MITYNG 12/90/2004

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Wszystkim Sympatykom, Przyjaciołom AA, którzy

odnaleźli swoje miejsce w Naszej Wspólnocie

oraz Tym, którzy takiej drogi szukają,

Pogody Ducha, Wesołych Świąt  oraz Szczęśliwego Nowego

Roku 2005 życzy zespół Mityngu oraz

Rada Regionu Warszawa 


Odpowiedzialność – koniec samotności.

Minął rok a nadal zastanawia mnie zdanie, ze Skrytki243, wydanej przez BSK z października 2003, z artykułu: „Nasz główny cel”,Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeź­wości, oznacza, że pewnie jej nie było albo umarła, jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska”. Jedynym dotąd skojarzeniem o niesieniu posłania, było niesienie go jeszcze cierpiącym pijakom. Te horyzonty rozszerzyła mi Wielka Księga rozdziałem „Do żon”. Zadałem sobie pytanie: a w moim domu, też mogę nieść posłanie? Chyba za tyle lat nieodpowiedzialnego zachowania należy się „im” nieco zadośćuczynienia. Trudne to! Jeszcze bardziej zmobilizowało mnie brzmienie słów – „stosunki rodzinne miarą twojego trzeźwienia”. Nie czułem się szczęśliwy kiedy zamieszkałem sam i zmierzałem do rozwodu z żoną. Coś się we mnie buntowało, ale chciałem postawić na swoim. W głębi czułem, że popełniam błąd, lecz duma pchała mnie dalej. Dręczyła mnie samotność i tęsknota, a nie potrafiłem tego zmienić. „Puste ściany najlepiej leczą alkoholika”. Nie potrafiłem pogrzebać 20 lat małżeństwa. Nie bez znaczenia były rozmowy ze sponsorem. Coraz mawiał on: „rozwieść się to najprostsze co możesz zrobić. Czy chcesz nadal uprawiać swoje widzimisię”? Co on ode mnie chce? O czym on mówi? „Gdyby twoja żona chciała rozwodu, to już dawno był byś wolny”! Krew mi się gotowała, ale to prawda! Udział w warsztatach w PIK -  u, też zrobił swoje. Temat? „Zastosowanie 12 tradycji AA w życiu osobistym” , dał mi wiele do myślenia. Nigdy nie chciałem być samotny. Zawsze rodzina była dla mnie ważna, miałem dbać o nią, odpowiedzialnie, ale nie potrafiłem, wychodziło jakoś inaczej. „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę ..”- przypomina tekst " Jak to działa” z V rozdziału WK. Sprawdziłem. Sam nie dam rady, muszę szukać „Siły Większej, potężniejszej”, zwrócić się o pomoc w odszukaniu drogi, abym mógł tę trzeźwość, zasiać w swoim domu. Nie chcę być „drzewem, które uschło zanim zakwitło”. Moim „życiodajnym środowiskiem” jest też moja rodzina. W trakcie obrachunków okazało się jak byłem nieodpowiedzialny. Dzisiaj choć nie piję, nadal stosunki z rodziną nie są najlepsze. Podjąłem pewne próby zmiany tego stanu. Trudno mi idzie. A jakie mam efekty? Nie chcę zapeszyć! Jest dobrze, a będzie lepiej; nie wiem kiedy, ale będzie! W końcu mam 20 lat zaniedbań i trudno oczekiwać, że naprawię to w miesiąc, czy w rok. Oczywiście zmiany zacząłem od siebie. Odsunąłem wszystkie przeszkody, wszelką nie uczciwość, którą byłem w stanie dostrzec. Wobec żony, zacząłem robić to, czego sam bym sobie, od niej życzył. Jeszcze mocniej – dla bezpieczeństwa - związałem się z naszą wspólnotą, zwłaszcza z grupą. To dobry poligon do nauki służby i tolerancji. A środowisko doborowe. Doświadczenia innych stały się wsparciem. Ostatnio pojawiła się we mnie chęć powierzania się Bogu a może poczułem bezsilność wobec swoich spraw. KTOŚ mi towarzyszy cały czas, czuję to. Użyję tu zdania z „12x12”, „staję się zdolny robić, odczuwać i wierzyć w to, czego poprzednio nie potrafiłem robić sam, w oparciu o swoje własne siły i środki”. str108. Zaczęły się wypełniać obietnice programu AA, str. 72WK „zawsze materializują się, jeśli nad nimi pracujemy”. To też już wiem. Niby wszystko wiem, trudniej w praktyce stosować „te proste zasady, we wszystkich poczynaniach”. Popełniam czasem stare błędy. Nadgorliwość, to jeden z nich. Niecierpliwość - drugi. O przekorze nie wspomnę! Cokolwiek z tego ma wyniknąć, to mogę powiedzieć, że czuję satysfakcję, bo próbuje odnaleźć swoje miejsce na nowo. Czasem biegnę z łatwością, czasem posuwam się z trudem, ale i tak cieszę się, że podróżuję. To też gdzieś zasłyszałem. Nie chcę być samotny, i przegrany, milej być zwycięzcą. Do tej pory oczekiwałem na szczególne zaproszenie. Nie przyszło mi do głowy, że sam jestem odpowiedzialny za swoje życie. Moje prośby brzmiały: „Boże ześlij mi trzeźwość, ale jeszcze nie teraz”, Panie Boże dopomóż mi zrobić ten krok, ale jeszcze nie w tej chwili”. 12 krok AA wydaje się nie pozostawiać wątpliwości, to nie jest program gadania a działania. Częściej mówię sobie – „niech się dzieje twoja wola nie moja”. Studiowanie kroków gdzieś trzeba wypraktykować. Odbyć staż. Cóż wart jest teoretyk? Teoretycznie, to ja nie chciałem być alkoholikiem! We wspólnocie jest wiele miejsca dla wszystkich, którzy chcą poćwiczyć odpowiedzialność. „Zamienić szare na złote”. Wystarczy znaleźć coś dla siebie by poczuć satysfakcję. Są służby w grupie, w intergrupie, regionie, są zespoły tematyczne. Wystarczy poszukać coś dla siebie, by nie czuć się samotnym. „Wysłać los” miast narzekać na brak wygranej, nie biorąc udziału w grze. Ja tak zrobiłem. Mnie pomogło. A co przekazać innym? Zbyt długo mówiłem: „od jutra”, „jeszcze nie teraz”, „nie jestem gotowy”. Grudzień, miesiąc 12 kroku stwarza nam dobrą okazję by spróbować nowego, pełnego aktywności i zadowolenia życia. Zadbajmy, aby w nadchodzącym, trudnym, świątecznym okresie nikt nie czuł się cierpiący, samotny i opuszczony. By ręka AA była zawsze wyciągnięta - za to jesteśmy odpowiedzialni.  Powodzenia!!!

L - redaktor MITYNGU

 


Z korespondencji meilowej

Nauczył mnie pokory i modlitwy

                                                       

Mam na imię Zbyszek, jestem alkoholikiem. Kiedyś wydawało mi się, że jestem przykładnym katolikiem. Moje biuro mieściło się obok kościoła i codziennie zachodziłem, by się pomodlić. Och!!!, jaki byłem wtedy dumny z siebie, z poczuciem dobrze wypełnianego obowiązku. Nawet twierdziłem, że z Jezusem jesteśmy przyjaciółmi. Klepałem codziennie ten sam paciorek, prosiłem o trzeźwość na ten dzień i szedłem do pracy. Pewnego dnia ten mój porządek, to moje modlitewne poukładanie legło w gruzach. Gdy tak w ciszy "klepałem" paciorek, nagle do kościoła wszedł jakiś człowiek; około osiemdziesiątki - no, może więcej - w gumofilcach, brudny, nie ogolony, w waciakach, w czapce uszance na głowie. Wszedł i zaczął szarpać za klamkę. Moja cisza została zakłócona i coraz mniej skupiony byłem na paciorku. Rosła we mnie złość. Ktoś śmiał mi przeszkadzać w modlitwie!!! W pewnym momencie, kiedy już nie słyszałem do kogo i o co się modlę, zerwałem się i dość zdecydowanie zwróciłem się do tego człowieka: "Proszę Pana, co Pan robi?! Tu jest kościół! Święte miejsce! Tu się trzeba modlić, zdjąć czapkę z głowy i uszanować to święte miejsce!" -wypowiedziałem to jednym tchem. Stary człowiek spojrzał na mnie nieco przestraszony. - "Ja bardzo przepraszam - powiedział zaciągając z rosyjska - ja wcziera prijechał z Kazachstanu Jak miał 3 latka, to mnie wywiezli. Ja chcę się modlić, ale ja nie umiem...." - Stary człowiek miał łzy w oczach. W jednej chwili nauczył mnie pokory i modlitwy. Tak właśnie, tak się teraz modlę. Jeśli trzeba, jeśli czegoś nie umiem, to szarpię za klamkę. Nie ma znaczenia, jak wyglądam, ważne, jak dużo serca, miłości w tę modlitwę wkładam. Już nie proszę o trzeźwy dzień. Dziś przychodzę i mówię: daję Ci mój trzeźwy dzień, zrób z nim, co Ci się Boże podoba.  Ściskam w ten pełen zadumy i modlitwy dzień. Wspominam przyjaciół, którzy odeszli trzeźwi, ale także tych, którzy dopiero po drugiej stronie wytrzeźwieli.

Zbyszek z Mazur

 


RadoŚĆ to dar duchowego przebudzenia

 

Sam nie wiem czy ja się przebudziłem ,czy tylko ocknąłem. Nie mogłem ,kiedyś zupełnie zrozumieć ,że w przyznaniu się do własnej słabości tkwi siła i radość życia. To nie tak ,że radość nabyłem wraz z trzeźwością i wstąpieniem do AA. Ja ją w sobie mialem, ale zapiłem, zdeptałem ,zagubiłem. Dzięki trzeźwości odnalazłem ja w sobie ponownie. Powróciłem do domu mego. Od najmłodszych lat byłem związany z Górami. Kontakt z przyroda to nieodłączny element mojego życia. Pierwszy raz na Kasprowy Wierch wywiózł mnie ojciec w plecaku jak miałem piec lat. Kochałem  ,chodzić po górach, ale z biegiem czasu idąc w góry myślałem o alkoholu w plecaku ,a nie o pięknie przyrody. W końcu łatwiej i bliżej było do knajpy i sklepu monopolowego. Dziś odzyskałem radość chodzenia po górach. Nie marzyło mi się ,że odzyskam dar przezywania i odczuwania ..i nie potrzebuje juz alkoholu aby odczuwać uniesienie i radość z powodu kontaktu ze światem, przyroda, Siła Wyższa. Wyjścia w góry to  moje medytacje. Moj umysł doznaje stanu medytacji. Wspaniale się wyciszam w kontakcie z przyroda , uwielbiam ta cisze w górach .Idę i czuje nosem zapachy zmieniających się por roku, podziwiam i chwale  dzieło Pana. Nie tylko człowiek ale i przyroda potrafi być bezinteresowna. Radość sprawia mi przebywanie z przyjaciółmi i rodzina, uwielbiam być pomocny dla córki, sprawia mi radość bycie blisko z nią ,a smutek gdy zaczynamy się oddalać. Mogę powiedzieć, że odzyskałem radość życia ,widzę w sobie sporo energii. Wczoraj poprosiła mnie znajoma z aa abym jej pomógł napisać zaproszenia na miting rocznicowy, zrobiłem to dziś dla niej z  radością. Takie drobiazgi, a cieszą. Boga też właściwie nie musiałem nigdzie szukać . Był cały czas blisko mnie. Tylko ja byłem ślepy. On jest tam gdzie i ja jestem. Jest ze mną. Dziś to czuje. Spotykałem na swej drodze aowcow wędrujących po górach w poszukiwaniu "swojego Boga". Niektórzy go tam widzieli. To dobrze myślę ,że coś zobaczyli, choć zastanawiałem się w duchu czy to nie wynik "szoku  klimatycznego". W pierwszych latach trzeźwości czułem euforie i  uniesienie Ale z biegiem kończył się poślizg. Przed oczami stała rzeczywistość w całej swej jaskrawości. I gdzieś zacząłem gubić radość trzeźwienia. A wtedy za rada mądrzejszych zabrałem się ponownie solidnie za program Dokonałem kroku czwartego i piątego. Odzyskałem równowagę ducha i radość z życia. Ten program działa , nie wiem jak ale działa. Dziś pamiętam ,że nic nie trwa wiecznie, że radość jest efektem pracy. Ktoś ,kiedyś zapytał mnie ,czy sprawia mi radość bieganie: Odpowiedziałem mu: tak jak skończę.

Pozdrowienia Marek z Zakopanego

 


Zza krat

Być albo nie być?

 

Uważałem, że każdy człowiek jest odpowiedzialny, potrafi ustrzec się z zagrażającego niebezpieczeństwa, wyczuć jego moment, wycofać się przystanąć lub ominąć w skutkach nieszczęście. Żyłem bez wiary a moim bożkiem stała się butelka wypełniona alkoholem. Na początku sięgnąłem po „jego wysokość” dla zmiany nastroju. Dalej żeby nie odstawać od innych i królować w towarzystwie. alkohol nadawał rytm moich ruchów, rozgrzewał schłodzone ciało, towarzyszył w załatwianiu urzędowych i osobistych spraw. Alkohol pomagał przełamać wewnętrzną frustrację, wyzbyć się lęku, stać się odważniejszym i pewniejszym w sytuacjach dla mnie dwuznacznych. wspierał w trudnych sytuacjach życiowych kojąc ból i cierpienie. W nim zauważyłem sens mojego życia. spotęgował moje myślenie swoim bogactwem w sile, mocy, w potrzebie władzy i przezwyciężania słabości, trudności w kolejach losu. Zaufałem mu na tyle że zacząłem sięgać po niego. zacząłem pić w ukryciu i samotności, a na końcu żeby przeżyć ten jeden dzień. Piłem żeby zyskać wolność a stawałem się niewolnikiem. Piłem dla szczęścia a stawałem się nieszczęśliwy. Alkohol zniewolił i obezwładnił ciało, umysł i duszę. Nadawał tempo i stawiał warunki – „być albo nie być”, „teraz albo nigdy”. Piłem żeby zapomnieć, a to niechciane stale do mnie wracało. Chciałem się bawić a wpadałem w przygnębienie. Pomnażałem problemy a wraz z nimi straty. Straciłem na zdrowiu. Gdy brakowało mi sił i dręczyły mnie wyrzuty sumienia, zwracałem się do niego o pomoc. Pogrążony w samotności, niepewności zapijałem własny smutek. Piłem aby zapomnieć o problemach, a pomnażałem je. Piłem dla przyjaźni a zyskiwałem wrogów. Sprzedałem własną dumę doznając dna alkoholowego. Stałem się wrakiem. Chciałem być jak wszyscy a dostałem gorycz odłączenia, że będę wśród równych a zbudziłem się obcy. Jad alkoholowy rozdwoił moje ego, odłączył od życia społecznego. Moje picie otwierało się i zamykało w jednej dobie. Ze skrzywionym kręgosłupem, zamglonymi oczyma, jak ślepiec, poruszałem się krętymi i wąskimi zaułkami ulic. W alkoholu doznałem cierpienia, upokorzenia, które budziło u mnie wściekłość i rozpacz. Zubożony duchowo i materialnie leżałem na dnie ciemnej czeluści. Wypływały ze mnie jakieś przeszłe, nigdy nie wyartykułowane żale. poczułem się zużyty i odrzucony bez nadziei na wiarę i miłość Zepchnąłem najbliższą mi rodzinę na margines. Wprawdzie patrzyłem bez wyrzutu ale ze smutkiem. Nie zwracałem uwagi na potępiające spojrzenia innych ludzi. Czułem że mną gardzą. Wyzuty z miłości, w niechęci, pogardzie, żyłem zmęczony gniewem. staczałem się z płaszczyzny życia ku głębi zbliżającego się dna piekła. Alkohol pogrążał mnie na jawie i we śnie. Radość w cierpieniu bez umiaru i taktu do życia. W rozpaczy i smutku zapijałem gorzkie żale. Moje pijaństwo miało być rozrywką, lecz nałóg stał się walką, zmaganiem z samym sobą „być albo nie być”? Dziś wiem że więzienie uratowało mi życie. Wolę być trzeźwy w więzieniu niż pijany, poniżony na wolności. Gdy piłem alkohol robiłem rzeczy niegodne człowieka, pozbawiłem się wartości moralno-fizycznej stałem się egoistą i samolubem. W areszcie śledczym zwróciłem się do Boga o pomoc w odnalezieniu własnej drogi, zapragnąłem miłości, wiary i nadziei na odzyskanie wartościowego odnowionego duchowo - Leszka. Wstąpiłem do wspólnoty AA. Przeszedłem terapię odwykową na Warszawskim „Mokotowie”, aby zagłębić się i poznać tajniki własnej choroby. Minęło 6 lat mojego bycia w AA. grupa wspiera mnie i pomaga przezwyciężać trudne okresy słabości. Odzyskałem wolność wewnętrzną pomimo krat i otaczającego mnie muru. Moje motto brzmi: „nigdy więcej rozlewu krwi w alkoholu i bez niego”. Przebaczyć, odpuścić, wyzwolić, uwolnić od grzechu jest to wyzwolenie i wytrwać w codziennych zmaganiach z trudami życia w szczególności w miejscu odosobnienia, gdzie przebywam już 8 lat. Pozbawiony wolności zacząłem łapać równowagę emocjonalną i dojrzewać w konstruktywny sposób Zakotwiczony przy Bogu odnalazłem miejsce na ziemi przy jego boku, i nowych przyjaciół z AA. Pomimo miejsca w którym przebywam, w codziennej modlitwie proszę Boga o ten jeden dzień trzeźwości. Podzielę się z Wami zdrową radością: wieczorem zwróciłem się z prośbą do Pana Boga o zaprzestanie palenia papierosów. Prośba płynęła z głębi serca zranionej duszy. Gdy rano wstałem nie czułem pociągu do papierosa i kawy. Modlitwę powtarzałem rano, przez wiele tygodni, a wieczorem dziękowałem za dzień bez papierosa. W marcu minęło 4 lata jak nie palę. To cud, jest wola, a w niej zdrowsze życie. Ja swoje dno osiągnąłem i gorąco mi się robi gdy powracam myślami do zatraconych pijanych dni mojego poprzedniego życia. Pragnę życzyć tym wszystkim, którzy mają problem alkoholowy – żeby trafili do AA, bo wcześniej czy później znajdą się w psychiatryku  albo na cmentarzu.

 

Wdzięczny więzień, alkoholik

 

– Leszek (Łowicz, dnia 26.07.2004)

 


Warszawa 06.06.04r.

 

Mam na imię Arek, jestem alkoholikiem. Przedstawiam się w ten sposób choć do niedawna nie byłem o tym przekonany. Kilka lat temu, gdy byłem w ciągu alkoholowym pobiłem syna i żonę, za co trafiłem do aresztu, a następnie skazano mnie na 3 lata pozbawienia wolności. Ta tragedia, którą zgotowałem swoim najbliższym była dla mnie czymś o czym mówi się “dnem”. Urodziłem się 38 lat temu, moje życie mogę określić jako jedną wielką ucieczkę przed odpowiedzialnością, przed sobą takim jakim w rzeczywistości nie chciałem być. Wychowywałem się wspólnie z siostrą w kilku domach, tj. Po rozwodzie rodziców mieszkałem z matką, potem z ojcem, aż w końcu przygarnęli nas dziadkowie. Kontakt z alkoholem miałem już od najmłodszych lat. Rodzice traktowali ten trunek jak coś niezbędnego przy każdej uroczystości. Z tego co pamiętam, ojciec pomimo iż nie wylewał za kołnierz to był i chyba jest człowiekiem pracowitym i obowiązkowym. Mama choć zawsze była bliższa memu sercu piła więcej i więcej. Umarła mając 50 lat. Gdy ojciec wyrzucił mnie z domu za to, że okradłem babcię trafiłem do rodziny matki, czyli babci i dziadka. W domu tym nie tolerowano alkoholu pod żadną postacią. Kościół i wiara w Boga wypełniały ten dom. Więc chodziłem na religię i w niedzielę na mszę. Nie przeszkadzało mi to jednak, a miałem 15 lat picia w wiejskiej pijalni piwa, a gdy ktoś mnie poczęstował wódkę. Za każdym razem z tego powodu miałem awantury, ale wystarczyło, że poszedłem do kościoła i do następnej okazji mi wybaczano. Byłem traktowany przez rodzinę jak skrzywdzone dziecko przez rodziców a ja umiałem to wykorzystać. Poznałem Tamarę, byłem wtedy bardzo zakochany z nią doświadczyłem pierwszych miłosnych uniesień. Byliśmy nierozłączni. Babcia i dziadek to tolerowali bo byli przekonani że odciągnie mnie ona od coraz częstszego picia i w jakiś sposób mieli rację tyle że nie do końca. Gdy miałem już 17 lat Tamara zaszła w ciążę byłem wówczas w III klasie Z.S.Z.. Tak się tym przejąłem, że zacząłem opijać z kolegami swój stan kawalerski zaraz po tym jak zakomunikowałem o tym fakcie jej rodzicom plan był prosty skończyć szkołę, wziąć ślub, podjąć pracę. Być mężem i ojcem, tak miało być. W trakcie mojego picia zapomniałem o Tamarze, szkole. Gdy zabrakło pieniędzy dokonałem włamania i rozboju. Sankcja, areszt widzenia z Tamarą, nowe plany i obietnice w rezultacie wyrok 3 lat pozbawienia wolności. Amnestia skróciła mi go o połowę. Po wyjściu zamieszkałem z Tamarą i synem Erykiem, który się urodził gdy ja jeszcze siedziałem. Podjąłem pracę jako pracownik fizyczny, dyscyplinarnie zwolniony za bumelkę po 2 miesiącach. Znalazłem drugą lepiej płatną, cóż z tego jak była moim “alkopojem”. Tam nawet gdy przepiłem całą wypłatę chętnie mi pożyczali abym tylko przeznaczył to na wódkę. Tamara po kolejnych awanturach uciekła do rodziców, a ja miałem powód aby się nad sobą użalać i jeszcze więcej pić. Gdy przestałem chodzić do pracy, a wierzyciele nie dawali mi spokoju wyjechałem do sąsiedniego miasteczka i tam poznając recydywistów dokonałem włamania i rozboju. Zostałem skazany na 6 lat. Tamara zakłada sprawę o alimenty a następnie pozbawienie mnie władzy rodzicielskiej nad Erykiem. Po trzech latach dostaję przepustkę losową na ślub siostry. Na weselu a właściwie na poprawinach robię po pijanemu awanturę ojcu. Obwiniam go za moje niepowodzenia. Z kolejnej przepustki jaką dostałem w nagrodę z ZK. nie wracam. Tłumaczyłem to strachem przed tym co się w tym czasie działo w ZK. (rok 89). Utrzymuję się z kradzieży pijąc przy tym codziennie z przerwą z powodu braku środków na alkohol. Po kilkunastu miesiącach zostaję złapany na włamaniu do sklepu i aresztowany. Kolejny wyrok 3 lata, łącznie mam 9 lat. Byłem kompletnie załamany gotowy wyrządzić sobie krzywdę aby tylko wyjść. Rodzina prócz siostry już wcześniej się ode mnie odwróciła, myślałem wówczas, że jest to mi na rękę. W wiezieniu skosztowałem “dykty”, czułem się po tym beznadziejnie. W 94 dostaję po 7 latach, 2 lata warunkowego, nie wracam do domu zresztą w trakcie odsiadki pozbawiono go mnie. Poznaję Beatę i jej dwójkę dzieci. Jej przeżycia które mi opowiada przy flaszce robią na mnie duże wrażenie. Chcę być dla niej wybawcą, jej rycerzem, dać jej promyk nadziei na lepsze życie. Międzyczasie pojechałem odebrać mieszkanie zastępcze które mi przydzielono. Spotykam się po latach z ojcem, który pomaga mi w remoncie i w znalezieniu pracy. Nie doceniłem tego, zapiłem po pierwszych pieniądzach jakie zarobiłem. Ogromne poczucie winy przed ojcem powoduje że uciekam do Beaty. Tam nikt nie prawi mi morałów mogę robić co chcę. Beata wydaje się być szczęśliwa, jest wiernym słuchaczem moich żalów przy kolejnej flaszce wódki. Utrzymuję się z drobnych kradzieży a w rzeczywistości jestem utrzymankiem Beaty. W przypływie przymusowej abstynencji staram się być dobrym wujkiem dla dwójki dzieci. Beata rodzi nasze dziecko które po 4 dniach umiera w szpitalu. Znowu mam powód do picia i narzekania na zły los. Przy jednej z prób kradzieży zostaję złapany. Sankcja oraz wyrok na 1 rok pozbawienia wolności. Odwieszenie 2 lat warunkowego zwolnienia. Kary te odbywam z przerwami. W areszcie biorę ślub z Beatą. Potem udzielono mi kilku przerw w odbywaniu kary ze względu na ciężką sytuację rodzinną. W tym czasie podejmuję próby normalnego życia. Kilkukrotnie podejmuję pracę z których z reguły zostaję zwolniony. Powód – picie i związane z tym bumelki. Rodzi się nam trójka zdrowych dzieci. Nie mogę sobie przypomnieć żebym się z tego powodu szczególnie cieszył. Zadłużone mieszkanie jest powodem zamiany i przeprowadzki. W nowym miejscu szybko poznaję tych których moje picie nie bawi. W 2000 roku w końcu wychodzę na wolność i nic nade mną nie wisi. Mogłem w końcu wszystko zacząć od nowa lepiej. Niestety od samego początku zacząłem pić najczęściej z Beatą. Najstarsze dzieci przejmują obowiązki rodziców. Między mną a Beatą dochodzi do częstych awantur. Podbite oczy Beaty i zapłakane dzieci to wszystko co pamiętam z pół rocznego ciągu. Krytycznego dnia byłem tak pijany że o tym co się stało dowiaduję się od policji. Pobiłem Beatę i najstarszego syna. Zamykają areszt, zero kontaktów z rodziną. Stało się to co przez wiele lat pobytu w wiezieniu nie mieściło mi się w mojej wartości – przestępstwo na rodzinie. Po otrzymaniu wyroku 3 lat pozbawienia wolności, sąd uchyla mi areszt. Wracam do domu chcę prosić o wybaczenie, niestety strach rodziny jest tak wielki że uciekają do sąsiadów. Ja boje się aresztowania wyjeżdżam w tym czasie dokonuję wyłudzeń. Po pół roku mam dość takiego życia pod strachem, wracam do domu. Beata godzi się abym został w domu pod warunkiem że nie będę pił. Staram się każdą chwilę w domu wykorzystać aby przekonać dzieci i Beatę że się zmieniłem. Po trzech miesiącach dokonuję kolejnego wyłudzenia. Za pieniądze chcę kupić przebaczenie i wynagrodzić krzywdy wyrządzone rodzinie. Kończy się tak że zapijam i wciągam w to Beatę która od roku jest w tym czasie w AA. Gdy policja zaczęła mnie szukać za dokonane wyłudzenia i wyrok 3 lata, uciekam do Niemiec. Tam również dokonuję kradzieży za co zostaję aresztowany i wydalony. Po powrocie do Polski w ciągu 4 dni zostaję aresztowany. Zdziwiłem się gdy odwiedziła mnie Beata. Okazało się że gdy byłem w Niemczech przeprowadziła ze mną rozwód a sąd pozbawił mnie władzy rodzicielskiej. Beata po moim wyjeździe do Niemiec zawitała ponownie we wspólnocie AA i nie pije. Na którymś z kolejnych widzeń powiedziała mi dziwną rzecz, że na ławie oskarżonych powinniśmy zasiąść oboje ale dzięki temu że tak się na szczęście nie stało dzieci nie trafiły do domu dziecka. Zrobiło to na mnie takie wrażenie że poprzysiągłem sobie iż się więcej nie napiję alkoholu. Powiedziała mi również bez żadnych zadrażnień że dopóki się nie zmęczy będzie mnie odwiedzać razem z dziećmi. zgłosiłem się do psychologa więziennego aby mnie skierował na terapię. Po półtora roku od tego momentu znalazłem się na terapii „Atlantis” w AŚ. Mokotów. Starałem się wykonywać zalecenia terapeuty sumiennie ale brakowało mi tego o czym wspomniałem na początku a mianowicie uznania się za człowieka chorego, za alkoholika. To za namową kolegi poszedłem na swój pierwszy mityng i się otworzyłem od tego momentu. Pisanie prac na terapii od tego momentu było jakby łatwiejsze. Choć pisałem o przykrych jak dla mnie rzeczach. Najgorzej było z piciorysem ale pomyślałem sobie wówczas że jeśli nie mam nic do ukrycia i ma mi to pomóc to zrobię to bo chcę żyć w trzeźwości. W czasie gdy byłem na terapii napisałem list do ojca. 10 lat się do niego nie odzywałem bo czułem złość do niego i rodziny. Nie liczyłem na to że mi odpisze, a jednak. Tu poszedłem po wielu latach do kościoła i spowiedzi. Uznałem swoją bezsilność i powierzyłem swój los Bogu a on już dał mi znać że jest, poprzez list ojca. Jestem pełen nadziei ale nie chcę popaść w euforię. Przede mną droga niekrótka ale Bóg jest przy mnie. O resztę się przestałem martwić.

 


Jaki jest związek między klubami i AA?

Byłem bardzo zdesperowany gdy trafiłem na moje pierwsze spotkanie Anonimowych Alkoholików w klubie, niedaleko mojego domu. Byłem wówczas gotów zrobić wszystko co możliwe, aby uwolnić się od przymusu picia. Na początku mityngu usłyszałem o możliwości zapisania się do takiego klubu, wypełniłem więc wniosek i złożyłem go. Wówczas jeden z weteranów poinformował mnie, że powinienem mieć 90 dni trzeźwości aby móc dołączyć się do nich. Moje serce zamarło. Nie było takiej możliwości żebym potrafił pozostać trzeźwy przez 90 dni. Chciało mi się płakać. Jednak opiekun z AA zapewnił mnie, że nie ma nad czym rozpaczać. Uczestnictwo w AA jest bezwarunkowe, więc wystarczy jedynie moja chęć zaprzestania picia. To naprawdę wszystko, co musiałem zrobić. Nie musiałem wypełniać żadnych wniosków, płacić ani nawet obiecywać trzeźwości. Lubię chodzić wszędzie tam, gdzie alkoholicy zbierają się, aby sobie wzajemnie pomagać. Większość spotkań na których bywam, odbywa się poza klubem. Ostatnio jedna z uczestniczek AA, wyraziła swoją "wdzięczność klubowi za trzeźwość". Oczywiście potrafię zrozumieć jak łatwo zniekształcić znaczenie tych słów. Publikacja wydana przez AAWS "Wytyczne dla klubów"/Guidelines on Clubs/ pomaga mi wychwycić różnicę pomiędzy klubami i wspólnotą AA. "Mimo ze grupa może spotykać się w klubie, który może być złożony z członków wspólnoty AA, to relacja między grupą AA, a klubem powinna być taka sama, jak z kościołem, szpitalem, szkołą czy innymi ośrodkami, w których można wynająć miejsce na spotkanie grupy AA". Moja rodzima grupa AA spotyka się przy kościele. Zarząd tego kościoła jest bardzo nam przychylny. Jesteśmy zadowoleni, że możemy im płacić za wynajem pomieszczenia, ale nie wyobrażamy sobie ich uczestnictwa w spotkaniach i narzucania nam, jak mamy postępować lub co robić. Nasza grupa rozpoczęła spotkania od mityngu organizacyjnego, na którym określaliśmy nazwę grupy. Jedna z propozycji zawierała nazwę kościoła wynajmującego nam sale spotkań. Ktoś zauważył, że nie powinniśmy przyjmować tej nazwy ponieważ to podkreśla zależność od tego kościoła. Spotykamy się w tym kościele, ale nie jesteśmy z nim w żaden sposób związani. We właściwym interpretowaniu tradycji pomaga mam niejednokrotnie czytanie komentarzy w biuletynach AA. Pierwsze komentarze wraz z omówieniem 12-tu tradycji zostały wydane w miesięczniku "Grapevine"(USA) między listopadem 1969 a październikiem 1971. Mimo, że początkowo zostały wydane na indywidualne potrzeby, wiele grup AA używa ich jako podstawy do szerszego omawiania. / W Polsce również zostały wydane przez BSK - przypis redakcji/ "Grapevine" zadawał pytanie: " Czy wszyscy członkowie grup AA znają Szóstą Tradycję?".

Linda W. Libertyville, Illinois, USA

 


Na pierwszy mityng dotarliśmy we trójkę. Pierwszy chyba niezbyt mądry, drugi jakiś cichy i ja chcący ratować reputację naszej trójki, który mądrze zabrał głos. Na kolejnym mityngu sytuacja się powtórzyła. Pierwszy powiedział coś głupiego, drugi siedział cicho i ja, który rozsądnie się wypowiadał. Gdy po pół roku sytuacja się powtórzyła trochę zrzedła mi mina. Zupełnym szokiem był nasz mityng rocznicowy. Otrzymałem wiele oklasków po swojej mowie, zresztą podobnie ten od głupiego gadania. Zaskoczył niemowa, choć powiedział tylko jedno zdanie - cieszy się, że całą trójką dotarliśmy do rocznicy. Dostał najwięcej oklasków. Pomyślałem sobie, że moje gadanie nie było chyba tak mądre jak mi się zdawało, a niby głupi nie był wcale taki głupi, najważniejsze, że wszyscy zachowujemy trzeźwość.

Pozdrawiam Marek

 


„Błogosławieni leniwi, ponieważ to oni odnajdują drogę na skróty” (AA wkraczają w Dojrzałość, s332)

warsztaty na temat: „prowadzący mityng”

Udało mi się uczestniczyć w warsztatach w PIK-u w dniu 23-10-04. Licznie przybyli  upewnili mnie, po raz kolejny, że nie jestem sam. Trudno było się nudzić a czas szybko przeleciał wśród swoich.

Prowadzący – Piotr zaprosił do udziału w tych warsztatach pokrewne wspólnoty. Może to potrzebne – kto to wie? Wiele słyszałem o niskiej frekwencji na warsztatach i bardzo niskim poziomie mityngów zwłaszcza w małych, odległych miejscowościach. O braku podstawowej literatury, o łamaniu tradycji, o zbędnym zadawaniu legendarnych dwóch pytań. Podkreślono też, że w AA jedynie witamy „nowych” a nie przyjmujemy, ponieważ nie możemy ich wyrzucić. Mówiono o usuwaniu z mityngu uciążliwych uczestników, o trójkach wykidajłów, lecz najskuteczniejszym rozwiązaniem okazało się cierpliwe i dojrzałe tolerowanie przeszkadzających, aż im się znudziło. Dziś już tam nie przychodzą. Niektórzy dzielili się wątpliwościami czy postąpili słusznie witając w AA „nowych” na zamkniętym mityngu. Wspomniano przy tym, że w 3 Tradycji mówi się jedynie o chęci zaprzestania picia a nie o tym czy mityng ma być zamknięty czy otwarty i najlepiej ją całą przeczytać” nowemu”. Inny uczestnik warsztatu przyjął „nowego” będącego pod wpływem alkoholu, teraz widuje go od roku na trzeźwo, jego sumienie się uspokoiło. Jedna z przyjaciółek błogosławiła wsparcie udzielane jej przez sponsorkę, która siedziała przy niej przez pierwsze mityngi i swoja obecnością dodawała otuchy. Takim samym wsparciem była asysta mandatariusza grupy, rzecznika, skarbnika rozpoczynającemu prowadzenie. Kilku uczestników powoływało się na „małe tradycje grupy” jako wyznacznik sposobu prowadzenia. Przytaczano tradycję o nie zależności każdej grupy. Czy przerywać wypowiedzi nie na temat? Czy przerywać zbyt długie? Zdaje egzamin podawanie ilości zapisanych osób i pozostałego czasu do końca. Kto może to robić? Kto może zwrócić uwagę prowadzącemu? Takie pytania pozostaną chyba bez ostatecznej odpowiedzi. Naszym najwyższym autorytetem jest miłujący Bóg jakkolwiek go pojmujemy. Jednak warto spytać tzw: „sumienia grupy na inwenturze”. Często w wypowiedziach podnoszono wagę predyspozycji osobistych kandydata na prowadzącego. Sugerowano, aby posiadał on kulturę i takt, umiał panować nad emocjami, znał tradycje AA, aby był odważny, zdecydowany, żeby był już ugruntowany w trzeźwości – stażu trzeźwości nie sprecyzowano. Lecz gdzie takich szukać? Padło też kilka przeciwstawnych doświadczeń, kojarzących służbę prowadzącego jako najlepsze miejsce do ćwiczenia pokory, nauki tradycji, kultury, powstrzymywania emocji, uważnego słuchania, powściągliwości w gadulstwie, uczenia się akceptacji i tolerancji, punktualności, zapamiętywania imion, przełamywania lęku przed krytyką i oceną a więc TRZEŹWIENIA. Na drugim planie pozostały osobiste wspomnienia cech „prowadzącego”, które sprawiły, że uczestnicy tych warsztatów pozostali w A.A po pierwszym swoim mityngu Bezwarunkowa miłość i akceptacja, którą każdy z nas dostał od AA na kredyt! Kwestia przedłużania czasu trwania mityngu została odparta możliwością wyjścia w każdej chwili, każdego z niezadowolonych uczestników. Czy jednak nie powinniśmy uczyć się punktualności? Taka wątpliwość też została wysunięta. Jeden z przyjaciół wysunął tezę, że czym gorszy mityng, tym lepszy, bo uczy się w ten sposób więcej pokory i pomaga mu to w ćwiczeniu tolerowania własnej żony. Ostatecznie mówiono wiele z wdzięcznością - o pierwotnie, „na siłę” przyjętej służbie „prowadzącego”. Pojawiał się czasem żal w wypowiedzi o trudzie szukania następcy. Zapowiedź zdającego służbę, że następnego mityngu nie będzie często prowokowała do wykazania się odwagą następnego kandydata. Ten tylko się dowie ile tej odwagi potrzeba, co tego spróbuje. Dwóch uczestników warsztatów wyznało, że czują potrzebę podjęcia takiej służby i dlatego są tu obecni. Większość uczestników podkreślała, że czują się najbezpieczniej gdy jest czytana literatura AA, obowiązują tradycje AA i mówi się wiele o jedynym głównym celu każdej grupy jakim jest niesie posłania tym, którzy jeszcze cierpią. Może nim być zarówno 12latek w AA, jak i ten z kilkudniową trzeźwością. Zakończono spotkanie modlitwą o Pogodę Ducha, która zabrzmiała jednolicie bez względu na region pochodzenia uczestników warsztatów.

Redakcja „Mityngu”

 


Odpowiedzialny i nie samotny

 

Z braku odpowiedzialności piłem, aby dodać sobie odwagi, animuszu, zwrócić na siebie uwagę. To moje potrzeby były najważniejsze. Nieważne czy dzieci miały kanapki do szkoły, czy miały jakieś problemy w szkole, nie interesowało mnie to, liczyły się tylko moje zachcianki. Nie liczyło się dla mnie czy żona była zmęczona, czy dobrze się czuła, czy nie miała dręczących problemów, nie było to dla mnie ważne, nie dostrzegałem tego, co się wokół mnie działo, liczyłem się tylko ja. Im mniej świat zewnętrzny zwracał na mnie uwagi, tym więcej piłem, niczym zależność równi pochyłej w dół. Wreszcie na dno. Przyszło opamiętanie z woli Siły Wyższej i wstąpiłem do „AA", po wykorzystaniu wszystkich możliwych środków. Dopiero tu w „AA" wielki ,ja" stałem się „malutki", czyli zrównałem się z ogółem. We wspólnocie zacząłem uczyć się odpowiedzialności. Kiedy grupa powierzyła mi służbę skarb­nika zacząłem naukę zbierania „grosza do grosza" i wydawania ich w sposób odpowiedzialny i rozsądny. Ta cecha wspaniale przydała mi się również w życiu poza wspólnotą. Przestałem liczyć się tylko ,ja" a zaczynam rozumieć, ze liczy się grupa, rodzina, społeczeństwo, a ja jestem tylko cząstką tego świata. Dostrzegam powoli potrzeby rodziny, grupy i poszczegól­nych pojedynczych osób. Kiedy ja interesuję się kimś, ten ktoś interesuje się mną (jeśli dasz coś dobrego od siebie możesz wiele dobrego otrzymać), w taki prosty sposób nie jestem sam. Jeżeli dostrzegam żoną jako człowieka, czasami zmęczoną a czasami wypoczętą, gdy intere­suję się dziećmi, zapytam zwyczajnie jak leci, powstaje rozmowa, czuję że nie jestem sam, zrozumiałem że nie muszę pić żeby godnie żyć. Kiedy piłem, byliśmy wszyscy w domu, ale każdy sam (dom bez duszy), dziś jest wesoło, chociaż bywają sprzeczki, ale wiem że one też są w życiu potrzebne, taka wymiana zdań odpowiedzialna, bez narzucania własnego ja. Gdy domownicy są w pracy, ja pozostaję w domu sam, ale już nie wyglądam przez okno, rozmy­ślam nad tym co przeczytałem, nad tym co usłyszałem na mityngu i poza nim w rozmowach z przyjaciółmi. Zaangażowanie w pracę na rzecz wspólnoty, służby, podejmowanie rozsądnych decyzji po odpowiedzialnym przemyśleniu każdej możliwości nakazuje mi wyjazdy na intergrupy, zespoły, itp. Wszak jestem odpowiedzialny. Gdy bywam na różnych spotkaniach poznaję nowych, ludzi wspaniałych przyjaciół, czuję się potrzebny a samotność to już historia. Fizycznie jestem sam ale duchem zawsze z przyjaciółmi. Odpowiedzialne zagospodarowanie czasu. Uwierzyłem w mądrość wspólnoty, w potęgę wszechświata, która pozbawiła mnie uczucia osamotnienia. Odpowiedzialna wiara w ludzi to koniec samotności. Sam ale z wami.

Pogody ducha  St. „AA"