MITYNG 01/67/2003

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


   

Być panem swej woli i sługą sumienia.

Wierzę, że duchowość jest podstawą naszego Programu i niezbędnym składnikiem trzeźwości. Stanowi podstawową część życia emocjonalnego. Łączy się z gotowością wprowadzenia zmęczonego ciała i umysłu w stan spokoju i odprężenia po to, aby wsłuchiwać się w ten cichy, łagodny, ciepły głos, który tkwi głęboko wewnątrz mnie. Czym jest ten łagodny głos? Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale wierzę, mając na uwadze moje własne doświadczenia i wieści płynące z różnych religii i prądów filozoficznych, że ów głos istnieje w każdym z nas. Daje nam niezwykle cenne rady jak radzić sobie z trudnościami życia. Kochać innych - oto co mówi mi mój głos. Unikać przemocy. Miłować pokój. Nigdy nie angażować się w działania, które mogą zaszkodzić innym lub sprawić im ból. Pamiętać, że największą cnotą jest pokora. Przestać osądzać, zacząć pomagać. Mówić miękko i łagodnie. Nakarmić głodnych, pomagać chorym. Bronić uciskanych. Uczciwie zarabiać na życie. Przyznać, że to iluzje są źródłem wszystkich egzystencjonalnych rozterek. Słuchać, a nie mówić. Być odważnym, albowiem żadna trudność nie trwa wiecznie. Myślę, że ten głos każdemu z nas mówi coś innego. Wszystko zależy od potrzeb i stanu naszego ducha w danej chwili. Ale wiem, że on tam jest. Wystarczy tylko dobrze się wsłuchać. I jest jeszcze jeden podstawowy warunek. By duchowość miała sens, bym zechciał szukać jej znaczenia, musiałem przestać pić. Kiedyś słyszałem, że ludzie piją, by robić rzeczy, o których na trzeźwo wstydzą się nawet myśleć. AA i jej duchowość uczą mnie czystości intencji.

Najlepsze życzenia z Nowym 2003 rokiem,
z nadzieją na spotkanie
w Drodze do Szczęśliwego Przeznaczenia.

M....



TYSIĄCE RAZY PRZEDTEM

Na podstawie GRAPEVINE

Była 20:45.W końcu się poddałem. Kochanie - powiedziałem - chyba ktoś kręci się obok mojej ciężarówki. Lepiej pójdę i sprawdzę. Wychodząc usłyszałem jeszcze jak kazała mi być ostrożnym. Pobiegłem do ciężarówki, włączyłem silnik i pojechałem najszybciej jak mogłem do sklepu alkoholowego. Zamykali o 21. Miałem dokładnie tyle czasu, żeby zdążyć. Robiłem to po raz kolejny. Przedtem zrobiłem to już tysiące razy. Dotarłem w samą porę. Wszedłem do środka i oglądałem asortyment. Podszedł do mnie właściciel i spytał, w czym pomóc. Proszę coś specjalnego. Właśnie wpadli do mnie znajomi i nie mam czym ich poczęstować – powiedziałem od niechcenia jak gdybym nie był tu od miesięcy. Ależ proszę bardzo. Mamy taką i taką wódkę. Chce pan butelkę ? Wziąłem ją. Wróciłem w rekordowo krótkim czasie. Schowałem butelkę obok drzwi wejściowych, wszedłem do środka i oznajmiłem, że z ciężarówką wszystko w porządku. Nie ma się czym martwić kochanie. Nikogo nie było. Teraz nadeszła najtrudniejsza chwila – czekanie, aż pójdzie spać. Idziesz spać kochanie? –spytała. Jasne – odparłem – tylko obejrzę do końca ten program. Uśmiechnęła się i powiedziała: Kocham cię. Robiłem to po raz kolejny. Przedtem zrobiłem to już tysiące razy. W końcu ona i dzieciaki zasnęły. Oczekiwanie było straszne. Cała ćwiartka wódki stała tuż za drzwiami! Po cichu wniosłem ją do środka. Myślałem: Wiesz, nie powinieneś tego robić. To szaleństwo. Musisz natychmiast przestać. No, może nie dzisiaj, ale to powinien być ostatni raz. Dobrze - odpowiedziałem małpkom gadającym w mojej głowie. Dziś jest ostatni raz, a na dowód tego wypiję tylko połowę butelki, a resztę wyleję. Wypiłem połowę, a drugą wlałem do zlewu. Poranek był taki jak tysiące razy przedtem: kac, pełne litości spojrzenie żony, dzieci stroniące ode mnie. Żona zwróciła się do mnie i uśmiechnęła. Kocham cię – powiedziała - ale nie będę stać bezczynnie i patrzeć jak umierasz. Poczekaj – odparłem - obiecuję iść do AA. Słyszałem, że są dobrzy w tych rzeczach. Daj mi jeszcze jedną szansę. Wydawało mi się niemożliwe, że można przestać pić. Jednak tym razem poszedłem na mityng. Nie pamiętam wiele z tego pierwszego spotkania, oprócz tego, że jakiś facet opowiedział swoją historię i zakończył mówiąc: Patrzcie, każdy może nie pić przez jeden dzień. Tym właśnie się tu zajmujemy. Mamy siłę, by tak zrobić dzięki uczęszczaniu na mityngi, czytaniu Wielkiej Księgi i przerabianiu Kroków. Nie przestajemy aż do końca życia. Po prostu codziennie postanawiamy, że dzisiaj nie będziemy pić. Kiedy tego słuchałem przyszła mi do głowy pewna myśl. Dotychczas zwykłem pić przez jeden dzień. Może mógłbym nie pić przez jeden dzień. W ten sposób działa to od 12 lat. Budzę się codziennie i postanawiam wypełnić program i dzisiaj nie pić. Udało mi się to już cztery tysiące pięćset dziewięćdziesiąt trzy razy. I każdego dnia postanawiam to zrobić jeszcze jeden raz.



DOŚĆ DŁUGO TRWAŁO ABYM OSIĄGNĄŁ SWOJE DNO.

Potrzebowałem do tego 20 lat, w tym 14 lat w więzieniu i perspektywę na dalsze 12 lat. Bardzo szybko uznałem, że jestem dorosły i zacząłem żyć na własny rachunek. Szybciutko odkryłem, że po alkoholu wstępują we mnie nowe siły, jestem zabawny, nikogo się nie boję, i jak na swoje lata mogę dużo wypić. Pieniądze zdobywałem kradnąc i bardzo szybko przepijałem je na różnych dyskotekach, gdzie nigdy nie byłem trzeźwy. Potem jeden wyrok.... i znowu to samo. Zanim dojechałem do domu, już byłem pijany. Jednak wtedy nie widziałem problemu. Długo przecież nie piłem, więc mi się należało. Zamieszkałem na warszawskiej Pradze, gdzie met było dużo, a i czasy do handlu spirytusem były sprzyjające, a ja zawsze musiałem spróbować tego co robiłem. I tak mieszkanie stawało się metą, gdzie można było się zawsze napić. Nie trwało to długo, bo zbrakło pieniędzy. Kolejne przestępstwo, wyrok i znowu to samo. Ale w więzieniu też można pić, więc z tego korzystałem. Gdy wyszedłem z ostatniego wyroku myślałem, ze to już dość. Ja jednak dalej nie widziałem problemu z alkoholem. Poznałem kobietce, też lubiła wypić i tak sobie żyliśmy. Urodziło nam się dziecko i wzięliśmy ślub. Ale była wóda. Kłótnie, rękoczyny i prawdziwe piekło. Gdy przyszedłem pewnego dnia do domu, ja po wódzie i żona też, wybuchła awantura. Nim się ocknąłem moja żona już nie żyła. Gdy zgłosiłem się na policję patrzyli na mnie z politowaniem bo po parotygodniowym piciu wyglądałem bardzo źle. Potem były leki psychotropowe by zagłuszyć sumienie. Gdy badali mnie lekarze psychiatrzy, usłyszałem, że z przebiegu mojego życia, widzą, że mam problem z alkoholem. Jeszcze musiało potrwać, abym to usłyszał. Spotkałem człowieka, który mi opowiadał o oddziale terapeutycznym na Rakowieckiej i przyjechałem tu bardziej z ciekawości niż potrzeby zrobienia czegoś w swoim życiu. I tu zaczęły dziać się bardzo dziwne sprawy. Codziennie coś odkrywałem w swym życiu. Zacząłem się odkłamywać, aż w końcu pękł wrzód który mnie bolał. Tak... jestem alkoholikiem. Tu na Rakowieckiej wstąpiłem do wspólnoty AA i to było coś dobrego, co zrobiłem w swym życiu. Dzieje się dużo w mym życiu, mimo, że mam jeszcze 8 lat do końca, to dziś patrzę na wiele spraw inaczej. Stałem się bardziej pogodnym i zaakceptowałem siebie i świat jaki mnie otacza. Poznaję ludzi i ufam memu Bogu, bez którego pomocy nie byłoby to możliwe. Tak, że uważam, że życie jest przede mną tylko dzień po dniu i pamiętając, że jestem chory na bardzo podstępną chorobę. Dziś wydaje mi się, że wiem czego chcę i jak chcę żyć, ale to praca na całe życie.

Krzysiek z Warszawy



BABSKIE GADANIE...

Dlaczego nie zapalę dziś pierwszej świeczki? Czy wiesz, Przyjacielu, jak bardzo zazdrościłam tym, którym udało się przestać pić? Wiem, wiem – zazdrość to niskie uczucie. Ale zazdrościłam, strasznie i do bólu. Przez swoją pychę, fałszywą dumę, egoizm musiałam czekać. A przecież to było takie proste. Ale wiem o tym dopiero teraz. Dziś mija rok, odkąd osiągnęłam siódmy krąg piekła, Wydawało mi się, że nie ma już dla mnie powrotu, że to koniec. Świat się zawalił i zgasło słońce. Ale przez ciemność nieszczęścia, bólu i udręki przebijał się cieniutki promyk nadziei. „Muszę przestać i to natychmiast” – to była jedyna myśl, kołacząca się w obolałym mózgu. I tak, po kroplówce, trzech dniach walki o to, by utrzymać w dłoni kubek z herbatą, nieśmiało wyjrzało słońce i zobaczyłam świat, wprawdzie szary, smutny, jesienny, ale... rzeczywisty. I zobaczyłam swoich synów, którzy z niepokojem patrzyli na mnie, zobaczyłam strach w oczach mojej Mamy, zobaczyłam siebie... I było we mnie tyle wiary, nadziei, że potrafię, że dam radę. Przecież jestem dzielna i dotrzymam danego sobie słowa. Nie chcę już więcej cierpieć. Będę walczyć, sama – przecież nikt nie musi wiedzieć, poza Mamą. O ile większe znaczenie będzie miało zwycięstwo. Ach, ta moja pycha... Cieszyłam się, ale... Nie radziłam sobie ze sobą samą. Jak to się skończyło, nie trudno zgadnąć – zapiłam, znów piekło było moje. I znów próbowałam się podnieść i podjąć kolejną próbę. Ale to było tylko niepicie, a nie trzeźwienie. Znacznie szybciej, niż poprzednio, osiągnęłam siódmy krąg. Ale wiedziałam już, co tracę. Poznałam smak niepicia, spokojnych poranków, zjedzonych obiadów, uśmiechu ludzi. I chyba przyszedł czas, żeby powiedzieć sobie prawdę: kim jestem i dokąd zmierzam. I odważyłam: się najpierw przed sobą samą, a potem przed drugim człowiekiem powiedzieć: “jestem alkoholiczką”. I wiesz Przyjacielu, to nawet tak bardzo nie bolało. Poczułam wielką ulgę, wielki wewnętrzny spokój. I zaczęła się moja Wielka Przygoda Trzeźwienia. Chociaż tak na samym początku to nie była przygoda, to była głównie walka z Moim Najwspanialszym Przyjacielem Andrzejem – najpierw o pójście na mityng, potem o zasady. Pierwszy mityng... ile ja znalazłam wtedy wymówek, żeby nie pójść, aż nie przypuszczałam, że jestem tak zajętą i obowiązkową kobietą. Ale poszłam. Bałam się strasznie...., ale o tym opowiem Ci kiedy indziej. Dziś wiem jedno, że samemu to można zawiązać sznurowadła, ale trzeźwieć to trzeba razem. Nie pić można samemu, ale trzeźwieć się nie da. Potrzebowałam sporo czasu, żeby zgłębić tę jakże prostą zasadę. Przestałam się tak strasznie bać prosić o pomoc, uczę się słuchać, uczę się słuchać Ciebie i słuchać ciszy. Powoli zapominałam jak pięknie brzmi cisza. Ale bez Twojej pomocy, Przyjacielu, nie pisałabym dziś tych słów. Dziękuję Ci, że jesteś i mnie słuchasz. I myślę, że to może tak miało być, że trzeba dobrze poznać piekło i wrócić tam parę razy, żeby je raz na zawsze odrzucić i pozostać w blasku światła i miłości. I już nie zazdroszczę tym, którym się udało, bo wierzę mocno, że niedługo i ja zapalę swoją pierwszą świeczkę, a potem następną, następną.... aż do końca. Szkoda, że muszę jeszcze trochę poczekać, cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną, ale wiem na co czekam. Na życie, na trzeźwe życie. A Ty, Przyjacielu, bądź blisko, mogę Cię potrzebować, Twojej siły, Twojej nadziei, Twojego doświadczenia, zanim zapalę swoją pierwszą świeczkę. Wpadnij na wiosnę, zobacz, czy mi się udało.

15 listopada 2002 r. Puchatek



W DNIACH 27 – 29 WRZESIEŃ 2002 NA SŁOWACJI

w miejscowości Topolčianky odbył się 5 celoslovensky zjazd AA (5 Ogólno-Słowacki Zjazd AA). Tematem przewodnim Zjazdu był „Náš prvorady ciel’ je prinášat’ toto posolstvo ostatnym alkoholikom”. Zjazd połączony był z Konferencją Krajową Służb AA, co w języku słowackim brzmiało bardzo śpiewnie INTERSKUPINA AA. Topolčianky to niewielka miejscowość położona na południu Słowacji na wschód od Bratysławy. Największą atrakcją Topolcianek jest malowniczy, otoczony wspaniałym parkiem - zamek, który był właśnie miejscem naszego spotkania.

PIĄTEK
Organizatorzy zadbali o to, by dla osób przyjeżdżających z dalekich stron już dzień wcześniej zorganizować wieczorny posiłek i oczywiście mityng, którego tematem było „Służby AA na świecie”. Na początku swoimi doświadczeniami podzielili się nasi przyjaciele Larry z San Diego oraz Emil z Bratysławy.


SOBOTA
Jednym z najbardziej dla mnie wzruszających momentów było przywitanie uczestników Zlotu. W piątek, w dniu 27 września 2002r wszyscy spotkaliśmy się na zamku. Przedstawiciele różnych Państw w swoim języku przywitali członków Wspólnoty AA. Parę słów powitania powiedział również ksiądz –alkoholik oraz członkini Al.-Anon. Po raz pierwszy znalazłam się w towarzystwie alkoholików z tak wielu krajów. Byli członkowie Wspólnoty z USA, Niemiec, Austrii, Litwy, Czech, Polski no i oczywiście gospodarze Słowacy. Polacy stanowili największą grupę obcokrajowców. Było to dla mnie ogromnym przeżyciem, mówimy różnymi językami, jednak doskonale się rozumiemy, mamy wspólny cel bo mówimy językiem „aowskim”. Niesamowite było wrażenie jak na identyfikatorach czytałam nazwy miast, które dotychczas znałam tylko z wędrówki palcem po mapie.

Po powitaniu zwiedziliśmy zamek, potem poszliśmy na mityng, którego tematem było „Zakładanie i pomoc nowopowstającym grupom AA”. Temat dosyć ważny dla młodej na Słowacji Wspólnoty AA.

W Sali Tureckiej na zamku wśród pięknych zabytkowych mebli odbyło się spotkanie z profesjonalistami. Przy ogromnym stole, nakrytym białym obrusem – spotkanie to miało charakter niemalże rodzinny, co wywołało atmosferę pełnego zaufania i zrozumienia. Na początku wykład wygłosił dr John Chapell z USA, wykładowca z Uniwersytetu w Nevadzie. Całe spotkanie wyglądało dość zabawnie ze względu na różnojęzyczność uczestników. Wykład tłumaczony był z angielskiego na słowacki. Ze słowackiego na niemiecki. Dla nas Polaków słowacki był dość zrozumiały, choć czasem trzeba było również niektóre zwroty tłumaczyć. Dr John opowiadał , że jak studiował medycynę w latach 60-tych to na 4 lata studiów miał tylko 1 godzinę poświęconą alkoholizmowi. Potem studiował  psychiatrię i więcej zaczął się interesować problemem. Teraz uczy studentów; zaleca im uczestnictwo w mityngach AA i zapoznaje z pracą nad 12 krokami. Jego zdaniem jest to najlepszy sposób wyjścia z nałogu. Zaleca budowanie mostów pomiędzy profesjonalistami i AA. Po wykładzie o swoich problemach mówili inni uczestnicy spotkania. Ważną sprawą było stwierdzenie osób profesjonalnie zajmujących się alkoholizmem, że posiadają zbyt małą wiedzę na temat AA i wyrażenie chęci współpracy.


Po obiedzie zorganizowana była wycieczka autokarowa do pobliskiego klasztoru w miejscowości Hronsky Beňadik. Dla nas Polaków najistotniejszą informacją był fakt, że w kościele przyklasztornym modlił się nasz król Jan III Sobieski jadąc na odsiecz przeciw Turkom. Po wycieczce znowu odbywały się mityngi AA, Al.-Anon oraz AN Wieczorem mieliśmy międzynarodową dyskotekę, która w tańcu umożliwiła bliższe nawiązywanie przyjaźni. O godz 2400 rozpoczął się nocny mityng. Każdy mityng kończył się wspólnym zmówieniem modlitwy o Pogodę Ducha za każdym razem w innym języku.

NIEDZIELA
Po śniadaniu znowu były mityngi. Sympatycznym gestem ze strony gospodarzy było zorganizowanie mityngu polskiego, po którym zaraz wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Żałuję, że nie mogłam być na Zlocie do samego końca. Było to spowodowane koniecznością wcześniejszego wyjazdu ze względu na odległość. Zawsze na spotkaniach tego typu, w których uczestniczyłam w Polsce największe wzruszenie wywołuje we mnie wspólne zmówienie modlitwy o Pogodę Ducha. W Topolčiankach brzmiało to pewnie tak:

Bože, daj mi
vyrovnanost,
aby som prijal to, čo zmenit nemôžem,
odvahu,
aby som zmenil to, čo zmenit môžem a
mudrost,
aby som vedej odlišit jedno od druhého.

Każde takie spotkanie utwierdza we mnie przekonanie, że obrałam właściwą drogę na przyszłość, że są ludzie którzy potrafią żyć pełnią życia i NIE PIJĄ. Brzmi to dość patetycznie ale chyba najbardziej oddaje stan moich uczuć. Po takich  spotkaniach nie czuję się sama ze swoim problemem. Wiem, że w AA nie udzielamy rad, ale nie mogę się oprzeć, aby nie powiedzieć, że moim zdaniem nowicjusze powinni zobaczyć jak wielu jest nas i że można żyć inaczej. Trzeba tylko włączyć się w życie Wspólnoty, być otwartym na innych a wtedy nie będziesz czuć się samotnym i wyizolowanym. Pomyśl czasem o innych. Dzięki AA mam nowych przyjaciół, już nie tylko w Polsce.  



JAK TO BYŁO Z XII TRADYCJĄ.

Omawialiśmy na mityngu XII Tradycję i usłyszałem takie mniej więcej zdania: -„Dla mnie moja anonimowość nie jest ważna, nie liczy się, najważniejsze, że nie piję, nie ważne co inni o mnie myślą, w ogóle po co ta cała anonimowość?” Przyznam, iż strwożyło mnie to co usłyszałem, zwłaszcza od aowców z kilkuletnim stażem niepicia i starałem się co nieco wyjaśnić, jak ja to widzę, ale mityng nie jest długi i czas wypowiedzi ograniczony. Postanowiłem więc napisać coś na ten temat, jak ja to rozumiem, na łamach Naszego pisma. Chciałbym pominąć tutaj aspekt pokory w anonimowości zawartej, chociaż uważam, że jest to najważniejsze, a chodzi mi bardziej, można by to nazwać, o stronę techniczną. Rozpocząłem swoje trzeźwienie między innymi dzięki temu, że nasza nazwa zawiera człon ANONIMOWI. Bardzo wstydziłem się swojej choroby i tylko dzięki temu słowu zgodziłem się, aby żona zaprowadziła mnie do ośrodka terapeutycznego – o ironio. Już w rejestracji pytanie o imię, nazwisko, adres, pesel i kilka dodatkowych informacji, ale cóż było za późno, byłem tak wystraszony, iż bałem się nawet uciec. Zostałem. Przez 3 lata terapii, a później kilka lat w AA, w tym czasie przewinęło się przed moimi oczami pewnie około tysiąca ludzi, może więcej. Widziałem tam dziennikarzy, aktorów, prawników, lekarzy, pisarzy, dygnitarzy politycznych, ot taka demokratyczna choroba, zawodu nie wybiera. Myślę, że wielu z nich mogłoby, ujawniając się, przyciągnąć do nas wielu nowych członków, tylko co by się stało, gdyby któryś z nich /prywatnie na piedestale/ zapił. Boję się myśleć o konsekwencjach dla naszej wspólnoty. Wielu z nich do dziś widuję występujących prywatnie np. w tv i duch mój się raduje, ale wielu zniknęło, pochowaliśmy też jednego /o tym wiem / i wiem też – nie przejadł się, ani nie umarł od kataru, to naprawdę jest śmiertelna choroba. O takich doświadczeniach z USA i nie tylko, pisze w naszej literaturze, także w 12x12 Bill W. Czy my mamy powtarzać ich błędy, czy skorzystać z doświadczeń? Po co się parzyć skoro inni już się na tym polu sparzyli? Sam pochodzę z małomiasteczkowej społeczności. Wielu ludzi mnie zna. Na początku mojej drogi w trzeźwieniu, też chciałem ujawnić się i nieść posłanie wszystkim potrzebującym. Chciałem łapać ich za ręce, spoglądać w oczy i mówić jakie życie bez alkoholu jest piękne, nawracać, pokazywać – jest wyjście, można nie pić, trzeba tylko stosować te zasady we wszystkich poczynaniach, itd. i itp. Chciałem rozgłosić to w swoim miejscu pracy, gdzie picie było sposobem na spędzanie czasu. Sam byłem pijany w pracy codziennie przez dwa lata i nie wyleciałem. Na szczęście dotarły do mnie, w czas, wątpliwości. Jeżeli już chciałbym to robić, to najpierw muszę dotrzeć do tych ludzi z informacją między innymi: iż nie mogą utożsamiać mnie z całym AA, przedstawić program, co robimy
w AA itd. Ja jestem tu na ostatnim miejscu. Jestem tylko człowiekiem, słabym i omylnym, nie mogą upatrywać we mnie wzorca, nie jestem autorytetem... Bo co by się stało gdybym jednak zapił – tzn. że to AA jest do niczego. Niedawno na mityngu usłyszałem od aowca, iż on musiałby mieć stworzony jakiś program na zapicie i pomyślałem o sobie, że są to moje myśli. Szybko mi moja Siła Wyższa pokazała gdzie jest moje miejsce i została mi stworzona sytuacja gdzie trzymałem kieliszek ze spirytusem w ręku. Spirytus był do celów technicznych ale w mojej głowie alkoholika, były już myśli: a jak by tak „walnąć”, nikt się nie dowie, tylko jednego, zobaczę czy jestem już wyleczony, może już kontroluję. Nie mogłem się od tych myśli odczepić. Dopiero Modlitwa O Pogodę Ducha i przypomnienie sobie słów z innej modlitwy „...Panie ocal mnie ode mnie samego” pomogło, puściło. Ale było blisko. Jeszcze raz przekonałem się, że ciągle we mnie jest zbyt mało pokory, poczułem się zbyt pewny, jak na moje siły. Jest jeszcze inny aspekt anonimowości. Problem moich bliskich, przyjaciół, znajomych. W którymś z „Mityngów” przeczytałem artykuł, gdzie przyjaciel pisał, że nikt nie dał mu prawa do tego aby przez jego utratę anonimowości cierpiały np. jego dzieci, które nie są za to odpowiedzialne – po pierwsze mam nie krzywdzić innych, nawet za cenę mojego spokoju. Myślę, że za to też jestem odpowiedzialny. Te wszystkie mądrości, które siedzą w mojej głowie, dzięki mityngom i literaturze, wcale nie są koniecznie udziałem ludzi, którzy nie mają problemu ze sobą, albo go mają tylko jeszcze nie wiedzą, a alkoholik – nawet niepijący – to często jeszcze, w świadomości wielu ludzi spoza AA, ktoś poza nawiasem, że nie użyję bardziej dosadnych słów. Ale ja całkiem anonimowo mogę starać się tą opinię zmieniać.

Włodek W



PRZYSTOJNY ANGLIK

Był marzec 1979 r. Nie piłam już od roku. W tym czasie nie spędziłam ani jednej nocy poza domem: ani w samolocie, ani na randce ( mieszkałam wówczas w Nowym Jorku). Wszystko to mogło się zmienić nagle, kiedy dowiedziałam się, iż muszę lecieć w interesach do Los Angeles. Świadomość przebywania daleko od mojej macierzystej grupy AA - nawet przez kilka dni - była przerażająca tak samo, jak podróż przez cały kraj. Słyszałam bowiem tyle historii o pokusie przespania podróży lotniczej. Do tej pory pamiętam jak moje serce zaczęło łomotać, gdy stewardessa roznosiła drinki. W przeszłości zawsze zamawiałam na początek dwa drinki, potem wino do posiłku, a na koniec tyle likieru ile tylko się dało. Usłyszałam wtedy nieznajomy głos mówiący: "piwo bezalkoholowe proszę". Nie było to takie trudne, nieprawdaż? Kiedy popijałam to piwo cały czas musiałam mieć się na baczności, gdyż kobieta siedząca obok mnie popijała skocza, a ja nie mogąc robić tego samego byłam zdenerwowana. Wiedząc jak zdradzieckie może być uczucie żalu dla leczącego się alkoholika odmówiłam modlitwę prosząc Boga, aby pomógł mi wytrzymać bez drinka całą podróż i to - z dumą muszę przyznać - udało mi się. Prawdziwy test miał jednak dopiero nastąpić. Ponieważ wiedziałam, że w Los Angeles zostanę przez miesiąc zabrałam ze sobą numery telefonów do znajomych. Niektórzy z nich należeli do AA, ale nie wszyscy. Już w pierwszym tygodniu pobytu miałam randkę w ciemno, która została zaaranżowana jeszcze w Nowym Jorku. Stawił się na nią przystojny i charyzmatyczny Anglik, który pracował dla lokalnej gazety ( jak się później okazało nie wiedział, że nie piję od jakiegoś czasu). Mimo, iż ów Anglik wypowiadał się wyraźnie, szedł stabilnie i nie śmierdział alkoholem coś mówiło mi, że ma on problem z alkoholem, a może nawet jest alkoholikiem. Okazało się to prawdą. Najpierw poszliśmy do popularnego baru, w którym mój partner wypił dwa martini z wódką ( ja popijałam piwo bezalkoholowe). Potem przeszliśmy do znanej włoskiej restauracji. Zamówił w niej więcej drinków niż jedzenia. Kiedy nie zamówiłam wina spytał dlaczego. - Nie mogę w ogóle pić alkoholu - przyznałam - jestem leczącym się alkoholikiem. Wydawał się zafascynowany tym co powiedziałam. Pytał, czy trudno jest mi wytrzymać w abstynencji, jak jest w AA, czy nie tęsknię za piciem? Odpowiedziałam, że czasem tęsknię, ale wiem jednocześnie, iż gdybym dalej poszła tą drogą byłabym teraz na samym dnie. - Jak widzisz ja bardzo to lubię - wyznał Anglik - i wątpię, czy mógłbym przestać. Nie jestem nawet pewien, czy kiedykolwiek będę chciał przestać. Powiedziałam, że kiedyś też tak myślałam i nagle poczułam jak w mojej głowie znowu zaczęło dziać się coś innego. Wiedziałam, że jestem atrakcyjna dla tego faceta. W przeszłości na pewno piłabym razem z nim, potem wylądowalibyśmy w łóżku i spędzili razem noc. Mimo logiki i setek spotkań w AA coś kusiło mnie by to zrobić. Od kiedy przestałam pić Anglik był pierwszym facetem, któremu się spodobałam. To nie ułatwiało sprawy. Musiałam wysilić całą swoją wyobraźnię, by przypomnieć sobie, że pierwszy drink zabierze mnie w otchłanie załamania. W końcu otrząsnęłam się. Zamiast podwójnego koniaku zamówiłam kawę i deser. Anglik nadal pił wódkę z martini. Miał dużą pojemność. Nie było po nim widać, że jest pijany. Kiedy odwoził mnie do hotelu miałam przeczucie, iż mimo, że następnego dnia jest dzień roboczy, on nie wróci jeszcze do domu. Kiedy go o to zapytałam uśmiechnął się i przyznał mi rację. Podejrzewałam, że pojedzie do baru pić dalej, albo do jakiegoś kolegi zażywać narkotyki. Przez jedną zwariowaną sekundę miałam ochotę pojechać z nim nie przejmując się konsekwencjami. Zamiast tego przyszło jednak opamiętanie. Uścisnęłam jego dłoń, podziękowałam za kolację i weszłam do windy. - Ledwo co umknęłam - pomyślałam. Następnego ranka poszłam na spotkanie AA i opowiedziałam jak blisko byłam wypicia pierwszego drinka.

- Ale nie zrobiłaś tego Joyce - powiedział prowadzący - nie zrobiłaś.



LITANIA
DO XXI WIEKU

Uchowaj mnie od wieku:
Od ludzkiej głupoty!
Ambitnej miernoty!
Od drogi bez celu!
I wzorca dla wielu!
Od pytań nijakich!
I błysków genialnych!
Od pędu dla pędu!
Zachowań banalnych!
Radości tępawej!
I łzy w oku łzawej!
Od triumfu dla triumfu!
Od fanfar zadętych!
I pozwól mi wreszcie...
Być nieco stuknięty!  



Najlepszy czas by zacząć trzeźwieć, to dzisiaj

Przez wiele lat ten sposób funkcjonowania można by nazwać nałogowym odkładactwem. Odkładanie każdej pracy na jutro było dla mnie zupełnie naturalne, zaś regułą unikanie „nagłych decyzji". Jedyne decyzje, z którymi nie miałem kłopotu dotyczyły wypicia kolejnego kieliszka. Nawet przyjście do AA nie było moją zasługą. Ktoś inny ją podjął, gdy odbywałem leczenie. Udział w mityngach AA był częścią terapii, a odmowa oznaczała natychmiastowe wypisanie. To było ultimatum! Pod naciskiem lekarza „zdecydowałem" podporządkować się. Później przekonałem się, że ta decyzja zmieniła całe moje życie. Ale takie momenty nie zdarzają się codziennie. Kładzenie się spać, czy wstawanie z łóżka, nie wymagają specjalnych decyzji. Można żyć według dawnych zwyczajów, ale zawsze istnieje
niebezpieczeństwo popadnięcia w coś złego. Dla mnie tym okazał się alkoholizm. Musiałem radykalnie zmienić zwyczaje i natychmiast przestać pić. Okazało się, że
najlepszy czas by zacząć trzeźwienie, to dzisiaj. Ale żeby podejmować świadome, celowe decyzje - trzeba się zmienić. W AA uczymy się jak zasypać przepaść pomiędzy decyzją a wykonaniem. Naukę tę streszcza słowo DZIAŁANIE. Rezultaty podejmowanych działań mogą zaowocować bardziej zdyscyplinowanym stylem życia - i to wynikającym nie z konieczności, a z wyboru. Najważniejsze decyzje z którymi stykamy się w AA to te, które pozwalają nam przełożyć program AA na praktykę. Każdy z nas może zdecydować, że chce, aby ta droga - trzeźwość, radość i szczęście - stała się jego drogą. Dlatego też modlimy się o pogodę ducha, odwagę i mądrość: by podejmować dobre decyzje. Kto szklanki myje, ten nie zapije - co Ty na to?

- A spotkanie Intergrupy?