MITYNG 11/173/2011

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


50 LAT TRADYCJI AA
MITYNG 11/41/2000
“Tradycje to esencja doświadczeń grup i naszej Wspólnoty. Zostały napisane przez Billa, tak , by w krótkiej, skondensowanej i praktycznej formie zawrzeć wiedzę zebraną przez grupy i indywidualnych członków...”
Tom Y., redaktor Grapevine Listopad 1949

Dwanaście Tradycji przyjęto na Międzynarodowej  Konwencji w Cleveland w 1950 roku po 15 latach prób i błędów. Grupy szukały przez ten czas zasad, które zabezpieczyły by prężnie rozrastającą  się Wspólnotę przed niepewnym jutrem. W przeciwieństwie do Kroków, które wywodziły się z uniwersalnych, znanych od wieków  prawd duchowych dostosowanych jedynie do potrzeb alkoholików, Tradycje wyłoniły się z doświadczeń AA i zostały stworzone i precyzyjnie dopasowane do potrzeb AA. Przez pięćdziesiąt lat potwierdzały nieustannie, że są skutecznym narzędziem utrzymującym jedność i rozwój Wspólnoty.

JACY BYLIŚMY

Z  początku AA było niewielką grupą entuzjastów, rozrastająca się głównie drogą osobistych kontaktów i pełną obaw  o przyszłość. Artykuły w „Liberty" i „Saturday Evening Post" wywołały gwałtowny napływ nowych członków. Pojawiły się nowe problemy, jak spory personalne, pieniądze, przyjmowanie do Wspólnoty itp. Ale największą groźbą był podział AA. Powoli, lecz nieustannie, Wspólnota nabierała doświadczenia. Przyjaciele z kręgów finansjery pomogli nam zauważyć wartość samofinansowania się Wspólnoty. Również z kręgów sympatyków - niealkoholików  przyszła idea nie łączenia AA z  zewnętrznymi przedsięwzięciami. Gdy nowojorskie biuro AA zebrało opinie grup na temat reguł przyjmowania do Wspólnoty to Bill W., po zapoznaniu się z nimi stwierdził, że gdyby wszystkie te reguły zastosować jednocześnie, to do AA nie dostałby się nikt. W najcięższych bojach wykuwała się „duchowa podstawa" - anonimowość. Wielu pierwszych członków, z Billem  na czele, publicznie ujawniło swoja przynależność do AA. Wydawało się, że nie ma w tym nic złego. Ale było inaczej. Krótkoterminowe korzyści , w dłuższej perspektywie ustępowały dążeniu do osobistego prestiżu, władzy i pieniędzy - czyli tym samym rzeczom, które frustrowały nas i pchały do picia.

CO SIĘ Z NAMI STAŁO

Ogromna liczba odpowiedzi na listy, która spadła na małe nowojorskie biuro wymusiła opracowanie paru standardowych tekstów dotyczących problemów grup. One stały się inspiracją do powstania „długiej formy" Tradycji. Napisał je Bill w 1945r. Jak sam wspomina: „gdy je pisałem, to zrozumiałem, że mogę mieć wpływ, wielki wpływ na całość naszej społeczności. Więc, by wzmóc ten efekt nazwałem je Tradycjami". Earl T. z Chicago wysunął pomysł by skrócić tekst do długości przypominającej 12 kroków. Dokonał tego wspólnie z Billem. Nieco później Bill uznał, że tekst jest zbyt uproszczony. Uzupełnił go, i tak w 1946 roku powstało to, co znamy dziś jako „12 Tradycji AA" Tekst dotarł do grup jako „12 Punktów zabezpieczających naszą przyszłość". Opublikowano go w Grapevine w kwietniu 1946r. Do końca lat 40-tych Bill nieustannie wyjaśniał swoje idee, każdemu kto chciał i nie chciał, poprzez artykuły w Grapevine i osobiste kontakty. Jak sam żartobliwie wspomina w „AA wkraczają w dojrzałość". Często spotykał się z reakcją: „Opowiedz nam o tym, gdzie chowałeś swoje butelki, a także o swoim podniecającym przeżyciu duchowym. Ale, prosimy bardzo, nie mów nam więcej o tych przeklętych Tradycjach". Od stanu z roku 1946, kiedy „praktycznie nikt nie aprobował Tradycji", poprzez szereg doświadczeń, które ukazały ich wielką przydatność w działaniu grup, AA przeszli taką przemianę, że na Międzynarodowej Konwencji w Cleveland w 1950 roku, delegaci przyjęli je bez trudu - tak wielka była powszechna zgoda .

JACY JESTEŚMY  OBECNIE

Pod pewnymi względami członkowie AA obecnie nie różnią od tych z lat 40-tych. Nadal wielu z nas nie lubi Tradycji. Gdy stają się tematem mityngu zapada nieraz przedłużająca się cisza. Ale czy chcemy tego czy nie. to w rzeczywistości nowicjusze w AA są  najpierw  wprowadzeni w Tradycje, a dopiero później w Kroki. Na pierwszym mityngu mówimy mu, że jeżeli tylko chce przestać pić, to go witamy we Wspólnocie (Tradycja 3-cia). Dajemy mu telefony, literaturę, mówimy co nam pomogło na początku drogi Ttradycja 5-ta). Zapewniamy, że jego obecność tutaj i to co powie pozostanie między nami (Tradycja 12-ta). Mówimy, że naszym celem jest trzeźwość i nic innego (Tradycja 10,7,6). Staliśmy się w 2000 roku  Wspólnotą ponad 2 mln  członków w 150 krajach. AA byli wzorem dla wielu innych wspólnot. Nasz rozkwit i powodzenie to bezpośredni skutek ducha Tradycji. Bill W. pisał: „przyjęliśmy takie stanowisko (tzn. Tradycje) nie z powodu wielkiej odwagi czy mądrości - stosujemy je, ponieważ ciężkie doświadczenia nauczyły nas, że musimy,  jeżeli AA ma przetrwać [...]. AA to siła Większa niż każdy z nas: musi istnieć, inaczej  niezliczone rzesze nam podobnych niechybnie umrą".
Opracowanie redakcja MITYNG na podstawie Twelve Ideas That Work
BOX 459 vol 46 no 4. VIII -  IX 2000

Nie każdy daje radę.

Miasteczko w Nowej Anglii, w którym mieszkałem na początku lat siedemdziesiątych, było dla mnie cudownym miejscem. Byłem trzeźwym alkoholikiem z około rocznym stażem w AA za pasem. Była masa mityngów, telefoniczna gorąca linia, realizująca Dwunasty Krok i sporo chętnych do pomocy z długim stażem. Została mi w pamięci kompozycja złożona z przyjaciół z AA, starego kościoła, wyłożonej boazerią sali mityngowej, parującego dzbanka z kawą i przyjaznego kota parafialnego z dwunastoma palcami u przednich łap. Oczywiście, pozwoliłem czasowi wygładzić wspomnienia tamtych dni i łatwiej przypominam sobie najlepsze czasy, niż te nie tak dobre. Nie mogę jednak myśleć o tych dniach w Nowej Anglii, nie zatrzymawszy się na chwilę przy Jimmym. Nie pamiętam dokładnie, gdzie się, poznaliśmy, ale prawdopodobnie było to na jakimś mityngu AA. Jimmy był niskim, prawie wątłym Irlandczykiem ze sprężystym krokiem i uśmiechem na twarzy. Miał około czterdziestki i pochodził z jednego z pobliskich miasteczek. Był bardzo lubiany za swoją wesołość i pozytywne spojrzenie na świat. Mojej żonie i mnie Jimmy przypadł do gustu od razu. Szybko został przyjacielem i towarzyszem naszej rodziny. Przyjeżdżał do nas, bywał u nas na posiłkach, czasami spędzał u nas w domu wakacje. Rozmawialiśmy o programie, trzeźwieniu, naszym życiu przed AA i setce innych rzeczy. W końcu zostałem jego sponsorem. Jimmy miał kilka wspaniałych opowieści. Opowiadał o oszalałych pijackich ciągach, trwających dniami, opisywał nam. kolekcję włóczęgów, kryminalistów i zabijaków, i ich wyczyny. Zrelacjonował dwie sytuacje, kiedy znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i jak drogo za to zapłacił. Lecz Jimmy miał też swoją drugą stronę. Historia jego trzeźwienia była skomplikowana. W czasie tych trzech lat, kiedy mieszkał w tym miasteczku, potrafił wytrwać parę tygodni lub miesiąc albo dwa w abstynencji i wracał do nałogu. W czasie około czterech lat, doświadczył ponad stu pobytów w izbie wytrzeźwień. Znaczną część czasu, w którym byłem razem z Jimmym, spędziliśmy w zadymionej sali wizyt w szpitalu. Moja żona i ja zachodziliśmy tam często, aby odwiedzić ludzi, których tam skierowaliśmy w ramach naszej pracy nad Dwunastym Krokiem i zawsze spędzaliśmy trochę czasu z Jimmym, jeśli akurat tam przebywał, przynosząc mu trochę papierosów, materiałów do czytania, a jednego razu, świętując jego urodziny, Siadaliśmy w świetlicy, rozmawialiśmy o AA i wymienialiśmy swoje opowieści. On niezmiennie przechodził swoją przymusową dwudziestoośmiodniową terapię i wracał do społeczeństwa. Następowała nowa przymiarka do trzeźwości z bolesnym finałem. Jimmy zalicza swój dzienny mityng AA i zmagał się z obsesją, której wszyscy doświadczyiśmy. On i ja przerabialiśmy nasz „sponsorski" materiał i wyglądało na to, że uczy się coraz więcej w każdym cyklu zdrowienia i nawrotu. Podczas jednego cyklu znalazł pracę i na moment zakwitł. Ostatni raz widziałem Jimmy'ego w ciepłą, letnią noc w połowie lat siedemdziesiątych. Jimmy zadzwonił i powiedział, że potrzebuje się ze mną zobaczyć. Miał znowu obsesję picia i potrzebował rozmowy o tym ze sponsorem. Zaprosiłem go do domu. Spotkałem go przy drzwiach i powędrowaliśmy w stronę chodnika rozmawiając. Nasza dyskusja, jestem pewien, była podobna do miliona takich rozmów między sponsorami i ich podopiecznymi. Zaproponowałem Jimmy'emu, że wezmę go na mityng, gdzieś na kawę lub po prostu do domu i będziemy o tym rozmawiać, aż obsesja minie. Lecz w końcu, Jimmy powiedział z westchnieniem i jakby nieodwołalnie - „Jimmy, ja po prostu chcę bardziej być pijanym, niż chcę być trzeźwym". Zapytałem, czy jest cokolwiek innego, co mogę zrobić lub powiedzieć i czy potrzebuje towarzystwa, ale odpowiedział - „Nie". Pozostałem niemy i czułem się wydrążony w środku i bezradny. Jimmy odwrócił się i zaczął iść w ciemną, letnią noc w stronę centrum miasta. Między ulicą a chodnikiem stał rząd dużych klonów. Między tymi drzewami stały, równo rozmieszczone latarnie uliczne i każda latarnia rzucała rozproszony krąg światła przez listowie na chodnik. Stałem i patrzyłem, jak szczupła sylwetka Jimmy'ego znika w oddali. Przechodził z jednego kręgu światła w ciemność, do drugiego kręgu światła i coraz bardziej się oddalał. Musiałem obserwować, jak Jimmy wolno znikał przez prawie dziesięć minut. Jego droga ze światła w ciemność i z powrotem do światła była jak jego życie. Próbowałem go zrozumieć i jego ostatnie słowa do mnie. Co mogłem powiedzieć, czego nie powiedziałem? Mogłem zareagować inaczej i osiągnąć skutek? Czy były to problemy typu „śmiertelne zaburzenia emocjonalne i umysłowe"? Czy dotyczyło to „zdolności do bycia uczciwym"? Wkrótce po tej nocy, moje obowiązki zawodowe spowodowały, że przeniosłem się z rodziną do innego stanu. Nigdy więcej nie słyszałem o Jimmy'm. Czas mija i wy, starzy aowcy nauczyliście mnie pewnych rzeczy, może nawet sprawiliście, że jestem mądrzejszy. Dzisiaj wiem, że mogłem Jimmy 'emu tylko zaofiarować trzeźwość i AA; przyjąć je dla siebie było tylko jego sprawą. Każdy z nas ma swoją własną trzeźwość, którą buduje tak, jak to odpowiada jego osobistym potrzebom. Nie wszyscy z nas mają dosyć szczęścia, aby osiągnąć trzeźwość. Dzisiaj próbuję praktykować akceptację i nie pytać, dlaczego rzeczy są takie, jakie są. Muszę się przyznać do pewnych, pełnych nadziei myśli, gdy wracam do tej ciemnej letniej nocy. Mam nadzieję, że Jimmy znalazł swoją trzeźwość, życzę mu pogody ducha, bezwarunkowej miłości jego macierzystej grupy i ciepłego kręgu przyjaciół. I dziękuję mu za wszystko, czego się nauczyłem w ciągu trzech lat naszej przyjaźni i sponsorowania. I pamiętam o nim.
Wally K. na podstawie Grapevine

"Moje obserwacje”

Byłam na zlocie 30-lecie Dolnego Śląska w Oleśnicy. Co mnie zmobilizowało do refleksji i napisania jak Dolny Śląsk potrafi zorganizować wspólnie z Al-anonem 30lecie AA. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Mityngów było wiele półtoragodzinnych, świetne tematy do wyboru. Ja postanowiłam iść na mityng „Wdzięczność”, ale Najwyższy zdecydował inaczej, że jest mi potrzebny o „Pokorze i uczciwości”. I jestem pewna, że praca nad sobą i przestrzeganie Tradycji pomaga mi w trzeźwieniu i byciu potrzebną. Zobaczyłam, jak można współpracować z Al-anonem, bo są świetnie zorganizowane i tu rozwiał się mój mit o „…”. Bo przecież pijąc krzywdziliśmy najbliższych, a teraz, kiedy trzeźwiejemy, odrzucamy ich pomoc. I teraz widzę, że w tych Regionach gdzie AA współpracuje z Al-anon jest dobra organizacja, nie ma podziału „My-Oni”, wspólne dyżury przy telefonie i to jest trzeźwienie.
Główny temat zlotu był „Gdziekolwiek jesteś-nie jesteś sam”.
Szczęśliwa z trzeźwieniem,
„Ruda”

Tradycja 11

Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu, musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy, radia i filmu.
Postaw komuś kawę - grupa radosnych ludzi na kolacji przyciągnęła młodą Alkoholiczkę.
    To znów była środa. Spóźniłam się ponownie do pracy. Jak zwykle. Od razu wpadłam w środek szaleństwa. I w stosy rachunków do opłacenia. Nigdy nie radziłam sobie z tym, żeby je wszystkie opłacić na czas. Zarabiałam na życie prowadząc restaurację, ale wiedziałam, że po prostu jestem strasznym menedżerem. Kosztowało mnie to wiele nieprzespanych nocy.
Kocham moją pracę. Przez większość mojego życia byłam bardzo boleśnie nieśmiała. introwertyczna lub po prostu zbyt zapatrzona w siebie, aby zbliżyć się do innych ludzi. Miałam siedemnaście lat i byłam wystraszona przez większość moich dni. Chociaż każdego wieczoru, w mojej restauracji, musiałam być najlepszą aktorką. Gdy przechodziłam przez drzwi mojej restauracji stawałam się gwiazdą na scenie. Szczerze mówiąc naprawdę się tak czułam. Zapominałam o swojej nieśmiałości. Żartowałam, uśmiechałam się do wszystkich, zagadywałam do stałych bywalców. Piłka była po mojej stronie. Przez cały tydzień czekałam na środy. Środa to był dobry dzień. Restauracja była zawsze pełna gości. Moi ulubieni goście pojawiali się zawsze około 21:20. Zajmowali zawsze osobny pokój na tyłach restauracji, zestawiali stoliki i układali na stołach popielniczki. Zaczynaliśmy wtedy podawanie kawy. Ileż oni mogli jej wypić! Byli uprzejmi dla wszystkich moich pracowników, nawet jeśli pomieszaliśmy coś w zamówieniu. To co interesowało mnie najbardziej to ich śmiechy. Rodzaj śmiechu, który powoduje, że sam zaczynasz się śmiać, nawet jeśli nie słyszałeś żartu. Moje biuro było obok tej sali na zapleczu. Czasem przykładałam szklankę do ściany, aby usłyszeć z czego oni się tak śmieją. Niestety, ich żarty powodowały, że stawałam się smutna. Śmiali się z powodów, które często wywoływały moje łzy, i o których wolałam zawsze milczeć. Zaczęłam popijać kawę w swoim pokoiku obok nich znacznie częściej niż normalnie. Od czasu do czasu siadałam na kawę również z nimi. Siedzieli tak zwykle do 23:00, a potem zbierali się na parkingu przed restauracją odgrywając „scenę pożegnania”. W końcu zaczęłam przygotowywać specjalne atrakcje na środowy wieczór. Piekłam ciasto specjalnie dla nich. Pewnego razu ułożyłam na stołach karty, na których można pisać i rysować, a oni porysowali na nich mnóstwo żartów. Gdy w kolejnym tygodniu powiesiłam te karty pod sufitem, śmiali się tak mocno! Innego razu, wychodziłam już śpiesząc się do domu i spotkałam ich wszystkich nadal rozmawiających na parkingu. Wyszło tak, że zaczęłam ściskać ręce z każdym z nich. To wszystko zaczęło stawać się małą tradycją. Wszyscy znali mnie po imieniu, a i ja zaczęłam zapamiętywać imiona każdego z nich. Pewnego wieczoru, jeden z nich – Kevin, wręczył mi w rękę ulotkę. Była na niej napisana nazwa kościoła a następnie zdanie "Wieczorna grupa AA Aberdeen". Powiedział "Wpadnij kiedyś. Może dowiesz się, dlaczego jesteśmy tacy żartobliwie głupkowaci!" Nie miałem pojęcia, że moje życie właśnie zaczyna się radykalnie zmieniać. W kolejną środę, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, poszłam do nich na otwarty mityng. Znałam tam wszystkich, ale czułam się zupełnie inaczej niż w restauracji. Moja scena zniknęła. Jeden z nich stanął za podium i opowiadał, jak wyglądało jego życie. Co się w nim wydarzyło i jak wygląda teraz. Nie mogłam powstrzymać łez. Gdy opowiadali o tym, jak wyglądała przeszłość, mówili o uczuciach, które ja miałam każdego dnia. Nieprzystosowanie, niskie poczucie własnej wartości i narastająca samotność. Nigdy nie myślałam, że picie alkoholu stanowi mój problem. Myślałam raczej, że drinki to odpowiedź na moje zmartwienia. Czasem picie pozwalało mi przełamać bariery w kontaktach z ludźmi. Czasami pozwalało mi po prostu w nocy zasnąć. Zwłaszcza wtedy, gdy głosy w mojej głowie nie chciały się uciszyć. Pozwalało mi odsunąć od siebie poczucie winy i wstydu. Po moim pierwszym mityngu zaczęłam zastanawiać się, czy picie może rzeczywiście być moim problemem. Poszłam jeszcze na kilka spotkań. Zaczęłam ograniczać swoje picie przez kilka miesięcy. Myślałam, że nie mogę być na mityngu, gdy piłam. Przyszedł dzień moich osiemnastych urodzin. Zaplanowałam ten dzień i wieczór bardzo dokładnie. Miałam zamiar unikać picia. Poszłam na kolację z paroma starymi przyjaciółmi. Wszystko było w porządku, więc pomyślałam że nie zaszkodzi, jeśli napiję się trochę wina po kolacji. Potem pojawiła się wódka, kolorowe drinki i piwo. Kolejne to co pamiętam, to że następnego dnia zaspałam do pracy. Ten dzień w restauracji to była prawdziwa katastrofa. Kucharz nie pojawił się wcale. Kelnerki nie potrafiły się zorganizować, a ja cierpiałam z powodu straszliwego kaca. A potem zaczęli pojawiać się moi „przyjaciele” opowiadając, co wyrabiałam poprzedniego wieczoru. Ja naprawdę próbowałam nie pić. Teraz zdałam sobie spraw,ę że ja nie mogę pić. Wszystko co usłyszałam na mityngach AA, wróciło do mnie z wielką siłą. W następną środę pojawiłam się na mityngu zamkniętym.
    20 lat później. Siedzę i myślę o przyciąganiu, a nie reklamowaniu i o zachowywaniu osobistej anonimowości wobec prasy radia i filmu. Moja cała historia jest o przyciąganiu. Nawet nie wiedziałam, że oni byli z AA. Po prostu zostałam przez nich przyciągnięta. To mi przypomina dzisiaj, że nigdy nie wiem kto na mnie może teraz patrzeć. Muszę być najlepszym przykładem życia w zgodzie z Wielką Księgą przez całe moje życie. Przez każde 24h. A teraz o osobistej anonimowości. Będę wdzięczna do końca życia tym ludziom, że nie obawiali się powiedzieć że „są z AA”. Inaczej być może nigdy bym nie dotarła do wspólnoty. Nie jestem już menedżerem restauracji. Rozpoczęłam i skończyłam studia. Pracuję w swoim nowym zawodzie. Od szesnastu lat pracuję stale w tym samym miejscu. Mam męża (to facet, na którego wylałam wodę w jeden ze środowych wieczorów), dwójkę dzieci oraz wnuczkę. Czuję się szczęśliwa. Jestem zaangażowana aktywnie w sponsorowanie i poznałam chyba wszystkie służby w AA. Mam nadal swoją grupę macierzystą i moich tam ukochanych przyjaciół. Udało mi się zbudować głęboką relację z Bogiem. Pomyślcie. Ja tylko pojawiłam się tam, żeby sprawdzić dlaczego oni są tacy żartobliwie głupkowaci!
  Grapevine                                                                         Lisa R. Aberdeen, Południowa Dakota

Naszło mnie to piszę

Mój schemat picia był podobny do setek innych, które poznałem, gdy przestałem pić. Zaczęło się wcześnie, jeszcze w szkole podstawowej spróbowałem alkoholu i bardzo spodobał mi się stan, w jaki alkohol mnie wprowadzał. Lekkość, wesołość, brak ograniczeń, swoboda w nawiązywaniu kontaktów. Bardzo mi się to podobało, ale z alkoholem miałem kontakt bardzo okazjonalny, na szczęście. Piszę na szczęście, gdyż jak sobie przypominam już od pierwszego razu nie umiałem przestać pić, nie miałem dość, aż alkohol się skończył lub straciłem przytomność. Szkoła średnia  - picie dość towarzyskie, chyba najlepszy czas mojego kontaktu z alkoholem, potrafiłem pić towarzysko, dla wyluzowania, rozweselenia, ułatwienia kontaktów z ludźmi. Następnie wojsko (początek lat 80.) tu zaczęło się picie ciągami, picie codziennie przez kilka dni z rzędu. Wyjeżdżałem na przepustki do domum żeby wytrzeźwieć. Po wojsku ślub, dziecko, praca to wszystko mnie przygniotło, nie byłem przygotowany do życia w rodzinie, nie potrafiłem stworzyć rodziny – sam jej nie miałem, ojciec był alkoholikiem, a mama typową Al-Anonką. Uciekałem z domu do kolegów, przed obowiązkami i odpowiedzialnością. Dom i dzieci pozostawiłem na głowie żony, zresztą takiej o jakiej mówił Bob: „Z jakichś powodów my alkoholicy, mamy dar wybierania sobie najlepszych kobiet na świecie”. Alkohol zaczynał przejmować kontrolę nad moim życiem, nad wszystkim co robiłem. 10 lat takiego życia i stanąłem na krawędzi. Za sobą pozostawiłem rodzinę, pracę, znajomych, zainteresowania, wartości, religię – przede mną otwierało się piekło na ziemi, życie bez tego wszystkiego z flaszką w ręku w barłogu na melinie. Przerażony, zaszczuty, bez uczuć , pozwoliłem żonie zaprowadzić się na terapię i zgłosiłem się do AA. Siadałem sobie cicho w kąciku i słuchałem, co mówią inni. Siadałem tak prawie codziennie przez rok i słuchałem, miałem swoje przemyślenia i rzadko ale czasami się nimi dzieliłem z innymi chociaż do dziś przychodzi mi to z trudnością, mimo upływu lat nadal jestem  nieśmiały. Po dwóch latach sumiennego chodzenia, głównie na terapię, bo na mityngi chadzałem okazjonalnie. W mojej głowie zrodziła się myśl, że właściwie to już wszystko o chorobie wiem, nie piję, radzę sobie w życiu bardzo dobrze, więc po co tracić czas na głupie spotkania AA. W tym czasie mogę zrobić wiele pożytecznych rzeczy np.: zająć się rodziną, zarabiać tak potrzebne pieniądze, zająć się swoimi zainteresowaniami. Nawet nie wiem, kiedy z tego wszystkiego zostały mi czytanie książek, wcale nie wysokich lotów i oglądanie na kanapie telewizji. Zero znajomych, rodziny, przyjaciół – pustka wokół mnie tylko najbliższa rodzina i JA. Powracał potwór, bez alkoholu, „suchy” potwór. W stosunkach z innymi zaczęły dominować złość, podejrzliwość, urazy, wymagania. Nie wiedzieć kiedy stałem się nie do wytrzymania, żona stwierdziła, że chyba jest gorzej niż wtedy gdy piłem. Jak napisałby poeta  - ostatkiem sił dowlokłem się do telefonu i zadzwoniłem do przyjaciela z AA. Nie jestem poetą, więc było tak: wyłem o pomoc do Boga. Płakałem w poduszkę, przeklinałem, prosiłem, żądałem, obiecywałem… Znowu myślałem, jak wtedy pod koniec picia, że mnie opuścił. Zapomniałem, że zawsze w ciężkich sytuacjach nosił mnie na ramionach – mam na to setki dowodów, najważniejszym jest ten, że jeszcze żyję, mimo tego wszystkiego, co wyprawiałem. Przyjaciel zawiózł mnie na mityng i życie wróciło na właściwe tory. Wkroczyłem w nowe obszary życia, zacząłem studiować program ze sponsorem,  stosować go w życiu. Dziś nie zastanawiam się, jak długo będzie trwało moje trzeźwienie (za miesiąc, jak dożyję, dwudziesta rocznica). „Bill zaraził się ich ideą służby, ja nie” - ze mną jest podobnie jak z Bobem, wielu przyjaciół z AA próbowało mnie wciągnąć do służb poza grupą, w strukturach AA, ale ja z uporem maniaka (a może alkoholika) odmawiam od tylu lat. Przed sobą mam wymówkę - nie mam czasu, jestem bardzo aktywny zawodowo, więc gdy przejdę na emeryturę…itd. Już w grupach Oxfordzkich pytano: Czy dajesz z siebie wszystko?, to jest dobre pytanie. Bill uważał, że apatia i obojętność stanowią zagrożenie dla AA. Nie jestem megalomanem, ale na poziomie grupy, intergrupy  takie myślenie, że na moje działanie, jednego alkoholika, przyjdzie czas, jest zagrożeniem dla przetrwania poszczególnych grup. -A jak wszyscy tak pomyślą? Bardzo nie lubię chwalić się tym, czego nie zrobiłem (gdzieś to usłyszałem) lub czego nie robię. Powinienem mówić o tym, co robię lub przynajmniej, co gotów jestem zrobić. Na dzień dzisiejszy służę grupie – w służbach i swoim doświadczeniem, może w końcu się przełamię i zacznę działać na szerszym polu. Bill napisał: „Wiedziałem, że potrzebuję tego alkoholika w równym stopniu, co on mnie”. Ja wiem dzisiaj, że służby potrzebują mnie tak samo, jak ja ich. Przecież gdyby nie ten poziom zorganizowania jaki jest w AA, czyli minimalny, nie mieli byśmy literatury (skąd bym znał Kroki , Tradycje, a myśli Boba i Bill’a, a wymiana doświadczeń, książeczki adresowe itd. Obecnie jestem w sanatorium i wiem ze spisu ogólnopolskiego, gdzie w okolicy są mityngi, czuję się bezpiecznie w morzu otaczającego mnie alkoholu i pijących ludzi. Ale właściwie o czym chciałem napisać: mógłbym inaczej pokierować swoim trzeźwieniem, życiem, wcześniej zająć się Krokami, iść w służby – ale gdzie wówczas byłbym dzisiaj? O co w tym wszystkim chodzi – przecież o szczęśliwe (subiektywnie) życie, bez alkoholu. A ja dzisiaj jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mężem, ojcem, synem, bratem, pracownikiem, kolegą itd. W bardzo wielu aspektach mojego życia jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Tak się dziwnie „składa”(ach te żarty Siły Wyższej), że u mnie co 10 lat, coś się musi dziać. 10 lat picia towarzyskiego, 10 lat alkoholizmu, 10 lat trzeźwienia na d…ścisku i teraz przed 20 rocznicą wylądowałem w sanatorium. Trochę się przygotowałem na to, co tu może się dziać, ale zastana rzeczywistość, nawet moją bogatą wyobraźnię, przerosła. W klubokawiarni jest tylko alkohol, co dzień wieczorki taneczne, później nocne głośne zabawy do białego rana, a od rana rozmowy tylko o tym kto z kim itp. Dzięki literaturze i modlitwie radzę sobie. Skorzystałem też z istnienia PIK-u, dopytałem o więcej mityngów w okolicy i jeżdżę, jedyne wyjście dla mnie, a przy okazji poznaję nowych przyjaciół. Z klubokawiarni dobiega „Biały miś”, atmosfera jak co wieczór, więc uznałem, że napiszę do naszego biuletynu, dawno tego nie robiłem. Mimo przejściowych niedogodności nadal jestem szczęśliwym, trzeźwiejącym alkoholikiem.
Do zobaczenia na szlaku.    WW

Czy w październiku muszę być tak cholernie

POKORNY?

Często słyszymy na naszych mityngach, że nie jesteśmy święci i pewnie długo nam to jeszcze nie grozi. Bardziej oczekujemy od siebie rozwoju duchowego, niż doskonałości. To, co warto w życiu osiągnąć, to stan pokory. Ale jak to wygląda w praktyce? Spróbujmy prześledzić. Teraz, kiedy zaczęliśmy pracę, przestaliśmy pić, jesteśmy aktywni w AA, ludzie wokół gratulują nam sukcesów - a wtedy i my zaczynamy sami sobie gratulować. Ale może się wtedy zdarzyć, że te sukcesy, nawet sukcesy medialne, nie mają nic wspólnego z pokorą. Bardzo lubiłem być odbierany jako człowiek, któremu się udało i dlatego, przedstawiałem na mityngach tylko taką część mojego życia. ....Zupełnie zapominałem o słowach - Nie próbuj być zbyt dobry do czwartku! - które zostawił nam jeszcze Bill W. Może do dzisiaj nabrały one już podręcznikowego smaku, ale bliższe spojrzenie pokazuje, że jest to sprawdzony sposób ostrzegania przed pychą, wyimaginowaną doskonałością i nieuzasadnioną dumą. Gdy po pewnym czasie we wspólnocie zostajesz wybrany do służb, natychmiast wokół ciebie znajdą się ludzie, którzy będą ci przytakiwać, choćbyś i nadal gadał głupstwa, zaczynają cię szanować, dostrzegać, a potrzeba akceptacji szybko może przerodzić się w potrzebę dominowania. Trzeba wielkiej siły woli, aby złapać ten moment i nie pozwolić sobie zgłupieć. Z zaczadzenia, gdy wydaje się nam, że oto prawie zawsze mamy rację, rodzi się łatwość idealizowania siebie i niestety łatwość potępiania innych. Dostęp do informacji AA, wiadomości z książek i terapii sprawiły, że wiedziałem więcej, i to też, że inni tego nie wiedzą. Wreszcie czułem się kompetentny i odkrywałem bezmiar niekompetencji innych. Powoli, opętany ambicją, bujając gdzieś w obłokach, przestawałem szukać porozumienia z przyjaciółmi. A stojąc na wyżynach swoich chłopięcych wyobrażeń traciłem kontakt z ludźmi ze wspólnoty, potem zacząłem ich lekceważyć, w końcu odsuwać. Wszystko zaś osądzając nie tyle podług zasad życzliwego rozsądku, co podług zamglonych i niejasnych myśli. Ich początek to nieuporządkowana wyobraźnia, a natchnieniem pycha, przeświadczona o nieomylności i ciągła walka z rzeczywistością. Zacząłem uważać, że nie warto rozmawiać, że niczego i tak się nie dowiem. Tu pewnie ujawniała się moja arogancja, co mi oczywiście wielokrotnie zarzucano, jak i to, że przestaję słuchać ludzi i uwzględniać ich potrzeby. ....Zaniechałem tego, co jest chyba najistotniejszym elementem pokory - nieustanne potwierdzanie, czy nie zbaczam na manowce, bo do tego niezbędny był udział w sumieniu grupy, do tego dobrowolny, uczciwy, pełny. Wolałem, aby się działa moja wola. Dzisiaj to wiem, że wracał obłęd, a z nim samotność. Był taki czas, że w przekonaniu o swej nieomylności mówiłem -"To nie tak, ty się mylisz", "Wiem lepiej", "Łamiesz tradycje, tak nie wolno", albo sam, gdzieś wygodnie ukryty, patrząc na niepowodzenia innych, myślałem - "Dobrze, że to nie ja". Nieprzerwane przeżywanie własnej obłudy, której jak mi się zdawało, że nikt nie widzi, dawało dodatkowy dreszcz rozkoszy. Już pierwsze sukcesy trzeźwości były bardzo przyjemne i oczywiście wywoływały pragnienie jeszcze większych "osiągnięć" i jeszcze większego uznania. ....Zupełnie podręcznikowo wpadałem prosto w schematy z czasów mojego picia, kiedy koncentrując się zbytnio na potęgowaniu przyjemności, budowałem niebezpieczny egocentryzm. Znów pojawiły się te same, stare cele - moc, sława i uznanie. Tylko wspólnocie mogę podziękować za możliwość zrobienia inwentury osobistej i codzienne jej uzupełnianie. Najlepiej wyraża to fragment z książki UWIERZYLIŚMY str. 135 „Dane mi było spojrzeć obiektywnie na to, kim byłem i kim się stałem. Po raz pierwszy w życiu wyraźnie dotarto do mnie, że jestem bezwzględnym skończonym draniem i stuprocentowym farbowanym lisem. Byłem tak egocentryczny i miałem tak rozbuchane „ ja", że omal siebie nie zniszczyłem. Przez lata obcowania z AA nauczyłem się jedynie „nie odkorkowywać flaszki". Zupełnie natomiast nie zadbałem o to, żeby podjąć pracę nad wszystkimi Dwunastoma Krokami”. Zresztą, miałem cudowną wymówkę. Duchowy cel trzeźwienia sprawiał, że najrozmaitsze bzdury, które wypowiadałem, zawsze wyglądały na doskonale słuszne jeśli tylko kończyłem odpowiednim sloganem. ....Nawet przez moment nie zabiegałem o to, aby wprowadzać w swoje życie to, co mówiłem. Mityng to mityng, a życie życiem. Na mityngu niosłem przecież posłanie, to „oni” mieli się zmieniać a „cel uświęca środki”. Mówiłem tak, aby „oni” zrozumieli to, czego sam nie chciałem zrozumieć. Był taki moment mego zakłamania, że byłem nawet przekonany o własnej samowystarczalności. Kiedy doświadczyłem przejawów czyjegoś zainteresowania i bezinteresownej życzliwości, pierwszą rzeczą było zminimalizowanie doznanej pomocy wmawiając sobie, że i bez tego świetnie dałbym sobie radę, że nie muszę być nikomu za nic wdzięczny. (tak przy okazji - kiedy ostatnio wyraziliśmy naszą wdzięczność dla lekarza, duchownego, terapeuty czy sponsora ?) Czasami dochodziło do tego, że potrafiłem odnosić się z niechęcią do tych, których pomoc dla mnie była szczególnie duża. Zacząłem się bawić w grę uników, wstydząc się swoich słabości. Tak postępowałem też wobec niektórych weteranów, których działań nie byłem w stanie pojąć. Zupełnie się w tym wszystkich zagubiłem. Nie chciałem komukolwiek uwierzyć. ....Musiałem więc ponownie rozpocząć swoją drogę. Początkiem było poproszenie o pomoc i przewodnictwo. Przed sponsorem mogłem nareszcie być szczery i wyjaśniać wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i prawda rozumu wyraźne się rozmijały, gdy traciłem swą spontaniczność, i zaczynałem się czuć jak jakaś marionetka w nieswoim płaszczyku. Łatwo powiedzieć, że „mam być sobą”, ale co to znaczy? Poznając prawdę o sobie, musiałem się otworzyć na prawdę innych. Wysłuchać, już bez tej charakterystycznej przekory, ocen moralnych. Pewnie wtedy zdałem sobie sprawę, że ważne jest, dokąd kto zmierza, a ja, czy w swoim działaniu potwierdzam wypowiadane słowa. Wiedziałem już, że wiele rozgoryczeń, niepowodzeń spowodowana była tym, że nie potrafiłem odrzucać spraw mniej ważnych i z większą energią poświęcić się wypełnieniu celu swego życia, temu co ważne. Tak naprawdę, to nie chodziło mi o wypełnienie woli wobec mnie. ....Chwilowe przyjemności powodowały chwilową poprawę samopoczucia, ale na dłuższą metę osłabiały wolę działania, zagłuszały poczucie czasu. Samozadowolenie to najlepsza droga do wyprowadzenia w pole. Zobaczyłem, jak wielkim szczęściem jest, że mam czujnego, wymagającego sponsora, któremu na sercu leżą moje postępy. Łatwo szachrować z samym sobą, posługiwać się kłamstwem czy szukać fałszywych usprawiedliwień. Ale wobec sponsora czuję się zdemaskowany, a nawet zawstydzony. Nieraz odnoszę wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak mu tolerancji i zrozumienia. A jednak nie widać na nim zniechęcenia. Krytykuje, dodaje ducha, żałuje, ma nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag. Dziwię się często, że nie nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z tej pracy jest dumny. Nie potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka tajemnica. Kilka lat we wspólnocie pozwoliło mi zrobić jeszcze jedno spostrzeżenie. ....Załamać się, poddać, potrafi każdy. Być zwycięzcą, przestać pić i odnajdywać radość życia, zmieniać relacje z ludźmi, jest daleko trudniejsze niż być pokonanym, ale równocześnie nic nie daje takiej satysfakcji jak ciągłe odnajdywanie sensu życia. Tę drogę mogą rozpocząć wszyscy, ale efekty są dla wytrwałych, tych, którzy tej drogi uczciwie pragną. ....Nieustanna służba we wspólnocie staje się wspaniałą kuźnią charakterów. Uczę się powoli tej trudnej sztuki, uczę się walczyć z sobą, z pokusą pychy i samowoli. A jeśli chodzi o pokorę, to zdaje się, że jest przydatna nie tylko w październiku.
MITYNG Nr.10/064/2002                                                             Marek Warszawa

Moje całkowite pożegnanie z alkoholem - Zza krat

cd z numeru 10/172/2011

Gdy się obudziłem w szpitalu i odzyskałem przytomność pod kroplówkami, wszystko widziałem białe, tak jakbym był w niebie, zacząłem myśleć i modlić się, po dwóch dniach odzyskałem świadomość, obudziłem się ze śmiertelnego letargu. Nie czułem zadowolenia, że się obudziłem, po przemyśleniu wszystkiego, co ze mną się stało strasznego uwierzyłem, że to Bóg chyba dał mi ostatnią szansę nowego życia, z której powinienem skorzystać i zacząć całkiem nowe życie. Przypomniałem sobie, że mam jeszcze wnuczki, które bardzo kocham, ale muszę wszystkiemu podołać i raz na zawsze skończyć z alkoholem, któremu nie dawałem rady i straciłem przez niego rodzinę, bliskich, przyjaciół, choć jestem stary, to tym razem się nie poddam z pomocą Boga w moich modlitwach, doznałem, że jest Siła Wyższa i mam szansę z tym walczyć, a ludzie, którzy nie piją i maja wiele lat abstynencji to na pewno mi pomogą i będę miał w nich wsparcie duchowe i pouczające jest to, aby żyć w abstynencji tak jak oni. Po prostu postanowiłem w mojej przyszłości raz jeszcze przerobić problem bezsilności i niezdolności kierowania własnym życiem. Po wyjściu ze szpitala, gdzie otrzymałem czternaście kroplówek i ważyłem niecałe czterdzieści kilo, byłem już szukany listem gończym. Zatrzymali mnie na przystanku, gdy jechałem po wypis. Siostry pielęgniarki, które mnie znały, nie mogły uwierzyć, że tak się zmieniłem przez alkohol, miałem czterdzieści kilo wagi i 182 cm wzrostu. Znał mnie naczelnik, a teraz dyrektor i skierował mnie na sądową terapię, zrozumiałem już sam, że muszę coś ze sobą robić, żeby na stare poznać lepsze życie i stanąć na mocnym gruncie i rozbić tą skorupę, w której się chowałem, wziąć się za swoje zdrowie w trzeźwości, została mi padaczka i inne choroby, musze się leczyć, ażeby się leczyć muszę nie pić. Mam dzięki Bogu ludzi dobrej woli, przyjaciół z klubów, mityngów AA, daje mi to nowe życie i musze to uszanować, dostałem od przyjaciół tą szansę na lepsze życie, bo tylko oni wiedzą, jak człowiek pijąc może wszystko stracić. Mam teraz pięć lat całkowitej abstynencji. To jest niewiele, ale to są moje pierwsze kroki na nowe życie wśród ludzi niepijących. Z ich pomocą będę brnął nadal nie pijąc, aby być do ostatnich mych dni mego życia, wiem, że jest bardzo ciężko, ale mam sporo doświadczenia i czas, aby na stare lata odbudować swoje życie w trzeźwości. Wiem, że to nie będzie łatwe. Postanowiłem jednak z tym nałogiem walczyć i raz na zawsze z nim skończyć, wiem, że pojawiła się dla mnie szansa i chciałbym z niej skorzystać. Wiem od przyjaciół z AA, że nigdy nie jest za późno, aby rozpocząć życie w trzeźwości z moimi kochanymi wnusiami, nie powiedzą, że dziadek śmierdzi i to będzie wielka dla mnie radość. Jestem sercem i myślami z wiarą, że tym razem podołam. Nie mogę siebie samego oszukać, nie mogę oszukać tylko walczyć i pozostać tu gdzie jestem na terapii. Dużo mi daje rozmowa z drugim człowiekiem i zrozumienie terapeutów, gdy tłumaczą, co jest wart alkoholik, gdy pije i co robić, żeby się nie poddawać. To pomaga mi, mobilizuje do pozytywnego myślenia i życia, do trzeźwienia i to u nich szanuję, że są zaangażowani i pomagają przekazując wiedzę nie tylko mi, ale i innym ludziom. Dlatego postanowiłem całkowicie pożegnać się w myślach i w życiu z alkoholem. To jest mój drugi list, pierwszy został wyrzucony. Chciałbym, aby to pisanie i pożegnanie miało sens, aby żyć normalnie bez alkoholu. Napisałem to, co miałem głęboko w moim sercu, postanowiłem to wyrzucić z siebie, żeby było mi lżej, bo z tym będę żył dalej, ale trzeźwy, lub trzeźwiejący alkoholik, który skończył całkowicie z alkoholem, który zabrał wiele lat cierpiącego życia, który już taki nie będzie jak był. Pozostało mi z tą chorobą walczyć i się leczyć do ostatnich mych dni w trzeźwości.
Zdzisław

Drodzy Przyjaciele - Zza krat

Być może nigdy nie poznaliście mojej historii, gdyby nie przyjaciółki z AA, które pomagają mi w powrocie do życia. Opowiem wam, jak zmieniło się moje życie i jak z wolnego człowieka stałam się niewolnikiem własnego losu. W okresie kilku lat (około 3), ilości różnorodnych sytuacji i zdarzeń była zniewalająca. To, co przechodziłam, można zobaczyć tylko w filmach o tematyce kina grozy, a miałam mieć tak cudowne życie. Mój pierwszy kontakt z alkoholem był około 18. roku życia - na dyskotece . Wypiłam piwo, czułam się po nim trochę nie swojo i na tym poprzestałam. Raz na jakiś czas towarzysko kilka piw i dość. Pierwsze poważniejsze problemy zaczęły się, gdy po raz pierwszy upiłam się i to była wódka. Z utratą przytomności znalazłam się w szpitalu na OiOM. Po kilku miesiącach sytuacja się powtórzyła. Wtedy twierdziłam, że nie mam problemu z piciem. W ogóle to, co mówili lekarze, było oburzające i nie do rzeczne. No tak! Ja? Fajna, pełna życia, a oni chcą podpisać mnie pod jakiegoś lumpa z marginesu społecznego. To jest co najmniej śmieszne. Na taką skalę, tak jak ja piłam, to aby każdy był takim alkoholikiem jak ja - świat byłby normalny. Wtedy dla mnie problem nie istniał. Piłam raz na jakiś czas - jak wszyscy, nie trwało to miesiącami, latami. Wyszłam za mąż, urodziłam dwoje dzieci. Ładnie to brzmi, ale dopiero się zaczęło, do tego dojdę później. Z dzieciństwa utkwiły mi smutne obrazy. One przeważały, gdyż tych szczęśliwych momentów było kilka. Do dziś pamiętam, jak dziecinnie szczęśliwa, biegałam między różnymi odmianami kwiatów, po ogrodzie ukochanej prababci, która tak kochała i pielęgnowała swój ogród, zrywałam Astry we wszystkich kolorach tęczy. Cudowne chwile i momenty, wciąż żywe obrazy. Ogólnie to młodzieńcze lata, to igły wkuwane w ręce i nogi, rurki, dreny i aparatura medyczna-oto cała esencja wspomnień. Całe moje życie oparte na zaliczaniu kolejnych pobytów w szpitalu. Cierpienie, Łzy. Tym żyłam. Tęsknota za domem, szkołą. Tak bardzo pochłonięta życiem szpitalnym, zapragnęłam zostać pielęgniarką, taką z prawdziwego zdarzenia, miłą, delikatną i zawsze uśmiechniętą, aby chory czuł się bezpiecznie i pewnie. Ze względu na problemy zdrowotne, nie mogłam na bieżąco, tak jak inni chodzić do szkoły. Podjęłam naukę w systemie zaocznym –dla dorosłych. Edukację skończyłam w ostatniej klasie L.O. W między czasie poznałam swojego męża chodziliśmy razem na wykłady. W połowie drugiej klasy, choroba dała o sobie znać, załamałam się, zawsze stała mi na przeszkodzie i moje plany z ukończeniem jakiejkolwiek szkoły, spaliły na panewce. Znalazłam się w szpitalu, na długie miesiące. Zrozpaczona poprosiłam Michała, aby przyniósł mi lekcje, by być w miarę możliwości na bieżąco. Stwierdziłam, że pomimo choroby nie stracę żadnego semestru, zależało mi bardzo na ukończeniu szkoły, zdaniem matury i pójście do szkoły pielęgniarskiej. Egzaminy zaliczeniowe zdawałam eksternistycznie. Udawało się, byłam szczęśliwa. Michał czasem pomagał mi w lekcjach. Z czasem nasze spotkania procentowały i między nami tworzyła się więź. Uważałam go za przyjaciela, podobał mi się był inteligiętny. Zamieszkaliśmy razem w wynajętym lokalu, blisko mojego domu. Tej decyzji nikt nie popierał, oprócz nas – oczywiście. Dzisiaj w ogóle się nie dziwię. Była spontaniczna i nie przemyślana przez nas. Łatwo się domyśleć, że to szczęście, nie trwało długo, ponieważ gospodarowanie pieniędzmi, nie było mocną stroną naszą. Za chwilę brakowało nam pieniędzy na życie. Relacje między nami po woli psuły się. Wyrzucaliśmy sobie nawzajem swoje błędy i wady. Ja coraz bardziej słaba i bezsilna. Były momenty, że brakowało mi siły psychicznej i co gorsze, wtedy już byłam w zawansowanej ciąży. Oczywiście, gdybym nie była chora i nie poszła do lekarza, to nie wpadłabym na to, dlaczego mój organizm, tak zareagował. W mojej głowie rodziły się okropne scenariusze, że pozazdrościłby mi nie jeden reżyser. O tym, że zostaniemy rodzicami powiadomiłam Michała na kartce papieru, którą zostawiłam na stole w kuchni. Postanowiłam pójść do mamy, Był 26.05. i dobra okazja na przypomnienie o swoim istnieniu. Że strachem w oczach powiedziałam o całej sytuacji, czekając na reakcję. Ku mojemu zdziwieniu matka kazała mi natychmiast wracać do domu, w jej oczach był nieposkromiony żal i smutek. Lecz serce matki jest nie zastąpione. Zobaczyła moje rozczarowanie i rozgoryczenie, doskonale zdawała sobie sprawę, że kocham tego człowieka i pójdę za nim. Mimo tego, że on nie jest w stanie zapewnić niczego mnie i dziecku. Całą ciążę byłam pod bacznym okiem matki, z ojcem dziecka kontaktowałam się w ukryciu, co i tak wyszło na jaw. Kłótnie z matką doprowadziły mnie do tego, że po porodzie wyniosłam się z domu. Michał pogratulował mi macierzyństwa, dziecko było mu zbędne, a na dodatek nie miał 100% pewności, że to on jest ojcem. Mysilałam, że oszaleje. Wiedziałam, że to nie jego decyzja - był sterowany przez swoją matkę. Znienawidziłam go tak, jak kochałam w jednej chwili. Moja babka zabrała mnie do siebie, ale wcześniej zaliczyłam Dom Samotnej Matki, gdzie osobiście zaprowadził mnie Michał. U babci z córeczką było bezpiecznie i cicho. Mijały miesiące i coraz bardziej myślałam, o ojcu dziecka. Postanowiłam odezwać się do niego, potrzebowałam pomocy i nie mogłam mu przepuścić tego, że jest obojętny na dziecko. Czasem odwiedzał córkę, stopniowo zaczęliśmy rozmawiać i doszliśmy do porozumienia. Tutaj nie było możliwości, żeby ktoś wtrącał się do nas. Po kilku miesiącach był ślub i chrzest dziecka. Układało się; on pracował, ja zajmowałam się dzieckiem i domem. Minął rok i zaczęły się problemy, kłótnie. Mąż oddalał się ode mnie, wkrótce odszedł, zostałam sama. Przez kilka tygodni czekałam, że wróci… Nie wrócił. Mój  świat się zawalił, nie chciało mi się żyć, wszystko w domu przypominało mi o nim. Musiałam wrócić do domu, bo o włos byłam od zrobienia czegoś głupiego. Minęło 6 miesięcy, zaczął dawać znać o sobie, ale to ja tym razem unikałam go, bo ból jeszcze nie minął. Prosił o spotkanie, po miesiącach zgodziłam się. Rzekomo chciał zobaczyć dziecko i porozmawiać, nie umiałam spojrzeć mu w twarz, wstręt i odraza była silniejsza. Chciał być znowu ze mną, a ja miałam dosyć wszystkiego i nie chciałam być dłużej w domu. Jak wytrzymam z kimś, przez kogo tak cierpiałam? Dałam mu ostatnią szansę. Na świecie pojawił się syn. W domu z mężem mijaliśmy się, kłótnie, awantury. Mąż zaczął podność na mnie rękę, chciał mnie udusić. Co prawda, był pod wpływem alkoholu, ale nie na tyle, by nie wiedzieć, co robi-nie pił zbyt często. Potrzebowałam pomocy, ale wstydziłam się i bałam, zwrócić do kogokolwiek. Musiałam zostać z dziećmi, gdzieś obok męża. Stres był tak ogromny, nie mogłam się pozbierać. Różne myśli, plany ale przecież nie chciałam odchodzić od męża. Z drugiej strony, nie mogę z nim być-co robić?. Rzadko pił, lecz i tak problemy nawarstwiały się. Czasem spotykałam się z koleżankami i towarzysko, wypijałam niewielkie ilością alkoholu. Poczułam wewnętrzną ulgę, spokój i radość. Właśnie tego było mi potrzeba. Lęk zniknął, to było najważniejsze! Świat stał się piękny, kolorowy, ja szczęśliwa żona i matka. Tak właśnie wyglądał początek mojego końca. Nikt nie miał pojęcia, przez co przechodzę i jakim kosztem z nieszczęśliwej  kobiety stałam się okazem życiodajnej energii. Niestety, problemów przybywało, a ja coraz bardziej zapadałam się w swoją przepaść. Kiedy odzywał się stres i potworna niemoc, sięgałam w ukryciu po kieliszek. Znowu z jednej skrajności popadałam w drugą. Czułam się, jak „Alicja z krainy czarów”. Piłam coraz częściej i więcej, aż stało się to widoczne. Moja koncentracja wokół picia zmieniła się w obsesję. Aby żyć, musiałam pić, nie tak miało być. Doszło do tego, że mąż przed wyjściem do pracy, obowiązkowo przynosił mi ćwiartkę, abym mogła wrócić do żywych. Oszukiwałam się, jak tylko mogłam, sprzątałam, robiłam wszystko, jak najlepiej umiałam, dzieci były zadbane, a ja i tak znienawidzona przez siebie i potępiona. Było mi żle. W moim wnętrzu, toczyła się nieustanna walka, byłam katem i ofiarą. Patrząc na dzieci zadawałam sobie pytanie: co dalej? Bałam się, ale nie umiałam inaczej. Umarła moja chęć działania, popadałam w bezsens. Już nie potrafiłam spojrzeć w przyszłość, tylko widziałam swój bliski koniec, a dzieci? Boże, co się z nimi stanie?. Doprowadziłam do tego, iż mąż odszedł, a dzieci są pod jego opieką, mam tylko nadzieję, że nie wyrządzi im większej krzywdy, niż ja sama. Próbowałam, kilka razy ze sobą skończyć, bo dopiero teraz wiem, co straciłam i karą nie jest więzienie, lecz uświadomienie sobie tego, do czego doprowadziłam, idąc na skróty do raju. Żyłam w kłamstwie, które jest bronią silnych, tych którzy zetknęli się z życiem twarzą w twarz i powiedzieli mu, że jest nicością, lecz dopiero wtedy, kiedy zbadali swoje sumienie. Straciłam wszystko na własną prośbę. Tylu ludzi zraniłam, skrzywdziłam. O prawdo! Ty czuła oszustko! Dzisiaj jest inaczej. Wiem, że sama nie dam rady, ale jest ktoś, kto zawsze mi pomoże i jest przy mnie. Z ogromną nieświadomością, zwróciłam się do Boga o pomoc -  znowu. Z nadzieją, że tylko On jest w stanie nieść ciężar, którego ja już nie udziwignę. Bóg nie stracił kontroli, ani nie załamywał rąk, nie zniechęcał się, ani nie walczył o to, by inaczej poukładać zdarzenia. Mimo wszystko trzymał mnie w swoich rękach, doprowadzając do przemiany życia. Pan czekał bym przyjęła Jego miłość. Wzbraniałam się przed przyjęciem tej miłości, ponieważ czułam się nie godna. Znalazłam Ojca, który nie potrzebuje ludzi doskonałych. Ja taka nie jestem. Ale własnie ja, niedostosowana najbardziej potrzebuję miłości i tego, by móc ją wyrażać. Już nie jestem dzieckiem zagubionym i błąkającym się beznadziei wszechświata. Jeśli i ty pozwolisz, by zabrał twoje dawne grzechy, błędy, rozpocznie się dla ciebie nowa przyszłości. On zna nasze imię i wypowiada je szeptem, czekając, aż Mu odpowiesz. Przepraszam, może byłam z wami zbyt szczera, ale postanowiłam już nie siedzieć cicho. Milczenie to strata czasu. Często to za czym gonimy, okazuję się, nie tak ważne lub istotne, jak nam się wydaje. Ile można po drodze stracić?. Każdy z nas najlepiej niech odpowie sobie na to pytanie. Zza krat, życzę wam odwagi, pogody ducha i wytrwałości.
Sylwia Alkoholiczka  Z.K. Kamczatka