MITYNG 07/121/2007

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


 

Pieniądze - zwykle dzielą ludzi niszczą bezinteresowną przyjaźń, zauważyli to założyciele AA; Bill i Bob. Wiele emocji pojawia się podczas wydawania ich w AA. Są to dobrowolne składki każdego z nas i nie dziwi mnie troska zainteresowanych przyjaciół aby były one spożytkowane zgodnie z „naszym jedynym celem” - niesieniem posłania. Czasem jest to troska nadmiernie rozpamiętywana, częściej jednak spostrzegam autentyczne zaangażowanie w dobrej wierze. Siódma tradycja. Składki do kapelusza w najprostszej formie są jednak niezbędne, abyśmy pozostawali niezależni. Opłacamy z tych datków sale spotkań, parzymy sobie kawę, herbatę. Kupujemy ulotki informujące o AA, opłacamy podróż naszym funkcyjnym, aby przynieśli nam wieści z zewnątrz. Wszystko to jest nam niezbędne, aby osoby poszukujące nadziei nie zastały zamkniętych drzwi. Mówi się też, że trzeźwy alkoholik staje się skąpy, nagle dostrzega wartość wydawanego grosza. Kiedy pił szastał na lewo i prawo, nigdy nie było mu żal, ale teraz …?

            Nasi poprzednicy wskazali dwa zdrowe sposoby samofinansowania się Wspólnoty AA, poprzez sprzedaż literatury mówiącej o programie AA powrotu do zdrowia i poprzez własne dobrowolne datki. Wysokość tych datków ma pośredni wpływ na cenę literatury. Jeśli składki są zbyt niskie to literatura musi być droższa.

Moja podejrzliwość co do celowości ponoszonych wydatków była tym wyższa im mniej miałem pojęcia o potrzebach AA. Wydawało mi się, że jak zwykle „ktoś na tym zarabia”. Sądziłem jak zwykle według siebie, nie byłem zdolny do poświęcenia za darmo, ot tak dla satysfakcji, dla wspaniałego poczucia bycia potrzebnym. Pewnie był to jeden z głównych powodów mojego picia. Pustka, uczucie bycie na aucie, bycie zbędnym żyjątkiem wśród obcych ludzi. Każdy zadowolony był podejrzany!

Kiedyś alkoholik „J” odpowiedział na zarzut, że siódma tradycja zawstydza tych, którzy nie mają grosza do kapelusza: tak ma zawstydzać - siódma tradycja jest po to, abyś zobaczył jak bardzo roztrwoniłeś swoje życie. Trzeźwienie kosztuje, podobnie jak picie.

A kiedy już dajesz to nie myśl, co z tym datkiem zrobi obdarowany. Pozostaw to jego sumieniu! 

Pozostań bezinteresowny. Daj żyć!

lechu02

 


 

Czy MITYNG LECZY?     

 

            Swego czasu poszukiwałem odpowiedzi, czym jest alkoholizm i przez kogo na to świństwo zapadłem? Nie znalazłem żadnych wiarygodnych opracowań, które by to precyzowały. Doktor Woronowicz wypowiada się bardzo ostrożnie w tej kwestii. Nie słyszałem, aby podjął próbę definiowania alkoholizmu i przyczyn powstawania tego uzależnienia. Ja też nic nowego nie odkryłem. Za to on jako psychiatra doskonale i celnie sugeruje, co alkoholik może zrobić, aby wyzdrowieć.           
Powiem, że w „drugim podejściu” do AA uwierzyłem innym alkoholikom że mogę wyjść z nałogu , uleczyć siebie stosując program AA z największym oddaniem na jaki mnie tylko stać. A nie było mnie stać na wiele. Nic mi nie wychodziło a wypowiedzi na mityngu były mało zrozumiałe. Po kilku latach odkryłem, że znak AA trójkąt wpisany w koło wraz z opisem ZDROWIENIE, JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, wyraża w graficzny sposób to, co ja alkoholik MUSZĘ ROBIĆ do końca życia, abym nie wracał do picia. Podkreśliłem słowo MUSZĘ. Niby łachy nikomu nie robię. Aby osiągnąć ZDROWIE muszę stosować 12 Kroków AA. Aby utrzymywać JEDNOŚĆ muszę stosować 12 TradycjiAA. Aby wypełniać SŁUŻBĘ muszę stosować 12 Koncepcji AA, często to wszystko myliłem. Wiele z tych MUSZĘ, intuicyjnie robiłem, nie wiele świadomie. Nie przyszedłem do AA, aby zrobić karierę. Przyszedłem przegrany na wielu płaszczyznach swojego życia, po niepełnych próbach leczenia terapią a wcześniej esperalem. Nie widzę potrzeby wygłaszania dziś hymnów wdzięczności terapeutom, kolegom, czy sponsorowi. Wiem, że tak miało być. Wypełniam jak potrafię, ze szczerego serca, służby które podejmuję, choć nie bez błędów i wypaczeń. Bogiem nie będę – już nim byłem. Wydaje mi się że nie szukam poklasku, chwały, czy okazji (ale jakie to miłe podporządkować sobie ludzi?) – wiem, próbowałem Nie chcę być liderem, ale podobno mam takie predyspozycje. Nieświadomie dzięki służbom zbliżyłem się do człowieczeństwa, stałem się inny wydaje mi się że lepszy dla ludzi, rodziny. Nie przechwalam się. Uczę się mówić dobrze o sobie a potem o innych. Tak niosę posłanie AA. Byłem pijakiem (i to jest prawda). Od AA dostałem szansę. Czym zasłużyłem sobie – nie wiem. Swoją wdzięczność dla AA trudno wyrażać słowami. Choćby były piękne to i tak bez czynu są puste. PO OWOCACH GO POZNACIE przypomina mi sponsor cytat z Biblii. Niewiele jest ważniejszych spraw niż AA. Kiedy muszę dokonać wyboru – staram się wybierać AA, przed rodziną, pracą, marzeniami, rozrywką, zabawą, odpoczynkiem. Staram się nie zapominać KIM BYŁEM, CO SIĘ ZE MNĄ STAŁO. Czasem jest trudno dokonać wyboru . Lecz jeśli jestem w AA to MUSZĘ bo inaczej umieram od nowa. Czasem bolą mnie opinie typu: ci w służbach to pchają się do władzy, w tym Regionie to tylko te same osoby od lat się mądrzą, nie rotują . Czy nowi w AA, przystępujący do służb już na starcie są posądzani o karierowiczostwo i gwiazdorstwo, jeśli angażują się czynnie? Choćby byli początkowo nadgorliwi i jeszcze kierując się ambicjami. Gdzie mają uczyć się pokory jak nie tu między swoimi, w służbach AA?

Ja też ten etap przebyłem, kierowały mną ambicje – nic innego nie potrafiłem. Tak działałem całe życie i z takim bagażem przyszedłem do Was. Szybko zostałem przywołany do szeregu, kiedy wyskoczyłem z „dyrektorskimi wytycznymi” bo tu w PIKu to powinny być warsztaty, bo stoi pomieszczenie nie wykorzystane cały tydzień pustostanem!- wygłosiłem mądrze swoje życzenia. Dostałem wówczas drugi raz brawa w AA. Witamy chętnego – odpowiedziała „sala”! I powierzono mi zorganizowanie warsztatów. Pojęcia nie miałem jak to zrobić. I stało się – zorganizowali-śmy (w zespole) i poprowadziłem je jak umiałem. Wypowiedzi zapisywałem na dyktafon bo nie umiałem robić notatek. A potem w domu jeszcze kilka razy odsłuchiwałem wypowiedzi żeby nie przekręcić czegoś. A i tak zbierałem krytyki i zbieram nadal. Tylko że jestem coraz odporniejszy na nie. Czasem wydawało mi się że mam dość tej niewdzięczności. Ile to razy mówiłem – więcej tam nie pójdę! Szedłem. Moje oczekiwanie na pochwały przeszkadzało mi. Pochwał nie było. A ja zahartowałem się w boju i zacząłem robić to samo bez oczekiwań. Bo polubiłem. Nauczyłem się robić notatki. Zyskiwałem podwójnie bo pamiętałem wypowiedzi z warsztatów. Potem zaczęła się praca nad redagowaniem MITYNGU. Nie sposób policzyć ile razy zajęcie przy redagowaniu ustrzegło mnie przed deprechą. Ile bezsennych, białych nocy wypełniłem porządkując materiały, czytając Wasze listy, układając odpowiedzi, grzebiąc za cytatami z literatury, poznawałem ją. Nie miałem przy tej pracy czasu użalać się i snuć planów zemsty na moich wrogach. Nauczyłem się przy tym pisać na klawiaturze bez patrzenia. Poznałem programy edytorskie do łamania tekstu. Teraz umiem pomóc synowi w jego małej poligrafii. Może nawet zyskałem nowy zawód? Przestałem robić błędy ortograficzne. Jak cos walnę to komputer zaraz mi podkreśla na czerwono. Chyba bardziej zrozumiale formułuje swoje myśli. Czasem moja żona poczytuje sobie MITYNG, zaczęliśmy o nim rozmawiać. Chyba trochę ściągała od nas dla swojego Al.-anonu. To bardzo podobne uzależnienie do naszego. Służba działa! Jestem Wam wszystkim wdzięczny, że się zgodziliście, abym to robił. Do dziś irytuje mnie brak zaufania zespołu redakcji. Podobno jestem nie równy w swoich poczynaniach i zawsze istnieje mała obawa, że tym razem nie przygotuję bieżącego numeru. Nie zdarzyło mi się to przez te ponad 2lata służby, a jednak nie ufają mi. Daje mi to do myślenia, co do zaufania do mnie w domu. Jest coś w tym? Chyba więcej ta służba daje mi niż ja daję wykonując ją dla was? Jeśli komuś pomagają te nasze pisaniny, to jest to premia ekstra.

Lechu02, alkoholik

 


 

Kilka słów o modlitwie,

czyli szukajmy tego co łączy a nie dzieli.

           

            Mam to szczęście, że swoje trzeźwienie rozpocząłem w Polsce. Dzięki temu ominęły mnie polemiki na temat modlitwy na zakończenie mityngu jaka odbyła się w Stanach. / Jej  obrazem były artykuły zamieszczone w biuletynie AA GRAPEVINE a po przetłumaczeniu w warszawskim biuletynie MITYNG/ Przez lata, do dnia dzisiejszego, nie spotkałem dotąd ani jednej osoby, która by kwestionowała Modlitwę o Pogodę Ducha. Jeśli jest coś co łączy ludzi naszej wspólnoty to Modlitwa o Pogodę Ducha ma w tym duży udział.

Zupełnie za to nie rozumiem  od kilku lat ponawianych prób aby wprowadzić na nasze mityngi Modlitwę „Ojcze Nasz”. Jest odbierana jako deklaracja chrześcijańska a stąd wzbudza niepotrzebnie emocje wśród innych wyznawców. Zaczyna się coś na kształt rywalizacji, pojawiają złe sądy . Bezwyznaniowi tracą grunt pod nogami. Robi się niepotrzebny ferment.

Po co to? Tylko dlatego, że gdzieś..?

Przed laty po spotkaniu „7” w Jastrzębiu ówczesny przewodniczący Rady Powierników zaproponował wspólną Modlitwę o Pogodę Ducha. To był szok. Jeden wielki chaos. Wszyscy mówili inaczej. W grupie warszawskiej podjęliśmy wtedy inicjatywę aby w imię jedności wspólnoty mówić tekst dostępny w ZDROJU, różny od tego który był mówiony w Warszawie. Za jakiś czas, nie bez oporów, nowy tekst się przyjął , spotkał się raczej ze zrozumieniem. Mimo to znalazło się kilku alkoholików mających inne zdanie. Możliwe, że do dzisiejszego dnia mówią po staremu. Nie znam wszystkich ale o takim mityngu słyszałem. No cóż!!! Jeśli tak mówiona modlitwa pomaga im zachować trzeźwość, to nikt nie będzie wzniecał walk o naprawianie. Jedno jest pewne. Naszą Tradycją stało się, że na oficjalnych spotkaniach AA odmawiamy tekst ze ZDROJU.

            Przez moment wyobraziłem sobie, że ktoś z Ameryki przyjedzie do Warszawy na mityng AA, gdzie odmawia się starą wersję Modlitwy o Pogodę Ducha a potem wszystkim będzie oznajmiał, że tak się mówi w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Podobnie odnoszę się do informacji o modlitwie „Ojcze Nasz” Pewnie są mityngi, gdzie się ją odmawia, jak również inne, gdzie jest Modlitwa o Pogodę Ducha. Mamy to szczęście w Polsce, że możemy korzystać z naszych własnych doświadczeń, nie musimy sprowadzać kontrowersyjnych wzorców.

Chcę tu zaznaczyć, że Modlitwę „Ojcze Nasz” znam od dzieciństwa. Towarzyszyła mi w trudnych latach picia, kiedy „nie wierzyłem”, kiedy czułem się zupełnie osamotniony, bez szans na przetrwanie. Z nią są związane moje najbardziej intymne marzenia i prośby. Nigdy nawet do głowy mi nie przyszło, że z nią mogą się teraz wiązać bluźniercze wspomnienia.

 Gwałt jest na tyle tragicznym przeżyciem, że jako przestępstwo jest odpowiednio karany. Ja poczułem się gwałcony, kiedy na zakończenie Zlotu w Krakowie zostaliśmy wezwani do Modlitwy „Ojcze Nasz”. Nikt wokół mnie i ja sam nie byliśmy do tego przygotowani. Obok mnie innowierca z wyraźnym niesmakiem, niedowierzaniem szeptał słowa, które nie były modlitwą. Czułem się obrażany, poniżony. Najbardziej na tego co wezwał; czułem, że zostało sprofanowane coś, co było dla mnie świętością. Na dodatek zaczął mi wydzwaniać telefon komórkowy. Nie wiedziałem, przerwać krąg? odebrać ? Mówię słowa, a w duszy chaos. A potem, za kilka dni, znów jeden z weteranów wzbudził podobne emocje. Do dziś nie wiem po co? Jeśli ktoś chce na mityngu osiągać wzburzenie to wystarczy proponować „Ojcze Nasz”. Nie wszyscy alkoholicy mają uregulowana postawę wobec wiary. To dla wielu dopiero przyszłość.

            Od tej pory Modlitwę ”Ojcze Nasz” odmawiam kiedy jestem sam albo wśród ludzi, o których jestem przekonany, że i dla nich jest ona świętością. Np. w kościele. Nie mogę narażać swoich uczuć na profanacje. Ostatnio byłem na mszy organizowanej przy okazji rocznicy grupy. Gdy wspólnie odmawialiśmy modlitwę „Ojcze Nasz” czułem, że to było to miejsce, ten czas i ci ludzie.

Pozdrawiam Marek 02 06 2007

 


 

Duchowość i „szamaństwo

 

            Kolejny raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w którym takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak to ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w Programie”.  Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz jasna.

Za pracą, zwłaszcza ciężką, specjalnie nie przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się gnuśnemu lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej wzniośle i duchowo. Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na spacer po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej wycieczki zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani słowem. Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On wprawdzie niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali członkowie jego paczki byli ponoć zachwyceni.

Malutka była uradowana, Puchatek marudził umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby wszystko, żeby się tylko od „krokowych” materiałów oderwać. Jako, że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego, wyruszyliśmy niezwłocznie.

Szybko okazało się, że milczenie nie sprawia nam żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy nawet kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co tu wyczyniamy.

Malutka, całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy zorientowała się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.

Lato w całej krasie, przyroda umiarkowanie skażona puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami i wieńcami pogrzebowymi, tak więc wszystko byłoby w porządku, gdyby nie członkowie mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi przeszkadzali podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.

Dopiero godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych przeżyć, realizowany jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po prostu ulicami czy alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych osób i nie odzywając się do nich. No, dobrze...

Kolejny pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy zastosować coś sprawdzonego- wybraliśmy się całą paczką przytulać się do brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy miał znaleźć sobie swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony wzrok, itp.) kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy w większości ludźmi z dużych miast, więc... Na szczęście ciuchy dały się doprać.

Jednomyślnie odrzuciliśmy sugestię Górala, który twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich zwłok dostarcza niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na „rykowisko”.

Na niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych, znajomych i powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu mógł nam pomóc (forma pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem.

Wydzieraliśmy się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom (tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to wątpię, żeby te ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. No, dobrze...

            Turnus nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą zresztą, bo z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu Polski. Dziś za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z całego serca. Był to bowiem czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą komputerową, mityngiem AA, spotkaniem towarzyskim, itp.

Rozmyślałem o duchowości, o moim rozumieniu tego pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie dokonywałem. Ale czy rzeczywiście ja sam?

Był taki czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy zakonnicami. Zakonnice w tej mojej wizji miały patrzeć w bliżej nie określoną dal, ale koniecznie do góry- inaczej nici z duchowości. Wtedy jeszcze piłem.

I był taki czas, w którym Bóg odebrał mi obsesję picia, co nie udało się ani Wspólnocie AA, ani terapeutom w Poradni Odwykowej. W ten sposób odebrał mi też komfort wątpienia o nim, ale to inna sprawa. Jednak nadal i wciąż czegoś mi brakowało, choć sam pewnie nie umiałbym określić, co to ma być. Nazywałem to duchowością, ale to były tylko słowa, za którymi nie kryła się żadna istotna treść.

Aż wreszcie powolutku i nie bez oporów, zaczęło się we mnie rodzić przekonanie, że duchowe jest po prostu to, co nie jest materialne, a więc na przykład wartości takie jak: miłość, praca, przyjaźń, uczciwość, patriotyzm, Bóg, wierność, odpowiedzialność... Tak, religia i Bóg mogą być elementami duchowości, ale jej nie determinują.

Wspomniałem o oporach, bo z jednej strony tak pojmowana duchowość wydawała mi się zbyt przyziemna i taka... zwyczajna, a przecież MNIE należy się coś wyjątkowego! Z drugiej natomiast była zbyt trudna do osiągnięcia, wymagała (chyba) jakiejś pracy, a ja nawet nie wiedziałem za bardzo, jakiej.

            Pociąg kołysał się rytmicznie, miałem już za sobą połowę drogi, kiedy zrozumiałem, że ja kolejny raz robię za Koziołka Matołka: „...i znów musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”. Przecież w Psiej Dziurze nic specjalnego czy wyjątkowego się nie stało. Nie dowiedziałem się tam niczego, czego wcześniej nie wiedziałem. Czy musiałem tam jechać, a jeszcze wcześniej latami zmagać się z rozmaitymi problemami? Przecież to takie proste: Wszystko, co po nas zostaje, to tak naprawdę pamięć innych ludzi, bo przedmioty rozpadną się w pył prędzej czy później. Może więc, póki jeszcze mamy na to jakiś wpływ, warto zadbać, by tych dobrych wspomnień było więcej niż tych złych?

Tyle tylko jesteśmy warci, ile jesteśmy w stanie pomóc drugiemu człowiekowi- stara prawda, chyba tak bardzo stara, że przestałem ją słyszeć.

Program AA jest programem duchowym. Duchowym!

„Zachowajmy to w prostocie”- dr Bob do Billa W. podczas ostatniego spotkania.

„Istota programu to właściwie dwa słowa: miłość i służba”- dr Bob w ostatnim publicznym wystąpieniu.

„Kochaj bliźniego” i „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych...”

I nie trzeba było już nic więcej...

Pociąg zwalniał, zbliżaliśmy się powoli do mojego miasta.

Wydaje mi się, że niewiele jest grup, w których niedobór duchowości jest tak dotkliwie odczuwany i wyraźny, jak wśród trzeźwiejących alkoholików. Ten deficyt, a nawet głód, rodzi pokusę zaspokojenia szybko i bez wysiłku. A najlepiej, żeby jeszcze było smacznie i dużo. W takiej sytuacji łatwo o pomyłki.

W tytule zamieściłem słowo „szamaństwo”. Jego znaczenie słownikowe jest oczywiście inne, ale dla mnie to pewien skrót myślowy. Przyznam, że ma on w tym kontekście znaczenie jednoznacznie negatywne. „Szamaństwa” w swoim życiu się boję, bo mam świadomość, że jestem umiarkowanie pracowity i z tych, co to czasem próbują wybierać „łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.

I tak na przykład duchowość, to dzielenie się z drugim człowiekiem doświadczeniem, siłą i nadzieją. Obrzędy i ceremonie, w które zmieniają się niektóre mityngi AA (czy jeszcze AA?)- toszamaństwo”.

Szukałem swojej duchowości u de Mello („Przebudzenie”), u Murphy’ego („Potęga podświadomości”), u Osho, Lao-Tsy, Oga Mandino i gdzie się tylko dało. Klęczałem z różańcem w garści przed świętymi obrazami. Eksperymentowałem z rozmaitymi zachowaniami, sposobami myślenia, systemami oddechowymi, itd. Niełatwo było mi się do tego przyznać, ale właściwie jedyne, co osiągałem to wzruszenie lub egzaltacja, którą początkowo często brałem za duchowość przez duże D.

Czy jest coś złego w studiowaniu dzieł wschodnich mistyków lub w przytuleniu się do brzozy? Ależ skądże! Pod jednym wszakże warunkiem: że będzie to obok, a nie zamiast... miłości.

Staliśmy na stacji. BYŁEM W DOMU.

 


 

„Krótkotrwałe zyski czy długofalowe efekty?”

albo „Niezwykle trudne wybory”

 

            Kiedy według programu "strzyżyńskiego" pracowałem wraz z całą grupą przez 10 dni nad Krokami IV i V Programu AA, ktoś w pewnej chwili rzucił zdanie, które zrewolucjonizowało moje rozumienie problemu wad. Głównie moich wad, ale oczywiście nie tylko.

Do tego momentu wydawało mi się, że jakąś tam ilość wad ja po prostu i zwyczajnie mam. Często mówiłem, że "ja już tak mam" albo, "nie jestem święty i jak wszyscy mam wady". Widziałem te wady jako coś w rodzaju dopustu Bożego. Z wadami można było oczywiście walczyć, zmagać się, ulegać im, czasami może ograniczać, ale to w zasadzie wszystko.           
A tu nagle ktoś zapytał mnie jak używam swoich wad? Jakie mam korzyści używając swoich wad? Miałem wtedy wrażenie, że w jednej chwili runął wielki mur, który stał na drodze mojego trzeźwienia. Ach, więc to tak wygląda! O to chodzi!
Nie miałbym żadnego problemu z jakąś ze swoich wad, gdyby używanie jej nie dawało mi określonych korzyści czy profitów. Nagle wydało mi się to takie jasne i oczywiste. Przecież jakby stosowanie wady dawało jedynie cierpienie, to bym jej nie używał- to zrozumiałe. A jakie korzyści? Kłamstwo na przykład daje możliwość uniknięcia konsekwencji czy odpowiedzialności- "to nie ja zawaliłem, to Kowalski", złodziejstwo pozwala mieć jakieś dobra za darmo, itd. itp.     
Usłyszałem też, że używanie wad daje wprawdzie krótkotrwałe zyski, ale niweczy szanse na długofalowe efekty. Zacząłem od tego momentu widzieć wady jako coś w rodzaju skrzynki z narzędziami. Mam ją zawsze ze sobą. Ale tylko ode mnie zależy czy jakieś narzędzie wyjmę i go użyję.    Tak przynajmniej chcę to widzieć.      
Nie, niestety, nie zaprzestałem całkowicie używania narzędzi z tej skrzynki. Jednak świadomość, że tak a nie inaczej to właśnie wygląda, że jest to mój wybór, natychmiast odebrała mi komfort korzystania z moich wad. Życie nie stało się ani prostsze ani łatwiejsze. Może nawet wprost przeciwnie. Kolejny tobołek do bagażu tych rzeczy, za które to ja ponoszę odpowiedzialność. Nie mogę już z czystym sumieniem powiedzieć: "wiesz, przykro mi, ale ja już tak mam" albo "tak to już ze mną jest" i... mieć problem z głowy.   A szkoda...

 

Meszuge,  Listopad  2004

 


 

JEDNE DRZWI SIĘ ZAMYKAJĄ...

 

Kilka lat temu poznałam przystojnego młodego człowieka który przyszedł na mityng bardzo pijany, zachowywał się agresywnie, spowodował trochę zamieszania, a potem zasnął na podłodze. Powiedziałam wtedy, że niestety stoi on jeszcze na progu, niezdolny do powstrzymania się od picia na dłużej. Chce tego, co my już mamy, ale nie potrafi tego zrozumieć.

Cóż, wyszedł już z tego progu. Umarł dwa dni temu. Płakałam trochę, gdy o tym usłyszałam. Trudno zaakceptować to, że przez sześć i pół roku patrzyłam jak ten człowiek powoli umiera. Niepotrzebnie. Taki młody, wysoki i przystojny mężczyzna odszedł.—Szkoda.

Nie znałam go dobrze, ale widziałam i słyszałam go gdy przychodził na mityngi, próbując po raz kolejny znaleźć to, co my już znaleźliśmy. Wyczuwałam jego ból, sama czułam się sfrustrowana bo nie potrafiłam ukazać mu swojego wyzdrowienia w słowach, które znaczyłyby coś dla niego. Widziałam smutek i niepokój tych którzy byli mu bliżsi, kiedy wyrażali swoją bezradność ponieważ on znowu „tam" był. Dla niego walka się już skończyła.

Przez siedem lat trzeźwości widziałam wielu AA którzy wychodzili z mityngów żeby już nigdy nie powrócić. Niektórzy umarli trzeźwi, z naturalnych powodów albo po ciężkiej chorobie, która zabrałaby ich nawet gdyby nie byli alkoholikami. Inni zginęli w wypadkach które mogą przydarzyć się każdemu. Ale w większości odeszli za wcześnie, za młodo, za pijani. Niepotrzebne wypadki, przypadkowe przedawkowania, samobójstwa. Ile razy słyszeliście jak ktoś mówi -Wiem, że znowu mogę zacząć pić, ale nie wiem, czy uda mi się znowu z tego wyjść? To brzmi strasznie przemądrzale. Ale pomyśl, alkoholiku, nie jesteś nieśmiertelny i następny kieliszek może naprawdę być twoim ostatnim. Pamiętaj, że nie ma pośpiechu i lepiej jest żyć po to, żeby przeżyć jeszcze jeden dzień.

Krystyna

 

 


 

Temat warsztatu -        „Służby w Intergrupie”:

 

 

            Warsztaty, które zwyczajowo już odbyły się w drugą sobotę miesiąca - 9 czerwca -  o godz. 15-tej w PIK Regionu Warszawskiego na Brazylijskiej 10 w Warszawie, przygotowała intergrupa „Sawa”.

Prowadzący przygotował wcześniej 5 pytań wiodących a kilkunastu przyjaciół z AA dzieliło się swoim doświadczeniem w tym zakresie. A ci, którzy przyszli jedynie posłuchać – słuchali. Cennym spostrzeżeniem była wiadomość od Przyjaciółki, która pierwszy raz była na warsztatach -  nie wiedziała, że każdy może przyjść. Sądziła, że tylko ci, którzy już pełnią służby. Warto zatem na grupach, przy ogłaszaniu, podkreślać ogólną dostępność warsztatów.

Oto fragmenty pisemnych i ustnych wypowiedzi na pytania pomocnicze:

1. Jaki jest zakres odpowiedzialności poszczególnych służb w Intergrupie?

Rzecznik – jest inicjatorem służb, koordynuje ich pracę, współpracuje ze służbami, reprezentuje Intergrupę na zewnątrz AA; czuwa jak Intergrupa realizuje V Tradycję

Z-ca Rzecznika –wspomaga i zastępuje Rzecznika w ww. zakresie,

Sekretarz – dba o sporządzanie sprawozdań, protokołów, aby były czytelne i umieszczane w wydawnictwach, w internecie; kontaktuje się z mandatariuszami grup (tu na przykład sugerowany staż w utrzymaniu abstynencji to 2 lata); dba o wieści z grup

Kolporter – dba aby literatura była dostępna na Intergrupach i grupach, w wystarczającej ilości oraz we właściwym aasortymencie; ze środków Intergrupy zapewnia pakiet ulotek

Skarbnik – dba o finanse, umiejętnie nimi gospodarzy; dba o VII Tradycję; współpracuje z kolporterem

Łącznicy ds. zespołów – dbają aby informacje z zespołów docierały do Intergrupy i odwrotnie; dbają aby pod wszelkie głosowania trafiały gotowe materiały na określone tematy;

2. Zespoły Regionalne – tu toczy się życie regionu. W jaki sposób Intergrupa włącza się w działania zespołów?

Poprzez delegowanie swoich przedstawicieli do poszczególnych zespołów, aby przepływ informacji był w jedną i w drugą stronę zespół – Intergrupa – zespół; wysyła swoich reprezentantów z których tworzone są struktury Regionu, który to obejmuje kilka Intergrup, „walczy” o różnego rodzaju usprawnienia i ma w pierwszej kolejności nieść posłanie na terenie Regionu; następuje wymiana doświadczeń w zakresie pełnienia służby

3. Niesienie posłania na terenie Intergrupy – w jaki sposób służby Intergrupy dbają o nasz nadrzędny cel: niesienie posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi?

Służby powinny dopilnować aby założenia Intergrupy były wypełniane; Pełnione są dyżury przy telefonie i internecie w PIK, aby literatura docierała tam, gdzie jest potrzebna, np. ZK, detoksy; a gdy grupy z jakichś względów nie mogą wypełniać Tradycji – organizuje wsparcie; rozdysponowują nadwyżki literatury na niesienie posłania do więzień, szpitali.

4. Tradycje AA – fundament działania Intergrupy. W jaki sposób Intergrupa dba o pogłębianie świadomości Tradycji w trakcie swoich spotkań i jak dba o przestrzeganie tradycji w grupach?

Odpowiedzialny jest Rzecznik ale i pozostałe służby powinny mu w tym pomagać i wspierać. Gdy na Intergrupie omawiane są tradycje – pogłębia to świadomość jej uczestników. Mandatariusze mogą lepiej poznawać tradycje i dbać o ich przestrzeganie w swoich grupach Intergrupa może organizować różne warsztaty w tym temacie, aby zwiększać swą świadomość; mogą to być warsztaty tradycji, kroków; w kolejnych miesiącach omawiana jest dana tradycja, ze szczególnym naciskiem na V; wskazano też na wagę i potrzebę przestrzegania Tradycji I – pojawiła się bowiem wątpliwość, czy na przykład pewne poza aowskie przedsięwzięcia nie są jej łamaniem- o tym za mało odważnie mówi się na Intergrupie, zatem Mandatariusze nie zawsze wiedzą jak do np. wyjazdów do różnych miejsc kultowych podchodzić. Wspólnota AA jest wspolnotą AA. Na te spostrzeżenia przytoczono fragment Preambuły – nie popieramy ani nie zwalczamy żadnych poglądów. Niech inni robią to co robią a my w AA robimy to tak a tak, zgodnie Tradycjami. Czy grupa AA organizuje rekolekcje trzeźwościowe?- nie. Niezależne AA się utrzyma. Niech sobie ktoś niesie posłanie za pieniądze. Tu rozmawiamy o służbie.

5. Intergrupa – JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, ZDROWIENIE? W jaki sposób nasze trzy legaty dziedzictwa znajdują swój obraz na spotkaniach Intergrupy?

Mandatariusze, w ramach służby, biorą udział w spotkaniu swojej Intergrupy, żeby poznać doświadczenia innych i przekazać swoje dla jedności działania, a to wszystko dla zdrowienia swojego i innych alkoholików; na Intergrupie przestrzega się reguł tak, aby ww. nie przeszkadzały w zdrowieniu a wręcz przeciwnie – pomagały; przekazywane są informacje: co się dzieje na grupach, czy są służby, jak poszczególne grupy niosą posłanie; omawia się Tradycje; utrzymujemy się sami.

Dwa słowa od siebie.

To nie były łatwe warsztaty – Służby w Intergrupie” - wychodzę już bowiem poza swoje podwórko, poza swoja grupę macierzystą. Niepewnie mogę się czuć, tak jak kiedyś, na pierwszym mityngu – po co to, o co tu chodzi, jak oni tu działają, czy to aby bezpieczne...? To chyba stare, niedobre myślenie.

Chciałem trochę więcej informacji, zerknąłem więc do broszurki „Grupa AA... gdzie wszystko się zaczyna”. Tym razem niewiele informacji znalazłem.

Warsztaty pokazały mi jak dużo spraw jest dla mnie niejednoznacznych, niezrozumiałych.  Jak bardzo potrzebny jest „poradnik służb”.

Sławomir AA, mandatariusz grupy „Kontakt”

 


 

Anonimowi kapelusznicy

Siódma tradycja

 

            Napiszę o kapeluszu. Obok świecy palącej się na stole, kapelusz pojawia się prawie na każdym mityngu. Widziałem ich wiele - niewielkich, w krateczkę, w paseczki, wymiętych, z fasonem i bez, prowincjonalncyh, eleganckich, szarych i brudnych, kobiecych, słomkowych, wytartych, poplamionych, w ciapki, kropki, a nawet z myśliwskim emblematem.

Tyle różnych kapeluszy, ilu różnych AA na mityngach - wymiętych i prostych, z fasonem i bez, zmęczonych życiem i radosnych, krzykliwych i stonowanych, zielonych i starych, śmiesznych i smutnych.

Na wszelki wypadek, prowadzący przed przerwą przypomina o kapeluszu, żeby siódmej tradycji stało się zadość.

Sięgam wtedy do portfela, i przez chwilę waham się jaką monetę wrzucić do kapelusza - tę cięższą, czy tę lżejszą. A potem w czasie kilku skund lotu tej monety do kapelusza dokonuje się, niezauważalnie, jedna z najwspanialszych, najdonioślejszych chwil dla mojej trzeźwości. Staję się faktyczną częścią AA.

Zupełnie dobrowolnie. Mnie, alkoholika, ze świata przymusów wyzwolił świat dobrowolności. Zupełnie dobrowolnie zacząłem stawiać pierwsze Kroki naszego Programu. Gdy mam wyjść na mityng, pokonując niechęć i wyobraźnię podsuwającą alternatywne, wygodniejsze sposoby spędzania czasu - to wychodząc dokonuję aktu zupełnie dobrowolnego. Nikt nie zmusza mnie do tego, żebym poszedł na mityng. Może poza głosem sumienia.

Jeśli rano zaczynam się modlić, jeśli czytam nasze refleksje, to robię to zupełnie dobrowolnie. Gdy umawiam się ze sponsorem - to dlatego, że chcę to zrobić, a nie dlatego, że on mi każe. Znów działa zasada dobrowolności.

Nawet jeśli w głębi duszy czuję, że wisi też nade mną rodzaj bata (wiem, do czego dojdę, kiedy przestanę wykonywać wszystkie wspomniane czynności), to jednak zasada dobrowolności obowiązująca w AA jest dla mnie ratunkiem.

Wiem, co by było, gdyby tylko ktoś KAZAŁ mi chodzić na mityngi.

Kapelusz jest dla mnie czymś więcej, niż przedmiotem, pozwalającym wygodnie zbierać nasze dobrowolne datki. Jest dla mnie symbolem. Metaforą Wspólnoty.

Po pierwsze jest znakiem dobrowolności. Nie ma składek, ani opłat - ot leży kapelusz, a kto ma ochotę, może się zrzucić na trzeźwość. Dla siebie i innych.

Po drugie jest dla mnie symbolem drogi - odwrócony kapelusz kojarzy się z żebrakiem siedzącym na ulicy i proszącym przechodniów o datki.

Zatem ten właśnie odwrócony kapelusz, żebraczy, odwrócony spodem do góry, przypomina mi gdzie byłem, albo gdzie mogę się znaleźć. Przypomina o tym, dlaczego jestem na mityngu. I w końcu ten kapelusz, żebraczy kapelusz, jest symbolem niezależności. To nie jest konto, skarbonka, to nie "dar od fundacji", to nie wynik przychylności władz, autorytetów, komisji, samorządów, to po prostu NASZ kapelusz, wspólny kapelusz. Nie ma "dotacji", to i nie ma "zobowiązań". Jestem wolny, wrzucając datki do kapleusza!

Ten kapelusz chroni mnie przed pychą, przed pragnieniem władzy, przed pragnieniem posiadania pieniędzy. Ten kapleusz... przynosi mi WOLNOŚĆ. Właśnie tak, jak Siódma Tradycja.

Tomek AA

 


 

Tradycje wymagały perswazji!

 

                Pierwszy odbiór Tradycji był interesujący i zabawny. Reakcja była mieszana, najdelikatniej mówiąc. Tylko grupy w wielkich kłopotach odebrały Tradycje poważnie. Z nie­których stron nastąpiła gwałtowna reakcja, szczególnie ze strony grup, które już miały długie listy "ochronnych" przepisów i regulaminów. Wiele było obojętności.   Szereg spośród naszych "intelektualnych" członków głośno wołało, że Tradycje po prostu odzwierciedlają sumę moich własnych nadziei i obaw dotyczących Anonimowych Alkoholików.

Zacząłem więc podróżować i wiele rozmawiać na temat nowych Tradycji. Ludzie byli z początku uprzejmie uważni, chociaż musze wyznać, że niektórzy zapadali w drzemki w czasie moich wczesnych tyrad.       Po jakimś jednak czasie zacząłem dostawać listy zawierające takie oto wyznania: "Bill, bardzo byśmy chcieli, żebyś do nas przyjechał prze­mawiać. Opowiedz nam, gdzie kiedyś chowałeś swoje flachy i o tym swoim wielkim nagłym duchowym olśnieniu, którego doznałeś. Ale na litość Boską nie mów już więcej o tych nieszczęsnych Tradycjach!"

Czas to wszystko odmienił. Zaledwie w pięć lat później kilka tysięcy członków AA, spotkało się na Konwencji w Cleveland w 1950 roku, zadeklarowało, że Dwanaście Tradycji AA stanowi platformę, na której nasza Wspólnota może najlepiej funkcjonować i trzymać się razem w jedności po wsze czasy.

Bill W.

 


 

Magiczny klucz”

 

            Wybierając cytaty „górki” do lipcowego numeru biuletynu, zatrzymałam się na dłużej na tej linijce tekstu z „Codziennych Refleksji” na lipiec: „Może dobrze byłoby, gdybym spróbował ustalić, co stanowi „magiczny klucz” do moich „dobrych dni” i używał go też w „złe dni”?”

     Kiedyś uważałam, że alkohol jest najlepszym a po jakimś czasie wręcz niezastąpionym „magicznym kluczem do dobrych dni”. To on dawał mi ulgę po ciężkim dniu. To on pokonywał za mnie strach przed ludźmi. To on był nieodzownym towarzyszem dobrej, wesołej zabawy. Niepostrzeżenie, podstępnie i wszechogarniająco zamienił moje życie w koszmar. Już nie było dobrych dni. Nie było nawet dobrych chwil. Świat na głowę walił mi się na głodzie alkoholowym, Był obcy i wrogi na kacu. W ciągu alkoholowym wkraczałam w niebyt - świat przestawał isnieć. Na koniec już przyszły tylko same złe dni. A ja w tym świecie nie potrafiłam żyć – chciałam odejść.

     Dziś moim „magicznym kluczem” do dobrych dni jest rozmowa z Bogiem (jakkolwiek Go pojmuję) – czasem jest to żarliwa modlitwa, w innej chwili pogawędka jak ze starym, dobrym, wyrozumiałym znajomym. Gdy pytam Go, jak pokonać dzisiejsze trudności, kłopoty, zły nastrój czy poczucie samotności, dostaję podpowiedź, przypomnienie – i nie czekam długo. Dowiaduję się (a raczej doznaję w mózgu jakby olśnienia), że muszę sama zdobyć się na wysiłek i wykonać Jego „zadanie” – poczytać przez chwilę literaturę, zadzwonić do sponsorki lub któregoś z przyjaciół, iść na mityng, włączyć płytę z ulubioną muzyką, kupić sobie lody albo jakiś inny drobiazg, zwyczajnie odpocząć lub obejrzeć dobry film. Bywa też tak, że zły dzień jest tak bardzo złym dniem, że nie mam ochoty nikogo widzieć, wszystko jawi mi się wrogim, podłym i nie do pokonania. Czuję wtedy, że cienka linia dzieli mnie od rozpaczy i poczucia bezsensu. Gdy tylko zapytam: Boże co robić? – to pomoc przychodzi też z zewnątrz - jakby sama. Wtedy ktoś zadzwoni, porozmawia, rozwieje chmury. Albo usłyszę na mityngu rozwiązanie w sugestii przyjaciółki czy przyjaciela – jakby wypowiedziane przez nich słowa były przygotowane specjalnie do moich myśli.

     Mój „magiczny klucz” zawarty jest w naszej Modlitwie o Pogodę Ducha. Znałam mnóstwo modlitw i różnie je odmawiałam. Dziś twierdzę, że to dzięki tym modlitwom Bóg postawił na mej drodze ludzi, którzy mnie dziś wspierają. Pokazał drogę do Wspólnoty AA.

 „Modlitwę o Pogodę Ducha” poznałam dopiero we Wspólnocie – jest w niej to, czego przez całe życie brakowało mi w modlitwach odmawianych od dzieciństwa. To właśnie stały kontakt z Bogiem poprzez NIĄ pozwala mi zamieniać „złe dni” w dobre. Bo w Bogu – Moim Bogu - odnajduję miłość, nadzieję. A jeśli mnie doświadcza, to wiem, że robi to w swej mądrości – staram wtedy odnaleźć w trudnościach życia Jego słowo do mnie. I wtedy jest łatwiej, spokojniej.

Pozdrawiam radośnie. Gosiali

 


 

TO, KIM DZIŚ JESTEM, ZAWDZIĘCZAM BOGU,

ALE TO, KIM SIĘ STAJĘ, TO MÓJ DAR DLA BOGA

Tytuł zaczerpnięty z cytatu z Grapevine 4/2001

 

Kiedy rozpoczynamy dyskusję na temat duchowości, nasze myśli łatwo kierujemy do czegoś większego niż my sami. Wspominamy chwilę, gdy wstąpiliśmy do AA, gdy uświadomiliśmy sobie działanie Siły Wyższej w naszym życiu, gdy od tamtego momentu pragnienie duchowości zagościło w naszych sercach. Jednak kiedy zaczynamy podejmować działania w naszej wspólnocie / albo poza nią /, może się zdarzyć, że zapominamy o doświadczeniu pierwszych mityngów. Przekonani o własnej nieomylności nie potrafimy korzystać z doświadczeń poprzedników, nawet nie jesteśmy zainteresowani poznaniem skutecznych metod przechowywanych dla nas przez służby AA na całym świecie. Sami dla siebie stajemy się autorytetami. Chyba nie o tym mówi nasza 2 Tradycja. Program wspólnoty AA nie ogranicza się do nader praktycznych porad, lecz zachęca alkoholika do ujrzenia swego miejsca w świecie. Pokazuje jak wielu z nas próbuje wiary dopiero wtedy, gdy kończy się okres samowystarczalności. Służba traktowana jako zło konieczne /często zupełnie odrzucana/ staje się źródłem ciągłego niezadowolenia, malkontenctwa a również antypatią do innych ludzi. Ujawnia słabości, niezdolność do opanowania emocji. Łatwo zapomnieć, że jedność, trzeźwość i pogoda ducha wzajemnie się splatają i warunkują. W jedności naszej wspólnoty musimy odnaleźć ducha by w każdym swoim działaniu doświadczać duchowości programu nie tyle poprzez mandat, szukając zarobku czy wydając obce fundusze, lecz stosując się do pozostawionych w dziedzictwie zasad zwanych Tradycjami AA. I tak Tradycja 8 przypomina, że pieniądze nie kolidują z treścią Kroku 12. W niej przebiega linia podziału między dobrowolnością służby podejmowanej bez oczekiwania na finansowe gratyfikacje, a profesjonalną pracą, która jest opłacana. Uczy nas tylko, że duchowe aspekty pomagania innym alkoholikom powinny być zwrócone wspólnocie AA jako część tego co otrzymaliśmy, kiedy stawaliśmy się jej cząstką. Egoistyczne oczekiwanie tylko na czerpanie korzyści ze wspólnoty, choć spotykane, nie znajduje już poklasku. Tradycja 9 wyjaśnia nam, że indywidualnie i zbiorowo członkowie AA nie podlegają jakimkolwiek nakazom, jakiekolwiek komórki służb AA, rzecznicy, mandatariusze, nie mogą wydawać poleceń grupom i poszczególnym członkom. Wierzymy, że program AA działa bez stosowania przymusu. Intergrupa , Region czy Konferencja, jest spotkaniem, którego uczestnicy zgadzają się/ lub nie/, że pewne działania będą dobre dla przyszłości AA i jej członków. I w tym zawiera się różnica między duchem służby i duchem władzy. Naszym celem jest nieść posłanie trzeźwości tym, którzy tej trzeźwości pragną. Zrozumiałe więc, że aby efektywnie pełnić swe zadanie, członkowie AA powinni mieć solidną własną trzeźwość i niezbędną wiedzę dotyczącą Tradycji i Koncepcji Służby Światowej niezależnie od poziomu, na którym podejmują służbę. Jeśli jest podejmowana z dobrą wolą i właściwym celem, pozostaje satysfakcja i znaczenie ma nie tylko praca ale i sposób jej osiągnięcia. W miarę osiągania kolejnych poziomów służby coraz bardziej świadomie zwracamy oczy ku zaufanym sługom, których wspólnota obdarzyła zaufaniem po to aby wykonywali te zadania, których jedni nie mogą a inni nie chcą wykonywać. Każdy sponsor jest z konieczności liderem choć ta rola niesie w sobie ogromną odpowiedzialność, często wyznaczającą granicę między życiem i śmiercią. Wielkie znaczenie może być przypisane wszystkiemu co taki opiekun mówi lub robi, czy potrafi przewidywać reakcję nowego członka wspólnoty. Ocena korzyści płynących ze współpracy ze sponsorem jest łatwo zauważalna. Ci, którzy ich mają są najlepszym przykładem. Duchowa satysfakcja wynikająca ze służby ma swoje korzenie w duchowym przebudzeniu, o którym mówi Krok 12. Jest właściwie potwierdzeniem przemiany i choć we wspólnocie AA można znaleźć ogromną ilość duchowej satysfakcji to jednak żadna nie jest większa niż satysfakcja płynąca z widoku zmiany postawy nowych przyjaciół. Jest taki fragment w naszej literaturze, który mówi, że po etapie wprowadzania w swoje życie Kroków - nawet częściowe - nasze wyobcowanie zaczyna znikać a zaczyna się etap integracji. Znaczy to, że musimy zapomnieć o naszej egocentryczności, która niekiedy jeszcze daje o sobie znać - nawet w okresie służby dla innych - i przypomnieć słowa Billa W. na temat Pierwszej Tradycji: "Bez jedności serce AA przestanie bić a nasze światowe arterie przestaną być kanałami Łaski Bożej. Ten dar Jego dla nas nie spełni swego przeznaczenia. Alkoholicy zaś mogliby wtedy zauważyć w swych wymówkach do nas: widzicie jaką wielką rzeczą mogłaby być wspólnota AA. "

***

........ Coraz częściej spotykam się z informacją o tym, jak ktoś ze znaczną ilością lat trzeźwości niechętnie wypowiada się o służbach AA. Mówi, że "te całe służby" są niepotrzebne, to przerost ambicji "działaczy", za ich czasów tego nie było i temu podobne opinie. Wygląda na to, że niektórzy starzy członkowie /weterani/ nie za bardzo chcą odnaleźć sens nowej rzeczywistości. Niby nic w tym tragicznego, choć szkoda, że te opinie znajdują posłuch u nowych, którzy już na początku swej drogi są niechętnie nastawiani do służb. Zdaję sobie sprawę jak wiele wysiłku musiałem włożyć aby przebić się przez sferę własnych wyobrażeń czym jest AA, ile trzeba było trudu aby stworzyć system poznawania doświadczeń AA z całego świata. Jak często doświadczenia alkoholików z macierzystego mityngu stawały się dla mnie niewystarczające. Jeśli ma być rozwój to przecież warto zapoznać się z zawartymi w literaturze AA doświadczeniami tych, którzy wyzdrowieli, tych, którzy osiągnęli sukces trzeźwości Ale aby taka informacja dotarła do potrzebujących niezbędni są ludzie, którzy tego dokonają i przekażą. To cel naszych służb. Jest też niestety prawdą, że ostatnio w nasze zespoły wstąpił chyba nie do końca dobry duch. Atmosfera spotkań się zagęszcza. Nieustanne polemiki, argumentacje, niecierpliwość. Kwitnie kunktatorstwo, pustosłowie i brak własnych zobowiązań. Jaki to stanowi obraz dla coraz częściej pojawiających się nowych AA ?. Zapomina się, że "być na nie" potrafi każdy a to nie jest ważne /przekora jest rzucającą się w oczy cechą większości alkoholików -"12x12"/ Spotkania służb to miejsce, gdzie mamy okazję aby pokazać ile z programu AA faktycznie zdołaliśmy przyswoić, to praktyczna weryfikacja wyobrażeń o sobie i własnych możliwościach. Tak sobie myślę, że właśnie nasze służby regionalne potrzebują rozwagi, doświadczenia i wiedzy naszych weteranów. Literatura AA dostarcza nam informacji jak wiele niepokojów, awantur przeżyli nasi poprzednicy. To oni ukuli słowo "krwawiący diakon" ale też pokazali, że ten stan można przeżyć, zostać wspaniałym liderem i przynieść wiele dobrego dla wspólnoty. Aktywność, poświęcenie, entuzjazm obecnych oponentów oraz spokój i wiedza weteranów to najlepszy składnik postępu w AA. Obyśmy tylko chcieli być razem.

Barmin

:11.0pt'> 

 

Kilka słów o modlitwie,

czyli szukajmy tego co łączy a nie dzieli.

           

            Mam to szczęście, że swoje trzeźwienie rozpocząłem w Polsce. Dzięki temu ominęły mnie polemiki na temat modlitwy na zakończenie mityngu jaka odbyła się w Stanach. / Jej  obrazem były artykuły zamieszczone w biuletynie AA GRAPEVINE a po przetłumaczeniu w warszawskim biuletynie MITYNG/ Przez lata, do dnia dzisiejszego, nie spotkałem dotąd ani jednej osoby, która by kwestionowała Modlitwę o Pogodę Ducha. Jeśli jest coś co łączy ludzi naszej wspólnoty to Modlitwa o Pogodę Ducha ma w tym duży udział.

Zupełnie za to nie rozumiem  od kilku lat ponawianych prób aby wprowadzić na nasze mityngi Modlitwę „Ojcze Nasz”. Jest odbierana jako deklaracja chrześcijańska a stąd wzbudza niepotrzebnie emocje wśród innych wyznawców. Zaczyna się coś na kształt rywalizacji, pojawiają złe sądy . Bezwyznaniowi tracą grunt pod nogami. Robi się niepotrzebny ferment.

Po co to? Tylko dlatego, że gdzieś..?

Przed laty po spotkaniu „7” w Jastrzębiu ówczesny przewodniczący Rady Powierników zaproponował wspólną Modlitwę o Pogodę Ducha. To był szok. Jeden wielki chaos. Wszyscy mówili inaczej. W grupie warszawskiej podjęliśmy wtedy inicjatywę aby w imię jedności wspólnoty mówić tekst dostępny w ZDROJU, różny od tego który był mówiony w Warszawie. Za jakiś czas, nie bez oporów, nowy tekst się przyjął , spotkał się raczej ze zrozumieniem. Mimo to znalazło się kilku alkoholików mających inne zdanie. Możliwe, że do dzisiejszego dnia mówią po staremu. Nie znam wszystkich ale o takim mityngu słyszałem. No cóż!!! Jeśli tak mówiona modlitwa pomaga im zachować trzeźwość, to nikt nie będzie wzniecał walk o naprawianie. Jedno jest pewne. Naszą Tradycją stało się, że na oficjalnych spotkaniach AA odmawiamy tekst ze ZDROJU.

            Przez moment wyobraziłem sobie, że ktoś z Ameryki przyjedzie do Warszawy na mityng AA, gdzie odmawia się starą wersję Modlitwy o Pogodę Ducha a potem wszystkim będzie oznajmiał, że tak się mówi w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Podobnie odnoszę się do informacji o modlitwie „Ojcze Nasz” Pewnie są mityngi, gdzie się ją odmawia, jak również inne, gdzie jest Modlitwa o Pogodę Ducha. Mamy to szczęście w Polsce, że możemy korzystać z naszych własnych doświadczeń, nie musimy sprowadzać kontrowersyjnych wzorców.

Chcę tu zaznaczyć, że Modlitwę „Ojcze Nasz” znam od dzieciństwa. Towarzyszyła mi w trudnych latach picia, kiedy „nie wierzyłem”, kiedy czułem się zupełnie osamotniony, bez szans na przetrwanie. Z nią są związane moje najbardziej intymne marzenia i prośby. Nigdy nawet do głowy mi nie przyszło, że z nią mogą się teraz wiązać bluźniercze wspomnienia.

 Gwałt jest na tyle tragicznym przeżyciem, że jako przestępstwo jest odpowiednio karany. Ja poczułem się gwałcony, kiedy na zakończenie Zlotu w Krakowie zostaliśmy wezwani do Modlitwy „Ojcze Nasz”. Nikt wokół mnie i ja sam nie byliśmy do tego przygotowani. Obok mnie innowierca z wyraźnym niesmakiem, niedowierzaniem szeptał słowa, które nie były modlitwą. Czułem się obrażany, poniżony. Najbardziej na tego co wezwał; czułem, że zostało sprofanowane coś, co było dla mnie świętością. Na dodatek zaczął mi wydzwaniać telefon komórkowy. Nie wiedziałem, przerwać krąg? odebrać ? Mówię słowa, a w duszy chaos. A potem, za kilka dni, znów jeden z weteranów wzbudził podobne emocje. Do dziś nie wiem po co? Jeśli ktoś chce na mityngu osiągać wzburzenie to wystarczy proponować „Ojcze Nasz”. Nie wszyscy alkoholicy mają uregulowana postawę wobec wiary. To dla wielu dopiero przyszłość.

            Od tej pory Modlitwę ”Ojcze Nasz” odmawiam kiedy jestem sam albo wśród ludzi, o których jestem przekonany, że i dla nich jest ona świętością. Np. w kościele. Nie mogę narażać swoich uczuć na profanacje. Ostatnio byłem na mszy organizowanej przy okazji rocznicy grupy. Gdy wspólnie odmawialiśmy modlitwę „Ojcze Nasz” czułem, że to było to miejsce, ten czas i ci ludzie.

Pozdrawiam Marek 02 06 2007

 


 

Duchowość i „szamaństwo

 

            Kolejny raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w którym takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak to ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w Programie”.  Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz jasna.

Za pracą, zwłaszcza ciężką, specjalnie nie przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się gnuśnemu lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej wzniośle i duchowo. Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na spacer po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej wycieczki zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani słowem. Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On wprawdzie niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali członkowie jego paczki byli ponoć zachwyceni.

Malutka była uradowana, Puchatek marudził umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby wszystko, żeby się tylko od „krokowych” materiałów oderwać. Jako, że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego, wyruszyliśmy niezwłocznie.

Szybko okazało się, że milczenie nie sprawia nam żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy nawet kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co tu wyczyniamy.

Malutka, całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy zorientowała się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.

Lato w całej krasie, przyroda umiarkowanie skażona puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami i wieńcami pogrzebowymi, tak więc wszystko byłoby w porządku, gdyby nie członkowie mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi przeszkadzali podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.

Dopiero godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych przeżyć, realizowany jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po prostu ulicami czy alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych osób i nie odzywając się do nich. No, dobrze...

Kolejny pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy zastosować coś sprawdzonego- wybraliśmy się całą paczką przytulać się do brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy miał znaleźć sobie swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony wzrok, itp.) kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy w większości ludźmi z dużych miast, więc... Na szczęście ciuchy dały się doprać.

Jednomyślnie odrzuciliśmy sugestię Górala, który twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich zwłok dostarcza niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na „rykowisko”.

Na niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych, znajomych i powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu mógł nam pomóc (forma pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem.

Wydzieraliśmy się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom (tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to wątpię, żeby te ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. No, dobrze...

            Turnus nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą zresztą, bo z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu Polski. Dziś za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z całego serca. Był to bowiem czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą komputerową, mityngiem AA, spotkaniem towarzyskim, itp.

Rozmyślałem o duchowości, o moim rozumieniu tego pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie dokonywałem. Ale czy rzeczywiście ja sam?

Był taki czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy zakonnicami. Zakonnice w tej