MITYNG 08/50/2001

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Drodzy Przyjaciele!!!

 

       Oddajemy dzisiaj w Wasze ręce 50 numer naszego biuletynu.

Powstał on na grupie ORLIK w październiku 1992 roku z inicjatywy grupki entuzjastów szukających sposobu porozumiewania się warszawskich, a właściwie południowopraskich grup AA. Przez pewien okres był biuletynem Intergrupy SAWA, a od 1994 r. decyzją Konferencji Regionalnej stał się biuletynem Regionu Warszawa. MITYNG jest ogniwem łączącym zdrowiejących alkoholików. Korespondenci przekazują swoje doświadczenie, siłę i nadzieję odzwierciedlające postępy w pracy nad własnym charakterem, jak również doświadczenia sprzyjające duchowi jedności oraz wartości wynikające ze służby w strukturach AA. Zamieszczane artykuły nie są zamierzone jako wykładnia polityki AA ani też nie są odzwierciedleniem stanowiska służb Regionu Warszawa; są głosem poszczególnych członków. W granicach przyzwoitości MITYNG cieszy się wolnością słowa we wszystkich tematach AA. Jako biuletyn AA Regionu Warszawa, MITYNG wyraża tylko jeden cel: nieść posłanie AA do cierpiących alkoholików i chce się stosować do zasad AA we wszystkich poczynaniach.

Redakcja


JEDNOŚĆ NIE  ZNACZY,  ŻE  WSZYSCY

 

Tamtego wieczoru we łzach wyszłam z mityngu. Przeżyłam gorzką kłótnię Zaskoczyła mnie tylko świadomość, że to, co czułam nie było złością, lecz strachem - że grupa, która okazała tyle miłości i akceptacji w moich pierwszych tygodniach trzeźwości, może rozbić się przez małe nieporozumienie. Co by się wtedy ze mną stało? Wchodząc do kawiarni, gdzie członkowie grupy często się spotykali po mityngach, byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam tych najbardziej zawziętych podczas sporu; siedzieli i rozmawiali teraz spokojnie jak najlepsi przyjaciele. Czy nieporozumienie zostało wyjaśnione czy też zapomniane? Żadna z tych rzeczy. Pokazywali w praktyce stosowanie zasad Anonimowych Alkoholików. Swoje zdrowienie traktowali poważniej niż nieporozumienia. Podczas, gdy nie zgadzali się z tym, co mogło być najlepsze dla grupy, chętnie pozwalali nowym faktom aktywnie docierać do sumienia grupy. Mogli odłożyć różnice zdań na bok i kontynuować opiekę nad sobą i swoją trzeźwością. Chciałabym powiedzieć, że nauczyłam się tej lekcji i natychmiast zastosowałam, lecz tak nie było. Najczęściej się zdarza, że potrzeba było dużo czasu, kłopotów, osobistej niewygody, bym zrozumiała coś niecoś o jedności AA. Przyszedł nieunikniony czas w trzeźwieniu, kiedy zaczęłam wyczuwać problemy pojawiające się w mojej macierzystej grupie. I tak, nagle znalazłam się w samym środku sporów przekonana, że muszę bronić swoich racji i wykazać innym, że to, co chcę, jest w najlepszym interesie grupy, a może nawet AA jako całości. Kiedy grupa podjęła odmienną decyzję, doznawałam strachu. Co stanie się z moją grupą? Złość (jak mogą to zrobić!); wyrzuty sumienia (powinnam zrobić więcej, aby ich przekonać!); użalanie się (nie głosowali na to, bo mnie nie lubią!). Chciałam uciec, ale to zawsze było moją odpowiedzią na przykre uczucia. Dzięki przykładowi innych, tym razem mogłam siedzieć spokojnie i czekać. Ogromną niespodzianką było to, że grupa jako całość nie rozpadła się. Nie wyglądała na dotkniętą tą decyzją. Wszyscy kontynuowaliśmy życie w trzeźwości. Później, powoli  grupa zdecydowała  zmienić kierunek i zaczęła obchodzić się ze swymi finansami w sposób bardziej zgodny z Dwunastoma Tradycjami. Życie i zdrowienie toczyło się dalej, a grupa kwitła. Nauczyłam się wtedy, że jedność rzadko znaczy zgodę wszystkich we wszystkich sprawach.  Że nie powinniśmy się zgadzać z większością lub mniejszością, jeżeli uważamy inaczej. Moje doświadczenie mówi, że najlepiej osiągnąć jedność przez wysłuchanie wszystkich opinii i poglądów i to, że każdy z dyskutantów musi mieć czas, aby odseparować się od uczuciowych reakcji na dany temat. Troskliwa delikatność oraz modlitwa najlepiej służą grupie AA jako całości. Nauczyłam się też, że decyzja zła dla grupy zawsze może zostać  zmieniona. Nic nie jest wypisane na kamieniu. Możemy się uczyć z własnych błędów. Kiedy mamy podjąć jakąś ważną sprawę, musimy pozwolić formułować się sumieniu grupy i wierzyć w proces stosowania Dwunastu Tradycji w podejmowaniu naszych decyzji. Wtedy dopiero czuję, że jestem częścią Wspólnoty i że wszyscy jesteśmy złączeni w naszej wspólnej chorobie, wspólnym celu i wspólnym rozwiązywaniu problemów.

M.....


URAZA I PRZEBACZENIE

Skłonność do urazy i łatwość popadania w złość to nasz grzech

 "numer jeden" -Wielka Księga str. 55

 

Chyba każdy z nas przekonał się jak toksyczna potrafi być uraza, ile czasu męczyło nas użalanie się nad sobą, ale najgorsze okazało się to, że potrafiła niczym duchowy tasiemiec urządzić sobie siedzibę w systemie moralnym ofiary i tylko dławi sądem, złością, samousprawiedliwieniem oraz innymi formami egoizmu i egocentryzmu, a te są przecież dla nas przyczyną wielu nieszczęść. Pewnego razu, na mityngu , spojrzałem na drugą stronę i zobaczyłem dawnego przeciwnika. Tak naprawdę nie byliśmy wrogami, ale przed laty mieliśmy poważne nieporozumienie. Złamał zaufanie, z czym nigdy się nie pogodziłem. Ta uraza kosztowała mnie mnóstwo bólu.  Choć we własnym mniemaniu to ja byłem poszkodowanym,  jednak źle się czułem nie potrafiąc przebaczyć i zapomnieć. Próbowałem - przez pewien czas działało. Ale gdy ujrzałem go na mityngu, stara złość wypłynęła gdzieś z głębi mnie. Nie jestem zwolennikiem mówienia ludziom wprost, że nie podoba mi się ich zachowanie, ale raz w desperacji, poprosiłem tego człowieka o spotkanie tak, abym mógł wyrazić swój żal. To spotkanie było  jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie miałem kiedykolwiek zrobić.  Nie bardzo pojmował, że chciałem się do niego zbliżyć poprzez uczciwą rozmowę. Zachowywał się obronnie i agresywnie, nie przyjmował szczegółów mojego żalu i tego, że złamał opartą na dobrej wierze przyjaźń. Ale za chwilę poczułem ulgę. Mogłem widzieć, słuchać go jak mówi i już nie byłem tak poruszony. Jednocześnie rozczarował fakt, że nie był ze mną szczery. Ale dlaczego mnie to tak niepokoiło? Z tego, co uczyło AA wiedziałem, że jak ktoś zajmuje tak dużo miejsca w moich myślach, to ja jestem tym,. który ma problem. Ale ta wiedza nie pomagała mi. Niezliczone razy mówiłem sobie - gdybym tak naprawdę pozbył się tego przykrego uczucia. Gdybym tak naprawdę przebaczył tej osobie. I wtedy, na mityngu, ktoś rzucił nowe światło na pojęcie przebaczenia. To pomogło. Gdy decyduję się na przebaczenie komuś, zastawiam na siebie pułapkę. Przebaczenie daje do zrozumienia, że nadal czuję się poszkodowany, że zajmuję wyższą moralnie postawę, z dobroci serca wybaczając przewinę. Jednakże taka postawa utrzymuje urazę. Potwierdza to maska moralnej wyższości. Doświadczenie pokazuje mi, że jak jestem urażony  czymś, co wygląda  na niesprawiedliwość ze strony kogoś innego, to dzieje się wtedy, gdy jestem zainteresowany uczuciem zranienia, że ma dla mnie znaczenie, chcę mu poświęcić uwagę. Inaczej mówiąc - szukam okazji albo pretekstu, racjonalnego wytłumaczenia by czuć się urażonym. Często się to dzieje w sposób zupełnie nieuświadomiony. Wcześnie nauczyłem się czynić innych odpowiedzialnymi za to, jak się czuję. Ponieważ paru dorosłych wychowując mnie, nie wykonało dobrze swojej roboty, obwiniałem potem wszystkich dorosłych. Uczyniłem z siebie ofiarę ich zaniedbań. W ten sposób mogłem utrzymywać przedłużone dzieciństwo tak długo, jak chciałem. Kiedyś myślałem, że rozwiązaniem na złość jest pójść do danej osoby i wyrzucić urazy. Ale to jest forma czynienia innych odpowiedzialnymi za moje uczucia. Teraz myślę, że najpierw muszę odszukać prawdziwe źródło mego niepokoju, które  znajduje się we mnie. Wtedy dopiero mogę pójść, albo i nie, do tej osoby; ale w obu przypadkach nie oczekuję, że przez to spotkanie coś się zmieni. Lekarstwo odnajduję, nie w akceptacji mnie przez niego, ale w tym, że to ja mam zaakceptować jego. Jak się tego nauczę, mam szansę odnaleźć drogę do stanu pogody ducha. Co właściwie zobaczyłem tego wieczora na mityngu ?. Mój dawny przeciwnik to stary, smutnie wyglądający  mężczyzna, którego znałem od wielu lat. W jakiś sposób wyglądał na wojownika, który przetrwał burzliwe życie i przybył do miejsca poddania się. Bez wątpienia miał wady. Kto nie ma? Ale cierpiał przez nie. Jeśli nie był świadom swych błędów - nie mógł ich dostrzec, nie był w tym znaczeniu inny od nas. Czasami wszyscy jesteśmy tacy, a jak mówią w "12x12": nawet najlepsi z nas czasami bardzo daleko schodzą od kursu. Tak więc, jeśli przebaczanie nie działa jako rozwiązanie na urazy, można próbować akceptacji. Przypomina mi to o pokoju, który w końcu zawarłem z rodzicami. Przez wszystkie  lata dorastania czułem do nich urazę za to, co uważałem za złe w ich zachowaniu. W miarę lat, zacząłem ich widzieć jako ludzi.  Mieli swoich rodziców, którzy ich skrzywdzili. A z kolei ich rodzice mieli rodziców. Szło to aż do Adama i Ewy, i tam to się pewnie zaczęło. Kiedy już wystarczająco wycierpiałem przez swoją niechęć i nieomylność, zacząłem postrzegać mego dawnego przeciwnika po prostu jako jednego z nas. Miał swój własny bagaż. Nie potrzebował mojego przebaczenia. Cierpiał z powodu własnych wad, jako to cierpimy wszyscy. Cnota jest sama sobie nagrodą, ale wady charakteru są swego rodzaju ukrzyżowaniem. Przypominam sobie, ileż przez lata włożyłem wysiłku, próbując doskonalić rolę ofiary. Tak więc, przynajmniej tego wieczora odczułem, że doszedłem do miejsca odpoczynku dla mego wzburzonego ducha. Ale małe ukłucia nerwowości ciągle przypominają, że w przyszłości będę miał więcej akceptacji do zrobienia. A przebaczenie zostawię tym, którzy potrafią sobie lepiej z nim radzić. Porozmawiałem z facetem o jakiś błahych sprawach, które zbytnio się nie liczyły, bo nigdy nie było między nami dużego kontaktu. Ten człowiek zdziałał cuda w służbie AA i miał wiele trudności do pokonania lub zaakceptowania. Ale jeśli ja go nie będę sądził, nie będę musiał mu znowu i znowu wybaczać, i to tak długo, jak długo będziemy się znać.


Krok 4 „Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny”

 

STRACH I CZWARTY KROK

Grapevine April 2001

 

Jak często słyszeliście: "Wiem, że powinienem zacząć czwarty krok, ale jestem przerażony"?. Znam ludzi we Wspólnocie, którzy potrafią działać zdecydowanie brawurowo. Ale weź tych gotowych na wszystko "odważniaków" i zasugeruj, że jest czas robić 4 Krok a okaże się, że nigdy nie widziałeś takiej dyskretnej powściągliwości, takiej ostrożności, braku humoru, przerażenia skamieniałej twarzy. Skąd bierze się ten paniczny strach? Czy w jakiś sposób nieświadomie podsycamy ten lęk? Czy zrobiliśmy z Czwartego Kroku coś, co prawie nie przypomina pierwotnej metody? Czasami wydaje się, że znaleźliśmy sposób bagatelizowania skutków naszej choroby po to aby uniknąć 4 Kroku. Na przykład, kiedy nowicjuszka mówi swojej sponsorce, że boi się zabrać do 4 Kroku, ta, mająca najlepsze intencje sponsorka mówi chcąc jej pomóc: "nie przejmuj się", albo: "wstrzymaj się przez kilka lat". Dlaczego? Żeby zostać drażliwy, niespokojny i niezadowolony przez kolejne dwa lata? Czasami zabieramy się do 4 Kroku zupełnie nie od tej strony. Skąd bierze się sugestia: "Napisz swoją historię "? Tylko niewielu z nas ma czas, aby napisać autobiografię. I nawet, jeżeli to zrobimy, ile z tego będzie zawierać prawdziwą inwenturę uraz, lęków i poczucia winy, których mamy się pozbyć?. Różne publikacje o zdrowieniu rozpowszechniają wielostronicowe przewodniki inwentury. Ale my, czy wypełniamy jakieś ankiety czy robimy inwenturę? Często znajdujemy tam pewien "przekręt". Nie zapomnij napisać także o swoich zaletach - dlaczego? Czy znasz kogokolwiek, kto upił się z powodu swoich zalet? Czy ktokolwiek chciał kiedyś się ich pozbyć? Czy 5 Krok mówi, że wyznaliśmy istotę naszych zalet? Możliwe, że nasza choroba znalazła skuteczny sposób rozwodnienia, ominięcia tego kroku. Czy nie powinniśmy trzymać się sposobu Billa W. On użył słowa "inwentura" a nie "arkusz bilansowy". Zalety należą zaś do bilansu. Bill W powiedział /taśmy magnetofonowe/, że jednym z powodów opublikowania Wielkiej Księgi było wyraźne pokazanie czarno na białym, że od inwentury nie można się wywinąć. Nigdzie w 4 Kroku w Wielkiej Księdze, nie ma żadnej wzmianki o słowie "zalety". Czy tak być może, że jeszcze pijani, robimy wszystko, aby wywinąć się od niezbędnej metody? Czy pamiętacie klasyczną scenę ze starego, gangsterskiego filmu? Rzecz dzieje się w pokoju przesłuchań na komisariacie policji. Doświadczony detektyw żąda informacji od podejrzanego i zmęczonym, znudzonym głosem mówi: -" OK, Luise. Możemy to zrobić jednym z dwóch sposobów: trudną lub łatwą drogą". To samo jest z 4 Krokiem. Możemy go zrobić jednym z dwóch sposobów. Prostą drogę wyznaczają strony 63-71 Wielkiej Księgi. / strony 54-61 w polskim wydaniu Wielkiej Księgi - przypis redakcji /.

Ted D.


Pomoc na dzisiaj.  

Na podstawie Grapevine

           Jestem trzydziestopięcioletnim księdzem. Od dwudziestu siedmiu lat cierpiałem na wadę wymowy - jąkałem się. Czasami bardzo, czasami mniej. Przez te lata byłem u wielu lekarzy i logopedów, otrzymywałem wiele porad, przeszedłem wiele kuracji. Bez skutku. Pozostawiono mnie z mało pocieszającą świadomością, że jedynym lekarstwem jestem ja sam i moja determinacja by przezwyciężyć wadę. Próbowałem więc wciąż, ale z mizernym skutkiem. Ale w jakiś sposób doszedłem do zrozumienia, że żadne natężenie siły woli ani determinacji nie pomoże mi, jeżeli nie zmienię całkowicie podejścia do problemu. Potrzebowałem nowej filozofii życia. Dwa lata temu znalazłem odpowiedź. Znajomy ksiądz zaprosił mnie (niemal całkowitego abstynenta!) na mityng AA odbywający się w małym prowincjonalnym miasteczku irlandzkim. Ofiarował mi też numer Grapevine. Na mityngu usłyszałem ludzi mówiących zwykłym językiem i z wielką prostotą. Wszyscy przyznawali, że nie istnieje całkowite wyleczenie, ale można jedynie być pewnym sukcesu dzisiaj, w dniu który przeżywamy i mieć nadzieję na przeżycie następnego dnia bez sięgania po alkohol. Ten program „na 24 godziny’’ poruszył mnie do głębi. Uświadomiłem sobie, że mogę go zastosować w dążeniu do opanowania wad wymowy. Dotychczas każda porażka pozbawiała mnie nadziei na wiele dni co z kolei rodziło strach przed publicznymi wystąpieniami i nasilenie jąkania. AA pokazało mi, że samoużalanie to luksus, na który mnie nie stać. Ujęła mnie też uprzejmość jaką uczestniczący okazywali sobie nawzajem. Czytając literaturę AA i Grapewine przekonałem się, że AA to nie tylko wspólnota ludzi dążących do wyzdrowienia z alkoholizmu, ale także sposób życia pozwalający odkryć każdemu swą siłę i słabość oraz wymagający prawdziwej wrażliwości wobec innych. Jestem wdzięczny za kontakt z AA nie tyle dlatego, że Wspólnota pomogła mi radzić sobie z wadą wymowy, ale głównie za to, że nauczyła mnie zasad, zawartych w Dwunastu Krokach, które prowadzą mnie do większej bliskości z Bogiem i bliźnimi.


 

KILKA SŁÓW O NAS SAMYCH

Opracowanie redakcji MITYNG . Na podstawie informacji zaczerpniętych z BOX 459

oraz prac Regionu Warszawa

 

Jak mówi Czwarta Tradycja: "Każda grupa ...." Zrozumiałe więc, że mityngi każdej z tysięcy grup mają swą własną specyfikę, jednak większość mityngów, zarówno dla początkujących, krokowych, aż po mityngi spikerskie, podzielić można na te dwie kategorie: otwarte lub zamknięte, zgodnie z opisem podanym w broszurce "GRUPA AA". Mityngi otwarte są dostępne dla wszystkich tych, którzy są zainteresowani programem zdrowienia z alkoholizmu proponowanym przez AA. Zamknięte są tylko dla utożsamiających się z AA,  chorobą alkoholową, dla tych, którzy pragną przestać pić.  Mityngi otwarte jak i zamknięte są zawsze prowadzone przez członków AA. Na mityngach otwartych mogą być zaproszeni do wypowiadania się goście spoza Wspólnoty AA, ale to zależy oczywiście od sumienia grupy. Pamiętamy, że Bill W. często zapraszał do zabierania głosu na mityngach otwartych lekarzy i duchownych . Doświadczenie pokazało, że szczególnie tematy mityngów otwartych powinny wynikać w zgodzie z V Tradycją, tak by wypowiedzi koncentrowały się na trzeźwieniu i wychodzeniu z alkoholizmu. Paradoksalnie, położenie nacisku na nasz główny cel jest ważniejsze na otwartym, a nie zamkniętym mityngu, ale i tak wielu zapomina, że są na mityngu otwartym, a nie na typowym zamkniętym, poświęconym Dwunastu Krokom. Ale co robić, jeśli na zamkniętym mityngu niespodziewanie zjawi się ktoś zewnątrz AA, zawodowo zajmujący się problemami alkoholizmu lub też z innych względów zainteresowany AA? Wspólnota wypracowała dwa rozwiązania: Niektóre grupy podejmują decyzję o przekształceniu charakteru mityngu i ogłoszeniu, że mityng będzie mityngiem otwartym, tak by gość mógł pozostać jako „obserwator”. Zdarza się, że gość nie ma pojęcia, jaka jest różnica pomiędzy mityngiem otwartym i zamkniętym i nie zrazi go to, że formuła mityngu została zmieniona, chyba, że zmianie tej towarzyszy zajadły spór. Bywa, że jeśli grupa pragnie podtrzymać zamknięty charakter mityngu, to informuje gościa, gdzie aktualnie może wziąć udział w mityngu otwartym odbywanym w pobliżu lub też, ktoś z grupy bierze gościa na kawę i rozmowę w cztery oczy, podczas której zaznajamia zainteresowanego na czym polega program AA.

Pytanie: Co mogę myśleć o wypowiedziach na mityngach, dotyczących nie tylko alkoholu, lecz również doświadczeniach z narkotyzowaniem się?

Odpowiedź: Coraz więcej przychodzących do AA jest uzależnionych nie tylko od alkoholu, więc nic dziwnego, że wypowiadają się na temat innych uzależnień. Na mityngach zamkniętych można mówić również o innych własnych uzależnieniach, lecz nie należy zapominać, iż jest to jednak mityng AA. Na mityngach, podobnie jak w dostępnej literaturze, staramy się raczej podkreślać to co nas łączy, a więc alkoholizm, a nie to co różni.

P. Czy jest koniecznością stałe przedstawianie się na mityngach - jestem alkoholikiem?

O.  Sam fakt obecności na mityngu zamkniętym jest wystarczającym potwierdzeniem, że uczestnik mityngu ma pragnienie przestać pić; ale jeśli się przedstawia jako alkoholik, to nie ma pod tym względem żadnych zakazów .

P. Jaki jest stosunek GSO do członków przedstawiających się jako "uzależniony od alkoholu" lub też tylko jako "uzależniony".

O. GSO nie ma swego zdania jak uczestnicy winni się przedstawiać na mityngach. Nasza 3 Tradycja stwierdza wyłącznie, że jedynym warunkiem przynależności do AA jest "pragnienie zaprzestania picia".  Bill W. w artykule "Kto jest członkiem AA?" mówi o nowowstępujących: Obecnie w większości grup, nowy nie musi nawet przyznawać, że jest alkoholikiem. Może przystąpić do AA wyłącznie na tej podstawie, że ma podejrzenie, iż może się stać alkoholikiem lub też zauważył pierwsze objawy naszej choroby. Wielu odkryło, że sponsorowanie pomaga nowym zrozumieć, że najważniejszym w AA jest niesienie posłania alkoholikowi. Jeśli ludzie mają problemy, np. uzależnienie od narkotyków, mogą być skierowani do wspólnot podobnych do naszej, które zajmują się ich problemami.

P. Czy to prawda, że mityngi, na których omawia się Kroki lub Tradycje winny być mityngami zamkniętymi?

O. Większość grup omawia Kroki na mityngach zamkniętych, jednak każda grupa jest niezależna.

P. W jaki najlepszy sposób przyjąć do AA kogoś nowego, kto nie uczestniczył w terapii ani detox ?

O.  Rozdział VII Wielkiej Księgi wyjaśnia, co robić .- Zaopiekuj się nowym na mityngu, obaj odniesiecie korzyść. Lecz nie próbuj nieść posłania 12 Kroku samotnie.. Większa część naszej AA -owskiej literatury wyjaśnia, co robić, gdy ktoś nowy przekracza drzwi, gdzie odbywa się mityng.

P. Czy jest jakaś literatura, która wyjaśnia, że nasz program jest duchowy, a nie religijny?

O. W broszurze "Duchowni pytają o Wspólnotę AA" jest wyraźnie powiedziane, że AA "nie jest stowarzyszeniem religijnym". Również  warto przypomnieć sobie tekst III rozdziału Wielkiej Księgi - " Jest sposób".

P. Co powinniśmy brać pod uwagę, kiedy intergrupa spostrzega zamierającą działalność jakiejś grupy?

O. Czasami nieodpowiednia atmosfera mityngu powoduje, że niektórzy AA-owcy czują się w niej źle i odsuwają się od aktywnego uczestnictwa w grupie. Konieczny staje się duch odnowy. Inwentura grupy może okazać się bardzo ożywcza. Wiele intergrup stosuje dokonywanie okresowych odwiedzin.

P. W jaki sposób umocnić aktywność we własnych grupach?

O. Najlepszym sposobem jest sponsorowanie. Ale przekazać można tylko to, co sam posiadasz. Warto zadbać o jakość własnego trzeźwienia.

P. Intergrupy, zespoły Regionalne, Rada Regionu. Jaka jest różnica pomiędzy ich celami? Czy jest to  kwestia wzajemnego uzupełniania czy kontroli?

O. Intergrupa prowadzi codzienną działalność posłannictwa na terenie objętym jej odpowiedzialnością. Członkowie Rady Regionu, będąc zaufanymi sługami, na swoich spotkaniach zgadzają się /lub nie/, że pewne działania będą dobre dla przyszłości AA. Są w okresie między Konferencjami, wyrazicielami sumienia członków AA w Regionie

Działalność zespołów Regionalnych jest skupiona na rozszerzeniu świadomości wspólnotowej członków zespołów, przygotowaniu projektów pracy dla Rady Regionu oraz często ich praktycznym wykonaniu. Więcej informacji można przeczytać w Karcie Konferencji Regionu Warszawa; można o nią zapytać mandatariusza grupy.

P. Z jakim wyprzedzeniem powinna zostać przesłana do redakcji MITYNGU informacja, by została włączona do Działu Informacji?

O.  Składanie MITYNGU jest najczęściej kończone około 12-15 tego poprzedniego miesiąca. Praktycznie są to spotkania zespołu literatury, czyli drugi czwartek m-ca.

P. Czy MITYNG działa w sieci Internet?

O. MITYNG od kilku miesięcy posiada adres poczty e-mail: mityng@yoyo.pl i tą drogą można również nadsyłać artykuły, komentarze i informacje, natomiast obecnie nie przewiduje się strony www. Aktualne artykuły/ bez rysunków i części informacyjnej/ są wysyłane drogą mailową  na listę a@a

P. Czy możemy nakłaniać ludzi do czytania MITYNGU?

O. Zawsze można przekazać, co ciekawego przeczytałeś w MITYNGU. Musimy jednak pamiętać że istnieje ogólnopolski biuletyn ZDRÓJ, oraz inne pisma regionalne.


Z NASZEGO PODWÓRKA

Miło było mi dziś odczuć, jak nowy kolega deklarował na mityngu, że trzeźwość jest najważniejszą sprawą w jego życiu, że teraz rozpoczyna nowe, uczciwe  życie. Zastanowiłem się, ile razy słuchałem takich wypowiedzi i jak szybko te dobre chęci rozmywały się gdzieś w codziennym życiu. Tak było zbyt wiele razy, zbyt wielu nowych już w niedługi czas przestało się widywać na naszych mityngach. Cóż. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że dobry Bóg prowadzi tych ludzi w ich poczynaniach . Dla mnie pozostało pytanie, dlaczego tak wielu przestaje korzystać z AA?. Przypomniałem sobie ten okres, gdy ja rozpoczynałem swoje trzeźwienie, jak z niecierpliwością czekałem na kolejny mityng. Wszyscy byli dla mnie przyjaźni i ja dla nich, choć w tym drugim przypadku już nie tak do końca. W miarę jak bledły koszmary pijanego życia, powoli zaczynało docierać do mnie, że na mityngu są na przykład tacy, których sytuacja materialna jest daleko słabsza niż moja, że nie dają do kapelusza a przynajmniej nie tyle co ja, mówią nie tak jak ja. Byłem zły na nich i niestety wielu dałem to odczuć. Przez częste uczestnictwo w  zabawach, ogniskach, mityngach rocznicowych osiągnąłem pewien rozgłos, miałem więc dodatkowo pretekst by czuć się kimś "innym", uzurpowałem sobie prawo do oceniania postaw kolegów, ich zachowań, stosując kodeks tradycji, któremu sam nie chciałem się poddać. Zapominałem zupełnie, że sława wynikająca jedynie z inności, a nie rzeczywistych osiągnięć, nic nie jest warta, a jej podtrzymywanie wyrządza krzywdę takim jak ja, którzy gotowi są uwierzyć w swe "zasługi" będące jedynie próżnością i niczym więcej. No cóż, pokora, to chyba dotąd nie jest ulubiony sposób mego funkcjonowania. Widziałem też inne zjawiska. Kilka pierwszych mityngów przekonało mnie, że wysłuchiwanie cudzych zwierzeń może być rzeczą bardzo kłopotliwą; najczęściej nie możemy nic pomóc temu co się zwierza, a bywa, że w końcu on sam okazuje nam niechęć i nieufność, bo przypominamy mu chwile jego słabości. Na innych mityngach zaś można usłyszeć, że wszystko właśnie jest cudowne. Ty jesteś cudowny. Ja jestem cudowny. Program jest cudowny. My wszyscy kochamy się i teraz, jak już znaleźliśmy się  w naszej wspólnocie, to weźmy się za coś ....... - koniecznie innego niż AA. Pracoholizm, nagła aktywność religijna, czy inne przyczyny i nowicjusz właściwie funkcjonuje poza wspólnotą. Żeby się jeszcze tylko zdążył załapać na sponsora, to jest szansa na powrót. Dzisiaj, coraz wyraźniej zdaję sobie sprawę, że najprostszą sprawą było przekonać ludzi do AA, ale dopiero prawdziwym wyzwaniem stało się  stworzenie takiego środowiska, takiej atmosfery, żeby najskuteczniej mogło zachodzić trzeźwienie, bo tak naprawdę najczęściej mamy do czynienia z traktowaniem zaleceń programu jak karty dań w restauracji, z chyba nie do końca uświadomionym jadłospisem, a wszystko w sposób daleki od zasad proponowanych przez AA. Często postępowanie nowego jest nacechowane wyraźnym, egoistycznym oczekiwaniem materialnej pomocy,  szczególnym sprytem, sprawiającym wrażenie nałogu domagania się nieustannej pomocy, aż w końcu ta sama pomoc staje się jedną z największych przeszkód w jego życiu. Dochodzi do frymarczenia głoszonymi zasadami, bądź wręcz ich odrzuceniem. Dzieje się tak chyba dlatego, że cele wspólnoty nie zawsze są zgodne z prywatnymi celami poszczególnych ludzi. Zapominamy, że musimy pozbyć się sprzecznych pragnień, które prowadzą wojnę domową w głębi nas i zawrzeć pokój z samym sobą. A znalazłszy ten pokój w sobie będziemy w zgodzie ze wszystkimi istniejącymi światami. Wtedy dopiero ujrzymy w całej krasie najpiękniejszą cechę naszej wspólnoty, to, że będąc jak żadna inna, stale narażona na upadki i załamania członków, potrafi nadal zachować swą uzdrawiającą moc i służyć pomocą tym, którzy jej pragną . A jak to wszystko się ma do tego nowego na dzisiejszym mityngu?  - Podejdę do niego i porozmawiam, spróbuję się zaprzyjaźnić, to stale działa. Swoją drogą to wszystko nie jest takie proste.

Barmin


POZNAJMY NASZĄ LITERATURĘ

fragmenty 6 piciorysu z książki "Anonimowi Alkoholicy" edycja III

Wydanie amerykańskie str. 345 przekład nieautoryzowany

Temu psychiatrze i chirurgowi w jednej osobie nie udało się odnaleźć własnej drogi dopóty, dopóki nie zrozumiał, że to nie on, lecz Bóg jest Wielkim Uzdrowicielem.

 

 ... Jestem lekarzem... Jestem również alkoholikiem; ale pod dwoma względami różnię się, być może, troszeczkę od innych ludzi cierpiących na tę samą co ja chorobę.

 ...Po pierwsze, nigdy nie stoczyłem się na dno upadku. Na mityngach AA bardzo często słyszy się o biedakach, którzy z powodu picia stracili rodzinę i majątek, wylądowali w więzieniu czy w zakładzie dla obłąkanych, lub po prostu skończyli "pod mostem". Nie doświadczyłem żadnego z tych nieszczęść. W ostatnim roku mojej pijackiej "kariery" zarobiłem więcej pieniędzy niż kiedykolwiek przedtem. Żona nigdy się nawet nie zająknęła o tym, że mogłaby mnie kiedykolwiek opuścić. Od chwili ukończenia liceum we wszystkim, czego tknąłem, odnosiłem powodzenie....Więc jeśli już miałbym mówić o jakimś dnie, to przewrotnie nazwałbym je "rynsztokiem sukcesu"... Picie sprawiało mi ogromną radość, było jedną wielką frajdą. Aż tu nagle nadszedł kiedyś dzień - ten fatalny dzień, którego nie sposób dokładnie określić, a o którego istnieniu dowiadują się, prędzej czy później, wszyscy alkoholicy - w którym przekroczyłem jakąś nieuchwytną gołym okiem granicę; i począwszy od tego dnia picie przestało być dla mnie beztroską zabawą i przyjemnością. Kiedyś parę małych drinków wprawiało mnie w szampański humor - teraz czułem się po nich koszmarnie. Żeby pozbyć się tego przykrego nastroju, sięgałem, oczywiście, po następne. Po coraz więcej i więcej. I szybko było już po wszystkim: alkohol przestał spełniać swój cel... Mój przyjaciel dał mi ulotkę, którą po powrocie do domu przeczytałem wspólnie z żoną. Dwa wydrukowane tam zdania raziły mnie jak grom z jasnego nieba: "Nie rób z siebie męczennika tylko dlatego, że przestałeś pić" oraz "Nie sądź, że przestałeś pić dla kogokolwiek innego niż ty sam"... Ostatni kieliszek! - przemknęło mi przez głowę. - Mam przestać ostatecznie". Na tę myśl poczułem się tak, jak gdyby ktoś zstąpił do mnie z góry i zdjął mi z ramion jakiś koszmarny ciężar; i w istocie, to naprawdę był ten ostatni...  Postanowiłem zatem wybrać się na swój pierwszy mityng. Przedstawiono mnie jako psychiatrę. (Należę wprawdzie do Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, ale na co dzień nie zajmuję się psychiatrią - pracuję jako chirurg)... Tego pierwszego mityngu nie zapomnę do końca życia. Łącznie ze mną było nas pięciu. Oprócz mnie, lekarza, znaleźli się tam przedstawiciele następujących profesji: rzeźnictwa, stolarstwa, piekarstwa i mechaniki samochodowej. Wszystkich ich znałem, co najmniej z widzenia, jako że mieszkali w okolicy. "No ładnie - pomyślałem. - Ja, pan doktor, lekarz i wykładowca, ekspert i wysłannik na międzynarodowe konferencje medyczne - muszę prosić o pomoc rzeźnika, cieślę, piekarza i mechanika, żeby dopiero oni zrobili ze mnie człowieka!"  ...Doznałem też jeszcze innego olśnienia. Było to przeżycie nowe i tak silne, że z zachłannością maniaka począłem gromadzić rozmaite pozycje dotyczące pojęcia Siły Wyższej (w Jej najrozmaitszych wersjach). Trzymałem Biblię na nocnym stoliku przy łóżku. Drugi egzemplarz - w samochodzie. Trzeci - w mojej szafce w szpitalu. Czwarty - w biurku w gabinecie. To samo zacząłem wyprawiać z "Dwunastoma Krokami i Dwunastoma Tradycjami". Oczywiście zdobyłem też książki napisane przez Emmeta Foxa / literatura psychologiczna / i Bóg wie kogo jeszcze, i wszystkie je wprost "pożerałem". No i pierwszym efektem tych "czytelniczych zapędów" było, naturalnie, to, że oddaliłem się od grupy AA, a potem od rzeczywistości w ogóle - bujając w obłokach, unosiłem się coraz wyżej i wyżej, aż osiadłem na różowej chmurce w "Siódmym Niebie"; tylko że wbrew tej uroczej nazwie, wcale mi nie było dobrze. Znowu czułem się paskudnie. "Skoro tak to ma wyglądać - pomyślałem - to równie dobrze mógłbym się upić"... Zdecydowałem się jednak pogadać z Clarkiem, rzeźnikiem.. .Wiele, wiele lat wcześniej poszukiwałem ulgi w gabinecie psychoanalityka. Na psychoanalizę poświęciłem pięć i pół roku - a mimo to zostałem alkoholikiem. Nie chcę przez to, broń Boże powiedzieć, że psychoterapia jest czymś bezużytecznym; jest narzędziem ważnym i potrzebnym, tyle że nie wszechmocnym.   Poszukując spokoju umysłu, próbowałem wszystkich możliwych "sztuczek" i "cudów". Ale by jako tako pojąć sens drugiej części Pierwszego Kroku, musiałem - uznawszy własny alkoholizm - paść na kolana; musiałem włączyć się w działanie mojej grupy AA; od rzeźnika, cieśli, piekarza i mechanika musiałem przyjąć siłę, nadzieję i doświadczenie, związane z Programem Dwunastu Kroków. Na dobre zaczęło się ze mną coś dziać dopiero wtedy, gdy szczerze przyznałem, że jestem alkoholikiem i że moje miejsce jest we Wspólnocie(...) Człowiek zaczyna sobie stawiać różne pytania: "Kto to właściwie jest ten Bóg? Kim jest ten gość, któremu mam całkowicie i bezwarunkowo zawierzyć? Cóż takiego może dla mnie zrobić, czego ja sam nie potrafię dla siebie uczynić?" Od siebie mogę powiedzieć tylko tyle, że choć nie wiem, kim On jest, to mam o Nim swoje własne wyobrażenie... Naszła mnie wtedy taka myśl: Co tak naprawdę leczy tę kobietę i sprawia, że ona odzyskuje siły? Przecież ja tylko użyłem lancetu i założyłem szwy. Wielki Szef wyposażył mnie w talent diagnostyczny i chirurgiczny. Niewiele w tym mojej zasługi - to On użyczył mi tego talentu, żebym się nim w życiu posługiwał dla dobra innych; prawdę mówiąc, nie jest on wcale moją własnością. Zrobiłem z niego użytek, zrobiłem to, co do mnie należało - ale to było dziesięć dni temu. Więc kto właściwie uleczył te zbolałe tkanki? No bo przecież nie ja. I właśnie to jest dla mnie niezbitym dowodem na istnienie Czegoś Większego niż ja sam. Gdyby nie wsparcie i opieka Wielkiego Uzdrowiciela, nie mógłbym z powodzeniem uprawiać zawodu lekarza. Jestem tylko Jego pomocnikiem, narzędziem w Jego rękach.... Co zatem decyduje o powodzeniu AA? W czym tkwi siła Programu? Na czym polega uzdrowicielska moc Wspólnoty? Nie mam zielonego pojęcia. Lekarz powiedziałby pewnie: "To lek o działaniu psychosomatycznym". Psychiatra stwierdziłby zapewne: "To te stosunki międzyludzkie oparte na wzajemnym zrozumieniu i życzliwości". Jeszcze ktoś inny określiłby to jako "psychoterapię grupową".

A według mnie to Bóg.