MITYNG 01/91/2005

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Od redakcji.

 

Biuletyn naszego Regionu MITYNG stara się pomóc w wymianie doświadczeń, chce zainteresować członków wspólnoty AA życiem w naszym Regionie i przypomnieć o zdarzeniach ważnych dla naszych służb. Piszcie Przyjaciele o tym, jak udaje się Wam utrzymać trzeźwość. Jakie odnieśliście sukcesy? Jakie porażki? Czego się z nich nauczyliście? Niech Wasze doświadczenia posłużą innym AA. Czyż to nie jest najcenniejszym darem jednego alkoholika dla drugiego?  Ostatni okres obfitował w wiele inicjatyw. Spotkanie z duchownymi zaowocowało  projektem zawiązania nowych grup AA, pojawiła się również potrzeba założenia grupy rosyjskojęzycznej. Chętnych do uczestniczenia w takiej grupie prosimy o pozostawienie kontaktu do PIK-u lub redakcji MITYNGU. W odpowiednim czasie poinformujemy o terminie i miejscu spotkań. W widoczny sposób ożywiło się życie w Punkcie Informacyjno Kontaktowym przy ul. Berezyńskiej 17. Pewnie jest wiele sposobów pomocy potrzebującym. Jednak dyżur przy aowskim telefonie zaufania jest zawsze efektem pogłębiającej się odpowiedzialności i równocześnie wielką szkołą niesienia posłania. Często z własnych doświadczeń wiemy jak ważne jest gdy w porę uzyskaliśmy informację o mityngach AA. To może być sprawa życia lub śmierci. A kto wie, czy nie jest to jedno z najważniejszych zadań Integrup? Już na jesieni wznowiono tradycję warsztatów tematycznych. Wzrastająca frekwencja uświadomiła nam przydatność takich spotkań. I tak 8 stycznia porozmawiamy o roli mandatariusza grupy AA oraz spróbujemy przybliżyć się do tematu Koncepcji jako sposobu osiągania celów w AA, a później 12 lutego porozmawiamy o naszej Karcie Konferencji. Te ostatnie spotkanie organizuje Intergrupa WARS. Oczekujemy od Intergrup propozycji nowych tematów.  Wykonano w PIK-u terminarz zawierający daty różnych imprez ważnych dla naszej wspólnoty w 2005 roku. Pojawiły się pierwsze zapisy:  16 kwietnia Konferencja Regionalna w Mordach. Temat - Służba po służbie; 30 kwietnia do 2 maja - Święto „Zdroju” w Karlewie/k Kętrzyna.; 16- 18 wrzesień - Zlot Radości 25 lecie Al Anon w Funce/koło Chojnic. Konferencja Służby Krajowej, 70 lecie AA - nie znamy jeszcze terminu Podano już daty ognisk w Wesołej. Przed nami 25 lecie AA w Warszawie. Już teraz trwają przygotowania. Aby odpowiedzieć na wiele pytań o AA rozważana jest możliwość zorganizowania konferencji prasowej. Na pewno potrzebni będą liczni chętni do pomocy. Mamy nadzieję, że Intergrupy wniosą swój wkład w nasze wspólne święto. Wokół nas jest dużo osób zainteresowanych życiem AA. Zespół d/s informacji publicznej i służby internetowe poszukują kontaktów z tymi ludźmi we wszystkich środowiskach. Np. dziennikarzy, policjantów, duchownych, prokuratorów, kuratorów itp.. Chcemy nawiązać ściślejszą współpracę, zapraszać na nasze otwarte spotkania. Przewidujemy możliwość przesyłania informacji drogą meilową.  Intergrupa ATLAS z Siedlec zorganizowała w ubiegłym roku spotkanie informacyjne dla osób spoza AA, które spotkało się z wielkim zainteresowaniem. Ciekawi jesteśmy bliższych informacji . W styczniowym MITYNGU jest coś nowego. Rozpoczęliśmy publikowanie  materiałów pomocniczych do omawiania Tradycji AA przygotowane przez warszawski zespół d/s literatury. Są one o tyle istotne, że zawierają wypowiedzi dotyczące Tradycji AA z naszego terenu a już od kilku lat okazały się pomocne w pracy wielu grup. W lutym znajdzie się 2 Tradycja, marcu 3, itd…  Mamy nadzieję, że w Nowym 2005 roku, krok po kroku spełnią się nasze marzenia o trzeźwości i lepszym życiu.

 

Pogody Ducha życzy redakcja MITYNG

PS, Spotykamy się w drugi czwartek  m-ca w PIK-u. Godz. 18 Zapraszamy zainteresowanych współpracą

 


 

Odpowiedzialność

 

Być jednym z nielicznych trzeźwych, żeby nie być jednym z wielu pijących”

 

Już będąc na terapii uzależnień mogłem przekonać się, jak istotna i zasadnicza jest nowa wartość, która nazwaną jest „uczciwością”. Odpowiedzialność, o którą wiele razy modliłem się do Boga wymaga ode mnie odpowiedzi na wezwania do działania. Kiedy przeczytałem broszurkę pożyczoną od alkoholika – instruktora terapii, a przedstawiała ona „Sześć Prawd Billa”, pojąłem sercem najważniejsze wyznanie: zrobię wszystko Boże, żeby zachować trzeźwość i to popycha mnie właśnie, do działania, odpowiadania Bogu czynem dla zachowania trzeźwości. Dołączyłem do grupy „Babilon”, gdzie wszystko zaczęło się układać na wzór i podobieństwo peletonu, gdzie współpraca pozwala uczestnikom utrzymać stan równowagi. Odpowiedzialnością było kontynuowanie tego, co wszystkim daje bezpieczeństwo. Spotykaliśmy się pięć razy tygodniowo na mityngach, jeździliśmy do sąsiednich grup dawać świadectwo trzeźwości. Uczestniczyłem z grupą w procesie zdrowienia pełniąc służby zmywającego, skarbnika, prowadzącego. Robiłem to z wdzięcznością za dar, który otrzymałem od Boga, a który zmieniał najpierw mój sposób myślenia i akceptowania grupy, jako najbezpieczniejszej jednostki do której przynależałem. Instynktownie odbierałem sygnały prowadzące mnie do przezwyciężania trudów zdrowienia psychofizycznego. Odpowiedzialność dla mnie jest najważniejszą zaletą odkrywaną głębiej w czasie rozwoju we Wspólnocie. O nic tak często się nie modliłem, jak o odpowiedzialność, która pozwoliła mi odpowiadać na potrzeby i zadania do wykonania. Towarzyszyła mi bez przerwy chęć do zmieniania swoich starych nawyków i przyzwyczajeń. Do rozpracowania miałem 45letni system zakłamań i zaprzeczeń pijanego życia, w tym 30 lat z alkoholem jako nierozłącznym zamiennikiem utraconego raju – dzieciństwa, w którym rodzice przejmowali za mnie odpowiedzialność. Bardzo chciałem poprawiać Boga i stawiać Mu coraz to nowe wyzwania. Chciałem założyć grupę w knajpie, chciałem budować ośrodek rehabilitacyjny dla alkoholików, chciałem na skróty przeprowadzić Boga na własne życzenie bez dodatkowych utrudnień dla trzeźwiejącego alkoholika i nic z tego nie wychodziło. Nie raz myślałem, że nie mam u Boga względów i upadałem wątpiąc w Jego moc. Każde zwątpienie w to, co najlepsze prowadzi do użalania nad sobą, a to symptom choroby alkoholowej i nawrót do starego myślenia. Jednak duch trzeźwości jest niezmienny i nie pozwalał mi wrócić do alkoholu. Pchał mnie do coraz większych i odważniejszych czynów. Wszystkie działania były i są poświęcone Wspólnocie, wspólnemu dobru. Po powrocie w szóstym roku, gdzie na grupie LOURD przyjąłem propozycję służby jako rzecznik grupy, szybko powróciła odpowiedzialna myśl, która wywołała innych potrzebnych do stworzenia nowej grupy AA. Nazwę grupy NIMB układałem przez kilka lat, aż odczytałem że Natura jest Inspiracją Mądrości Bożej i tak z pierwszych liter powstała nazwa grupy, która istnieje, a w niej zdrowieją przybywający alkoholicy. Przez siedem lat w Warszawie i wspólnocie warszawskiej przechodziłem wszystkie służby w grupach, a najbogatszą duchowo jako sponsor dochowuje do dzisiaj, i to jest dla mnie najważniejszy skarb. Zaufanie drugiego człowieka i powierzenie się jest dla mnie, i myślę że dla nas wszystkich najważniejszą rolą do zasiania. Nie wyobrażam sobie innej drogi zdrowienia w AA, która mogłaby być bezpieczniejszą bez odpowiedzialności w służbach, bez miłości obdarowania siebie nawzajem zaufaniem i poleganiem na sobie. Utrzymanie trzeźwości bez uczestniczenia w strukturach służb Wspólnoty jest mało wartościowe i ryzykowne a bez odpowiedzialności nie ma się kontaktu z Bogiem, Siłą Wyższą. Mam również w związku z tym wielu przyjaciół oraz zaufanie ich wobec mnie w powierzaniu odpowiedzialnych zadań. Ufam im, że moje doświadczenia rodziły się i rodzą dzięki wspólnocie i mojego uczestniczenia w jej życiu i rozwoju. Mogę dając odbierać tyle, ile potrzeba mi do utrzymania trzeźwości, najdroższego biletu do wieczności, za który płacę życiem powierzając go Bogu. Wspólnota powstała na wartościach najwyższych, w odpowiedzi na dary łaski Bożej i tego nie wolno nam zapominać, że jak my Bogu, tak Bóg nam oddaje, i to hojnie. Dzielę się z Wami swoim doświadczeniem służąc dobrej sprawie. Jednocząc się poprzez służby ze Wspólnotą AA, tworzymy siłę i nadzieję dla innych, którzy tego potrzebują. Spróbuj i Ty, a powiększysz Wspólnotę o jedną cegiełkę, ofiarowując swój czas.

Andrzej.

 


 

12 Tradycji 

 

Moje nieszczęśliwe „wpadki”  z tradycjami

 

”My Misadventures with the Traditions”

Nieautoryzowane tłumaczenie z „AA grapevine” may2004

 

Po półtora roku pobytu w AA, naznaczonego ciągłymi wpadkami, zebrałem się w garść. Wraz z kilkoma osobami, założyliśmy grupę dla młodych ludzi (popularne w USA grupy młodych do 39roku życia. przyp. red.) w Springfield. Było to na początku lat 70 tych. Wtedy grupy młodych AA były czymś całkowicie nowym. Więc ogłoszenie pierwszego spotkania organizacyjnego grupy było przyjęte ze śmiechem. I tak dużo udało nam się zrobić. Byliśmy bardzo przejęci zaczynając pierwszy roboczy mityng, a ja miałem wtedy tylko 3 miesiące trzeźwości. Na spotkanie przyszło kilku weteranów, przyjrzeć się czy nowo powstająca grupa nie wyrządzi jakichś szkód dla AA. Na samym początku musiałem nauczyć się: jak aktywnie uczestniczyć w dyskusji. Po pierwsze musiałem słuchać. A byłem jedynie roztrzęsionym dzieciakiem z naszego osiedla. Nie rozumiałem na czym polegał mój problem. Ale chciałem być ważny. Początkowo byłem ignorowany, inni koncentrowali na sobie uwagę. Popadałem w przygnębienie i trzymałem urazy. Z czasem ludzie odchodzili i coraz bardziej zyskiwałem swobodę. Był to dobry czas dla mnie by objąć jedną z wiodących pozycji w grupie. Pierwszą moją decyzją było odwołanie skarbnika, gdyż opuścił jeden roboczy mityng. Nie wiedziałem że nie mogłem tego zrobić. W AA. podejmujemy decyzje głosując – to jest demokratyczne. Ale ja byłem tym który czuł się szefem grupy. Wydawało mi się, że ja wiem co jest najlepsze dla grupy. Najbardziej ekscytujące w tej grupie było to, że miała całkiem nową formę - była jedyną grupą młodych ludzi w AA. Było wokół niej wiele polemik. Kochałem spory. Kochałem być w centrum zainteresowania, a czasem samemu wzbudzać niepokój. Z czasem kupiliśmy sobie pierwszy ekspres do kawy, zaczęło przychodzić coraz więcej młodych ludzi, a co najważniejsze – zostawać z nami. W mojej wyobraźni zacząłem stawać się kimś ważnym. Popełnialiśmy wiele błędów, tak jak wiele nowo powstających grup. Na przykład chodziliśmy nieść posłanie AA na spotkania w szkołach średnich, lecz nie byliśmy tam, by dać informacje o AA, ale raczej by robić rekrutację. Wyobraźcie sobie, jak staraliśmy się wpoić garstce studentów, iż picie alkoholu nie jest dla nich dobre. Pobłądziliśmy trochę z nadinterpretacją tradycji, gdyż AA ma przyciągać a nie reklamować się. Ostatecznie mieliśmy coraz mniej zaproszeń na spotkania w szkołach, aż to przedsięwzięcie całkiem upadło. Po kilku latach grupa młodych rozrosła się do ponad 100 osób. Najbardziej skuteczne były nasze wizyty na oddziale detox i „Halfway House” dla nastolatków z problemem alkoholowym i narkotykami (dom pomocy finansowany przez miasto – gdzie ludzie z problemami mogą się zatrzymać pod warunkiem, że będą utrzymywać trzeźwość, pracować i chodzić na mityngi; do tej pory jest to bardzo popularne w USA - przypis redakcji ). Wówczas powstała następna kontrowersja - narkotyki. Młodzi ludzie dużo mówili o problemie z narkotykami. Nasze cele przeplatały się. Lata 70-te były trudne dla niektórych członków AA z powodu toczących się sporów. Ja oczywiście w głębi duszy byłem zachwycony tymi debatami. Jednego roku, na corocznej konwencji w Massachusetts, podałem propozycję tematu warsztatów dla młodych - „seks i trzeźwość". Propozycję przyjęto raczej ozięble w Biurze Służb w Massachusetts, Powiedzieli nam, że ta propozycja raczej nie przejdzie. Wysłałem więc delegata z naszej grupy z pytaniem do „NICH” – „jaki temat powinniśmy obrać?" Oczywiście nie mogli wybrać tematu za nas. Nasi przewodnicy w AA są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą. Tak wzbudziliśmy nowe polemiki. Uwielbiałem to. Skończyło się przysłowiową wielką burzą w szklance wody, jak to zwykle bywa. Dzięki temu dałem się poznać jako jeden z najbardziej zaciekłych oponentów przeciwko weteranom i tradycjom. Przeciwstawienie się na Konferencji prawdziwym weteranom nie jest dla nikogo łatwą rzeczą.  Pewnego roku zgłosiliśmy udział grupy młodych, z okręgu Springfield Massachusetts, do Światowej Konferencji AA.  Aby pozyskać fundusze na udział, zorganizowaliśmy płatne mycie samochodów, tańce, loterię nagród z małym telewizorem jako nagrodą główną. W rezultacie uzbieraliśmy 3 tysiące dolarów na bilety lotnicze i miejsca w hotelu. Powstało jednak pytanie: czy powinniśmy przyjmować pieniądze od ludzi spoza AA? Na szczęście przyjęliśmy pomoc kilku dawnych powierników i delegatów w tej kwestii. We wtorek wieczorem zrobiliśmy pożegnalny mityng. Było niesamowicie, bo po raz pierwszy myślałem więcej o innych niż o sobie. Duch Tradycji zaczął oddziaływać na mnie.  Z lękiem informowałem swoją rodzimą grupę o wyjeździe, byłem tym bardzo podekscytowany. Bałem się tego wyjazdu. Nigdy wcześniej nie byłem dalej niż w Bostonie. Lecz przyszedł ten dzień i odlecieliśmy samolotem. Było to niezwykle ekscytujące. W Memphis spędziliśmy cudowny czas spotkań z ludźmi pełniącymi służby krajowe, z całych Stanów i wtedy zdałem sobie sprawę jak dużo jest młodych ludzi w naszej Wspólnocie. Chcieliśmy się wystroić w pawie piórka. Mieliśmy, budżet, kasety video i inne własne materiały ze Springfield Massachusetts, które chcieliśmy sprzedać na Konferencji. Jednym z bardzo pomocnych ludzi był Ed L., który był nieznanym, szeregowym członkiem grupy młodych. Ed nie był zainteresowany byciem „grubą rybą”, chciał być jedynie użyteczny – wszędzie gdzie AA rozwijało się. Właśnie od ludzi takich jak Ed, który nie dbał o popularność, dowiedzieliśmy się, na czym polega anonimowość - duchowy fundament wszystkich naszych tradycji. Nasze wspólne dobro powinno być dla nas najważniejsze, nie należy łączyć tego z popularnością. Nie odnieśliśmy tam „wielkiego sukcesu” i byliśmy tym przygnębieni. Po powrocie weterani z rodzimej grupy jednak podali nam rękę, w uznaniu za włożony przez nas entuzjazm. Ten gest dał nam przyjemne uczucie szacunku, akceptacji i przynależności do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Nadal jednak panowało ogólne przekonanie, że młodzi ludzie to oznacza seks, narkotyki, rock n' roll. Lecz wygrała jedność - legat służby sprawił potem, iż nastąpiło więcej powrotów do zdrowia ludzi, którzy do nas przyszli. Nauczyliśmy się że wygrywać to jeszcze nie wszystko. Bycie numerem jeden nie jest rzeczą najważniejszą. Tradycje są, by chronić nasze wspólne dobro i nas samych przed sobą - trzymać nas z dala od zawłaszczającego nas egocentryzmu. Następnym naszym doświadczeniem był pomysł, aby związać się z ośrodkiem leczenia odwykowego. Ośrodek był kierowany przez człowieka o niezbyt dobrej opinii. Okazał się zaborczy i władczy. Byłem skłonny zostawić swoje mieszkanie, przyjaciół i pracę. Konflikty z kierownictwem tego ośrodka doprowadziły, że zapomniałem prawie o wszystkim, czego się nauczyłem w Spriengfield. Na szczęście wykonałem telefon do mojego sponsora. Ostudził mnie i sprowadził na ziemię – zapomniałem, iż AA nie zajmuje stanowiska wobec problemów spoza wspólnoty. Z czasem idea trzymania się własnych pomysłów bardziej, niż Tradycji AA wydała mi się mniej pociągająca, zacząłem słuchać weteranów. Odszedłem od „pozornej aktywności” AA, a bardziej skupiłem się na tym co się dzieje w „samym środku AA”. Zacząłem chodzić na spotkania gdzie pracowano nad krokami, zacząłem identyfikować się z ludźmi których wcześniej unikałem. Nie byli święci. Opowiadali otwarcie o swoich wadach. Zacząłem się czuć, jak w domu w samym środku Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Wciąż drażnili mnie ludzie, którzy starali się kontrolować innych - z pewnością przypominali mi moje zachowanie. Staram się dzisiaj bardzo uważać, żeby tego nie powtarzać. Rozwijanie mojej wiedzy o mądrości kroków AA wciąż przynosi mi trudności, zwłaszcza jak słyszę słowa takie jak: „alkohol nie ma nic wspólnego z alkoholizmem” albo „to nie jest spotkanie dziwaków”, „wszystko czego potrzebujemy to Wielka Księga, a resztę możemy śmiało wyrzucić za okno”. Nie zapominajmy jednak jeśli chcemy mieć prawo wolnej wypowiedzi, to musimy innym też dać to samo prawo. Wierzę, że tradycje pozwalają nam zachować naszą jedność, zdrowie, i służby. JEŚLI ZDOŁAM ODSUNĄĆ NA BOK MOJE EGOISTYCZNE POMYSŁY, I BYĆ PO PROSTU CZĘŚCIĄ AA, TO Z PEWNOŚCIĄ MOGĘ BYĆ UŻYTECZNY I SZCZĘŚLIWY.

Przekład: Jacek z Sasebo

 


 

Odpowiedzialność – koniec samotności

 

Mam na imię Adam, jestem alkoholikiem. Dzięki Redakcji za mobilizację i „wywołanie mnie do tablicy”. Powyższy temat zachęcił mnie do głębszej refleksji nad samym pojęciem odpowiedzialności – wczoraj i dziś –  o mojej odpowiedzialności w życiu codziennym i w AA. Jak realizuję ją w życiu codziennym, czy o niej tylko mówię, czy słowa popieram czynami? Aby nie były to puste słowa  - zabrałem się do pisania. W swoich oczach w przeszłości uważałem się za osobę odpowiedzialną, gdyż uważałem, że jak oddaję pensję żonie na utrzymanie domu, chodzę do pracy, to jestem odpowiedzialny za siebie i za rodzinę. Premie traktowałem po części jako nagrody dla mnie za dobra pracę. Nie pojmowałem tylko tego – dlaczego czasami rodzina mnie „wkurza” i wybieram towarzystwo kolegów, wesołe popijawy. Po czasie wracałem „z podkulonym ogonem” i  zostawałem sam ze sobą. Byłem osamotniony ze swoimi myślami, niepokojami. Głowa rodziła szalone myśli: oni mnie nie rozumieją, chyba mnie nie kochają, jedzą „mój chleb”, a mnie nie szanują. Kolejnymi umizgami i prezentami próbowałem „skleić” rodzinną harmonię. Gdy to już mi się udało, to znowu „jakiś diabeł” mi podpowiadał, że - od życia mi też COŚ się należy i ... - koło zaczynało się toczyć od nowa. Nie rozumiałem bezsensu swoich zmagań z alkoholem i próbowałem „dorobić” swoją filozofię do własnej bezsilności wobec „chęci” urozmaicenia sobie szarego życia.  Wśród kolegów odgrywałem bohatera – nigdy nie opowiadałem o swoich problemach w domu. Niby wesoła popijawa, ale powrót do domu i smutek samotności mi dokuczał. Tak po części uważałem, że żona „karze” mnie słusznie za moje pijaństwo i nieobecności w domu, za unikanie wspólnego trudu wychowywania dzieci i prowadzeniu domu, ale do końca nie rozumiałem postawy dzieci.  Aby przekonać siebie i otoczenie, że jestem odpowiedzialny za „dom”, za rodzinę – przechwalałem się swoimi pracami w domu i oczekiwałem „pochwał” -  jak dzieciak „na dobre stopnie”. Czułem się niedoceniany w swoich wysiłkach, dzieciaki mnie z czasem „denerwowały”, żona jawiła się jako „kłótliwa baba”, a ja „biedny żuczek” zamęczony obowiązkami w pracy i w domu – szedłem „od stresować się”. Oczywiście w pracy wywiązywałem się z prac terminowo, innych też mobilizowałem do pracy i  „dotrzymywałem terminów umów”. W pracy mnie doceniano za odpowiedzialność, za zaangażowanie, dostawałem premie, a w domu jakoś było inaczej. Te różnice w moim stosunku do obowiązków w pracy i w domu dostrzegłem dopiero w AA. To w poczuciu winy wykonywałem wiele czynności dodatkowych w kuchni, aby zapracować sobie na.... kolejna popijawę, na kolejny wyskok. I tak „zapracowana nagroda” obracała się przeciwko mnie. Byłem zły na wszystkich i na siebie. Sobie zarzucałem „głupotę”, a nawet małe szaleństwo. Żonę podejrzewałem o „buntowanie dzieci” przeciwko mnie. Gdy na drodze stanęło mi  AA, zrozumiałem bezsens swojego życia. Zrozumiałem, że jestem na drodze do nikąd, „kręcę się w kółko”. Dążę do przedwczesnej śmierci - niegodnej człowieka. Bałem się i wstydziłem się takiej śmierci „pod płotem”. Postanowiłem COŚ zrobić ze swoim życiem, postanowiłem zmienić się. Pragnąłem skorzystać z doświadczeń innych, Program AA zafascynował mnie swoja prostotą i próbowałem na początek Programu na 24 godziny. Efekty samego mnie zaskakiwały i o nich mówiłem na mityngach. Przestałem czuć się osamotniony w swoich zmaganiach ze sobą. Inni czują się i postępują podobnie. Zauważyłem, że nie jestem sam w zmaganiach ze sobą. Dzięki sponsorowi postanowiłem nigdy nie wracać do pijaństwa, złapać się AA obiema rękami. Postanowiłem „rozliczyć się z przeszłością pijacką”, naprawić szkody wyrządzone swoim najbliższym – postanowiłem być odpowiedzialnym i w pracy, i w domu. Postanowiłem po Kroku Dziewiątym – być zawsze odpowiedzialnym. W tym momencie Bóg oddał mi kierownicę mego życia i powiedział przez sponsora, że dalej JA jestem odpowiedzialny za resztę  życia. Pokrótce - do tego momentu w moim życiu było tak, że moje życie było w rękach szaleńca, dla którego - na myśl o „wyskoku, aby rozerwać się” – obowiązki i prawa nie liczyły się, schodziły na dalszy plan. Musiałem „poszaleć”, aby z pokorą znosić to, co nazywa się obowiązkami małżeńskimi i rodzicielskimi. Tak, jak w Kroku Pierwszym uświadomiłem sobie, że tak na dobrą sprawę moim życiem nigdy nie udawało mi się kierować. A jak mi się wydawało, że już kieruję, to kolejna „zabawa z alkoholem” – rozwiewała złudzenia. Wreszcie oddałem kierownicę swego życia /Krok II i III/ w ręce Boga, rozliczyłem przeszłość, a Stwórca w tym momencie zwraca mi kierownicę i przez sponsorów oświadcza mi, że dalej mogę już kierować swoim życiem, pod warunkiem, że będę przestrzegał „przepisów” i prosił o siłę i poznanie Jego woli wobec siebie. Odczytałem swoje powołanie i nadal odczytuję je na nowo każdego dnia. Po pierwsze – jestem mężem i ojcem rodziny. Odkryłem dla siebie kilka zasad. Zarabiane pieniądze są pieniędzmi całej rodziny – są nasze wspólne. Mój czas darowany mi przez Stwórcę, nie jest tylko moim czasem. Powinienem go dzielić z rodziną. Tego zacząłem uczyć się. Tak sobie przemyślałem, że moja Rodzina nie jest moją rodziną – ja nimi nie rządzę, ja nimi nie kieruję. Wtedy lepiej się poczułem. Po drugie – jestem alkoholikiem. To zaakceptowałem i zacząłem dzielić swój czas pomiędzy Rodzinę i Wspólnotę AA. Miewam czasami rozterki, ile czasu poświęcić Rodzinie, a ile AA? Takie dylematy rozwiązuje każdego dnia większość trzeźwych alkoholików. W AA też uczyłem się być odpowiedzialnym za składane deklaracje, za przyjmowane służby. Przeszedłem wszystkie służby w AA - od parzenia kawy i herbaty, od przygotowania sali na mityng, poprzez intergrupę i region, po Służbę Krajową i sponsorowanie. I nadal jestem odpowiedzialny w przyjmowaniu służby, i tak zostanie póki starczy sił. Gdy pojąłem sens odpowiedzialności jako cechy człowieka dorosłego - przestałem czynić i robić COŚ dla innych – z oczekiwaniem „na oklaski”. I zauważyłem, że przestałem w tym momencie czuć się samotnym, niezadowolonym z życia. Wywiązywanie się z przyjmowanych zobowiązań wobec Rodziny i wobec Wspólnoty AA zaczęło mi dawać satysfakcję – mogłem spokojnie pomyśleć o sobie, że jestem odpowiedzialny i dobrze spełniłem swoje zadanie przyjęte do wykonania. Oczywiście po drodze nauczyłem się mówić NIE. Tego nie wykonam, tego nie potrafię wykonać, to jest ponad moje siły. W przeszłości przyjmowanie zadań ponad siły kosztowało mnie dużo wysiłku, dużo dodatkowej pracy. A i tak w sumie byłem nieodpowiedzialny, gdyż zawalałem obowiązki rodzinne. Tak myślę, że dopiero w AA stałem się dorosłym człowiekiem i poczułem się wolnym od uzależnień. Znikło też poczucie samotności tej fizycznej /nawet dzieci nie chcą do mnie odzywać się/, tej psychicznej /dom pełen ludzi, a ja sam/, tej duchowej /nie ma Boga, ponieważ nic dla mnie nie zrobił, abym mniej pił/. Wspólnocie zawdzięczam sposób na godne życie. Obudzona nowa świadomość obecności Boga na każdym kroku życia w trzeźwości daje mi poczucie bezpieczeństwa i wolności, uwolnienia się od siebie samego. Przyjmując odpowiedzialność za swoje życie mogę też innym pomagać w powstawaniu, w budowie nowego, wartościowego życia. Już nigdy nie będę sam, nie będę czuł się osamotniony - nawet w samotni, On zawsze JEST.  On JEST przy mnie. Mogę być użytecznym i odpowiedzialnym narzędziem w rękach mego Stwórcy. Zawsze pamiętam, że odzyskaną wolność mogę dobrze albo źle spożytkować. Nasuwa mi się porównanie wolności do noża kuchennego. Tak jak nóż służy do krojenia m.in. chleba i to jest dobre,, odpowiednie użycie noża, ale w rękach szaleńca nóż może stać się narzędziem zbrodni. Podobnie jest ze źle używaną wolnością – staje się samowolą, szaleństwem. Szaleństwa nie były i nie są pomysłem Boga na życie. Dziś o tym chcę pamiętać – od momentu przebudzenia się i za to jestem odpowiedzialny.

 

Adam Ch.   DT 1-10-1986

 


 

Zza krat

 

Mam na imię Robert, mam 19 lat. Na mityng trafiłem 13 miesięcy temu, podczas odbywania 2-go roku z 11 lat kary pozbawienia wolności. Gdy byłem jeszcze po tamtej stronie alkohol zaczął mną rządzić, nawet nie wiedziałem kiedy zakręcił mną. A potem było już za późno. Kiedy zostałem wywołany na pierwszy mityng, słuchałem z ciekawością co ma mi dać ten czas na mityngu. Muszę teraz szczerze powiedzieć, że bardzo się cieszę, że chodzę na AA. Dowiedziałem się że mój problem z alkoholem jest chorobą a 12 kroków i 12 tradycji oraz moja chęć zaprzestania picia ma mi pomóc w powrocie do zdrowia. Dopiero teraz zrozumiałem, że tak jak chory potrzebuje lekarza tak ja potrzebuję mityngu AA. Przyjaciele opowiadają o swoich problemach, co pokazuje mi że ja na wolności miałem takie same trudności. Musiałem kraść ze wszystkimi, kłóciłem się, kiedy nie piłem trząsłem się cały. Gdy słyszałem o alkoholikach nigdy nie pomyślałem o sobie, ja taki młody, dobrze ubrany? Pod wpływem alkoholu zacząłem popełniać przestępstwa, aż wreszcie wpadłem. Teraz wiem, że najważniejsze dla mnie jest 24 godziny. Właśnie przez ten czas muszę się pilnować abym nie zajrzał do pierwszego kieliszka, ponieważ jeden to za dużo a 20 za mało.

 


Z życia Regionu - Przez dziurkę od klucza

Zbliżająca się Regionalna, a później Krajowa Konferencja Służb poświęcona jest tematowi „Służba po Służbie”.  Warsztaty na ten temat zorganizowane w PIK-u 04-XII-2004 przez  Intergrupę SAWA przyciągnęły wiele osób. To sprawdzona forma pogłębienia świadomości. Spadł mi kamień z serca gdy w drzwiach zobaczyłem kilku weteranów służby. Na początku sądziłem, że temat jest zbyt trudny a nawet mało zrozumiały. Nieco przyjaźniej wyglądał jako pytanie – w jaki sposób postępować po przejściu drabinki służb, aby potem nie zasłaniać całego AA swoja osobą? Jak wartości zdobyte w trakcie służby przenieść na życie, również poza AA? W końcu warsztaty wydają się być najlepszym miejscem do uporządkowania postawy. Jako prowadzący skupiłem się na słuchaniu i notowaniu. Przytoczę jedynie fragmenty wypowiedzi uczestników. Oczywiście ciepłej i przyjaznej atmosfery musicie się jedynie domyślać. Oto te głosy: Pierwszy: Trafiłem na sponsora, który wymagał służby w procesie zdrowienia. Opornie podjąłem się jej. Każda z przebytych funkcji dała mi wiele satysfakcji. Pokonałem lęk przed oceną traktując służbę jako formę spłacenia kredytu od AA. Nie wyczerpałem wszystkich możliwości, ale po zakończeniu służb wspólnotowych zamierzam pozostać w zespołach tematycznych, aby nadal służyć swoim doświadczeniem. Aby czuć się potrzebny zachowałem sobie zabawkę w postaci służby w redakcji MITYNGU. Drugi: służba mnie dopadła już po 4 miesiącach w AA. To moja wielka przygoda i lekcja pokory. To czas dojrzewania. Uczenia się przestrzegania Tradycji. Nie zawsze sobie z nią radziłem. Nie udała mi się służba archiwisty. Zawsze starałem się wypełnić zobowiązania do końca. Kiedy moja rodzina rozwalała się potrzebowałem służby. Dzięki naukom pobranym w AA, potrafiłem założyć nową rodzinę. Trzeci: nie ma dla mnie pojęcia służba po służbie. Zawsze będę ją wypełniał. Jestem od 5 lat trzeźwiejący, sponsoruję, przeszedłem służby w grupie, nie byłem w stanie być mandatariuszem w grupie po pół roku abstynencji, bo po prostu nic nie miałem do zaoferowania. Czwarty: różne się kryją pojęcia w temacie – „Służba po służbie”. Odbyłem służby kadencyjne. To chyba błąd myśleć że już wszystko odpukałem i teraz mogę spocząć na laurach. Popełniłem chyba błąd zostając po roku w AA – mandatariuszem. Po wielu latach znowu nim jestem. W grupie staram się podpowiedzieć tak, żeby nie narzucać swojego zdania. Staram się szukać metod do wyjścia z kręgu AA i przyciągać życzliwych dla nas ludzi. Potrzebujemy przyjaciół. Piąty: mimo że jestem przy AA kilkanaście lat, nie piję od 2 lat. Nigdy tak poważnie nie traktowałem AA, nie mam już czasu ani zdrowia na doświadczenia z moim życiem. Nie chcę dojść w swojej służbie do „tumiwisizmu”. Przez służbę pokonuję lenistwo. Wykonuje własne zobowiązania. Szósty: wybieralną służbę zakończyłem; teraz wypełniam służbę pomocniczą w zespołach, sponsoruję, ale nie każdemu. Poświęcam swój czas jedynie tym, którzy oddają go wspólnocie. Przez lata nie przekonałem przeciwników do swojego zdania, mimo że zmierzamy do jednego celu – trzeźwości - sposobów osiągania jej jest wiele. Pokochałem życie w AA, jest w tym cel i sens. Swoim przykładem pokazuję jak działa AA. Już nie znajduję czasu na  myśli o alkoholu, niezrozumiale brzmi mi słowo – nawrót. Zmiany w życiu najcelniej oddaje cytat z literatury  „AA wkraczają w dojrzałość” str331 „Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, nim nauczymy się prostych prawd, według, których trzeba żyć”. Siódmy: rzecznikiem byłem tylko od oklasków do oklasków. Nic nie zyskałem w tej służbie bo nic nie robiłem. Skarbnikowanie nauczyło mnie odpowiedzialności i gospodarności. Jako mandatariusz przenoszę informację, staram się zrobić to lepiej niż poprzednio, czuję, że potrzebuję więcej , stąd udział w zespołach Regionu. Ósma: Służba sprawiła, że przestałam się bać, zaakceptowałam ludzi, nauczyłam się tolerancji, największą frajdę miałam z mycia szklanek, z bólem oddałam ten przywilej  innym. Długo nie mogłam odwyknąć od zmywania. Przeszłam służby w grupie, wzrastam teraz w Regionie, a w grupie zostawiłam sobie kolportaż literatury aby czuć się nadal potrzebna. Sama sobie teraz wymyślam służby, ostatnio umyłam okna w sali PIK-u. Bo lubię coś robić. Do tego zawsze można być gotowy. Dziewiąty: początkowo lękałem się, że nie podołam odbierania telefonów, ale na szczęcie dzwonili tylko po adresy mityngów, nic innego nie potrafiłem powiedzieć; przy skarbnikowaniu nauczyłem się trochę gospodarować pieniędzmi, jako opiekun PIK-u zobaczyłem inne wartości, zawsze chcę służyć. Dziesiąty: za każdym razem podejmuję służbę tak abym mógł ją odpowiedzialnie wykonać, nie ze stresem że mnie przerasta, z ciekawością przysłuchuję się co dalej można robić po służbie w AA na poziomie grupy, wyższym a co dalej? Jedenasty: jeśli komuś wystarczy mycie szklanek aby nie pić, to dobrze. Jednak podejmowanie służb poza grupą uczy współpracy z innymi ludźmi, pozwala na wyzbycie się egoizmu, przyczynie wszelkich niepowodzeń. W służbie dowiaduję się prawdy o sobie, czyli uczył się uczył, ale czy nauczył? Dociera sens słów: i stosować te zasady we wszystkich poczynaniach. Co poznałem to stosuję. Dwunasty: Jeden odebrany telefon na koniec mojego dyżuru dał mi siłę i pokazał potrzebę mojej dalszej służby. Trzynasta: chętnie bym tu przychodziła i pomagała w prostych pracach, ale żeby mi ktoś powiedział kiedy? Czternasty: Spory na konferencji raziły i zniechęcały do uczestnictwa bo nie byłem dojrzały emocjonalnie; oceniałem ludzi, nie dawałem prawa do innego poglądu. Udział w służbach sprawił że przestałem emocjonalnie reagować. Piętnasty: Piąta tradycja mówi najlepiej: rób jedno a dobrze. Określa mi jak mam wypełniać swoją służbę. Jak osiągać jedność i wspólny cel. Szesnasty: jako skarbnik zapiłem, wstyd nie pozwalał mi wrócić do AA, z trudem namówiono mnie na powrót. Podchodzę do tej służby ostrożnie, przyglądam się kim jest kandydat, aby mu nie zaszkodzić. Nie walczę już o swoje racje. Chcę być użyteczny i potrzebny w miarę moich możliwości, rozwijać się dalej. Siedemnasty: rozwój duchowy wyraża się przez służbę, niektóre dziś wypełniłbym inaczej. Osiemnasty: dawno już nie podejmowałem służby, czuję pustkę, liczę że mi pomoże to, że tu jestem. Dziewiętnasty: staję się ludzki, służba dla mnie nie kończy się nigdy, chcę być pomocny. Jestem rzecznikiem, szukam odpowiedzi – jak mam to robić? Dwudziesty: Dopiero po 2 roku abstynencji zacząłem sobie porządkować to co wyczytałem z angielskiej literatury AA, która daje mi odpowiedzi co dalej po służbie w grupie? Jak być zdolny do dalszej służby? Jestem rozczarowany treścią tego spotkania, mam niedosyt. Moim zdaniem po przejściu tych podstawowych służb jestem dopiero gotowy do spotkań w zakładach karnych, z profesjonalistami, do dawania spikerskich świadectw, sponsorowania, do wspierania upadających grup. Chciałbym pozostawać z boku ale zawsze służyć pomocą i być potrzebny.       Od siebie dodam: W trakcie naszych warsztatów ledwo liznęliśmy istotę tematu. Warsztaty organizowane na Konferencjach z pewnością dostarczą dodatkowych spojrzeń. A może nasi czytelnicy podzielą się z nami własnym doświadczeniem? Przypominam, że Konferencja Regionalna Służb odbędzie się już w kwietniu.

Redakcja

 


 

Warsztaty

 

Tradycją Regionu AA Warszawa stają się "robocze" spotkania warsztatowe, w 1i 2-gą sobotę miesiąca, w PIK-u na Berezyńskiej 17. W dniu 13-11-2005 spotkanie zorganizowała grupa "NIMB" a poprowadził je odpowiedzialnie Andrzej z Sandomierza. Temat brzmiał: „Dzielenie się, dawanie, branie”. Czym są dla Nas tradycje AA? Prowadzący Andrzej powiązał ten temat z trzema legatami AA zawartymi w symbolu Wspólnoty AA: Jedność, Służba, Zdrowienie. Rozpoczęliśmy od wspólnego odmówienia "Jestem Odpowiedzialny". Uczestniczyło 14 osób. Postaram się zacytować fragmenty wypowiedzi. Oto one: 1.Mój dorobek to pokazanie tego, co sam zrobiłem. Nieważne kto i ile zechce skorzystać z moich doświadczeń. Ważne jest to, czy ja skorzystałem z doświadczeń innych AA. Moje poddanie się Tradycjom AA jest ślepe. 2.Przez wiele lat niepicia nic nie dawałem z siebie. Coś mi się jednak rozjaśniło. Spróbowałem trzeźwieć w służbie. To wspaniała rzecz. Mimo pracy zawodowej, jakoś znajduję czas. Może ktoś z tego skorzysta? Tradycje są dla mnie wyznacznikiem tego, jak nie zbaczać z obranej drogi. Najważniejszą z nich jest dla mnie anonimowość - czasami złamię którąś, ale się z tego wycofuję. 3.Sam nie umiałem poradzić sobie z piciem. Rozpocząłem od 90 mityngów w 90 dni. Szybo zorientowałem się, że podjęcie służby da mi gwarancję trzeźwości. Nie jest łatwo i gładko, ale pomogło mi to w ogłoszeniu bezsilności. Zniknęła samotność. Tradycje gwarantują rozwój Wspólnoty. Niczego nie trzeba odkrywać. Tradycje AA wyznaczają mi sposób życia w rodzinie. Co dostajemy? Tyle ile dajemy! 4.Od niedawna jestem w AA. Doświadczenia innych identyfikują mnie z moim problemem. Staram się służyć i na razie to herbatki, szklanki – chyba się odnalazłem. 5.Od początku w AA brałam wszystko zachłannie. Szkoda by mi było każdego dnia w AA, gdybym zapiła. Zmarnowałabym te swoje 5 lat. Wierzę w lepsze życie. Byłam oporną podopieczną, za mało się dzieliłam. Teraz sama zajmuję się  inną „oporną” kobietą. Jestem zadowolona. 6. Nie umiałem dawać i brać. Z wielkim trudem się uczę w służbie tych cech. Tradycje stosowane w moim życiu osobistym przynoszą ku memu zadziwieniu cudowne efekty. 7. Tradycje są wyznacznikiem sposobu życia. Nie dawałem nikomu dokończyć zdania, znałem dalszą wypowiedź. Początkowo tylko brałem, nie dawałem. Bałem się bycia skarbnikiem, bo kiedyś każde pieniądze przepijałem. Wymodliłem siłę, aby nie ulec tej pokusie. Jako rzecznik nie robiłem nic. Jako mandatariusz spłacam ten dług. Uczciwość, gospodarność, samowystarczalność przeniosłem też do mojego domu. Informuję na zewnątrz o AA przy każdej okazji. 8. Kiedyś nie dawałem, bo sam nie miałem czego dawać. Tradycje to samodyscyplina. Już po jednym dniu abstynencji mogę dawać, ale nie wiedziałem tego. Udział w służbie to udział w jedności. Jeśli ją przerwę, to po mnie. AA nauczyło mnie pokory w działaniu. Praca dla drugiego alkoholika pomaga mi wychodzić z ciemniactwa. Po co komu Tradycje AA, skoro chcą mieć żeńską grupę? Nie dzielimy się w AA pod żadnym pozorem. Te warsztaty też mi pomagają. 9.Najpierw musiałem dostać po tyłku, potem zacząłem brać doświadczenia innych. Jestem wdzięczny za „wciśnięcie” mi służby. Staram się uporządkować swoje życie. U mnie często było tak, że wpadłem namieszałem i uciekłem. Teraz tradycje bronią mnie przede mną samym. Przenoszę je na swoje małżeństwo. Kiedyś w AA szukałem wszystkiego na „NIE”. Pomogła mi moja spikerka. Bardziej szukam mityngów o trzeźwieniu, a nie o piciu. Czuję satysfakcję, że pomagam, a nie szkodzę. 10.Do końca swoich dni nie nauczę się w pełni korzystać z AA. Pokazuję świadectwo mojego zdrowienia i co alkohol zrobił w moim życiu. Jestem wdzięczny pionierom AA. Współuczestniczyłem w spotkaniu z Duchownymi. Zmiany duchowe bez SW są niemożliwe. Żadne regulaminy nie zdołały mnie tak podporządkować jak Tradycje AA. Serce mi bije mocniej, gdy uczestniczę w warsztatach, konferencjach. Najwięcej biorę ze służby w ZK i na detoksie - tam widzę, kim byłem i kim jestem. 11. Zasady z dzieciństwa, religię, Boga, odrzuciłem - były niepotrzebne. Bóg był lub nie był - kiedy chciałem. Egoizm i egocentryzm jest przyczyną moich niepowodzeń. Wyzdrowienie każdego z nas zależy od jedności - okazało się to drogą dla mnie. Musiałem przyjąć zasady, według których należy żyć. Pokonałem samotność. Nie poprzestałem na byciu „herbatkowym”. Myłem szklanki, aż polubiłem. Odnalazłem Boga. Rozłam w mojej rodzinie to wynik łamania 1-szej Tradycji. Nie jest ważne kto ma racje, ale czy jestem szczęśliwy. Wszystkim dobrze życzę, bez znaczenia jaką drogą idą. Co ja daję AA? Niewiele! Parę groszy do kapelusza, trochę wsparcia, ale mam sens życia i cel i nie piję. Jestem uczciwy. Żeby dawać trzeba mieć, żeby mówić trzeba uporządkować myśli. Sam z siebie jestem nikim. Życie w AA polega na komunikacji - jak realizować dobrą wolę. 12.Rzadko się odzywam, wykonuję służbę a w zamian mam satysfakcję. Nie czuję się samotny. Zostałem prowadzącym mityng. Odeszła ode mnie mania niższości. Jestem odpowiedzialny za rodzinę. Trudno mi „Żyć i Dać żyć innym” - gdy w moim domu jest alkohol. Nie mam długów. Po 25 latach przestałem oceniać kler. Wróciłem do Boga i wiary. Bez AA bym zginął. Jestem Wam wdzięczny i zaszczycony służbą dla AA. 13.Od wielu lat nie uczestniczyłem w warsztatach. Zwykle chowam się za zasłoną, że mam mniej niż inni. Od 12 lat jestem w AA, 9 lat nie piję, nie mam sponsora. 30 lat trzymałem z kryminalistami, a byłem kiedyś ministrantem. Chciałem być dobry, a byłem lepszy. Osiągnąłem dno. Więź z AA nie pozwala mi wracać do picia. W AA zawsze mogę mówić na każdy temat i rozumieć na swój sposób. Trudno przyjmuję nakazy.

 

Redakcja

 


 

Z korespondencji mailowej

 

Mam na imię August i jestem alkoholikiem. Jako alkoholik, jaki świat mogłem kiedyś widzieć ? Wtedy myślałem głównie o tym; jak zdobyć alkohol, żeby się znowu napić...! To była jedna wielka walka; o rodzinę, o prace, o pieniądze, o alkohol, o... przetrwanie. Moje życie uzależnione było wtedy od tego świata; od żony, od dzieci, od szefa, od sąsiada... Wtedy liczyłem na innych, na ich zrozumienie mnie, na ich humory, na wygraną w totka i... zawsze się "zawiodłem"! To wszystko do kupy. Cały ten świat był żałosny, beznadziejny, okrutny a ja w nim byłem tym niewolnikiem stworzonym tylko do pracy, którą też później straciłem... przepiłem. Sytuacja zaczynała stawać się bez wyjścia, beznadziejna... Różne myśli - w "czarnych barwach" przemykały przez głowę. Wielu moich kolegów umarło. Byli młodsi - nie dane im było osiągnąć trzeźwość za życia. W końcu i u mnie doszło do katastrofy, do jakiej dojść musiało; bezwarunkowa kapitulacja wobec alkoholu. Wtedy byłem już mocno oddalony od siebie, od tej Siły Wyższej czy Boga. Wtedy juz nie funkcjonowałem. Poprosiłem o pomoc i zawieziono mnie na odtrucie a potem na terapię. Od tamtej pory zanim dotarłem do AA minęło jeszcze sporo czasu. Kiedy jednak już się tam znalazłem - również u mnie "zaświeciło" światło nadziei. Moje myśli i uczucia zaczęły nabierać pomału innych barw... Nauczyłem się realnie patrzeć na ten świat. Zaczynałem pomału poznawać ten otaczający mnie zewsząd świat duchowy. Potem umiałem już rozróżnić "życzenia" od "pozytywnego myślenia"- -od wiary. (Dla mnie, "życzenie" to "chcenie", które nie spełni żadna modlitwa tego świata. Ani żadna religia. Wiara z kolei jest to ta wewnętrzna świadomość, że to co sobie życzę, to się spełni. Nawet wtedy kiedy pojawią się kłopoty i problemy. Czy jestem optymistą? - tak! Choć nie umiem odpowiedzieć, co by było, gdybym skonfrontowany został z wielką przeciwnością losu? Dziś widzę świat już w różowych okularach, choć on sam w sobie wcale nie był inny przed paru laty! To "tylko" ja się zmieniłem. Zmieniłem moje postępowanie, moje uczucia i myśli. A co robię, żeby tak było dalej? - NIE PIJĘ tego pierwszego! A to z kolei osiągam dzięki naszemu Programowi AA, SW i Wam! A moja modlitwa - tzn. przede wszystkim moje medytacje - trwają przez cały dzień... nie 2x na dzień.

 

Pozdrawiam, August z Niemiec.

 


 

Jak mnie widzi Bill?

 

Wiele razy na mityngach mówi się o gorszych dniach w życiu. I do mnie czasami takie przychodzą, nie jestem wyjątkowy. Nie od razu spostrzegam kiedy to się zdarza. W te dni wszystko jest trudne. Ludzie są nastawieni wrogo. Praca nie klei się. Boli mnie ząb. Dzwonią bezsensowne telefony od akwizytorów. Wszystko na raz w ten jeden dzień, właśnie w ten najsłabszy. Na ulice wyjeżdżają swoimi autami same ofiary losu. Co to kupili sobie „prawko”. A ja się właśnie spieszę. Dziesiątki myśli wirujących w głowie zabierają uwagę. Palę więcej niż zwykle, przeklinam siarczyście, bo na mityng na pewno nie zdążę. Ja przecież jeżdżę bardzo dobrze. „Gdyby nie te gamonie to na pewno bym mógł się wykazać”! A z tyłu ktoś trąbi, bo mu zajechałem. Jeżdżę tak dobrze, że kierunkowskazów nie używam. Nawet nie zauważyłem pieszego za zakrętem. To on powinien uważać. Jakiś gość przed chwilą pukał się wymownie w czoło! Ten, to nie da mi żyć. Ciekawe co jeszcze na mnie dziś spadnie? Z tyłu samochodu nakleiłem sobie napis: „Przyjaciel Billa. W”. I inny równie wzniosły: „Żyj i daj żyć”. Wysiadłem z samochodu pod domem, i popatrzyłem na tę nalepkę na klapie. „Żyj i daj żyć”! Jakim ja jestem przyjacielem Billa.W? Ciekawe czy On chciałby być moim przyjacielem? Zrobiło mi się głupio i zawstydziłem się. Pewnie to dziś mam ten dzień, o którym często słyszę. Ciekawe co sobie pomyślą kierowcy, gdy zobaczą podobny napis na innej klapie, czy następnym razem będzie dla nich przestrogą, gdy wspomną moje dzisiejsze popisy? A może ja łamię anonimowość? Najpierw daję świadectwo przyjaźni, a potem zamieniam się w drogowego killera. Gdyby mi dziś krew zbadali to mimo że nie piję, możliwe, że wskazanie byłoby ponad normę. Nie pić – to dużo, a zarazem niewiele. Trudniej zastosować to, co mówi napis na naklejce - w życiu. Bycie w AA zobowiązuje. Trzeźwość to wielki dar łaski, a nie nobilitacja. Czy swoją postawą dobrze służę AA?

AA