MITYNG 11/53/2001

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Refleksje nad dzisiejszą różnorodnością

członkostwa w AA

 

- 4 edycja Wielkiej Księgi

                    Przez 25 lat, od trzeciego wydania książki "Anonimowi Alkoholicy" ilość członków Wspólnoty wzrosła od 400 tysięcy do ponad 2 milionów rozsianych po całym świecie. Do AA zaczęli trafiać ludzie z coraz różnorodniejszymi doświadczeniami. Ponieważ życiorysy zawarte w Wielkiej Księdze mają pomóc jak największej ilości alkoholików w identyfikacji za Wspólnotą i z tymi, którzy wytrzeźwieli /amerykańskie trzecie wydanie Wielkiej Księgi zawiera oprócz "Opowieści Billa" i "Koszmaru dr Boba", które należą do części niezmiennej, 43 historie osobiste, z których w wydaniu polskim znalazły się jedynie trzy - przypis redakcji/, Konferencja Służb Ogólnych AA w 2001 roku zaaprobowała nowe, czwarte wydanie, ze zmienioną znacznie częścią zawierającą życiorysy. Pierwsze 164 strony pozostają bez zmian, natomiast w drugiej części można znaleźć 24 nowe historie osobiste i 16 "starych" - powtórzonych z wydania trzeciego. Gdy książkę "Anonimowi Alkoholicy" wydawana była po raz pierwszy / historia powstania i wydania Wielkiej Księgi opisana jest w książce "Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość", str 198 i dalej - przypis redakcji/ problemem było znalezienie dostatecznie wielu trzeźwych alkoholików, którzy w dodatku umieli napisać o sobie, tak by dać wierny obraz społeczności AA tamtych czasów. W 1939 roku powstała Wielka Księga - napisana przez ludzi, którzy wedle dzisiejszych kryteriów byliby niemal nowicjuszami - której wydanie do dziś przekroczyło nakład 20 milionów egzemplarzy i zostało przetłumaczone na 43 języki. Dziś, na apel o życiorysy odpowiedziało ponad 1200 alkoholików z ugruntowaną trzeźwością, a głównym wyzwaniem dla redaktorów była selekcja i wybranie "najlepszych" z nich. Żadna nowa pozycja literatury AA ani żadna zmiana wersji już wydanej nie powstaje sama z siebie, lecz jest odpowiedzią na jawnie wyrażane potrzeby Wspólnoty. Sprawa czwartej edycji Wielkiej Księgi sięga 1994 roku, gdy Komisja Powierników d/s literatury /jest to stała komisja działająca przy Radzie Powierników (General Service Board, GSB). Konferencja Służb Ogólnych (General Service Conference, GSC) posiada własną Komisję Literatury - przypis redakcji/ zaczęła otrzymywać prośby o uwspółcześnienie życiorysów. Nie był to jeszcze ruch powszechny, ale na tyle zauważalny, że Komisja przedstawiła raport Konferencji prosząc delegatów o informacje na ten temat z ich regionów. Rok później Konferencja, po zapoznaniu się z opiniami delegatów, zadecydowała, że potrzeba zmian w Wielkiej Księdze nie jest jeszcze powszechnie podzielana we Wspólnocie. Ta sama Konferencja rozproszyła obawy, że jakiekolwiek zmiany dotkną pierwszych 164 stron ( obejmujących przedmowy, wprowadzenie, opinię lekarza, rozdziały 1-11, Koszmar dr Boba oraz dodatki) Przekonanie o niezmienności tej części Wielkiej Księgi jest niezwykle silne w AA i było potwierdzone przez Konferencję corocznie w okresie 1997 - 2000 roku. Głosów apelujących za nową edycją nie można jednak było pominąć, dlatego Konferencja w 1995 roku zleciła Komisji Powierników d/s Literatury opracowanie założeń do ewentualnego wydania czwartego wydania. Dwa lata później, w 1997 roku, gdy potrzeba nowych życiorysów dojrzała na tyle by stać się głosem sumienia AA, Komisja była gotowa, by przedstawić do akceptacji Konferencji plan wydania nowej Wielkiej Księgi. Szczegółowe prace nad nią trwały do kwietnia 2001 roku, kiedy nowy tekst został przyjęty przez Konferencję. Do pracy nad czwartym wydaniem utworzono specjalną podkomisję w ramach Komisji Powierników d/s Literatury. Podstawowym problemem z jakim musiała się ona zmierzyć było określenie kryteriów wyboru życiorysów. Podkomisja przyjęła stanowisko, że w odniesieniu do historii osobistych i dzielenia się w AA nie sposób stosować określeń "gorsze - lepsze". Wybór musiał być jednak dokonany i to tak, aby uchwycić różnorodność wieku, wyznań, ras, pochodzenia, warunków życia i zawodów. Ponadto trzeba było zdecydować się, które z życiorysów trzeciej edycji zostawić, a które wycofać. Niejako mottem podkomisji stała się myśl Billa W.:"... czytelnikami książki są ci, którzy dziś trafiają do AA. Ci, którzy z nami są, znają już nasze historie... Szukamy bezpośrednich, osobistych historii opisujących okres picia, jak nowicjusz trafił do AA, jak wpłynęło na niego i co dobrego uczyniło w jego życiu..." Podczas lektury życiorysów członkowie podkomisji zwracali więc głównie uwagę na opis postępów choroby z uwzględnieniem zaprzeczania, samousprawiedliwienia i samo oszukiwania; kryzys, który zmusił autora do zmiany spojrzenia na swoje picie; przyjście do AA; rolę sponsora; rozwój duchowy i sposób, w jako autor pracuje nad programem AA. Każdy życiorys był starannie czytany, najpierw przez członków podkomisji indywidualnie, potem w parach a na koniec przed całą podkomisją. Przed Konferencją w 2000 roku wyselekcjonowano wstępnie 38 życiorysów. Ostatecznej redukcji do 24 dokonały wspólnie Komisje d/s literatury - Powierników i Konferencji. Na koniec, przed przedstawieniem do aprobaty, nowa wersja historii osobistych przeszła kilka rund obróbki redakcyjnej w GSO. W kwietniu 2001 roku, Konferencja Służb Ogólnych AA przyjęła czwartą edycję Wielkiej Księgi i skierowała ją do druku. Nakład ukaże się w sprzedaży w listopadzie 2001 roku.

  

Tekst redakcji MITYNG powstał na podstawie nieautoryzowanego

przekładu z BOX 459 nr 5 październik/listopad 2001


"Złote myśli" z MITYNGÓW  nr 4//2000 5//2000

 

 - Zmiana złych, nieświadomych nawyków na dobre zajmuje dużo wysiłku i świadomego wysiłku

 - Dla większości ludzi zmiana jest przerażająca.

 - Bezwzględna uczciwość jest niesłychanie trudną grą w porównaniu z tymi, w które poprzednio graliśmy.

 - Być może dlatego, że tak bardzo chcemy być kochani, obawiamy się prawdy, która może się ujawnić przy pełnym otwarciu.

 - W AA mamy to szczęście, że możemy otworzyć swe serca o każdej porze dnia i nocy.

 - Kiedy Ty i ja przedstawiamy się jako alkoholicy to chcemy powiedzieć, że potrzebujemy siebie nawzajem w naszym wspólnym problemie.

 - Jak miło jest mieć kogoś, kto przeszedł tą drogą wcześniej, a dziś pokazuje I wyjaśnia stany, które się ze mną dzieją

 - Rozumowanie skutecznie oddala stosowanie


Obrazek z mityngu

Znamy się od kilku lat. Przeszedł swą drogę od miejsc, co do których nawet nie wiedziałem kiedyś, że istnieją a dzisiaj nie pije. W niedzielę kolejny raz spotkaliśmy się na mityngu AA, a ja, jak zawsze,  byłem pod urokiem wyczuwalnej szczerości jego wypowiedzi. Ale tym razem usłyszałem nową nutę, co do której poczułem jakby kłucie w sercu. Wypowiadał się o wielu zmianach, walorach nowego życia a następnie zaczął podkreślać, że wszystko to uzyskał dzięki odbytej terapii, bo choroba alkoholowa potrzebuje do leczenia profesjonalistów, a to, co mówi się na mityngach AA jest.... - no, może tych słów nie powtórzę. Nie wiem, co tak naprawdę nim wtedy kierowało, czy to czasem nie obecność na mityngu któregoś z profesjonalistów-alkoholików i chęć wyrażenia im specjalnej podzięki? Jeśli nawet tak, to nie w tym problem. Po mityngu, rozmawialiśmy z innym, nowym przyjacielem pragnącym osiągnąć stałą trzeźwość, o wrażeniach, o swych odczuciach i usłyszałem zarzut, że tak nie należy mówić; że AA uratowała mu życie i jest wspaniałe i wiele innych entuzjastycznych opinii. Konieczne stało się podjęcie dyskusji, czym właściwie jest wspólnota AA? Czym nie jest? Co w niej jest takiego specjalnego? Zaczęliśmy przypominać sobie niepowtarzalną atmosferę pierwszych mityngów, kiedy staliśmy się centrum zainteresowania grupy, kiedy dla wszystkich uczestników mityngu było ważne, że dziś nie piłem, kiedy powoli powstawała nić zaufania, którego nie chciałem zawieść. Wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu, niezależnie od burz życiowych, miałem nie tylko dokąd, ale i dla kogo wracać. Wspólnota AA zawsze podkreśla swą nieprofesjonalność; wypowiedzi na mityngach pokazują to, co zdołaliśmy uczynić w naszej drodze do trzeźwości, jak przełamywaliśmy trudności w stosowaniu naszego programu a przecież często są to zalecenia terapeutów. Dla życiowych rozbitków każdy styl jest dobry. Tu liczy się tylko to, czy ktoś dopłynął do brzegu, czy przestał pić. Wielu, osiągnąwszy pogodną trzeźwość, nadal uczestniczy w mityngach dzieląc się swym doświadczeniem. W ten sposób wyraża swą wdzięczność za uratowane życie, a równocześnie przebywa w sytuacjach które pozwalają na zebranie odwagi, by w swoje życie wplatać zalecenia Programu AA, szczególnie gdy zauważamy, co one znaczą w postawach innych. Jesteśmy dla siebie wzajemnie największymi entuzjastami ale i cenzorami. Każda zmiana postawy wywołuje ciepłe zainteresowanie. Więc czym jest wspólnota AA? Myślę, że to środowisko, w którym każdy może znaleźć dla siebie skuteczny sposób aby osiągnąć trzeźwość. Jest też szansę powrotu do zdrowia dla tych, którzy nie byli w stanie skorzystać z innych form pomocy. Jej najwyższa wartość to zasady wyrażone w Tradycjach, Koncepcjach i Krokach. A co z bohaterem z początku artykułu? Dzisiaj znów przyszedł na mityng. W przerwie żywo i serdecznie porozmawialiśmy. Odniosłem wrażenie, że dzień, w którym do wspólnego dobra zacznie przynosić coś więcej niż pragnienia i potrzeby jest coraz bliższy. Wspólnota ma czas i na każdego pragnącego przestać pić życzliwie poczeka.

Barmin


Obrazki z XXX Konferencji Służb AA w Polsce

12-14 X 2001 roku

 

Całkiem młody chłopak zostaje wybrany do jednej z kluczowych służb. Jest wyraźnie wzruszony, gdy wychodzi podziękować za zaufanie. Mówi, że jeszcze parę lat temu, będąc na swoim dnie alkoholowym nie umiałby takiej sytuacji sobie wyobrazić. Któryś z jego kolegów woła z sali:" nie wstydź się, popłacz sobie " A on nie bardzo się wstydzi....

***

Na Konferencji toczy się wiele dyskusji, polemik, czasem dość ostrych kontrowersji. Nic w tym dziwnego, tu jest na to miejsce. Ale jest pewien moment, kiedy wszyscy delegaci, powiernicy, pracownicy BSK, kibice i ciekawscy - wstają podają sobie ręce i odmawiają wspólnie Modlitwę o Pogodę Ducha. Nie umiem tego opisać. Kto to przeżył, ten wie.

***

Z sali obrad wypada delegat, człowiek o dość dużym temperamencie i krzyczy do jedynego obecnego w holu słuchacza - czyli mnie. "Ty wiesz, co "oni" przegłosowali? Kompletny idiotyzm!!! Daj papierosa"

Pół godziny później widziałem go na obiedzie. Siedział przy jednym stoliku z "nimi" i gawędził przyjacielsko.

***

Miałem okazję w czasie Konferencji widzieć kilkakrotnie ludzi, którzy "przegrali", odpadli w wyborach, ich koncepcje zostały odrzucone, pomysły przepadły w głosowaniach. Widziałem ich napięcie podczas oczekiwania na wynik, a potem żal, smutek, rozczarowanie, czasem złość i irytację. W końcu jednak godzili się z sytuacją. Tak sobie myślę, że to właśnie dzięki postawie tych "przegranych" Konferencja ma szansę być głosem zbiorowego sumienia AA w Polsce.

kibic


Spowiedź wędrownika AA

Grupa domowa. Serce AA.

 

           Wracając do roku 1975, kiedy zacząłem trzeźwieć dzięki mityngom w klubie York Street w Denver starzy bywalcy powiadali:  może nie jesteś jeszcze gotów oddać się całkowicie programowi AA. Drzwi AA zamykają się w obie strony, nie pozwól aby zamknęły się kiedy będziesz wychodził. Przez prawie trzy lata drzwi AA otwierały się i zamykały przede mną w zależności od stanu w jakim się znajdowałem dzięki alkoholowemu szaleństwu. Nie potrafiłem zachować trzeźwości, coś w tych mityngach drażniło i prześwietlało mnie na wskroś. Jednak musiałem słyszeć to proste posłanie i mieć nadzieję na lepsze jutro. Pamiętam te proste słowa, które zawierają tyle mądrości w sobie. „Wszystko co potrzebujesz to chęć przestania picia. NIE   PIJ   TYLKO   DZIŚ. Nie dotykaj pierwszego kieliszka a nie upijesz się. Przyjdź na mityng i słuchaj. Zabierz  ze sobą informacje, które Tobie weszły do serca, resztą się nie przejmuj. Wracaj, wracaj na  mityng. Z początku nie wierzyłem AA, że może mi pomóc. Jednak z czasem zacząłem w to wierzyć, chociaż nie wiem dlaczego jednego tylko byłem pewien  AA jest dla mnie i jestem całym sercem wdzięczny za to. Wiem, że wielu takich jak ja nadal cierpi ponieważ nie może jeszcze uwierzyć w magiczną siłę naszej Wspólnoty. Zacząłem uczęszczać na mityngi wszędzie gdzie to tylko możliwe. Nie pojmowałem jeszcze dokładnie pojęcia grupa domowa co to takiego. Jednak pewnego dnia przeczytałem artykuł jednego ze starszych członków AA w którym był poruszony temat wędrujących członków AA. Pisał on tam o ludziach, którzy byli w AA ale nie byli związani z żadną grupą AA na stałe. Po przeczytaniu tego artykułu zdałem sobie sprawę, że ja jestem jednym z tych wędrowników bez przydziału i obowiązków. Chodziłem nadal na mityngi pracowałem nad krokami, czytałem Wielką Księgę. Jednak ciągle czułem się samotny i odseparowany od reszty Wspólnoty. Po jakimś czasie znalazłem mityng, który przypadł mi do serca. Zacząłem  przychodzić regularnie i nawet zgłosiłem się na ochotnika do robienia kawy i herbaty. Ten mityng zaczął być moim  domowym mityngiem. Po sześciu latach opuściłem Denver aby podjąć pracę w zachodnim Colorado. Nowa Wspólnota AA składała się z farmerów i ranczerów w szczególności . Mityngi odbywały się tutaj rzadko więc uczęszczałem na  każdy możliwy. Spotkania z  Wielką Księgą stały mi się najbardziej bliskie. Dla przykładu powiem, Ze zacząłem gromadzić w sobie poczucie obowiązku i przyznawać do własnego egoizmu. Kiedy bywanie na domowym mityngu zaczęło być moim nawykiem, przekonałem się, że jeżeli naprawdę chcę aby AA było  dla mnie przyjacielskie i pomocne jak dla nowych to sam muszę być przyjacielski i pomocny dla innych. Kiedy piłem to zawsze byłem najważniejszy. Liczyło się tylko to co ja chcę. Teraz kiedy jestem członkiem Wspólnoty nie chcę być więcej tym pijanym egoistą z przeszłości. Kiedy w końcu zacząłem być odpowiedzialnym członkiem mojej grupy domowej, zacząłem także pojmować i cenić wartość naszych tradycji. Jeżeli naprawdę chciałem aby nasz program zdrowienia działał dla mnie i nowo przybyłych to musiałem pomóc mojej grupie praktykować Jej tradycję AA we wszystkich jej poczynaniach. Jako członek tej grupy podjąłem się wszelkich możliwych  służb, byłem skarbnikiem, sekretarzem zajmowałem się literaturą itp. Po siedmiu latach podjąłem następną pracę w dużym mieście w Płd. Wsch. Colorado. Znowu z powodu położenia geograficznego zaszły zmiany w  moich kontaktach z AA. Pewnego wieczoru po mityngu jeden z członków AA zaproponował mi spotkane w miejscowym szpitalu. Zgodziłem się i wkrótce zacząłem bywać na mityngach 4 do 5 razy w tygodniu w szpitalu i więzieniu stanowym jako członek komitetu AA. Trwało to prawie dwa lata. W tym czasie nie miałem grupy macierzystej. Znów zacząłem się czuć samotny w AA. Kolega z AA czuł  się podobnie. Zaczęliśmy rozmawiać o tym i doszliśmy do wniosku, że użalamy się nad sobą i chyba powinniśmy zawrócić na chwilę i zrobić mały rachunek sumienia. Zebrało się więcej ludzi z którymi dyskutowaliśmy na ten i podobny temat. Doszliśmy do wniosku, że nie możemy przekazać czegoś czego sami nie mamy. Aby to  osiągnąć musimy mieć własną macierzystą grupę, która nam to zapewni. Nazwaliśmy naszą nową grupę „Podstawowe zasady" i skupiliśmy się na zdrowieniu w myśl zasad AA. Aby sobie dopomóc zaczęliśmy dzielić się swoim pijanym życiorysem na mityngach zamkniętych, popierać literaturę, studiować i zagłębiać naszą tradycję. Odbyło się to dziesięć lat temu. Dzisiaj próbuję pamiętać, że droga którą stworzyliśmy razem powinna być szczęśliwym ujściem. Kiedy jestem zły, smutny rozczarowany, nieszczęśliwy siła AA naprowadzi mnie znów na właściwe tory. Program AA dał mi prosty sposób na życie „TYLKO  JEDEN  DZIEŃ  DZISIAJ „ 10 kroków dało zrozumienie i efektywność poprzez praktykowanie zasad i przekazywanie posłania  AA innym. Moja grupa  macierzysta pozwoliła mi się skupić na codziennym życiu z wdzięcznym sercem.

Dave. M

Pullo Colorado


Ostatnie zapicie i dalej

 

              Miałem około czterdziestki. Za sobą  dwuletni okres abstynencji zakończony zapiciem, które na ponad dwa lata wyrzuciło mnie z mojego świata /dom dziecko rodzina/. Dwuletnie życie lumpa, powrót, odnowienie związku, Początkowe uniesienie, szybki przypływ pretensji i zniechęcenia.  W tym okresie piłem i był to taki krótki czas, gdy alkohol wpisywał się w moje życie nie tworząc ostrych konfliktów i problemów. W tym czasie nachodziły mnie myśli zostania ponownie ojcem i miałem poczucie, że to moje ponowne ojcostwo mogłoby i powinno być dojrzalsze i pełniejsze. Uczucie euforii minęło i  wróciły: irytacja, złość pretensje do bliskich i wreszcie stan współczucia dla siebie.  Akurat wtedy moja żona zaszła w ciążę, Dla mnie nie było już spełnienie pragnień, ale ciężar spychający mnie w związek, w którym nie chciałem być. Zacząłem nalegać na usunięcie ciąży, żona odmówiła -postanowiła urodzić. Czułem się osaczony.  Żyłem z dnia na dzień niezdolny do podjęcia żadnej sensownej decyzji. W głowie kłębiły się myśli o sposobach wyrażenia swojego sprzeciwu. Alkohol pozwalał uciec od tego, więc był moim stałym towarzyszem. Na dwa trzy miesiące przed rozwiązaniem wyjechałem w interesach do mojego rodzinnego miasta. Zatrzymałem się jak zwykle u swojej matki. Sprawę jakoś załatwiłem, ale zamiast wrócić, piłem dalej. Po kilku dniach zadzwoniłem do żony. Zadałem jej przewrotne pytanie, czy mam nie wracać? Potwierdziła to. Poczułem ulgę, że wyzwoliłem się ze związku. piłem dalej. W między czasie matka wyjechała do mojej siostry. Ja zostałem sam w domu. Powoli zaczynało brakować pieniędzy. Zacząłem wynosić drobniejsze i mniej wartościowe rzeczy z domu. W pewnym momencie sprowadziłem do domu kilku kumpli. Piliśmy wychodząc jedynie by odnowić zapasy. Rankiem trzeciego dnia tej imprezy zjawiła się matka. Pogoniła towarzystwo, a mnie postawiła warunek albo kończę z piciem / zaszywam się /, albo wojna. W trakcie tego picia miałem poczucie beznadziei i pragnienie, by ktoś wskazał mi drogę, ja sam jej nie widziałem. Interwencję matki odebrałem jak deskę ratunkową. Złapałem się jej niczym tonący. Po południu czy też następnego dnia poszliśmy do lekarza na wszywkę. Pamiętam z jaką pobłażliwością słuchałem lekarza mówiącego do matki, by mnie pilnowała, bo mogę chcieć się znowu napić. Wtedy moim jedynym pragnieniem było być jak najdalej od alkoholu. Po dwóch czy trzech dniach lekarz zrobił mi wszywkę. Tak zaczęło się moje życie bez alkoholu, trwa już parę lat. Piszę te wspomnienia na raty, tzn. opisałem swoją sytuację  i przez  kilka dni nie miałem czasu. Niemej zastanawiałem się  nad formą i sposobem opisania ostatniego zapicia. Przyszło mi też do głowy porównanie, może nie megalomańskie, że moje życie bez alkoholu jest jakby,  moją drogą krzyżową. Złość, irytacja, niespełnione oczekiwania przygniatały mnie. Czasami - z mojego punktu widzenia nawet zbyt często - zbliżając do granicy zwątpienia. Moja chęć niepicia, lęk przed alkoholem, świadomość gdzie mnie doprowadził, wzmocnione poczuciem: że trzeźwy mogłem dać coś z siebie mojej córce, a ona mogła na mnie liczyć, że moi koledzy z grupy trzeźwiejących alkoholików są i utrzymują swą trzeźwość, pomagały mi podnosić się i iść dalej moją drogą bez alkoholu. Dzisiaj widzę, że była to droga w ciemnościach , błądzenie bez drogowskazów. Od ponad roku stykam się ze wspólnotą AA i jej programem. Na dzisiaj program ten kojarzy mi się jako zbiór narzędzi, którymi  mogę pomóc rozjaśnić moją drogę życia bez alkoholu i sprawić by przestała  być drogą krzyżową, a stała się drogą po której poruszać się będę, uważny, ale pewny tego dokąd idę, bez obaw ale i bez euforii, gotowy bez strachu lecz i bez zadufania mierzyć się z wyzwaniami które staną przede mną.

Ja-Jo


Słowacja

 

 W pięknym otoczeniu, uroczej dolinie, ciszy i spokoju 21- 23 września uczestniczyłem w uroczystościach 4 lat  AA na Słowacji. I jak zwykle, mnóstwo ciekawych zdarzeń. Gość z GSO, Eva Sanches spotkała się z adresatem ze Szczecina, któremu odpowiadała ze swego biura na list, a który od tej pory nie pije. W pięknych i prostych słowach mówiła o jedności : ...W pierwszych miesiącach trzeźwienia pojęcie JEDNOŚCI było dla mnie nie do pojęcia. W swoim egocentryzmie i egoizmie byłam niezbyt przekonana by bratać się z powszechnym duchem Wspólnoty. Nie trwało więc długo, by - zanim się przekonałam, że AA ma dużo więcej niż dostrzegałam - fale mojej arogancji wydostały się na powierzchnię......

...Wszyscy wiemy, że słowo "stołek" oznacza przedmiot do siadania. Jak dobrze wiecie, stołek z jedną lub dwoma nogami nie będzie sam stał. Wierzymy w AA, że Wspólnota nie będzie zdolna się ostać bez dobrego wsparcia swych wszystkich Trzech Dziedzictw. Wszystkie są równie ważne.

 ...Już nie pytałam, czyj był ten mityng i nie twierdziłam, że to dla mojego bezpieczeństwa. Stał się "naszym" mityngiem a nie "moim". NASZE WSPÓLNE DOBRO a nie "moje" stało się najważniejsze.

      Eva wyraziła podziękowanie Wspólnocie za to, że ma okazję być cząstką wielkiej społeczności. Na koniec dostała od swej imienniczki śliczne, pachnące jabłuszko. Co ja nie mogę, możemy razem  - podkreślał Ski z 37 letnią trzeźwością, a przedstawiciel z Rosji zapraszał na zjazd w Moskwie, z okazji 15 lecia AA w sierpniu w 2002 roku. Ja zaś czekam na list od nowopoznanej przyjaciółki, która obiecała wiadomość, jeśli tylko uda jej się utrzymać trzeźwość przez kolejny miesiąc. W jej miejscowości na Słowacji nie ma AA. Nadal jest wiele do zrobienia.

Marek


PODRÓŻ W CZASIE

wg GRAPEVINE lipiec 2000 Bill F. California 

 

Czy AA się zmienia? - z pewnością tak.

Czy AA wygląda różnie w różnych miejscach? - tak.

Czy mimo to jest tylko jedno AA? - na pewno tak.

We wrześniu 1976 roku przeżyłem "załamanie nerwowe"; w drzwiach mojego domu pojawił się mężczyzna z książką w niebieskiej obwolucie. Miał na imię Bob i zabrał mnie tego wieczora na mój pierwszy mityng. Bob był delegatem w naszym regionie. Razem z nim objechałem mnóstwo różnych mityngów. Tylko w sobotę jechaliśmy zawsze do tego samego małego kościółka, na jego - a teraz i moją -grupę macierzystą. Uczestniczyłem wniesieniu posłania alkoholikom jeszcze pijącym. Widziałem bardzo wiele różnych mityngów, słyszałem wiele dyskusji. Bob zwierzył mi się, że stara się aby wszystko o czym mówi miało związek z alkoholizmem. Ale nigdy nie narzucał mi, co ja mam mówić, dzielił się jedynie swoim doświadczeniem i demonstrował  je w działaniu, Jak wielu innych nowicjuszy, otrzymałem wiele wsparcia podczas kawiarnianych rozmów  po mityngu(...). Na mityngu prawie zawsze był temat i należało się go trzymać. Gdy ktoś zaplątał się w dygresjach, sprawach osobistych lub po prostu mówił zbyt długo, prowadzący spokojni sugerował mu by skończył i omówił te sprawy ze sponsorem. Mityngi na ogół trwały godzinę, jednak większość z nas kontynuowała dyskusję po zakończeniu- w tej samej sali lub w kawiarni. Mój sponsor pokazał mi, jak sam pracuje nad Krokami. Dzięki temu mogłem go naśladować. Mówił, że nie jest tu po to aby mi się podobać, ale żeby samemu trzeźwieć i pomagać mi w uzyskaniu trzeźwości. Nigdy nie nadużył mojego zaufania, przez co nauczyłem się, że przynajmniej niektórym ludziom można ufać, a czasami można nawet ufać mnie samemu. Był również uczciwy i szczerze mówił, co sądzi o wielu "nowych" pomysłach jakie miałem. Ta jego uczciwość była bolesna, gdyż odsłoniła mi prawdę ukrytą pod moją pychą, egoizmem, egocentryzmem i innymi wadami. A gdy praca nad Krokami stawała się zbyt bolesna, odsyłał mnie z powrotem do podstawowych zasad: "Dziś nie pij, idź na mityng..." Po roku i czterech miesiącach trzeźwienia przeprowadziłem się do innego miasta, z zamiarem wyjazdu do pracy za granicę. Przestałem chodzić na mityngi i zacząłem pić. Przestałem w 1984 roku, gdy kelnerka, którą chciałem poderwać w ulubionym barze, wybrała zamiast mnie pianistę - faceta z 9-letnią trzeźwością i oświadczyła, że nie zadaje się z nikim poniżej 1 roku abstynencji. Chyba tylko dlatego nie piłem parę następnych miesięcy. Ale potem znowu się przeprowadziłem do innego miasta. Jak typowy alkoholik odkładałem decyzję użycia duchowych narzędzi aż do momentu, gdy było naprawdę źle. Po trzech nocach paraliżującego lęku poszedłem do w końcu tam, gdzie było moje miejsce - na mityng. Ten mityng był znów zupełnie inny niż te, które znałem. AA się zmieniło! W 1984 roku, dzięki poparciu towarzystw ubezpieczeniowych, istniała już szeroka sieć placówek terapeutycznych w całym kraju. Większość trafiających do AA nie trzęsła się już w delirece. Mówiono wiele o akceptacji, na mityngu poruszano bardzo kłopotliwe, osobiste tematy. Dużo było o uzależnieniach krzyżowych, wielokrotnych i o problemach innych niż alkohol i było to tolerowane, gdyż tak wypowiadała się większość. Usłyszałem też wtedy termin "mój program". Odniosłem wrażenie, że taki prywatny program zwykle nie obejmuje Kroków 4-9. Wszyscy się "dzielili", nikt nie słuchał. Unikano mityngów "twardogłowych", koncentrujących się wokół alkoholu i Wielkiej Księgi. W tej sytuacji pomocą w zachowaniu własnej drogi stał się dla mnie fragment Wielkiej Księgi: "'... z konieczności będziemy musieli poruszyć zagadnienia medyczne, psychiatryczne, społeczne i religijne... ... nasze osobiste życie, jako alkoholików zależy od stałego myślenia o innych i o tym, jak możemy im dopomóc w potrzebie " / ANONIMOWI ALKOHOLICY str. 16/ Znalazłem sobie macierzystą grupę, pracującą mniej - więcej nad programem, bardzo aktywną w służbach. Owe służby obejmowały ścisłą współpracę z lokalnymi ośrodkami terapeutycznymi. Zobaczyłem, że właśnie owe terapie rozrywały więzy, jakie w najtrudniejszych pierwszych miesiącach trzeźwienia tworzyły się między nowicjuszem a jego sponsorem i innymi członkami grupy AA. Z drugiej strony ośrodki mogły zaoferować dużo lepszą pomoc tym, którzy potrzebowali opieki medycznej, np. przechodzącym psychozy. Wiele terapii oparło się ściśle na Dwunastu Krokach , ale odniosłem wrażenie, że praca na terapii to bardziej kompromis i pozór niż rzeczywisty rozwój duchowy. Niemniej wielu ludzi przestaje pić dzięki terapii i gdy trafią do AA jest szansa, że dzięki wpływowi bardziej doświadczonych członków zaczną poznawać program, stosować kroki i pozostaną trzeźwi wiele lat. W 1988 roku wróciłem do miasta, gdzie kiedyś podrywałem kelnerkę. Nie odnalazłem jej, ale zacząłem chodzić na mityngi. I znowu zaskoczyły mnie nowe rzeczy. Co prawda na stoliku z literaturą leżała dumnie Wielka Księga, ale we wszystkich kątach sali rozłożona była broszura "Poradnik po 12 krokach", wydana przez kogoś w Akrom lecz bez znajomego koła i trójkąta. Boże! ! ! ta grupa pracowała na literaturze spoza AA! ! ! Wyczułem, że połowa grupy /łącznie ze mną/ nieświadomie uczestniczy w jakiejś terapii. Pracując z nowicjuszami musiałem się nauczyć nowego języka - inaczej zrozumielibyśmy się. Poznałem więc co to jest depresja, wykorzystanie seksualne, narkotyki, Dorosłe Dzieci Alkoholików. Pożyczyłem nawet i przeczytałem literaturę AI- Anon (może to oznacza właśnie - " zrobić wszystko, aby ów cel osiągnąć" ? ) Mimo tych wszystkich nieporozumień wielu ludzi w wielu grupach trzeźwiało. W 1993 roku zostałem przeniesiony służbowo do Kalifornii. Od razu poszedłem na mityng i okazało się, że u nich też jest wszystko inaczej. Ponieważ przyjaciele prosili mnie abym napisał do nich o AA w Kalifornii, po chwili namysłu przesłałem im taką wiadomość: "Mityngi tutaj są zupełnie inne niż u nas ale 12 Kroków mają takie same" Obecnie mamy rok 2000. Uczestniczyłem w bardzo różnych mityngach. Na niektórych były 4 osoby, na innych 2500. Dzieliłem się doświadczeniem, siłą i nadzieją w klubach, kościołach szkołach, domach prywatnych, halach, kempingach, pod gołym niebem i na plażach dwóch oceanów. Każdy mityng był unikalny, inny i z początku obcy. Ale moje lęki mijały dzięki magicznej mocy Wspólnoty. Osobiście uważam, że powinniśmy bardziej koncentrować się wokół alkoholu, tak jak to było w 1976 roku. Ale słyszałem w ostatnich latach bardzo wielu ludzi, którzy mówili, że nie utrzymaliby trzeźwości bez możliwości mówienia o innych problemach, nie związanych z piciem. Gdy mam więc wątpliwości, zaglądam do Wielkiej Księgi, do cytowanego już fragmentu ze str. I6 i do końcówki rozdziału "Wizja dla Ciebie"! Ja sam, gdy mam okazję mówić /o przepraszam - "dzielę się" / na mityngu staram się wszystko wiązać ściśle z moim piciem i 12 Krokami. Gdy moje doświadczenie nie wiąże się z alkoholizmem, nie mówię o tym w trakcie mityngu, wracam do tematu w rozmowach po jego zakończeniu. Od czasu gdy wstąpiłem do AA mityngi zmieniły się. Ale 12 Kroków, I2 Tradycji, 12 Koncepcji pozostają te same. Ten sam jest duchowy program Wspólnoty i tak samo każdy z nas pozostaje pod opieką Siły Wyższe.


Postęp nie doskonałość

Im N. Massachusetts GRAPEVINE lipiec 2001 str 42-43

Bill W. opowiadał często o przebudzeniu duchowym, jakiego doznał w szpitalu Townsa: pokój został wypełniony światłem, a on poczuł, że stoi na szczycie górskim, owiewany gwałtownym wiatrem - nie materialnym ale duchowym. Opisując inny rodzaj duchowego doświadczenia powiedział, że poprzez stosowanie zasad AA we wszystkich poczynaniach zostaniemy przeniesieni w "czwarty wymiar". Nie zamierzam wątpić, że niektórzy z nas doświadczają przeżyć duchowych podobnego rodzaju jak Bill. Sądzę jednak, że w moim życiu wszystkie "wystrzelenia" w inne wymiary fundowałem sobie sam, za pomocą alkoholu i narkotyków. A trzeźwiejąc, jeżeli magle odnajduję się w "innym świecie", to zwykle jest to efekt kolejnego wybryku samowoli lub nadmiernego emocjonalizmu religijnego. Myślę sobie: "No, w końcu jestem na szczycie" i jestem przekonany, że osiągnąłem pełnię duchowego rozwoju. Ale to tylko pobożne życzenia. W mojej drodze duchowej żadne doświadczenie nie jest ostateczne. To zwykle jedynie zwrot, pozostawiający mnie w przeświadczeniu, że coś w moim żuciu zmieniło się - ale nie na zawsze. Spróbuję wyjaśnić, co rozumiem przez doświadczenie duchowe. Czasami zachodzi we mnie zmiana świadomości, pozwalająca mi myśleć, czuć i działać w sposób zupełnie niewyobrażalny dla mnie samego przedtem. Często okazuje się tak przy okazji relacji osobistych, które ułożyły się źle. Utracie kontaktu z bliskimi towarzyszy straszliwe cierpienie. Ale po refleksji nad swoją postawą w takiej sytuacji staję się zdolny do lepszego zrozumienia samego siebie. Przechodzę przez takie doświadczenia lepiej przygotowany by kształtować swoje stosunki z innymi w bardziej odpowiedzialny sposób. Inny rodzaj doświadczeń duchowych jest bardziej subtelny. Zdarzają się one, gdy mówię na mityngu, prowadzę samochód lub biorę prysznic. Nagle zaczynam odczuwać wewnętrzny spokój i więź z AA. Czuję, że jestem potrzebny i pomocny innym. Ani śladu konfliktów czy depresji. To wspaniałe uczucie aż czuję chęć "przytrzymać" ten stan na resztę życia. ale gdy tylko zaczynam myśleć, że jestem do tego zdolny, rzeczywistość pokazuje, że nie. Samowola zaczyna wtedy wkradać się w moje życie i całość kończy się "duchową wpadką"; pojawia się izolacja, osądzanie, urazy, ironia, zawiść i niecierpliwość. Ten stan jest równie potężny, podstępny i przebiegły jak alkohol. Ego posiada wielką siłę odbudowy opartą na samouprawiedliwiających racjonalizacjach. Czasami wtedy głupieję, robię się nudny i unikam ludzi. Ale trzy czy cztery razy w roku wpadam w głęboką rozpacz, z której nie potrafię wydobyć się sam. Wpadam w depresję, jestem drażliwy. I nie robię z tym nic dopóki nie zacznę wpadać w kłopoty. Na szczęście, dzięki AA wiem co wtedy robić. Zadzwonić do przyjaciela, mówić na mityngu, modlić się. I nagle depresja znika. Czyż to nie doświadczenie duchowe? Czy takie wpadki świadczą, że nie robię postępów? Z moich obserwacji wynika, że absolutnie nie. W niczym nie przypominam osoby, która kiedyś przyszła do AA. Dużo częściej czuje się dobrze, a depresje nadchodzą rzadziej i są mniej głębokie. Nie poruszają mnie już tak bardzo poglądy i wypowiedzi innych. Jestem bardziej zdolny by przyjmować ludzi takimi jacy są. Dużo mniej ważne jest, że mam swoją drogę i inni ludzie ją akceptują. Za każdym razem, gdy wychodzę z depresji, lepiej rozumiem siebie i innych, bardziej żyję i daję żyć innym. Łatwiej mi mówić co naprawdę myślę i czuję , bez strachu przed odrzuceniem. Potrafię cieszyć się małymi rzeczami i nie potrzebuję zbytnio dowartościowania od innych. To wszystko, dostałem od Wspólnoty lub znalazłem w sobie. Co więcej - nieważne, ile jeszcze depresji przeżyję, zawsze będę miał nadzieję na   przywrócenie trzeźwego myślenia. I chciałbym, żeby tak zostało do końca.