MITYNG 10/172/2011

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Postęp nie doskonałość

Im N. Massachusetts GRAPEVINE lipiec 2001 str 42-43

Bill W. opowiadał często o przebudzeniu duchowym, jakiego doznał w szpitalu Townsa: pokój został wypełniony światłem, a on poczuł, że stoi na szczycie górskim, owiewany gwałtownym wiatrem - nie materialnym ale duchowym. Opisując inny rodzaj duchowego doświadczenia powiedział, że poprzez stosowanie zasad AA we wszystkich poczynaniach zostaniemy przeniesieni w "czwarty wymiar". Nie zamierzam wątpić, że niektórzy z nas doświadczają przeżyć duchowych podobnego rodzaju jak Bill. Sądzę jednak, że w moim życiu wszystkie "wystrzelenia" w inne wymiary fundowałem sobie sam, za pomocą alkoholu i narkotyków. A trzeźwiejąc, jeżeli magle odnajduję się w "innym świecie", to zwykle jest to efekt kolejnego wybryku samowoli lub nadmiernego emocjonalizmu religijnego. Myślę sobie: "No, w końcu jestem na szczycie" i jestem przekonany, że osiągnąłem pełnię duchowego rozwoju. Ale to tylko pobożne życzenia. W mojej drodze duchowej żadne doświadczenie nie jest ostateczne. To zwykle jedynie zwrot, pozostawiający mnie w przeświadczeniu, że coś w moim żuciu zmieniło się - ale nie na zawsze. Spróbuję wyjaśnić, co rozumiem przez doświadczenie duchowe. Czasami zachodzi we mnie zmiana świadomości, pozwalająca mi myśleć, czuć i działać w sposób zupełnie niewyobrażalny dla mnie samego przedtem. Często okazuje się tak przy okazji relacji osobistych, które ułożyły się źle. Utracie kontaktu z bliskimi towarzyszy straszliwe cierpienie. Ale po refleksji nad swoją postawą w takiej sytuacji staję się zdolny do lepszego zrozumienia samego siebie. Przechodzę przez takie doświadczenia lepiej przygotowany by kształtować swoje stosunki z innymi w bardziej odpowiedzialny sposób. Inny rodzaj doświadczeń duchowych jest bardziej subtelny. Zdarzają się one, gdy mówię na mityngu, prowadzę samochód lub biorę prysznic. Nagle zaczynam odczuwać wewnętrzny spokój i więź z AA. Czuję, że jestem potrzebny i pomocny innym. Ani śladu konfliktów czy depresji. To wspaniałe uczucie aż czuję chęć "przytrzymać" ten stan na resztę życia. ale gdy tylko zaczynam myśleć, że jestem do tego zdolny, rzeczywistość pokazuje, że nie. Samowola zaczyna wtedy wkradać się w moje życie i całość kończy się "duchową wpadką"; pojawia się izolacja, osądzanie, urazy, ironia, zawiść i niecierpliwość. Ten stan jest równie potężny, podstępny i przebiegły jak alkohol. Ego posiada wielką siłę odbudowy opartą na samouprawiedliwiających racjonalizacjach. Czasami wtedy głupieję, robię się nudny i unikam ludzi. Ale trzy czy cztery razy w roku wpadam w głęboką rozpacz, z której nie potrafię wydobyć się sam. Wpadam w depresję, jestem drażliwy. I nie robię z tym nic dopóki nie zacznę wpadać w kłopoty. Na szczęście, dzięki AA wiem co wtedy robić. Zadzwonić do przyjaciela, mówić na mityngu, modlić się. I nagle depresja znika. Czyż to nie doświadczenie duchowe? Czy takie wpadki świadczą, że nie robię postępów? Z moich obserwacji wynika, że absolutnie nie. W niczym nie przypominam osoby, która kiedyś przyszła do AA. Dużo częściej czuje się dobrze, a depresje nadchodzą rzadziej i są mniej głębokie. Nie poruszają mnie już tak bardzo poglądy i wypowiedzi innych. Jestem bardziej zdolny by przyjmować ludzi takimi jacy są. Dużo mniej ważne jest, że mam swoją drogę i inni ludzie ją akceptują. Za każdym razem, gdy wychodzę z depresji, lepiej rozumiem siebie i innych, bardziej żyję i daję żyć innym. Łatwiej mi mówić co naprawdę myślę i czuję , bez strachu przed odrzuceniem. Potrafię cieszyć się małymi rzeczami i nie potrzebuję zbytnio dowartościowania od innych. To wszystko, dostałem od Wspólnoty lub znalazłem w sobie. Co więcej - nieważne, ile jeszcze depresji przeżyję, zawsze będę miał nadzieję na   przywrócenie trzeźwego myślenia. I chciałbym, żeby tak zostało do końca.


10 KROK
- Walka z odkładaniem spraw na później
Zrozumiałem wreszcie, że muszę skupić więcej uwagi na tym, aby nie przeoczyć mostu prowadzącego do trwałej trzeźwości. Krok Dziesiąty to nie jest miejsce, gdzie można się zatrzymać. To jest punkt łączący wysiłki poznania samego siebie i chęci poznania woli Boga, Boga jak go pojmuję. Nie miałem ochoty, by wkraczać na tę drogę. Miałem wrażenie, jak gdyby Bill W. stracił rozpęd i zamiast skierować się do Kroku Dwunastego, niepotrzebnie zatrzymał się jeszcze raz przy kroku obrachunku moralnego. Z powodu odrzucania religii, buntowi przeciwko niej, szczególne trudności miałem ze zrozumieniem Kroku Czwartego, zrozumieniem ważności zasad moralnych sugerowanych w "12x12" . Bardzo przydatna okazała się Wielka Księga, bo mówi ona raczej o obrachunku osobistym, nie zaś o obrachunku moralnym, pozostawiając wolną drogę niewierzącym, agnostykom jak i noszącym ślady przebytych trudów, weteranom religijnych zmagań. W "12x12", w dyskusji na temat Kroku Dziesiątego, odszukałem fragment mówiący o panowaniu nad własnymi wadami. Od czasu, kiedy wstąpiłem do AA, robiłem to, ale tylko wtedy, kiedy akurat cierpiałem z ich powodu. Teraz robię to w sposób bardziej świadomy i systematyczny. Coraz lepiej potrafię sobie radzić z takimi problemami jak: krytykowanie innych, złość, gniew czy szukanie dominacji nad innymi. Był jednak jeden problem, z którym, jak mi się wydawało, nie mogłem sobie poradzić: urazy. Wielu przyjaciół z AA często mówiło o ich naturze, o tym, jak sobie z nimi radzą. A ja słuchałem ich sympatycznie, z grzeczną pobłażliwością, że to oni mają problemy, i że to ich sprawa. Dotąd uważałem siebie za najbardziej życzliwego człowieka, a jednak nie mogłem sobie uświadomić, że to, o czym oni mówili może dotyczyć również mnie. Dzięki Bogu,  że ostatecznie zdołałem zrobić wyłom w swojej skorupie. Był to rezultat regularnego uczęszczania na mityngi i rozpoczęcia stosowania w praktyce wszystkich kroków, najlepiej jak tylko mogłem to robić. Zrozumiałem, że konieczne jest ponowne dokonanie przeglądu kroków, spraw, które pominąłem i spojrzeć na nie poprzez obecne zrozumienie kroków. Ponieważ uwierzyłem, że warto odbudować swoje wnętrze, rozpocząłem całkiem nową przygodę mojego życia - poszukiwanie wiary. Musiałem przyznać, że moje dotychczasowe sposoby traktowania wiary, zadufanie w sobie a także wykluczenie przyjęcia jakiejkolwiek pomocy drugiej osoby - nie przyniosły efektów. Doktor Jung i Silkworth mieli rację uważając dokonanie odważnego i gruntownego obrachunku moralnego za warunek konieczny procesu zdrowienia. Potwierdziła to moja próba. Chęć dokładnego określenia natury moich wad, z pozycji intelektualnej arogancji okazała się porażką. Dopiero później Krok Szósty i Siódmy wyzwoliły nadzieję, gdy wraz z przyjaciółmi z AA, na kolanach prosiłem, by zostały mi wybaczone popełnione błędy, by zrodziło się zaufanie, wiara i silne postanowienie. W Krokach mówiących o zadośćuczynieniu moja intelektualna pycha spotkała następną trudność. Zacząłem gwałtownie usprawiedliwiać większość szkodliwych czynów, które popełniłem w okresie picia lub na skutek pijanych emocji w okresie trzeźwienia. Zamiast wybaczenia i naprawienia błędów pojawiły się wymówki wprowadzając wiele zamieszania. Ktoś w mojej macierzystej grupie, prowadził mityng i tak podsumował ten temat: nie mam nic przeciwko przyznaniu się, że nie mam racji - powiedział - lecz czy muszę to zrobić natychmiast? Może jeszcze nie jestem gotowy? Może jeszcze lubię swe wady? Dotarło do mnie, że "z miejsca" jest sygnałem alarmowym. Jeśli kiedykolwiek w świetle Kroku Dziesiątego sami stwierdzamy, że postąpiliśmy źle i opóźniamy przyznanie się, to ten fakt może pogrzebać nasze szanse na sukces i spowodować nieszczęście. Ale dla mnie potrzeba "natychmiastowości" nie jest zbyt mocnym atutem. Nie wiem jak ty, ale ja mam dotąd wypaczone poczucie upływu czasu. Ma to szczególne znaczenie,  kiedy dotyczy działania, które powinno być podjęte dla utrzymania mojej trzeźwości. Ramy czasu rozpadają się i znowu smok odkładania spraw na później ma swój triumf. W takiej chwili potrzeba szybkiego działania jest niezbędna, bo za chwilę łatwo potrafię uzasadnić dlaczego odkładam działanie lub nie podejmuję go w ogóle. Przypuszczam, a jest to tak oczywiste dla mnie samego, że odkładactwo równie łatwo można odnieść do wielu innych ludzi. Lecz bez względu na to czy stosuję Krok Dziesiąty czy Czwarty - to moje wykonywanie twojego obrachunku moralnego w niczym nie będzie mi pomocne. I z pewnością nie pomoże także tobie. 
Pogody Ducha     B.....


Słówko od alkoholiczki  o Al-Anon

Grupy rodzinne Al-Anon zaczęły powstawać trochę później niż Wspólnota AA. Lois, żona Billa W. wraz z Ann, żoną Boba S. otworzyły swoje serca dla wszystkich tych, którzy zostali zranieni chorobą alkoholową swoich bliskich i utworzyły pierwsze grupy rodzinne. W tamtych czasach najczęściej z pomocy Al-Anon korzystały kobiety, a z pomocy AA mężczyźni. Zresztą dziś te proporcje wcale tak bardzo nie zmieniły się. Wspólnota założona przez Ann i Lois skorzystała z doświadczeń AA i przyjęła 12 Stopni i 12 Tradycji na wzór tych wypracowanych przez alkoholików. A ja zastanowiłam się nad tą jedną małą różnicą: Tradycja 6 Al-Anon kończy się słowami: „…Powinniśmy zawsze współpracować z AA.”
… a jak to wygląda ze strony AA? W naszych Tradycjach nie ma ani słowa na ten temat, a jednak wielu uczestników AA potrafi współdziałać w niesieniu posłania z siostrzaną wspólnotą. Mimo, że nikt z moich bliskich nie korzysta z pomocy Al-Anonu (zresztą z AA także), to przy okazji pełnienia przeze mnie różnych służb w AA miałam okazję sama współdziałania doświadczyć: Byłam uczestniczką mityngu informacyjnego dla profesjonalistów - ja, jako alkoholiczka podczas jego trwania odczytałam nasze Tradycje, a żona jednego z nas opowiedziała o Al-Anon. Dziewczyny z Al-Anonu są obecne na wspólnych dyżurach on-line w PIK-u na Brazylijskiej, co na własne oczy w czwartki widziałam. Takie wspólne dyżury są nieocenione. Przecież na dyżur najczęściej zgłaszają się żony, matki, dzieci alkoholików z wołaniem o pomoc. Gościliśmy również przedstawicielki Al-Anonu na spotkaniach Rady Regionu czy naszych zespołów, by rozmawiać, wspierać się i wymieniać doświadczeniem.  Gdy organizujemy zloty radości, pamiętamy o zarezerwowaniu sali na mityng Al-Anon i obok naszego kolportera jest miejsce na stolik z literaturą Al-Anon. Nie zawsze jednak alkoholicy są zainteresowani taką współpracą. Jakby zapomnieli albo nie chcieli pamiętać, ile krzywdy wyrządzili swoim bliskim. Jakby zapomnieli, że to najczęściej nasi bliscy pomagali nam zauważyć nasz problem z alkoholem, a potem wspierali w trudach pierwszych dni trzeźwienia. Być może nie wszyscy zauważają potrzebę współpracy i być może jej nie chcą – (wspaniała wymówka – w Tradycjach AA nic o współdziałaniu z Al-Anon wprost nie jest napisane!) Przyczyn takich zachowań nie znam. Mogę o sobie tylko napisać – ja ze współpracą z Al-Anon nie mam problemów; zawsze żony i rodziny kontaktujące się ze mną i proszące o pomoc, zachęcam do uczestnictwa w Al-Anon. Podaję dane kontaktowe, adres strony internetowej. Mam w swoim telefonie komórkowym kilka numerów do osób z Al-Anon. Jeśli jest taka potrzeba, dzwonię i po uzyskaniu zgody podaję numer osobie potrzebującej. Wiem, że to działa w obie strony. Że alkoholicy też mogą otrzymać kontakt z drugim alkoholikiem poprzez dyżur Al-Anon. No cóż…ale też wiem, że nie zawsze. Zdarzają się bardzo, bardzo nieprzyjemne odmowy współpracy, czym jestem bardzo poruszona i za co ja, jako uczestniczka AA przepraszam – nie powinno tak być. Może to z niewiedzy, może z osobistych uraz…? Szkoda, że tak czasami się dzieje.
Mam w sobie mam wiele szacunku dla rodzin alkoholików chcących skorzystać z tego co Al-Anon oferuje i jeszcze więcej wdzięczności dla tych, którzy swoje serca otwierają i są gotowi pomagać – z tej i tamtej strony choroby alkoholowej.
Z wdzięcznością – Gosiali AA



Postęp duchowy zdrowieniem na całe życie
    Zawsze byłam przekonana, że kiedy się przestaje pić to bez żadnego wysiłku można się stać normalną tak jak „inni”. Wydawało mi się, że po zaprzestaniu picia zyskam uznanie w domu i wśród ludzi. Później znalazłam się w AA, gdzie zaczęłam się zapoznawać z literaturą, z wypowiedziami na mityngach. Po jakimś czasie zrozumiałam, że abstynencja to fundament zdrowienia, a nie jedyny cel. Oprócz niej ważny jest duchowy postęp, czyli uczenie się życia w trzeźwości. Przykładem uczenia się takiego życia jest budowanie relacji rodzinnych czy załatwianie różnych spraw których nie lubię albo się boję np.: chodzenia do dziekanatu. Żebym mogła zdrowiećmuszę mimo niechęci podejmować się tych zadań, a nie od nich uciekać. Jest to przykład zdrowienia, a nie wyzdrowienia. Tak samo w AA uczęszczając na spotkania intergrupy czy w zespołów regionalnych stopniowo zapoznaję się z tradycjami. Początkowo nie miałam pojęcia, o co w nich chodzi lecz przyszedł czas, że zaczęłam rozumieć, że nasze tradycje służą do przestrzegania jedności bo bez niej AA dawno by nie istniało. Nadal odkrywam w nich coś nowego. I pewnie tak do końca życia. Na dzień dzisiejszy nie wiem o co chodzi w 12 koncepcjach służb światowych. Na różnych spotkaniach służb nie spotkałam się z jakąś szerszą dyskusją na ich temat. Postanowiłam dać czas czasowi, bo wszystko przede mną. Moja świadomość będzie się kształtowała całe życie. Jest to też przykład ciągłego postępu. Jednym z elementów postępu jest zdrowienie, do którego służy12 kroków. Z naszej literatury dowiaduję się jak powstawało AA. Zanim powstały tradycje, potrzebne było wieloletnie doświadczenie alkoholików. Można się odnieść do książki „Przekaż dalej”, która dużo mówi o różnych doświadczeniach, na których zaczęły się tworzyć te tradycje i które ostatecznie spisano. To dla mnie przykład nieustannego kształtowania się AA na całym świecie. Jest to kolejny przykład takiego postępu. Podsumowując, zdaję sobie sprawę, że nigdy nie osiągnę doskonałości. Mogę jedynie dążyć do zmieniania siebie. Zajmie mi to całe życie. Zrozumiałam też, że trzeźwość to stan naturalny. Nie jest to powód, by rodzina czy ludzie spoza AA nagradzali mnie wieńcami laurowymi, bo Wandzia nie pije. Mam zdrowieć dla siebie, a nie na pokaz. Właśnie tak pojmuję ciągły postęp, a nie doskonałość. Życzę wszystkim ciągłego postępu. Pogody ducha  i 24 h.

Wanda


Być może w niejednym z nas powstało kiedyś pytanie o cel i sens Konferencji. Poniżej przedstawiamy odpowiedź jaką znaleźliśmy w "The AA Service Manual "str 42  /" Poradnik Służb AA" - przekład nieautoryzowany /

Dlaczego potrzebujemy Konferencji?

Nieżyjący już Bernard B.Smith, niealkoholik, onegdaj prowadzący naszą Radę Powierniczą, jeden z architektów struktur Konferencji odpowiedział znakomicie na to pytanie w swoim wystąpieniu na spotkaniu w 1954 roku: "Być może nie potrzebujemy Konferencji dla zapewnienia naszego osobistego powrotu do zdrowia. Ale napewno potrzebna jest dla zapewnienia powrotu do zdrowia alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi w ciemnościach, o krok od tego miejsca, w którym się znajdujemy. Potrzebujemy jej dla zapewnienia zdrowienia dziecku, które rodzi się właśnie z piętnem alkoholizmu. Potrzebujemy, by zapewnić  - zgodnie z Dwunastym Krokiem - stałą przystań dla alkoholików, którzy w nadchodzących latach będą mogli przeżyć w AA ponowne narodziny pozwalające im wrócić do życia. Potrzebujemy jej, ponieważ bardziej niż inni jesteśmy świadomi niszczącej siły ludzkiej żądzy władzy i prestiżu, przed którymi musimy uchronić AA. Potrzebujemy Konferencji by AA nie działało jak rząd aby równocześnie zabezpieczyć przed anarchią, by uchronić przed rozpadem ale i zamknięciem w sobie. Potrzebujemy jej, ponieważ Anonimowi Alkoholicy, jedynie Anonimowi Alkoholicy są skarbnicą i nośnikiem swych Dwunastu Kroków, Dwunastu Tradycji i tego wszystkiego, co niosą jej służby. Potrzebujemy, jej by się upewnić, że zmiany wewnątrz AA wypływają tylko z potrzeb i z chęci całego AA, a nie tylko nielicznej garstki. Potrzebujemy jej dla zapewnienia, by drzwi do AA nigdy nie zostały zamknięte, tak by wszyscy ludzie, którzy mają problem alkoholowy, mogli zawsze przyjść do nas bez pytań, z poczuciem serdecznego przyjęcia niezależnie od rasy, wiary czy pozycji społecznej ."


Koncepcja VIII

Powiernicy Zarządu Służb Ogólnych pełnią dwie główne funkcje:
(a) Są głównymi osobami odpowiedzialnymi  za  planowanie  istotnych  kwestii związanych z ogólną polityką i finansami oraz za zarządzanie tymi obszarami. Bezpośrednio kierują tymi sprawami wraz z komitetami głównymi.
(b) Powiernicy  są  przede  wszystkim  pełnymi  właścicielami naszych odrębnych i stale czynnych służb i  sprawują  nad  nimi  nadzór,  wybierając  wszystkich dyrektorów tych jednostek.

Ponieważ Powiernicy są obarczeni główną odpowiedzialnością za właściwe prowadzenie wszystkich spraw związanych z naszą służbą światową, należy omówić podstawowe koncepcje i metody, dzięki którym mogą oni najlepiej wypełniać swoje poważne obowiązki.
Długoletnie  doświadczenie  dowiodło,  że  cały  nasz  Zarząd  musi  się  poświęcić  niemal wyłącznie większym i poważniejszym, stale stającym przed nim pytaniom dotyczącym polityki,  finansów,  relacji  między  grupami,  działań  public  relations  i przywództwa.  W tych ważniejszych kwestiach Zarząd musi oczywiście postępować z dużą ostrożnością i rozwagą. Oczekuje się od niego, że będzie umiejętnie planował, zarządzał i działał.
    Uwaga Zarządu, skierowana na poważne problemy, nie może więc być narażana na ciągłe zakłócenia i ingerencje. Nasi Powiernicy, jako organ, nie mogą zostać zarzuceni masą  pomniejszych  problemów;  nie  mogą  zajmować  się  niekończącymi  się  pytaniami i trudnościami, które się pojawiają co dzień, co tydzień i co miesiąc w ramach rutynowego działania Biura Służb Światowych i naszych przedsiębiorstw wydawniczych. Zarząd nie może zarządzać tymi obszarami i prowadzić ich w szczegółach; musi delegować swoje funkcje kierownicze.
    Podejście Zarządu musi się opierać na nadzorze, nie na kierownictwie. Powiernicy są zatem gwarantami właściwego zarządzania spółkami A.A. World Services, Inc. i A.A. Grapevine, Inc. Wypełniają swój obowiązek nadzoru, wybierając dyrektorów tych służb; niektórzy z nich zawsze muszą być Powiernikami. W ten sposób obowiązek kierowania tymi  jednostkami  bezpiecznie  spoczywa  na  samych  czynnych  spółkach  pomocniczych, nie  zaś  na  Zarządzie  Służb  Ogólnych.  Każda  jednostka  służb  korporacyjnych  powinna mieć  swój  własny  statut,  swój  własny  kapitał  operacyjny,  swoje  własne  kierownictwo, własnych pracowników, własne biura i wyposażenie. Poza mediacjami w trudnych sytu-acjach i nadzorowaniem, aby spółki pomocnicze działały w ramach swoich budżetów i ogólnej  polityki  ruchu AA  i  Centrali,  Zarząd  rzadko  będzie  musiał  robić  więcej,  jeżeli chodzi o rutynowe operacje związane ze służbami.
    Taki układ jest zgodny z nowoczesną praktyką prowadzenia biznesu. Zarząd Służb Ogólnych  jest  właściwie  holdingiem,  na  którym  spoczywa  obowiązek  nadzorowania należących  do  niego  w  całości,  stanowiących  odrębne  podmioty  gospodarcze  spółek zależnych, z których każda, dla swoich celów operacyjnych, ma własne kierownictwo. Ku swojemu zadowoleniu udowodniliśmy, że taki korporacyjny model działania przewyższa wszystkie inne.
    Jak  wspomnieliśmy  wcześniej,  była  to  dla  nas  trudna  lekcja.  Omawiając  kwestię „Uczestnictwa”  w  Koncepcji  IV,  zauważyliśmy,  że  wcześniejsze  próby  zarządzania Biurem Służb Ogólnych AA i spółką A.A. Publishing Company przez wiele komitetów Powierników nie sprawdziły się. Były to w rzeczywistości próby przekształcenia naszych służb  w  oddziały  dawnej  Fundacji  Alkoholików  (obecnie  Zarządu  Służb  Ogólnych). Okazało się, że trudno jest zdefiniować uprawnienia tych kilku komitetów Powierników, tak  aby  uszanować  ich  wzajemne  relacje  i  uwzględnić  pracę  do  wykonania.  Władzę
i odpowiedzialność rzadko udaje się utrzymać w równowadze. Regułą były wówczas nie wspólnie podejmowane decyzje, ale kategoryczne polecenia. W komitetach tych nikt nie zajmował  stanowiska,  które  w  pełni  określałoby  indywidualne  obowiązki  danej  osoby; co naturalne, ci, którzy zajmowali się pieniędzmi i podpisywali czeki, przypisywali sobie więcej  władzy.  Kontrola  nad  pieniędzmi  zbyt  często  więc  determinowała  politykę AA, bez względu na opinie pracowników i ochotników w biurze, którzy czasem lepiej rozumieli te kwestie.
    Ale od momentu, w którym funkcję biura służb objęła jedna i trwała struktura korporacyjna, w jakiej urzędnicy i kierownicy mieli formalnie zdefiniowane stanowiska, obowiązki i zakres odpowiedzialności – od momentu, w którym taka spółka otrzymała swój kapitał  obrotowy,  swoich  pracowników  i  swoje  obiekty,  a  dyrektorzy  zyskali  formalne prawo głosu, proporcjonalne do swojej faktycznej odpowiedzialności, i kiedy byliśmy w stanie w ten sposób jasno zdefiniować podział władzy kierowniczej – zaczęliśmy dostrzegać znaczną poprawę. Rezultatem było prowadzenie działalności w sposób bardziej harmonijny i skuteczniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.
    W końcu nauczyliśmy się tego, co świat biznesu wie doskonale: że nie można, na najwyższym szczeblu zarządzania, kierować dużym, czynnym i dobrze rozwiniętym podmiotem gospodarczych za pomocą luźno połączonych komitetów i działów. Przykładowo, jak mogliby dziś funkcjonować nasi Powiernicy, gdyby mieli się stać zaledwie „komitetem” lub „działem” Konferencji Ogólnej, zamiast być jasno zdefiniowanym organem z własnym statutem, którym z konieczności są?
    Ale Zarządu Służb Ogólnych nie da się także przekształcić w spółkę korporacyjną. Każda  firma  prowadząca  rozległą  i  aktywną  działalność  musi  zawsze  mieć  jednego głównego kierownika, znającego każdy dział, który faktycznie wykonuje swoje zadania przez  większość  czasu  i  może  dzięki  temu  bezpośrednio  koordynować  pracę  różnych działów i godzić występujące między nimi różnice. To by oznaczało (gdybyśmy spróbowali takiego rozwiązania), że „oddziały” Zarządu Służb Ogólnych musiałyby podlegać Przewodniczącemu Zarządu Służb Ogólnych – swojemu naczelnemu kierownikowi. Jak jednak  mogłoby  to  funkcjonować,  jeżeli  nie  pełniłby  on  faktycznych  funkcji  kierowniczych i nie był stale dostępny? Z samej natury naszego szczególnego układu wynika, że Przewodniczący Zarządu nigdy nie stanie się takim naczelnym kierownikiem. Zwykle nie jest on alkoholikiem i nie może poświęcić ruchowi AA wymaganej ilości czasu. Ponieważ jest Powiernikiem, nie może otrzymywać wynagrodzenia, które by mu się należało jako najwyższemu szefowi naszych służb.
    Przypuśćmy jednak, że Powiernicy zatrudnią w pełnym wymiarze czasu kierownika, który  aktywnie  kierowałby  wszystkimi  naszymi  trzema  przedsiębiorstwami  pomocniczymi,  będącymi  działami  Zarządu.  Od  razu  pojawia  się  problem  związany  z tym,  że taka osoba nigdy nie mogłaby zostać Powiernikiem ani pełnić funkcji Przewodniczącego Zarządu Służb Ogólnych. Nie miałaby więc żadnego faktycznego statusu. Pracowałaby, w  pełni  podlegając  nieistniejącemu  kierownictwu  Przewodniczącego  Zarządu.  Weźmy także pod uwagę fakt, że połowa naszej Rady Powierników mieszka zwykle poza miastem 1 , a także to, że po prostu nie możemy prosić naszych, niebędących alkoholikami, Powierników  o  objęcie  czynnych  służb  ścisłym  i stałym  nadzorem.  Reasumując,  są  to ważne powody, dla których nigdy nie powinniśmy przekształcać Zarządu Służb Ogólnych w spółkę korporacyjną.
    Nie  byłoby  też  o  wiele  lepiej,  gdybyśmy  utworzyli  jedną  dużą,  zależną  spółkę pomocniczą,  będącą  wyłączną  własnością  Zarządu  Służb  Ogólnych,  w  której  jednemu naczelnemu dyrektorowi podlegałyby wszystkie nasze czynne służby, w tym spółka A.A. Grapevine.  Plan  ten  spowodowałby  także  trudności  realizacyjne,  ponieważ  wiązałby się  z nadmierną  koncentracją  władzy  kierowniczej.  I  wreszcie,  trudno  byłoby  znaleźć i zastępować jednego naczelnego dyrektora, który, zgodnie z wymaganiami, miałby wiele talentów.
    Istotny jest także fakt, że zawsze rygorystycznie unikaliśmy wszelkiej dużej koncentracji pieniędzy lub władzy wykonawczej, oddając swoje rezerwowe fundusze w pieczę Powierników i dzieląc nasz kapitał obrotowy między spółki A.A. World Services, Inc. i A. A. Grapevine, Inc., z których każda ma swoje własne kierownictwo. Między pieniędzmi i  władzą  istnieje  zawsze  potężny  związek.  W  razie  koncentracji  pieniędzy  zawsze,  w nieunikniony sposób, tworzymy pokusę do wykorzystania zbyt dużego zakresu władzy wykonawczej,  co  jest  dla  nas  sytuacją  niepożądaną.  Powinniśmy  więc  zdecydowanie unikać lokowania zbyt dużej ilości pieniędzy lub zbyt szerokiego zakresu władzy w jednej jednostce służb. To bardzo istotne powody dla utrzymywania odrębnych podmiotów, zajmujących się każdą z naszych czynnych służb.
    Jednakże na podstawie doświadczeń z pierwszych dni naszej działalności zdecydowanie możemy stwierdzić, że przyszli Powiernicy i pracownicy służb, działając rzekomo na rzecz uproszczenia rachunkowości, oszczędności podatkowych i nadziei na zwiększenie wydajności, będą co jakiś czas dążyć do przeprowadzania tego czy innego rodzaju koncentracji  i  konsolidacji. Wiemy,  że  ryzyko  przekształcenia  całej  naszej  działalności w chaos administracyjny jest w razie ponownych prób tego rodzaju faktycznie ogromne.
    Spostrzeżenia te nie mają służyć blokowaniu jakichkolwiek niezbędnych w przyszłości zmian. Chodzi tylko o to, abyśmy uniknęli niepotrzebnych powtórek tamtych bolesnych doświadczeń i błędów przeszłości, które wynikały czasem ze zbyt dużej koncentracji pieniędzy i władzy. Możemy tylko formalnie zaznaczyć, że nadal nie widzimy żadnej realnej możliwości przekształcenia Rady Powierników w czynną, „uniwersalną” spółkę.

________________________
1 W 2005 r. około 95% powierników mieszkało „poza miastem”.


Spróbuję żyć w trzeźwości - Zza krat
 
Ostatnio dużo się zastanawiam się nad swoją sytuacją. Teraz, gdy siedzę, dowiaduję się o swoim zdrowiu. Uczę się siebie, jaka byłam, a jaka jestem, jakie zmiany we mnie zaszły i co to powoduje. Jestem świadoma tego, co może się wydarzyć, a jednak jestem spokojna. Kiedyś mówiłam. co ma być-to będzie – nie zastanawiając się nad znaczeniem tych słów. Dzisiaj uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Uważam, że mój spokój jest spowodowany tym, że powierzyłam się Bogu i to On mną kieruje. Poddałam się Jego woli. Gdyby nie więzienie, prawdopodobnie wąchałabym kwiatki od dołu. Bóg widocznie uznał, że nie jest dla mnie ten czas. Na wolności pijąc nie poszłabym do lekarza, nigdy nie było na to czasu, a nawet gdybym poszła i dowiedziała się tego wszystkiego, co wiem teraz na pewno piłabym jeszcze więcej. Jest rzeczą wręcz niemożliwą, abym w czasie mojego długiego transu pomyślała o sobie, o stanie swojego zdrowia. W ogóle o siebie nie dbałam, ostatnio pracowałam tylko po to, aby mieć na picie, nie zastanawiając się w ogóle nad tym, do czego to doprowadzi. Byłam już na krawędzi całkowitego upadku i tak jak już kiedyś mówiłam – nie rozumiem i nie wiem jak to się stało, bo tak naprawdę zatrzymali mnie na własne życzenie. Zawsze byłam w miarę ostrożna, nigdy nie pokazywałam dowodu, bujałam się na lewych danych - a wtedy! – przyszedł taki moment – nie wiem, co się za działo i ot – tak ! Patrol i dałam dowód – sama nie rozumiem, dlaczego tak robię. Teraz wiem – To Siła Wyższa pokierowała moim zachowaniem . – Nawet gdy znalazłam się natychmiast w kajdankach – o dziwo – tez czułam spokój, choć wiedziałam, że idę na długie lata. Nie plułam sobie w twarz, nie myślałam, co ja zrobiłam – po prostu byłam spokojna. Dziś się nad tym zastanawiam, nie mogę pojąć dlaczego tak się zachowałam. Kiedyś klęłabym, wyrzucałabym na siebie - po co i dlaczego dałam się tak głupio złapać! .Ale wtedy stało się coś nie samowitego, czego nie rozumiałam. Zrozumiałam to dopiero w tym tygodniu – trwało to długo, ale zrozumiałam. Więc jestem wdzięczna Bogu, że tak pokierował moimi scieszkami, że znalazłam się tutaj. że uchronił mnie od śmierci.Tu uczę się na nowo siebie. Kiedyś nie zależało mi na życiu – mimo, że mam dla kogo żyć było mi to obojętne Myślałam -  po co żyć, skoro tak naprawdę nikogo nie mam, nikomu na mnie nie zależy i nikt po mnie nie będzie płakał. Nie widziałam sensu życia opętana przez alkohol. Kochałam pić alkohol, był moim przyjacielem, ukojeniem. Sama nie wiem dlaczego myślałam tylko,, żeby zarobić i pić i mimo, że bardzo chorowałam, że kac był nie do zniesienia – piłam, piłam – do tego stopnia, że o mało nie doprowadziłam się do anoreksji – doprowadziłam mój organizm do ruiny i uważałam, że tak jest fajnie, że tak ma by! – Szczuplutka, zgrabna sylwetka. Ładna, bo za taką się uważałam. Atrakcyjna, bo tak się widziałam. Nieważne było, że ryj czarno -bordowy od gorzały, zmarszczka na zmarszczce, że cuchnęłam alkoholem połączonym z wydzielającym się potem, że wyglądałam jak wieszak,- jak zmokła kura  albo jeszcze gorzej – tego nie dostrzegałam – żyłam w świecie fantazji i urojeń – choć to była rzeczywistość. Niestety nie moja. Im więcej piłam, tym bardziej się zatracałam, nie poznawałam samej siebie, swoich zachowań, traciłam kontrolę nad sobą. Teraz, gdy na to wszystko patrzę – trzeźwym okiem – mając informację o stanie zdrowia czuję znów ten wewnętrzny spokój – choć odczuwam też lęk. Teraz chcę żyć – ale żyć inaczej. Myślałam swoim chorym mózgiem, o ile go w ogóle miałam, że nikogo nie mam – bzdura! Mam wspaniałe dzieci. – Myślałam, że nikomu na mnie nie zależy, ale tak naprawdę, to mi na nikim i na niczym nie zależało. Ciężko mi z tym dzisiaj, rozumiem swoje dzieci – mają prawo mieć do mnie żal. To ja nie zabiegałam o spotkanie i kontakty z nimi – wygodniej było mi pić. Gdy to oni dzwonili, właśnie chcieli się spotkać, porozmawiać, zawsze znajdowałam wymówkę, aby zakończyć rozmowę unikać spotkań i rozmów.To ja ich odpychałam od siebie, to oni czuli się niepotrzebni i niechciani poprzez moje zachowanie. Teraz gdy przyjdą znów na widzenie, muszę im to powiedzieć, chcę o tym porozmawiać i prosić, aby mi wybaczyli. Nie wiem kiedy to nastąpi, ale już jestem gotowa to zrobić. Pamiętam, jak wiele razy prosili mnie abym przestała pić. Wiele razy widziałam ich wzrok, jak kupowałam i piłam alkohol, ale czy to coś mnie obchodziło? Nie, nie przejmowałam się ich uczuciami, nawet o tym nie pomyślałam, na tamten czas nie przejmowałam się niczym, ważne było abym się napiła.Teraz robię rachunek z dotychczasowego życia, sięgając pamięcią wstecz, widząc te obrazy z boku, potrafię poczuć to, co czuły moje dzieci i jest mi przykro. – Wstyd? Mało powiedziane, nienawidzę się za krzywdy jakie im wyrządziłam swoim piciem, i mimo że nigdy ich nie biłam, to psychicznie bardzo ich zraniłam i teraz jeśli chcę aby mi zaufały, a bardzo chcę, to czeka mnie bardzo duża praca, aby do tego doprowadzić. Przypominam sobie, jak jeździłam pociągiem do pracy - różnie -  pijana, na kacu, który już w pociągu był leczony, wspólnie z osobami podobnymi do mnie. Przypominam sobie twarze i miny osób niepijących. Pogarda, może litość - ciężko określić, ale ja wtedy nie czułam wstydu, nie czułam nic, było mi dobrze, bo miałam zaprawkę. Patrząc wstecz i widząc to dzisiaj – mówię sobie, co ty z siebie robiłaś? Szmatę, ochlapusa, dziwkę, bo pewnie nikt trzeźwy inaczej nie pomyślał na ten moment. Dziś jest mi wstyd i czasem zastanawiam się, jak ja spojrzę tym niepijącym osobom w oczy, mimo że im nic nie zrobiłam, ale w jakiś sposób byłam dla wielu ciężarem. Kiedyś nie miało to dla mnie znaczenia, kto i co o mnie myśli czy mówi – teraz to się zmieniło. Wstyd - upokorzenie! Wiem, że wyjdę i mnie dopadną, ale dzięki mityngom i nauce poznawania siebie – wiem, że dam sobie radę z tym. Cieszę się, że są w tym miejscu mityngi, dziękuję przyjaciele, że poświęcacie swój czas przychodząc do nas. Dziękuję wam wszystkim, że jesteście gotowi wysłuchać tego, co mam do wyrzucenia z siebie i choć to nie wasze życie – to dziękuję. Jest mi lżej, za każdym razem, gdy coś napiszę lub powiem!– Spróbuję żyć w trzeźwości – i wierzę, że są ludzie, którzy mi w tym pomogą .

Dziękuję Gosia alkoholiczka Zakład Karny Kamczatka


Moje całkowite pożegnanie z alkoholem - Zza krat

Moje całkowite pożegnanie z alkoholem, który wyrządził w moim życiu osobistym wiele spustoszenia i strat materialnych, rodzinnych i zdrowotnych. Pijąc za młodu wina a później w zakładzie poprawczym o zaostrzonym rygorze wynalazki takie jak: spirytus salicylowy i perfumy na alkoholu, to nie wiedząc o tym zaczęły się pierwsze uszczerbki na zdrowiu psychicznym i wewnętrznym. Zacząłem pić od lat dwunastu do, czternastu, bo siedziałem jak skończyłem lat czternaście w zakładzie karnym, był to zakład poprawczy o zaostrzonym rygorze, w którym straciłem nadzieję na resztę życia, ale gdy przetrwałem okrutne cierpienia i wyszedłem to miałem dwadzieścia jeden lat. Poznałem szybko kobietę, bo byłem tak spragniony jak alkoholu, którego mi przez wiele lat brakowało. Ślub wziąłem tylko cywilny, bo na tyle było mnie stać i narodził się syn, z którego bardzo się cieszyłem, że wreszcie zostałem ojcem i że dam mu lepsze życie, jakiego nie miałem od swojego ojca pijaka. Nie sprawdziłem się, bo zbyt często piłem i zły przykład dawałem swojej rodzinie. Pojechałem do Łodzi za mlekiem w proszku, bo było tylko w Łodzi, ale poznałem tam swoich kolegów z ZK, zaczęły się kradzieże i pijaństwo, straciłem przez kolejne pijaństwo swoją rodzinę i syna na pierwsze dziesięć lat, gdy to piszę to łzy z bólu same mi się cisną, że tyle strat i wstydu narobiłem sobie i mojej rodzinie. To wszystko wynika z mojego życia, że alkohol był silniejszy niż ja sam, dlatego że wszystkie moje bolączki i smutki gubiłem w alkoholu, aby tylko zapomnieć o moich cierpieniach swojego życia i tego, co mnie otaczało. Alkohol dawał mi wiele odwagi i zapominałem o swoich smutkach, o tym jak byłem bity w zakładzie poprawczym, przez picie wzrastała u mnie agresja i wyżywałem się na innych ludziach, przypominałem sobie jak ja byłem katowany w ZP i wtedy narastała we mnie znieczulica jak piłem, piłem bardzo dużo, aby zapomnieć o swoich przejściach życiowych, które u mnie narastały a przez to krótkie miesiące byłem na wolności, poznałem drugą kobietę, związałem się z nią na wiele lat, tylko krótkie były chwile na wolności. Jeździła po więzieniach gdzie przebywałem. A poznałem kobietę, która w życiu nie piła ani nie piła, wiele się przy niej nauczyłem, jak odróżniać dobre życie od złego. Gdy robiłem przerwy alkoholowe dzięki niej trafiłem do klubu AA. Dużo mnie to nauczyło, co mam ze sobą robić, aby nie pić, przez pierwsze osiem miesięcy niepicia na wolności i prowadzenia klubu AA, jako gospodarz, dało mi to wiele pewności siebie, duża dumę, zadowolenie, szybko zapomniałem, że jestem alkoholikiem, który potrzebuje dużo wsparcia duchowego od kolegów mających większą abstynencję, ja sobie to wszystko zlekceważyłem i znów wpadłem w picie alkoholu, co spowodowało kolejne spustoszenie w moim życiu. Dużo zdrowia straciłem, pod koniec swych przejść postanowiłem skończyć ze swoim życiem na zawsze, ale do tego jeszcze dojdę, bo opiszę to, co jeszcze przeżyłem a przeżyłem bardzo okrutne przejścia alkoholika. Obecnie to jest moja trzecia terapia antyalkoholowa, sądowa, tak jak, wiele których już miałem, a także antykol, trzy wszywki i wiele odwiezień karetką pogotowia w kaftanie, detoksy, szpital psychiatryczny. A przede wszystkim uszkodzenia własnego ciała, które ciąłem żyletką, przez co miałem niewład w rękach i moja psychika bardzo na tym ucierpiała. Miałem bardzo dużo wykroczeń sądowych, pobytów w zakładach poprawczych, w sumie trzydzieści lat odsiedziane za wybryki po pijanemu. Co teraz na stare lata, doszedłem do tego, że straciłem dużo zdrowia na resztę mego życia? Bo jestem kaleką i już tego, co straciłem nie odzyskam, mam nieład nóg, poważne uszkodzenie wątroby- nie mam woreczka żółciowego, dwa razy ciężki stan trzustki, bardzo słaby wzrok, zaniki pamięci i na dodatek raka krtani jak na razie nie groźny, pomyślałem, że moje życie się już kończy. Gdy wyszedłem do uprawomocnienia mojego wyroku i dowiedziałem się, że nie mam mieszkania a moje meble są w magazynie lombardu, zabolało mnie, że nawet na stare lata nie mam swojego kąta, gdzie głowę mógłbym schować, wychodząc miałem siedemset złotych i poszedłem szukać miejsca w gronie pijackim, bo tylko oni mogli mnie zaakceptować i tak pieniędzy na długo mi nie wystarczyło, później sprzedałem meble z magazynu, piłem dalej, alkohol leczył moje rany, miałem rozum tak osłabiony, że nie myślałem o tym, aby szukać niepijących alkoholików, chociaż o tym wiedziałem, chciałem skończyć ze swoim życiem, ale tak się nie stało, przygarnął mnie Kolega, ucieszyłem się, mogłem się umyć i porządnie wyspać, nie tak jak na klatkach schodowych. Długo to nie trwało, bo leżąc u niego zawsze było dużo pijących, budziłem się, nalewali mi alkohol i znowu zasypiałem, było nie lepiej tylko coraz gorzej. Któregoś dnia złapała mnie padaczka, którą mam do dnia dzisiejszego, rano uciekłem i nawet się ucieszyłem, że odpocznę, długo to nie trwało, bo gdzie bym się nie ruszył to wszystkich znałem i spotykałem przyjaciela, który wyszedł i tak mnie ugościł, że nie potrafiłem odmówić, bo byłem wobec siebie bezsilny, to, co on mi o sobie opowiadał powodowało u mnie rozpacz, że on ma życie poukładane a ja nie mam nikogo i jestem jak samotny wilk, nie ma niczego abym mógł przetrwać i moje życie stało się całkowitym spustoszeniem i będzie najlepiej jak odejdę z tego świata i wtedy wszyscy z Rodziny o mnie zapomną, przyjaciele. Sam nie wierzyłem, że potrafię i zdołam się podnieść i na nowo narodzić. Bo gdy z ulicy pogotowie zabrało mnie nieprzytomnego i pociętego z myślą, że nie powrócę już do swojego pijackiego świata, którego już miałem dość, robiło mi się słodko i było mi wszystko jedno, co się stanie ze mną.                                  cdn.


Jak to z tym „Warsem" było ?

Wywiad z Jankiem „ Szamponem" – jednym z założycieli.

MITYNG 10/52/2001

Redakcja: Jakie były początki Intergrupy, dlaczego właśnie w tym czasie zdecydowaliście się ją założyć ?

Janek:  Żeby mówić o powstaniu „Warsu" trzeba wrócić do momentu kiedy wracaliśmy po pierwszym naszym Zjeździe, który odbył się w dniach 6–7. X. 1984r w poznańskim Domu Technika. W przedziale pociągu zebrała się nas grupa kilku osób. Z tego co pamiętam byli wśród nich: Felek, Adam S., Adam B., Wiktor O. i ja. Byliśmy pełni radości i zapału bo ten zjazd był pierwszy a co za tym idzie historycznym wydarzeniem w naszym ruchu. Z kontaktów z alkoholikami w Poznaniu wiedzieliśmy już, że gdzieś w świecie Grupy AA łączą się w Intergrupy aby ułatwić sobie działanie i dlatego uznaliśmy iż w Warszawie dobrze byłoby powołać taką „instytucję". Miałaby nazywać się „Wars" ponieważ, wiadomo Warszawa i to jej pierwotna, dawniejsza strona Wisły i miasta. Siedzibę oczywiście miała mieć na miejscu a spotykaliśmy się wtedy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii na ul. Sobieskiego. Myślę sobie, że niewiele wtedy mieliśmy pojęcia co to Intergrupa ma tak naprawdę robić, ale po Zjeździe wiedzieliśmy jedno: AA w Polsce powinno być bardziej zintegrowane. W Polsce było o ile dobrze pamiętam, około 34-37 Grup a w samej Warszawie były już chyba 4 Grupy. Razem z przyjaciółmi powoływałem we Wrześniu tego roku Grupę „Wola" na ul.Płockiej. Była już Belgijska, była Sobieskiego, była też Grupa na Żeromskiego, tak to chyba wtedy było już wszystko. Grupy te miały się właśnie w „Warsie" zintegrować bo taki zastrzyk integracji z Poznania w tym pociągu wieźliśmy. Niedługo potem odbyło się pierwsze spotkanie Intergrupy. Pamiętam, że miałem wrażenie „historyczności" chwili bo było nas sporo osób, wtedy z każdej Grupy wybieraliśmy delegatów, tak to się wtedy nazywało, potem oczywiście te nazwy pozmieniały się, teraz są one inne ale nie w tym rzecz. Tak to mniej więcej wyglądał sam początek powstania „Warsu". Podsumowując: Sam pomysł zrodził się na Zjeździe w Poznaniu, zredagowaliśmy go w przedziale pociągu bardzo ciasnego zresztą. Pamiętam z Adamem B. Spisywał nasze uwagi, on znał trochę anglojęzycznych materiałów dotyczących AA miał więc większe pojęcie o ruchu AA w świecie. No i  tak właśnie powstała pierwsza w Polsce Intergrupa.

R: Czy mógłbyś podzielić się swoimi refleksjami z tamtego czasu ?

J: Jeśli chodzi o moje refleksje to jeszcze chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy ale wydawało mi się, że uczestniczę w czymś wielkim, w czymś takim czego jeszcze nie było i co dopiero rodziło się na moich oczach. Pamiętam znamienną dla tego okresu rzecz: to był niesamowity entuzjazm i ogromna nadzieja, że to się powiedzie i wielka wiara w to, że to ma niesamowitą przyszłość bo myśmy już nie pili jakiś czas i był z nami Felek, który nie pił już kilka lat. Te nasze działania wokół powstania „Warsu" były motorem wprawiającym nas w ruch dodawały nam entuzjazmu, optymizmu i radości. Dzięki temu rodziły się zalążki przyjaźni i bliskości między tymi, którzy chcieli coś w Intergrupie robić. To było to czego nam do tej pory brakowało, choć muszę przyznać, że próby zorganizowania się podejmowaliśmy jeszcze przed powstaniem „Warsu". Mianowicie w każdą niedzielę grupa alkoholików spotykała się w kawiarni „Mozaika" na ul. Puławskiej. Przychodziło tam kilka, kilkanaście osób i omawialiśmy różne sprawy dotyczące AA (wymienialiśmy adresy mityngów, rozmawialiśmy o tradycjach). Nie było to nic wielkiego ale w późniejszym okresie te spotkania (w swojej formie i treści) pomagały nam w zorganizowaniu stałych spotkań nowo powstałej Intergrupy. Jednak to, że „Wars" powstał, rozwijał się i istnieje do dziś było, przede wszystkim zasługą ówczesnego entuzjazmu jaki w nas panował.

R:  Jakie cele stawialiście sobie w działaniu „Warsu" ?

J: Faktycznie to nie wiedzieliśmy tak do końca czym ma się taka Intergrupa zajmować. Macaliśmy z początku na ślepo i po niedługim czasie wyłoniły się zarysy naszej działalności. Po pierwsze i chyba najważniejsze działał  już wtedy punkt kontaktowy na ul. Hożej i na „Warsie" ustaliliśmy grafik dyżurów. Po drugie: zaczęły do nas docierać tradycje i chcieliśmy gdzieś je omawiać. Robiliśmy to właśnie na Intergrupie a gadaliśmy przede wszystkim o zachowaniach na mityngu: jak prowadzić ? jak radzić sobie z przeszkadzającymi (to, że nie można ich wyrzucić z AA wiedzieliśmy już wtedy na pewno) itp. Po trzecie: zaczęliśmy już wtedy robić takie książeczki z adresami i godzinami spotkań a później doszło do tego jeszcze rozprowadzanie literatury, którą przywożono z za granicy m.in. z Finlandii („44 pytania"). Pomału ta nasza praca przybrała charakter organizacyjny, techniczny nawet i mam wrażenie, że Intergrupa zaczęła robić to do czego była powołana, bo tak od początku to sobie wyobrażaliśmy. „Wars" zaczął również nadawać taki poważniejszy rys naszemu ruchowi ale oczywiście jest to mój osobisty odbiór. Słowo „Inter" dawało pewność, że Grupy łączą się w jakąś całość i mają jakiś większy wymiar. Sam byłem delegatem z Grupy „Wola"  i dbałem aby przepływ informacji odbywał się w obie strony. Również informacje z kraju, a były już Grupy w Poznaniu , Słupsku, Będzinie wpływały na Intergrupę skąd dopiero docierały do Grup. Było to rozwiązanie szybsze i jeśli można tak określić bardziej ekonomiczne. Wszystko skupiało się w „Warsie" jak w soczewce ale najważniejszym dla niego zadaniem było złączenie wszystkich Grup warszawskich w jedną całość.

R: Jakie były Twoje odczucia na wiadomość o mityngu rocznicowym naszej Intergrupy ?

J: Doznałem miłego zdziwienia, że ktoś chce pamiętać o tym, iż kiedyś byli tacy ludzie, którzy powołali pierwszą w Polsce Intergrupę. Zaproszenie mnie na taki wspomnieniowy mityng było bardzo przyjemną wiadomością. Zdziwiony byłem tylko nieliczną obecnością AA-owców, bo wiadomo, że jak nie zna się własnych korzeni to trudniej jest się poruszać we Wspólnocie. Zawsze dobrze jest wiedzieć o tym skąd pochodzę i jak to dawniej bywało. Historia powstania „Warsu" niesie na pewno mniej dramatyzmu niż inne wspomnienia AA-owskie ale jest również ważna jako przyczynek do kształtowania się naszego ruchu. Borykaliśmy się z nieświadomością jak taka Intergrupa powinna wyglądać, często błądziliśmy (materiałów mieliśmy jak na lekarstwo) ale ja wiem, iż AA utrzymuje się dzięki temu, że nie jest profesjonalne i być może właśnie to pomogło w jej powstaniu. Cenię sobie tych ludzi, którzy przyszli po mnie i chcą znać historię naszej Wspólnoty. Dlatego też uważam takie mityngi wspomnieniowe za potrzebne a ten konkretny dostarczył mi wielu wzruszeń bo od wspomnianego przez nas czasu minęło prawie 17 lat.

R:  Dziękuję za rozmowę.

Materiał zebrał i opracował

Włodek AA Intergrupa „Wars"

Gratulujemy Intergrupie WARS XXVII rocznicy powstania.
redakcja biuletynu