MITYNG 12/174/2011

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Świąteczny dzień, jak każdy inny ma tylko 24 godziny.

    Święta to często czas wspomnień. Przypominamy sobie Święta dzieciństwa, nasze marzenia i radości tego cudownego okresu i później wiele lat straconych w alkoholowym upojeniu. Wtedy każda myśl o nadchodzących świętach może wywołać falę poczucia winy, wstydu, za czas, gdy byliśmy napiętnowani pijana niemocą, łzami dzieci, rodziny, rozczarowaniami, kiedy nie było komu zasiąść z nami do stołu, jeśli mieliśmy to szczęście go posiadać. Albo samotne święta z butelką, święta w więzieniu czy najbliższym zakładzie dla bezdomnych. Święta spędzone na ulicy, gdy przez radosne, jasne okna podglądaliśmy życie innych. Prawda, że wielu to zna?

    Jeśli gruntownie pracujemy nad programem zdrowienia, jak na dłoni widzimy, jaki bezcenny dar otrzymaliśmy we wspólnocie AA. Przebudzenie duchowe w rezultacie tych kroków. Ale pamiętajmy, żyjemy w społeczeństwie, gdzie największe przygotowania do zbliżających się świąt odbywają się przy gorączkowym brzęczeniu kasy, kiedy lista zakupów niepokojąco się wydłuża. Materializm porwał to, co w świętach najważniejsze, ich sens i ducha. Nie dajmy się zwariować. Słowniki pod hasłem „materializm” podają: „zainteresowanie i pragnienie pieniędzy, posiadania itd., bardziej niż wartości duchowych, etycznych” ale dla nas, osób skłonnych do uzależnień, pragnienie, by przez posiadanie „czuć się lepiej” jest oczywistą pułapką. Wyjaśnienie duchowego sensu świąt znajdziemy na stronie 72 w Wielkiej Księdze.

    „...Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić.”

Nadchodzący, długi czas świąt może dla wielu być trudny, szczególnie dla tych we wczesnym okresie zdrowienia, kiedy jeszcze pracują na wybaczenie rodziny. Pamiętajmy, że samotny dzień świąt w pustych ścianach, tylko z telewizorem dla towarzystwa (jeśli jeszcze jest), może być niebezpieczną perspektywą dla świeżo wysuszonego alkoholika. Rada, by wtedy wywalić z siebie cały żal, przestaje być skuteczna. Jednak dla nas trzeźwiejących, praktykowanie prawdziwego duch świąt, może być proste. Przez długie, świąteczne dni możemy trzymać otwarte drzwi naszego mityngu, albo w te dni zaprosić przyjaciół, którzy z jakiś powodów, też będą w domu sami. Przez wykonanie telefonu i podzielenie się swoimi obawami z pierwszych trzeźwych świąt dodajemy otuchy nowemu przyjacielowi pokazując, że każdy dzień można przeżyć. Że ten świąteczny dzień, jak każdy inny, ma tylko 24 godziny. Inaczej mówiąc, prawdziwego ducha świąt znajdziemy nie tyle zasiadając przy uginającym się stole (często stole mityngu), ale wyciągając rękę miłości. Otrzymujemy dając siebie.

Wesołych świąt życzy Warszawa oraz Redakcja MITYNGU.

Moje trzeźwe święta,
czy mogą być udane?

Driving home for Christmas, I can’t wait to see those faces… Bardzo lubię to piosenkę i słuchając jej wielokrotnie jadąc do rodziców na święta,po drodze budowałem obraz sielanki i świątecznej idylli który zazwyczaj po jednym dniu rozpadał się jak domek z kart.
    Oto przyjechała gwiazda, nowy samochód, prezenty – patrzcie wszyscy i podziwiajcie (pokochajcie). Niestety wszystkie te apanaże nie były moją zasługą, czego nie dopuszczałem do świadomości. Zaraz zaczęły się moje uwagi pod kątem stylu życia rodziców, bo przecież ja wiem lepiej jak należy żyć. Nie szczędziłem im przykrych słów, a na argumenty rodziców żeby wziąć się do pracy i liczyć na siebie reagowałem atakiem. Żeby to jakoś przetrzymać upijałem się, alkohol mnie znieczulał. Taki schemat trwał latami. Tak bardzo chciałem dopasować się do standardów mojej żony, że zapomniałem o rodzicach i najbliższych.
    Niedawno byłem w domu. Przyjechałem na wybory, imieniny mamy i ślub kolegi. Było jakby inaczej. Usiedliśmy w kuchni z rodzicami, porozmawialiśmy. Mam wrażenie, że zacząłem się do nich zbliżać. Już nie próbować zmieniać, krytykować czy oceniać. Wróciłem do nich obdarty z iluzji i w końcu szczery. Wiem, że się martwią i chcą abym ułożył sobie życie od nowa. Ostatni rok był i jest dla mnie bardzo ciężki. Rozpadło się moje małżeństwo, wyjechałem do innego miasta, zacząłem podróż w dorosłe i odpowiedzialne życie ze wszystkim co przynosi. Gdy już wydawało się że powoli staję na nogi, znów kolejna próba trzeźwości – straciłem pracę. Szukam pomocy w AA, rozpocząłem terapię. Wiem, że sam sobie nie pomogę. Często czuję się przytłoczony tym wszystkim co na mnie spada, ale myślę sobie, że dostaję od Boga to, co jest mi potrzebne w danym momencie (choć trudno jest się z tym pogodzić). Jeśli Bóg pozwoli, w lutym miną cztery lata jak nie piję, ale dopiero teraz zdobywam umiejętność rozmowy z rodzicami i zaczynam dostrzegać rzeczy i gesty którymi wcześniej pogardzałem.
    Pamiętam, jeszcze zanim wyprowadziłem się z domu zaangażowanie rodziców w święta (każdy na swoim polu). Był pięknie zastawiony stół, graliśmy na instrumentach i śpiewaliśmy kolędy. Zawsze ktoś przebierał się za św Mikołaja. O północy pasterka. Później to wszystko stało się tematem drwiny. Liczył się tylko alkohol. Nawet w pierwszych latach trzeźwienia, a w zasadzie abstynencji również tego nie zauważałem. Byłem jak zamrożony. Nie oczekuję cudów, nie nastawiam się już na wspaniałe święta ale pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie pojadę tam za karę. Przyjeżdża mój brat z zagranicy. Spędzimy te chwile razem. Strasznie mi tylko smutno, że to będą pierwsze święta których nie spędzę z żoną i córką.
Czy moje trzeźwe święta mogą być udane? Wiem, że w moim przypadku tylko trzeźwe święta mogą być udane i tylko takie mają sens. I tej właśnie trzeźwości, zarówno ciała jak i umysłu, życzę sobie i wszystkim wracającym do zdrowia alkoholikom
B. AA

ŚWIĄTECZNY
OBRAZEK

Koniec roku to zwykle okres podsumowań i wspomnień. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. To szczególny czas, nastrój, refleksje. Przypominam sobie, jak wyglądały moje Święta w pijanym życiu. Bywało, że pierwszym wspomnieniem były igły opadające z choinki. Okazywało się wtedy, że jest przełom stycznia i lutego, a ja będę musiał odłożyć świąteczne plany do następnego razu. Bywało też, że udało mi się przerwać picie na Święta. To była chyba taka forma prezentu pod choinkę. Ale jak tu poczuć świąteczną atmosferę, kiedy wszystko we mnie dygotało, a jedyna myśl, jaka przychodziła do głowy, to szybko wypić jakieś „lekarstwo”. Przyszedł czas, gdy wszystko się zmieniło, również Święta. Ten czas to czas AA. W nowym życiu, które dostałem od Wspólnoty dostałem również nowe Święta. Już same przygotowania to wielka frajda, a ja wreszcie mogę i chcę brać w nich udział. Siadamy do wigilijnego stołu jako rodzina, którą wszystko łączy, a przestała dzielić flaszka. Pamiętam każdą chwilę i czuję świąteczną atmosferę. W ubiegłym roku znalazłem czas, aby pójść na mityng. Był to drugi dzień Świąt, a mityng był ich wspaniałym zakończeniem i podsumowaniem. Poprowadzenie go sprawiło mi olbrzymią radość, mimo tremy . Czy można sobie wymarzyć lepsze Święta?

SPONSOROWANIE

Kiedy słyszę "sponsor", dzisiaj kojarzy mi się to nierozłącznie z 12 Krokiem AA "Przebudzeni duchowo w rezultacie tych kroków staramy się nieść posłanie innym alkoholikom, którzy jeszcze cierpią... Podkreśliłem te słowa, gdyż alkoholicy, którzy wciąż cierpią są najczęściej w grupach AA, a ja myliłem tych ludzi z tymi, którzy wciąż piją. Dzisiaj dla mnie - Felka alkoholika - człowiek, który pije wymaga tylko rzetelnej informacji o alkoholizmie, jako chorobie i miejscu gdzie może otrzymać rzetelną pomoc, czyli AA. Trochę inaczej jest z ludźmi, którzy trafili do AA i wciąż nie mogą znaleźć tego, czego szukają - ukojenia, spokoju i radości. Sponsorowanie polega na pomocy w przeprowadzeniu tych ludzi przez ten najtrudniejszy czas w drodze do prawdziwej trzeźwości. Pierwszy etap to sponsorowanie wstępne, bardziej opieka starszego brata. Pomaganie w niepiciu, pomaganie, a czasami dyskretne "popychanie" do przychodzenia na mityngi i inne spotkania AA. Namawiać do mycia, przygotowywania kawy i herbat. Żadnych innych prac w AA. Za wcześnie. Najistotniejszą książką w tym okresie jest "Życie w trzeźwości" (Living sober). Więcej mówić o tradycjach AA i popularnych hasłach: "Naucz się słuchać", "Daj czas czasowi", "Szukaj pogodnej strony dnia" itp.. Wstępne sponsorowanie, moim zdaniem może czynić a nawet powinien każdy, kto ma kilka miesięcy trzeźwości i ma stałego sponsora, z którym pracuje nad zapoznaniem się z Krokami. Moim zdaniem bardzo istotne by sponsor ofiarował pomoc sam a nie czekał na to aż podejdzie do niego nowoprzybyły. Wiem po sobie, że było to dla mnie niemożliwe, ale chętnie przyjąłem pomoc ofiarowaną mi przez "starszego" przyjaciela z AA., Gdy nowoprzybyły "dojrzeje" do dalszej pracy teraz już nad "12 Krokami AA" - "sponsor tymczasowy" powinien nawet mu pomóc w poszukaniu sponsora stałego, może też ofiarować mu swoje usługi, jeżeli oczywiście uważa, że jest zdolny do tego. Moim zdaniem, najważniejszą rzeczą, jaką sponsor ma do zrobienia to pomóc nowoprzybyłemu. Pomóc (a nie nauczyć) zapoznać się z 12 Krokami AA. Pomóc w zrozumieniu tego niezwykłego, wspaniałego programu. Czyli najważniejszą rolą sponsora jest słuchanie. Słuchanie uważne tego, co mówi sponsorowany. Sponsorowałem przyjacielowi, ponad 1,5 roku i kiedy ten nie wykazywał chęci pracy - pomimo moich nalegań nad 2 Krokiem musieliśmy się rozstać. Do dzisiaj uważam, że ta decyzja była słuszna. W AA dowiedziałem się, że każdy człowiek musi znaleźć swą własną ścieżką do Boga i nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Nadmierne opiekowanie się, pouczanie, przymuszanie by ktoś postępował tak jak ja chcę, bo wydaje mi się to dobre, jest postępowaniem niewłaściwym. Mój przyjaciel, któremu sponsorowałem już ponad rok poszedł pić. Korciło mnie pójść do niego, wyciągać go z knajpy, próbować pomóc w pracy itp., ale przemogłem się. Nic z tych rzeczy. Jedynie, co robiłem to w każdy poniedziałek o godz. 19.00 czekałem na niego u mnie w domu, tak jak zawsze. Siedziałem ponad 2 miesiące, aż pewnego poniedziałku o godz. 19 przyszedł, zaczęliśmy pracować dalej. To trudne. Chciałem powiedzieć kilka słów o korzyściach sponsorowania. Kiedy poznałem "12 Kroków" próbując je stosować, żyło mi się lepiej, spokojniej, ale czegoś mi brakowało. Brakowało mi świeżości - codzienności. Codzienność stała się wygodna, syta, "uporządkowana" aż w końcu zaczęła być nudna. Wówczas przyszło mi do głowy, a może bym został sponsorem. Tylu przyjaciół prosiło mnie o to, a ja wykręcałem się brakiem czasu, a najczęściej - ja nie umiem tego robić i niedojrzałością. Kiedy odważyłem się sponsorować, zaczęły się dziać zdumiewające rzeczy. Program AA zaczął żyć nowym rytmicznym życiem. Zacząłem odkrywać niezwykłość programu AA. Dzisiaj sponsorując nie wiem, kto więcej bierze czy ja sponsorując czy sponsorowany. Zrozumiałem sens 12 Kroku. Łatwo jest powiedzieć o sobie na mityngu spikerskim, łatwo pójść do szpitala czy więzienia i tam opowiedzieć o sobie. To bardzo potrzebne. Ale najtrudniej jest systematycznie pracować z innym alkoholikiem. Ale ileż to daje radości - to trzeba spróbować. Jeszcze zdanie. Jedyne, czego wymagam od sponsorowanego, to to, by był sponsorem dla innego.
Felek
MITYNG 14/95 Listopad/Grudzień

ZADANIE

Otrzymałem zadanie, by napisać to, co chciałbym powiedzieć nowemu. By go zachęcić, dodać otuchy, żeby spróbował żyć bez alkoholu. To nie takie łatwe zadanie. Proponuję, żeby przeczytał ulotkę wydawaną przez BSK pod tytułem GRUPA AA... gdzie wszystko się zaczyna. Opisano w niej rolę prowadzącego, mandatariusza, rzecznika, co to jest sumienie grupy, na czym polega inwentura, jak wygląda mityng informacyjny, i wiele ciekawych, mało znanych kwestii. Ja siedząc na pierwszym mityngu miałem wrażenie, że moje krzesło ma 100 st. C, było mi duszno i gorąco, prawie nic nie słyszałem ani nie zapamiętałem, a najlepiej, żebym był niewidzialny. Jakie tam kroki czy tradycje, język mi się pląta. Trafiłem do sekty?. Strach i myśl, oby jak najszybciej to wszystko się skończyło. Tylko to miałem w głowie. Im bardziej ktoś się do mnie zwracał, tym gorzej. W przerwie długo do nikogo nie podchodziłem. Inni też do mnie nie lgnęli, choć tego mi najbardziej brakowało. Żeby tak ktoś podszedł i pomógł mi się przełamać bariery towarzystwa. Ale jest i druga strona medalu. Prawda, że długo czułem się lepszy niż ONI. Jakie tam zasady, co mnie to obchodzi, ja tu przyszedłem przestać pić, a właściwie to marzyłem o tym, by nauczyć się pić. Nie chcę się angażować. Służba, funkcja, kroki, tradycje, konferencje, literatura. Jak ją czytać, dlaczego to a nie co innego? Nikt mi tego nie powiedział. To trwało bardzo długo. Sam dochodziłem latami, a przecież mogłem popełnić mniej błędów? Byłem zbyt zadufany w sobie by starać się o sponsora. Nikt mi nie powiedział, że tej naszej literatury się nie czyta, a raczej studiuje. W swoich wypowiedziach powołuję się na cytaty aby również inni mogli sprawdzić, czy to jest i dla nich prawdą. Mogą te fragmenty odnaleźć, kiedy tylko będą im potrzebne. A gdzie to jest napisane? Teraz wiem, że wystarczy otworzyć spis treści w książce np: JAK TO WIDZI BILL i mamy po kolei: złość - str.., służba - str.., rodzina - str..., obrachunek - str... . itd. Nic nie trzeba wymyślać w długich dywagacjach. Jest gotowiec. Czytając mogę się jedynie zastanowić, o ile mnie to dotyczy? Miłej lektury.
Lechu

Musiałem zadać sobie pytanie.
Czy chcę, aby moje święta były udane?

W życiu każdego trzeźwiejącego alkoholika, czy chce czy nie, przychodzi czas nazywany „okresem świątecznym”.  Nie jest istotne, czy ktoś jest wierzący czy nie, wszyscy musimy go jakoś przeżyć. Ten czas zawsze był dla mnie wyjątkowy. Jako dziecko i młodzieniec cieszyłem się, że mogę spotkać dalszą rodzinę, a oczekiwanie na prezenty, czy polewanie się wodą stanowiły tematy moich długich rozmyślań i wspomnień. Nawet nie zauważyłem, gdy w to miejsce wkroczył alkohol i planowanie, jak go spożyć, aby nikt nie widział. To on wykradł mi dziecięce marzenia. Cofając się pamięcią widzę, jak radość z kolejnych spotkań malała. W miarę rozwoju mojego upadku rosła niechęć i poczucie fałszu towarzyszące temu okresowi. Obwiniałem za to innych, przypisując sobie dojrzałość pozwalającą mi dostrzec cały ten „komiczny teatr”. Myślę teraz o tym ze wstydem. To przecież ja oszukiwałem chowając wszędzie alkohol i pijąc go w ukryciu. Trudniej mi było ukryć swoją słabość, a na jakiekolwiek uwagi, że mam problem, reagowałem agresją. Te osoby wydawały mi się fałszywe. Nie zdawałem sobie sprawy, że to one najbardziej mnie kochały. Ci, którym byłem obojętny, już dawno „położyli na mnie laskę”. To swoich najbliższych krzywdziłem najbardziej. Stawałem się coraz bardziej butny. Wydawało mi się, że jestem mistrzem kamuflażu. Przyszedł w końcu moment, gdy już nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja myślałem, że wygrałem „batalię o wolność”. Dużo później dowiedziałem się, że zamiast myśleć o świątecznym czasie, rodzina zastanawiała się, czy będę pijany i jak bardzo. Zabrałem IM również ICH marzenia. Tak bardzo przypomina mi to moje dzieciństwo. Wtedy nie rozumiałem, o czym rozmawiali dorośli. Rozmawiali o moich pijanych rodzicach. Przyszedł w końcu moment, gdy wypiłem tak dużo, że zasnąłem przy świątecznym posiłku. Gdy się ocknąłem, czułem wstyd. Aby poczuć się lepiej, zrobiłem awanturę i kazałem się odwieść do domu. Świąteczny wieczór spędziłem sam w piwnicy dopijając resztki alkoholu, które wyprosiłem od sąsiada. Takie były moje ostatnie pijane święta. Nic dziwnego, że gdy zbliżały się kolejne myślałem o nich ze strachem i niechęcią. Nie wiedziałem co robić. Najchętniej zatrzymał bym czas, chciałem się ukryć, uciec. Powróciły myśli o „oszustwie” świątecznym. Ponieważ nie piłem już ponad pół roku, chodziłem na terapię i miałem od niedawna sponsora, podjąłem próbę wyjaśnienia, a może nawet potwierdzenia swoich negatywnych myśli o świętach. Bałem się bólu prawdy. Wstydziłem się spojrzeć swojej rodzinie w oczy i powiedzieć przepraszam. Było to dla mnie tak trudne, że wolałem wyrzec się świąt. Kiedyś nie przeszkadzało mi, że zachowuję się i wyglądam jak świnia, a teraz tak ciężko było ”BYĆ” z najbliższymi. Zawsze czułem się bezpiecznie nie okazując uczuć. Trzeźwiejąc nie mogłem zatrzymać rodzącego się we mnie życia duchowego. Stanąłem przed dylematem i musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie: czy to ja chce, aby moje święta były udane? Pytanie łatwo postawić, lecz zdawałem sobie sprawę, że odpowiedź na nie niesie ze sobą pracę i ból prawdy lub rezygnację z moich marzeń o byciu szczęśliwym człowiekiem. Moje szczęście było możliwe tylko wtedy gdy moi najbliżsi mogli być jego częścią. Odpowiedź była prosta. Jeżeli Oni pragną przeżyć wyjątkowo ten okres, to i ja muszę się tego nauczyć. Nic nowego nie wymyśliłem bo patrząc na innych alkoholików i słuchając opowieści widziałem uśmiech i radość. Jedni spędzali ten okres tradycyjnie z rodziną, inni realizowali swoje wyjazdowe plany. Wszyscy pragnęli towarzystwa osób im najbliższych. Tak mało mamy czasu dla siebie. Paradoksalnie podjęcie tej decyzji dodało mi sił i pozwoliło zwalczać lęk. Nie będę opisywał, jak bardzo było trudno. Okazało się jednak, że nie aż tak, jak sobie to wyolbrzymiałem. Cieszę się że zdobyłem się na „uczciwość wobec siebie i innych”. Od tamtej pory minęło wiele świąt. Każde z nich są dla mnie wyjątkowe. Pomimo późniejszego zmęczenia nie mogę doczekać się następnych. Musiałem spełnić tylko jeden jedyny warunek - nie być sam, nie być zamknięty w swoim świecie. Musiałem „wyjść do ludzi”. Aby to uczynić, podjąłem trud trzeźwienia.
AA

Piekło
                 się
skończyło!

Mam na imię Mariusz i jestem alkoholikiem. Chciałbym podzielić się z wami swoimi refleksjami po dniu „Wszystkich Świętych”. Pełen strachu, obaw, wstydu i poczucia winy po 14 - stu latach pojechałem na Wszystkich Świętych na Mazury, tam gdzie się urodziłem, wychowałem i gdzie zacząłem pić alkohol. Pojechałem zapalić świeczki na grobach osób, które mnie wychowały, opiekowały się mną i które skrzywdziłem w okresie picia. Nie miałem nigdy na to czasu, bo piłem i alkohol był ważniejszy, od 2 lat jestem trzeźwiejącym i zdrowiejącym alkoholikiem. Bardzo się bałem tej konfrontacji ze swoimi uczuciami i sobą, liczyłem się z tym że na cmentarzu spotkam osoby, które jeszcze żyją, które okradałem, oszukiwałem- jak im spojrzę w oczy, co im powiem, jak zareagują? Najlepiej tak jak kiedyś uciekać przed odpowiedzialnością, nie ponosić jej, bo to robiłem przez 26-lat swojego picia. Sponsor w ostatniej rozmowie powiedział mi, abym przed tym nie uciekał, że to odpowiedni moment aby zajść do osób które jeszcze są i żyją. Powiedzieć im, że dzisiaj jestem innym człowiekiem i bez oczekiwań ze swojej strony powiedzieć „przepraszam”. Jak mam powiedzieć „przepraszam” osobie, za którą siedziałem w zakładzie karnym 3 - lata, z którą łączyła mnie tylko nienawiść? Jak mam powiedzieć, że jestem inny? ,,Bój się i rób”-  to jest odwaga, działanie pomimo lęku, a nie bez lęku, „Pan Bóg nie pomaga tym, którzy ze sobą nic nie robią”, „Wiara bez uczynków jest martwa”- to mądrości z którymi wyjeżdżałem i w głowie i w sercu. Nie zdarzyło się do tej pory w moim trzeźwieniu, abym wykorzystał doświadczenie innych alkoholików w tym sponsora i zawiodłoby to mnie. Ze strachem na ramieniu pojechałem pełen wiary w sercu, że to co robie jest słuszne i potrzebne nie tylko mi. Na cmentarzu zapalałem świeczki w przeświadczeniu, że każdy mnie obserwuje - „przyjechał kryminalista i pijak”- takie miałem myśli. Takie wspomnienie tam pozostawiłem po sobie - złodzieja i awanturnika, który nikogo nie szanuje. W pewnej chwili ktoś do mnie podszedł. Był to sąsiad z sąsiadką, ci których okradałem kilka razy i wyrządziłem wiele krzywd moralnych nie tylko materialnych. Przywitałem się, z niepewnością. Uśmiechali się do mnie i po chwili rozmowy, sąsiadka powiedziała, że cieszą się, że widzą mnie, że żyję, że nie piję, że trudno uwierzyć, że się tak zmieniłem. Sąsiad oprowadził mnie po wszystkich grobach, nikt z mojej rodziny już nie żyje. Oprócz Babci, która nie piła i była wrogiem alkoholu, wszyscy właściwie zachlali się na śmierć lub pośrednio powodem ich śmierci było picie alkoholu. Pomyślałem jaka mnie łaska spotkała, że dzisiaj nie piję i żyję. Stałem pośród 8. grobów sam w przeświadczeniu, że mnie to ominęło, bo sam byłem bliski śmierci. Sąsiedzi po oprowadzeniu po rozmowie bardzo życzliwej i spokojnej zaprosili mnie na obiad - nie wierzyłem w to, co się stało. Nawet nie musiałem mówić, żeby mi przebaczyli, bo to już się stało faktem. Spotkałem wiele osób życzliwie nastawionych, każdy z nich dziwił się, że w ogóle żyję  (byłem ponoć już pochowany). Wszyscy życzyli mi powodzenia, kilka osób nawet mnie przytuliła pod wrażeniem tego, jak wyglądam i co ze sobą zrobiłem, że układa mi się w końcu w życiu. Gdy wychodziłem z cmentarza na obiad do sąsiadów, przed cmentarzem stał policjant. To był mój były dzielnicowy. Sam do mnie podszedł i zapytał, dlaczego teraz tak rzadko się widujemy. Wcześniej, 14. lat temu widziałem się z nim co jakiś czas na przesłuchaniach w komisariacie policji, przecież odbywałem kilka wyroków pozbawienia wolności. Podszedł niepewnie. W życiu nigdy nie podałem ręki policjantowi, teraz wyciągnąłem pierwszy rękę, przywitałem się z nim, opowiedziałem o sobie, słuchał i też zaczął się uśmiechać. Rozmawiałem z nim jak z człowiekiem, życzliwie, bez dystansu, że to ten, co wsadzał mnie za kraty. Miło mi było i jemu też, że możemy rozmawiać w trochę innych okolicznościach. Największym zaskoczeniem było to, że on o mało co też mnie nie uściskał. Pożegnaliśmy się w życzliwości z uśmiechem. Pomyślałem sobie - dla takich chwil warto żyć i nie pić, warto korzystać z doświadczenia innych alkoholików. Pamiętam słowa swojego sponsora –„dopóki nie pijesz wszystko jest możliwe”. Dzisiaj jestem wdzięczny Wspólnocie, sponsorowi i programowi, który poznaję i zaczynam stosować w swoim życiu. Mój cud to moje działanie - pamiętam te słowa do dzisiaj . Czuję ulgę i wdzięczność.
Pozdrawiam wszystkich Mariusz

Z forum internetowego.

Witaj Arturze,
Ciesze sie, ze znalazles sie w tym dobrym miejscu, ktore mnie rowniez pomaga w pracy nad soba i utrzymaniu trzezwosci. Ja nie zaczynalem prob utrzymania w trzezwosci od literatury ale rowniez ludzilem sie ze dam sobie rade bez niczyjej pomocy. Tyle, ze nie potrafilem sobie wyobrazic zycia bez przyjaciol od kufla. A goscie spod sklepu z alkoholem karmili moj stereotyp alkoholika i grupe AA wyobrazalem sobie jako skupisko meneli z calego miasta. Musialo minac wiele lat zanim trafilem do AA. Postawiony pod sciana przez najblizszych poszedlem na kilka mityngow. Niewielo to dalo, tyle, ze przez jakis czas pilem mniej. Dopiero po kilku latach trafilem na terapie, na ktorej wymuszono na mnie uczestnictwo w mityngach. Okazalo sie, ze Ci ktorzy tam chodza nie sa wcale gorsi ode mnie, wrecz przeciwnie, zyja normalnie i osiagają w tym zyciu niebagatelne sukcesy. A wszyscy twierdzili, ze zawdzieczaja to uczestnictwu w mityngach. Nie chcialo mi sie wierzyc ale czas pokazal mi, ze mieli racje. Teraz na mityngi chodze czesto i z przyjemnoscia spotykam sie z przyjaciolmi z AA. Zglosilem sie do sluzb na swojej grupie w "realu" i dwa lata zlecialo nie wiadomo kiedy. Dzieki Wojtkowi trafilem rowniez na ta grupe w Internecie i z przyjemnoscia otwieram rano poczte, bo wiem, ze bedzie tam nasz wirtualny mityng. Jednak nie wiem czy dalbym sobie rade opierajac sie tylko na wirtualnych mityngach - raczej nie.
Alkoholik Andrzej z Ostrowca Sw.

Najmilsi moi przyjaciele
Mam na imię Sylwia i jestem alkoholiczką. Tym razem chcę podzielić się z wami swoim doświadczeniem, na temat dokonywania wyborów i tego co się z tym wiąże. Dzisiaj, widzę ten świat w zupełnie innym kolorycie, na pewno, nie jest tak barwny, ale mimo wszystko, jednak o wiele lepszy. Jeszcze pół roku temu, nie byłam w stanie wyobrazić sobie dnia następnego. Po ogromnej utracie wszystkiego, co było mi najdroższe. Już nie potrzebowałam współczucie, akceptacji, niczego. Stałam się najsurowszym sędzią, na jakiego mogłabym w życiu natrafić-skazałam siebie na śmierć. Popijając w zaciszu małego pokoju, wspominałam swoją przeszłości. Z jednej strony to było dobre, ponieważ mogłam trochę nadziei odnaleźć i siły do mobilizacji, do jakichkolwiek działań, by próbować ratować swoje życie. z drugiej-bałam się. Ogarnięta lękiem sparaliżowana przez świadomości, która była bardziej bolesna, niż to, co działo się z moją fizycznością. Miałam wewnętrzne pragnienie wynurzenia się na powierzchnie, lecz nie wiedziałam jak. Czułam tęsknotę powrotu do wszystkiego co mnie otaczało, ludzi przyrody, nawet do siebie. W wyniku mojego podsumowania z całego życia, doszłam do wniosku, że tyle co spotkało mnie, a jednak jeszcze wciąż tu jestem, to oznacza może tylko jedno: ostatecznie mój koniec jeszcze nie nadszedł i czarne scenariusz nie kończenie musi być mi pisany, przecież 30 lat to najlepszy wiek, dopiero osiągnąć swoje marzenie, cele. Zmniejszone uczucia i stany emocjonalne, nie dawały mi nawet spokojnie napić się wódki. Nurtowały mnie wszystkie pytania, które sama sobie stawiałam. Jednak ich pochodzenie miało we mnie swój początek-to znaczy, że muszę się dokopać i znależć tą maleńką cząsteczkę prawdziwej Sylwii, która jednak we mnie żyła. Bo jak wytłumaczyć sobie coś, co robię-nie chcąc tego. Musiałam stanąć życiem w twarzą w twarz. Ładnie się o tym pisze, ale ledwo to znoszę do dzisiaj. Okazało się, że jestem w świecie, którego nie ma! – wszystko w kłamstwie. Szukałam przeciwnika w swojej walce, musiał być równy siłami ze mną i nawet nie musiałam daleko szukać, był w zasięgu ręki. Łatwo się domyśleć, że to ja sama. Chociaż tym razem wykazałam się uczciwością. Doszło w końcu do mnie, że nie świat i inni- są prowokatorami, tylko wszystko jest w moim wnętrzu. Uczciwość jest podstawą w początkach zdrowienia. Życia nie wolno szufladkować i otwierać tak, jak mnie jest wygodnie, tylko przyjmować wszystko z uporządkowanym rytmem i biegiem czasu. Nie odkładać nic na później. Piękny i ambitny plan, tylko jak to realizować?. Odwagi brak, bezradność, o wierze we własnej możliwość to już w ogóle mogę zapomnieć, Już na starcie chęć działania wykruszała się z prędkością światła, tak jak opadały siły i resztki mobilizacji. Myślałam, że nie będzie tak ciężko choć powoli zaczęłam liczyć się z tym, że mój powrót do zdrowia, nie kończy się tylko na zaprzestaniu picia-to dopiero początek drogi. Załamałam ręce. Czy w ogóle dam radę?. Praca wymaga wysiłku i to każda jedna, nie ważne czy jest ona wielka czy też nie. Im bardziej się starałam, tym samym cierpienie potęgowało. Przestawałam logicznie to widzieć. Teraz wiem dla czego . Ponieważ widziałam, że nie chcę tak naprawdę przestać pić, całkowitego zaangażowania we mnie nie było. Ten kto chce- znajdzie sposób; ten kto nie chce- znajdzie powód. Chyba nie doceniałam swoich zdolności, jak potrafiłam oszukać sama siebie. Byłam bezsilna, bo trochę chciałam, ale się bałam. Najbardziej trudno było mi pogodzić się z tym, iż w tak krótkim okresie picia(-porównując wieloletnie picie), diametralnie zmieniło się całe moje życie. Co się ze mną stało?, że aż tak pragnęłam samounicestwienia. Im więcej myślałam, tym bardziej wpadałam w swoją przepaści-nicość. Zdawałam sobie sprawę, że musi być jakieś wyjście, bo nie tak miało być, przecież chcę naprawdę żyć. Był okres ,że już nastąpiła faza chroniczna. Niestety. Bóg, jakkolwiek go pojmuję, w ostatniej chwili, złapał mnie za rękę Trafiłam do aresztu na Kamczatkę. Potrzebowałam, aż takiego wstrząsu, by wytrzeźwieć. Dopiero tutaj poczułam, jak to jest naprawdę. Jestem tutaj bezpieczna pod względem wyzwalaczy i tak mija dzień po dniu……Jestem coraz trzeźwiejsza, moje myślenie jest bardziej racjonalne. Chodzie na mitingi A.A. i uczę się wszystkiego na nowo, jak dążyć do trzeźwości. W moim przypadku, gigantyczny upór skierował mnie za kraty .Dobrze, że tak się stało, gdyby było inaczej-prawdopodobnie, już nigdy nie dowiedziała bym się, jak wygląda dzień w zupełnym wyrażanym obrazie. Dopiero od kilku tygodni-a minęło ich wiele, otrzymałam prawdziwą szansę na początek mojej trzeźwości i już bardziej mam wyostrzony wzrok na siebie oraz sytuację i chorobliwe takie myślenie -tzw. Autosugestia. Utożsamiałam się z „Alicją z krainy czarów”. Wszystko jest zupełnie inne, wiele straciłam. Lecz dziś odzyskuję w zamian nowe, lepsze życie(Trudno, że akurat w tym miejscu, ale nie zbadane są wyroki...).Wiele takich jak ja nie miało tyle szczęścia-z wiadomych powodów. Ja trafiłam tutaj, nie dlatego, że zostałam potępiona, tylko to był jedyny ratunek dla mnie, abym przestała pić, i jedyny sposób, aby mnie od tego uwolnić. I w oto ten prosty sposób, problem z którym, nie rodziłam sobie, rozwiązuję się sam. Potrzebowałam i potrzebuję pomocy i wsparcia. Kto by w ogóle pomyślał, że w takim ponurym i smutnym miejscu, jakim jest więżenie, zaczęłam nowe życie, co prawda nowe ale jak!. Mam ogromną nadzieję, że z tych lekcji, zostanie mi nauka i jeżeli kiedykolwiek zaistniałaby taka sytuacja, że mogłabym popłynąć, przypomnę sobie gdzie byłam i jaki poniosłam straty. Uwierzcie mi, piszę wam to, nie dlatego, że teraz siedzę, bo przecież mnie kiedyś w końcu wypuszczą, iż odwyk w takim miejscu na starcie też zobowiązuję. Terapia była dla mnie szokiem, gdzie zgłosiłam się sama i na wolności, do tego co obecnie, nie na najmniejszego porównania. Wierzę, że nic się nie dzieje bez przyczyny, tylko czasem płacimy zbyt wysoką cenę, za nasze nie trafne wybory, których dokonujemy. Tym bardziej jest potrzebo bycia czujnymi trzeźwym. Chociaż czasem trzeźwy jest bardziej pijany, niż ktokolwiek z nas, ale to zostawię do następnego razu. Kochani, z całego serca dziękuję wam, za poświęconą uwagę i czas dla mojej osoby. Życzę wam i sobie, gdziekolwiek zmienny los nas poniósł. Błądzicie gorliwi i nieustraszeni od samego początku, aby wasza historia miała barw promiennego uśmiechu, niż moja. Wzrastajcie w duchu wiary, odwagi i wytrwałości-w dążeniu do doskonałości lepszego jutra!!! Do zobaczenia w trzeźwość.
Pozdrawiam Sylwia A.A.
Zakład Karny Kamczatka.

WITAM WAS PRZYJACIELE.

 Moje przygody alkoholem zaczęła się w Domu Dziecka. Jak miałem 11 lat Wychowawcy w Domu Dziecka zrobili sobie dzień Nauczyciela na stołówce, na drugi dzień znalazłem w kartonie pół litra wódki jeszcze nie otwieranej butelki wziąłem ją do swojego pokoju, kubek wyciągnąłem, i nalałem w niego wódki około 1/3 kubka resztę wody do pełna wypiłem to na 3 łyki za jakiś czas poczułem że kręci mi się w głowie zacząłem wymiotować a potem zasnąłem na podłodze w pokoju, starsi chłopaki zoriętowali się co się ze mną dzieje położyli mnie na łóżko i tak do rana spałem. Chłopaki wychowawcy powiedzieli że jestem chory i nie dociekał czemu leżę w łóżku cały dzień i noc. U mnie w domu zawsze gościł alkohol ja i moje rodzeństwo byliśmy zaniedbywani przez rodziców do szkoły chodziliśmy brudni zawsze głodni i dla tego zabrali nas do Domu Dziecka. Ja dwóch braci i siostra byliśmy w jedynym Domu Dziecka. Od dzieciństwa widzieliśmy przemoc, krzyki, gwałty, Ojciec robił Matce straszne rzeczy. Jak siedział w więzieniu to matka prowadziła towarzyskie życie. Jak wyszedł ojciec z więzienia i dowiedział się o tym to na moich oczach bił ją. Ja jako 5 letni dzieciak darłem się płakałem to ojciec rzucił we mnie popielniczką szklaną, trafił mnie w brzuch pobiegłem na policję jak wróciłem z policją ojciec już nie było. My jako dzieci wyzywaliśmy wychowawcę od różnych i różne głupie rzeczy robiliśmy więc wychowawcy postanowili nas rozdzielić mój młodszy brat pojechał z siostrą do Mławy, starszy pojechał do Makowa, a ja do Dębinek to był błąd za, który do tej pory pokutuję. W tamtym Domu Dziecka zaczęło się picie ćpanie butapreny ja jako 15 letni chłopak tyle piłem, że omamy zwidy zacząłem kraść ubliżać wszystkim nie dawali sobie ze mną rady wychowawcy to zmyślili coś co mnie boli do tej pory coś takiego strasznego że nawet ciężko się myśli o tym wszystkim po to by mnie zapędzić do poprawczaka. No i w wieku 15 lat tam się znalazłem tam tak samo się żle się zachowywałem biłem, plułem na chłopaków, aż zostałem wywieziony do innego Zakładu Poprawczego. Tam była tak miła wychowawczyni podeszła do mnie dobrocią nie krzyczała nie ignorowała wręcz przeciwnie pokazała zainteresowanie, zrozumienie i wiecie co się stało ja wulgarny, wredny, chamski egoista zrobiłem się potulny jak baranek zaczęło mi zależeć na dobrej opinii myślę, że się sprawdziło powiedzenie zło dobrym zwycięża. W wieku 20 lat zabrali mnie z przepustki do więzienia na 3 lata za dwa włamania wyrok odsiedziałem w całości. Na wolności byłem 3 lata, 2 lata nie piłem nie miałem problemów z prawem, miałem dziewczynę, która zaszła w ciąży nie układało się nam byłem nie odpowiedzialny, zacząłem coraz częściej  pić. Konkubina urodziła śliczną córeczkę, którą kocham nad życie. Ale ja zamiast do pracy to do towarzystwa poleciałem tak latałem że wylatałem 6,5 roku do odsiadki. Oliwia moja córeczka miała 8 miesięcy jak mnie zamknęli teraz ma 3 lata dziecka nie widzę o 12-09-2010 roku mało tego by było, konkubina znalazła sobie kogoś, zmieniła numer telefonu i nie mam żadnego kontaktu z dzieckiem. Strasznie mnie to boli, tęsknię za córeczka. Obecnie jestem po Terapii, jestem zadowolony. Dużo się dowiedziałem o naszej  chorobie wiem z czym mam walczyć i wiem że trzeba nad tym ciężko pracować. Do przyjaciół którzy wybierają się na taką terapię życzę wam żebyście zrozumieli to co macie zrozumieć zresztą jak się potoczy wasze życie zależ tylko od was. Nie pozwolę żeby moja córeczka miała takie życie jakie ja miałem. Zachęcam was przyjaciele piszcie do Redakcji co was gryzie. Człowiek jak wyrzucić z siebie to co go gryzie to lepiej się czuję.
Pogody Ducha Mietek AA

DRUGIE ŻYCIE
ZE WSPÓLMOTĄ „AA”
Mam na imię Kondrat mam 30 lat i od ponad dwóch miesięcy jestem na oddzielę Terapeutycznym „ATLANTIS” w Warszawie – Mokotowie mimo że jestem Trzeźwy po nad Rok to tutaj się odnalazłem, tutaj zacząłem się zmieniać moje życie, to tutaj uczę się patrzeć inaczej na Świat i ludzi i tutaj tak naprawdę widzę ile złego wyrządziłem sobie i bliskimi ile w życiu straciłem poprzez moje picie alkoholu, trwał od 14 roku życia. Moje okresy apstynęcji były tylko wtedy gdy trafiałem do Z.K. Mój ostatni kontakt z alkoholem był na przełomie 2009/2010R i Trwał 8 miesięcy, miałem sporo pieniędzy i TZW. Komfort picia. W tamtym okresie liczył się dla mnie tylko alkohol jedynie o co dbałem to tylko o to żeby mi go nie zabrakło, miałem kolegę który dowoził mi ruski spirytus, którym On handlował. Kupowałem go zawsze litrami i nawet gdy chwilowo brakowało mi pieniędzy, dawał mi go na krechę. Nie dbałem o swój wygląd, chodziłem nie ogolony nie zmieniałem odzieży, Kąpałem się raz w miesiącu i to mi nie przeszkadzało w tamtym okresie, chciałem się zapić i raz nawet targnąłem się na swoje życie, próbując się powiesić ale chyba Bóg jakkolwiek go pojmuję czuwał na de mną i gałąź na której się wieszałem złamała się pod moim ciężarem. W tedy chyba dostałem drugą szansę ( Nowe Życie )Gdyż następnego dnia dokonałem przestępstwa i zostałem aresztowany, a następnie przewieziony do Z.K. w Grójcu gdy był już wystawiony za mną list gończy. Mój organizm był wyczerpany z powodu alkoholu i pamiętam jak dochodziłem do siebie, nie mogłem spać, ręce mi drżały, wymiotowałem, nie mogłem się na niczym skupić, wszystko mnie denerwowało zacząłem łykać różne tabletki, które chwilowo przynosiły mi ulgę i o mało nie nabawiłem się nowego nałogu. Dziś nie zażywam żadnych leków i na nowo uczę się życia. Nauczyłem się prosić o pomoc, dzięki mitingą AA na które uczęszczam 3 razy w tygodniu i je prowadzę. Pogodziłem się z siostrą, którą bardzo kocham i ona pomaga mi w mym trzeźwieniu. Jest najbliższą mi osobą i pierwszą ze szczerego serca przeprosiłem na widzeniu w Z.K. Dziękuję mojej sile wyższej że na mojej drodze postawiła wspólnotę A.A. w, której się odnajduję, mam teraz wielu prawdziwych przyjaciół, którym chcę podziękować, zwłaszcza tym, którzy znajdują czas i przychodzą z wolności na mitingi Grup „RECYDYWA”i „MOKOTÓW” ORAZ GRUPIE „OPAKA” w Opacznie na której był mój pierwszy miting w 2000 roku.
KONRAD ALKOHOLIK
Warszawa-Mokotów