MITYNG 09/87/2004

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Gawęda redaktora MITYNGU

 

Z uwagi na okres urlopowy nie udało się nam umieścić w sierpniowym numerze MITYNGU sprawozdania z Rady Regionu z 17 lipca. Jednak wydaje się, że sprawy tam poruszane są nadal aktualne. Po pierwsze została potwierdzona lokalizacja najbliższej, jesiennej Regionalnej Konferencji Służb Regionu Warszawa - 16 X 2004 r. Warszawa ul. Dereniowa, Dom parafialny godz.10 - 16. Przewidziany jest bufet z kanapkami, napoje, itp. Parkingów dla samochodów też powinno starczyć.   Mam nadzieję, że mandatariusze, członkowie Rady Regionu i Służby Krajowej przedyskutowali już wszystkie wnioski jakie wpłynęły do Konferencji i wiedzą jak będą głosować aby ich decyzje były najlepsze dla jedności i przyszłości AA. Ważne są zasady AA przed osobistymi ambicjami. Wiąże się to z odpowiedzialnością za realizowanie postanowień. Odpowiedzialnymi będą przede wszystkim uczestnicy Konferencji, których zadaniem będzie znalezienie do współpracy innych członków AA. Również Intergrupy będą chciały pochwalić się swoimi osiągnięciami w niesieniu posłania cierpiącym jak też tworzeniem ciepłej atmosfery sprzyjającej trzeźwieniu. Ostatnio moim konikiem stało się poszukiwanie jedności w AA. Dlatego szokiem były słowa o. Jacka Salija, które napotkałem w jakiejś publikacji : Rak polega na tym, że część komórek organizmu się buntuje:" nie będziemy służyć całości, będziemy pilnowały tylko swojego dobra" I na krótką metę te komórki dobrze na tym wychodzą, wspaniale się rozwijają. Nie zauważają tylko, że uległy biologicznemu uprymitywnieniu, że niszczą komórki wokół, że przyczyniają się do słabnięcia całego organizmu i w gruncie rzeczy do unicestwienia także siebie...

.....Katastrofa zaczyna się wtedy, gdy te cząstki organizmu społecznego, które dotychczas zachowywały się przyzwoicie, widzą, że przyzwoitość nie popłaca:" to my też będziemy pilnowały dobra własnego" . Ten opis uświadomił mi niebezpieczeństwo realizacji osobistych celów bez dbałości o jedność naszej wspólnoty. Tworzą się wtedy liczne nieporozumienia. Przykrym faktem jest, że środowiska szeroko rozumianej wspólnoty AA funkcjonują w zamkniętych, wzajemnie nieprzenikalnych kręgach, zazwyczaj mając o sobie jak najgorsze mniemanie. W WK  str. 16 czytamy - Większość z nas czuje, że prawdziwa tolerancja dla poglądów czy też wad innych ludzi oraz szacunek dla ich opinii sprawią, iż będziemy im bardziej potrzebni. Nasze osobiste życie jako alkoholików zależy od stałego myślenia o innych i o tym, jak możemy im pomóc w potrzebie. Niedawno miałem okazję wysłuchać opinii, że sponsorowanie to jakby ślepy prowadził ślepego. Czyżby nikt nie widział, że sponsor kilka lat nie pije, jego życie uległo wyraźnej poprawię, a jeszcze ma czas dla innych? Brakuje szczerych dyskusji, zarówno w sprawach, które łączą jak i tych, co do których istnieją odmienne przekonania. Wspólne pieczenie kiełbasek w Wesołej to jeszcze za mało by się porozumieć. Wydaje się, że tradycja poszukiwania wspólnego sumienia gdzieś się zagubiła, o czym świadczy choćby rezygnacja z warsztatów na Konferencji. Czyżby liczyła się już tylko demagogia? Mam nadzieję, że to się znów zmieni. Zamiast praktycznej zgody na różnorodność w jedności mamy dążenie do prezentowania swojego stanowiska jako jedynego uprawnionego sposobu myślenia i działania ? A przecież nie brakuje miejsca, gdzie można się poznać i posłuchać nawzajem. Mamy lokal przy ul. Berezyńskiej 17. Są do dyspozycji spotkania zespołów regionalnych, gdzie można omówić każdą sprawę. Jeśli zajdzie potrzeba, to powoła się następne - jak chociażby zespół d/s internetu. Osobiste poznanie zmienia stosunek do oponenta i to jest częstym doświadczeniem uczestników czwartkowych spotkań w PIK - u. Różnice są bowiem sprawą normalną, nienormalne jest tylko odmawianie prawa do innego zdania. Inna rzecz, że zbyt często atmosfera sporów wywołuje wrażenie, że druga strona ma złą wolę. Język jest zbyt emocjonalny i pełen niechęci do oponenta, a nie do sprawy, którą reprezentuje. To sprawia, że mając złe zdanie o funkcjonowaniu innych zamykamy przed sobą możliwość korzystania z ciekawych imprez przez nich organizowanych. Warto chyba pamiętać o zasadzie: Jeśli jesteś AA, korzystaj ze wszystkiego, co Ci pomaga utrzymać trzeźwość, ale propaguj AA. Propagując inne formy działalności, pozbawiamy się opieki AA. Łatwo wtedy o pogubienie wartości naszej wspólnoty. Uczestniczyłem kiedyś w mityngu, gdzie  w preambule czytano, że celem jest rozwiązać swój problem. Gdy wybierałem się tam ponownie, wziąłem ze sobą tekst preambuły wydany przez BSK. Przez jakiś czas mogłem słuchać o rozwiązaniu naszego wspólnego  celu, a potem wszystko powróciło do poprzedniego stanu. Okazuje się, że uczestnicy wolą rozwiązywać swój problem, nie wspólny. No cóż, mam nadzieję, że kiedyś grupa ta bardziej na serio potraktuje współpracę z  resztą wspólnoty. Kolejny problem jaki się ostatnio ujawnił to klasa biznesmenów.  Jest taki fragment w naszej literaturze: Jeśli czytelnik tej książki poweźmie decyzję, że pragnie tego, co my w AA posiadamy../WK str 49/. Wiadomo, że zadaniem handlowca jest zakupienie towaru po najniższej cenie, ale jeżeli tym towarem, który chcemy kupić w naszej wspólnocie jest TRZEŹWOŚĆ to proponowane metody są zupełnie inne. Wspólny problem choroby alkoholowej rozwiązywany jest przez aktywne uczestnictwo w naszej wspólnocie. Wiemy przecież, że gdy płacimy pozorami, to otrzymany towar może nie być ten upragniony. Pamiętajmy:  Jeśli płacisz orzeszkami, otrzymujesz ... .Jak kucharka wie, że jeżeli do sprawdzonego przepisu nie damy wszystkich składników, nie otoczymy troską, to efekt pracy niekoniecznie musi być udany, nawet zupa może wyjść niedogotowana, tak trzeźwienie wymaga uczciwości w postępowaniu. Trzeźwości kupić nie można. Dlatego wierzę, że ...nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu, jak intensywna praca z innymi alkoholikami. Ten sposób jest zawsze skuteczny. Nawet wtedy, kiedy inne zawodzą. /WK str. 77/ Oczywiście te słowa nie dotyczą tych, którzy swojego uczestnictwa w AA nie traktują poważnie.

      Już dawno nie mieliśmy w redakcji MITYNGU okazji do zachęcania do udziału w takiej ilości różnych imprez jak we wrześniu br.

Już 4 września warsztaty w PIKu godz 16 - 19, temat - Praktyczne znaczenie Tradycji AA w naszym życiu domowym

5 września - Ostrołęka, ul Goworowska 18a, lokal Intergrupy NAREW godz. 17

  - wymiana doświadczeń na temat służby prowadzącego mityng.

6 września - spotkanie informacyjne studiowania 12 Kroków ul. Chełmska godz 18

11 września- warsztaty Tradycji 9-12.  PIK ul Berezyńska 17 godz 10

11 września - spotkanie w Wesołej od godz. 16

18 września Rada Regionu - PIK godz. 16

 Wydaje się, że warto też zwrócić uwagę na niedzielne spotkania o godz. 18 w klubie na Siedzibnej 35, gdzie bardziej doświadczeni w trzeźwości alkoholicy dzielą się swymi uwagami na temat: - Czy wierzę, że nasz wspólny cel niweluje wszelkie różnice religijne, materialne i inne?  - mityng dyskusyjny

I tak powoli zbliżamy się do październikowego miesiąca Konferencji Regionalnej i Krajowej. Tematem tej ostatniej jest: Dobrze zorganizowana, ale wspólnota

Do prezentacji zdarzeń z naszego regionu zasugerowano nam aby w 3 minutowym wystąpieniu uwzględnić:

1. Niesienie posłania, informacja o AA w regionie.

2.Obsada służb na wszystkich szczeblach.

3. Sponsorowanie - na wszystkich poziomach.

4. Dbałość o dystrybucję i dostępność literatury AA.

5.Punkt Informacyjno Kontaktowy - jakie spełnia zadania.

6. Organizacja warsztatów tematycznych.

7. Regionalne zloty radości

8. Wydarzenia, które zdaniem regionu winny być zaprezentowane na szczeblu krajowym.

Myślę, że na tym zakończę swoją gawędę. Do następnego numeru,

Pogody Ducha życzy redaktor MITYNGU

 


O mojej grupie mailowej

Wydaje mi się, że zdarzenia w mojej grupie mailowej nie odbiegają od wydarzeń z realnych mityngów. Kto wie, czy nie są obrazem tego, co większość z nas, może zaobserwować u siebie, gdy nowy przychodzi na mityng. Wtedy wszyscy są nim zainteresowani, dzielą się swoimi początkami w AA. Nowy chętnie angażuje się. Jego autentyczna serdeczność jest dla nas szalenie mobilizująca a później wszystko ucicha aż do przyjścia kolejnego nowego. Były nowy jeszcze przez krótki czas się szarpie, gada, popełnia błędy, które znawcy AA skrzętnie wytykają i doprowadzają do tego, że były nowy przestaje się odzywać. Następuje drugi etap tzw" uczenia się i słuchania". I niestety na tym etapie wielu z alkoholików kończy swój udział w AA, natomiast tego, czy się czegoś nauczyli, to nie wiem, bo już ich nie widuję. Do dnia dzisiejszego mam właściwie kontakt tylko z tymi " z mojej półki", którzy zaangażowali się gdzieś do służby dla AA. W praktyce pokazują, co znaczy pokonywać własny egoizm i egocentryzm. Nadal uczestniczą w mityngach, ale ich udział ma inny niż dotąd charakter. Przychodzą mówić jak program AA pozwolił zmienić im swoje życie. Podobnie na naszej liście od czasu do czasu pojawiają się ważne teksty. A wtedy rozumiem, że dla kogoś stało się coś na tyle ważne, że już to warto przekazać dla innych. Dzięki za te, pełne autentyzmu wypowiedzi. Ale i te inne, nawet mniej poważne, są dla mnie źródłem radości, szczególnie wtedy, gdy kolejna wypowiedź pokazuje, jak coś w życiu się zmienia. Za każdą z nich kryje się informacja, że autor kolejny dzień nie pije. Właściwie to ja tego nie rozumiem, ale wszystkie listy są mi potrzebne, cieszę się, gdy w skrzynce siedzi ich kilka, a tak przy okazji, to coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że nie jest ważne, w jakim miejscu rozpoczynamy naszą nową drogę życia, ale czy idziemy w dobrym kierunku. To stale wymaga potwierdzania. Był taki etap w moim życiu, że biegałem z mityngu na mityng, udzielałem "wsparcia" na nowych mityngach. Dzisiaj już tak nie biegam, a coraz ważniejsze staje się dla mnie to, czy już wiem, co mówię, czy pragnę podkreślić swą inność, czy szukam rozwiązania swoich problemów stosując zasady AA. Do tego celu wystarczy stary wypróbowany mityng, jego uczestnicy najlepiej widzą czy się zmieniam, a o to przecież w AA chodzi. Pozdrawiam wszystkich pogodnie.

Marek


Moja Grupa

 Czym dalej od domu był mityng, tym lepiej. Wstyd bycia alkoholikiem, nie jest mi obcy. Szybko go przełamałem i zacząłem uczęszczać gdzie popadło. Moje pierwsze miesiące we wspólnocie AA, pierwsze mityngi, pierwsze odkrycia „tajemnic” programu były dla mnie bardzo przejmujące i sprawiały, że często przeżywałem uniesienia, wzruszenia. Każdy mityng dostarczał mi miłego uczucia, że staję się lepszym człowiekiem. Wreszcie po wielu nieudanych próbach zaprzestania picia, zobaczyłem światełko nadziei do zaprzestania picia. Uczestnicy mityngów opowiadali swoje historie podniesienia się z upadku moralnego.  Wydawało mi się, że wszyscy alkoholicy są niezwykle życzliwymi aniołami. Grupę AA traktowałem jak Siłę Wyższą. W grupie szukałem odpowiedzi - jak żyć? Ciekawość i zachłanność na te doznania sprawiała, że chciałem odwiedzić każdą grupę AA w Warszawie. Zauważyłem jednocześnie, że szalenie wygodne jest dla mnie wpadnięcie jeden raz na taką przygodnie wybraną grupę. Mogłem „sobie” powiedzieć co chciałem a potem wylecieć jak ptak, i więcej już nie wrócić. Uczestniczyłem w takich mityngach gdzie większość uczestników miała taki stosunek jak ja. Wychodziłem zmęczony i zdezorientowany tematyką „od Sasa do lasa”. Często narzekałem po wyjściu, że to był słaby i bezwartościowy mityng.  Wówczas tak pojmowałem zasadę – „możesz przyjść i wyjść kiedy chcesz”, „ty dla siebie jesteś najważniejszy”, itp: cudowne powiedzenia, które zniekształcałem na własne potrzeby ze wszech sił. Mogłem bezkarnie zakłamać przedstawiane problemy bo nikt nic o mnie nie wiedział. Potem mówiłem „nic mi to AA nie daje”. Nie zastanawiałem się co ja mogę dać AA a jedynie co mogę dostać od AA?  Wszystko „ONI” już przygotowali, sprzątnęli, zakupili, otworzyli, umyli. Nigdy nie wpadło mi do głowy, że ja miałbym być za to odpowiedzialny. Nie znałem struktury działania grupy, długo nie mogłem się zabrać do przeczytania ulotki „Grupa AA”. Nie interesowała mnie intergrupa. Przerażało mnie bezwarunkowe zaangażowanie się. Prawdę mówiąc zawsze czułem się lepszy i jakoś ponad innymi. Bez uczenia się wiedziałem lepiej. Lecz zauważyłem że żyje mi się gorzej, kiedy należę wszędzie i nigdzie, że tak naprawdę nigdzie nie pasuję, a każda grupa wydaje się obca. Dotarło do mnie, że w AA mam się uczyć a nie popisywać. Długo unikałem podjęcia jakiejkolwiek służby w grupie. Okazało się że trudno jest mi wypełniać jedną funkcję przez dłuższy okres czasu. Poczułem na własnej skórze jak dotkliwy jest brak zaufania grupy, skoro nie zna mnie nikt, to i służby mi nie powierzano. Podobnie było z poszukiwaniem sponsora, nie dawałem się poznać to i chętnych trudno mi było znaleźć. Od jakiegoś czasu - po uwadze mojego sponsora, uczęszczam regularnie na dwie grupy. Przychodzą ci sami ludzie. Staram się wypełniać różne funkcje w grupie. Czasem jak nie przyjdę to się koledzy interesują – co ze mną? To bardzo miłe. Wyczuwam troskę o mnie i sam ją chyba okazuję. Jest jak by bardziej rodzinnie. Przyjaciele pomagają mi, a ja im. Choćby w czasie urlopów można się wzajemnie zastępować w służbie. Czasem bezinteresowny telefon od kogoś z grupy nagle rozświetla mi dzień. W tej grupie dałem poznać swoje problemy, teraz trudno mi coś zakręcić - skoro mnie znają? Poczucie przynależności staje się dla mnie zobowiązujące do regularnego przychodzenia, tym samym do podtrzymywania mojej trzeźwości. Czuję, że mam zaufanie. Przyglądam się uczestnikom mojej grupy i podziwiam ich proces zmian. Cieszę się razem z nimi z osiąganych sukcesów w trzeźwym życiu. Na moich oczach dokonuje się cud przemiany, z beznadziejnie chorego, zbankrutowanego pijaka w odpowiedzialnego, życzliwego, dobrego człowieka. Dostrzegam na tych przykładach jak działa posłanie Billa i Boba, jeśli tylko stosuję program AA w całości. W mojej grupie studiuję dwanaście kroków. Wówczas nowego znaczenia nabierają trzy legaty AA które wcześniej nie miały dla mnie żadnego sensu. Moją aktywność w grupie AA dziś pojmuję jako praktyczne wykonanie części pierwszego kroku - „poddania się” . Skoro innym w ten sposób udało się wrócić do zdrowia, to znaczy, że i mnie może się udać?


MOJA  GRUPA

 Długo zastanawiałem się co to znaczy „moja grupa”. Czy to taka, na którą poszedłem pierwszy raz, czy taka, na którą chodziłem najczęściej. A może to ta która jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Każda z wyżej wymienionych zasługiwała na to by być TĄ MOJĄ. Dziś mam troszkę odmienne zdanie na ten temat. Grup na które chodzę jest kilka, są one bliżej lub dalej od mojego domu. Ale na miano „mojej” według mnie zasługuje ta na której czuję się najlepiej, ta na której najwięcej otrzymuję i najwięcej daję zarazem. W chwili obecnej taką grupą jest grupa „PATRYK”. Trafiłem na nią pierwszy raz około dwóch lat temu. Zacząłem przychodzić systematycznie. Oprócz starych znajomych poznałem tu wielu nowych wspaniałych ludzi mających duże doświadczenie na polu radzenia sobie z chorobą alkoholową. Wielu z nich widzę tu co tydzień, te same ciągle uśmiechnięte, serdeczne twarze, które są gotowe poświęcić swój czas dla dobra grupy i innych współuczestników. Grupa „PATRYK” o ile się nie mylę istnieje już ósmy rok. Z opowiadań przyjaciół wiem jakie były jej początki, jej kolejne lata. Oprócz starych bywalców dość często pojawiają się nowi ludzie, którzy tak jak ja nie chcą pić. Mityng taki jest wtedy podporządkowany nowo wstępującemu. W przerwie nowicjusz jest otaczany pomocą, ciepłem i życzliwością, nie pozwala się aby choć przez chwilę poczuł się samotny. Zaopatrywany jest we wszelkiego rodzaju ulotki i broszury informujące go o istocie choroby i roli wspólnoty AA. Wyraźnie zaznacza się, że jest on osobą najważniejszą na mityngu i daje mu się odczuć, że wszyscy za tydzień będą czekać głównie na niego. Taka opieka jest konieczna aby „nowy” pozostał z nami. Jest to dokładnie to czego ja nie doświadczyłem wstępując przed laty do Wspólnoty. Potrzebne jest nie kadzenie ale szczere okazanie serca, bo tylko szczere serce i ciepło pomoże mu tu pozostać. Na „PARTYKU” działają wszystkie służby, systematycznie są regulowane opłaty za salę, współpraca z proboszczem układa się bardzo dobrze. Ewenementem jest to, że po mityngu zawsze zostaje kilka osób aby pomóc w sprzątaniu i zmywaniu a nie zwalane jest to na barki jednej osoby. To jest właśnie ta nasza wspólnota na „PATRYKU” - wszyscy jesteśmy równi. Kontakt ze służbami Intergrupy i Regionu układa się poprawnie. Wielu uczestników „PATRYKA” obsadza służby właśnie tam. Mamy swoich przedstawicieli na mityngach w więzieniach. Działalność ta sprawia, że jakość mityngów na „PATRYKU” wzrasta, przez co wzrasta i moje trzeźwienie. Chcę podziękować mojej Sile Wyższej, że pozwoliła mi zaistnieć w tej grupie, wnieść niewielki wkład w jej rozwój, poznać wspaniałych przyjaciół od których to co wziąłem nie da się zmierzyć żadną z miar.

ROMAN AA


Moja grupa

 

Gdy zjawiłem się w podziemiach plebani po raz pierwszy, prawie dwa lata temu, nie wiedziałem jeszcze tak do końca, co ja tutaj robię? Przyszedłem szukać pomocy, a raczej przyprowadził mnie na moją prośbę inny alkoholik, bo sam wstydziłem się przyjść. Wcześniej, gdy konsekwencje picia dopiekły mi już solidnie i sam nie mogłem nic w swoim życiu zmienić, próbowałem szukać pomocy w książkach psychologicznych, psychologicznych ćwiczeniach jogi, aby się wyluzować, w kościele i we wspólnocie religijnej, w myśl powiedzenia: „że jak trwoga to do Boga”. I nic z tych rzeczy nie mogło mi pomóc. Stwierdziłem w końcu, że chyba z moją głową jest coś nie w porządku. Wybrałem się do psychologa. Po kilku spotkaniach i wysłuchaniu historii mojego życia, psycholog zasugerował mi delikatnie, abym poszedł na mityng AA. Ja próbowałem jeszcze zaprzeczać i tłumaczyć, że to nie alkohol jest moim problemem, tylko pieniądze, które wydaję po pijanemu w nadmiarze. Po za tym, to ja jestem nerwowy rocznik i cos mi się od życia na koniec tygodnia należy. Mój problem polegał na tym, że za dużo pieniędzy mi szło na luzowanie się i nie mogłem wyhamować, bo chyba się coś u mnie zacięło. Jeszcze jakiś czas chodziłem do psychologa i targowałem się sam ze sobą, aż w końcu nie mając już gdzie iść, poszedłem na mój pierwszy mityng. Usiadłem wystraszony w najdalszym kącie Sali i na pytanie: „czy mam problem z alkoholem??”. Odpowiedziałem, ze chyba mam. Wówczas dostałem oklaski i dowiedziałem się później, że za odwagę. Już na tym pierwszym mityngu usłyszałem o moich problemach i emocjach. Ujęła mnie również szczerość wypowiedzi. W końcu wiedziałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. Na przerwie, kilka osób podeszło do mnie, przytuliło i powiedziało: „Dobrze, że jesteś”. Nie wiedziałem, dlaczego wszyscy się tak cieszą, dlaczego mówią, że ten mityng jest dla mnie. Usłyszałem również wiele sugestii, które mogą mi pomóc zmienić swoje życie i przetrwać bez alkoholu. Usłyszałem też, że tutaj nic się nie musi i to mi się bardzo spodobało. Po mityngu umówiłem się z innymi alkoholikami na ryby i w ten sposób moja wiedza o wspólnocie szybko się powiększyła. Na następnym mityngu myłem już szklanki, bo bardzo chciałem się nie napić. Zacząłem się również umawiać z przyjaciółmi na inne mityngi oraz różne imprezy aowskie, na których bardzo mi się podobało. W krótkim czasie zostałem uznany za uczestnika grupy. Gdy zdarzyło mi się nie być na mityngu, zaraz były telefony lub pytano mnie później, gdzie byłem. Po raz pierwszy, od naprawdę długiego czasu poczułem, że się ktoś o mnie martwi i troszczy. Moje starania przy myciu szklanek, szybko zostały zauważone i swoją przyjaźń zaofiarował mi starszy stażem alkoholik, który wyjaśnił mi wiele spraw związanych z funkcjonowaniem grupy oraz całej Wspólnoty. W niedługim czasie jakoś sam z siebie został On moim sponsorem. Po upływie roku podjąłem się funkcji mandatariusza w mojej grupie macierzystej i służbę tą pełnie obecnie. Chciałbym jeszcze powiedzieć o tym, że w mojej grupie dostałem dużo serdeczności i ciepła od przyjaciół. Nikt się nie pytał, kim jestem i co sobą reprezentuje. Zaakceptowano mnie takim, jakim jestem i nikt na siłę nie chciał mnie zmieniać. Szczególnie na początku było mi to potrzebne. Nie chciałbym tutaj popaść w przesadę i próbować opisywać, jak powinna wyglądać idealna grupa AA. Zresztą, skłonność do idealizowania wszystkiego jest akurat moim przypadku przeszkodą w trzeźwieniu, nad którą staram się pracować. Dowiedziałem się tutaj, że w AA są same anioły tylko, że upadłe. I ja sam jestem takim upadłym aniołem, który uczy się żyć na trzeźwo i już bez podpórki, jaka był alkohol. Do tej nauki potrzebni mi są inni ludzi – moja grupa AA. Bez tej grupy, to tak, jak bym trzeźwiał na niby, bo przecież nie możliwa jest to nauka bez kontaktu z innymi ludźmi, bez wzajemnych relacji i korzystania z doświadczeń innych. Przy tej nauce nieuniknione SA również tarcia, nie wszystko idzie idealnie. Lecz mam przy sobie starszych aowców, zawsze gotowych służyć radą i pomocą. I tak powoli się uczę, nie raz podskakując ze złości, że za wolno, ale to tylko jedna z moich wad, jaka jest niecierpliwość, niecierpliwość jak dowiedziałem się na mojej grupie, trzeźwienia to praca na całe życie, do której potrzebuję innych ludzi.

Piotrek AA.


Na podstawie Grapevine maj 1997 str. 30-31

 

Tak łatwo zapomnieć...

 

Niedawno, rankiem po naszym spotkaniu w Ośrodku Pomocy Społecznej, przyjaciel powiedział mi, że próbował telefonicznie pomóc mało znanej nowicjuszce. Mimo, że uczęszczała na spotkania w swojej małej społeczności zniechęciła ją klikowość z jaką się spotkała. Poprosił mnie o radę. Wróciłam myślami do popołudniowego spotkania kobiet, w którym brałam udział jako nowicjuszka. W czasie przerwy kobiety podzieliły się na małe dwu, trzyosobowe grupki, a ja siedziałam sama, czując się tak widoczna i tak nieswojo, że po kilku minutach wstałam i wyszłam. Na szczęście w mojej okolicy działa wiele grup, spośród których można wybierać, tak że w końcu zna-lazłam taką, której członkowie wyciągnęli do mnie pomocną dłoń i sprawili, że poczułam się jedną z nich - a co najważniejsze byłam naprawdę mile widziana. Pamiętam nawet pewnego mężczyznę, który siedział przy drzwiach w i witał każdą wchodzącą osobę. Miał ciepły uśmiech i zawsze potrafił z każdym z nas zamienić kilka słów. Jego przykład - tak ważny w trudach drogi dojścia do trzeźwości - ciągle pozostaje moją inspiracją. Tak łatwo zapomnieć jak przerażeni i samotni jesteśmy na naszym pierwszym spotkaniu AA. Pozostali czują się już pewnie i bezpiecznie wśród swoich starych   znajomych   i   często   zapominają  obdarzyć   tym   samym  uczuciem nowoprzybyłych. Moim zdaniem jest to idealna okazja, aby wprowadzić w życie Krok Dwunasty: Nasze uśmiechy, uściski dłoni, nasze zaproszenia na kawę po spotkaniu - oto składniki, które czynią spotkania Stowarzyszenia Anonimowych Alkoholików tak ważnymi i niezbędnymi dla wszystkich jego członków. Jeżeli czuję się smutna lub samotna z jakiegokolwiek powodu, a mój opiekun nie jest osiągalny, zawsze mogę zwrócić się o pomoc i wsparcie do którejkolwiek z okolicznych grup AA. Staram się zawsze pamiętać owego mężczyzny sprzed lat, który dodawał mi odwagi, gdy stawiałam swe pierwsze kroki w Stowarzyszeniu. Teraz ja sama staram się dzielić swoją przyjaźnią i doświadczeniami zarówno ze starymi jak i nowopoznanymi członkami grupy. Czasem, gdy widzę kogoś, kto wydaje mi się samotny - przesiadam się z grona moich przyjaciół i dołączam do takiej osoby, by pod koniec spotkania zaobserwować jak smutek i apatia znika z jej twarzy. Podobnie, kiedy słyszymy jak nasz kolega dzieli się bolesnymi doświadczeniami w czasie spotkania, niezwykle istotne jest abyśmy okazali tej osobie nasze pełne zrozumienie. Ostatnio jedna z przyjaciółek opowiadała na spotkaniu, o swoim podopiecznym, który popełnił samobójstwo. Powiedziała, że gdy potem wertowała literaturę na ten temat, żaden z członków grupy nie podszedł aby powiedzieć, że rozumie jej rozpacz. Chociaż trzeźwość na spotkaniach AA zawsze daje poczucie radości i braterstwa, musimy zawsze pamiętać, że naszym podstawowym celem jest pozostać w trzeźwości i pomóc osiągnąć to samo innym. Wyciąganie ręki do ludzi poza naszym najbliższym, dobrze znanym już kręgiem - w szczególności do nowoprzybyłych, ale również do wszystkich tych, którzy potrzebują zachęty w otworzeniu się na innych - jest integralną częścią działań, które powinny nam przyświecać. Jestem wdzięczna wobec każdego członka Stowarzyszenia Anonimowych Alkoholików, który poświęcił swój czas, aby podać mi pomocną dłoń.


Podróż duchowa doktora Boba.

 

Dr Bob był człowiekiem szukającym Boga. Jego poszukiwania, podobnie jak Billa W., cechował absolutny brak konserwatyzmu. Nie jest to dziwne jeżeli uświadomimy sobie, że Nowa Anglia, w której żył, choć konserwatywna politycznie i ekonomicznie, jest nieustanną wylęgarnią nowych myśli filozoficznych i "leczących duszę" religii. Wspomina o tym William James w "Rozmaitości doświadczeń religijnych", książce niezbyt popularnej wśród AA w Akron, będącej za to ulubioną lekturą dra Boba.  Możemy przypuszczać, że droga duchowa dra Boba zaczęła się wcześniej, ale on sam przyjmuje za początek swych poszukiwań pierwszy kontakt z Grupą Oksfordzką w 1933 roku. Paul S., jeden z pionierów z Akron, tak wspomina ten czas: "Wtedy właśnie rozpoczął świadome poszukiwanie prawdy poprzez intensywne studiowanie Biblii. To było dwa i pół roku przed spotkaniem z Billem. W tym czasie miał poczucie, że Bóg nie słyszy jego modlitw, ale nie oskarżał Go. Czuł, że nie zasługuje na Bożą uwagę. Objawienie przyszło z odkryciem, że duchowość to nie jest coś, czym można nasiąknąć jak gąbka wodą, ale że można ją znaleźć  lecząc i pomagając osiągnąć wolność innym, cierpiącym i zniewolonym".  Właśnie to dr Bob miał na myśli wspominając, jak Bill przedstawił mu swoją ideę służby: "myślę, że rodzaj służby, który naprawdę się liczy, to dawanie siebie, a to zawsze i niezmiennie wymaga wysiłku i czasu. To nie to samo co wrzucenie paru drobnych do kapelusza. Owszem, kapelusz jest potrzebny, ale to niewiele dla przeciętnego człowieka w naszych czasach, któremu się nienajgorzej powodzi. Nie wierzę, by to wystarczyło, żeby pozostać trzeźwym. Dawanie własnego wysiłku, siły i czasu to zupełnie inna sprawa. Myślę, że Bill nauczył się tego w Nowym Yorku i to jest to, czego brakowało w Akron przed naszym spotkaniem".  Mówiąc inaczej: doświadczenie duchowe dra Boba przebiegało inaczej niż w przypadku Billa. Nie odczuł on nigdy nagłego oświecenia, nigdy nie wspominał o nagłym przebudzeniu duchowym: był to raczej duchowy rozwój w AA i jak sam to określił, jego duchowe wartości powoli ewoluowały w miarę upływu czasu. Smitty (syn dra Boba) wspomina, że dr Bob wiedział, że każdy człowiek szuka wewnętrznego spokoju. Ale wierzył też, że należy pracować i doskonalić się w działaniu: "Nie sądzę by można było cokolwiek zrobić dobrze na tym świecie, dopóki się tego nie robi. Nie wierzę, że AA będzie dobre, jeżeli nie będziemy działać. Powinniśmy działać przyswajając sobie ducha służby. Powinniśmy dążyć do wiary, co nie jest łatwe, szczególnie dla tych, którzy byli nastawieni materialistycznie. Zgodnie ze standardami panującymi w dzisiejszym świecie jestem przekonany, że można uwierzyć, ale wiarę zdobywa się powoli. Trzeba ją pielęgnować. Nie było to łatwe dla mnie i przypuszczam, że nie jest to łatwe dla kogokolwiek. Przez całe życie dążymy do szczęścia. Chcemy osiągnąć spokój umysłu. Kłopot z nami, alkoholikami polega na tym, że żądaliśmy by świat dał nam szczęście i pokój w taki sposób, jaki nam najbardziej odpowiadał, przez alkoholowy trans. Niestety, ponieśliśmy porażkę. Ale gdy damy sobie czas by odkryć podstawowe prawa duchowe, gdy poznamy je i zastosujemy w swoim życiu, to rzeczywiście otrzymamy szczęście i pokój. Jest tylko parę zasad, których musimy się trzymać, szczęście i spokój umysłu są zawsze z nami, dostępne dla wszystkich". Paul S. wspomina, że w życiu dra Boba był czas, kiedy  znalazł się on na krawędzi nerwowego załamania i przeżył kryzys wiary. Parę osób próbowało za pomocą plotek o jego alkoholowej przeszłości zdyskredytować go i pozbawić stanowiska w City Hospital. Wbrew zaleceniom lekarza dr Bob wraz z Paulem odwiedzili wtedy dziekana Studium Biblijnego w Wooster College. Wg słów Paula: "Odkryliśmy wtedy, że ludzie mogą nas odrzucić, ale Bóg nigdy. Stało się dla nas jasne, co Chrystus miał na myśli mówiąc, "Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem a najpierw, idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj". (Mt 5, 23-24. Wg Biblii Tysiąclecia. Wyd. 3, Poznań - Warszawa - 1980). Ta wizyta natychmiast postawiła Boba na nogi. Dwa dni poświęcił by przeprosić wszystkie te osoby, które go szykanowały. W poniedziałek powrócił do normalnej pracy w szpitalu. Ze wspomnieć Smitty’ego: "Tato mówił mi, że szukał objawienia duchowego, takiego co nagle spada na niektórych ludzi. Ciężko pracował by je osiągnąć, a ponieważ nie nadchodziło, dręczyły go obawy, że coś robi źle. Każdego dnia poświęcał godzinę na studiowanie różnych zagadnień religijnych. To była długa droga. W rezultacie zdobył szerokie i głębokie zrozumienie zagadnień religijnych i duchowych. I rzeczywiście osiągnął swój cel, choć nie stało się to w nagły sposób". "Aż do dnia swej śmierci" - mówi Dorothy S.M., "uważał, że lepsze zrozumienie spraw duchowych umożliwi mu znalezienie drogi, tej lub innej, do przebudzenia". Mimo, że nigdy nie przeżył nagłego objawienia, osiągnął momenty głębokiego pokoju umysłu. Jeden z nich tak opisał w liście do syna i jego żony, Betty. "To nie trwało długo, ale doznałem tak niezwykłego poczucia pokoju, jakby czas przestał istnieć. To był doprawdy pokój, który przekracza wszelkie rozumienie. Nigdy go nie zapomnę". Betty wspomina, że podobnego pokoju Bob doświadczał w czasie swej ostatniej podróży do Vermont, z nią i Smittym: "mogliśmy siedzieć całą noc i rozmawiać o tym". Drogę, którą dr Bob odkrywał i pogłębiał swe zrozumienie prawd duchowych, stanowiły w znacznej części jego lektury. Jak powiedziała Dorothy S.M. w rozmowie z Billem W. "Pamiętasz te stosy książek, które Anna próbowała upychać na poddaszu? Miał je wszędzie: obok łóżka, pod łóżkiem i gdzie tylko było można". Emma N. wspomina: "Szkoda, że nie widzieliście tych stosów książek. Po jego śmierci Smitty poprosił mnie bym zrobiła coś z nimi - książki religijne oddałam mojemu pastorowi, a medyczne - dwóm młodym lekarzom, którym, będąc już na emeryturze, pomagał rozpocząć praktykę.