MITYNG 03/57/2002

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


(Od redakcji: w USA słowo "intergrupa (intergroup)" ma nieco inne znaczenie niż u nas. Przede wszystkim istnieją tam dwie równoległe linie służb: jedna obejmuje wybieranych mandatariuszy, delegatów oraz służby przez nich tworzone aż do Konferencji Służb Ogólnych (GSC) i stanowi głos zbiorowego sumienia AA; druga, obejmująca intergrupy i biura centralne, tworzona jest by nieść posłanie AA za pomocą środków przekraczających możliwości pojedynczej grupy czy osób. Właśnie tej drugiej gałęzi służb poświęcony jest niniejszy artykuł. W Polsce do tej pory podział ten istniał w niewielkim stopniu a nasze intergrupy z reguły łączą obie te funkcje) Współzałożyciel AA, Bill W., uważał intergrupy za podstawowy składnik "obrazu działającego AA". Pięćdziesiąt lat temu, w listopadzie 1951 roku napisał, że "intergrupy wykonują te zadania, których nie są w stanie pełnić indywidualni AA i grupy. To one jednoczą i nadają rytm AA na swoim obszarze". Zarówno Bill jak i dr Bob bardzo wcześnie zauważyli potrzebę rozwoju intergrup, niemal równie starych jak samo AA. Pierwsza z nich powstała już w październiku 1939 roku w Cleveland, nieco ponad 4 lata od pierwszego spotkania Billa z Bobem. Była to grupa siedmiu osób spotykających się raz w miesiącu, "by koordynować wysiłki związane z posłaniem w szpitalach i sponsorowaniem". Dr Bob nie tylko wspierał jej pracę ale był jej aktywnym uczestnikiem. "Czasem w trakcie mityngu wypowiedzi zaczynały przypominać przekrzykiwanie się w knajpie. (...) Pewnego razu dr Bob wstał, uciszył zebranych i powiedział 'Panowie, jesteśmy członkami AA. Proszę, pozwólmy by zasady AA obowiązywały też na mityngach roboczych. Jesteście sługami waszych grup, a tu zbieramy się by wprowadzić w życie rozwiązania wypracowane przez komitet. Niech w jednej chwili mówi jedna osoba. Prowadźmy ten mityng tak, by służyć Bogu i naszym przyjaciołom'. Odtąd, gdy Bob uczestniczył w spotkaniu, nie było więcej kłótni" (Dr Bob and the Good Oldtimers, str. 288-9, przekład nieautoryzowany). Druga intergrupa powstała w Chicago, gdzie pewna alkoholiczka o imieniu Sylvia wynajęła na mityngi AA lokal na przedmieściu. Wkrótce telefon został tak obciążony sprawami AA, że osobista sekretarka Sylvii - Grace została pochłonięta przez sprawy wspólnoty. Po artykule Jacka Alexandra w "Saturday Evening Post" przeżył oblężenie podobne jak biuro nowojorskie i zaszła potrzeba uporządkowania jego działalności. AA wynajęli więc lokal w centrum i, jak wspomina Bill, "Grace została w nim zatrudniona, aby kierować strumieniem zgłaszających się po posłanie Dwunastego Kroku, pomoc w załatwieniu hospitalizacji czy też innych sprawach. Było to pierwsze zorganizowane miejskie biuro służby AA." (AA wkraczają w dojrzałość, str. 30). W ślady Chicago poszedł Nowy Jork w 1942 roku, Columbus w 1943 i Los Angeles rok później. Pewien weteran, trzeźwy od 1940 roku, tak wspomina ten czas: "W tamtych dniach niełatwo było znaleźć AA a my pilnowaliśmy żeby tak było. Wiedziała o nas starannie wybrana grupa duchownych, sędziów i policjantów, nasze numery telefonów nie były dostępne w spisach a tylko w informacji. Dzięki temu mieliśmy pewność, że każdy kto nas odnalazł włożył w to dostatecznie wiele wysiłku, by udowodnić szczerość swego pragnienia trzeźwości". Opublikowanie Dwunastu Tradycji w 1946 roku, zawierających Tradycję Trzecią: "Jedynym warunkiem uczestnictwa w AA jest pragnienie zaprzestania picia", podniosło znacznie poziom tolerancji wobec przychodzących i ograniczyło rolę subiektywnych ocen czystości intencji nowicjuszy. Wiele biur - np. w Chicago czy Los Angeles - wyrosło wokół prywatnego numeru telefonicznego podawanego jako kontakt z AA. Inne - np. w Nowym Jorku, Newark, New Jersey, Edmonton - powstały jako odgałęzienia klubów AA. Owe kluby stanowiły wtedy centrum działalności AA i związanych z tym wydarzeń. Czasami służyły też jako punkty kolportażu wydawnictw AA, skąd był tylko krok do innych służb. Z czasem prace służb oddzielały się od klubów. W zaskakująco dużej liczbie przypadków intergrupy i biura powstawały (a czasami jeszcze tak działają) na długo przed uzyskaniem lokalu. Jeszcze gdzie indziej biura wyrastały przy placówkach odwykowych. Zanim w 1951 roku zwołano pierwszą Konferencję Służb Ogólnych działało już co najmniej 16 intergrup i biur centralnych, obsługujących grupy w różnych częściach kraju. Chociaż ich powstanie wyprzedziło strukturę służb Konferencji, to nie weszły one w jej skład (z wyjątkiem Chicago), gdyż powołane były do innych zadań. Prowadziło to czasem do nakładania się służb, szczególnie w obszarach będących wspólną domeną obu tych gałęzi, np. w informacji publicznej. Takie problemy udało się uporządkować dzięki wymianie doświadczeń i usprawnianiu komunikacji między intergrupami a służbami ogólnymi. Chyba nie można lepiej docenić znaczenia intergrup niż zrobił to Bill w czerwcowym Grapevine z 1946 roku, pisząc, że "niebo z pewnością zarezerwowało każdej z nich specjalne miejsce". Dziś na terenie USA i Kanady działa ok. 1500 intergrup, biur i służb informacyjnych. Są one tworzone i utrzymywane przez lokalne grupy. Każda intergrupa jest jedyna w swoim rodzaju gdyż zaspokaja specyficzne potrzeby i oczekiwania swojej społeczności i jest odpowiedzialna przed grupami, którym służy. Zazwyczaj każda z grup wybiera swojego reprezentanta ds. intergrupy. Reprezentanci spotykają się co jakiś czas i wybierają komitet kierowniczy lub radę dyrektorów która bezpośrednio administruje biurem i składa reprezentantom raporty ze swej działalności. Ci z kolei informują swoje grupy. Nieprzerwany przepływ informacji w obie strony ma podstawowe znaczenie, gdyż to grupy decydują o finansowym utrzymaniu biura. Corocznie we wrześniu organizowane są seminaria służące wymianie doświadczeń między intergrupami, biurami centralnymi i służbami ogólnymi AA. Warsztaty seminaryjne obejmują szeroką tematykę dobrze odzwierciedlającą zakres działań intergrupy: niesienie posłania AA, praca wolontariuszy, problemy związane z wyposażeniem biur, wsparcie finansowe, rozprowadzanie literatury AA. To ostatnie zagadnienie jest szczególnie ważne dla wspólnoty. Bez intergrup nie byłby możliwy tak wielki rozwój literatury jaki nastąpił od początku lat siedemdziesiątych. Zadaniem GSO jest jedynie utrzymanie hurtowni zaopatrujących intergrupy, które wykonują zasadniczą część pracy kolporterskiej.

Na podstawie artykułu: "A Lot of History Enlightens Work
of Intergroup/Central Offices Today", BOX 459, february/march 2002.



By zacząć trzeźwieć, musiałem zrezygnować ze swego egoizmu.

Wczoraj na mityngu mówiłem o łyżce do nalewania zupy. Była zwykła, aluminiowa, najzwyklejsza a przecież ile radości przyniosła, gdy ponad trzydzieści lat temu kupiłem ją dla nas, dla naszego wspólnego, nowego domu. Cieszyłem się niezmiernie, ale jak kiedyś u sąsiadów zobaczyłem ładniejszą, mina mi zrzedła. Mój dom, moja rodzina ma być lepsza od innych i to tylko dlatego, że to ja tak postanowiłem. Wydawało mi się, że najlepszym sposobem będzie posiadać najwięcej, ciesząc się, że inni czegoś nie posiadają albo im się nie udało(!!!). By zarobić, zacząłem więcej przebywać poza domem. Kontakt z rodziną powoli stawał się coraz słabszy, ważniejsze stało się osiągnięcie sukcesu finansowego, kupno kolejnych rzeczy. Ale przyszedł czas, że w tym, przeze mnie zainicjowanym wyścigu, zacząłem przegrywać. Stale ktoś miał coś lepszego. Rozgoryczenie. Zżerały mnie ambicje posiadania.. Na wysłuchanie potrzeb rodziny nie miałem już czasu, zresztą kto by sobie tym zawracał głowę. Jak miałem chwilę wolnego to musiałem wypoczywać / coraz częściej po gorzale /, a nie zajmować się domem. Najważniejszy był pieniądz.Gdy nie dawało rady uczciwie zarobić, to pojawiły się sposoby bardziej wątpliwe. Piłem, by choć na chwilę zapomnieć o kłopotach, wyrzutach sumienia a później już tylko piłem. Aż kiedyś przyszedł dzień, że nie mogłem już nawet pić. Fizycznie nie byłem w stanie przejść przez ulicę, a w domu nikt nie chciał podać nawet szklanki wody. Słyszałem kiedyś takie powiedzenie, że alkoholicy to "zbankrutowani idealiści". Byłem kompletnym bankrutem, mimo, że z tym powiedzeniem jeszcze nie bardzo chciałem się godzić. Choć przyszedłem do AA po pomoc, to już po kilku mityngach ambicje ponownie dały znać o sobie. Będę sprytniejszy, będę trzeźwiał lepiej od innych. Jeździłem na wiele mityngów, szczególnie rocznicowych, by wszyscy mogli mnie zobaczyć. Szukałem rozgłosu i aplauzu dla siebie. Każda wypowiedź z tego okresu mówiła jaki to wspaniały okaz trzeźwienia jestem - ale i tak szybko przyszło zgorzknienie, bo zawsze znalazł się ktoś, kto ładniej i ciekawiej mówił, więcej odnosił sukcesów albo przynajmniej miał bardziej dramatyczny piciorys. Po raz kolejny to wszystko okazało się bez sensu. Ciekawie wypowiedział to Bernard Smith ( "Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość" str.331) "Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, nim nauczymy się prostych prawd, według których należy żyć." Chyba tylko cudowi mogę zawdzięczać, że w tym okresie znalazłem się w służbach, a chcąc je wykonywać perfekcyjnie, zacząłem czytać dostępną literaturę AA. Przeczytałem te słowa: "Brakowało nam tego, co jest podstawowym składnikiem pokory, a mianowicie pragnienie poznania i czynienia woli Bożej..." Faktycznie. Do tej pory byłem zajęty realizowaniem własnej woli, nawet nie postarałem się o sponsora, bo po co, jeśli ja i tak lepiej wiem od innych, co jest dobre dla mnie. Jakoś do mnie nie dochodziło, że do tej pory robiłem wszystko co uważałem za stosowne, ale to tylko doprowadziło mnie do bankructwa życiowego. Czy tak miałem nadal postępować? Musiałem zmienić postawę i rozpocząć szukanie woli wobec mnie. Nastąpił kilkuletni czas czynnego udziału w służbach, kiedy chcąc utrzymać trzeźwość, musiałem zrezygnować ze swego egoizmu. Przyjaciele, w codziennych działaniach pokazywali mi, jak mogę i ja postępować stosując program AA, jak ważne jest współdziałanie, i że to może mieć odniesienie do mojego prywatnego życia. Ktoś nazwał kiedyś wspólnotę AA Uniwersytetem Trzeźwości, taką specyficzną uczelnią, gdzie wszyscy wokół są profesorami, w której dyplomem ukończenia jest czas, gdy były profesor przestaje być wykładowcą. Gdy wreszcie to, co opowiada, przestaje być tylko chełpliwością. Jest doświadczeniem, z którego mogą skorzystać inni. Trudne wyzwanie. Tak sobie pomyślałem, że gdyby mnie ktoś zapytał, co mi dało uczestnictwo w życiu uniwersyteckim, czego się nauczyłem, to choć lista mogłaby być długa, to wydaje się, że najważniejsze jest wyszukiwanie nie tyle mojego, co wspólnego sumienia. I jeszcze jedno. Wiele lat żyłem chcąc być lepszy od innych, wiele straciłem sił, by tę wizję udowadniać. Ta droga okazała się utopią. Dzisiaj, dzięki udziałowi w duchowym życiu AA, też chcę być lepszy, lecz nie egoistycznie dla siebie, ale tym razem chyba również dla innych. Tę historię przypomina mi właśnie aluminiowa łyżka w mojej kuchni. Obok jest oczywiście nowa, błyszcząca, ale ta stara przypomina mi, bym się więcej w życiu nie pogubił, że nawet coś skromnego jest bardzo ważne, jeśli jest darem miłości dla wspólnego dobra. Dzisiaj, wchodząc do kuchni, spoglądam na łyżkę i ogarnia mnie wdzięczność do wspólnoty, że potrafiła pomóc mi odnaleźć drogę do spokoju.

M...  



Maski

Tak jak maski dramatu, w komedii i tragedii, ta choroba ma dwie twarze. Wesołego pijaczka i udręczonego partnera. Obie maski przedstawiają prawdę, a ja nosiłem obydwie. Mój ojciec był alkoholikiem. Tak samo niektóre z moich dziewczyn. Szczególnie wspominam jedną z nich. W wieku dwudziestu lat moje picie dopiero niebezpiecznie ocierało się o granicę nałogu, choć alkohol z dodatkiem trawki i pigułek, był normalną rzeczą wśród moich znajomych. Spotkałem dziewczynę, która miała wszystko, czego zapragnęła. Zakochałem się w niej na śmierć. Spotkaliśmy się na prywatce i już tej samej nocy kochaliśmy się. Jeszcze następnego ranka byłem oszołomiony, pełen entuzjazmu. Właściwie przez następne dziesięć dni tacy byliśmy oboje. Dopiero później zacząłem zauważać jej dziwne zachowania, choć ciekawe, że nie bardzo pamiętam swoich własnych. Ogromne wahania nastrojów, gwałtowne i nieprzewidywalne napady agresji przeciwko mnie i innym ludziom. Czasami czułem się bezbronny i boleśnie zraniony. Straszne. Próbowałem jej pomóc podając leki - zazwyczaj niewłaściwe. Powoli stawałem się także "Tym, który wie i rozumie". Tłumaczyłem sobie, że brak miłości w dzieciństwie sprawił, iż teraz, gdy wreszcie ją spotkała, jest nieufna i nieprzyjazna. To dało mi poczucie wyższości moralnej, ale za pewną cenę. Dystansując się od niej, oddalałem się też od namiętności, która zawładnęła nami na początku. Sądziłem naiwnie, że jeśli będę się bardzo starał, to możemy odzyskać szczęście. Płaciłem również dodatkową cenę. Pozornie lepszy, w duchu byłem zaborczy. Widziałem jakąś dziką wolność w jej niekontrolowanym zachowaniu. Myślałem sobie - też mógłbym taki być, gdybym się tylko odważył. Jednak po kilku miesiącach szaleństwa musiałem zerwać z nią po to, aby zachować własne zdrowie psychiczne, po cichu przekonany, że to jej wina. Czas mijał, zacząłem coraz więcej pić. Powoli przyjmowałem rolę "Ponurego Misia", potrzebującego przebywać w centrum uwagi. W małżeństwie, które zaczęło się kilka lat później, to ja byłem wariatem. Gdy się skończyło, zdałem sobie sprawę, że to, co kiedyś, zadowolony z siebie, mówiłem o mojej dawnej, a teraz już martwej dziewczynie na temat braku poczucia bezpieczeństwa, nienawiści do samej siebie i destruktywności, teraz dotyczy także mnie. Tyle lat rzucałem żonie w twarz własną, niszczącą chorobę, aż się poddała. Rozeszliśmy się - w sumie całkiem rozsądnie. Ale dlaczego chciała się tak męczyć ze mną od początku? Dlaczego wytrzymywała to tak długo? A dlaczego ja próbowałem, wiele lat temu? Jako motyw w swoim wyniosłym podejściu do dawnej "szalonej" dziewczyny pamiętam ukrytą zazdrość o swoją własność. Prawdę mówiąc uważam, że opiekuńcza małżonka lub partnerka alkoholika często może być pomocą w brnięciu w chorobę. Często przeżywa szaleństwa zamiast alkoholika, i zamiast niego jest za nie karana. Nieważne, którą maskę wybierzesz, jeśli chcesz zacząć się leczyć, musisz ją zdjąć. To podstawa.



PIERWSZY KIELISZEK POWIERNIKA

Na starcie mojego trzeźwienia miałem szczęście trafić pod skrzydła jednego z tzw. "mężów zaufania". Wspominam to nie bez przyczyny - gdybym trafił na "krwawiącego diakona", to jest pewne, że moje trzeźwienie przebiegało by nie mniej intensywnie, ale w kierunku negatywnym. A tak, pozytywny wpływ opiekuna stał mi się pomocą w poznawaniu programu AA. Z początku nie miałem zbyt wiele czasu na 12 Tradycji. W pierwszych dniach trzeźwienia wszystkie moje wysiłki
skoncentrowane były na wprowadzaniu w życie Kroków. Niemniej fakt, że Tradycje czytane były zawsze na początku mityngu wzbudzał moją ciekawość. Dziś wdzięczny jestem, że moja grupa zastosowała sugestię Konferencji, by włączyć Tradycje do początkowych tekstów mityngu. Dzięki temu ciekawość zwyciężyła i spytałem mego opiekuna po co te Tradycje są i jaki mogę z nich zrobić użytek. Jego odpowiedź otworzyła mi drogę do pokochania Tradycji. Powiedział, że Kroki służą bym sam miał się dobrze, natomiast Tradycje mają mi pomóc współżyć z innymi. Dla mnie, człowieka dla którego "ludzie" to był problem, myśl, że mam w zasięgu ręki sposób na normalne stosunki z innymi była bardzo atrakcyjna. Gdy moje życie zaczęło się zmieniać zostałem wciągnięty w służby. Do tej pory jedynym problemem byłem ja sam. Teraz mityngi intergrupy napełniały mnie nowymi. Jak zaakceptować zdanie większości? Kto ma rację, a kto nie? No i - kto tu rządzi? Odpowiedzią była Druga Tradycja. Ale nie była to odpowiedź, która by mi odpowiadała. Bez końca rozgrywałem swoje własne batalie. Jednak powoli zacząłem spostrzegać, że chociaż każdy członek AA ma prawo by jego głos został usłyszany, to gdy się to stanie powinien z dobrą wolą zaakceptować zdanie sumienia grupy. W ten sposób nauczyłem się pokory, potrzebnej by przezwyciężyć moją arogancję i dumę. Ja, za pijanych dni - centrum wszechświata, musiałem uznać, że inni, np. "mężowie zaufania", mogą wiedzieć lepiej. Stopniowo zacząłem pojmować więź łączącą "jedność" z Tradycji Pierwszej z "przewodnictwem" o którym mówi Tradycja Druga. Z czasem obejmowałem kolejne - coraz NIŻSZE - służby, aż skończyłem w Radzie Powierników. Przez cztery lata byłem jej rzecznikiem. (...) Nie mnie oceniać na ile byłem w zgodzie z Drugą Tradycją w trakcie mojej służby. Zostawiam to sumieniu grupy i najwyższemu autorytetowi. Jedyne co mogę powiedzieć, to że starałem się. Chciałbym podzielić się paroma spostrzeżeniami dotyczącymi Drugiej Tradycji, opartymi na doświadczeniach z tych lat. Gdy na początku pisałem o pierwszych dniach w AA mogliście bez wątpienia zauważyć, że "mąż zaufania" to był ktoś, kogo ja sam tak nazwałem. Można powiedzieć, że to ja umieściłem go na świeczniku. Doświadczyłem czegoś podobnego w Radzie Powierników, gdy niektórzy próbowali wynosić na świecznik innych z racji pełnionych przez nich służb. Przekonałem się, że bardzo trudno mi radzić sobie z ludźmi próbującymi mnie tak ustawić. Jestem alkoholikiem. Żyję, nie pijąc dzisiaj. Kiedy ja, rzecznik Rady Powierników, sięgnę po pierwszy kieliszek, to rezultat będzie taki sam jak w przypadku każdego alkoholika. A niektórzy uważają, że przez fakt bycia rzecznikiem stałem się kimś specjalnym. Na szczęście nie. Przez służbę wyrażam jedynie swą wdzięczność. Sam też muszę pamiętać, by do swojej pozycji nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi. Tak, przyjmuję przewodnictwo, ale najwyższa władza i autorytet nie należy do mnie. Po drugie, chcę wspomnieć o swych doświadczeniach co do "zaufanych sług". To niewątpliwie ci, którzy służą Wspólnocie jako całości. Fakt, że do każdej służby byłem - jak inni - wybierany i "nominowany" każe mi zastanowić się nad słowem "zaufanie". Inaczej mówiąc, Wspólnota ufa trzeźwości i zdolności osądu tych którzy jej służą. Wybiera ich, by robili w jej imieniu pewne rzeczy wierząc, że podejmą właściwe decyzje. Moje osobiste doświadczenie wydaje się sprzeczne z duchem Tradycji, ale tylko pozornie. Niejednokrotnie słyszałem, że ktoś nie może - ba, nie wolno mu - podjąć decyzji bez zasięgnięcia opinii wszystkich. Nie na tym polega bycie zaufanym sługą. Zaufanie oznacza, że dajemy komuś prawo podejmowania decyzji samodzielnie. Jeżeli sumienie grupy jest żywe i pozwala działać najwyższemu autorytetowi, to stać je na niezbędne zaufanie do swoich służb. I zdarzy się  czasami, że służby te podejmą działania oparte na zewnętrznych informacjach sprzecznych z doświadczeniami lokalnymi. Na koniec parę słów o różnicy między sumieniem grupy a zarządem. Z moich doświadczeń wynika, że są to pojęcia przeciwstawne. Zarząd grupy powstaje, gdy sumienie jest źle poinformowane i manipulowane przez małą lecz głośną grupkę, często wspieraną przez osoby z zewnątrz. Aby rządzić musi ona zdusić głos sumienia. Najwyższy autorytet - miłujący Bóg, jakkolwiek się wyraża w sumieniu grupy - nie może zostać usłyszany, gdy nasze serca są zamknięte. Ale zwykle i tak czas odsłania prawdę. Żywe sumienie grupy to takie, które wysłuchuje spokojnie wszystkich informacji, wyważa swe zdanie i ufa swojemu głosowi. Można je poznać po skutkach. Brałem udział w dwunastu Konferencjach i zawsze zdumiewała mnie moc zbiorowego sumienia w podejmowaniu decyzji dobrych dla Wspólnoty. Nie zawsze zgadzałem się z nimi, ale to one okazywały się właściwe. Oznacza to, że chcąc żyć w zgodzie z Tradycjami muszę nie tylko akceptować głos sumienia grupy, ale przyjmować  go jakby był moim głosem.

Rodger P,według Share



Czy chcemy iść razem?

Kilka dni temu spotkałem się z pytaniem: jak odróżnić działanie prywatne od działań AA? Podchwytliwe pytanie, no nie? Po pierwsze musiałem sobie przypomnieć, że jedynym autorytetem w naszej wspólnocie jest Miłujący Bóg, jakkolwiek się On wyraża w sumieniu naszej grupy i rezultacie uświadomiłem sobie, że to nie ja jestem autorytetem mającym prawo ferowania opinii o tym, czy dane działanie jest "aowskie". Przypomniałem sobie, że GSO w Nowym Jorku - często pytane w podobny sposób - wypracowało sobie, chyba na podobnej zasadzie, specyficzną odpowiedź, której sens pewnie niezbyt dokładnie, ale jednak spróbuję przytoczyć:"Oczywiście, macie prawo postąpić jak uznacie za słuszne, ale doświadczenia AA wskazują, że ..." - i tu następuje odwoływanie się do konkretnej tradycji. Słowa te, w łagodnej formie pokazują stosowanie zasad AA w życiu. Nie wolno nikogo zniechęcać w jego poczynaniach, ale można przypomnieć, że pewne działania w przeszłości okazały się fiaskiem lub stały się przyczyną wielu kłopotów, a w konsekwencji często również zapić. Okazało się przy tym, jak wielką skarbnicą doświadczeń są służby przechowujące dla nas te informacje w formie zapisu tradycji i ich interpretacji. Z wielką miłością, program AA oczekuje od nas dobrowolnego skorzystania z tych doświadczeń i równocześnie przypomina, że najlepszym potwierdzeniem takich poczynań jest podporządkowanie się sumieniu grupy, intergrupy itd. Niedawno byłem świadkiem, jak chyba po raz pierwszy obecny na spotkaniu Intergrupy człowiek, zgłosił powstanie kilku grup AA zlokalizowanych w jednym miejscu. Można by przypuszczać, że Intergrupa aż zachłyśnie się z zachwytu nad taką inicjatywą. Nic takiego się nie stało. Zbyt wiele było kłopotów z zapewnieniem służb na każdej już istniejącej grupie. Informującemu zaś chodziło pewnie tylko o to, aby adresy grup widniały w książeczce adresowej. Nie padło nawet jedno słowo o nawiązaniu współpracy z Intergrupą, włączenie się w jej działania. Wygląda na to, że grupy te, niezależnie od sumienia Intergrupy chcą czynić to, co same uznają za stosowne, nie odwołując się do odpowiednich tradycji AA. Łączenie AA z prywatną działalnością gastronomiczną jest wysoce prowokujące, ale może ja nie mam wystarczającego rozeznania. Może cel powstania tych grup leży poza celami AA jako całości i grupy są tylko uzupełnieniem innych działań? Przypomnijmy cytat z CODZIENNYCH REFLEKSJI str 188: AA nie popiera żadnych ośrodków, inicjatyw ani przedsięwzięć poza swoimi własnymi . a czy to jest przedsięwzięcie sumienia AA? Śmiem wątpić. Wygląda na to, że decyzja o narodzinach grup powstała poza AA. Pikanterii dodaje tylko fakt, że w programie rozpowszechnianym na mityngach AA, możemy zobaczyć zaproszenia na spotkania w klubie ze znanymi w środowisku trzeźwościowym ludźmi. Przypominam sobie, jak kilka lat temu, na warsztatach tradycji AA, jeden z weteranów AA w Polsce wyjaśniał, że działania AA nie potrzebują reklamy. Jeśli są odpowiedzią na zapotrzebowanie alkoholików, to i tak się utrzymają. A najważniejsze co jest potrzebne zdrowiejącemu alkoholikowi, to spokój. Służba dla innych, jest przeważnie cicha i skromna,  podczas gdy działania prywatne wymagają otoczki sensacji / pierwszy w Polsce klub AA-???/, krzykliwości i rozgłosu. Od nas należy wybór w czym chcemy uczestniczyć a póki czas to przyglądajmy się pogodnie tym przedsięwzięciom. Zdrowienie polega przecież na tym, abyśmy potrafili uczyć się z własnych poczynań i tak naprawdę nie jest ważne, gdzie i jak rozpoczynamy swoją drogę, ale czy chcemy iść razem w dobrym kierunku.

Barmin

PS. Na ostatnim spotkaniu intergrupy /styczeń/ nie spotkałem żadnego przedstawiciela nowych grup. B.



Kiedyś, w luźnej rozmowie, syn, znając moją aktywność w AA i łatwość wdawania się w rozmowę o alkoholiźmie, poprosił mnie, aby na jego weselu raczej nie rozmawiać na ten temat, bo może nie być to dobrze zrozumiane w jego nowej rodzinie. Powiedział mi mniej więcej tak: Wiem jaką dla ciebie ma wartość twoja trzeźwość, ja to bardzo szanuję i się cieszę z tobą, ale tu, na weselu wobec tylu obcych ludzi nie będzie mnie i mojej żonie miło, gdy usłyszę, że mój ojciec jest alkoholikiem. Miał prawo do ochrony rodziny przed niezasłużoną etykietką. Jasna sprawa, że zachowałem niezbędny umiar. Najbliższa rodzina, synowej również, oczywiście wiedziała, dlaczego nie piję, ale większość biesiadników na weselu możliwe, że nawet nie zauważyła mojej wstrzemięźliwości alkoholowej. Uświadomiłem wtedy sobie wyraźnie, że choć często potrzeba mojej osobistej anonimowości nie jest aż taka wielka, to łamiąc ją, mogę wyrządzić szkodę swoim najbliższym. Już na starcie do nowego życia mogłem wyrobić synowi opinię "syna alkoholika", a jak dotąd, nie jest to atrakcyjne wyróżnienie. Inna sprawa to to, że trzeźwiejący alkoholik to nie jest żadna primadonna potrzebująca skandalizującego rozgłosu. Dlatego, chcąc być skutecznym w pomaganiu innym alkoholikom, muszę dbać naturalnie nie tylko o zachowanie anonimowości innych, ale również własnej. W swoim postępowaniu muszę pokazać, że anonimowość to nie jest tylko zbyteczny frazes, którym można frymarczyć albo powiewać niczym chorągwią w zależności od sytuacji. Jest to postawa, o którą warto się pokusić.

M..



ROTACJA TO NIE EMERYTURA

Co się dzieje z naszymi zaufanymi sługami, gdy odchodzą ze służby?. Prosto z mostu mówi o tym "12/12", a w jaki sposób stają się "krwawiącymi diakonami" lub "mężami zaufania" możecie przeczytać na stronie 135. To, co jest prawdą na poziomie grupy równie dobrze stosuje się do powierników i delegatów. Były powiernik, który zajmuje się nadal niesieniem posłania, zwykle bywa zbyt zajęty, by zastanawiać się, do której należy kategorii. Jego wieloletnie doświadczenie sprawia, że staje się nieoceniony w niektórych pracach, np. w kontakcie z szukającymi AA czy zakładaniu nowych grup. Potrafi pamiętać, że trzeźwość jest darem i że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie: umie więc zasiać ziarno, sam pozostać trzeźwy i czekać z nadzieją na plon. Były powiernik może powrócić też do macierzystej grupy i pełnić w niej służbę, np. skarbnika. Ale pole, na którym jego doświadczenie jest najbardziej przydatne, to sponsorowanie. Tak o tym mówi Bill B., były powiernik z Kanady: "Sponsorowałem wielu ludzi ale dziś wygląda na to, że młodzi szukają sponsora we własnej grupie wiekowej. Nowicjusze wiedzą teraz o wiele więcej o AA niż kiedyś, być może dlatego, że informacje te można łatwo uzyskać poza Wspólnotą a wiele osób trafia do AA z terapii. Dziś w AA nie widać tak wielu alkoholików z głębokim dnem jak niegdyś. Wydaje mi się, że sponsorowanie jest dziś w kryzysie. A przecież program AA jest na nim zbudowany. Nasi założyciele, Bill i dr Bob, zarówno w sprawach osobistych jak i służby nieustannie powracali do wzajemnego sponsorowania. Potem nazwano to dzieleniem się. Nie sądzę by przestało być to aktualne. Sponsor jest w stanie ułatwić nowicjuszowi start w życie bez alkoholu i pomaga mu nabierać orientacji wśród Kroków i Tradycji. Z drugiej strony, odkryłem, że sponsorowanie wzmacnia moją własną trzeźwość. To wielka prawda, gdy mówią, że "najlepszym sposobem utrzymania trzeźwości jest dawanie jej innym". Najbliższą memu sercu Tradycją AA jest anonimowość. Ma ona wymiar praktyczny ale i duchowy. Im dłużej jestem trzeźwy, tym bardziej czuję, jak ważne jest by to podkreślać nowicjuszom. Inaczej jak zrozumieją, że anonimowość to po prostu pokora zastosowana w praktyce? Anonimowość przypomina nam, że ambicje osobiste nie mają racji bytu w AA, każdy z nas jest cząstką wielkiej całości, a jedność i dobro Wspólnoty musi być postawione ponad osobistymi dążeniami.

Na podstawie BOX 459 nr 6/2001.



Opowieść sponsora


Tę historyjkę / publikowaną w kturymś z MITYNGÓW /opowiadałem już wiele razy, a ciągle słuchacze prosili o dalsze wyjaśnienia. Przypomnijmy ją sobie: Dwóch trzeźwych alkoholików dzieliło ten sam pokój w sanatorium. Jeden był wysoki a drugi niski. Pewnej nocy wysoki musiał się załatwić, ale nie chciało mu się udać na dół do holu do łazienki, więc poszedł do zlewu i załatwił się. Niski, częściowo rozbudzony zobaczył to i zdenerwował się. Rano, następnego ranka, udał się do biura kierownika purpurowy z wściekłości. Podskakiwał, wołając: "Co to za miejsce? Facet użył zlewu. Ja muszę się golić w tym miejscu!" Był tak wściekły, że wybiegł z biura i pobiegł do najbliższego baru i upił się. Dwa dni później umarł, tylko dlatego, że facet załatwił się do zlewu. Tu następuje morał "Czasami nosimy ze sobą zlew, czekamy na kogoś, aby go użył, abyśmy mogli oszaleć. Wracaj do nas, AA pokaże ci jak wyrzucić Twój zlew". To niesamowite. Facet miał rację. Zachowanie wysokiego nie należało do najciekawszych, ale to niski zapłacił najwyższą cenę, cenę życia. Codziennie obok nas różni ludzie popełniają błędy bądź zachowują się niezgodnie z naszym kodeksem postępowania. Powodują, że możemy łatwo ulec "słusznemu" wzburzeniu. Historyjka przypomina , że podczas takiego wzburzenia istnieje niebezpieczeństwo utraty rozsądku, gdy pchani emocjami możemy uczynić rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy. Kiedyś dosyć ostro kłóciłem się z żoną, już miałem ją przekonać do swoich racji, gdy nie czekając na koniec kłótni, nadeszła kilkuletnia córka wręczając mi jabłuszko. W jednym momencie, cała złość, jaką miałem w sobie, wykipała.- Przerwała rozmowę rodziców, tak się nie robi, po co się wtrąca, brak szacunku
- to były wyjaśnienia, dlaczego uderzyłem córkę. Za chwilę, gdy ochłonąłem aż trudno mi było zrozumieć, dlaczego tak uczyniłem. Ale faktu już zmienić nie mogłem. Na długi czas, na mój widok, szczególnie, gdy podnosiłem głos, córka zachowywała się jakby sparaliżowana strachem. Te zdarzenie miało miejsce wiele lat temu, w okresie kiedy "zdrowo" piłem, ale do dzisiaj pamiętam, że ja tak nie chciałem. To był moment alkoholowego szaleństwa, który na długo miał swoje konsekwencje. Inną sprawą jest posiadanie "zlewu". Przypomina mi się taki obrazek, gdy z grupą kolegów, rozbawieni, głośni, szliśmy środkiem ulicy bacznie patrząc, czy przypadkiem ktoś nie wyrazi jakiegoś niezadowolenia. Gotowi byliśmy natychmiast "nauczyć takiego rozumu". Tego wieczora brałem oczywiście udział w pobiciu jakiegoś chłopaka. Znałem go pobieżnie, nawet odczuwałem coś na kształt sympatii. Do dzisiejszego dnia pamiętam zdziwiony i przerażony wyraz
jego oczu, gdy go kopałem. Nie jest to dobra pamięć. Później jeszcze wielokrotnie bawiłem się w życiu w grę "zlewu". Sam byłem prawodawcą, prokuratorem, sędzią i egzekutorem. Czysty obłęd, tymbardziej, że inni najczęściej nawet nie wiedzieli o moich względem nich oczekiwaniach, ale ja miałem wystarczający pretekst aby "ukarać" niepokornych. Egoizm i egocentryzm , koncentracja na samym sobie!... To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów - przypomina Wielka Księga na str 52. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że wpadałem w szaleństwo egoizmu, egocentryzmu. Zawsze potrafiłem wykazać swoją rację ale też piłem przy tym coraz więcej. Przychodząc do AA zetknąłem się z przykrym dla mnie faktem. To nie ja wyznaczam zasady zachowań, bo są one już sformułowane i się sprawdzają, tylko - by zachować życie - muszę się nim podporządkować.



Jedyny warunek

Przypomnienie o naszym głównym celu. Czy jesteś członkiem AA, jeśli mówisz, że jesteś? Niekoniecznie! Nasza Trzecia Tradycja mówi: „Jedynym warunkiem uczestnictwa w AA jest pragnienie zaprzestania picia". Ostatnie cztery słowa tej Tradycji sugerują, że istnieje wyraźnie określony wymóg, że musi w tym być problem alkoholowy. Wszyscy znamy członków, którzy cierpieli zarówno z powodu alkoholizmu, jak i narkotyków. Ci ludzie byli zawsze przyjmowani tak długo, jak alkohol był ich głównym problemem. Jakiekolwiek odniesienie do pigułek lub narkotyków, poza związanymi z problemem alkoholowym, nie ma miejsca na mityngach AA. Wielu z naszych nowych członków przychodzących z ośrodków leczenia do AA ma kłopoty ze zrozumieniem naszej Trzeciej Tradycji. Mówią, że jako pacjenci ośrodków uczęszczali na mityngi AA razem z ludźmi uzależnionymi od pigułek czy innych środków, a lekarze mówili im „narkotyki to narkotyki", że alkohol był ich „narkotykiem z wyboru" i że byli „uzależnieni od narkotyku – alkoholu". Większość z nich wygląda na szczerze zdezorientowanych i prawdopodobnie zaakceptowałaby logiczne stwierdzenie wyjaśniające, dlaczego ich niealkoholowi, uzależnieni od pigułek czy narkotyków przyjaciele, nie są akceptowani jako członkowie AA. Jednakże teraz, niektórzy niedoinformowani, choć powodowani dobrymi chęciami członkowie przerwą cytatem z Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji „Kiedy masz wątpliwość, zapytaj samego siebie. Co by zrobił Pan?" ( Bóg ) Może być tylko jedna odpowiedź: Pan miał program na choroby całego rodzaju człowieczego; Anonimowi Alkoholicy mają program tylko na chorobę alkoholików! Wielka Księga mówi, że cierpimy na chorobę znaną jako alkoholizm, a nie uzależnienie od alkoholu – narkotyku. Nasza Preambuła jasno stwierdza „naszym głównym celem jest pozostanie trzeźwym [powstrzymanie się od alkoholu] i pomaganie innym alkoholikom [nie-alkoholicy nie są wymienieni] w osiągnięciu trzeźwości". AA jest Wspólnotą, która specjalizuje się w pomocy w zdrowieniu z alkoholizmu i gdyby zaczęła tracić swą zdolność do specjalizacji przez rozgałęzianie się na inne dziedziny, straciłaby przez to swą skuteczność.

A.R., Clarkston, Ga.Grapevine, kwiecień 1998