MITYNG 01/103/2006

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


            Jestem trzeźwy … I co dalej? Kilka lat temu znalazłem się w trudnej sytuacji. Fakt - nie piłem. Jednak często czułem się rozdrażniony. Nadal kilka razy w tygodniu uczestniczyłem w mityngach. Niestety przestały one być źródłem oczekiwanego spokoju. Z niektórych wychodziłem nawet bardziej rozdrażniony. Czułem się znudzony, zdegustowany. Oczekiwałem, że ktoś coś ciekawego powie… a tu nic; tylko kilka starych banałów. Wielu przyszło na mityng "wyrzucić" coś z siebie i na drugiej części już ich nie było. Pozostawiając brudy swego życia działali na mnie wyjątkowo zniechęcająco. Tyle wybujałego egocentryzmu trudno spotkać gdzie indziej. Nie potrafiłem znaleźć w sobie niezbędnej akceptacji i tolerancji, a przede wszystkim nie znalazłem sposobu patrzenia na wydarzenia, których byłem świadkiem. Choć o sobie mówiłem, że jestem trzeźwy to jednak wewnątrz narastał niepokój. Na zewnątrz przywdziewałem maskę spokoju, ale to tylko maska, która w każdej chwili mogła eksplodować. Innych mogę wprowadzić w błąd, ale własnego sumienia nie oszukam, nie zagłuszę. Jak bumerang powracało pytanie Jestem trzeźwy … I co dalej? Czy jestem zadowolony z osiągniętego życia? Brakowało mi wiele. A tu jeszcze okazało się, że tak wielce pożyteczny do tej pory mityng przestał spełniać moje oczekiwania, nie przynosił ukojenia. Przez moment przyszła mi myśl - a może przestać chodzić na mityngi? Przecież to tylko strata czasu.  Dzisiaj Bogu dziękuję, że nie uległem tym pokusom. Nawet nie chcę spekulować, gdzie teraz mógłbym być. Za to przyszło mi do głowy pytanie, czy czasem ja nie jestem taki, jak inni uczestnicy mityngu, o których próbuję formułować złe zdanie?. Odpowiedź była przykra. Ja zaledwie potrafiłem powtórzyć kilka wyświechtanych powiedzeń, które zapamiętałem a do tego nie za bardzo uczciwie traktowałem. Kombinowałem - może są i dobre, ale dla innych, ja potrzebuję czegoś więcej. Niestety nie wiedziałem, czego?

I wtedy przypomniałem sobie jak ktoś nazwał naszą wspólnotę pewnego typu bankiem. Była to ciekawa idea. Znalazłem w niej wiele analogii z obserwowanymi codziennie przypadkami. Po pierwsze – przyjazna atmosfera, pełna zrozumienia wobec potrzeb zgłaszającego się po pomoc nowicjusza. Trudno się temu dziwić. Wszyscy kiedyś przeżywaliśmy emocje pierwszego mityngu, i pamięć o nim jest nadal bardzo żywa. W takiej sytuacji łatwo sięgamy do skarbca doświadczeń, które sprawdziły się w naszym życiu i sprawiły, że dzisiaj nie pijemy. Bardzo chętnie dzielimy się nimi z nowymi. W wyjątkowych sytuacjach zdarza się, że wspólnota ponownie udziela kredytu mimo lekceważącej postawy petenta, bo doświadczenia wspólnoty mówią, że czasami trzeba kilka razy próbować. Jeśli ma się tyle szczęścia, że przeżyje się ostatnią wpadkę to kolejna próba może zakończyć się sukcesem. Normalny bank tej szansy nie daje. Jednak warto się zastanowić, dlaczego bank może pomagać potrzebującym?   -  Bo do tego banku wielu przynosi swe doświadczenia, a jeszcze bank posiada wielkie zaplecze w postaci autoryzowanej literatury. Pojawia się tylko problem, jeśli na mityngu zjawią się jedynie potrzebujący, bo kto im powie, że jest nasza literatura, w której możemy znaleźć odpowiedź na swoje życie? Kto powie, że oprócz tego mityngu istnieje jeszcze cały świat AA? By o tym mówić należałoby samemu o tym wiedzieć i być przekonanym o skuteczności. Inaczej słowa brzmią jak wytarty banał. Druga rzecz, która kojarzy mi się z bankiem to, to że pewność siebie, zadowolenie, itp… posiadają właściciele kont, którzy nadal składają w banku swe doświadczenia. W chwili kryzysu, który może trafić się każdemu, mają wielką szansę skorzystania z pomocy banku. Natomiast ten, kto potrafi tylko wyciągać rękę po pomoc może któregoś dnia spotkać się z niechęcią. Podróż na gapę nie zawsze kończy się sukcesem. Wypada teraz powiedzieć, co ja uczyniłem w chwili wspomnianego kryzysu. Przede wszystkim zaangażowałem się do służb w grupie AA a później poza nią. Pomogło mi to uniknąć samotności. Powoli, w praktyce poznawałem zasady, według których należało żyć. Sam mityng dla mnie jakby odżył i stał się ciekawszy. Przestałem być sam dla siebie jedynym punktem odniesienia. Wyglądało na to, że do tej pory stałem na progu wspólnoty obawiając się wejścia do środka. Zupełnie jakbym stał w przeciągu, co na zdrowie raczej nie wychodzi.    O korzyściach, jakie osiągnąłem ze zmiany postawy wobec AA mógłbym gadać długo; nie o to chodzi. Spróbuję opisać to, kiedy indziej. Teraz spieszę się na spotkanie zespołu literatury w naszym PIKu. Jedno jest pewne - nigdy w życiu nie czułem się tak we własnym domu jak obecnie. Warto było zdobyć się na odrobinę wysiłku. Życie znów nabrało sensu a i ludzie stali się bardziej przyjaźni. O tym kiedyś marzyłem.  

Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 10.11.2005 r

 


 ###### Zza krat #############   

 

Nie wstydzę się tego, kim jestem, bo nie jestem sam!

            Mam na imię Janek i jestem alkoholikiem. Na dzień dzisiejszy nie wstydzę się tego i w pełni się z tym zgadzam, ale nie zawsze tak się przedstawiała sprawa. Moje pierwsze spotkania z Grupą AA odbywały się w atmosferze ciekawości zobaczenia, z czym to się jada oraz z chęci pogadania ze znajomymi, którzy w tej grupie byli. I trwało to jakiś czas.

Nigdy jednak nie identyfikowałem się jako alkoholik - bo przecież ja nim nie byłem. Nie spałem po parkach na ławkach, nie miałem żadnych trzęsiawek, czy innych dolegliwości słuchowo – wzrokowych. No to, jakim ja byłem alkoholikiem?

            Jednak z biegiem czasu coś się we mnie otworzyło. Zacząłem przysłuchiwać się ludziom na mityngach. Powoli otwierały mi się oczy. Bardzo mocno utkwiły mi w głowie słowa jednego z przyjaciół: „Przynieś swój tyłek na mityng, a głowa dojdzie w swoim czasie”. Teraz już wiem, że taka jest prawda. Przekonałem się na sobie. Chociaż długo to trwało. Jednak jestem z tego dumny. To znaczy nie szczycę się tym, że jestem alkoholikiem, bo pewnie nikt nie chce nim być, ale już znam swój problem. Wiem, że jest to choroba, z którą można walczyć i można wygrać. Kiedyś usłyszałem świadectwo przyjaciela. Zawarł w nim rozmowę ze swoim terapeutą, który na stwierdzenie „nie mam delirki ani innych cudów” odpowiedział mu: „Stary, to pij – a wszystko przed Tobą”. Słowa te pamiętam każdego dnia „Pij, a wszystko przed Tobą”. Tylko, po co to wszystko? Słyszę jak dookoła umierają ludzie, bo nie odnaleźli się w świecie, bo nie potrafili odstawić kieliszka. Czy tak ma wyglądać moje „wszystko”? Otóż nie!

Ja już osiągnąłem swoje dno, czas najwyższy odbić się od niego. To wóda doprowadziła do tego, że po raz drugi siedzę w więzieniu. Pijąc byłem odważny, ale i głupi. Nie było hamulców. Dopuściłem się najgorszych z możliwych rzeczy – zginęli ludzie. Wstydzę się tego i pamiętam o tym każdego dnia. Już nigdy nie będę żył z czystym sumieniem, bo to powraca jak bumerang. Ale teraz mogę żyć inaczej. Program daje mi gwarancje innego życia, a ja chcę to wykorzystać. Wiem, że nie pije już 11 lat. Mogę żyć. Żyję. Mam wspaniałą żonę i przewspaniałego urwisa, który ma 15 miesięcy. A najważniejsze, że żona we mnie wierzy i wspiera mnie. Długa droga jest przede mną. Pewnie nie jeden raz jeszcze coś zaboli, ale ja swój cel już znam! Chcę być trzeźwym alkoholikiem i cieszyć się swoim życiem. Marzę o szczęściu i zgodności. Spełnię to. Teraz znam siebie i swoją chorobę – wiem, jak z nią żyć. Grupa AA, moi przyjaciele z Grupy, mityngi – to dzisiaj mój sposób na życie. Muszę jeszcze trochę czasu spędzić w więzieniu, ale mogę to uczynić z korzyścią dla siebie! Jeśli już teraz pracuję nad sobą, swoim zachowaniem, sposobem myślenia – to wiem, że przyniesie mi to korzyści. Na szczęście spotkałem fajnych ludzi, którzy nie mówią mi „musisz”, ale mówią: „stary, Ty też możesz!” Ja im uwierzyłem. Pragnę tego z całego serca. Chcę cieszyć się życiem. Oni nauczyli mnie ufać innym. Pokazali, że jest bezinteresowna przyjaźń. Nauczyli mnie słuchać ludzi, rozmawiać z nimi. Nie wstydzę się tego, kim jestem, bo nie jestem sam! Dziękuję wszystkim przyjaciołom

z grupy „Mokotów”                            

Janek, alkoholik

 


 

WARSZTATY–SPONSOROWANIE, PŁOCK 03.09.2005

 

(Dlaczego jest mi potrzebne?)

"Co AA rozumie przez sponsorowanie? Wstąpienie do niektórych organizacji wymaga wprowadzającego kogoś, kto poręczy za ciebie i zarekomenduje jako odpowiedniego kandydata. Ale w AA nie o to chodzi. Może się do nas przyłączyć każdy, kto pragnie przestać pić!

W AA sponsor i podopieczny są równi wobec siebie jak Bill i doktor Bob.  Zasadniczo proces sponsorowania polega na tym, że alkoholik, który w programie zdrowienia osiągnął już pewien postęp, dzieli się tym doświadczeniem- w sposób ciągły i w indywidualnej formie z innym alkoholikiem, który usiłuje osiągnąć lub utrzymać trzeźwość poprzez AA "                                     Sponsorowanie. Pytania i odpowiedzi str. 6

KILKA MYŚLI Z NASZEJ LITERA TURY

Praktyka dowodzi, że nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu, jak intensywna praca z innymi alkoholikami. Ten sposób jest zawsze skuteczny. Nawet wtedy, kiedy inne zawodzą.                                                                             Anonimowi Alkoholicy str. 77

Alkoholicy z łatwością przekazują sobie wzajemnie doświadczenia związane z chorobą i zdrowieniem. Jest to dar Boży dla nas, a przekazywanie go innym, nam podobnym, jest tym właśnie celem, który ożywia Anonimowych Alkoholików na całym świecie. 12/12str. 151

Zarówno ty, jak i twój podopieczny, musicie na co dzień kroczyć drogą, która zapewnia wam duchowy rozwój. Jeśli nie będziesz ustawał w wysiłkach zdarzą się rzeczy niezwykłe.

                                                                                              Anonimowi Alkoholicy str. 86

Funkcjonujące w grupie AA programy aktywnego sponsorowania przypominają wszystkim jej uczestnikom o tym, co stanowi podstawowe zadanie grupy. Służą one integracji grupy, nie pozwalając jej zapomnieć, że "najpierw sprawy najważniejsze".                       

                                                                       Sponsorowanie. Pytania i odpowiedzi. Str. 24

WYPOWIEDZI UCZESTNIKÓW WARSZTATÓW

Nie lubiłem sponsorowania, bo chylić przed drugim człowiekiem głowę mi nie pasowało.

Dzięki sponsorowaniu, ja wiem, co ja chcę, ja wiem, czego ja pragnę, zauważam drugiego człowieka

To ciągły proces, kiedy jeden człowiek patrzy na drugiego.

Chodzi tu oto, żeby nauczyć się, być może, powtarzać drogę, zawsze jest lepiej iść po śladach kogoś, kto już umie się poruszać.

Jak ja mogę sponsorować - Mogę dać tylko to co sam posiadam.

Sponsorowanie to taka duchowa wymiana.

Jeśli Ty masz czas dla AA, to ja mam czas dla Ciebie, jeśli Ty nie masz czasu dla AA, to szkoda mojego wysiłku. Jeżeli nie ma Cię na mityngu, to ja za Ciebie nie będę trzeźwieć.

Jeżeli coś mnie dręczy, coś mnie boli, to mam sponsora, tego drugiego alkoholika, który dobrze mnie zna i może przekazać mi swoje doświadczenia na dany temat.

Moje losy w AA były różne, wielokrotnie zapijałem, ale zawsze w okresie, kiedy miałem sponsora i utrzymywałem z nim kontakt - nie piłem. Nie umiem utrzymywać poprawnych stosunków z drugim człowiekiem i do tego potrzebny mi jest sponsor. Uczy mnie zbliżenia do drugiego człowieka.To, że ja po tych wszystkich moich zapiciach szybko wracałem do AA, jest zasługą mojego pierwszego sponsora. Sponsor przywiązał mnie do Wspólnoty, pomógł ją zrozumieć, pokazał mi wartość Wspólnoty Sponsor to jest człowiek, który otworzył mnie na AA, na tyle na ile ja potrafię i rozumiem, spowodował, że wspólnota jest mi bliska i, że ja też powinienem coś w tę Wspólnotę włożyć.

Sponsor nauczył mnie tego, że dla alkoholika, który prosi mnie o pomoc, ja zawsze powinienem znaleźć czas.

Podał mi ktoś dłoń, podtrzymuje mnie i biegniemy razem i w pewnym momencie puszcza tę moją dłoń i biegnie obok mnie, ale ze mną.

Ja poprosiłem o sponsora po dwóch latach abstynencji z zazdrości, że inni mają, że lepiej im się żyje, a ja nie mam sponsora. Co, oni będą lepsi ode mnie?

Sponsor nauczył mnie odpowiedzialności. Często zobowiązywałem się różnych rzeczy i po pewnym czasie porzucałem to. Zawsze znalazłem powód, żeby to przerwać, nie kontynuować.

Sponsor pokazał mi jak ważne jest wybranie swojej macierzystej grupy, znalezienie swojego miejsca w AA. Od sponsora dowiedziałem się, że nie mam studiować kroków, tylko je przerabiać, wdrażać w swoje życie. Ja to myślałem, że sponsor to taki facet, do którego ja przyjdę po użalam się, po narzekam, a on pogłaszcze, pocieszy i będzie fajnie.

Po co mi ten sponsor? On jest moim lustrem, ja mu na truję, na gadam, na użalam się i widzę jak on dostaje boleści od tego gadania mojego. Wkurzę go, on mnie wkurzy, czasami drzwiami trzasnę, ale idę do domu zawstydzony, podziwiam go za tę cierpliwość, bo ja to bym zgłupiał od takiego idioty, jakim czasami jestem. Sponsor jest takim bezpiecznikiem.

Sponsor pomaga mi spojrzeć inaczej na ten sam problem. Coś, co wydaje mi się stratą może okazać się zyskiem.

Wszystko, co mi się przydarza jest mi potrzebne, a sponsor jedynie tylko i wyłącznie przypomina mi, co powinienem robić jako alkoholik. Skoro jestem alkoholikiem to powinienem pójść na mityng, dbać o swoją trzeźwość, czytać literaturę, uczestniczyć w życiu regionu, intergrupy, swojej grupy, oczywiście na miarę swoich możliwości.

Mam sponsora, i mam miejsce, gdzie zawsze mogę pójść i on mi przypomni, że jestem alkoholikiem.

Sponsor nie jest spowiednikiem, jak mam potrzebę wyspowiadania się to idę do konfesjonału. Sponsor przypomina mi, ze jestem alkoholikiem.

Sponsor nie jest doktorem, Bogiem, kimś, co wszystko potrafi i umie, jest alkoholikiem takim jak ja, który może mi przypominać co możemy zrobić wspólnie, żebyśmy się nie napili.

Jako sponsor ja mam zajmować się tylko sprawami aowskimi, staram się nie wtykać nosa w sprawy intymne.

Ze sponsorem spotykam się po to, aby przerabiać program 12 Kroków.

Sponsora traktuję jako jedno z narzędzi, żeby nie pić.

Sponsora wybierałam na podstawie wielkości uśmiechu, jak często się śmieje, jaki jest dla innych ludzi, jaki jest w życiu, w jakim ja go widzę.

Sponsor jest tą instytucją, która ma mi otworzyć oczy szerzej.

Ze sponsorem chcę poznawać 12 Kroków, chcę z nim zdobywać tę wiedzę.

Z pierwszym sponsorem nie wyszło mi. Odezwała się pycha, duma, oceniałem jego, a nie pracowałem z nim. Sponsorowanie to nie jest coś do obgadania, omówienia, sponsora trzeba mieć, podopiecznych także. To się robi.

Dla mnie korzyść ze sponsorowania jest taka, że w ludziach, którym sponsoruję, widzę niesamowicie dokładnie swoje wady. Sponsor to jedyna osoba na świecie, która może mi powiedzieć wszystko, co chce, a ja będę stał grzecznie i słuchał. Jestem hardy, ale tu idzie o moje zdrowie i życie, więc łeb zginam i słucham, znajduję swoje miejsce.

Pieniądze cholernie przeszkadzają sponsorowaniu.

Sponsorowanie innym alkoholikom zapewnia mi wielu fajnych znajomych, przyjaciół.

Sponsor pokazuje mi, że jest możliwe nie pić. 

/zredagowane w Płocku/

 


 

Sposób na samotność?

 

Kiedy przyjaciel wspomniał mi, że przydałoby się coś na temat Jedności, powiedziałem - spróbuję. A skoro się rzekło to, czemu by nie? I tu problem, zastanawiałem się: co, to jest Jedność, jak ja ją rozumiem? W pierwszej chwili nic mi do głowy nie przychodziło, ale przypomniałem sobie, że gdzieś czytałem a może słyszałem, że I Tradycja uczy, podpowiada jak być w jedności w grupie. W grupie nie tylko aowskiej. Coś zaczęło mi świtać w głowie (za mało z niej korzystam). Kiedy piłem to przecież byłem sam, nie tworzyłem jedności z rodziną, bo dziś to wiem, brak mi było pokory, poszanowania innych, wyrozumiałości. Nie było we mnie cech, które są składową miłości. Dziś dla mnie miłość wyraża się w Jedności. I tak medytując dalej wyszło mi, że dziś, kiedy jestem we wspólnocie, wiem, że ile we mnie szczerości tyle w grupie jedności. Tradycje uczą mnie godnego zachowania się to znaczy słuchania i słyszenia, patrzenia i widzenia, te cechy, nad którymi ciągle pracuję by nie być sam, pozwalają mi godnie uczestniczyć w większej całości niż ja sam. Wiem, że każde moje wtrącenie się nie w porę, każdy nietakt burzy spokój, burzy Jedność na grupie, w rodzinie czy społeczeństwie, wszędzie. Kiedy piłem wszędzie czułem się źle, wszędzie albo byłem niepotrzebny albo mnie wyrzucano, brakowało mi umiejętności współżycia z ludźmi. Tego w AA ciągle się uczę. Nasunęło mi się dodatkowe pytanie, ile już umiem? Wydaje mi się, że ciągle nie wiele a jednocześnie bardzo dużo. Sam fakt, że wiem gdzie są wskazówki jak żyć w Jedności, we wspólnocie, w społeczeństwie, w świecie, to już olbrzymi krok w kierunku godnego życia. Teraz tylko ode mnie zależy czy patrząc będę widział, słuchając słyszał. Osiągnąć tę umiejętność w pojedynkę jest bardzo trudno a nawet wydaje mi się niemożliwe, dlatego tak chętnie chodzę na grupę AA - większej całości, by lepiej pojąć jak żyć w Jedności. Kiedy przypominam sobie siebie z czasów pijaństwa, jak byłem sam, przyszło mi do głowy, że są grupy AA, które jak ja kiedyś, niby są w AA, a jednocześnie są trochę obok - samotne. Zrozumiałem, że grupa tak jak i ja, kiedy nie łączyłem się z rodziną, nie współpracowałem, byłem sam. Gdy nie ma służb w grupie, nie kontaktują się z Regionem, a zapomniane Tradycje nie wspierają grupy trudno mówić o jedności w niej. Będę mimo wszystko trwał na stanowisku: ile we mnie jest szczerości, tyle w grupie jest Jedności. Dziś dostrzegam, że grupy, które nie przestrzegają zasad, według których należy żyć, nie są zagrożeniem, lecz robią wiele zamieszania, nie budują jedności AA. Mogą wyrządzić krzywdę zwłaszcza nowoprzybyłym i tym z mniejszym stażem, którym jeszcze trudno samodzielnie odróżnić jedno od drugiego. „Nowy” w jednej grupie słyszy, co może mu pomóc w powrocie do pełnego radosnego życia, a na drugiej, że każda grupa jest sama sobie sterem, ma swoje zasady, nie potrzebuje współdziałać w całości AA. Zauważyłem, że te grupy wcześniej czy później zawieszają spotkania lub upadają. Same się skazują na to. Będzie jak ma być, nigdy nie wiadomo, co wyjdzie na dobre a co na złe? Przykro mi się robi na myśl, że i mnie mogło się to przytrafić kiedyś jako nowemu. Dziś wiem, że to Jedność mojej grupy uratowała mi życie i uchroniła mnie od śmierci w samotności.  

Stasiek AA

 


14 rocznica grupy AA „ODNOWA” w Piasecznie. Warszawa, 12 listopada 2005 r

 

Pojechałem na tę rocznicę, bo zawsze lubiłem mityngi rocznicowe a w Piasecznie nie byłem chyba nigdy. Wstyd, bo przecież mieszkam na Ursynowie i mam tam naprawdę bardzo blisko. 14 lat istnienia grupy – to kawał czasu i zacna rocznica. Na zaproszeniu, jakie znalazłem na swoim macierzystym mityngu było napisane, że wcześniej będzie msza, później mityng i na koniec zabawa oraz „bufet obficie zaopatrzony”. Impreza odbywała się w Domu Kultury. Na miejscu, w sali, w której miał być mityng, na krzesłach rozłożone były karteczki z tematami mityngu: „Czy przyznałem się do bezsilności wobec alkoholu i innych środków zmieniających świadomość i zaakceptowałem swoja chorobę? Jakie wartości są ważne dla mnie dzisiaj? W jaki sposób moja rodzina zdrowieje razem ze mną?”ważne pytania i ciekaw byłem doświadczeń innych przyjaciół.

Nieszczęście polegało na tym, że mityng odbywał się na wydzielonej kotarą części sali [chyba widowiskowej] – a za kotarą był młyn jak na bazarze. Odbywał się tam handel literaturą, działał bufet i przy stolikach trwały w najlepsze rozmowy towarzyskie sporej grupy osób, które tak naprawdę wpadły do Piaseczna na zabawę. Widziałem kilka prób organizatorów, którzy bezskutecznie próbowali uciszać towarzystwo, przypominając, że obok odbywa się mityng. Żal mi organizatorów, bo widziałem, że sporo pracy włożyli w organizację, ale sami sobie są winni, bo albo należało mityng zorganizować w zamkniętej sali, albo ową zabawę odsunąć w czasie na tyle, abyzabawowcy” dojechali dopiero po mityngu. Siedziałem i słuchałem doświadczeń uczestników tego mityngu, obok mnie siedziało sporo przyjaciół, którzy tez już parę lat nie piją, a  zza kotary słychać było odgłosy jak z podłej knajpy. Wtedy przypomniał mi się mityng sprzed chyba właśnie 14 lat – był to wtorek, a jednocześnie ostatni dzień tamtego roku, czyli Sylwester. Jak zawsze w tamtym okresie, pojechałem na mityng grupy Odrodzenie do Instytutu. Na sali było nas ok. 10-12 osób. Za ścianą trwały przygotowania do zabawy sylwestrowej, którą pacjenci Oddziału Odwykowego organizowali dla siebie. Mieli chyba dyspensę od nieludzkiego dr. Woronowicza na ten wieczór, bo żaden z ówczesnych pacjentów
(a przecież uczestnictwo w tym mityngu było dla pacjentów obowiązkowe!!!) nie przyszedł na mityng. Siedzieliśmy na pufach i dzieliliśmy się doświadczeniami z mijającego roku, mówiliśmy o nadziejach i obawach, jakie towarzyszyły nam na progu roku, który nadchodził. Pamiętam jak wpadli nagle, spóźnieni Ania z Witkiem, którzy byli w drodze do swojego domu w Łodzi, ale chcieli jeszcze na tym mityngu wyciszyć własne emocje.

            Na jednym i drugim mityngu usłyszałem mnóstwo ważnych słów. Tak sobie pomyślałem i podczas tego sylwestrowego mityngu i w ostatnia sobotę, że dobrze by było, aby te słowa usłyszeli również ci, którzy tak naprawdę zainteresowani byli jedynie tańcami i wzajemnym komplementowaniem eleganckich strojów..

Powiecie, że to nie moja sprawa i że właściwie miedzy tymi dwoma mityngami nie ma żadnej analogii – pewnie macie rację. Nieistotne pewnie jest też to, że oprócz Władka zwanego „Padaką” – wszyscy uczestnicy tego sylwestrowego mityngu, do dnia dzisiejszego są trzeźwi i czasami spotykamy się gdzieś na szlaku.

Pewnie powiecie też, że „w AA nic się nie musi” i że się czepiam. I też będziecie mieli rację. Więc, po co napisałem to wszystko??? No właśnie – po co???

                                                                       Krzysztof zwany Napoleonem

PS – chcę uspokoić wszystkich organizatorów mityngów rocznicowych z mszą, zabawą taneczną i bufetem „obficie zaopatrzonym” – nie martwcie się – ja już na takie mityngi jeździć nie będę.

 


 

Sprawozdanie z mityngu dla profesjonalistów 2 listopada 2005 r. Otwock
W dniu 2 listopada 2005 r. w Ośrodku Kształcenia Funkcjonariuszy Celnych w Otwocku, przy ul. Kolorowej 13 odbył się mityng informacyjny dla profesjonalistów ze służb mundurowych zorganizowany przez Zespół ds. Informacji Publicznej oraz kandydata na powiernika klasy A mgr Jerzego Jechalskiego.
W spotkaniu udział wzięło około 80 profesjonalistów (terapeutów, psychologów). Celem tego mityngu była prezentacja Wspólnoty AA i programu 12 Kroków. Zaproszeni goście otrzymali materiały informacyjne o Wspólnocie AA (broszura 44 pytania i Nowicjusz pyta, ulotkę Rzut oka na AA, Jak AA współpracuje z profesjonalistami, listę mityngów - dane tele adresowe, tekst o anonimowości oraz wizytówki: telefon Intergrupy i strony Regionu).
Tekst wprowadzający i Preambułę AA odczytał Mirek.
Prezentacji Wspólnoty AA dokonał Jacek, który krótko opowiedział uczestnikom mityngu o historii AA w Polsce i na świecie oraz strukturze Wspólnoty AA.
Lechu i Darek mówili o tym, czym jest program 12 Kroków, o programie duchowym i zbiorowej terapii oraz o tym jak ważną rolę w procesie trzeźwienia spełnia sponsor i indywidualna praca ze sponsorem.
Na temat terapii i Wspólnoty AA wypowiedział się Jerzy, który stwierdził, że terapia trwa określony czas, kiedy się kończy i wiedzę zdobytą na terapii należy później wdrażać w codziennym życiu. Dlatego też Wspólnota AA poprzez program 12 Kroków pomaga przełożyć teorię na praktykę.
Prezentacji Wspólnot rodzinnych Al.-Anon dokonały Bożenka i Ania, które opowiedziały o roli Al.-Anon w procesie uzdrawiania osób współ uzależnionych.
Świadectwo trzeźwości dał Piotr z ZK, który ukazał swoją drogę upadku, rozwój własnej choroby alkoholowej, uznanie własnej bezsilności wobec alkoholu. Mówił o momencie zwrotnym w swoim życiu (otrzymane  posłannictwo AA) oraz o swoim procesie trzeźwienia i rozwoju duchowym opartym o program 12 Kroków AA.
Na zakończenie mityngu, od jednej z uczestniczek spotkania, padło pytanie o możliwość dania świadectwa trzeźwości (tak jak to zrobił Piotr z ZK) na grupie wsparcia dla policjantów. Uczestniczka dostała wyczerpujące odpowiedzi na ten temat.                                    

Mirek

 


 

Trzeźwienie radosne

            Odwiedził mnie kolega. Przechodził obok i przypomniał sobie o mnie. Dziękuję mu za pamięć. Oczywiście rozmowa była żwawa, padały imiona kolegów, którzy razem z nami rozpoczynali trzeźwienie, ale i tych, którzy odeszli na wieczny mityng. Dzisiaj kolega nie znajduje tyle czasu a pewnie i chęci, aby uczestniczyć w życiu naszej wspólnoty, jednak zachował dla niej wiele życzliwości. Dobre i to. Po jego odejściu przypomniałem sobie pewien incydent. Było to ponad dziesięć lat temu. Środowisko warszawskiego AA po raz pierwszy było gospodarzem tak dużej imprezy jak Konferencja Krajowa na Bemowie. Panował entuzjazm i szczere zaangażowanie. Moja ówczesna grupa macierzysta wiodła prym w przygotowaniach, więc trudno się dziwić, że i mnie obdarzono służbą. Nie powiem żebym był specjalnie z niej zadowolony. Wydawało mi się, że funkcja parkingowego jest trochę poniżej mych możliwości. Ale trudno.

            Przyszedł dzień Konferencji. Podjeżdżały samochody, a do mych - wraz z kolegą - obowiązków należało przeprowadzić je na dosyć niewygodny parking. Pewnie wyglądało to bardzo śmiesznie. Ja lekko kulejący biegłem trzymając w ręku drzewiec proporca z napisem PARKING, za mną toczył się samochód aż do miejsca postoju. Kierowca chwilę zastanawiał się, czy to jest dobre miejsce, a następnie majestatycznie odjeżdżał w innym kierunku. Robiłem zawiedzioną minę, co jeszcze dopingowało gapiów do śmiechu. A za moment znów biegłem przed kolejnym samochodem. Fajna zabawa i dobry powód do dowcipkowania. Okazało się, że zupełnie przypadkowo odkryłem „pogodną stronę” nieciekawej służby. Z tej nauki korzystałem jeszcze nie raz.

Za jakiś czas, kiedy nie chciało mi się wychodzić z psem na spacer, postanowiłem rozpocząć tresurę psa, szczególnie w trudnych warunkach pogodowych. Rodzina była zachwycona. Albo, kiedy przyszło mi do mycia szklanek, za punkt honoru przyjąłem sobie, aby błyszczały. Kupiłem środek do mycia i byłem szczęśliwy oznakami aprobaty kolegów. Tak przy okazji zapytał mnie kiedyś inny kolega – jak długo ma myć szklanki na mityngu? Odpowiedź mogła być jedna. – Aż polubisz. Wtedy będzie można zająć się innym zadaniem. Ale jeśli jednej rzeczy się nie nauczysz, szkoda czasu na naukę drugich. Zadowolenie jest dobrym sprawdzianem.

Tyle to myśli sprawiła wizyta długo niewidzianego kolegi.

Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 23 11 2005 r

 


 

Krok X         Relacja z Warsztatów w dn. 05.11.2005r , PIK – Berezyńska 17.

Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny,

z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.

Pomógł mi sponsor, nie mówił jak mam go realizować. 10 krok pomaga mi unikać konfliktów.

Codziennie stosuję każdy z Kroków a 10 pozwolił mi przeprosić żonę.

Realizuję 10 krok przy codziennej inwenturze osobistej.

Dla mnie krok 10 jest odległy. Nie radzę sobie ze złością, zazdrością, urazą.

trudno mi się przyznać do błędu. Szukam usprawiedliwień.

         Nie potrafię dokonać obrachunku, gubię się w słowach, to taka bezsilna złość, nic mi nie wychodzi.

To, co najczęściej stosuję to powiedzenie „bądź wola Twoja” staram się podobać sobie rano i wieczorem, czasem towarzyszy mi poczucie krzywdy. Obrachunek moralny prowadzę dla żony, dzieci, choć wiem, że to nie ta droga.  Przy spowiedzi wyznawałem swoje grzechy, dziś zastanawiam się nad przyczynami popełniania ich. Aby urazy nie nawarstwiały się staram się wyznawać je, wiem że nabałaganiłem w pijanym życiu. Dziś nie dotrzymałem obietnicy danej dzieciom. Nauczyłam się przyznawać do błędu, przepraszać dzieci, ale często się rozgrzeszam za swoje błędy, nie zabijam się z tego powodu. Odchodzę od myśli „to wszystko przez kogoś”, trudno mi było po śmierci żony wychowywać dzieci, mimo trudnych chwil mam z nimi szczery kontakt. Trudno uporać się natychmiast z kilkudziesięcioletnią przeszłością, ale 10 Krok mogę robić już dziś. Mam zastanowić się, co zrobiłem złego, ale i dobrego. Nigdy nie jest za wcześnie na jego realizację. Działania mogę podjąć natychmiast, może mi służyć od zaraz, aby nie powiększać rejestru błędów. Pomaga funkcjonować wśród ludzi. Bilans dnia: czy zrobiłem coś dobrego? Zrobić dziennie dwa uczynki dobre i nikomu nie powiedzieć. Nie być przeciwko komukolwiek. Unikam rywalizacji. Nieświadomie zacząłem realizację tego Kroku. Gdy się kładę spać robię obrachunek: czego zaniechałem, dlaczego nie przeprosiłem, dlaczego milczałem dławiąc emocje, żeby potem wybuchnąć? Nikt za mnie nie wytrzeźwieje, żaden kaskader. Ja jestem odpowiedzialny za katastrofę swojego życia. Żeby lepiej się poczuć karmię swoją duszę robiąc obrachunek, poprawiam relację ze sobą, codziennie zastanawiam się, co dziś dobrego zrobiłem? Tak miało być, tylko ja śmiałem myśleć inaczej

 

Krok XI;        Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie

Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia.

Codziennie wieczorem modlę się o wsparcie u Boga.

Nie modlę się regularnie, zaniedbuję to zalecenie.

Przestałem od pewnego czasu prosić Boga o cokolwiek. Dał mi wszystko, czego chciałem a byłem najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie. O alkoholizm nie prosiłem a mi go dał, dziś zastanawiam się, po co? Mam wrażenie, że On wie lepiej, co mi jest potrzebne. W trudnych chwilach proszę dziś o siłę do udźwignięcia tego, co On mi daje.

Czy istnienie Boga może zależeć od tego, co ja o tym myślę?

Więź z Bogiem ujawnia się poprzez więź z drugim człowiekiem

Modlitwa i medytacja służą koncentracji energii.

To cudowne lekarstwo na lęki i osamotnienie

Modlitwa najczęściej jest dziękczynna.            

Lechu02