać wszystkie Kroki za pierwszym razem. Te iluzje okazały się krótkotrwale. W miarę jak kontynuowałam terapie, pracowałam z doświadczonym sponsorem i nauczyłam się czegoś na temat pokory, stopniowo zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebowałam AA.. Nie bardzo wiedziałam, jak przeżyć życie na jego warunkach bez kieliszka. Nawet nie wiedziałam, że nie jestem świadoma tego faktu. Z pomocą zasad AA, jego ludzi i mojej Siły Wyższej, jestem rzeczywiście czasami zdolna do „zrobienia następnej właściwej rzeczy, wyniki pozostawiając Bogu". Dzisiaj, skupiam się na prostym fakcie, ze jestem alkoholiczka. Wtedy padam na kolana i dziękuje Bogu za AA.

P.......  



KONCEPCJA TRZECIA

Każdy członek AA wie, że 12 Kroków o ile przyjmiemy je z pokorą i uczciwie stosujemy, prowadzi nie tylko do wyzdrowienia z alkoholizmu ale jest także przewodnikiem życia duchowego. Niektórzy w AA są świadomi również tego, że 12 Tradycji, to zbiór zasad opartych na doświadczeniu, którymi każda grupa jak i Wspólnota w całości powinna się kierować w działaniu. Niewielu natomiast jest świadomych roli 12 Koncepcji w działaniu światowych służb AA. W przeciwieństwie do Kroków i Tradycji, będących dziełem zbiorowym, Bill W. napisał Koncepcje sam. Sądzę, że Bill był bardzo świadomy odpowiedzialności leżącej na każdym szczeblu służb. W 1955 roku Bill i Bob w imieniu "weteranów" przekazali odpowiedzialność i nadrzędny priorytet światowych służb AA w ręce zbiorowego sumienia całej Wspólnoty (1 Koncepcja). Nieco później, w 1958 roku na cztery lata przed powstaniem Koncepcji Bill napisał artykuł do GRAPEVINE zatytułowany "Konferencja Służb Ogólnych - strażnik AA", z którego przebija troska o przyszłość Wspólnoty .Zacytujmy: "Każdy członek AA chce mieć pewność, że zostanie uratowany, a jego rozwój duchowy będzie mógł przebiegać dalej. Nie ma w tym nic niewłaściwego. Co więcej każdy w AA pragnie działać według swoich możliwości, by nieść ratunek i pomoc innym alkoholikom. W tym miejscu ciągłość istnienia i dobra kondycja całego AA staje się żywotną potrzebą nas wszystkich. Wiemy, że zarówno indywidualne jak i grupowe posłannictwo wymaga ufności, ofiarności, czujności i pracy - to co jest prawdą dla indywidualnego alkoholika czy grupy musi być też prawdą w odniesieniu do całości AA. Mimo to, wielu z nas nigdy nie uwzględnia tej oczywistej tezy. W swych działaniach przyzwyczailiśmy się, że AA jako całość będzie działać bez składek czy bez potrzeby specjalnej uwagi grup . Być może nawet połowa grup nie interesuje się naszym bezpieczeństwem AA jako całości. I nie jest to zaniedbanie grupy, one po prostu nie dostrzegają swych potrzeb". Powyższe słowa Billa pozostają dziś równie aktualne jak wtedy, gdy były pisane. W każdej organizacji czy społeczności zawsze istnieje grupka ,,działaczy i większość przyzwalająca" by ,,kto inny się tym zajął". Spróbujcie znaleźć ochotników do zrobienia czegokolwiek w grupie AA - nawet herbaty. Usłyszycie ciszę. Dlatego trzeba było stworzyć Koncepcje. Koncepcja trzecia ujmuje ,,prawo decydowania" w grupie w relacji między grupą, mandatariuszem oraz jej bezpośrednimi kontaktami z intergrupą, regionem.. Choć grupa jest dla siebie ostatecznym arbitrem w podejmowaniu decyzji to jej punkt widzenia jest ograniczony: zwykle umykają jej szersze korzyści widoczne z perspektywy kilku grup. Grupa może nakazać głosować swemu mandatariuszowi w ściśle określony sposób, jednak bardziej realistyczne podejście to przekazanie ,,prawa decyzji reprezentantom /mandatariuszom/ - zaufanym sługom, gdyż często, w dyskusji 20-30 takich reprezentantów kształtują się zupełnie nowe rozwiązania. Podobnie z regionem, gdzie reprezentanci intergrup mogą jeszcze przedyskutować problem i dojść do nowych rozwiązań. Na Konferencji Delegatów przedstawiane są decyzje regionów: jeżeli te decyzje są nie do przyjęcia dla większości zarejestrowanych grup muszą zostać zweryfikowane przez Konferencje. Ten mechanizm sprawia, że pomimo iż grupy posiadają najwyższą władzę we wszystkich sprawach dotyczących AA to, jedynie Konferencja Służb Ogólnych ma prawo występować  w imieniu AA jako całości. Skoro na każdym szczeblu działają ,,zaufani słudzy" to po co pojedyncza grupa ma zajmować się sprawami AA jako całości. Może dlatego, że każdy członek AA powinien zawsze pamiętać słowa: "Jestem Odpowiedzialny". Jesteśmy odpowiedzialni bo oddaliśmy nasze życia Wspólnocie i Sile Wyższej. Jeżeli nie przyjmujemy tej odpowiedzialności to jak mamy być pewni, że AA będzie działać i realizować testament Billa? Musimy pamiętać, że nawet trzeźwi, nadal mamy umysły alkoholików - dopóki nie zmieni nas duchowa pokora. Czyż więc nie może zaskoczyć nas sytuacja, że w desperacji owa grupka ,,zaufanych sług" powie sobie: ,,odwalamy całą robotę - więc skoro inni stoją z boku, to będziemy robić to, według własnego uznania, bez konsultacji z grupami" Bill W. znał zmienność myślenia alkoholika, wiedział jak słaba jest nasza trzeźwość i dlatego zostawił strażnika, broniącego przed nadużyciem władzy, gdyby taka się pojawiła. To był jego dar miłości wobec Wspólnoty. Sam Bill przyznawał, że we wczesnych latach AA często bywał pod wpływem ,,uroku władzy" co zresztą pamiętali i inni weterani. Podejmując, po licznych konsultacjach decyzję o stosowaniu 12 Koncepcji miał za sobą 27 lat ciągłej służby. Dobrze wiedział jakiego spustoszenia mogą dokonać w AA alkoholicy. Myślę, że pojmował Koncepcje jako najlepszy środek jakim mógł uchronić Wspólnotę przed tym, że żaden jej członek, nadużywając powierzonego zaufania, nie zrani jej śmiertelnie.

wg SHARE  



... a może warto się zastanowić ?

Głosimy miłość, będąc pełnymi nienawiści, spokój - kiedy w rzeczywistości niepokój niemal nas przytłacza, i wiarę w rzeczy, w które naprawdę nie wierzymy. Nawet z tymi ludźmi, na których nam najbardziej zależy, w niewielkim jedynie stopniu dzielimy się prawdziwymi uczuciami, przekonaniami czy potrzebami. Być może dlatego, że tak bardzo chcemy być kochani, obawiamy się prawdy, która może się ujawnić przy pełnym otwarciu, a zatem przedstawiamy się jako ten rodzaj człowieka, który - o czym jesteśmy przekonani - ludzie zaakceptują i pokochają. Staramy się natomiast ukrywać rzeczy, które - naszym zdaniem - zepsułyby ten obraz. Inną przyczyną, dla której staramy się ukryć siebie, jest lęk przed zmianą. Dla większości ludzi zmiana jest przerażająca. Chcemy sądzić, że jesteśmy "stali". Ukształtowaliśmy własny wizerunek i wydaje się, że wierzymy, że jesteśmy już wszystkim (zrealizowaliśmy już wszystko) czym kiedykolwiek mogliśmy się stać, podczas gdy w rzeczywistości wraz z wiekiem i doświadczeniem zmieniają się nasze potrzeby, cele, przedmiot pożądania, wartości, zachowanie i odczucia. Jeszcze jednym powodem, który sprawia, że nie udaje się nam wyeksponować prawdziwego "ja" jest to, że naprawdę go nie mamy, że nigdy nas
nie nauczono jak to z robić, a w praktyce znacznie więcej dowiedzieliśmy się o tym, jak ukryć naszą prawdziwą osobowość. W rezultacie nadal akceptujemy nasze role i odgrywamy je. Nasze społeczeństwo zachęca nas, a nawet wywiera presję, by tłumić wszystkie emocje i cechy, które uważa za "nie do zaakceptowania". Oczywiście czasami nie da się wystąpić z otwartą przyłbicą, natomiast odgrywanie ról jest właściwe w systemie społecznym, którego częścią być musimy, a które wymaga od nas pewnej dyscypliny. Kluczem jest to co "stosowne"- zachowanie prywatne gdy tego chcemy, ale także zdolność, by być uczciwym i otwartym, bez lęku. Jesteśmy ludźmi, żyjemy, cały czas dorastamy, jesteśmy pełni uczuć - uczuć, które można sklasyfikować jako wygodne czy niewygodne, przyjemne czy nieprzyjemne ale nie: dobre i złe. Uczucia są być może naszą najbardziej osobistą własnością i jeśli nie poradzimy sobie z nimi we właściwy sposób, mogą być niszczące. Musimy umieć rozpoznawać swe uczucia,
akceptować je jako integralną, nieodłączną część nas samych i radzić sobie z nimi po kolei, w miarę jak przychodzą - nie tłumiąc ich, kiedy to możliwe, a potem przechodzić do następnych uczuć, które z pewnością nadejdą.

Mityng nr. 5  



Z notatnika alkoholika


Więcej dobrych myśli - mniej miejsca na złe
        Największa sala na świecie - sala do remontu
12 kroków - nie w górę, lecz w trzeźwość ku pokorze.
        Kazanie - coś co się raczej ogląda niż słucha
Pokora - odwaga by zobaczyć i zaakceptować siebie
        Wdzięczność - to składnik trzeźwości. Jeżeli jest jej
dostatecznie dużo to nigdy nie zapijesz.
        Najlepszy sposób by docenić trzeźwość - wyobraź sobie
siebie nietrzeźwego
        Ideały - to czym żyjesz, nie to, o czym mówisz
Cud - chodź codziennie na mityng a ujrzysz wiele
        Trzeźwość jest darem - a jej utrzymanie pracą
Gdy robisz coś tak, jak trzeźwy AA - wkrótce sam
        będziesz trzeźwy AA




Spóźnialscy - są cztery typy:


- ci co lubią robić wejście „smoka"
- ci co nie chcą słyszeć tekstów początkowych, gdyż w
jakiś sposób nie stosują się do nich
- ci, co nie chcą być wciągnięci w przygotowanie mityngu
- lenie to ci, co nie umieją się zorganizować.
Trudno mówić lub słuchać przy akompaniamencie skrzypiących drzwi.
Jeśli się spóźnię zajmuję miejsce najciszej jak to możliwe.
Służba - 9/10 pracy w AA jest wykonywane przez 1/10 członków.
Oni osiągają najwięcej satysfakcji z trzeźwości.
AA nie jest panaceum dla wszystkich uzależnień,
poradnią małżeńską czy nadbudową dla terapii.
Przecież są sponsorzy! Idźcie do nich z problemami kryminalnymi,
seksualnymi- wszystkim tym co nie jest wspólnym doświadczeniem grupy.