MITYNG 11/113/2006

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


         

Wróciłam z Konferencji Regionu. Pojechałam tam z ciekawością jako wolny słuchacz – zobaczyć jak wygląda służba mandatariusza poza grupą i Intergrupą. Usłyszałam o tym jak innym pomogły służby w zdrowieniu. I uwierzyłam. Bo ja to samo czuję już dziś. W wypowiedziach usłyszałam też  wielką troskę o jedność naszej Wspólnoty. I mój odwieczny lęk przed samotnością odszedł. Bo i tym razem uwierzyłam, że skoro tylu nas jest takich, którzy troszczą się o naszą Wspólnotę, to ona przetrwa. Nie muszę obawiać się, że drzwi mityngu będą zamknięte, kiedy będę do nich stukać po pomoc. Że zostanę sama ze swoją chorobą. Uwierzyłam, że za rok czy za 10 lat  będę miała, gdzie pójść i dzielić się swoim doświadczeniem. To jest możliwe wg mnie pod kilkoma warunkami, które MOGĘ spełnić, bo to zależy tylko ode mnie:

 Jeśli dziś sama o to zadbam przy pomocy starszych kolegów w służbie, od których mogę wiele się nauczyć.  Jeśli oprócz zdrowienia tak samo będą dla mnie ważne służby i jedność AA. Jeśli przekażę to doświadczenie tym, którzy dziś boją się przyjąć odpowiedzialności za służby w grupie. Jeśli opowiem, tym którzy przyszli i przyjdą po mnie do AA, jak bardzo służby są mi pomocne w zdrowieniu. Nie pozwalają być samotną, bezużyteczną, zalęknioną. Pozwalają poczuć wartość samej siebie. Pozwalają przełamywać strach, niepewność, nieśmiałość, którą zwykle zakrywałam złością i nonszalancją. Pozwalają mi czuć się odpowiedzialną, bo „chcę” a nie bo „muszę”. Mój czas poświęcany  Wspólnocie jest tym samym czasem, który kiedyś poświęcałam na picie. Wtedy byłam dla rodziny niedostępna, pijana. Dziś z Konferencji wróciłam zmęczona całym dniem, ale uśmiechnięta i radosna - trzeźwa. Pełna nowej nadziei i nowych doświadczeń.

 A wracając do mojej pierwszej służby – mycia szklanek... w moim pijanym życiu tysiące razy myłam szklanki po pijackich imprezach, dziś mycie szklanek po mityngu ma dla mnie zdecydowanie inną wartość – jest dla mnie bezcenne. Tak samo jak bezcenne stało się dla mnie moje trzeźwe życie, uśmiechy przyjaciół z AA i poczucie bezpieczeństwa wśród nich.      

Radośnie - Gosiali       

 


 

Migawki z warsztatu Konferencji      

 

Kolejna Konferencja Służb Regionu Warszawa w Wiązownej przeszła już do historii. Pozostały wspomnienia i kilka obrazków w pamięci. Byłem tam w charakterze gościa - a jednak przeżyłem ciekawe dla mojej trzeźwości chwile.. Już na parkingu widać było zaangażowanie organizatorów. W środku spokój i rozwaga. Aż miło było wśród zapełnionej sali wysłuchiwać spikerów przedstawiających swoje doświadczenia w temacie: WZRASTANIE W SŁUŻBIE – POMOCĄ W TRZEŹWIENIU. W tym warsztacie mówca, po raz pierwszy na Konferencji, okazał się entuzjastą lektur spoza AA. Próbował bez powodzenia urozmaicać mityngi czytaniem wierszy. Kolejny lektor większość swej trzeźwości zdobył pełniąc różnorakie służby. Przy okazji nauczył się obsługi komputera. Następnie usłyszeliśmy jak przyjaciel został „wrobiony w służby” bo nie umiał odmawiać. Okazało się to dobre, bo już od ponad 1,5 roku jest trzeźwy, kiedy dawniej nie mógł wytrzymać 3 miesięcy. A potem przedstawicielka kolejnej intergrupy opowiadała, że kontakt ze służbą zaczął się od tradycyjnego „mycia szklanek”. Dzięki radom sponsorki przy podejmowaniu dalszych służb musiała zapoznać się z Tradycjami AA. Uczy się pokory. Dzięki AA nie pije. Wskazując na znak trójkąta wpisanego w okrąg następny lektor nazwał go „owocem miłości”. W czasie choroby zaczął czytać „Przekaż dalej”, co sprawiło, że czuje się bardziej dojrzały duchowo. Zaczął wygrywać z Bogiem, nie w ping-ponga, ale w życiu. Sponsoruje. Za swą trzeźwość służbą spłaca dług wdzięczności dalszy mówca. Mył szklanki, brał udział w interwencjach, sporo tłumaczył i podejmował wiele innych zajęć. Dziś jest „za cwany” by przestać chodzić na mityngi. Ostatni spiker nie będzie repetował ponownie służb w grupie aby nie blokować drogi do trzeźwości innym. Są różne poziomy służb. Zasady poznane w miarę wzrastania w służbie przenosi do życia w domu. Książkę „12x12” ma za przykładem innych bardzo pokreśloną. Po przedstawicielach intergrup była okazja do wypowiedzi z sali. Padło wiele ciekawych wspomnień, a potem wystąpienia przedstawicieli służb i wybory. Brak czasu na pełną relacje. Przygotują ją pewnie odpowiednie służby. My tylko dla formalności powiemy, że do służb zostali powołani:

Przewodn. zespołu literatury              Tomek/Wschód

Przewodn. Zespołu Internetu               Andrzej /Sawa

Przewodn. Zespołu ds. ZK                   Darek/ Wars

Czermen Konferencji                            Włodek/Wars

Nowego redaktora MITYNGU nie wybrano. Zespół literatury czeka na kandydata.

Dla mnie osobiście największym przeżyciem obok spraw konferencyjnych była wzmianka jednego z przyjaciół, że z głębokiej depresji wyrwała go świadomość obecnej Konferencji, na której obiecał być. Jest z nami i niczego nie żałuje. Oby zawsze służba chroniła nas w trudnych chwilach.  Na kolejną wiosenną Konferencję Służb AA naszego Regionu Warszawa zaprosiła nas Intergrupa Północ do miejscowości Laski.

Dla MITYNGU relację spisał  Marek 21 X 06

 


 

Zanim sięgniesz po gorzałę.

 

                        Była sobota, gdy zadzwonił telefon. Kolega miał wpadkę i chciał porozmawiać. Mówił, że nie wie co robić, że źle się czuje. Choć nie lubię takich telefonów, jednak żal mi się zrobiło przyjaciela i obiecałem, że przyjadę aby z nim porozmawiać. Ale najpierw była praca a potem warsztaty w PIKu przy Berezyńskiej. Tam spotkałem się ze swoim sponsorem i opowiedziałem o koledze. Nadmieniłem też, ze właśnie po warsztatach wybieram się na rozmowę. Sponsor uważnie wysłuchał, spojrzał dziwnie i powiedział: - Słuchaj Grzegorz!!! W trudnych warunkach możesz do mnie dzwonić zawsze, nawet w nocy, choć tego bardzo nie lubię. W tym momencie pomyślałem – co za facet, to taki przyjaciel? Za chwilę sponsor dodał: - możesz dzwonić o każdej porze, ale jest jeden warunek – zanim się napijesz. Później nie zachęcam do kontaktu.

Pojechałem do nieszczęsnego kolegi i opowiedziałem o rozmowie ze sponsorem. Postawiłem taki sam warunek. Możemy pogadać, ale przed napiciem. Mam nadzieję, że wyciągnął właściwy wniosek.

To było dla mnie ważne wydarzenie, opowiadam o nim na mityngach powtarzając, że jestem skłonny zawsze porozmawiać z potrzebującym ale …. zanim sięgnie po gorzałę.                                              Grzegorz Warszawa 4 X 2006r

 

 


 

Z korespondencji mailowej

 

Niedawno była w naszych codziennych refleksjach myśl dla mnie ważna - że Krok X to nie tylko regularna praktyka samoanalizy dokonywana o określonych porach (na przykład wieczorem) lecz także, a może przede wszystkim, CIĄGŁA czujność, ciągła gotowość do zatrzymywania się niejako "w pół kroku", kiedy tylko dociera do mnie, że jest źle. Konsekwencją takiej czujności winno być natychmiastowe, a nie odkładane na później, przyznawanie się do popełnianych błędów.          
Jakiś czas temu przeżyłem scenę, która stała się dla mnie ważna. Któregoś dnia wróciłem do domu (wprowadzając dzieci przywiezione ze szkoły) i zastałem mieszkanie zasłane śmieciami - mój pies dokonał absolutnego zniszczenia, wywlekając wszystko, co znalazł w koszu na śmieci. Mój pies robił tak od wielu, wielu lat a ja zawsze mocno na niego krzyczałem, gdy tak się zachował. Mimo tego - pies dalej robił swoje (nie kieruje się przecież ludzką logiką). Wiedziałem, że pies to pies ale mimo tego wpadłem w gniew. Zacząłem krzyczeć na psa. Dzieci poszły do siebie do pokoju. Pies ze strachu wlazł pod półkę z książkami i leżał tam z podkulonym ogonem, łypiąc przerażonymi oczami. Sprzątałem śmieci, wściekły i rozżalony i...krzyczałem. Darłem się. Im bardziej krzyczałem, tym bardziej gniew mnie opanowywał i zaślepiał, jakby jakieś bielmo spadło mi na oczy, jakby zasłoniło mózg. Zacząłem się po prostu wydzierać. Walnąłem w końcu z wściekłością koszem na śmieci, trzasnąłem drzwiczkami pod zlewem. I poszedłem do sypialni. I wtedy nastąpił ten ważny moment. Usiadłem dysząc z wściekłości na łóżku i...dotarło do mnie, że w domu panuje absolutna, niczym nie zmącona, cisza. Dzieci gdzieś zamarły w swoim pokoju i nie bawiły się, jak zwykle, pies leżał skulony pod półką, a ja tak dyszałem w samotności. I nagle ten obraz, jak ukazany, w lustrze, jak sfilmowany przez kogoś, dotarł do mojej świadomości. "Jezu, co ja robię?" "jak ja się zachowuję?" "Działam, jak pijany, dokładnie, jak pijany" - zacząłem myśleć. Gniew natychmiast wtrącił mnie w pijaną otchłań umysłu, straciłem panowanie nad sobą. Zrobiło mi się głupio przed dziećmi. Zacząłem myśleć, starać się uspokoić. Pierś jeszcze unosiła się silną emocją ale głowa już analizowała sytuację - co robię, co się stało, co powinienem zrobić? Powiedziałem sobie prawdę - zareagowałem tak nie dlatego, że tego wymagała sytuacja. Ale dlatego, że juz wcześniej zaczęły mi się gromadzić napięcia, zmęczenie, itd. a to było, jak pęknięcie tamy - nagle wszystko wybucha. Zacząłem myśleć racjonalnie: Przecież pies to pies. Wyżera śmieci i je rozwala od wielu lat, nigdy nic się nie zmienia. On jest jak ja - alkoholik, to on - śmiecioholik. Pies jest bezsilny wobec swojego instynktu "śmieciowego". A ja mogę po prostu wynosić śmieci. I tyle. A jak to teraz przyjęły dzieci? Co sobie myślą? Jak to wszystko wyglądało w oczach dzieci? Zrobiło mi się cholernie wstyd. Oto niepijący tatuś nagle wydziera się, jak pijak. I z bólem, z ciężkością nóg, podniosłem się i... poszedłem do nich do pokoju, po czym powiedziałem: PRZEPRASZAM. Powiedziałem, że źle się zachowałem, że mnie poniosło, a jestem ostatnio zły, napięty, itd. To był to ostatni raz, gdy tak krzyczałem na psa. Co pewien czas zapomnę wyrzucić śmieci wychodząc z domu - po powrocie znajduje je rozwleczone po domu. Kładę to na karb mojego zaniedbania, a nie obwiniam już psa - przyjąłem, że taka jego natura (jak w dzisiejszych refleksjach AA o szczeniakach, to też idealna opowieść dla mnie, o mnie) i tyle. Co ciekawe - nie tylko psu jest lżej z tego powodu lecz przede wszystkim mnie. Bo to ja nie wpadam w gniew, nawet jeśli się złoszczę. Bardzo ważne staje się dla mnie słowo Z MIEJSCA w treści Kroku X. Słowo, które wyraźnie wskazuje, że działania zmierzające do przecięcia wszystkiego, co złe, co może do mnie przyjść w każdej chwili (i przecież ciągle się pojawia) mam podjąć natychmiast, od razu, bez czekania na specjalny moment. Że nie ma w moim życiu, jak w szkole LEKCJI KROKU X, którą odrabiałbym od tej godziny do tej, a potem mam "z czachy". Że przepraszać mam nie "jutro" tylko "teraz", NATYCHMIAST, czyli gdy tylko mój umysł mi na to pozwoli, gdy tylko uzyskam przynajmniej poczucie, że coś robię źle. To poczucie uzyskuje coraz częściej, dzięki innym alkoholikom, dzięki Programowi i przede wszystkim, dzięki Bogu.

Pozdrawiam serdecznie - Tomek alkoholik, grupa AA - W Drodze

 

 


 

Wartość postanowień pokazuje działanie.

 

            Uśmiechnąłem się do własnych wspomnień, gdy na mityngu słyszałem jak jeden po drugim nowi przyjaciele postanowili żyć bez alkoholu oraz jak są dumni ze swoich postanowień. Ja też kiedyś byłem dumny z realizacji swoich postanowień. Był taki czas, że postanowiłem sobie popić i to zrobiłem. Kiedy po popijawie bolała mnie głowa, to postanowiłem odpocząć od picia aż do czasu kiedy ….. zmieniłem zdanie i postanowiłem ulżyć sobie w cierpieniu. Wypiłem „setkę” a później postanowiłem, że napiję się jeszcze trochę. Następnego dnia znów postanowiłem zrobić sobie przerwę w piciu. Nawet nie wiedziałem, że kieliszek z kolegą rozpocznie kolejną popijawę. Najgorzej było w domu. Kiedy żonie tłumaczyłem, że postanowiłem dzisiaj nie pić albo nawet tydzień, to usłyszałem, że na moim słowie nie można polegać. Pomyślałem sobie - mieć zasady to jedno, ale być ich niewolnikiem to co innego. Tak się zdenerwowałem, że balowałem kilka dni. Żona, zawieszona w niepewności, nie wiedziała czy tego dnia wrócę do domu czy nie, czy już postanowiłem zakończyć balangę albo w jakim jestem stanie. Jedno co wiedziała, to to, że moje zasady gdzieś się zagubiły w gorzale, że wymagam pomocy. Gdy wstąpiłem do AA nie miałem problemu z postanowieniem aby dziś nie pić. Co jak co, to posiadałem wyjątkową łatwość podejmowania postanowień. Kłopoty zaczęły się za kilka dni. Jakoś nie miałem ochoty podejmować kolejnej decyzji o niepiciu, tym bardziej, że koledzy od gorzałki czekali. Chyba tylko wyjątkowo serdeczna atmosfera mityngu pozwoliła mi zachować abstynencję. A później był następny mityng, następny…. Tak minęło kilkanaście lat i jakoś nie miałem okazji aby zmieniać postanowienia dotyczące nie picia. W tym czasie wyczytałem w naszej literaturze: „Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, nim  nauczymy się prostych prawd, według których należy żyć.”  ("Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość" str.331) Te słowa mówiły o moim pijanym życiu. Nie potrafiłem wytrwać we własnych postanowieniach. Raczej starałem się postanowienia dostosowywać do aktualnych potrzeb. Nikt nie potrafił zrozumieć moich zachowań. Pewnie ja sam również. Nawet najbliżsi woleli się odsuwać ode mnie niż ciągle przeżywać przykre niespodzianki jakie im sprawiałem. Wpadałem w pułapkę cierpień samotności. Dzisiaj drogowskazem życia jest głośne deklarowanie oraz spełnianie zasad AA. Są one sprawdzoną wskazówką, jak żyć, aby nie wpadać w tarapaty. Moje działania są czytelne i jasne dla innych. Dzięki temu łatwiej mi jest porozumiewać się. Ludzie wiedzą, czego się mogą po mnie spodziewać.

Mam nadzieję, że nowi przyjaciele z mityngu znajdą w sobie tyle wytrwałości, aby zdrowych postanowień nie zmieniać co chwilę jak to kiedyś ja robiłem. Wiem ile wymagało to wysiłku ode mnie.  Dlatego każdego z nich zapewniam o wielkim szacunku. Nie jest łatwo trwać w wierności dziedzictwu AA.

Pozdrawiam pogodnie

Marek Warszawa

4 09 2006 r

 


 

Czuję się wybrany.

 

Jak masz na imię?

Mam na imię Zbyszek i jestem alkoholikiem.

Zbyszek ile ty masz lat, kim byłeś?

Mam prawie 50 tkę na karku.

Odsiedziałem z małymi przerwami kilkanaście lat. Za każdym razem kiedy opuszczałem ZK obiecywałem sobie, że nigdy już tam nie wrócę. Ale wracałem i to szybko bo najczęściej po wyjściu szedłem do monopolu i w stare towarzystwo. Tak naprawdę nie wiele się napiłem, nie zdążyłem bo większość dorosłego życia spędziłem w ZK. Wracałem tam 6 razy. Pierwszy raz trafiłem za kraty jako 17 latek a potem to już poleciało. W ZK byłem twardzielem, grypsowałem, a tych których pokazywali w TV, jak zmienili swoje życie uważałem za frajerów. Nigdy nie myślałem o sobie, że jestem alkoholikiem. Wszyscy, ale nie ja. Po prostu przy każdej okazji najważniejsze było zdobycie pieniędzy na gorzałę i wówczas dopuszczałem się przestępstw. A siedziałem za niewinność – tak myślałem.

Nigdy nikt ze mną nie rozmawiał po trzeźwemu, tak po ojcowsku. Nikt mi nie pomógł zobaczyć że popełniam te same błędy. Nikt nie zasugerował żebym może raz spróbował inaczej żyć skoro za każdym razem wychodzi mi źle, a sam jakoś nie umiałem wyciągnąć wniosków.

O czym myślałeś zaraz po wyjściu z ZK, co się z tobą stało?

Wiesz, tak naprawdę nie miałem nic. Ani kochanki, ani mieszkania. Żadnego zawodu. Nie miałem pracy. Miałem wilczy bilet recydywisty, nic nie umiałem, nie chciało mi się po prostu żyć. Tak naprawdę to w pierwszych dniach wolności chciałem zapić się na śmierć, bo skoczyć z wysokości nie miałem odwagi. Nie widziałem sensu życia. Jedynie mama wspierała mnie i czasem dała mi jeść. Zdążyłem załapać w tym krótkim czasie kilka „artykułów”, wywieźli mnie na Kolską i chyba to mnie trochę otrzeźwiło. Ale naprawdę to lekarka na detoksie w szpitalu w Drewnicy powiedziała mi, że jest sposób aby nie pić. Podpowiedziała mi, żebym zgłosił się na terapię do Instytutu Psychiatrii na Sobieskiego i tak zrobiłem. Tam po pierwszych rozmowach zostałem skierowany na 20 mityngów, a potem poddałem się terapii. Wnerwiali mnie inni uczestnicy zajęć. Czułem się od nich gorszy. Ja recydywista, podziargany, a tu obok mnie jakiś doktorek, jakiś młodziak co to troszkę popił i już mówi że ma problem. Czułem się tam najgorszy z możliwych. Jedna ze szczerych rozmów z przyjacielem AA pomogła mi przełamać niechęć. I jakoś to poszło, uczęszczałem.

Ile lat udaje ci się nie pić?

Niedługo będzie już 10 lat jak nie piję i wydaje mi się, że udało mi się zmienić swoje życie na tyle aby dzisiaj czuć się szczęśliwy. Prawie tyle samo czasu nie palę papierosów i nie piję kawy.

Pamiętasz swój pierwszy mityng?

Do AA trafiłem po kilku tygodniach od ostatniego pobytu w ZK i po tych początkowych alkoholowych występach. Bardzo się spociłem na swoim pierwszym mityngu. Nic nie rozumiałem, byłem strasznie spięty. Dostałem oczywiście brawa. Spotkałem się z akceptacją i przylgnąłem do grupy na ul. Goplańskiej. Czasem jeździłem na inne i to jak najbardziej odległe mityngi, żeby nikogo ze starych znajomych nie spotkać. Już po pół roku parzyłem na Golańskiej herbatę, potem zrobili mnie skarbnikiem, a następnie mandatariuszem. Imponowało mi to zaufanie jakim mnie obdarzono. To wówczas była liczna grupa i umycie około 60 szklanek i posprzątanie po mityngu wymagało dużo pracy. Miałem dużo czasu więc robiłem to. Nie zawsze byli chętni do pomocy.

Po pierwszych 4 latach w AA zorientowałem się, że zbyt wiele tych służb na siebie nabrałem. Pomagały mi one w tym okresie utrzymać trzeźwość, to prawda. Miałem wrażenie że nadmiernie mnie nimi obwieszano. Potem stopniowo wycofałem się z nich dając miejsce innym.

A jak dzisiaj służysz innym AA?

Po pierwszym roku trzeźwości poszedłem na mityng do ZK. Ubrałem się elegancko w krawat, kurtkę skórzaną i poszedłem. Jako odwiedzającemu przypięli mi identyfikator i prowadzili korytarzami na mityng. Zobaczyli mnie znajomi skazani i zaczęli do mnie pokrzykiwać bo sądzili że znowu zostałem zatrzymany i mam wyrok do odsiadki. Speszyło mnie to tak, że aż zakryłem identyfikator. Chodzę od tamtej pory do Zk bo uważam, że mogę komuś zagubionemu jak ja kiedyś pomóc, pokazując, że nie musi popełnić tych samych błędów. Chodzę na Białołękę, czasami na Mokotów, na Kamczatkę. Jestem żywym świadectwem, że można żyć bez gorzałki i uczciwie. Mam takiego  podopiecznego w ZK, któremu obiecałem pomóc jak wyjdzie za 1,5 miesiąca. Nie dam mu pieniędzy, ani recepty jak żyć, ale spróbuję pomóc mu załatwić pracę, pokazać co ja sam zrobiłem. Wiem że ja za niego nie wytrzeźwieję. Chodzę do ZK bo i mnie to trochę pomaga - nie zapomnieć skąd przyszedłem. W ZK są specyficzne warunki, które mogą być trochę zniechęcające dla innych AA z zewnątrz. Trudno tam się otworzyć z oczywistych względów. Wszyscy skazani wiedzą, że ja nic nie przynoszę nie przekazuję, nie załatwiam żadnych spraw na wolności. Służby więzienne są bardzo przychylne naszym spotkaniom aowskim. Wydaje mi się, że i im na tym zależy aby pomóc tym którzy chcą przestać pić. My chodzący do ZK jesteśmy wdzięczni za tę możliwość. Procedury służb więziennych są trochę rygorystyczne, lecz przez ten czas przywykłem do nich i rozumiem że musimy się do nich stosować. W końcu jesteśmy tam gośćmi.

Możesz powiedzieć co przez 10 lat zmieniłeś w swoim życiu, jak jest obecnie?

Trudno mi było podjąć pierwszą pracę z taką przeszłością. Jak szedłem na rozmowę to z góry się denerwowałem, że mnie nie będą chcieli, wygonią. Myślałem – po co komu taki potatuowany recydywa? Zatrudnił mnie człowiek związany z AA – dał mi szansę a ja z niej skorzystałem. Mam stałą pracę i jestem w niej szanowany. Mój pracodawca obdarzył mnie od pierwszych dni dużym zaufaniem. Jestem bardzo wdzięczny jemu i jego rodzinie za pomoc którą mi okazał. Bardzo mi pomógł. Potrzebowałem wówczas każdej pracy. Dzięki wytrwałości i determinacji zrealizowałem swoje marzenie żeby mieć prawo jazdy. Zawsze chciałem być kierowcą jak mój nieżyjący już ojciec. Pierwszy samochód dostałem od pracodawcy – Wartburga. Potem kupiłem sobie lepszy. Wszystko za własne zarobione uczciwie pieniądze.

Od czterech lat mam własną rodzinę. Ożeniłem się z piękną kobietą i mam z nią śliczną ukochaną córkę. Obiecałem sobie i mojej córeczce, że nigdy nie zobaczy mnie pijanego. Początkowo wynajmowaliśmy mieszkanie. Dziś mam już własne kupione w części za kredyt, który oboje spłacamy. Wyposażyliśmy je we wszystkie niezbędne sprzęty. Czasem trudno było nam utrzymać się. Moja żona podniosła międzyczasie swoje wykształcenie. Ma szanse na lepszą pracę. Oboje ciężko pracujemy. Spełniły się moje wszystkie najskrytsze marzenia. Jest tak jak śniłem i zawsze chciałem żeby było. Nie boję się listów poleconych, wezwań ani stukania do drzwi. Jestem w porządku. Mam popłacone wszystkie rachunki. Wreszcie nie czuję się gorszy. Czasem trudno mi w to wszystko uwierzyć. Mam wrażenie, że jestem wybrany przez Boga. Nie wiem czym sobie na to wszystko zasłużyłem, ale jest mi dobrze. Udzielam się także w fundacji „Sławek” wspierającej pierwsze dni życia na wolności byłych skazanych. Organizują oni kursy doszkalające. Organizują naukę zawodu. Wskazują miejsca noclegu zaraz po wyjściu z więzienia. Wspierają tych, którzy po wyjściu z ZK nie mają dokąd pójść a chcą utrzymać trzeźwość. W ramach wolontariatu w fundacji mam w najbliższą sobotę zaopiekować się jednym ze skazanych, który wyjdzie na przepustkę z ZK. Będę, mówiąc humorystycznie - jego „aniołem stróżem”. Po przepustce odprowadzę go do ZK. Od niego zależy czy zechce, skorzystać z programu pomocy byłym więźniom. Każdy ma taki wybór – być wolny i żyć, albo wrócić i zdychać w kryminale. Wiem, że nie jest łatwo wytrwać samotnemu, ale jest to możliwe przy pomocy AA, i innych fundacji wspierających więźniów. Wszystkim za murem życzę spełnienia marzeń i rychłej wolności.

Wszystko jest możliwe póki nie pijemy!                       Zbyszek alkoholik

rozmawiał Lechu02

 


 

Już nigdy nie będziesz sam.

 

Leżał przy oknie, po prawej stronie. Jak my wszyscy po zawale, denerwował się trochę i nie mógł spać. Co chwilę sięgał do pakunku obok siebie, coś tam wyciągał i zajadał. Zaintrygował swoim zachowaniem. Zapytaliśmy, co takiego tak chowa. Powiedział, że to jest placek drożdżowy. Żona od lat szykuje mu aby miał na śniadanie i kawałek do pracy. Bez tego placka nie wyobraża sobie dnia. Od tego momentu aż do znudzenia, kilka razy dziennie wysłuchiwaliśmy opowieści jaka to wspaniała jest żona i jak wspaniale wypieka ten placek. Nie powiem, ale w duszy pojawiła mi się zazdrość. Z kolegą po prawej od drzwi wprosiliśmy się na poczęstunek. Przyszła niedziela i jak w szpitalu bywa mnóstwo odwiedzających. Już z daleka uśmiechnięty od ucha do ucha pokazywał, że placek jest i będzie uczta. Do dziś nie wiem, czego z kolegą oczekiwaliśmy ale efekty były …… zwyczajne. Placek okazał się bardzo podobny do wielu innych, jakie miałem okazję próbować, tyle, że świeży i przez to może bardziej pachnący. Jednak gotów byłem potwierdzić, że jest najlepszy na świecie gdy patrzyłem na szczęśliwą twarz kolegi. To placek, który upiekła jego żona i to było najważniejsze. Można szukać obrazu wielkich miłości jak Romeo i Julia, Antoniusz i Kleopatra albo innych. Tu miałem najpiękniejszy, do tego pachnący.

Pewnie w tym momencie ktoś zapyta, a jaki to ma związek z programem AA i trzeźwością?  Jest odpowiedź. W czasie niedzielnych odwiedzin zdziwił się kolega, ten od drzwi - miałem go najbliżej - dlaczego odwiedziło mnie tak wielu ludzi. Do niego nikt nie przyszedł a do mnie dotarł nawet kolega z Anglii.. Początkowo nieśmiało, a później coraz żwawiej poszła opowieść o przerażającej samotności w moim pijanym życiu, o Wspólnocie AA, że teraz nie piję, że doznałem najwspanialszej przemiany. POLUBIŁEM TRZEŹWE ŻYCIE, NIE JESTEM JUŻ SAM. Chyba dość sugestywnie opowiadałem bo we wtorek poszliśmy w szpitalnych szlafrokach na MITYNG AA, który odbywał się na terenie szpitala. Później jeszcze raz się spotkaliśmy i znajomość jak to ze szpitalnymi często bywa rozwiała się. Z wielkim zaskoczeniem, po kilku latach na spotkaniu Intergrupy patrzę, że ktoś uśmiecha się do mnie. Był to przyjaciel, z którym kiedyś byłem na mityngu a dzisiaj swoją obecnością przypomniał mi pachnącą opowieść o placku.

Pozdrawiam pogodnie Marek 26 08 2006 r.

 


 

Spotkanie integracyjne

 

Był piątek - dzień jak co dzień - a mnie gryzł jeden problem. Poprzedniego dnia padła w pracy propozycja spotkania integracyjnego, a to znaczy - knajpa i wielkie chlanie. Nie wiedziałem, iść czy nie?. Bałem się, jak zostanie przyjęta moja nieobecność przez resztę współpracowników. Co o mnie pomyślą?  - Wyłamuje się taki, lepiej z nim nie gadać itp. Ale też nie mogę całe życie uciekać przed alkoholem, nie mogę unikać spotkań z ludźmi tylko dlatego, że są urządzane w niezbyt dogodnych dla mnie warunkach. Dręczyłem się całe przedpołudnie. Trudno było  się skoncentrować na pracy, nerwy przeszkadzały. Jak dawniej zacząłem reżyserować cały wieczór. Jak ma być, jak będę musiał odmawiać i ile toastów wytrzymam odmawiając. I tu zorientowałem się,  sam nie dam rady z tym problemem. Postanowiłem zadzwonić do przyjaciela z AA. Kilkuminutowa rozmowa pozwoliła mi spojrzeć na to wszystko inaczej, z innej perspektywy. Usłyszałem kilka prostych sposobów, jak poradzić sobie z kolegami, którzy mogą zbyt mocno nalegać na toast, jak radzić sobie z tekstami typu - Co, ze mną się nie napijesz ? Jaki z ciebie kumpel? Musiałem też przygotować sobie „plan ewakuacyjny”. Po tej rozmowie wystarczyło porozmawiać z szefem. Znamy się dość długo i nasze stosunki   bardzo koleżeńskie. On zna moje problemy. Umówiliśmy się, że pomoże mi w trakcie spotkania. Pomogło na tyle, że uspokoiłem się i mogłem tego dnia zacząć normalną pracę. Złe myśli i obawy zniknęły. Poszedłem na spotkanie wzmocniony radami przyjaciela z AA dodatkowo zaopatrzony w „plan ewakuacji”, jak to sobie nazwałem. Po około godzinie mój szef krzyknął tak, żeby wszyscy słyszeli: -  „Piotrek nie chcę ciebie wyganiać, ale są jeszcze sprawy które musisz dzisiaj załatwić” . Nikt się nie sprzeciwił i nikt nie zaprotestował . Pożegnałem się z całym towarzystwem i wyszedłem z restauracji. Wróciłem do domu i spokojnie poszedłem spać .

Ten dzień nauczył mnie jednego. Sam potrafię dręczyć się nierealnymi scenariuszami. Ale jak zaufam drugiej osobie i podzielę się z nią swoim problemem, to możliwe, że otrzymam sposób w jaki ten ktoś już dawniej poradził sobie w podobnej sytuacji. Zrozumiałem jak ważny jest dla mnie sponsor w AA.  Nie muszę błądzić samotnie. Są ludzie, którzy znają drogę.    

Pozdrawiam Piotr  Warszawa 15.10.2006 r.

 


 

W AA uczę się jak nie wpadać w tarapaty

 

Na tym mityngu byłem pierwszy raz. Zupełnie przypadkowo. Usiadłem z boku i patrzyłem na schodzących się przyjaciół. Ostatni przyszedł nowy. Na początku nikt nie wiedział o tym, jako że w tej grupie można zaobserwować dużą rotację raczej początkujących uczestników, dopiero pytanie – czy jest ktoś po raz pierwszy? – pozwoliło jego ujawnić. Oczywiście prowadzący skierował kilka słów do nowego a potem jeszcze jeden z przyjaciół i to wszystko. Rozpoczął się koncert różnorakich przeżyć. Od narzekania na grupę terapeutyczną, niemożności porozumienia się w niej, ciągłych kłopotów osobistych z kolejnym partnerem do fanfar na cześć swego Boga, który skutecznie pomaga przy każdych trudnościach. Wystarczy, że tylko poprosi się i sprawa załatwiona. Słuchałem tych opowieści z niedowierzaniem i zwolna ogarniało mnie zaniepokojenie. Przyszedłem na mityng aby umocnić się w wierze, że stosowanie programu AA we wszystkich poczynaniach, pomoże mi godnie żyć bez alkoholu, a tutaj nikt nie mówił o programie a raczej robił relację z fragmentu życia, z którego nic nie wynikało. Takie „wyrzucanie”, które mogło przynieść zadowolenie jedynie mówiącemu. / Czy to nie jest czasem egoizm i egocentryzm? / Twarze słuchających były raczej znudzone. Ile można powtarzać te same historie? Miałem szczęście albo „tak miało być” bo dostałem minutę na wypowiedź przed zakończeniem mityngu. Mogłem więc powiedzieć nowemu, że uczestnicząc w życiu AA już nigdy nie będzie sam. Jeśli nie będzie pił to na pewno kiedyś się spotkamy. Na innych mityngach znajdą się ci, których spotka w przyszłości, zacznie być rozpoznawany i traktowany jako swojak. Że pozna zasady nowego życia. Ja dzięki nim „polubiłem trzeźwe życie”. O ile zawodowcy pomagają alkoholikom wydostać się z kłopotów, w jakie wpędził ich alkoholizm, to wspólnota AA ma zasady, które pozwalają żyć bez wpadania w tarapaty. Oczywiście aby coś stosować należy najpierw poznać, najlepiej z przewodnikiem, we wspólnocie nazywanym sponsorem. Wiedza o naszym programie jest zawarta w literaturze wyłożonej na stoliku. I na koniec mogłem zauważyć, że choć opowieści były różne, to za nimi zawsze kryła się trzeźwość wypowiadającego. Wiem ile to wymaga wysiłku, stąd szacunek dla każdego uczestnika mityngu i wiara, że można się zmieniać. Nie ważne skąd przyszedłeś, ważne dokąd zmierzasz. AA działa. Codziennie sprawdzam to na sobie.

Pozdrawiam pogodnie 28 08 2006 Marek Warszawa.

 


 

MITYNG 11/53/2001

Grupa domowa. Serce AA.

Nie pojmowałem jeszcze dokładnie pojęcia grupa domowa co to takiego. Jednak pewnego dnia przeczytałem artykuł jednego ze starszych członków AA w którym był poruszony temat wędrujących członków AA. Pisał on tam o ludziach, którzy byli w AA ale nie byli związani z żadną grupą AA na stałe. Po przeczytaniu tego artykułu zdałem sobie sprawę, że ja jestem jednym z tych wędrowników bez przydziału i obowiązków.

Ostatnie zapicie i dalej

Czułem się osaczony.  Żyłem z dnia na dzień niezdolny do podjęcia żadnej sensownej decyzji. W głowie kłębiły się myśli o sposobach wyrażenia swojego sprzeciwu. Alkohol pozwalał uciec od tego, więc był moim stałym towarzyszem.

 

MITYNG 11/65/2002

..TRZEBA WIERZYĆ W TO, CO SIĘ MÓWI

Kiedy na przykład nie mam ochoty iść na mityng, wiem, że mój Bóg radzi bym poszedł, więc idę i zazwyczaj okazuje się, że jest to mityng, na którym najwięcej zyskuję. Spróbujcie to zastosować do któregokolwiek z nielubianych, codziennych obowiązków, a zobaczycie o ile lepiej się poczujecie.

Informacja z Forum w ZK Siedlce 04-10-2002

W spotkaniu udział wzięli przedstawiciele Inspektoratu Więziennictwa, Dyr. ZK Siedlce, wychowawcy , psychologowie i terapeuci z AŚ i ZK naszego Regionu oraz łącznicy AA z wolności. Na spotkanie zaproszono także osadzonych w ZK Siedlce uczestników Wspólnoty .Forum Dyskusyjne miało na celu wymianę doświadczeń wszystkich uczestników oraz wypracowanie metod współpracy na przyszłość. Z podsumowania Forum wynikają trzy bardzo ważne wnioski.

ARESZTOWANY

Ostatnim wyborem jakiego dokonałem była decyzja wypicia pierwszego kieliszka. Król Alkohol i Pan Hyde – moja zła część – dokonali reszty. Popełniłem kilka naprawdę głupich przestępstw i zostałem aresztowany. Po detoksie w więziennej izolatce, zostałem doprowadzony do celi w nowopowstałym więzieniu w San Francisco. Czy to więzienie czy klasztor?. Jeśli chodzi o mnie – wszystko zależy od nastawienia.

 

MITYNG 11/77/2003

Bałem się odrzucenia

Pierwszy człowiek, do którego się zwróciłem, zrobił to, czego się najbardziej obawiałem - odrzucił mnie. Odrzucenie boli, ale wiedziałem, że chcę pozostać trzeźwy. Poprosiłem więc kogoś, o kim wiedziałem tylko jak ma na imię i że obchodzi piąty rok trzeźwienia. Zgodził się i narzucił mi pracę od podstaw programu AA.

KROK XI

Tak więc, gdy uważasz, że twoje modlitwy nie zostały wysłuchane, zastanów się:
1. Może modlisz się w złej sprawie? 2. Może prosisz, ale w głębi serca czujesz, że i tak będziesz wysłuchany? 3. Może oczekujesz spełnienia swych próśb natychmiast, zamiast czekać cierpliwie i z pokorą na znak od Boga? 4. Może to, o co prosisz nie leży w twoim interesie, a tylko Bóg to wie? 5. Może to, czego pragniesz mogłoby zranić lub skrzywdzić kogoś, kto modli się równie gorąco, jak Ty. 6. Może nietrafnie oceniasz to, co już otrzymałeś od Boga? 7. Spróbuj modlić się za innych, nie tylko za siebie. Może wtedy otrzymasz błogosławieństwa daleko wykraczające poza twoje dotychczasowe prośby.

 

MITYNG 11/89/2004

„ Służyć po służbie”. Miesiąc listopad - miesiąc modlitwy i medytacji - zaczniemy od pewnej zadumy. Przypomnijmy sobie znane hasło Billa W. z książki JĘZYK SERCA – „Bądźmy przyjaźni dla naszych przyjaciół”.

Przez modlitwę i medytację szukał trzeźwości

Często słyszałem o traktowaniu modlitwy niczym koncercie życzeń pomocnym w zrealizowania własnych planów. To nie o to chodzi. Może to głupio tak usiąść i "nic nie robić", szczególnie dla kogoś kto po prostu nie potrafił nawet na krótki moment uspokoić pędzących myśli burzących spokój, jakich spodziewa się znaleźć. Mnie bardziej zależy na poznaniu woli wobec mnie.

Marzena – alkoholiczka

Na dziś jedynym sposobem w jaki umiem się odwzajemniać za doznane dobro jest podjecie służby. Od niedawna prowadzę mityng. Bardzo się staram i zależy mi. Nareszcie nie przychodzę ostatnia i nie wychodzę pierwsza. Uczę się dyscypliny, obowiązkowości i przełamuje zawstydzenie zabierając głos. Chętniej rozmawiam z innymi. Staram się zapamiętywać imiona.

 

MITYNG 11/101/2005

Niesiemy posłanie AA.  Anonimowość

XXIV Konferencja Służb Regionu Warszawa, już za nami. 15X2005 spotkaliśmy się w Łomiankach. Z wielką odpowiedzialnością zorganizowała ją Intergrupa Mazowiecka. Jak zwykle odbył się warsztat na temat: „JEDNOŚĆ”. Doświadczeniem najpierw podzielili się Rzecznicy Intergup, a potem pozostali chętni. Warsztat w trakcie konferencji to najbardziej korzystna okazja podniesienia świadomości.

Po co mi anonimowość?

“Wolę być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem” to zdanie często cytowałem przy libacji w knajpie podczas mojego pijanego życia. Pamiętam jak łatwo było mi obiecać wszystko, co ode mnie chciano i oczekiwano, natomiast jak łatwo też było nie wywiązywać się do końca z żadnych obietnic. Bardzo chciałem, aby wszyscy w koło mieli o mnie wysokie mniemanie. Manipulowałem ludźmi i sobą, szastając obietnicami na prawo i lewo.

PROFESOR I PARADOKS

Przypuszczam, że zdobyłem stopnie naukowe głównie dlatego, że chciałem zarówno wywyższać się jak i poniżać wszystkich innych. Opublikowałem wielkie dzieło o badaniach naukowych, myślę, że z tego samego powodu. Jednak, kiedy ktoś łączy ten sprawdzian z alkoholem, ostatecznie rozwala go to zupełnie na kawałki. (Paradoksem, który prawdopodobnie już znacie, jest zdanie, które jest wewnętrznie sprzeczne, zdanie, które jest fałszem, ale które przy uważnym sprawdzeniu w pewnym przypadku, udowadnia, że jest prawdą): My aowcy poddajemy się, by wygrać, dajemy by dostawać, cierpimy by czuć się dobrze i umieramy by żyć.