MITYNG 03/105/2006

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Niby oczywisty temat a jednak sprawiło mi wiele trudności, opisać go.

W dużej części zainspirował mnie felieton na temat dziewiątej Koncepcji AA zamieszczony w lutowym MITYNGU. Autor wspomniał w nim o założycielach AA, którzy początkowo, w naturalny sposób byli naszymi przewodnikami, zaś w wyniku dojrzewania przekazali losy wspólnoty AA tak zwanemu sumieniu zbiorowemu Anonimowych Alkoholików”. Wyraża się ono dzisiaj poprzez struktury służb i sposoby jej działania. Wiele mówiliśmy o sumieniu grupy podczas Konferencji, gdy wnioski do niej były składane spontanicznie i zaspokajały potrzeby wąskiej grupy naszych przyjaciół. Często mówimy o sumieniu grupy podczas inwentury, gdy ustalamy działania swojej grupy AA. Dyskutujemy o podziale zebranych datków do kapelusza, o wyborze czytanej literatury czy obsadzaniu służb w grupie.

Jak niesiemy posłanie AA? - zastanawiała się ostatnio intergrupa „SAWA”.

A co się stanie, jeśli grupa AA nie będzie miała sumienia? Jak to się objawia?

Czy ja umiem poddawać się woli większości, i pomagać w jej wypełnianiu, jeśli nie jest zgodna z moją wolą? Kłania się trzeci krok – powierzanie się! Poszukując odpowiedzi na te wątpliwości powróciłem do pierwszego kroku. Zaintrygował mnie także poziom mojej wiary w Siłę Większą ode mnie. Zupełnie losowo otworzyła mi się książka „Jak to Widzi Bill” na temacie „Weterani”. Jak zwykle literatura AA wnosi najwięcej światła dla mojej trzeźwości.

Bill uspokoił mnie. Etap krwawiącego diakona przechodzi prawie każdy w AA! Chyba do tej pory nie bardzo wiedziałem, w czym się ta postawa przejawia. Łatwo szafowałem tym określeniem nie dostrzegając podobieństwa. W AA nauczyłem się identyfikować swoje ułomne cechy charakteru z mojego dotychczasowego życia. Nauki z tego płynące staram się przenosić w teraźniejsze trzeźwe życie, w mojej rodzinie, w wychowanie dzieci i w życie społeczne. Spostrzegam zadziwiające efekty. Ileż musiałem popełnić błędów i poranić się, aby dostrzec prawdy, według których należy żyć? Znaczącą pomoc w poznawaniu i stosowaniu naszego programu daje mi uczestnictwo w warsztatach organizowanych, co miesiąc w Regionalnym PIK-u na Berezyńskiej 17. Jednocześnie uczestniczę w mityngach AA, gdzie łatwo można spostrzec jak działa sumienie grupy. Obserwuję jak jedne grupy cudownie rozwijają się a jej uczestnicy aktywnie, z pogodą ducha wracają do zdrowia a inne nie wiedzieć dlaczego w smutku jej liderów - obumierają. Wierzę, że wszyscy mają najlepsze intencje, lecz dlaczego wychodzi źle? Patrząc przez pryzmat pierwszej tradycji istota moich osobistych niepowodzeń wydaje mi się porażająco podobna.

Redakcja

 


 

 Terapia czy AA? a my na ryby

 

Zadał kiedyś pytanie sympatyk moich wysiłków w trzeźwieniu, z czego czerpią swą świadomość uczestnicy mityngów AA. Zdziwiło mnie to pytanie i zastanowiło. Wiem, że kilka razy był na naszych mityngach, szczególnie okazjonalnych i dosyć dobrze zna atmosferę AA. Odpowiedziałem, że z naszej literatury i osobistych doświadczeń.

A za chwilę ogarnęły mnie wątpliwości. Tak powinno być, ale czy tak jest? Może, więc z terapii? A nagle przypomniałem sobie kiedyś usłyszany żart o tym jak mężczyzna miał żonę i kochankę. Żona myśli, że jest u kochanki a kochanka, że jest u żony. Dzięki temu może spokojnie udać się na ryby. Pomyślałem sobie, że we wspólnocie nie można narzekać na brak wędkarzy. Pozdrawiam z uśmiechem.

Marek Warszawa 3.01.2006

 


 

Z życia Regionu AA Warszawa

 

Zapiski z warsztatów na temat służb w grupie i poza nią przeprowadzonych 7 stycznia 2006 roku w PIK-u przy ul Berezyńskiej 17

            1.AA zmieniło moje życie; wróciłem do społeczeństwa, doczekałem się wnuczki, uczestniczę w życiu rodzinnym. Służba dała mi stabilizację, przechodziłem wszystkie służby, zacząłem sponsorować. Zmienił się mój stosunek do ludzi, pracy. Gdy przyszedłem do AA zaczął się postęp. Jestem sponsorem. Sponsorowany ożenił się, byłem na weselu. Na drugi dzień modliłem się za nich. Zaskoczyli mnie gdy załatwili pokój w hotelu. Sponsoruję również kobietom; moja pierwsza podopieczna wyszła z ciężkiej depresji; dużo doświadczyła. Od roku sponsoruję Eli. Uczęszczamy razem na warsztaty, Konferencje spotkania Rady Regionu i różne zespoły w PIK-u. Prowadzimy kolportaż literatury na dwóch grupach. Bardzo pomocne było wzięcie sobie sponsora, żeby się dalej rozwijać. Byłem bezdomny a sponsor pozwolił mi zamieszkać u siebie. Doznawałem wielu wzlotów i upadków. Dziś jestem 14 lat w AA.

            2.Postanowiłem od Nowego Roku uczestniczyć w warsztatach bo czegoś mi brak. Długi czas nie podejmowałem służb, potem byłem kolporterem i starałem się mieć w ofercie zestaw całej literatury. Potem byłem rzecznikiem i nic nie robiłem; później jako mandatariusz zostałem członkiem i prowadzącym zespół literatury. W miarę zaangażowania czuję postęp w swej postawie. Nie mam sponsora, nie sponsoruję ale czuję , że muszę to zmienić. Czegoś mi brak.

            3.Ważna jest przynależność do jednej grupy, w niej powstaje więź ze wspólnotą. Zajęty lataniem za różne grupy bałem się podjąć służby na rok czy pół. Kiedy ktoś zwrócił mi uwagę abym nie biegał ciągle na różne grupy. Zacząłem się angażować w jednej. Początkowo były to służby porządkowe.  Gdy rozpocząłem pracę ze sponsorem czuję że trzeźwieję. Uczestniczę w życiu Regionu. Zorientowałem się, że trudno mi nawiązywać kontakty.

            4.Wstąpiłam do AA komuś na złość. W grupie przeszłam wszystkie służby a w intergrupie pełniłam funkcję skarbnika. Musiałam się dużo nauczyć .Byłam nawet "krwawiącym diakonem" Teraz jestem sponsorką, są pewne rezultaty

            5.Z pierwszą służbą skarbnika rozstałam się rozżalona, ktoś mnie skrytykował. Później byłam prowadzącą mityng i znów skarbnikiem ale w innej grupie. Uczestniczę w pracach Intergrupy. Dzięki wsparciu grupy uporałam się z kłopotami rodzinnymi. Jeszcze nie mam sponsorki. Chodzę na warsztaty w PIK-u. Chcę rozszerzyć swoje wiadomości.

            6.Na pierwszym mityngu, aby utrzymać trzeźwość kazali mi przychodzić, więc przychodziłem i nic nie czyniłem. Zazdrościłem wesołych kontaktów porządkowym. Któregoś dnia i ja zostałem myć szklanki i wtedy dowiedziałem się o wspólnocie daleko więcej niż dotąd. Szybko włączyłem się w życie grupy. To mi bardzo pomogło utrzymać trzeźwość. Byłem skarbnikiem, mandatariuszem, prowadzącym a nawet miałem okazję być pierwszym kolporterem grupowym. Uczestniczyłem przy powstaniu Intergrupy SAWA oraz Regionu Warszawa. Świadomość rosła. Potem zacząłem wyprawy aowskie po Polsce a nawet Europie. W miarę zaangażowania uświadamiałem sobie, że obok mojej grupy jest jeszcze cały świat AA. Poproszony o sponsorowanie uświadomiłem sobie jak mało wiem, musiałem wzmóc pracę nad sobą i sam poprosić o sponsorowanie. Mogę dać jeśli sam posiadam. Dzisiaj mam wielu przyjaciół, nie jestem sam. Wokół jest ciągle grupka sponsorowanych. Obsesja picia odeszła.

            7.Już po kilku miesiącach w AA zaproponowano mi służbę opieki nad kluczami grupy, dziwiłem się, że mi zaufano. Dalej uczyłem się obowiązkowości i systematyczności. Zostałem mandatariuszem; robię jedną rzecz a dobrze. Po roku trzeźwości poprosiłem o sponsorowanie. Teraz razem jeździmy na różne zajęcia we wspólnocie. Czuję wzrastanie.

            8.Służby w grupie przygotowują mnie do dnia codziennego. Przyszedłem do AA żeby nie pić; pomagałem ustawiać stołki, sprzątać po mityngu. Czułem się potrzebny. .Zostałem kolporterem a następnie prowadzącym. Pamiętam swoje obawy ale dostałem wsparcie z grupy, czytałem dużo naszej literatury. Zostałem „herbatkowym”, nauczyłem się podawać herbatę z uśmiechem. Jako mandatariusz uczestniczyłem w spotkaniach Intergrupy, warsztatach. Chcę służyć drugiemu alkoholikowi. Przez służbę dokonuje się mój rozwój. Życie wspólnoty jest dla mnie ważne. Dzięki temu nie piję.

            9.W grupie nie było prowadzącego ale człowiek, który kierował grupą powiedział, że ja nie będę prowadzącym. Odszedłem  wraz z kilkoma innymi i założyliśmy nową grupę. Chodzę na warsztaty, niesiemy posłanie AA. Pełniłem też służbę skarbnika, właściwie wszystkie w drabince służb. Grupa dojrzewała. Służba jest rotacyjna wypełniana do końca. W wyborach bierze udział 2-3 kandydatów. Nie zaniedbuję rodziny ani pracy. Miałem sponsorowanych ale odeszli przy 4 kroku. Sam teraz szukam sponsora. Nie jestem pewien swojego zaufania do innych. Wiem, że są kolejne służby przede mną, ale się nie spieszę.

            10.Dzięki służbie nie piję od 4,5 roku. Pomagają mi trzeźwieć. Doświadczenia ze służb przenoszę na życie codziennie czuję, że to rozwija moją osobowość i duchowość. Myłem szklanki, byłem mandatariuszem I rzecznikiem, zawsze wypełniając je jak najlepiej I do końca. Zachęcam innych do służb. Czuję przyjaźń, akceptację i zaufanie; uczę się jedności w domu i wspólnocie. Mam radość I pogodę ducha.

            11.Jestem krótko we wspólnocie ale już dziękuję za możliwość wysłuchania profesjonalistów. Nie byłem przygotowany do pierwszej służby kolportera. Robiłem to tylko miesiąc. Cały czas korzystam z AA ale już wiem, że czas zacząć dawać siebie.

            12.Biegałem na mityngi po całej Warszawie. Usłyszałem słowo SPONSOR I dotąd słyszę choć minęło 3 lata. Ale już go mam. Nie czuję się jeszcze odpowiedzialny w służbach. Choć wiem , że kolejna czeka.

            13.Bez wspólnoty AA nie potrafiłem trzeźwieć; wzbraniałem się przed nią. Byłem zapalonym słuchaczem ale to nic nie zmieniało; dopiero służba sprawiła, że zacząłem trzeźwieć. Przez służby poznawałem zasady AA, byłem mandatariuszem, udzielałem się w Intergrupie i Regionie. To wszystko było zachętą abym się zmieniał. Po 10 latach poprosiłem o sponsorowanie, kosztowało mnie to wiele wysiłku ale pomogło. Miałem sponsorowanych. Pierwszy zrezygnował przed 4 Krokiem a drugi na razie zawiesił spotkania.

            14.Grupa macierzysta jest najważniejsza; dużo wynoszę z takich spotkań. Pierwszy rok przeleciał jak na wariackich papierach, byłem „herbatkowym” a w innej zostałem prowadzącym. Teraz jestem mandatariuszem. Mam sponsora. Chcę odpowiedzialnie i dokładnie wypełniać podjęte służby.

            15.Zaczęłam uczestniczyć w grupie na Ratuszowej. Byłam jeszcze na dziennej terapii ale kiedy wróciłam grupa rozpadła się. Poszukałam innej. Najpierw w grupie Lourdes byłam skarbnikiem. Potem znalazłam swoje miejsce w grupie NIMB. Tam mam rodzinny klimat. Została ona moją grupą macierzystą. Pełniłam w niej już wszystkie służby. Jako mandatariusz brałam udział w Intergrupie SAWA. Obecnie jestem w niej sekretarzem. Wraz ze swoim sponsorem uczestniczę w warsztatach organizowanych w PIK-u. Mam z tego wiele satysfakcji a jeden z nich nawet prowadziłam. To warsztat 12 Kroku.

Odzyskałam wiarę.

Notatki sporządziła Ela sekretarz intergrupy SAWA

 


 

Wciąż naprzód

 

Kiedy po raz pierwszy "kandydowałem" do służb AA, mój okres abstynencji wynosił około trzech miesięcy. W wyniku głosowania zostałem zastępcą mandatariusza. Kilku członków mojej grupy nie kryło swego zaniepokojenia faktem, że mam tak krótki staż trzeźwości. Obaw tych nie wzięto jednak pod uwagę, jako że o zaszczyt służby nie ubiegał się nikt z preferowanym okresem trzeźwienia (dwa lata i więcej). Zaliczyłem spotkanie intergrupy i muszę przyznać, że mnie to nieco poruszyło. Wszyscy uczestnicy spotkania dyskutowali ze sobą, spierając się o kwestie finansowe i organizacyjne - pod żadnym względem nie przypominało "zwyczajnego" mityngu AA, w jakich do tej pory uczestniczyłem. Więcej tam nie poszedłem, nie próbowałem też dowiedzieć się, na czym właściwie mają polegać moje obowiązki. Podzieliłem się tylko swoimi wątpliwościami z pewnym członkiem AA o długim stażu trzeźwości.

Wręczył mi "Poradnik Służb AA", ale go nie przeczytałem./ W Polsce trwają prace nad przygotowaniem takiego poradnika – przypis redakcji/

Czas szybko mijał i oto nadeszła pora kolejnej "rotacji kadr". Czułem, że jeśli chodzi o spełnianie mojej funkcji, to raczej pokpiłem sprawę. Uważałem, że mojej grupie potrzebny jest ktoś bardziej zaangażowany w działalność Wspólnoty, ktoś naprawdę chętny i przygotowany do służby, ktoś z "trzeźwością najwyższej jakości". Podczas mityngu, na którym miano dokonać wyboru, przedstawiłem listę swoich braków i powodów, dla których nie czułem się "odpowiednim człowiekiem". Inne osoby zaprezentowały jeszcze bardziej przekonujące powody, dla których - w ich własnym mniemaniu - nie nadawały się do służby. Tamten mityng przypominał w istocie zebranie "Klubu Łgarzy", na którym niewinne kłamstewka pierwszego przemawiającego są bez trudu przebijane wymyślnymi konfabulacjami następnych mówców. W efekcie, więc za powszechną zgodą, pozostałem na swoim "stanowisku".

Sprawdziwszy, jak często odbywają się spotkania intergrupy, byłem pewien, że żona nigdy nie zaakceptuje moich "delegacji służbowych", które wiązały się z nieobecnością w domu przez cztery weekendy rocznie. Okazało się jednak, że byłem w błędzie (nie po raz ostatni zresztą) - żona nie miała żadnych obiekcji. Dołożyłem starań, by być obecnym na tych spotkaniach. Rodzina wspierała mnie w moich poczynaniach, a ja powoli przestawałem czuć się nieswojo.

W trzecim i czwartym roku zdrowienia owe spotkania intergrupy odbierałem już całkiem inaczej niż na początku. Stały się zarówno źródłem, jak i miarą mojej trzeźwości.

Zacząłem wkładać w służbę coraz więcej serca, zapoznałem się też z podarowanym mi kiedyś poradnikiem. Odpowiedzialność jeszcze teraz sprawia mi sporo kłopotu, a jednak na ochotnika zgłosiłem się do prowadzenia warsztatów podczas spotkań intergrupy.

Myślę, że stałem się dzięki temu dojrzalszy. W mojej grupie macierzystej zaczęliśmy też regularnie odbywać mityngi organizacyjne. Ludzie powoli wciągnęli się w zagadnienia związane ze służbami. To był dobry i twórczy okres w moim życiu. Szybko nadszedł czas kolejnych wyborów, ale tym razem moje odczucia i dążenia były zupełnie inne niż poprzednio. Z nawiązką spełniłem pokładane we mnie nadzieje; byłem z siebie dumny i zadowolony. Nie miałem ochoty rezygnować z powierzonych mi obowiązków. Niepokoiłem się, że mój następca może "nie dorosnąć do roli". Obawiałem się, że grupa odejdzie od swoich zainteresowań, które z taką pieczołowitością rozbudzałem. Krótko mówiąc, ubzdurało mi się, że "beze mnie sobie nie poradzą". Podzieliłem się tymi spostrzeżeniami ze sponsorem, który na szczęście przywołał mnie do porządku: - nie ma ludzi niezastąpionych! Uświadomił mi ten fakt, mówiąc, że wspólnota miała się całkiem dobrze, jeszcze zanim ja do niej trafiłem, a zatem, i bez mojego udziału, z pewnością da sobie radę także teraz i w przyszłości. Kolejny raz zdałem sobie sprawę z tego, że AA nie zginie beze mnie - co najwyżej ja przepadnę bez AA. Nasza grupa wybrała, więc nowego mandatariusza, a ja miałem wrócić do roli "zwykłego" członka wspólnoty. Stało się jednak inaczej. Wkrótce po wyborach w grupie zostałem członkiem Rady Regionu. Zanim przyjąłem tę propozycję, przedyskutowałem ją dokładnie z rodziną. Moi bliscy nie tylko zaakceptowali taką możliwość, ale wręcz gorąco zachęcali do aktywności. Więc czułem się chętny, gotowy i kompetentny. Tym razem nie przedstawiałem żadnego "rejestru własnych wad i braków", ale też nie musiałem uciekać się do przechwałek i autoreklamy. Wiele się nauczyłem na temat anonimowości. Dokładnie wiedziałem, co powinienem robić, chociaż może niezupełnie wiedziałem jak. Wciąż trwałem w trzeźwości. Byłem w dobrej formie, a sprawy układały się pomyślnie. Brałem udział w pracach rady regionu. Odwiedzałem grupy należące do naszej intergrupy. Starałem się inspirować je konstruktywną i zaangażowaną postawą. Najlepiej jak potrafiłem, odpowiadałem na wszystkie stawiane mi pytania. Coraz bardziej docierało do mnie, że ludzie oczekują nie tyle wytycznych i pouczeń, tylko dyspozycyjności i szczerego oddania sprawie. Odkryłem w sobie autentyczną potrzebę uczestniczenia w rozlicznych inicjatywach służb i czyniłem to. W końcu jednak służba przeobraziła się w swego rodzaju harówkę. Czułem, że zamiast czerpać z niej życiodajne siły, pozwalam, aby wysysała ze mnie wszystkie soki. Po intensywnym dniu nie wracałem do domu radosny, otwarty i kipiący energią, ale raczej wyczerpany. Należało z tym skończyć. Byłem szczęśliwy wracając na łono rodziny, do spokojniejszego i nie przeładowanego powinnościami życia.

Czerpałem ogromną radość z regularnego chodzenia na "zwyczajne" mityngi. Zapragnąłem poczuć się niczym nowicjusz w AA, który zaprzestawszy picia ma nagle mnóstwo wolnego czasu. Chciałem tym czasem dysponować, poświęcić go rodzinie, z którą czułem się coraz bardziej związany, a także własnym sprawom i zainteresowaniom.

Męczył mnie stan rozdarcia pomiędzy wspólnotą a "resztą świata". Im bardziej trzeźwiałem, tym bardziej chciałem się w nowym świecie określić i odnaleźć. Stopniowo odkrywałem prostą prawdę, że w miarę trzeźwienia wykraczamy poza enklawę AA i zaczynamy przynależeć do większej całości. Naszym wspólnym domem staje się Ziemia, przyjaźnimy się z "normalnymi śmiertelnikami", zmierzamy ku "rzeczywistemu" światu.

Również nasi "zaufani słudzy" nieustannie podążają naprzód, i prędzej czy później, wkraczają w następny etap podróży. Zamiast unikać "prawdziwego życia ", zaczynamy się nim rozkoszować. Pasmo życiowych doświadczeń zaczynamy postrzegać jako nieprzerwane i nieskończone - jako swoistą formę rotacji, opartą na zmianie i powszechnym rozwoju.

Na podstawie GRAPEVINE (MITYNG nr 15 z 1996) Jerry S., Emporia, Kans.

 


###########  Zza krat  ####################

 

Jestem alkoholikiem-teraz jest to dla mnie oczywiste, jak to, że jutro wstanie nowy dzień. Jednakże nie zawsze tak było, bo moje uzależnienie nie pozwało mi dostrzec tego, co dla innych było jasne i oczywiste. Ja przecież nie piłem denaturatu, nie leżałem zasikany na ulicy, wiec nie byłem żadnym alkoholikiem. Nawet wtedy, gdy decydowałem się na terapię, było to zwykłe wyrachowanie i próba odwrócenia uwagi. Liczyłem na to, że gdy żona usłyszy, że zamierzam się leczyć, nie odejdzie. Swoją decyzje o leczeniu podjąłem, gdy trafiłem po raz kolejny do Z.K. w 2004 roku. Na wolności zostawiłem żonę z czwórką dzieci i jak zwykle byłem przekonany, że będzie czekać, bo przecież innego wyjścia nie ma – jakże się myliłem. Zawsze, jak sięgnę pamięcią, wszystko wiedziałem najlepiej a mój egoizm, zarozumialstwo, było sposobem życia. Przez trzynaście lat mojego związku z Anią przekroczyłem wszystkie możliwe normy i granice. Wynosiłem z domu rzeczy na wódkę, robiłem awantury pod pretekstem tego, że wielokrotnie ukrywałem się przed policją (raz trzy lata, drugi dwa lata). Ostatnio trzy lata nie uczestniczyłem w życiu mojej rodziny. W domu bywałem gościem, zaniedbywałem swoje obowiązki ojca i męża. Stworzyłem sobie warunki do picia bez pamięci, zdradzałem żonę i robiłem to, na co miałem ochotę. Prawo łamałem pod wpływem i oparach alkoholu, czasem amfetaminy zrzucając z siebie odpowiedzialność. Fundusze na hulanki zdobywałem dokonując przestępstw, czasem pracując przy montażu żaluzji i rolet. Myślę, że byłem uzależniony od alkoholu już w wieku 17 lat, gdyż na jego rzecz porzuciłem szkołę i zaprzepaściłem swoje wykształcenie. Związałem się ze środowiskiem przestępczym, które przyjęło mnie jak swego. Mój ojciec był alkoholikiem i recydywistą, przy nim wprowadziłem się w taki sposób życia. Nienawidziłem matki alkoholiczki i tego całego gnoju alkoholowego. Zasypiając myślałem tylko, aby jak najszybciej dorosnąć i mieć własną kochającą rodzinę, wspaniałe dzieci i nie dopuścić, aby ich życie było takie jak moje. Jak na ironie zasmakowałem w alkoholu a to, co stworzyłem swoim bliskim nie było lepsze od mojego dzieciństwa. Do niedawna cały żal za zmarnowane życie wylewałem na głowy moich nieżyjących rodziców (tata w wieku 44 lat zapił się a mama popełniła samobójstwo mając 49 lat). Dopiero, gdy trafiłem na terapię odwykową w Z.K. Warszawa – Mokotów, otworzyły mi się oczy i zacząłem dostrzegać tragedię moje pijackiego życia. Poznając swoje uzależnienie, w czym pomaga mi terapeutka, dobry człowiek - „Duża” Gosia, zdałem sobie sprawę z tego, że odpowiedzialność za cały ten gnój, w jakim żyłem spada tylko i wyłącznie na mnie. To przecież nie ojciec nie matka, nie żona wlewała mi do gardła alkohol. Robiłem to ja sam. Bardzo trudno było mi się z tym początkowo pogodzić. Biczowałem się i użalałem nad swoim losem, aż olśniło mnie: Grześ jesteś alkoholikiem i pozostaniesz nim do końca swojego życia, lecz teraz możesz być szczęśliwym alkoholikiem. Muszę spełnić jedynie jeden warunek: nie wypić pierwszego kieliszka! Korzystając z okazji pragnę podziękować terapeutom z mokotowskiego „Atlantisu” i moim przyjaciołom z AA, Włodkowi, Sławkowi, Marcinowi.

Grzesiek – alkoholik.

 

 

 


 

Jestem w AA.

 

Usiadłem do napisania tego listu, w domu nie ma nikogo. Dawniej bym szalał z tego powodu szukałbym jakiegoś towarzystwa musi się coś dziać-taki mam charakter. Towarzystwo, gorzała, dowcipy, fajnie i potworna gorycz. Samotność - rezultat tej zakłamanej radości. Wreszcie opamiętanie. Przystąpiłem do wspólnoty i tu znalazłem przyjaciół, przestałem czuć się samotnie, ale do czasu. Na mityngi chodziłem i nic nie robiłem, pomimo ludzi otaczających mnie zacząłem odczuwać samotność już inną od tej z czasów pijaństwa, ale jednak. Ktoś z przyjaciół zaproponował mi jakąś służbę-broniłem się z powodu braku wiedzy na ten temat, przełamałem się podjąłem się służby i tak rozpoczął się przyjemny proces pozbywania się samotności. Dotychczas pełniłem i pełnię nadal różne służby, obowiązki wynikające z tych służb dzień po dniu pozbawiają mnie samotności. Pracując dla innych pracuję dla siebie, przy okazji pozbywam się uczucia nieprzydatności. Nawet w nocy bywa, że nie śpię a nie jestem sam, medytuję nad czyjąś wypowiedzią lub nad przeczytanym fragmentem literatury medytuję by go lepiej zrozumieć (samotność odpływa). Służby uczą mnie pokory, sumienności i uczciwości, brak tych cech był powodem mojej samotności (wymądrzającego się pyszałka nikt nie słuchał) - samotność gotowa. Praca nad sobą dla siebie i przy okazji dla dobra wspólnego, daje mi poczucie przydatności. Nie jestem sam, Wspólnotę mam. Służb nie odmawiam. Samotność jest gorzka jak Piołun, przydatność zaś to Dar Boga. Dar, którego przyjęcie tylko ode mnie zależy, bo w myśl kroku pierwszego mam wybór. Wybrałem - myślę, że dobrze wybrałem. Przydatność wymaga pokory: jeśli nie chcesz być samotny ukłoń się  ludziom. I tak wśród ludzi poprzez dobry wybór zdrowieję.

ST.

 


size=2 width="100%" align=center>

 

Na mityngu AI-Anon                           

 

- nie byłem - spory kawałek czasu. W końcu jednak zebrałem się w sobie i poszedłem, co by posłuchać, co też te "baby" o nas myślą, jak czują, - a może podpowiedzą jak żyć z tą swoją, bo w domciu nie bardzo ciekawie się dzieje. Istny kocioł. A tu przecież człowiek nie pije parą lat, na mityngi chodzi codziennie, po mityngach spotyka się na poważnych rozmowach z innymi "AA". Działa w tzw. strukturach, bierze udział we wszystkich ważnych imprezach od Jachranki poprzez Dębe, Wesołą, Anin, intergrupy, regiony itp. itd., a w domu zimne kluchy. Szedłem na ten mityng z całkowitym przekonaniem o słuszności swego postępowania. To dopiero jest trzeźwienie i jaki intensywne. To dopiero sukces alkoholika tak trzeźwieć. Ho, ho, nie każdy tak potrafi ­tylko w tym domu coś nie tak. No, ale wchodzą, ładnie mnie przywitali - nie powiem "babki" jedna w drugą podmalowane niczego sobie, a jakie to "mundre". No i się zaczęło - słucham i uszom nie wierzą. Mówi żona jakiegoś "bardzo zaangażowanego w trzeźwienie" męża. Patrzę, oczy przecieram czy to czasem nie moja stara ­no nie - a o mnie mówi! Cholera jak mną nie zakręci, jak mnie nie tąpnie, dwie lornety by mnie tak nie ścięły jak to, co o sobie usłyszałem.

A ona wali: "mój kochany alkoholik to chodzi na mityngi w poniedziałek, wtorek, środą, czwartek, piątek, sobotą i niedzielę. Złapała oddech i dalej mówi - tak trzeźwieje, że w domu go w ogóle nie ma i nawet nie mogę zauważyć, jaki to on trzeźwy. Ale dowcipna - myślę sobie, lecz gęba mi się już wydłużyła - bo ja tak "też podobnie". "Jak pił to go nie było - jak nie pije to go też nie ma". Słucham i myślę jak to jest ze mną. Jak ty trzeźwiejszy alkoholik ustawiłeś sobie hierarchią ważności ludzi i spraw. Nie pijesz parę lat - mówisz, że przebudziłeś się duchowo, a działasz jak pijany. Nie dostrzegasz ludzi, którzy tyle dla ciebie zrobili, odstawiłeś ich na boczny tor. Znowu tylko ty, a reszta? Muszę przyznać, że parę kubłów zimnej wody wylano mi na ten mój pusty łeb. Wracałem do domu w nieciekawym nastroju. Nagle zabrakło mi odwagi do rozmowy z żoną, gdzieś uleciały te moje racje i przekonanie, że przecież postępują dobrze Pt: "dbam o trzeźwość". Nagle zdałem sobie sprawę, że w wielu przypadkach uciekałem przed tym domem, przed codziennością, przed sprawami mojej rodziny. Zrobiłem sobie nielichy parawan z tego AA. Przestałem żyć domem i rodziną, byłem od nich coraz dalej. Ten mityng dał mi materiał do przewartościowania wielu spraw i zdarzeń z ostatniego okresu. Przecież program mówi ­ zmieniaj siebie, bądź uczciwy, nie zakłamuj się. Ktoś kiedyś powiedział; program AA jest krótki - "Bądź dobry". Tak, byłem dobry dla swojego "ego" dla swojej pychy. No, pomyślałem: "koleś, trzeźwienie to nie mityng, trzeźwienie to życie i twoje w nim poczynania".

Kapujesz? - Tak, teraz kapuję kochana żono i przepraszam.

Jasio Szampon (MITYNG NR15, 1996)

 


size=2 width="100%" align=center>

„Sumienie grupy” -                                      WARSZTATY w PIK 04.02.2006

 

Spotkaliśmy się, aby wymienić doświadczenia ze zastosowania „sumienia grupy” w życiu wspólnoty AA. Przybyło 18 osób gotowych do niesienia posłania.

Już na początku padło pytanie: Jak je zdefiniować? Okazało się to trudne. Wszyscy  dobrowolnie spotkaliśmy się na tym warsztacie w przeświadczeniu, że będzie to dobre dla nas, dla naszego zdrowienia i pomoże we wzroście naszych grup, że jest to dobre miejsce i okazja do poszerzenia wzajemnej świadomości. Był to pierwszy akcent naszego SUMIENIA tego dnia. Wszystkim nam przyświecała idea czynienia dobra. Działania naszej grupy określa 12 tradycji AA. Dwoistość zasad przywiodła nas do alkoholizmu. Wspomniano o „małych tradycjach” grup często będących w kontrowersji do 12 Tradycji AA ustalających ramy dla niezależności każdej grupy AA. Pojawiły się wątpliwości czy właściwe jest „witanie nowego” w myśl trzeciej tradycji na mityngach zamkniętych czy tylko na otwartych? Skoro jedynym celem grupy AA jest niesienie posłania to czy jest to aż tak istotne? Jak „nowy” może wejść na mityng zamknięty? Spostrzegliśmy jak niezgoda grup może być zniechęcająca, gdy czytamy w książeczce adresowej w jeden dzień o jednej godzinie w małej miejscowości dwa MITYNGI rywalizują o uczestników? Czy wówczas możemy mówić, że wypełniamy służbę posłania nadziei przed osobistymi ambicjami? Rozważaliśmy w naszym sumieniu czy zasadne jest podawanie kilku na raz tematów mityngu z różnych materiałów spoza Aa? Czy nie wprowadza to knajpianego chaosu wypowiedzi uniemożliwiając nawiązanie do programu zdrowienia AA? Czy służy to grupie? Czy jesteśmy uczciwi wobec tradycji AA mówiącej o nie użyczaniu nazwy AA, nie popieraniu organizacji, instytucji jeśli propagujemy literaturę inną niż wydawaną przez BSK na mityngach grup AA? Podano dość przekonywujące mnie argumenty za trzymaniem się naszej literatury. Jeśli jestem w kościele katolickim to nie czytam i nie oferuję Tory – ważnej dla wyznawców judaizmu, mimo że wszystkie wyznania religijne niosą podobne posłanie miłości bliźniego. Na własny użytek, u siebie w domu czytam wszystko! Aby tylko nie pić! To mój wybór. Lecz na mityngu AA jestem odpowiedzialny za przekazanie posłania AA w tak czystej formie jak mi to ofiarował Bill. W. Kupując literaturę wydaną przez BSK AA wspieram posłanie dla tych, którzy jeszcze cierpią, w pozostałych przypadkach korzyści przypadają prywatnym wydawcom. W naszych salach spotkań brakuje emblematów AA – trójkąta wpisanego w okrąg – symbolu trzech legatów, fundamentu AA: jedność, służba, zdrowienie. Jest on czasem zastępowany „wielbłądem”, o którym nie ma wzmianki w testamencie naszych poprzedników Billa i Boba. Sprawdziłem w zoologicznych materiałach: wielbłąd może wytrzymać bez picia ok. 12 dni a potem - musi się napić. Czy o taką wymowę tego symbolu nam chodzi w AA? Jak sądzę są to naleciałości z początków powstania wspólnoty AA w Polsce, małej wówczas dostępności materiałów źródłowych, pokutują nadal w postaci dawnych wpływów klubów trzeźwościowych, ambicji założycieli grup. Zacytowaliśmy z JWB str. 138 - refleksję dotyczącą mężów zaufania i weteranów. Niby omawialiśmy drobne przykłady braku jedności, lecz przysłowie mówi: …od kamyczka do rzemyczka…Wielu z uczestników dostrzegło wagę i znaczenie sztuki budowania sumienia grupy AA i jedności - składnik odbudowy swoich relacji rodzinnych. Jakże często przekora staje się źródłem naszych niepowodzeń? Wielu z nas sprawdziło – można mieć racje i być samotny. O wiele trudniejsze jest włączenie się i wsparcie działań dla dobra większości, rezygnacja z udowodnienia swojej racji. Zgodnie stwierdziliśmy, że pokory doskonale uczą nas służby w AA. Już od pierwszego mityngu można być pomocnym, włączyć się i zaangażować w życie swojej macierzystej grupy – lub marnotrawić szansę osiągnięcia trwałej trzeźwości, popadać w kolejne depresje, stać biernie z boku w samotności. Sama wiedza bez praktyki nie wielu pomogła. Wspomniano o braku chętnych do pełnienia służb w grupach. Doświadczenia „starszych” wskazują na brak w sumieniu grupy tradycji sponsorowania i przygotowywania do służby „nowoprzybyłych”. Omawialiśmy także sposoby głosowania nad ustalaniem sumienia grupy. Opowiadaliśmy się raczej za wysłuchaniem argumentów przeciwników i raczej przekonywaniu w drodze dyskusji niż jedynie oziębłego pokonania w wyniku przeliczenia głosów. Trudno czasem zadowolić wszystkich. Aby uniknąć niezgody lepiej na jakiś czas odłożyć podjęcie ostatecznej decyzji.

Po dwóch dniach medytacji nad tym warsztatem Włodku powiem, że najłatwiej definicję „sumienia grupy” jest mi odnieść do porównania z „miłością partnerską”.

Patrz JWB – hasło  1.„Miłość” 2. „Weterani”.

Lechu red. MITYNGU