MITYNG 03/93/2005

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Nie uwierzyłem!

Siedziałem przed ładną kobietą, terapeutą-Jolą, i nie potrafiłem odpowiedzieć na proste pytania: „co jest dla ciebie najważniejsze?”, „jaki jest twój system wartości”, czułem się jak dureń a moje szare komórki osiągały temperaturę wrzenia. Było mi wstyd, bo nie wiedziałem o co jej chodzi. Nie miałem kontaktu ze sobą. Każda odpowiedź była trudna. Po prostu dukałem i chlipałem na zmianę. Pierwszy mityng wzbudził we mnie nadzieję. Otaczali mnie alkoholicy, którzy powitali mnie brawami. Potem kolejno zabierający głos mówili o sobie, a mnie się wydawało, że znają moje najskrytsze tajemnice. Do domu wracałem jak na skrzydłach, czułem że coś się zmieniło we mnie, choć wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy. Początkowo z wielką wiarą i pokorą uznawałem „grupę alkoholików” jako coś większego ode mnie. Nawet coś mówiono o sponsorowaniu, ale ja miałem grupę, więc nie słuchałem. A po co słuchać? Poddawałem się bezkrytycznie tej zbiorowej mądrości. Sugestii było wiele, więc i wyniki były nisko średnie. Po kilku miesiącach spostrzegłem, jak bardzo różnią się deklaracje i marzenia wyrażane na spotkaniach przez alkoholików, od rzeczywistych możliwości realizacji postaw AA. Mimo mojego krytycyzmu, otrzymałem od Boga przewodnika. Był nim alkoholik wówczas od 11 lat trzeźwy. Coś rozprawiał o Bogu, o religii, o wsparciu w Sile Wyższej. Wiele czytał i jak sądzę był wierzący. Mnie też zachęcał, ale byłem wówczas zbyt chory abym to połapał. Nie piłem ze 2 lata i byłem pewien, że poradzę sobie dalej sam. Zapamiętałem jedynie „Orędzie Serca”, które do dziś wywołuje we mnie wzruszenie. Coś odróżniało go od innych dotąd znanych mi AA – teraz wiem, że to była „pogoda ducha”. Stał się dla mnie „Guru” i wydawało mi się przy nim, że już jestem silny i wiem wszystko co trzeba. Nic bardziej złudnego nie mogłem wydumać! On po jakimś czasie zmarł. A ja pobłądziłem i wróciłem do picia. Potrzebowałem ośmiu lat, aby wrócić w to samo miejsce z którego wyruszyłem zataczając koło. Kiedy wracam dziś pamięcią do tamtych naszych rozmów dopiero zaczynam pojmować, co wówczas do mnie mówił? Jaki był sens jego słów? Nie potrafiłem z tego przyjąć nic. Rozmawialiśmy o wierze, lecz ja mu nie uwierzyłem! Wszystko co groźne dla alkoholika sprawdziłem na swojej skórze. Wszystko o czym mnie przestrzegał sprawdziło się. W każdą pułapkę emocjonalną wpadłem. We wszystkich dołkach moralnych leżałem. Pamiętam jedno Wojtka uporczywe pytanie, które mi zadawał: „co jeszcze musisz stracić, abyś uwierzył”? I faktycznie od tamtej pory straciłem bardzo wiele. Dziś chętnie skorzystałbym z możliwości powrotu do tamtego czasu. Lecz to nie możliwe. Nie wierzę w „złotą rybkę” i jej moc. Ludzie często mnie zawodzili, gdy szukałem w nich oparcia. Szukać Boga – dziś wydaje mi się najrozsądniejsze! Trzeba się zabierać do pracy! Tym razem będzie mi łatwiej, bo już wszystkie drogi na skróty sprawdziłem – tylko po co mi to było? Nie pamiętam! Być może, to o mnie jest mowa w V rozdziale WK na str. 49?

„Koziołek z Pacanowa”


Najważniejsze - uwierzyć

Alkohol przyniósł mi cierpienie, z którym nie potrafiłem sobie sam poradzić. Brak mi było wiary. Nie  chodzi tu  o wiarę  w  Boga,  bo  ta  przyszła  dużo  później, raczej o wiarę  w  drugiego  człowieka. Kiedyś, dawno temu, przestałem  wierzyć nawet  w  siebie  i  sobie; co wymyślałem  przestało  działać -  więc  piłem  dalej. Chcąc zachować życie musiałem  uwierzyć. Na początku przestałem zwalczać  to,  co  słyszałem na  mityngach  i oczywiście przestałem  pić.  Dziś  nie  potrafię  opowiedzieć  jak się  stało, że jestem  tym  szczęśliwcem,  który doświadczył aktu łaski zwanego WIARĄ. Chyba każdy,  by  żyć,  musi  w  coś  wierzyć. Obojętnie, kto  czy  co  to  będzie?  Wiara  pomaga,  przynajmniej tak  to  dziś  czuję, to  dobrowolny,  bezwarunkowy  akt. Jest niezależna  od  tego  co inni ludzie  myślą  o Bogu. Praktykując wiarę  w  Boga  nie  tylko  chodzę  do  kościoła,  modlę  się,  ale również  każdego  dnia  pragnę coś mojemu  Bogu  ofiarować. Lecz nie  mogę popadać w  samozadowolenie,  codziennie na nowo mam wypełniać zadania pomocy bliźnim. Wierząc,  że  nasz  program  działa,  przychodzę  na  mityngi.  Jest  to  obraz  mojej  wiary  -  ważny  punkt dnia, który nadaje  sens  życiu  i  jest  pomocny  w  trzeźwieniu.  Robię  to,  co  ludzkie;  przychodzę  bo  wierzę,  że  mogę być  lepszym  niż  kiedyś  byłem. Wiara  jest  aktem  bardzo  prostym.  Albo  się  wierzy  albo  nie.  Nie  ma  nic  pomiędzy.  Czy  można  żyć  i  nie  kłócić  się  z  żoną?  Tak  -  dziś  w  to  głęboko  wierzę. Uwierzyłem  też  w  to,  że wiele spraw już dawniej zostało ułożone  i  nie  warto sobie  zawracać  głowy zmianą przeznaczenia.  Z  wiarą  jest  mi  po prostu  łatwiej  żyć.  Widać  tak  to  już  musi  być,  tylko  kiedyś  śmiałem  sądzić  inaczej.  Program działa. 

Romek.


Gdzie wszystko się zaczyna…

 

Stosuję program jak umiem od blisko czterech lat. Moja pierwsza służba, to służba kolportera. Rozkładałem literaturę, zachęcałem przyjaciół do kupowania. Mówiłem „kupując literaturę wspomagasz fundusz wspólnoty”. Gdzieś to usłyszałem. Nie zachęcałem do kupna poprzez opowiadanie o treści zawartej w książce, o tym co książka może dać dobrego w procesie trzeźwienia, bo sam nie czytałem. Czy moja trzeźwość w tym czasie była trzeźwa. Dziś to sobie wybaczam, była to moja pierwsza służba, początki mojej przygody ze Wspólnotą. Cieszę się bardzo z tego, że to dostrzegam, że potrafię ocenić siebie z tamtego czasu. Ocena jest rzeczowa. Wiem, że coś zrobiłem, ale za mało. Dziś wypełniłbym tę służbę inaczej, myślę, że lepiej. Cieszę się z tego, że to widzę, świadczy to o tym, że moja trzeźwość jest trzeźwiejsza. Od tamtej służby pełniłem jeszcze służbę Skarbnika i Rzecznika grupy. O służbie Rzecznika szkoda słów, ale jako skarbnik wywiązałem się należycie. Jestem zadowolony, bo nauczyłem się odpowiedzialności, gospodarności, przestałem bać się pieniędzy w kieszeni i tu moja trzeźwość stała się już bardziej trzeźwa. Stosowanie programu tak jak go dziś rozumiem zaczyna przynosić korzystne dla minie efekty. Obecnie pełnię służbę Mandatariusza i Przewodniczącego zespołu d.s. Literatury. Te służby wymuszają zaangażowanie, którego mi brakowało w poprzednich służbach, zwłaszcza w pierwszej (służba Kolportera). Dziś jako Mandatariusz łączę grupę z intergrupą (ze światem). Staram się wypełniać służbę najlepiej jak potrafię. Z tego zaangażowania jestem zadowolony, więcej czytam, więcej rozmawiam z innymi ludźmi i to jest piękne, MOJA TRZEŹWOŚĆ TRZEŹWIEJE. Zespół literatury to dopiero frajda. Obawiałem się, że nie dam sobie rady, ale tym się nie przejmuję. Przyjaciele pomogą. W tej służbie trzeba robić sporo dla Wspólnoty, dla naszego wspólnego dobra, dla mojego trzeźwienia najwięcej. Trzeźwa trzeźwość to zaangażowanie, to praca dla dobra wspólnego. Piszę tu trzeźwa trzeźwość, dlatego że ja nie piję od pierwszego mityngu, ale w poprzednich służbach trochę robiłem, więcej liczyłem, że samo się zrobi lub ktoś inny i jakoś to będzie. Czy taka trzeźwość jest trzeźwa. Praktyczne stosowanie programu jest łatwiejsze, gdy jestem zaangażowany dla naszego dobra wspólnego. Przekonałem się na własnej skórze. Kiedy tylko sobie popuszczę „poluzuję” nagle zaraz włącza się stare myślenie i w tedy czuję się źle. Dziś to widzę i zaraz wracam na właściwą drogę. To wpływ programu, ale w dużym stopniu to „Palec Boży” pomaga. Ja jeszcze jestem maluczki. Na dziś moja trzeźwość trzeźwieje czego życzę wszystkim „AA”.

Pogody Ducha „ST AA”


Uwierzyć to nie taka prosta sprawa!

Zanim uwierzyłam - trwało to jakiś czas. Najpierw musiałam uwierzyć w siebie. Uwierzyć, że mogę zmienić coś w swoim życiu. Zaczęłam od zmieniania siebie. Nie przyszło mi to łatwo, jest to mozolna praca nad programem AA. Zaczęłam od obrachunku moralnego: jaka byłam, jaka jestem i jaka pragnę być? Najtrudniej było wybaczyć sobie, przeprosić tych których skrzywdziłam. Było mi po tym trochę lżej, lecz nadal brakowało mi pokory i wiary w Boga, którego gdzieś w pijanym życiu, po drodze zgubiłam, zapomniałam o nim. Kiedy pewnego pięknego lata otrzymałam od Boga kolejną „czerwoną kartkę”, gdy byłam wraz z wnuczkiem w niebezpieczeństwie uwierzyłam w Siłę Wyższą, to jest w Boga. To zdarzenie nauczyło mnie pokory. Uwierzyłam, że wspólnota AA, nasze kroki i tradycje pomagają mi w moim trzeźwym i godnym życiu. Moje życie w trzeźwości, choć skromne nabrało sensu. Jestem zwariowaną optymistką, wierzę w lepsze jutro bez alkoholu. W AA zaczęłam podejmować służby, które staram się wykonywać uczciwie do końca. Wiara czyni cuda. Dziś w to wierzę. Jestem tego przykładem. Siła większa od nas samych jest w nas, lecz trzeba ją odkryć i uwierzyć – będzie dobrze!

T. (Ruda)


Jak głęboko musimy cierpieć…..?

Ostatnio w TV oglądam wiele audycji informacyjnych. Dziwne mi się wydaje, lecz z zainteresowaniem słucham słów kapłanów. Rozpoczął się post. Czas zadumy nad sensem życia. Zadośćuczynienia. Wybaczenia. Jedna z wypowiedzi szczególnie trafiła do mojego serca. Ów kapłan przytoczył słowa znane mi z pogrzebów: „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Przypomniał mi jak kruche jest życie, jak łatwo ulegam pokusom duchowym, jak dobra doczesne traktuję jako swoją własność, a nie jak dary Boże, które dane mi są na czas mojej obecności na ziemi w użytkowanie. Jak bardzo jestem do nich przywiązany i uzależniony od nich, zapominając że jestem na ziemi gościem, że nic stąd ze sobą nie zabiorę. Uświadomiłem sobie jak nie wiele potrzebuję do życia, a jak wiele oczekuję. Ile swojego życia poświęciłem robieniu kasy, a ile życiu według Boskich zasad. Powiązałem to z mądrością naszej literatury AA, „Byłem kimś, kto się naprawdę liczył. Brakowało mi tylko jednej rzeczy – miłości.str70 i „Nie mogłem się pogodzić ze stratą czegokolwiek, co uważałem za własne” str71. (AA wkraczają w dojrzałość). Ostatnie tygodnie przyniosły mi wiele bólu, cierpienia, rozgoryczenia związanego z problemami rodzinnymi. Przeżyłem to piekło. Nie piłem, nie wściekłem się i nie zrobiłem nic co było charakterystyczne dla okresu picia. Dostałem łaskę od Boga, łaskę cierpienia, abym się do niego zwrócił. I tak zrobiłem. Płakałem i lamentowałem, prosiłem o siłę i o mądrość. Dostałem wszystko co było mi potrzebne do przeżycia. Dostałem mądrość i sposoby rozwiązania moich problemów. Z godnością przyjąłem konsekwencje. Bardzo mocno czuję jak jestem kochany przez Stwórcę. Mam dowód że Bóg mnie kocha do szaleństwa – nie opuścił mnie. Dotąd sądziłem, że mnie karze i odwrócił się ode mnie. Ale On zadbał abym zmienił zdanie. W miejsce złości i chęci odwetu dał potrzebną siłę do wybaczenia. Pohamował mój gniew. Na mojej drodze postawił alkoholika potrzebującego pomocy. Zająłem się nim, a tak naprawdę to on pomógł mi, zmobilizował mnie do mityngów AA. Któremu z nas Bóg pomógł bardziej – nie wiem. Nic nowego nie powiem – po raz kolejny AA uratowało mi życie. Wszystko co napisano na stronie 72 WK spełniło się. Pojąłem jakie do tej pory popełniłem zaniedbania. Ja też kiedyś otrzymałem miłość gdy zmuszono mnie do podjęcia leczenia i zmiany mojego życia. Dziś jestem za to wdzięczny moim bliskim i wam przyjaciele i przyjaciółki. Nie wiem co będzie dalej, czy zdołam scalić swoją rodzinę. Nie oczekuję wiele, niech się dzieje Jego wola nie moja, to teraz powtarzam. Czuję, że jedynie dobrocią mogę przezwyciężyć zło. Dawniej gdy próbowałem złem odreagować zło – obracało się przeciw mnie. Sam nie jestem bez grzechu dlatego nie daję sobie prawa do oceny moralnej innych. „A kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem” – pamiętam z religii. Skoro Bóg dał mi taką okazję to skorzystam, aby oddać dług za moją trzeźwość, za życie, za nadzieję, za wolność, za dojrzałość. Wreszcie wyrównam rachunki z Bogiem! Co za ulga?

L.


Nieautoryzowane tłumaczenie z miesięcznika AA Grapevine, nr 12/04

  „To działa, wtedy, kiedy ty działasz”

 Są dwie rzeczy, jakich zdrowiejący z sukcesem alkoholicy nigdy nie zapomną – ich ostatni drink i ich pierwszy mityng AA. To z pewnością dotyczy również mnie samego. Swój ostatni drink wypiłem 14 września 1976 roku, i to właśnie on doprowadził mnie do nocy spędzonej w więzieniu i to on zaaranżował spotkanie z bardzo antypatycznym sędzią, w sądzie odległym 300 mil od mojego domu. „Niech pan sobie poszuka prawnika” – poradził mi, gdy błagałem o oddalenie zarzutów, jakim nie byłem w stanie stawić czoła. „Jeśli uznam pana za winnego” - dodał - „spędzi pan rok w więzieniu.” Mój świat legł w gruzach. Zapadła decyzja, iż proces miał się odbyć za sześć tygodni. „Teraz” - zapytał sędzia - „Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób zamierza pan rozwiązać swój problem?” „Pójdę do AA, Wysoki Sądzie” - wyrzuciłem z siebie bez zastanowienia. „To dobry pomysł” – odpowiedział sędzia. A właśnie tuż przed tymi wypadkami oglądałem klasyczny film, „Dni wina i róż”, z Jackiem Lemonem w roli pijącego specjalisty od PR oraz Jackiem Klugmanem, jako jego sponsorem z AA. Postać, którą świetnie sportretował Jack Lemon, tak bardzo przypominała mi mnie samego. W filmie, dla tej postaci, wyjściem z sytuacji wydawało się AA… Tak więc, dzięki Hollywood, ziarna zdrowienia zostały zasiane w moim wnętrzu. I zaczęły kiełkować. Wpłaciłem kaucję i wypuszczono mnie z aresztu, po czym, przemierzając tego dnia te 300 mil do mojego domu, w trakcie jazdy, zupełnie bezwiednie wykonałem pierwsze trzy Kroki AA. „Boże pomóż mi! Boże pomóż mi! Boże pomóż mi! – krzyczałem raz po raz, waląc głową w kolumnę kierownicy. Kiedy dojechałem do domu, byłem tak schrypnięty, że ledwo mogłem mówić, zaś moje czoło było sino-niebieskie. Po praktycznie bezsennej nocy, zadzwoniłem do numeru AA wymienionego w Książce Telefonicznej, i tam zostałem skierowany na odbywający się w okolicach południa mityng. To było naprawdę dziwne doświadczenie – to spotkanie w budynku, który znajdował się tak niedaleko mojego domu, to spotkanie z alkoholikami powracającymi do zdrowia. Połowa z tej grupy, którą zobaczyłem tego dnia, wyglądała mi na alkoholików. Ale pozostała połowa wyglądała na porządnych obywateli, na pewno nie tak, jak sobie wyobrażałem, że alkoholicy powinni wyglądać. Być może – tak sobie wykombinowałem – to jakiś specjalny komitet realizujący tutaj antyalkoholowy program? Jacka Klugmana tam nie było – ale jego pierwszym adiutantem był Jimmy N., trzeźwy wtedy już od szesnastu lat, natychmiast nabrał do mnie wyraźnej niechęci, od momentu, gdy tylko zaczął się mityng. „Jest całkowicie nieważne co piłeś, jak dużo piłeś, ani jak długo piłeś” – warknął, patrząc wprost na mnie. „Jeśli tylko przez picie doświadczyłeś jakiś problemów, to jesteś w dobrym miejscu i należysz do tego miejsca” – zadeklarował. A potem powiedział, wciąż patrząc na mnie – „Jeśli nie zrobisz dziewięćdziesięciu mityngów w dziewięćdziesiąt dni, nie masz szans”. Potem jeszcze udzielił kilku drażniących mnie rad. Kiedy mityng się skończył, podszedł do mnie ze spisem mityngów, zapytał gdzie mieszkam, i pozaznaczał mi kółeczkami, na które mityngi blisko mojego domu powinienem chodzić każdego dnia tygodnia. Dwadzieścia cztery lata później uświadomiłem sobie, że on wtedy miał rację, patrząc z perspektywy mojej trzeźwości. Dla mnie te dziewięćdziesiąt mityngów w dziewięćdziesiąt dni symbolizowało moje całkowite poddanie się wobec choroby oraz moją gotowość do pójścia na całość, żeby wyzdrowieć, realizując ten jeden mityng na jeden dzień na raz. Porady Jimmiego zadziałały dla mnie, ponieważ ja w ich efekcie zadziałałem. Nieważne było, jakie były moje zajęcia związane z pracą, czy dokąd mnie gnały podróże służbowe, udało mi się jakoś tak to wszystko poukładać, żeby odbyć jeden mityng każdego dnia. Pewnego dnia okazało się, że układ mojej pracy i podróży tak się skomplikował, że nie miałem szans uczestniczyć w żadnym mityngu. Ale pamiętałem ostrzeżenia Jimmiego  i wymyśliłem sposób – pierwszą połowę zaliczyłem na jednym przedpołudniowym mityngu, a drugą na  wieczornym. Dwie połowy razem stały się całością i w ten sposób zaliczyłem mityng z tego dnia. To był dla mnie symbol mojego poddania się wobec choroby i mojej gotowości do bycia trzeźwym tego dnia. Innego razu moja praca rzuciła mnie w taki region, w którym jedyny mityng odbywał się wieczorem. A ja właśnie tego wieczoru miałem obowiązki służbowe. Zadzwoniłem więc do najbliższego punktu informacyjnego AA i dowiedziałem się, że 150 mil od tego miejsca jest mityng w południe. Jechałem trzy godziny, żeby w nim uczestniczyć, i potem trzy godziny z powrotem, żeby wypełnić moje obowiązki służbowe. To również symbolizowało moją gotowość na wszelkie poświęcenie, żeby pozostać trzeźwym. W sprawie wysuwanych przeciwko mnie oskarżeniom, zatrudniłem prawnika, który reprezentował mnie na rozprawie toczącej się sześć miesięcy później od zatrzymania i zaświadczył, że byłem na czterdziestu dwóch mityngach AA, od czasu wypuszczenia mnie za kaucją. Sędzia zasądził specjalne odroczenie sprawy na czas sześciu miesięcy, wyznaczając mi cel bycia na 180 mityngach w tym właśnie czasie. Ten właśnie czas zaowocował tym, że obsesja picia została zastąpiona przez bardziej pozytywną obsesję chodzenia na mityngi AA. Zrobiłem w końcu te 180 mityngów w sześć miesięcy, i moja sprawa została umorzona. Więc, w moim konkretnym wypadku, Jimmy miał rację. Potrzebowałem 90 mityngów w dziewięćdziesiąt dni, a właściwie 222 mityngów w 222 dni, żeby pozbyć się mojej obsesji picia. Teraz – powiedziałem sobie – jestem chory na „AA-izm”. I już więcej nie musiałem chodzić na mityngi, ale jakoś ciągle, dzień w dzień, chodzę – ponieważ mi się chce chodzić. W przeciągu minionych dwudziestu czterech lat byłem na około 9000 mityngach w mniej więcej 9000 dni. AA jest jedynym pozytywnym uzależnieniem, jakie kiedykolwiek miałem. I nigdy mi ono nie wyrządziło żadnej szkody.

Chuck M., Freehold, New Jersey


Gawęda alkoholika    

Bardzo lubię naszą wspólnotę i jej mityngi. Jeszcze zanim padną pierwsze słowa powitania już widzę uśmiechy na twarzach przyjaciół. Brak mi słów by wyrazić jak bardzo są mi potrzebne; znaczą tyle, że ktoś mnie zauważył. Ja oczywiście też się uśmiecham. Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu na mój widok ludzie się odwracali a ich spojrzenie ogarniał smutek. Nawet najbliżsi stracili nadzieję i woleli odsunąć się bezpiecznie. Trudno lubić beznadziejnego pijaka. Jednak moja sytuacja się odmieniła. Kolejny dzień nie piłem. Wróciłem do ludzi, do życia. Na mityngu nikt mnie nie odrzuca. Jestem w dobrym miejscu. Uśmiechy i słowa powitania są miłym zaproszeniem do dalszej trzeźwości. Po raz pierwszy od dawna nie chcę zawieść pokładanych we mnie nadziei.    Przy okazji uczę się szacunku. Historie, których słucham pokazują, że można się podnieść z naprawdę trudnych warunków. To zachęta dla mnie. Wiem przecież co znaczą codzienne kłopoty. Nieraz z wypiekami podziwu mam okazję kibicować przyjaciołom w ich zmaganiach z trudnościami życiowymi. W tych warunkach zwolna rodzi się nadzieja na lepsze życie. Powoli rozpoznaję uczucie ciepłego zainteresowania. Nawet drobne sukcesy trzeźwości pomagają w nawiązaniu bliskich więzi sympatii. Nie jestem sam. Smutek dzielony z drugim człowiekiem to już tylko połowa smutku, a radość wyrażona w grupie to - wiele, wiele radości. Jeśli wlazłeś między wrony lepiej krakać jak i one - mówi znane przysłowie. Tak ja z dnia na dzień stawałem się członkiem wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Poznawałem zasady, którymi się kieruje. Pierwsza z nich wspomniała, że nasze wspólne dobro jest najważniejsze. Wyzdrowienie każdego z nas zależy od jedności ... Te słowa zachęciły do korzystania z mądrości daleko większej niż moja własna. Moja przecież zawiodła. Był taki czas, kiedy wydawało mi się, że nie wszystkie zalecenia AA mnie dotyczą. Powód był prosty. Czułem się lepszy od innych. Sądziłem, że choroba nie dotknęła mnie tak mocno. Początkowo te przekonanie potwierdzał fakt, że kilka spraw zaczęło mi się lepiej układać. Już nie dokuczał ciągły kac, zeszła opuchlizna. Oczekiwałem naiwnie, że teraz niczym w czarownej bajce samorzutnie zmienią się stosunki w rodzinie, sprawy materialne, układy w pracy itp... . Wszyscy wokół zmienią stosunek do mnie, a ja od tej pory będę szczęśliwy. To prawda, że nie piłem, ale ciągle wlókł się za mną żal, że coś minęło. A gdy ze zgrozą zobaczyłem świat, w którym żyłem; strach i smutek w oczach najbliższych, nieufność nielicznych już kolegów, miałem ochotę ponownie ruszyć na spotkanie z gorzałką. Piękna bajka o łatwej trzeźwości się skończyła. Chciało mi się pić i pewnie bym pił, ale żebym miał choć pewność, że jeszcze i tym razem przeżyję i żebym nie cierpiał przez kaca. – Ale tej pewności nie miałem. Nagle okazało się, że aby żyć muszę całkowicie zmienić swoje życie, a przecież nie umiałem żyć bez picia. Przypominam sobie słowa byłego powiernika B. Smith`a zawarte w książce "Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość" str. 331 - Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, nim nauczymy się prostych prawd, według których należy żyć. Trudno mi dziś przecenić pomoc jaką znalazłem w AA. Z perspektywy  kilku lat trzeźwości zmiany są oczywiste. Ale co dziwne, najmniej dotyczą spraw materialnych. Przywołując historię swego życia lubię tak opowiadać: Miałem dom, żonę, dwoje dzieci i byłem najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie. Piłem nie widząc dla siebie wyjścia. Wstąpienie do AA sprawiło, że przestałem pić, uczęszczanie na mityngi pozwoliło utrzymać trzeźwość a widok pogodnych alkoholików zachęcił do szukania celu i sensu trzeźwego życia. Dzisiaj, po latach, mogę powiedzieć, że nadal mam tę samą żonę, dom i dwoje dzieci. Lecz gdy któregoś dnia żona szepnęła mi, że czuje się zadowolona z obecnego życia, mogłem jej tylko przytaknąć. Niby wszystko miałem to samo co przedtem a jednak teraz czułem się zupełnie inaczej. Więc co się stało? –  Czas picia doprowadził mnie do bankructwa życiowego. Lecz o ile przegrani rzadko wzbudzają szacunek - ja byłem żałosny. A jeśli do tego winą za swoje pijane życie obarczałem wszystkich, a nie siebie, trudno się dziwić, że ludzie odsuwali się ode mnie. Zostawałem sam. Najgorsze było to, że znikąd nie mogłem oczekiwać pomocy. Nadęty egoizmem odrzucałem ludzi a oni mi się rewanżowali. Nawet prośby do Boga nie przynosiły efektów. Wiele pijanych lat odrzucałem wiarę, próbowałem żyć specjalną religią z sobą w roli głównej. Jednak bez sukcesu, daleki od upragnionego szczęścia. Jak w słowach - bo zawsze czegoś będzie ci brak - nie mogłem uzyskać pogody ducha. Dopiero czas służby w AA pozwolił  mi zmienić stosunek do Boga i ludzi. W zapomnienie odchodzi okres, gdy przekonany o własnej wartości zupełnie niechcący stawałem się źródłem licznych konfliktów. Życie wspólnoty uświadomiło mi, że nie ma szczęścia bez Boga, że nie traktując poważnie Jego roli w  swoim życiu znajdowałem  najczęściej  rozpacz  i niezrozumienie. Ale to nie wszystko. Zrozumiałem, że nic nie zastąpi radości z osobistego udziału w aktywności AA, przeżyciu które pomaga oderwać się od spraw materialnych i sięgać po gwiazdy.  Zarówno wiedza jak i dobra materialne, choć ważne, nie zapewnią tego poczucia, które sprawia, że mogę się mierzyć  z największymi trudnościami. Mogę dziś powiedzieć, że wspólnota AA otworzyła się przede mną drogę trzeźwego życia. Pewnie te słowa to zwyczajny banał - ale to piękna droga.       

Marek


Uwierzyliśmy.

Ja, Stasiek alkoholik piłem ponad 30 lat. Wierzyłem tylko w siebie, że potrafię pić i piję wtedy, kiedy mam ochotę lub taka jest konieczność, bo inaczej żadnej sprawy nie da się załatwić. To picie bywało coraz częstsze, a skutki coraz widoczniejsze. Wierzyłem w to, że ten, co pije jest zdrowy. Każdy trzeźwy musi być chory tylko to ukrywa. Po mniej więcej piętnastu może dwudziestu latach utwierdziłem się w tej mojej wierze, zacząłem pękać. Wtedy to niedopuszczałem do siebie myśli, ze jestem chory, ale chodziłem na Antikol, żeby żona nie trzeszczała, lub żeby jeszcze trochę utrzymać się w pracy. Na nic się zdała moja wiara w siebie, bo dość szybko (pseudo przyjaciele), wtedy ludzie z prawdziwym charakterem nauczyli mnie zapijać to fachowo. Nie wierzyłem w moją chorobę i w to, że zapijanie antikolu pogarsza moje zdrowie. Coraz mniej wypijałem a byłem coraz gorszy psychicznie dla bliskich i otoczenia. wierzyłem, że upiłem się bo szkło było brudne, lub zakąska niepodeszła albo wypiłem nie po tej osobie. Gdzieś w podświadomości poddawałem się, rozpocząłem wszywanie Esperalu i tu bardzo szybko ludzie charakteru wiedzieli co doradzić. Po kilku takich zabiegach moja logika była coraz gorsza, a po drodze jeszcze poprzepijałem przysięgi, przyrzeczenia. Nie wierzyłem już w nic i wtedy przyszła kapitulacja. Ja tego nie wymyśliłem, to palec Boży, ja tylko posłuchałem tego czegoś, co mi podpowiadało, że trzeba tam pójść, niema innego wyjścia. I poszedłem jakiś taki spokojny, bo wcześniej jak się cerowałem lub coś innego, to robiłem to pod swego rodzaju przymusem, zawsze dla kogoś robiłem łaskę, tu zwyczajnie poszedłem. Na pierwszym mityngu poczułem się jakoś dziwnie inny. I tak ze spotkania na spotkanie, chociaż o tym nie wiedziałem, zacząłem wierzyć ludziom, ludziom tak samo chorym jak ja. Zacząłem powoli wierzyć, że można się leczyć bez leków. Dziś po kilku latach wierzę w Boga, wierzę, że to Bóg spowodował, że poszedłem do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Tu we wspólnocie wierzę innym ludziom. Wierzę, ze wiara w ludzi umożliwia mi i pomaga utrzymać trzeźwość. Wierzę też, ze sam nie mam żadnych szans, to wiara w ludzi, prawdziwych przyjaciół oraz wiara w program pozwala i pomaga uwierzyć w siebie, bez żadnego wspomagania. Wiara jest jedynym wspomaganiem. Złudnie wierzyłem w siłę medykamentów, medykamentów najróżniejsze przysięgi i przyrzeczenia (cóż warta jest przysięga bez wiary). Złudnie wierzyłem i zdrowie niszczyłem swoje i bliskich. A wystarczyło uwierzyć drugiemu alkoholikowi, mądrze uwierzyć. Ja uwierzyłem i dziś ludzie nie tylko ze wspólnoty mi wierzą, a ja wierzę ludziom. Po prostu wierzę, że aby godnie żyć trzeba trzeźwym być. Wiara to siłą ducha. Uwierzyłem i trzeźwieję.

Pogody ducha. Sta AA


2 lutego 2005 z przyjemnością wziąłem udział, w kolejnych warsztatach w Piku na Berezyńskiej 17 na których tradycyjnie zmierzamy ku pogłębieniu swojej świadomości o naszej wspólnocie i ofercie programu AA. Na spotkaniu omówiliśmy służbę kolportera i skarbnika. Wstępnie omówiono rolę jaką wypełnia BSK w wydawaniu literatury. Mówiono o pracy w początkach pracy nad tłumaczeniami, o trudzie wydania WK, o nakładach finansowych, które pomogła nam ponieść wspólnota Światowa poprzez GSO w Ameryce. Udzielono nam wówczas kredytu, który w części spłacamy literaturą w języku polskim aby była ona dostępna dla naszych rodaków rozsianych po świecie. Nie było by to możliwe bez spełnienia 7 tradycji. Oferowana literatura AA jest na całym świecie jednolita, pod względem graficznym i ideologicznym, każde tłumaczenie zgodnie z udzieloną licencją jest uzgadniane z GSO, co wypełnia się w zgodzie z 1 tradycją.  Zaprezentowano wagę biuletynu „Zdrój” jako jednoosobowego mityngu ogólnopolskiego, gdzie można zapoznać się z doświadczeniami przyjaciół w innych częściach naszego kraju. Omówiono znaczenie znaku „Logo” zaaprobowanej literatury i znaków identyfikujących AA. Wyjaśniono w zgodzie z tradycją 6. dlaczego tak ważne są prawa autorskie chroniące literaturę. Wypowiedzi podkreślały jak każda grupa AA może nieść posłanie posługując się literaturą AA w duchu 5. tradycji. Wielu uczestników zwróciło uwagę że kupowanie literatury za własne środki jest najprostszym przykładem spełnienia 7. tradycji – za swoje trzeźwienie płacimy sami. Posłanie możemy nieść tylko tym, którzy tego chcą, a zarazem własnym przykładem możemy przyciągać a nie agitować jak mówi 11. tradycja, o tym też rozmawialiśmy omawiając służbę kolportera. Aby wypełniać tę służbę skutecznie ważne okazało się poznanie treści oferowanej literatury, ta myśl wybijała się z większości wypowiedzi. Zwrócono uwagę że zainteresowanie literaturą wzrasta gdy w wypowiedziach pojawiają się cytaty do których odnosi się mówiący. Trudno zaoferować książkę czy ulotkę bez zapoznania się z nią a zadaniem sponsora jest podnosić potrzebę czytania literatury AA. Jednocześnie prowadzący ten warsztat zwrócił uwagę na podział: ulotki dla służb w grupie, ulotki do informowania o AA na zewnątrz, ulotki niosące informację o AA dla alkoholików, ulotki w formie testu (np. 44 pytania, Zbyt Młodzi), książki omawiające program AA: 12x12, WK, Życie w Trzeźwości, oraz te które mogą być ciekawsze po podjęciu służb: AA wkraczają w dojrzałość, czy Przekaż Dalej oraz literatura regionalna: Książeczka Adresowa, biuletyn regionalny Mityng. Wyjaśniano zasady prowizji i cen oferowanej literatury, które często wzbudzają emocje. Dlaczego i kto i z jakich pieniędzy pokrywa straty przy sprzedaży książek AA, czy to spowodowanych zdarzeniami losowymi czy po prostu niesieniem posłania. Wiele było informacji, dotąd dla mnie nieznanych lub niezrozumiałych, które po tych warsztatach rozwiały się. Omówiono formę zamówień i realizacji, podano adres sklepu internetowego jako jedną z form sprzedaży: www.aa.org.pl/fundacja/sklep/index.php Wiele wątpliwości pojawiło się przy omawianiu tzw.; „czystego stolika” czyli oferowania literatury AA przez kolporterów AA. Dlaczego nie sprzedawać np.: „24 godziny” wydawane przez „Media Rodzina”? Przecież wielu z nas woli tę publikację? Nikomu to nie szkodzi? -pojawił się głos! Odpowiedź brzmiała: jeśli jestem w AA, to zgodnie z 7. tradycją wspieram AA, kupując literaturę AA, przyczyniam się w ten sposób do niesienia posłania tym którzy jeszcze cierpią. Oferując inne ksiązki, wspieram prywatne osoby zasiadające w zarządach firm wydawniczych. Czy kochając swoją rodzinę noszę wypłatę sąsiadce? Być może wielu z nas ma własne ulubione książki, które pomagają mu utrzymywać trzeźwość. Każdy ma do tego prawo. Ale czy uczciwe jest polecanie ich w ramach AA? Możecie to rozsądzić we własnych sumieniach. W końcu AA nie jest jedyną drogą do trzeźwości, a my nie mamy obowiązku polecać literatury wszystkich możliwych wydawnictw i niesprawdzonych sposobów na osiągnięcie trzeźwości. Skoro jestem w AA to propaguję AA-wydaje się to oczywiste. Mówiono o wspieraniu kolportera przez skarbnika i pozostałe służby w grupie. Zwrócono uwagę, że służba kolportera to doskonały sposób na prace nad programem AA a jednocześnie najprostsza forma niesienia posłania. Kolporter to nie biznesmen a funkcja służebna, co sugeruje 2.tradycja. W rezultacie zastanawialiśmy się nad odpowiedzialnością grupy za utrzymywanie trzeźwości jej członków w oparciu o program zawarty w literaturze AA? Pojawiły się pytania: Co jeszcze możemy zrobić, aby literatura była dostępna wszędzie tam gdzie to możliwe? Jak grupa może o to zadbać? Czy ważniejsze jest, aby była duża sprzedaż, czy raczej aby literatura była skutecznie rozprowadzana i wykorzystana? Jak grupa może wypracować sobie fundusze na zakup własnej literatury? Dlaczego każda z grup nie prowadzi u siebie kolportażu? Czy książka AA jest dobrym pomysłem na prezent rocznicowy? Czy umieszczamy plakaty prezentujące literaturę AA w miejscu naszych spotkań? Czy grupa może dostać książki w komis? Jedną z propozycji był pomysł zakupienia przez każdą grupę całego kompletu literatury; jest to koszt ok. 400zł razem z ulotkami. Niezłym pomysłem jest wypożyczanie książek w obrębie grupy. Oczywiście każda grupa jest niezależna i sama zdecyduje na co wyda pieniądze z kapelusza, czy na wystawną rocznicę, czy na książki? Jednocześnie zadaliśmy sobie pytanie: a jaki jest główny cel każdej grupy AA? Czy grupa AA pozbawiona literatury AA, jest naprawdę grupą AA???  Przypomniano, że wykaz punktów sprzedaży literatury znajduje się Książeczce Adresowej Mityngów. Być może ktoś z Was zechce do nas napisać swoje doświadczenia ze służby kolportera? Może macie własne pomysły na podniesienie wagi literatury w powrocie do zdrowia AA? Oczywiście sprawcą tego zamieszania z kolportażem okazał się znowu Marek zwany Walizką który przechwalał się że był w naszym regionie pierwszym kolporterem. No mówię wam pić się odechciewa patrząc na niego. Moim pomysłem jest aby zdjęcie M. walizki zacząć naklejać na butelkach. a cała ta literatura okaże się zbędna.


05.02.2005r.

KOLPORTER CZY AKWIZYTOR

Gdy podejmowałem służbę na grupie, a były to początki mojego trzeźwienia w AA. Nie miałem zielonego pojęcia o tej służbie, o literaturze nie wiele. Wtedy na spotkaniu kolporterów usłyszałem od kogoś: aby kolporter miał racje bytu musi znać literaturę, a więc trzeba czytać (Życie w trzeźwości str. 111) po to by o literaturze mówić z sensem. Jeżeli kolporter zachęca do kupna przez to, że mówi o literaturze, którą przeczytał może podeprzeć się przykładami typu: w jednym z rozdziałów tej książki jest fragment, który mi pomógł w rozwiązaniu mojego konkretnego problemu. Albo literatura AA jest to zbiór doświadczeń ludzi tak samo chorych jak my i tu znajdują się rady na każdy problem, trzeba tylko czytać i stosować te zalecenia, a trzeźwienie będzie łatwiejsze. Kolporter AA, jeżeli ma "czysty stolik", na którym jest literatura AA, pomaga potrzebującym jednocześnie ćwiczy uczciwość. Jeżeli na stoliku znajduje się literatura nie tylko aowska, wtedy nie jest to kolporter a raczej akwizytor. Wielu przyjaciół tylko patrzy i odchodzi, a kolporter (akwizytor) zadaje sobie pytanie coś jest nie tak? Jestem do niczego i w ten sposób może szkodzić sobie, zwłaszcza sobie. "Czysty stolik" - znajomość tematu to moim zdaniem klucz do sukcesu. Uczestnik warsztatów Stasiek alkoholik.

SZEŚĆ PROPOZYCJI DOBREGO KOLPORTERA

1) Czytaj literaturę (Życie w trzeźwości str. 111);

2) Mów na temat literatury.

3) Unikaj akwizycji (nie jesteś bisnesmenem);

4) Nieś posłanie AA poprzez literaturę, to nasz główny cel.

5) Nie przyjmuj propozycji rozprowadzania literatury zbliżonej do aowskiej.

6) Opieraj się na doświadczeniach z literatury AA.

 Jeżeli spełnisz te warunki jesteś dobrym kolporterem. Nie liczy się ilość, liczy się jakość.


Witam Marek alkoholik.

 Dla kogoś , kto uznaje się za ateistę lub agnostyka – duchowe przeżycia wydają się niemożliwe ; ale trwanie w tym , za kogo się uważa - oznacza dla niego klęskę. Być skazanym na śmierć przez alkohol albo też żyć na fundamencie duchowych doznań – to niełatwa alternatywa wyboru. Musimy jednak uznać fakt , że potrzebujemy w życiu oparcia duchowego lub innego. Naszym problemem jest brak źródła energii. Musimy znaleźć tę energię, dzięki której możemy żyć I musi to być Moc większa od nas samych. Czy znalazłem moc dzięki której mogę żyć ?Gdy zacząłem wczytywać się w program i uczeszczać regularnie na mityngi wiedziałem już że jestem alkoholikiem, czułem "ciąg" do życia, zaczynało mi się znów podobać. Po odbytej dwumiesięcznej terapii miałem w sobie dużo zapału i nadziei na lepsze jutro. Ale lęk przed zapiciem, lęk przed życiem to wszystko tamowało mój entuzjazm i energię, którą sam czasami nie wiedziałem gdzie spożytkować. Wczytując się w program AA dotarłem do kroku drugiego i trzeciego. Mój wypity z mlekiem matki sceptycyzm powodował, że wahałem się: czy rzeczywiście mają rację anonimowi ,czy nie można by było jakoś bokiem ominąć tego Boga. I nagle, pamiętam ten dzień, leżałem buźką do słoneczka na leżaczku, nad moją ulubioną rzeczką, gdy nagle olśniło mnie. Z pomocą przyszły lata spędzone z filozofia. Przypomniałem sobie nagle słynny zakład Pascala. Jeżeli Bóg jest, a ja Go odrzucę mogę stracić wszystko-zbawienie, jeżeli Go nie ma, a ja w Niego uwierzę to właściwie nic nie tracę. To dobry interes. Tak to prawda wystarczy odrobina dobrej woli aby Go znaleźć. Zacząłem szukać Jego działań w swoim życiu i zauważyłem je. A później, gdy zacząłem powierzać swoje życie opiece Boga czułem się pod Jego opieką pewniejszy swojej trzeźwości i pewniejszy w życiu. Lęk przed zapiciem odszedł w siną dal a przyszedł zdrowy rozsądek. Anonimowi mieli rację. Uwierzyłem im i wierzę nadal, krocząc drogą wiary.

Pozdrowienia - Marek z Zakopanego