MITYNG 02/176/2012

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Czyżby Mickiewicz znał program AA?
MITYNG 01/79/2004

Obecnie alkoholik poszukujący recepty na swoje życie może skorzystać z wielu propozycji, a w tym z programu AA. Ale jak odróżnić program AA od innych programów, na czym polega jego unikatowość i skuteczność? Jak wiemy, alkoholikiem i członkiem AA, może nazwać się właściwie każdy, kto przekroczył próg mityngu AA i pragnie zachować trzeźwość. Jest to sprawa osobistego odczuwania. Nasza Trzecia Tradycja nie stwarza właściwie żadnych przeszkód. Lecz czymś zupełnie innym jest dostępność programu, a czymś innym umiejętność korzystania z niego, pragnienie życia zasadami AA. Nieraz odnoszę wrażenie, że to łatwa dostępność sprawia, iż program AA jest niedoceniany i lekceważony, a jego realizacja odkładana na później. Pewnie i ja mam w tym swój udział. Buńczuczne prezentowanie własnych poglądów na naszych mityngach, bez odniesienia do programu, nie zachęca do jego stosowania. Był czas, że nie zdawałem sobie z tego zupełnie sprawy, choć to takie proste. Jeśli można mieć sukcesy bez programu, to po co zajmować się programem? Kto wie, czy przy okazji nie odzywa się również dziecinna przekora, by akurat nie postępować jak inni? Szybko ktoś przypomni ci, że tylko profesjonalna terapia przynosi efekty, jakbyśmy nie dostrzegali wielu pozytywnych przykładów wokół nas. Przez pamięć osobistych cierpień związanych z moim nałogiem mam wielki szacunek dla każdego, kto uwolnił się od przymusu picia, niezależnie od wybranej drogi abstynencji. Cieszę się z każdego uratowanego. Mam wiele wdzięczności za pomoc, jaką otrzymałem szczególnie w najtrudniejszym, pierwszym okresie trzeźwości.     
 Dla tonącego chyba najmniej ważne jest, jakim stylem płynie pomoc. Liczy się skuteczność, przerwanie śmiertelnego picia. Ja związałem się z AA i jestem z tego zadowolony. Ponad dziesięć lat trzeźwości upoważnia mnie chyba do dokonania próby oceny działania programu AA. Wyróżniającą się cechą programu AA jest jego trójelementowa struktura. Wyznaczają ją słowa: ZDROWIE, JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, z których każde ma swoje rozwinięcie. I tak: do ZDROWIA zmierzamy wypełniając treścią 12 Kroków, JEDNOŚĆ jako wspólnotę zachowujemy stosując się do zaleceń 12 Tradycji, zaś SŁUŻBĘ pełnimy w myśl 12 Koncepcji. Najbardziej znane jest 12 Kroków AA wykorzystywane w pracy różnych ośrodków terapeutycznych. Wiele wspólnot przyjęło je jako wzór dla swojej działalności. Pamiętam, że przez jakiś czas chodziłem dumny jak paw, że z mojego - czyli AA - programu korzystają specjaliści. My jesteśmy najlepsi - myślałem, - niech się od nas uczą - i tym podobne brednie. Tym bardziej zaskoczyło mnie pewne zdarzenie. Otóż wpadła mi w ręce książka z listami Adama Mickiewicza. Zacząłem kartkować i przypadkowo natknąłem się na list pisany w Hawr w 1851 roku. /Dzieła wszystkie. Tom XII str 228-9 Nakład Księgarni H. Altenberga we Lwowie/ Ze zdumieniem w radach dla jakiejś hrabiny zacząłem odczytywać nasz program. Czytałem: … a ciągle jedno ci śpiewam i proszę, żebyś o tem ciągle pamiętała, że twoje zdrowie najwięcej zależy od ciebie, od twego wewnętrznego życia…to wewnętrzne życie nie zależy na tym, żeby wiele myśli przepędzać przez głowę i plątać się różnymi zamiarami. Trzeba mieć cel zawsze… Tym celem jest dla ciebie podniesienie się do żywej wiary , że wszystko co się nam zdarza, jest na nasze dobro, że będzie lepiej na świecie i że my do tego lepszego musimy w naszej cząstce przyczynić się. Wszelki kłopot i bieda na to dane, aby je zwyciężyć. …Każde dziecko, kiedy próbuje chodzić, naprzód musi padać i plątać się. Więc nie trzeba przeszłością trapić się nadto..., aby w czemś ku dobru wspólnemu się przyczynić .. Choć słowa były inne, to wyrażały myśli 12 Kroków, no, może bez odniesienia do alkoholu. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że program pomocy dla zagubionych w życiu znany był kilkadziesiąt lat przed powstaniem AA i nie ma żadnego powodu, aby się pysznić czymś, co od dawna jest znane. Więc co decyduje o skuteczności AA? Atrakcyjność!!! Program przywraca cel i radość życia, swobodę, ruch, a nade wszystko żywotność. Życie odradza życie. Trzeźwość rodzi trzeźwość. Skuteczność programu AA wiąże się z wdrożeniem 12 Kroków w środowisku wspólnoty. Tak dawno znane znalazły wśród alkoholików stosujących w życiu Tradycje i Koncepcje AA szczególnie sprzyjające warunki do rozwoju. Opieka nad nowymi członkami, wspólnotowe życie, aktywne uczestnictwo to coś więcej niż praktyczne poznanie prawideł i zasad, według których należy żyć. To wzajemnie przykłady stosowania zasad AA i wszelkich od nich odstępstw. Na naszych oczach dokonuje się duchowa przemiana, gdy egoistyczny, żałosny pijaczyna staje się wartościowym, pełnym poświęcenia członkiem AA, rodziny, a także swojej społeczności. Albo, co się też zdarza, odchodzi nie znajdując zadowolenia w trzeźwości. Historie opowiadane na mityngach wyraźnie przestrzegają, że trzeźwość nie jest dana, ani ofiarowana raz na zawsze, że trzeba ją stale pielęgnować we współpracy z innymi, a w zmaganiach z własnymi słabościami kształtować nowy charakter. Te wszystkie możliwości dają nasze mityngi, struktury służb. Ale warunek: trzeba przekroczyć próg niechęci i honorowo podjąć się różnych zadań. W grupie i poza nią. Zyskując przyjazne środowisko łatwiej jest przestać pić, odnaleźć cel i sens życia, budować motywację do zmian charakteru. Rozwinąć poczucie przynależności do czegoś większego niż my sami. Kto wie, czy nie jest to pierwszy krok na drodze poszukiwania Siły Wyższej. W miarę zaangażowania mamy szansę poznać nowe reguły postępowania. Okazuje się, że 12 Tradycji i 12 Koncepcji służb to bardzo praktyczne wskazówki. Wspólne dobro, rodzina, współpraca, Miłujący Bóg, wspólne, grupowe sumienie, a nie tylko moje, unikanie postawy karzącej i dominującej, rozsądek finansowy - to kilka z wielu punktów programu. Przyjaciele ze wspólnoty i sponsor pomogą. Szybko zauważą niepokojące oznaki, nawet gdy zainteresowany jeszcze nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa albo przyklasną potwierdzając dobrą postawę. To stale działa. Odrobina zainteresowania staje się często początkiem sponsorowania, koniecznego do utrzymywania własnej trzeźwości. To moment, gdy wspólnota oferuje alkoholikowi wybawienie ze śmiertelnej samotności, gdy nie tyle uczy zdobywania przyjaciół, co pokazuje jak być przyjacielem, jak ulżyć w cierpieniu innym. Jeśli nie wszyscy, to przynajmniej ja muszę pamiętać, że nawet jeden kieliszek może być początkiem zdarzeń kończących się śmiercią. Jeszcze nie zapomniałem, ile spustoszenia dokonała gorzała w moim życiu. Zarówno na ciele jak i duszy. Dlatego, gdy widzę, jak ktoś ignoruje i zagłusza swoje sumienie, próbuje udawać błogą nieświadomość tradycji, niepokoję się. Źle pojęta duma, osamotnienie, egoizm dręczą …..i pokonują. Idea trzeźwości musi wypełnić pustkę po alkoholu. Przyjaźń i zaangażowanie też są w stanie tę pustkę wypełnić, poza tym kryją ogromną niespodziankę. Chociaż przyszedłem do wspólnoty AA by skończyć z piciem, uporządkować życie, znaleźć chwilę wytchnienia dla skołatanych nerwów, to zupełnie nieświadomie rozpocząłem wędrówkę w poszukiwaniu Boga. Odnalazłem pragnienie poznania Jego woli wobec mnie. Codziennie w jedności z najbliższymi muszę mobilizować siły, by ją wypełniać. Mam przekonanie, że któregoś dnia stanę przed Stwórcą i podziękuję za nie do końca zabałaganione życie.
Marek W-wa


TRDYCJA II

JEDYNYM I NAJWYŻSZYM AUTORYTETEM W NASZEJ WSPÓLNOCIE JEST MIŁUJĄCY BÓG, JAK KOLWIEK MOŻE SIĘ WYRAŻAĆ
W SUMIENIU KAŻDEJ GRUPY. NASI PRZEWODNICY SĄ TYLKO ZAUFANYMI SŁUGAMI, ONI NAMI NIE RZĄDZĄ.


Mam na imię Grzegorz jestem alkoholikiem i narkomanem
Przez lata abstynencji w AA i korzystania tylko i wyłącznie z mitingów Tradycja Druga była jak woda na mój młyn. Byłem przecież „bogiem” chodzącym po ziemi i jeszcze wydawało mi się, że samo AA  twierdzi, że jestem sterem i okrętem, że inni mogą mi „skoczyć”. Przy takiej postawie nie było mowy o pracy na programie 12 kroków ze sponsorem i jakichkolwiek zmianach. Przyszedł taki czas, że przez swoją samowolę i związane z nią konsekwencje byłem zmuszony do pracy na programie i szybko okazało się, że ta tradycja mówi zupełnie o czymś innym, niż mi się wcześniej wydawało.
Na mojej macierzystej grupie w Opolu jestem jednym z nielicznych, który ma ponad 10 lat abstynencji, większość to dwu, trzy-latki; ok. 80% grupy pracuje na programie ze sponsorem i pracuje z podopiecznymi – co jest, jak myślę, naturalne we Wspólnocie AA, bo po co innego mieliby w niej być.
Pamiętam, ponad rok temu podczas inwentury, grupa chciała wprowadzić określone zmiany do scenariusza, na które nie chciałem się zgodzić, więc… „krwawiłem”.
Podczas wieczornego obrachunku moralnego zobaczyłem, że nie dość że nie mam racji to jeszcze” krwawię”, zadzwoniłem do kolegów i przyznałem, że się mylę, a moje argumenty są wyssane z malca.  (raczej z palca)
Takie doświadczenie, wiele innych pokazały mi że długość abstynencji do niczego mnie nie upoważnia, a i Bogiem na ziemi też nie jestem. Mam do wyboru albo będę „czcigodnym mężem zaufania”, albo „krwawiącym diakonem” – wybór jest oczywisty.
Na tej „mojej” grupie są wprowadzone dodatkowe służby miesięczne:
- prowadzący
- witający z telefonem grupy
- gospodarz
- sprzątający + dwie osoby
Najczęściej pełniłem służbę prowadzącego, ewentualnie witającego - no przecież taka „figura” jak ja innej nie weźmie (hi,hi,hi). Dzisiaj bez problemów i razem z nowicjuszami zamiatam i myję podłogę; dzięki temu czuję, że jestem pełnowartościowym członkiem Wspólnoty AA, a nie „krwawiącym diakonem”.
Do zrozumienia i rozpoznania Boga w sumieniu każdej grupy jest mi potrzebna miedzy innymi Tradycja Pierwsza, abym nie stawiał osobistych ambicji na pierwszym miejscu, bo liczy się NASZE WSPÓLNE DOBRO i nic ponad to. Jeżeli jest miedzy nami porozumienie, wzajemny szacunek, to i jest z nami Bóg (jak kol wiek Go pojmuje każdy uczestnik)  
Na każdej grupie są liderzy, osoby pełniące służby i uczestnicy mitingów, myślę że każdy który czuje się związany z daną grupą i zależy mu na wspólnym dobru tworzy sumienie grupy.
Na gruncie domowym bardzo trudno było mi się przełamać i uznać, że dzieci mają coś do powiedzenia, że mają swoje zdanie, że dostałem je od Boga na wychowanie, a nie na własność. Są to bez wątpienia odrębne istoty i mają takie same prawa jak ja czy żona. Zauważyłem, że kiedy z nimi rozmawiam jak z równy z równym, buduje się między nami więź i nie narastają konflikty - skończyłem z mentorskim „nie bo nie”.
„Zgoda buduje, niezgoda rujnuje” Z żoną kiedy wymienialiśmy w rozmowie argumenty, często kończyło się to awanturą, nie liczyło się dla mnie ani wspólne dobro, ani autorytet Boga tylko mój. Nie jest łatwe schowanie własnego ego do kieszeni, ale da się to zrobić jeżeli pamiętam o Pierwszej i Drugiej Tradycji, na pięć razy może uda się dwa, trzy - myślę że wszystko co wychodzi od Boga jest warte podjęcia działania.
Wracając jeszcze do autorytetów to myślę sobie, że kim to ja jestem, aby moim jedynym autorytetem był Bóg  – Jezusem?
Całe życie wydawało mi się że jestem kimś lepszym i na ziemi nie było dla mnie autorytetów. A przecież jak mam poprosić kolegę o pomoc w pisaniu programu jeżeli w pewnych kwestiach nie będzie autorytetem.
Jest to logiczne i oczywiste, że musi być autorytet, tak jak autorytetem w kwestii cierpliwości i opieki np. nad dziećmi jest moja żona, czy moja jedenastoletnia córcia dla której samodyscyplina jest czymś naturalnym.
Nie dostrzegając i nie korzystając z takich dobrodziejstw, które dostałem od Boga, musiałbym się nazwać co najmniej głupcem.
Jestem pracodawcą i przełożonym, najchętniej chciałbym aby podwładni ślepo i posłusznie wykonywali moje polecenia i rozkazy, ale wiem że będę głupcem odrzucając ich doświadczenie i często lepsze pomysły od moich.
Kochani stosując Drugą Tradycje w życiu jest to czysty zysk, to się po prostu opłaca.

Pozdrawiam gorąco z Opola



Ukradłem sobie 20 lat życia

 pijąc. (To chyba temat z 4 kroku?) Chyba każdy kto przyszedł do AA, przeszedł ten etap, bycia złodziejem czasu - JA TEŻ. Czas użalania się, radości i smutków, narzekania na moje trudne położenie, przechwalanie się jak ja piłem (jaki ze mnie potężny pijak), potem moja droga do AA, jak to ja świetnie znam tradycje ( nie stosując ich), wikłanie się w spory i polemiki z innymi Alko.., usiłowanie kierowania innymi, obrażanie się  - na pewno to pamiętacie? Potem przeżyłem etap mówienia - "wszystko wiem ale nic nie działa", ( po co mi to AA, skoro nadal mnie boli życie?),  ja wiem lepiej co mam robić i w jaki sposób. Ciągłe gadanie o "nawrocie który mi się sam zrobił" nie wiadomo z czego, a nawet gadanie o wdzięczności za trzeźwość też dziś mnie przyprawia o .... wypieki na twarzy, jeśli to jest tylko puste gadanie nie poparte czynami. A WSZYSTKO PO TO ŻEBY SIĘ ZNOWU NAPIĆ. Dotarło do mnie, że gadanie ( wiara) bez uczynków jest pusta. Wróciłem do czytania literatury i wychodzi mi, że nie stosuję wszystkiego co zaleca mi program AA w całości, a potem biadolę i skowyczę jak zraniony pies, użalając się nad sobą - kradnąc czas sobie i innym, marnotrawiąc swoje życie. Ryzykując powrót do picia i ostatecznie - śmierć. Słowa z V rozdziału WK " rzadko się zdarza by doznał niepowodzenia ktoś kto....."  wszyscy znają i ja też je słyszałem i czytałem wiele razy, ale co one oznaczają? Pomógł mi w tym sponsor! Nie przyszedłeś się tu bawić, a nauczyć, jak żyć! - powiedział. Dziś wiem, że moje uczestnictwo w AA to służba dla innych. Tak rozumiem dziś praktyczne wdrażanie w życie swojej wdzięczności  i ZADOŚĆUCZYNIENIE za czas który, ja ukradłem, gdy przyszedłem do AA - w oczekiwaniu, że ktoś zrobi coś za mnie. Przegrany, załamany, zbankrutowany, obolały i zdezorientowany, bez celu w życiu i bez sensu istnienia potrafiłem jedynie skamleć i żądać na zmianę. Poczułem bardzo mocno gorycz płynącą z odkrycia, ile jest warte moje dotychczasowe życie? To właśnie cierpienie sprawiło ze przestałem wiecznie "ładować akumulatory" i wynosić energię z mityngów AA i żyć krótkotrwale na reanimacyjnym zasilaniu. Przez czynne uczestnictwo w AA produkuję energię,  staję się potrzebny i zadowolony. Dziś - coraz częściej zdarza mi się tej energii dostarczać - mam nadzieje! I proszę GO jedynie o siłę do wypełnienia tego zadania. Staram się codziennie myśleć co ja jeszcze z siebie mogę dać innym, a nie co ja mogę dostać i wynieść.. Wstyd mi juz gadać jaki jestem biedny i nieszczęśliwy i jaki jestem nie gotowy do podjęcia się najprostszej czynności dla swojej grupy ( choćby umycia podłogi przed mityngiem grupy).  Ile można narzekać i "być nie gotowy"? Jak trudno to pokonać? WIEM. Tak zwaną "POGODĘ DUCHA" to najłatwiej bym ukradł, bo przy pracowaniu na nią, to bym się  jeszcze spocił. Tak myślałem i tak już nie robię. AA służy mi do nauki życia a nie do popisywania się.  Na szczęście PD nie da się kupić ani ukraść. Bo już by mnie nie było z Wami!  POGODY DUCHA -  (recepta do publicznego wglądu w literaturze AA od 70 lat)
Ps: przepraszam za ukradziony czas na peplanie - odciągnąłem was od działania.
lechu02


GRUPA

Na swój pierwszy mityng poszedłem z przymusu. Taki był warunek kontynuowania terapii. Pojechałem w drugi koniec miasta, aby nie spotkać nikogo znajomego. Pomimo wielkich oporów poczułem się jak wśród swoich. Wiedziałem, że tu będę mógł kontynuować trzeźwienie po zakończeniu terapii. Odniosłem wrażenie, że odnalazłem swoją drogę. Ponieważ było to daleko ode mnie, bardzo szybko okazało się, że muszę znaleźć inny mityng, aby zaoszczędzić trochę czasu. Tak trafiłem na grupę nazywaną popularnie „u bezdomnych”. Oczywiście nosiła inna nazwę, lecz tak wszyscy o niej mówili. Spotkania odbywały się w ośrodku dla bezdomnych. Mile wspominam tamte czasy, bo był to początek mojej drogi. Co tydzień dane mi było obcować z ludźmi, wśród których w każdej chwili mogłem się znaleźć. Cieszyłem się, gdy któryś z nich nauczył się czytać i widziałem jak potrafili odbudowywać swoje życie znajdując pracę i nowy dom. Tak bardzo potrzebowałem sukcesów i dostawałem je, jako świadectwa moich przyjaciół. To była moja pierwsza grupa, z którą się zżyłem i gdzie musiałem „zapracować”, aby powierzono mi pierwsze służby. Niestety po kilku latach budynek, w którym się spotykaliśmy został rozebrany, a mityng przeniesiono gdzie indziej. Musiałem zmienić miejsce. Ten kolejny okres był czasem poszukiwania. Chodziłem na różne spotkania i nigdzie nie byłem więcej niż kilka razy. Poszukiwałem podobnej więzi, jaka łączyła mnie z poprzednią grupą. Oczywiście były w tym okresie mityngi, które będę pamiętał do końca życia. Chodziłem też na spotkania tam gdzie chodził mój sponsor. Był to warunek naszej współpracy. Jeździłem po całym kraju, podejmowałem się służb na intergrupie i w regionie. Okazało się, że coraz częściej, aby móc „obgadać” różne sprawy spotykaliśmy się na grupie „niedzielnej”. Nie spostrzegłem, gdy minęły pierwsze dwa lata. Postanowiłem podjąć się służby mandatariusza i wtedy odnalazłem to, czego szukałem. Znowu poczułem się potrzebny. Zbyt długo stałem z boku nie dostrzegając faktu, że aby coś dostać muszę również dać coś z siebie. Mijają kolejne lata i służba mi się kończy. Znam tu wszystkich, a i oni znają moją historię. Podjąłem już decyzję, że za pół roku znowu wybiorę sobie nową grupę macierzystą, abym mógł służyć innym i przekazywać swoje doświadczenia. Nie mogę tkwić w jednym miejscu i będąc „weteranem” nie podejmować służb. Nie mogę ich również pełnić wielokrotnie lub bez końca. Chcę posłuchać odmiennych doświadczeń i móc opowiadać o swoich widząc, że ludzie słuchają. Być może gdzie indziej potrzebny jest „herbatkowy”. Jestem bardzo ciekawy, jaka będzie moja nowa grupa macierzysta. Ta będzie trzecią.
AA


SŁUŻĄC DRUGIEMU


Pamiętam jakby to było dziś gdy mój sponsor zaproponował mi żebyśmy się spotkali we dwóch ( co nie było niczym dziwnym ponieważ był moim sponsorem ) na zespole ds. literatury który miał się odbywać w najbliższy czwartek na ul. …….? Nie tyle miejsce wydawało mi się dziwne ile nazwa jakiegoś zespołu. Od razu poczułem niechęć, ale ponieważ zaproponował mi to sponsor podświadomie wiedziałem, że nie wypada odmówić. Spotkaliśmy się pod umówionym adresem przed wejściem. Na mój pytający wzrok odpowiedział żebym nadstawiał uszu i starał się nie wystraszyć. Miał rację. Wydawało mi się, że przebywam wśród nawiedzonych. Gadali coś o jakiś nieznanej mi literaturze, ulotkach, warsztatach i o jakimś niesieniu posłania. Cholera nic nie kapowałem. Jakieś intergrupy, regiony no i to BSK? Czarna magia. Po wszystkim byłem właściwie szczęśliwy ale nie z powodu tego co usłyszałem a dla tego że się już skończyło. Nie zawracałem sobie głowy zadawaniem pytań bo nie planowałem ponownego powrotu na te spotkanie. Nie wiedziałem nawet po co się tam znalazłem. Aż razu pewnego znowu otrzymałem propozycję takiego spotkania. Nawet nie pamiętałem że odbywają się one co miesiąc w tym samym miejscu i o tej samej porze. Ja znałem tylko mityngi i tylko to mnie obchodziło. Przecież chciałem trzeźwieć. Kolejne spotkanie i znowu nie wiedziałem o co chodzi lecz już się nie denerwowałem. Zauważyłem że na jednym z kolejnych zespołów zacząłem coś łapać, coś innego mnie zaciekawiło i to wszystko spowodowało że postanowiłem zrobić wywiad o co w tym wszystkim chodzi. Uzyskując pierwsze odpowiedzi na moje pytania rozdziawiłem tylko gębę bo dla mnie AA rozpoczynało się i kończyło tylko na grupie. Nie zastanawiałem się kto umawia te wszystkie spotkania, zloty, kto robi i wydaje ulotki czy literaturę, kto dba o to by ludzie poznali AA no i że mityngi są w więzieniach??? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mój świat był tak samo wąski jak ten gdy piłem. Przedtem kręcił się wokół butelki a teraz wokół mnie. Byłem dla siebie najważniejszy. A tu masz babo placek. To że mnie trochę to zaciekawiło to nie znaczy że sprawiało przyjemność. Miałem wtedy wiele genialnych pomysłów ale zawsze szukałem jelenia który je zrealizuje. Po jednej z moich takich błyskotliwych myśli otrzymałem propozycję abym ja zrealizował. Głupi było odmówić w końcu to według mnie miało wszystko uprościć i rozwiązać problem. Ileż ja się napociłem, ileż na zżymałem na swój niewyparzony język. Trzymałem się jednej myśli. Ja im pokażę. No i zrobiłem po swojemu. W całym swoim zapale nie pomyślałem o innych tylko o sobie. Wtedy lekko zawstydzony (naprawdę tylko lekko) zapytałem się czy mogę być przydatny w innych sprawach. Okazało się że roboty było mnóstwo. Do tej pory mam zajęcie. Zawsze można zrobić coś dla Wspólnoty. Biorąc udział w tych pracach zaczęło mi się rozjaśniać, kto i dlaczego coś robi, co się dzieje z pieniędzmi z kapelusza jak one są dzielone i jak pomagają nieść posłanie, po co są służby regionalne i krajowe, jak istotna jest grupa gdzie zdobywa się podstawy uczciwości i odpowiedzialności aby móc później bezimiennie służyć. Zauważyłem że na grupie o wiele łatwiej było mi uzyskać satysfakcję z tego co robię. Byłem widoczny i oczekiwałem na pochwały. Teraz wielokrotnie spotykam się z krytyka ( pewnie ze można wiele rzeczy lepiej ) ale ja pracuję jak najlepiej potrafię. Nauczyłem się jednego: nigdy nie powiem nie umiem dopóki nie spróbuję. Ze zrozumieniem podchodzę do osób stawiających pierwsze kroki. Przecież wiem co ja przeszedłem. Mam wielki szacunek dla osób które starają się dać z siebie chociaż minimum pracy, starają się być uczciwe wobec siebie i innych, stają się powoli obowiązkowe. Nie wyobrażam sobie mojego życia prywatnego, jakby ono wyglądało, dom, rodzina, praca zawodowa, gdyby nie „poligon” służb.
P.


UCZESTNICTWO KOBIET
W STRUKTURZE SŁUŻB AA

Mam na imię Celi i jestem alkoholiczką, przywożę wam uczucie i wdzięczność od całej Wspólnoty AA w Brazylii. Odnośnie naszego tematu, „Kobiety w strukturze służb”, szczególnie istotne są następujące słowa, które cytuję z Preambuły naszej Wspólnoty: „Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet...”. Są to słowa, które bez przerwy zapewniają nam, kobietom, skuteczne uczestniczenie w AA i możliwość osiągnięcia daru zdrowienia poprzez nasze doświadczenie, cierpienie i straty emocjonalne, duchowe i materialne. Pierwsze alkoholiczki zaczęły docierać do Anonimowych Alkoholików w 1941 r. w Stanach Zjednoczonych. Początkowo, uprzedzenie było widoczne głównie ze strony samych kobiet. Z upływem czasu, dzięki przykładowi sukcesu odniesionego przez te, które wcześniej przekroczyły drzwi AA, sytuacja zmieniła się na lepsze.
    Jako alkoholiczka uczestnicząca we Wspólnocie wiem, że droga jest długa i ciężka, ale odczuwam głęboką wdzięczność. Wsparcie i zachęta ze strony innych członków pomaga nam umocnić więzi, jakie nas wiążą. Mężczyźni i kobiety, kroczymy razem, mając jedyny cel: nieść posłanie bez zastrzeżeń czy wyróżniania innym, którzy poszukują zdrowienia, wszystkim, niezależnie od ich zawodu, tożsamości etnicznej, sytuacji społecznej lub ekonomicznej, rasy, wieku lub religii. Nie ma znaczenia, czy ta osoba jest mężczyzną czy kobietą. AA jest dla tych, którzy chcą poprzez Pierwszy Krok rozpoznać i zaakceptować swoją bezsilność wobec pierwszego kieliszka. Poczynając od tej zasady, będziemy kroczyć w kierunku poznania samego siebie, co pozwoli nam uratować miłość do samego siebie, naszą godność i w konsekwencji doprowadzi nas do aktu bezwarunkowej miłości, która jest najwspanialsza ze wszystkiego. Tylko ludzie zdrowiejący fizycznie, psychicznie i duchowo są w stanie czuć boską potęgę miłości. Udręczona, zrozpaczona kobieta, która latami walczyła samotnie, aby uratować swój dom, swoje poczucie godności, swoją nadzieję, poprzez daną przez Boga wdzięczność, zaczęła angażować się w służbę i budzić się  poprzez pracę w ramach Dwunastego Kroku. Przekazuje duchową strawę, jaką otrzymała tym, którzy dopiero przyszli. Kiedy ma już konieczną siłę, zaczyna rozumieć, że jakość jej trzeźwości jest wprost proporcjonalna do swego zaangażowania w służbę, którą nazywamy Trzecim Legatem — i które jest każdym działaniem ukierunkowanym na dotarcie do alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi. Niektóre kobiety mogą koncentrować się na uprzedzeniu ze strony mężczyzn, ich chęci do akceptowania nas jedynie jako współpracownic, bez powierzania nam funkcji, które wymagają większej odpowiedzialności, takich jak mandatariusz, delegat na konferencję regionalną, czy powiernik. W brazylijskim AA ten sposób myślenia po prostu zniknął, ponieważ mamy już kobiety, które pełniły służbę w intergrupie i jako powiernicy, które bardzo dobrze pełnią te wyjątkowo odpowiedzialne służby. Ponadto, mamy kobiety, które pełnią służbę jako delegaci na konferencje regionalne, mandatariusze, rzecznicy, przedstawiciele KIP, przedstawiciele pisma Viyencja Magazine, itd. Za każdym razem, kiedy kobieta podejmuje się wysiłku, aby zająć swoje miejsce we Wspólnocie, poprzez miłość i oddanie służbie, stworzone przez macho procedury czy niepotrzebne bariery, stawały się kruche i łatwe do pokonania pod wpływem efektywności i praktycznego przykładu. Nie powinniśmy się trzymać obaw i wymówek. Jesteśmy świadomi wewnętrznej inercji, która wpływa na ogromną większość tzw. Zdrowiejących alkoholików, czy to będą mężczyźni czy kobiety. Musimy podkreślać znaczenie kobiet angażujących się w strukturę służb nie tylko po to, aby być w zgodzie z zasadami wyrażonymi w Preambule AA. Powinniśmy także brać pod uwagę tendencję, uwarunkowaną społecznie i kulturowo, że kobiety w sposób naturalny są bardziej wrażliwe, jeżeli chodzi o sprawy duchowe, dlatego często mogłyby odgrywać ważną rolę w ujednolicaniu i dostosowywaniu różnych często pozostających w konflikcie, pomysłów i opinii wewnątrz Wspólnoty. Wdrażając te charakterystyczne kobiece talenty w stosowaniu w praktyce programu AA, kobieta może, bez cienia wątpliwości, być znakomitym służebnym w grupie czy jakimkolwiek innym ciele służb; ta wrażliwość będzie miała wielką wartość w postępowaniu w delikatnych sytuacjach w pełen dyplomacji i skuteczny sposób. Zasady jednakże dla rozwijania się jako osoby i skutkiem tego, obdarowywaniem większą odpowiedzialnością w naszej strukturze służb, są takie same, jak dla mężczyzn we Wspólnocie AA. Jest to wyrażone w jasny i obiektywny sposób w Dwunastu Koncepcjach dla Służby Światowej, co widać w następujących słowach w treści Koncepcji IX: „Przywódcą w służbie AA jest zatem człowiek, który sam jest w stanie przełożyć zasady, plany i politykę na takie zaangażowanie i skuteczne działanie, że reszta z nas chce go popierać i pomagać mu w pracy”.
Kobieta otwiera się na Trzeci Legat zdając sobie sprawę, że jest to część jej zdrowienia. Jak wszyscy wiemy, istnieje wielka potrzeba służby i wiemy, że jej pełnienie zależy od dostępności i zdolności naszych zaufanych służebnych. To, czy służebny jest mężczyzną, czy kobietą dla naszego celu jest nieistotne.
    Chcę skorzystać ze sposobności, aby podziękować Bogu i tym wszystkim kobietom, które przede mną pełniły służbę i także podziękować wszystkim mężczyznom, którzy z pewnością przetarli szlak, abym mogła mieć możliwość życia duchem służby bliźniemu za pośrednictwem struktury służb naszej Wspólnoty.
Celi Maria de S. — Brazylia.
/przedr. Raport końcowy- AA
21 Swiatowy Mityng Służb, Mexico City,
17 — 21 Października 2010/.


... a może warto się
zastanowić ?

Głosimy miłość, będąc pełnymi nienawiści, spokój - kiedy w rzeczywistości niepokój niemal nas przytłacza, i wiarę w rzeczy, w które naprawdę nie wierzymy. Nawet z tymi ludźmi, na których nam najbardziej zależy, w niewielkim jedynie stopniu dzielimy się prawdziwymi uczuciami, przekonaniami czy potrzebami. Być może dlatego, że tak bardzo chcemy być kochani, obawiamy się prawdy, która może się ujawnić przy pełnym otwarciu, a zatem przedstawiamy się jako ten rodzaj człowieka, który - o czym jesteśmy przekonani - ludzie zaakceptują i pokochają. Staramy się natomiast ukrywać rzeczy, które - naszym zdaniem - zepsułyby ten obraz. Inną przyczyną, dla której staramy się ukryć siebie, jest lęk przed zmianą. Dla większości ludzi zmiana jest przerażająca. Chcemy sądzić, że jesteśmy "stali". Ukształtowaliśmy własny wizerunek i wydaje się, że wierzymy, że jesteśmy już wszystkim (zrealizowaliśmy już wszystko) czym kiedykolwiek mogliśmy się stać, podczas gdy w rzeczywistości wraz z wiekiem i doświadczeniem zmieniają się nasze potrzeby, cele, przedmiot pożądania, wartości, zachowanie i odczucia. Jeszcze jednym powodem, który sprawia, że nie udaje się nam wyeksponować prawdziwego "ja" jest to, że naprawdę go nie mamy, że nigdy nas nie nauczono jak to z robić, a w praktyce znacznie więcej dowiedzieliśmy się o tym, jak ukryć naszą prawdziwą osobowość. W rezultacie nadal akceptujemy nasze role i odgrywamy je. Nasze społeczeństwo zachęca nas, a nawet wywiera presję, by tłumić wszystkie emocje i cechy, które uważa za "nie do zaakceptowania". Oczywiście czasami nie da się wystąpić z otwartą przyłbicą, natomiast odgrywanie ról jest właściwe w systemie społecznym, którego częścią być musimy, a które wymaga od nas pewnej dyscypliny. Kluczem jest to co "stosowne"- zachowanie prywatne gdy tego chcemy, ale także zdolność, by być uczciwym i otwartym, bez lęku. Jesteśmy ludźmi, żyjemy, cały czas dorastamy, jesteśmy pełni uczuć - uczuć, które można sklasyfikować jako wygodne czy niewygodne, przyjemne czy nieprzyjemne ale nie: dobre i złe. Uczucia są być może naszą najbardziej osobistą własnością i jeśli nie poradzimy sobie z nimi we właściwy sposób, mogą być niszczące. Musimy umieć rozpoznawać swe uczucia, akceptować je jako integralną, nieodłączną część nas samych i radzić sobie z nimi po kolei, w miarę jak przychodzą - nie tłumiąc ich, kiedy to możliwe, a potem przechodzić do następnych uczuć, które z pewnością nadejdą.
AA 


ŁZY SZCZĘŚCIA  - zza krat

Drodzy Przyjaciele Na imię mam Sylwia i jestem alkoholiczką. Chciałabym podzielić się z wami swoim spostrzeżenie na temat: „Co daje mi wspólnota A.A.” Obecnie przebywam w A.Ś -na Kamczatce, jest łatwo się domyśleć, odsiaduję swój wyrok. To Łasinie tutaj otworzyłam oczy, na prawdziwości wspólnoty i jej znaczenie. Kilka lat temu po wielu detoksach, pewna Pani doktor, zapytała mnie, czy biorę pod uwagę to, iż mam bardzo poważny problem i czy chciałabym coś że sobą robić. Odpowiedziałam jej, że po mimo tego co się ze mną dzieje chyba dam radę sama, ale podświadomie doskonale wiedziałam, że tylko wyjdę że szpitala muszę szybko ochłonąć a najlepszym sposobem na moje skołatane nerwy jest” mój złoty środek”. Minęło kilka dni, znowu scenariusz się powtórzył, ale tym razem nie poszło mi tak łatwo, o mały włos już dzisiaj, nie poznalibyście moich przeżyć. Tak, właśnie wtedy chciałam odebrać swoje nędznej pozbawione sensu życie-miałam ku temu powód. Zostałam całkiem sama, stwierdziłam Dom, rodzinę-cały mój świat. Byłam tak przepełniona goryczą i bólem, że stwierdziłam iż jestem nic nie wartą osobą, a za człowieka to nawet siebie nie uznawałam. Przez pięć dni leżałam na oddziale neuropsychicznym, na swoje nie szczęście (-wtedy tak myślałam) trafiłam na tą swoją Panią doktor. Wtedy sama jej oznajmiłam, że moje życie naprawdę nie ma już znaczenia. Dlaczego nikt mnie nie rozumiał? Ja w ogóle nie pasuję tutaj. Jak to się stało, że zdecydowałam się sama bez żadnych namów na terapię? -dzisiaj wiem, że to siła większa ode mnie samej, po prostu w jednej chwili bez żadnego zastanowienia, podpisałam dokumenty i zmieniłam oddział-na terapeutyczny. Moja terapia trwała nie całe trzy tygodnie-a to dlatego, że zaczęło mnie przerażać wspominanie przeszłość, rozrywane rany, której jeszcze krwawiły-to było nie do zniesienia. Raz w tygodniu chodziłam na mitingi. Słuchałam tych wszystkich ludzi i ich zwierzeń, byłam przejęta a zarazem dziwiłam się, skąd u nich tyle zaufanie i zrozumienia?. Po wyjściu z tych spotkani, miałam mętlik w głowie. Dziś wiem, że nie umiałam się wtedy przyznać do tego kim jestem, wolałam inaczej sobie tłumaczyć. Ci ludzie żyją w swoim świecie, bo co im to daje, że ciągle mówią i mówią. Ja czułam się tam jak piąte koło . Przyszedł dzień, kiedy stwierdziłam, że dam sobie radę bez nich, bo ja nie piję trzy tygodnie i żyję, to mam kontrolę-i zrezygnowałam. Jeszcze tego samego dnia, kiedy wróciłam do swojego wynajmowanego mieszkania, popłynęłam z wielkim hukiem!. Od tamtej pory znalazłam się praktycznie na końcu swojego życia. Leki i alkoholi tak na zmianę, zamykałam się w domu razem ze swoją rozpaczą, każdego dnia coraz dalej i dalej od świata i ludzi. Lusterko grające 24 godziny h radio a do tego uderzająca dawka wyrzucanie z siebie wszystkich nieszczęść, których powodem byłam ja. Wspomnienia tylko podsycały wstręt do samej siebie Błagałam o śmierć, o koniec, o tą upragnioną i utęsknioną ulgę-aby zasnąć i obudzić się z koszmarnego snu. Nic!, wciąż ten ból, który rozpierał serce, duszę ’umysł a z czasem – ciało. Śmiech przez łzy przeplatane lękiem. Sama w wielkim świecie, jak to się mogło stać?. Dlaczego właśnie mnie musiało to wszystko spotkać, przecież nigdy nikogo nie skrzywdziłam, a tym bardziej nie zabiłam. Zawsze traktowałam ludzi tak, jak sama chciałam być traktowana przez innych. Gdzie popełniłam błąd?. Lecz patrząc w lustro, stwierdziłam, że to nie może się tak skończyć. Mój dobry Bóg, nigdy na to nie pozwoli, bo mimo tego, jak się zachowywałam i kim się stałam, On zawsze był ze mną. Ojciec, który znał i wiedział, jaka naprawdę jestem. Jego obecności jest dla mnie szczególnym odczuciem. Jest On, jak wiatr, nie widzę Go, ale czuję. Tylko szkoda, że wolałam uciec od wszystkiego, ale najbardziej zależało mi na tym, by uciec przed sobą. Nie udało się ponieważ nie dość, że wciąż wytykałam swoje upadłość, to jeszcze próbowałam usprawiedliwić stan sytuacji. Naprawdę byłam sama na świecie, ale dlaczego? Bo sama tego chciałam. Był momenty gdzie myślałam o sobie bardzo rezygnacyjnie, że dostałam szansę-byłam na terapii i znowu wyłamałam się z tego .Naprawdę opuściły mnie wszelkie siły witalne i umysłowe. Widziałam tak wyrazicie swój koniec. To było okropne. Wciąż uciekałam, ale zgubiłam sens tej drogi, bo już sama nie wiedziałam dokąd zmierzam, przecież na końcu mojej trasy nie ma nic. W kwietniu trafiłam do więzienia z odwieszonym wyrokiem, psycholog zapytała mnie czy będę chodziła na spotkania Anonimowych Alkoholików. Skąd mogłam wiedzieć czy chcę?, odpowiedziałam, że tak bo na pewno nie zaszkodzi, bez większego przekonania poszłam. Naprawdę uwierzcie mi, co spotkanie byłam bardziej przekonana do tych ludzi, oni mnie przyjęli z wielką życzliwością i zaakceptowali mnie taką, jaką jestem. Łzy szczęścia i co za tym idzie ulga, że są ludzie, którzy mnie rozumieją i słuchają. Zawsze wiedziałam, że Bóg, jakkolwiek go pojmuje, był przy mnie-nawet wtedy gdy byłam okrutna i nie godna(wtedy tak myślałam),ale teraz Go poznaję na nowo i jeszcze bardziej zaczynam słuchać tego, czego On ode mnie oczekuje. Jestem zamknięta, tutaj nie wybiera się towarzystwa i skazane mają różne charaktery-po prostu jest bardzo trudno. Na szczęście mam moich przyjaciół w A.A. i jeśli mam problem, mówię im o tym. Dodają mi otuchy i wiary w siebie. Wiem, że jestem alkoholiczką, co nie znaczy, że jestem gorsza od innych. Ludzie i bez wódki, potrafią być bardziej nie trzeźwi ode mnie, kiedy piałam. Już przestałam myśleć, że Bóg dał sobie spokój- bo jestem nie godna, niedoskonała i najgorsza na świecie-i to wszystko dzięki wspólnocie. Ja taki niedowiarek uwierzyłam w siłę AA. Bóg nie stracił kontroli, ani nie załamywał rąk. Nie zniechęcał się ani nie walczył o to, by inaczej poukładać zdarzenia. On jest suwerenny i tak, jak mnie trzymał w swoich rękach, doprowadzając do przemiany życia, tak i teraz ciebie trzyma w swoim uścisku. Tak jak na mnie Pan czekał, bym przyjęła Jego miłość, tak samo czeka teraz właśnie-na ciebie gdziekolwiek teraz jesteś i jak ogromne są twe cierpienia. Wiele osób wzbrania się z przyjęciem tej miłości, ponieważ tak, jak ja czuję się nie godna. Ale ja znalazłam ojca, który nie potrzebuje ludzi doskonałych. Ja taka nie byłam. Dzieci które adoptuje Bóg, często odstają od innych, tak jak ja. Ale właśnie my niedostosowani, jesteśmy dziećmi, które najbardziej potrzebują miłości i tego by móc ją wyrazić. Jeśli pozwolisz, by zabrał twoje dawne grzechy i błędy, rozpocznie się dla ciebie nowa przyszłość. On zna twoje imię i wypowiada je szeptem, czekając aż Mu odpowiesz. Grupa AA uświadomiła mi, że upadki mogą się przeważyć, nie znaczy to, że nie można się podnieście i iść dalej. Jeśli będziesz się trzymać środka drogi-(to do ciebie który to czytasz kieruję te słowa), nie będziesz popełniać większych błędów. Prawdziwe zadowolenie, szczęścia i radość, nie ociąga się rujnując życie sobie i innym. Jeśli będziesz innych nakłaniać do tej drogi ,staniesz się na tyle wolnym człowiekiem, by zapewnić sobie szansę odkrycie prawdziwego szczęścia. Droga do szczęścia jest autostradą, dla tych, którzy znają jej obrzeża. Ty jesteś kierowcą, szczęśliwej podróży! Rozwijajcie się i prosperujcie.
Do zobaczenia w trzeźwości.
Sylwia Alkoholiczka Z.K. Kamczatka