MITYNG 07/181/2012

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Jestem wdzięczną alkoholiczką.

Jestem alkoholiczką  i chciałam podziękować całej wspólnocie, za to że żyję oraz za to jak żyję. Nawet nie myślałam, że można być tak szczęśliwym człowiekiem. Przychodząc do wspólnoty, moje życie nie miało celu ani sensu, nie wiedziałam kim jestem i co mam robić w przyszłości. Wiele czasu zajęło mi  zrozumienie co mam robić, żeby żyć jak inni we Wspólnocie. Oczywiście wszystko chciałam po swojemu ( nic przecież nie muszę), ale zrozumiałam, że  tak się nie da. Trzy legaty które są wpisane w okrąg  Zdrowienie , Jedność i Służba. Zrozumiałam, że bez tego nie będę wolnym i szczęśliwym człowiekiem. Odkąd zaczęłam coś ze sobą robić, a mianowicie pracować ze sponsorką , czytać literaturę i pełnić służbę, to moje życie zaczęło się zmieniać. Powoli, ale jednak, bo ja chcę się zmieniać, chcę być dobrym człowiekiem dla innych, angażować się jak tylko mi czas pozwoli w życie Wspólnoty . Wdzięczna jestem wszystkim tym, którzy pomagali mi przez cały czas i byli przy mnie zarówno jak mi było źle  jak i dobrze. Wielokrotnie nie radziłam sobie ze sobą w różnych stanach, wtedy przychodziłam na mitingi, nie zostałam odsunięta a wręcz przeciwnie. Ludzie spędzali ze mną czas tak jak i ja teraz to robię od dłuższego czasu dla innych. Chodzę na mitingi do Z.K  i właśnie tam idę z wdzięczności, że żyję i nie siedzę we więzieniu, a przecież żyłam jak dziewczyny w Zakładzie. Idę podzielić się swoim doświadczeniem, tym, że można żyć inaczej, jak się tylko tego chce. Ja pragnę żyć inaczej i głośno o tym mówię, o tym że jest super ale czasem jest też trudno. Jednak nie piję, mówię innym jak sobie radzę w takich sytuacjach. Wielokrotnie odwiedzam więzienie i to, że mam tam jechać w sobotę oraz inne służby, uratowały mi życie. Kiedyś tego nie wiedziałam jednak dzisiaj to czuję - dzięki temu nie sięgnęłam po pierwszy kieliszek. Jeszcze raz pragnę wszystkim podziękować za to, że jesteście. Wspólnota to jest to czego szukałam całe życie, tu mogę być sobą i uczyć się życia na trzeźwo poprzez pracę nad 12 krokami i 12 tradycjami. Piękny i rzeczywiście prosty program dla tak skomplikowanych osób jak ja, jest trudny do przyjęcia, ale myślę, że znalazłam się na zakręcie i nie wiedziałam co ze mną będzie jeśli nie zacznę pracować nad sobą. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie życia beż wspólnoty AA ,wiem, że sama nie dam sobie rady, pokazują mi to inni członkowie,  którzy wracają bądź  nie ….a ja tak nie chcę. Dzisiaj  piszę to co czuję,  że tak jest ze mną oraz, że pokochałam  życie takie jakie jest. Uczę się godzić z tym czego nie mogę zmienić i czuję się  coraz lepiej, częściej się uśmiecham niż płaczę, chyba, że ze wzruszenia, że jestem wśród Was. I tak na dzień dzisiejszy rozumiem wdzięczność poprzez działanie, a nie gadanie bo  ponad 26 lat tylko gadałam i jestem za to Wdzięczna.
Wdzięczna Alkoholiczka



Herbatkowy Moja pierwsza służba.

Pamiętam, chodząc na moja drugą terapię, przez trzy miesiące musiałem chodzić raz w tygodniu na miting AA. Chodziłem, znałem mitingi po pierwszej terapii, ale wtedy przestałem na nie chodzić. Zacząłem pić i staczałem się na dno. Teraz miało być inaczej i tak jest. Terapia się skończyła, a ja chodziłem na mitingi dalej. Częściej niechętnie niż chętnie. Mówiono mi „Nic nie rozumiesz, ale mimo wszystko przychodź”. Więc chodziłem, lecz często nic nie rozumiałem. Słyszałem o sponsorach, jakiś służbach. Zadawałem sobie pytanie: „O co tu chodzi?” Nie podobało mi się  słowo SŁUŻBA - ja mam komuś służyć? I co jeszcze!
Pewnego miesiąca kolega zaproponował mi służbę herbatkowego. Wahałem się, dam radę czy nie, nawalę jak zwykle czy nie, czy mi się w ogóle chce? Tak naprawdę, po  prostu, bałem się. Czego? Ludzi, uczuć, życia. Ogarniał mnie lęk na samą myśl o tym, że będę do kogoś musiał się odezwać, zapoznać kogoś na TRZEŹWO. Mimo tego, coś mi mówiło: ZRÓB TO!!. Podjąłem służbę herbatkowego. Pierwsze tygodnie były straszne, byłem przejęty, w środku cały latałem, ale parzyłem herbatę i kawę. Teraz wiem, że parzę ją najlepiej jak umiem, tak od serca, dla przyjaciół. Zawsze przychodzę sobie wcześniej, wszystko przygotuję. Przełamuje lęki, swoje niskie poczucie wartości. Mam nowych znajomych, których czasem proszę o radę lub po prostu porozmawiam. Często też usłyszę miłe słowa, że kawa zrobiona przeze mnie jest pyszna i dziękują mi za jej zrobienie.
Służba pomaga mi przełamywać moje chore bariery, uprzedzenia, lęki, niechęć do ludzi. Dzięki niej nie piję do dzisiaj. Cały czas się zmieniam, chcę na lepsze. Teraz wiem, że warto to robić. Robiąc cokolwiek dla innych samoczynnie robię wiele dobrego dla siebie!!!
Michał alkoholik.



W  moim  mniemaniu wszyscy  byli  winni.


Na imię mam Darek.  Jestem alkoholikiem.
Kilka lat temu byłem na koncercie "Wdzięczni za trzeźwość". Konferansjer prowadzący koncert zapytał:
- Czy na sali są alkoholicy?
Podniosłem rękę. Następnie zapytał:
- Czy są wdzięczni alkoholicy?
Znów podniosłem rękę. I wówczas, po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście jestem wdzięczny, że mam powody, aby być wdzięcznym.
Przed wielu laty, kiedy byłem czynnym alkoholikiem, czułem żal i miałem pretensje do całego świata: do rodziców, że zostałem wychowany w taki, a nie inny sposób, że przekazali mi geny alkoholowe; do swojej byłej żony za to, że się ze mną rozwiodła i "podzieliła"  majątkiem z dziadkami, którzy lubili wypić; do kolegów, że wprowadzili mnie w świat gdzie królował alkohol; nawet do Boga, że pozwolił  na to, żebym przepijał wszystko i marnował swoje życie. Obwiniałem wszystkich, tylko nie siebie.
W moim mniemaniu wszyscy byli winni, że stałem się alkoholikiem, że przez 21 lat moje życie koncentrowało się wokół alkoholu, który był moim Bogiem, żoną, kochanką, kucharką, powiernikiem i przyjacielem. Alkohol spowodował, że przestałem interesować się własną rodziną. Doprowadziłem się do stanu, w którym nic się nie liczyło, nic nie było ważne, zapomniałem nawet o dwójce moich małych dzieci. 
Wydawało mi się, że to łatwość kupna i dostępność alkoholu jest winna temu, że piję - bo przecież, gdyby nie było alkoholu, to nie piłbym. Uważałem, że należy pozamykać gorzelnie, wytwórnie wódek i browary. Wtedy nie będę pił. Nie docierało do mnie, że problem tkwi we mnie, w mojej głowie, że nie potrafię żyć bez wspomagania się alkoholem i nie mogę załatwić najprostszej sprawy nie wypiwszy najpierw.
Piłem, kiedy było mi dobrze i piłem kiedy było mi źle. Każdy powód był dobry, żeby pić.
Żeby zdobyć środki na alkohol robiłem różne dziwne rzeczy i trafiłem do więzienia. W trakcie pobytu w więzieniu  trafiłem na swój pierwszy odwyk. Było to w Zakładzie Karnym Mokotów, na Oddziale Atlantis. Będąc na Atlantisie poszedłem na pierwszy mityng AA.
Na mityngu usłyszałem podstawowe rzeczy: że alkoholizm jest chorobą postępującą i śmiertelną.  Dowiedziałem się również, że można z nią żyć, że zależy to tylko ode mnie. Ja miałem zdecydować co zrobię z wiedzą nabytą na mityngach. Mimo, że po pierwszym zetknięciu z ruchem AA wróciłem do picia, to jednak pozostało w mojej podświadomości przekonanie, że zawsze mogę uzyskać pomoc  na mityngach AA
Po pierwszym odwyku, po wyjściu z zakładu karnego piłem przez 15 miesięcy, potem wylądowałem na drugim, potem na trzecim i czwartym odwyku w Pruszkowie. Podczas każdego odwyku wciąż szukałem winnych, których chciałem obarczyć za swój alkoholizm. Dopiero na czwartym odwyku dotarło do mnie, że wina jest we mnie. Zmienił się mój sposób myślenia. Zrozumiałem, że nie piłem przez kogoś, że to nie świat jest winien, że ja piję.  Piłem, bo chciałem pić. Uświadomiłem sobie wtedy, że sam nic nie zrobię, że muszę wyjść do ludzi.
Uchwyciłem się myśli, że są mityngi AA, gdzie spotykają się ludzie, tacy jak ja, dzielą się swoimi doświadczeniami, zmartwieniami, radościami i pracują na programie anonimowych alkoholików.
Zacząłem regularnie uczestniczyć w mityngach, zacząłem podejmować służby. Od prowadzącego, skarbnika, mandatariusza do rzecznika. Służby dużo mi dały, nauczyły mnie obowiązkowości, punktualności, prawdomówności.
Kiedy przyznałem się do swojej bezsilności wobec alkoholu, przestałem dociekać i rozdrapywać problem, dlaczego jestem alkoholikiem. Pogodziłem się z tym i dziś nikogo nie obwiniam. Dotarło do mnie, że to ja piłem, a nie rodzice, żona, dziadkowie i że to ja mam zmieniać siebie, a nie zmieniać wszystkich wokół. Zrozumienie tego zajęło mi kilka lat. Dzisiaj  nie obwiniam nikogo za swoje 3 pobyty w zakładzie karnym, za 4 odwyki, kilka detoksów, nieudane małżeństwo, brak kontaktu z dziećmi, zrujnowane zdrowie, za wiele niepowodzeń życiowych i przeciwności losu, które były moim  udziałem.
Do zrozumienia i uświadomienia sobie tego wszystkiego doszedłem dzięki pomocy wielu ludzi związanych z ruchem AA. Gdyby nie wytrwałe i konsekwentne przekazywanie przez nich wiedzy na temat uzależnień, wpajanie wartości związanych z niepiciem, nie wiem, jak wyglądałoby moje życie.
 Jestem  wdzięczny za to, że w ogóle  żyję, bo wiele zdarzeń w moim życiu mogło zakończyć się nieszczęściem, Jestem wdzięczny za to, że uświadomili mi prawdę o bezsilności wobec alkoholu, że nie  obwiniam dziś całego świata za swoje nieudane życie, za to, że udało mi się w porę skończyć z nałogiem. Za to wszystko jestem wdzięczny członkom wspólnoty AA i jestem wdzięczny, że było mi dane spotkać takich ludzi.
Dlatego usiłuję, jak potrafię oddać to, co dostałem za darmo, poprzez  czynny udział w mityngach, poprzez pełnienie służb, poprzez niesienie posłania do zakładów karnych, aresztów śledczych, na odwyki i detoksy.
Nie szukam wykrętów, ani nie uchylam się od wyjazdów w różne rejony Polski, nie protestuję przeciwko  wyjazdom w  weekendy - przeciwnie często sam jestem inicjatorem wyjazdów w celu uczestniczenia w mityngach, warsztatach czy rocznicach poza Warszawą. Chętnie pomagam przy organizacji spotkań czy warsztatów na wyjazdach. Odkładam na bok  sprawy prywatne i na pierwszym miejscu stawiam sprawy wspólnoty.
Tak rozumiem wdzięczność, bo tylko tak mogę oddać to, co sam otrzymałem.
Dlatego przedstawiam się:
„Jestem Wdzięcznym Alkoholikiem, na imię mam  Darek”.



WIARA


Mam napisać o wierze, wierze która jest mi pomocna w moim trzeźwieniu, ale sama wiara bez odwagi do pokonywania przeszkód, które mi towarzyszą w moim trzeźwieniu byłaby tylko pustką i nic by mi nie dała.
 O swoim piciu i jak ono się zaczęło nie będę pisał za dużo, bo było ono jak w stereotypowej chorobie alkoholowej: dom dysfunkcyjny, ojciec alkoholik, matka współuzależniona, a dalej to moje picie. Jako dziecko miałem wiarę i patrząc z perspektywy czasu potężnie modliłem się do Boga o spokój w domu, żeby tatuś nie pił, żeby nie było awantur. W kościele przy spowiedzi wyznawałem grzechy: moja wina, moja wielka wina i bardzo mnie bolało moje dziecięce serce, że znów byłem niegrzeczny i niedobry dla Boga. A w domu było coraz gorzej, strach i awantury. Chowałem się pod stół ze strachu, aż nadszedł czas, że przestałem się modlić i wierzyć w Boga. Pamiętam kościół i Pana Jezusa cierpiącego na krzyżu, tak mi się utrwalił ten obraz, że czułem, że byłem podobny do niego. Do utraty mojej wiary duży wpływ miał kościół, lekcje religii, gdzie straszono mnie piekłem, że diabeł we mnie wstępuje, że pójdę do piekła itp. Przestałem wierzyć gdzieś około 5 klasy szkoły podstawowej, a picie zacząłem w 6 klasie, już z dorosłymi. I tak powoli zacząłem pić odchodząc coraz dalej od wiary. Później szkoła zasadnicza, praca coraz więcej strat, kłopotów, wypadków, picie wynalazków aż do osiągnięcia dna w 34 roku życia. Potem leczenie, terapia, mityngi AA. Piłem bez Boga i bez wiary, byłem sam dla siebie, z nienawiścią patrzyłem na kościół, księży, a na pasterkę chodziłem, aby się napić.
Wiarę dostałem już na terapii. Pierwszą osobą, która się do tego przyczyniła, była Ola- jedna z terapeutek, która powiedziała mi, że będzie lepiej i tego się uczepiłem, jak rzep psiego ogona. Powoli, krok po kroku odradzałem się w wierze. AA też mi bardzo pomogło w ugruntowaniu wiary:
24- godziny, HALT, słuchanie wypowiedzi innych, rozmowy ze sponsorem, moją kierowniczką z pracy, z ludźmi z kościoła, do którego chodzę, Biblia, program, kroki. Kiedyś jak siedziałem na kuble w pracy, zacząłem się zastanawiać czy Bóg istnieje? Przypomniałem sobie swoje życie, wypadki. Gdy policzyłem to nie powinienem żyć co najmniej 15razy, tyleż samo razy powinienem był zostać kaleką. To był przełomowy moment powolnego powrotu do BOGA, wiary w niego, w wartości, które zatraciłem, w swoją godność. Powoli krok po kroku, dzień po dniu, przy pomocy ludzi, terapeutów zmieniłem swoje poglądy. Z wieloma problemami związanymi z wiarą poszedłem do źródeł. Swoją chorobę leczyłem na terapii i dbałem o utrzymanie abstynencji, a później trzeźwienia. Dalej tak robi, bo moja choroba lubi, abym o niej zapomniał, a ja wolę o niej pamiętać. Swoją wiarę i powrót do niej rozpocząłem od kościoła katolickiego, lecz miałem sporo wątpliwości. Zacząłem trzeźwieć również w aspekcie wiary i poznawania Boga, trafiłem do kościoła protestanckiego, zacząłem słuchać pastorów, rozważań biblijnych.
Wiele spraw zrozumiałem dzięki AA i programowi. Pamiętam słowa dr Woronowicza „alkoholicy ostrożnie z Bogiem” i według tej wskazówki trzeźwiałem, najpierw głową, a z czasem przy pomocy Boga i jego poznania. Oczywiście jak i w leczeniu mojej choroby, tak i w powrocie do mojej wiary i Boga miałem swoje zadęcia, czułem się wybrańcem i niekiedy nawet nim byłem. Na koniec, aby nie być takim poprawnie zdrowym, powiem, że mam zwątpienia, jestem niekiedy wątpiący, ale trzymam się wiary jak potrafię najlepiej i całkiem dobrze mi to wychodzi. Dowodem na to jest chociażby to, że napisałem ten artykuł, chociaż wcale mi się nie chciało.
Wojtek Alkoholik



Terror szybkiej  ulgi


Już w pierwszych dniach maja, po kolejnym mityngowym pytaniu o poczucie ulgi po wyznaniu Piątego Kroku, zaczęłam się nerwowo wiercić wewnątrz siebie. Wiercić w poczuciu zaniepo- kojenia, że coś przegapiłam albo niewłaściwie zrozumiałam lub źle wykonałam. (Już wcześniej, przy pracy nad tym krokiem zastanawiały i nieco martwiły mnie zasłyszane gdzieś aowskie mądrości i sugestie, jakoby krok ten musiał łączyć się z wyciągnięciem na światło dzienne najohydniejszych postępków, najgłębiej skrywanych, najwstydliwszych tajemnic – skąd miałam je wziąć? A może coś ukrywam tak głęboko, że nawet przed samą sobą?). Krok Piąty miałam „świeżo zaliczony”, a mimo to nie mogłam się odnaleźć w tym pytaniu: czy odczułaś ulgę? od czego zostałaś wyzwolona/uwolniona?
Zaczęłam myśleć. Zaczęłam pytać! I po pierwsze zrozumiałam, że zaufanie to mogę mieć do odczuć i opowieści ludzi, którzy zadanie wykonali (ja, mój sponsor, znajomi alkoholicy na Programie), a nie do tych, którzy o nim fantazjują i teoretyzują, po drugie, że owo legendarne poczucie ulgi to coś znacznie szerszego i ogólniejszego (zwłaszcza w specyficznym języku aowców, czyli anonimowych alkoholików), co wskazuje nasz podstawowy problem/troskę/centrum zainteresowań/punkt szczytowy w hierarchii życiowych celów. Bo oprócz tego, że jako alkoholiczka byłam uzależniona od alkoholu, przede wszystkim byłam uzależniona od uczucia ulgi! Usłyszałam niedawno, że alkoholik to taki ktoś, kto ulgę potrafi wycisnąć nawet z kamienia. Na pewno więc nie jest dla niego żadnym problemem takie przemodelowanie rzeczywistości, by po wielkim napięciu nadszedł moment odprężenia, a wraz z nim w pełni zasłużona nagroda (nie tylko alkoholik tak działa: nagrodą jest nie tylko szklanka wódki; równie dobrze nagradzają kolejnych pięć batoników i tyleż hamburgerów, jakaś rozsądna dawka miłych pigułeczek, kolejka Black Jacka, trzy numerki z samym sobą, pięć nowiutkich par butów…). Czyli: żeby zasłużyć na nagrodę muszę zorganizować sobie to napięcie, spiętrzenie trudności, stres, paniczny lęk. Proste? Dla mnie bomba! Naprawdę, nie ma w promieniu 100, ba, 300! km bardziej dzielnej, zorganizowanej i, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu, genialnej autorki, niż ja po oddaniu 8 tekstów, na napisanie których miałam… tydzień (oczywiście, wcześniej wszystko tak ustawiłam, choć niekoniecznie z ordynarną premedytacją, żeby czasu było mało, a najlepiej jeszcze wcisnąć w ten tydzień ze trzy wizyty w urzędach i dwa ważne spotkania). Po wysłaniu ostatniego zlecenia jestem lekka jak piórko, jestem mistrzem, jestem królową! Nie muszę nawet pić!
Ale wracając do Piątego Kroku i rzekomej ulgi po– w moim przypadku nie było to nic spektakularnego. Może dlatego, że większość „tajemnic” i tych strasznych rzeczy, które popełniłam w moim życiu (choć przecież to nie je wyjawiam w Piątym Kroku), opowiedziałam już wcześniej co najmniej jednej osobie. Nie miałam większego problemu, by się nimi dzielić ze sponsorem. Nie bolała mnie też istota moich błędów – zarazem istota Piątego Kroku. Nie było specjalnej ulgi. Była satysfakcja z pokonania kolejnego etapu. Zmalał lęk przed odrzuceniem, ale to był dopiero początek. Nieco później – jako super bonus – przyszła odwaga przyznania się do siebie. I tak, bycie sobą, bez konieczności udawania, to prawdziwa ulga! Tyle że to chyba już inny temat.
Mika D.



Służba rzecznika Intergrupy.


Obejmując służbę rzecznika Intergrupy wydawało mi się, że mam w sobie dość pokory, by pełnić tę służbę .Przez ponad rok pełniłem obowiązki  zastępcy rzecznika i mogłem poznać jakie są obowiązki. Byłem zorientowany w sprawach Intergrupy, w jej problemach jak i w dobrych jej stronach. Chociaż trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że teraz będę kimś w rodzaju kierownika i będę mógł trochę porządzić oczywiście dla dobra AA.
Towarzyszyły mi obawy czy zdołam zapanować nad uczestnikami, to około 50 osób na spotkaniach -  emocje czasami bywały gorące, a ja wciąż jestem nieśmiały. Lecz w AA uczę się pokonywać swoje ograniczenia. Miałem świadomość, że ta służba nie sprowadza się tylko do poprowadzenia jednego spotkania w miesiącu,  to ciągła praca między Konferencjami i spotkaniami  Regionu. Cel Intergrupy jest taki sam jak każdej grupy: najlepiej wypełniać V Tradycję . Ale jak zachęcić innych do wspólnego działania? Nie bardzo wiedziałem. Podczas spotkań przekazywano informacje z Regionu oraz Służb Krajowych, dzieliliśmy się informacjami w jaki sposób grupy niosą posłanie AA. Zazwyczaj sprowadzało się to do tego, że mandatariusze informowali, że na grupie są służby, spotykają się regularnie  i niektóre roznoszą ulotki do aptek, a niektóre grupy dyżurują w PIK przy telefonie. Zastanawiałem się jak pobudzić większą liczbę  mandatariuszy do działania na forum Intergrupy. Pewnego razu zaproponowałem zorganizowanie warsztatów, oczywiście wszyscy wyrazili aprobatę pomysłu. Ucieszyłem się bardzo, oczami wyobraźni widziałem już jak wspólnie bierzemy  się do działania. Euforia nie trwała długo, przekonałem się, że do organizacji warsztatów jest niewielu chętnych. Potwierdziło się powiedzenie ,,Głupi wymyślił głupi niech robi”.
Zbliżała się kolejna Konferencja  Regionalna.  Pamiętając o rotacji wśród mandatariuszy, wiedząc o tym, że na Konferencję przyjeżdżają osoby,  które wcześniej nie wiedziały  o złożonych wnioskach i czego one dotyczą , ostatnie spotkanie Intergrupy  poświęciliśmy na omówienie  tych wniosków, aby każdy był zorientowany za czym będzie głosował. Pamiętając o Tradycjach II i V wybraliśmy osoby do służb regionalnych. Nie do wszystkich byli kandydaci, ale do służby Sekretarza Regionu zgłosiliśmy dwoje kandydatów, aby umożliwić uczestnikom wybór a nie aklamację.
Podczas jednego spotkania Intergrupy jeden z uczestników zwrócił uwagę,  że na naszym terenie znajdujecie detoks,  w którym nie ma żadnych informacji o AA , a grupy które są w pobliżu nie garną się do opieki nad tym punktem. Zebraliśmy się w kilka osób i spotkaliśmy się z tamtejszym personelem, ustaliliśmy dzień i godzinę odwiedzin i zaczęliśmy tam chodzić z informacją o AA dostarczając również ulotki dla pacjentów. Zbyt skromne warunki oddziału nie pozwoliły na uruchomienie mityngu. Po pewnym czasie poprzez mandatariuszy udało się wciągnąć do działania okoliczne grupy, rola Intergrupy skończyła się. Zaopatrujemy oczywiście detoks w literaturę, ale odpowiedzialność za jej dostarczenie przejęły grupy.
Czas płynął szybko i w miarę jak lepiej  zacząłem wypełniać swoje obowiązki zbliżał się koniec mojej kadencji.   Zdałem sobie sprawę, że z moich ambicji nic nie wyszło. W zamian za to osiągnąłem coś innego. Nauczyłem się lepiej współpracować z ludźmi,  poszerzyłem tolerancje dla osób mających odmienne zdanie, utrwaliłem sobie, że nie zawsze mam rację, pogłębiłem umiejętność słuchania innych ludzi. Żałuję, że nie byłem bardziej mobilnym rzecznikiem,  nie odwiedziłem wszystkich grup w naszej Intergrupie (która liczy około 50 grup). Nie miałem też pomysłu na to jak zachęcić te grupy, które  stoją z boku, aby przyłączyły się do struktur AA wyższych niż grupa. Pracy dla następców  jest sporo. Mój zastępca od ponad roku mógł obserwować,  jak wypełniam swoje obowiązki. Mam nadzieję, że skorzystał z dobrych przykładów, a z negatywnych wyciągnął wnioski jak nie postępować.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie życząc Pogody Ducha
Robert



Sprawozdanie z Warsztatu z okazji 20-lecia biuletynu „Mityng”.


W dniu 26.05.2012 podczas Zlotu Radości w Pułtusku odbył się warsztat z okazji 20-lecia biuletynu „Mityng”. Przywitaliśmy się modlitwą „Odpowiedzialni”.  Spotkanie poprowadził Bartek, który po  odczytaniu Preambuły AA oraz 12 Tradycji , zaproponował 2 tematy do wypowiedzi:
- czym dla mnie jest biuletyn „Mityng”?
- co daje mi pisanie do biuletynu „Mityng”

Skrót z wypowiedzi uczestników warsztatu:
- „Mityng” kojarzy mi się ze służbą, trzeźwieniem, odpowiedzialnością, pomocą innym, pracą zespołową, Wspólnotą AA oraz walką z własnymi słabościami.
- Gdy przyszedłem do AA nie sięgnąłem po książki, sięgnąłem po „Mityng” bo tam były ważne dla mnie historie.
- „Mityng” był zawsze ze mną a najważniejsza dla mnie była rubryka „Po drugiej stronie muru”. Biuletyn dostarczałem przyjacielowi do zakładu karnego gdzie był bardzo wyczekiwany.
- Od czasu gdy napisałem do biuletynu zacząłem dotykać legatu służb. Wstąpiłem na drogę służby i chcę dalej służyć a moje doświadczenia mogę wykorzystać także poza AA.
- Bardzo się cieszę gdy mnie coś „uwiera”, gdy czuję potrzebę zrobienia czegoś – gdy mogę służyć  innym poprzez pisanie do biuletynu.
- 20 lat „Mityngu” to coś niesamowitego. Czuję wzruszenie i szacunek dla ludzi którzy go tworzyli swoją pracą.
- Potrzeba stworzenia lokalnego biuletynu rodziła się podczas wielu rozmów, wynikła z potrzeby i chęci budowania jedności.
- Początki były bardzo trudne: pierwsze artykuły, sięganie do źródeł z innych krajów, nieudolne tłumaczenia, rysowanie świeczki. Nielegalny dostęp do ksero, całonocna praca przy odbijaniu numeru, zszywaniu. Wyszło z tego 50 numerów. To wszystko było niesamowite ale i bardzo pracochłonne. Na tym zdobywało się trzeźwość bo trzeba było bardzo kochać AA żeby to robić.
- Gdy minął pierwszy zapał i pojawiły się trudności, na szczęście znaleźli się inni, którzy  to nasze „cacuszko” dalej kontynuowali. Powinniśmy o nich wszystkich pamiętać, bo to nasza historia.
- „Mityng” dał mi przyjaciół, nauczył wspólnego działania. Dzięki niemu poczułem więź i jedność ze wspólnotą AA. Dzięki niemu zobaczyłem także że są inne służby poza biuletynem.
- Wokół „Mityngu” budowała się więź w regionie. Wspólnota dojrzewała.
- Zawsze można otworzyć biuletyn i przeczytać co się gdzie działo  - są sprawozdania, są adresy są telefony, kontakty, daty dyżurów, kalendarium.  Gdy ktoś do mnie dzwoni z prośbą o pomoc –  biorę do ręki „Mityng” – bo wiem, że tam zawsze znajdę potrzebne informacje.
- Na wielu grupach „Mityng” stawiany jest jako wzór do naśladowania. Artykuły które się w nim ukazują bardzo nam pomagają. Pokazują jak należy pracować nad swoim trzeźwieniem. „Mityng” to wspaniała książka do czytania.
- Dla mnie „Mityng” był wszystkim. Dzięki niemu żyję i funkcjonuję. „Mityng” urzekł mnie swoją autentycznością.
- Praca przy tworzeniu biuletynu nauczyła mnie odpowiedzialności. Nie miałem wtedy pojęcia co mam robić, jak pisać, jednak materiały trzeba było zebrać a numer musiał się ukazać. Nauczyłem się też dzięki temu prosić o pomoc i znaleźli się przyjaciele którzy pomogli.
- Po jakimś czasie wiedziałem już co chcę i jak ma wyglądać numer – poprosiłem koleżankę żeby mi to zrobiła, a ona wzięła i zrobiła to lepiej niż ja. Wtedy nauczyłem się że są inni którzy wiedzą i potrafią  zrobić pewne rzeczy lepiej.
- Dzięki temu że mieliśmy kontakty z podobnymi pismami w Włoch, Francji czy Anglii – uczyliśmy się od nich jak takie pismo ma wyglądać, uczyliśmy się np. co to jest np. anonimowość. Wiedzieliśmy  w jakim kierunku podążać, że za jakiś czas w Polsce AA może wyglądać podobnie jak tam. Wtedy nie znaliśmy dobrze problemów AA, tradycji czy koncepcji, dopiero się tego wszystkiego musieliśmy nauczyć.
„Mityng” uczył mnie systematyczności. To była świętość aby ukazał się w terminie. Miałem zaproszenie na rządowe spotkanie w sprawie AA ale ja poszedłem na spotkanie z drukarzem bo biuletyn musiał się ukazać w terminie. W całej swojej 20-letniej historii tylko raz jego wydanie było opóźnione o tydzień.
- Praca przy biuletynie szalenie pomaga – pomaga trzeźwieć. Do dziś czuję wdzięczność do wspólnoty że miałem okazję pracować z „Mityngiem” – móc dać mu swoją duszę. Wiem że zostanie po mnie ślad nawet gdy już mnie nie będzie.
- Pisanie do „Mityngu” pozwalało mi trzeźwieć. Wielkim przeżyciem było zobaczyć po raz pierwszy swoje wydrukowane słowa. Dziś nie piszę często, wole pomagać przy jego powstawaniu. Bardzo mi pomaga możliwość zobaczenia tego co kiedyś napisałem. Słowa zostały i pokazują mi jaki kiedyś byłem. Uświadamia mi to również jak się zmieniłem. To dla mnie bardzo ważne i niezwykle pomocne w trzeźwieniu.
- Nie kierowały mną ambicje ale ludzka potrzeba wydawania go. Przez wiele lat w budce na bazarze mieściła się centrala „Mityngu”. Tam chodziłem na spotkania, tam poznawałem ludzi, tam wszyscy ciągnęli żeby pogadać. Styczność z osobami które wydawały biuletyn dała mi dużo. Miałem to szczęście że przestałem pić a jeszcze większe że mogłem brać w tym udział.
- Pisząc do „Mityngu” zauważyłem jak bardzo jestem odpowiedzialny za swoje słowa. Zostaje po mnie ślad do którego zawsze mogę wrócić. Dziś widzę jak wiele pustych pomysłów wtedy miałem. Często siadałem do pisania i uświadamiałem sobie że nie mam nic do powiedzenia, nawet jeśli myślałem że mam coś do powiedzenia. Zawsze bardzo musiałem uważać na to co piszę, bo jestem odpowiedzialny za swój przekaz.
„Mityng” pokazał mi że Wspólnota ma własną drogę. Początki były trudne, dopiero kształtowały się struktury AA, które stawały się wzorem na całą Polskę. Czuję wielką radość, że mogłem w tym uczestniczyć
„Zdrój” prezentował całą Wspólnotę a „Mityng” jej region. Do dziś biuletyn jest pismem opiniotwórczym, to właśnie w nim było miejsce na kontrowersje, na wyznaczanie nowych ścieżek.
- Jestem bardzo uczuciowo związany z „Mityngiem”. Cieszę się że trwa, że mam możliwość z nim współpracować, że się rozwija i pojawiają się nowi, młodzi ludzie.
- Jestem wdzięczny ludziom którzy wpadli na pomysł wydawania „Mityngu”. 15 lat temu siedziałem w więzieniu. Przyjaciel przywiózł pismo, namówił mnie abym napisał coś do rubryki „Zza krat”. Pamiętam jak drżącą ręką otwierałem kolejny numer i jaki byłem dowartościowany jak zobaczyłem swoje słowa. Czułem wielką wdzięczność. To pozwoliło mi uwierzyć w siebie. Otworzyłem się i  zacząłem chodzić na mityngi. Dziś sam namawiam do pisania a pierwsze co czytam to zawsze „Zza krat”.
- Czuję się ambasadorem „Mityngu”. Według mnie każda forma niesienia posłania jest dobra. Ja biorę biuletyn od kolporterów i rozprowadzam. Gratuluję przyjaciołom którzy go robią. Jest on doskonałą inspiracją dla innych grup.
- Wiele lat temu będąc w zakładzie karnym robiłem różne grafiki i rysunki. To była moja pasja która pomagała mi przetrwać. Gdy leżałem chory w szpitalu i użalałem się nad sobą  - również pomogło mi rysowanie. Dziś jestem wdzięczny przyjaciołom którzy poprosili abym pisał i rysował dla „Mityngu”,  bo widzę jak bardzo mi to pomaga. Jestem wdzięczny że mogę tu z wami być, że dzięki wam jestem trzeźwy. I mam cholerną satysfakcję jak widzę na wystawie swoje rysunki.
- Jest wiele inicjatyw które powstają, żyją a później giną. „Mityng” istnieje już 20 lat. To dzięki temu, że wciąż pojawiają się nowi ludzie – nowa generacja. To nadaje temu wszystkiemu sens.
- Dopóki nie usłyszałem moich przyjaciół mówiących o biuletynie nie miałem pojęcia że to taka ważna sprawa. Muszę przyznać że to ogromna frajda że wciąż przychodzą nowe artykuły, gdy ludzie piszą o sobie, i ogromna frajda że dołączają nowi ludzie do zespołu.



ROZPACZLIWIE POSZUKUJĄC DRÓG WYJŚCIA

 
Kiedy byłem pijany zawsze szukałem cudownego środka, strzępka informacji, który mogłoby dać mi to coś, co rozwiałoby moje problemy i odpowiedziało na pytania. Po szesnastu latach trzeźwości zdałem sobie sprawę, że teraz znalazłem moją odpowiedź i to, że jest  to bardzo proste - wcale nie sięgam po alkohol czy narkotyk - niezależnie od tego jak się czuję, niezależnie od tego co dzieje się w moim życiu. To jest to. (A także chodzenie na mityngi, modlitwa i rozmowa z zaufanymi przyjaciółmi pomaga bardzo.) Ale trzymanie się z dala od alkoholu nagle stworzyło masę pytań począwszy od: „Jakie kolory lubię?”. „Co chcę jeść na śniadanie?” było to na tyle poza moim zasięgiem, że nie byłem w stanie odpowiedzieć na nie przez długi czas mojej wczesnej trzeźwości. Musiałem sobie także odpowiedzieć na pytanie jaki rodzaj pracy chcę wykonywać. Kiedy piłem nie byłem zatrudniony. Jeśli udało mi się pracować - nigdy jednak nie potrafiłem odpowiedzieć na pytania dotyczące mojej kariery zawodowej. Kiedy przyszło do życia w rodzinie i z przyjaciółmi moje pytania dotyczyły wszystkiego - począwszy od „Czy mam pozostać w małżeństwie?” poprzez „Czy rzeczywiście chcę rodziny i w niej pełnić tę funkcję?”. Czy mam zamiar być odpowiedzialnym nawet jeśli nie czuję się bezpieczny. Jako aktywny alkoholik obijałem się po życiu jak piłeczka - zbiegi okoliczności, inni ludzie i ja. Jako trzeźwy doświadczony alkoholik nauczyłem się czynienia wyborów, które pomogły mi zrozumieć kim jestem i odnaleźć się. Mogę uczestniczyć lub być z daleka od pewnych wydarzeń z rodziną lub z przyjaciółmi i kontrolować z przyjacielem sytuacje, które mnie denerwowały. Nauczyłem się dokonywać zdrowych wyborów i zmieniania rzeczy, które mogę zmienić, co jednocześnie oznacza - akceptować te, których zmienić nie mogę. Czasami odpowiedzią jest zrobienie czegoś dobrego, czasami wybór to zjeść dobre śniadanie, dobrze się ubrać, dostać pracę, iść do pracy i uczestniczyć w życiu - to rzeczy do których przedtem nie byłem zdolny. Dużo wiem, np., że moje ulubione kolory to różowy i purpurowy, i że chcę kanapki z tuńczykiem na obiad i mam pracę z którą sobie radzę. I mogę być przydatny naprawić prysznic dziecku mojej siostrzenicy u której byłem w zeszłym tygodniu. To są niektóre z odpowiedzi. Ale główną odpowiedzią jest trzeźwość. I z tego powodu pytania o życie będą się pojawiać do końca moich dni.
Alison wg. Grapevine 4/2001


Z korespondencji mailowej.

Czy i DLACZEGO  współpracuję z profesjonalistami?

Jestem osobą, która swoje zdrowienie rozpoczęła dzięki ciężkiej i mozolnej pracy terapeutów. Nie "zapaliłem od kopa na pierwszym mityngu" jak niektórzy przyjaciele mawiają. Potrzebowałem jeszcze wielu lat, żeby zrozumieć o co tu chodzi. Dopiero codzienna terapia na oddziale otwartym pozwoliła mi zrozumieć kim jestem. Dlatego też cenię pracę terapeutów i jestem im wdzięczny za to co mi przekazali. W zasadzie, do tej pory nigdy nie zerwałem kontaktów z przychodnią. Najpierw terapia zapobiegania nawrotom a potem ciągły kontakt z terapeutami zapewniają mi wsparcie i możliwość weryfikacji mojego stanu zdrowia psychicznego.
Ten bliski kontakt sprawił, że nawet ci, których szczególnie nie lubiłem w czasie terapii są moimi, przynajmniej dobrymi znajomymi o ile nie więcej. Okazało się, że też są ludźmi z krwi i kości i potrafią zrozumieć i podzielić się tak jak my we Wspólnocie swoimi problemami. Wiem teraz, że mogę z niektórymi porozmawiać o każdej sprawie, która dotyczy mojego życia. Nie traktuje ich jak sponsorów ale odgrywają ogromną rolę w moim zdrowieniu. Dlatego też wspólnie organizujemy spotkania na oddziale, w czasie których mogę podzielić się z osobami będącymi w trakcie terapii tym, co ja dzięki terapii osiągnąłem.
Próbuję zachęcać młode osoby, które podjęły pracę w przychodni, żeby odwiedzały nas na grupie. Nie powiem, żeby to było pasmo sukcesów. Ale mam nadzieję, że na tegoroczne spotkanie Przyjaciół AA pojadę znowu, i tym razem w większym składzie niż w ubiegłym roku (tylko 1 osoba z Regionu:( ).
Co do Tradycji to staram się, żeby Ci z którymi współpracuję po prostu je poznali, przynajmniej w takim zakresie, który umożliwi im zrozumienie dlaczego AA jest takie, jakie jest. Na miarę swoich możliwości staram się im przybliżyć Wspólnotę i często zdarza się, że dla tych osób nowością są sprawy dla mnie oczywiste, np nasza VII Tradycja i sposoby jej przestrzegania. Cieszę się, że w tym co robię znajduję ich pełną akceptację i wsparcie, które w aspekcie współpracy AA z profesjonalistami, czasem ciężko mi uzyskać od grupy. Ale dzięki ich częstszym kontaktom z grupą, w grupie to też się zmienia i z tego również bardzo się cieszę.
Pozdrawiam serdecznie
AA Andrzej z Ostrowca Św.
Czy podejmuję lub nie, służby we Wspólnocie AA i dlaczego?

Moja decyzja o podjęciu pierwszej służby w grupie macierzystej, wiązała się ściśle ze starym sposobem myślenia. Osoby, które wtedy pełniły słuzby postrzegałem jako swego rodzaju elitę grupy i moje ego zostało mocno podbudowane, kiedy usłyszałem propozycję podjęcia służby. Z jednej strony zwykłe lenistwo, które sprawiało, że było mi dobrze bez służby a z drugiej, nobilitacja jakiej spodziewałem się po jej podjęciu. Dalej w moim myśleniu o Wspólnocie funkcjonował podział na "my" i "oni". Otwarcie nie przyznawałem się do tego, że chciałbym zostać jednym z "nich" ale po cichu chciałem zostać zauważony i doceniony. No i stało się, przyjaciel zaproponował służbę a ja po kilku miesiącach(!) powiedziałem "tak". Prawie jak narzeczona co to chciałaby a boi się. A jeszcze jak przeczytałem, że służba oprócz przywileju jest również zaszczytem, no to dopiero urosłem w swoich oczach. Szybko okazało się, że jedyny zaszczyt polegał na tym, iż grupa obdarzyła mnie zaufaniem i to też na kredyt, bo mandatariusz  był po prostu potrzebny (poprzedni wyjechał za granicę). Natomiast sama służba wiązała się raczej z obowiązkami i nikt mnie nie chwalił a wręcz przeciwnie, u niektórych zacząłem budzić przynajmniej zniecierpliwienie gadaniem o sprawach Wspólnoty, spotkaniach, warsztatach i konferencjach. Nie powiem, ruszało mnie w środku, w duchu złościłem się na te osoby. Przyjaciel, który mi służbę zaproponował powiedział wtedy, żebym się nie przejmował, bo najczęściej są to osoby, które nigdy służb - włączając parzenie kawy, nigdy nie podjęły. Znowu poczułem się trochę lepszy. Niby nic a w głowie znowu myślenie o elicie grupy. Ale po pewnym czasie przeszło mi, kiedy się przekonałem, że każdy ma prawo do swojego widzenia świata.
Wiem teraz, że "oni" w służbie Wspólnoty to tacy sami ludzie jak ja. A służba, to okazja do spotkania z przyjaciółmi z AA a nie konkurs piękności czy nowa edycja "Idola". Udaje mi się nie wartościować i nie oceniać, choć w czasie spotkań czasem kłócę się wewnętrznie z niektórymi spikerami. Ale staram się też za szybko nie wypowiadać, bo doświadczyłem, że bardzo często nie mam racji a moje myślenie nie jest poparte merytorycznym przygotowaniem i wynika tylko z mojej ambicji. Bardzo trudno mi było zrozumieć, że służę dla dobra całej Wspólnoty ale też cała Wspólnota mnie służy. Wiem też jak trudno przełamać się nowoprzybyłym, żeby podjąć się jakiejkolwiek służby, żeby się wypowiedzieć na mityngu. Dlatego jeśli ktoś mówi, że jego służbą jest obecność na  mityngach to bez zastrzeżeń mu wierzę, bo ja też tak kiedyś postrzegałem służbę i pamiętam, że regularna obecność na mityngu to było spore poświęcenie. A to czy pójdę dalej zależy tylko ode mnie, choć nie ukrywam, zachęta ze strony "starszych" uczestników grupy była bardzo pomocna. Czasem, mówiłem, że ktoś służy, bo nie ma co robić w domu itp. Ale przestałem kiedy sam podjąłęm się służby. Każdy ma jakieś obowiązki i nie mnie oceniać jak wykorzystuje wolny czas. Ale, jak to powiedział dzisiaj na mitygnu jeden z przyjaciół, każdy może odnaleźć się w służbie, choćby tylko sprzątnął ulotki ze stołów, po mityngu. Mam szczęście, że rodzina nie przeszkadza mi w żaden sposób a wręcz przeciwnie, życzliwie obserwuje moje zaangażowanie w AA. Nie ukrywam, że obecnie mój status zdrowotny (jestem na rencie) ułatwia mi podejmowanie i pełnienie służby, dlatego szanuję w szczególny sposób tych, którzy łączą pracę zawodową, rodzinę i sprawy osobiste ze służbą w AA. I za to jestem im wdzięczny, bo pokazują, że brak czasu nie będzie dla mnie żadnym usprawiedliwieniem.
Dziękuję za miłe słowa przyjaciół, Pozdrawiam wszystkich serdecznie,
AA Andrzej



Nie jestem samotną wyspą!

Chciałem podzielić się zdarzeniem, które miało miejsce w moje urodziny. Zadzwonił do mnie przyjaciel z AA, chciał się spotkać i porozmawiać o swoich problemach. Było to w godzinach pracy, wieczór miałem już zarezerwowany. Spotkałem się raczej niechętnie i szybko. Poszliśmy na spacer. Rozmowa zaczęła się przedłużać, a moja irytacja rosnąć. Zaszliśmy nad rzekę, a tam, ku mojemu zdziwieniu czekali przyjaciele i rodzina z urodzinowym tortem, grillem i głośnym „niespodzianka”. Zaniemówiłem. Nigdy w życiu nie doświadczyłem czegoś podobnego. Tyle osób było zaangażowanych w ten fantastyczny pomysł. Złożyli mi życzenia, a ja poczułem całą mieszankę dobrych uczuć – wzruszenie, wdzięczność, radość, niedowierzanie, że ktoś dołożył tylu starań, aby zrobić mi taki prezent.
Następnego dnia znajoma z AA zaproponowała kilkuosobową całodzienną wyprawę rowerową, ktoś inny zaoferował miejsce w aucie w wyjeździe na dni skupienia, niedawno wróciłem z przyjaciółmi ze Wspólnoty z Częstochowy, gdzie uczestniczyłem w drodze krzyżowej na Jasnej Górze. Piszę to z wdzięczności, bo zaczynam zauważać, że nie jestem sam. Że są ludzie, którym na mnie zależy. To takie… duchowe, takie nowe, dobre uczucie, że aż trudno w to uwierzyć. Dodam jeszcze, że zadzwoniła moja córka z życzeniami urodzinowymi i na dzień ojca.
Dziękuję za trzeźwość i dziękuję za to, że jesteście. Jestem wdzięczny za to, że dostałem szansę stawania się lepszym człowiekiem.
B



Czy mityngi są potrzebne do trzeźwienia?

- opowieść terapeuty

Wielokrotnie jako terapeuta uzależnień spotykałem się z pytaniem „czy warto chodzić na mityngi AA?” zarówno ze strony rodzin, samych pacjentów jak i niektórych terapeutów. Z tego co obserwuję wśród samych profesjonalistów stosunek do mityngów jest niejednoznaczny, niektórzy z nich (na szczęście w zdecydowanej mniejszości) prezentują wręcz niechętny stosunek do wspólnoty AA. Myślę, że te postawy i wątpliwości wynikają z nieznajomości idei AA i braku zrozumienia mechanizmu działania Wspólnoty. Ogromna większość ludzi zajmujących się pomaganiem osobom uzależnionym docenia w pełniogromną rolę jaką pełni Wspólnota w procesie trzeźwienia. Myślę też, że dla wielu ludzi uzależnionych mających zarówno wątpliwości jak i obawy przed podjęciem leczenia w różnego rodzaju placówkach zajmujących się problemem uzależnienia oferta AA może być bardzo atrakcyjna. Ja osobiście jestem wielkim fanem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i bardzo zachęcam zarówno swoich pacjentów jak i inne osoby zadające mi to pytanie do korzystania z oferty prezentowanej przez AA - spróbuję wyjaśnić dlaczego:
Po pierwsze – ogromnym atutem dla osób wahających się czy zrobić coś w sprawie swojego picia jest podstawowa zasada Wspólnoty – zasada anonimowości.
W każdej innej formie leczenia trzeba ujawnić swoje imię i nazwisko, adres, a trzeba pamiętać, że choroba alkoholowa nadal jest postrzegana jako coś wstydliwego – szczególnie przez ludzi, którzy na nią chorują, a także ich rodziny.
We wspólnocie AA nikt nie pyta o dane personalne, można przedstawić się wymyślonym imieniem czy pseudonimem. Nie trzeba wypełniać ankiet, poddawać się badaniom wystarczy na pierwszym mityngu na który się trafi odpowiedzieć na 2 pytania 1) czy masz problem z piciem? I 2) czy chcesz przestać pić? Odpowiedź twierdząca daje wstęp do wspólnoty i możliwość nieograniczonego udziału w mityngach wszędzie tam gdzie one działają (do wspólnoty przystępuje się tylko raz)
Po drugie – zasada dobrowolności – we wspólnocie nie obowiązują listy obecności, każdy przychodzi na spotkania wg własnego uznania i zapotrzebowania, nikt kto został członkiem Wspólnoty nie może z niej zostać wykluczony, tylko osoba zainteresowana może sama zrezygnować w obecności we Wspólnocie. Nie ma też przymusu mówienia o sobie, każdy członek mityngu decyduje czy chce zabrać głos, czy nie. Ta zasada jest ogromnie ważnym argumentem dla ludzi uzależnionych z bardzo aktywnym systemem dumy (często słyszymy od alkoholików „nikt mi nie będzie mówił co mam robić” „nikt mi życia układał nie będzie” „ja najlepiej wiem co mi potrzebne” itd.) – przy tej zasadzie niema z kim walczyć, co skutecznie redukuje opór przed korzystaniem z pomocy. Brak przymusu regularnego udziału w określonym mityngu ułatwia też zadanie tym którzy mają nienormowany czas pracy i mogą dotrzeć na spotkania w różnych porach.
Nie obowiązują też żadne opłaty poza całkowicie dobrowolnymi datkami w dowolnej wysokości, uzależnionej od aktualnych możliwości zainteresowanego (to wbrew pozorom mocny argument dla wielu ludzi - trzeba pamiętać, że sytuacja finansowa znacznej grupy ludzi rozpoczynających trzeźwienie jest tragiczna)
Po trzecie – program trzeźwienia (program 12-stu kroków) – Wspólnota AA jako jedyna poza terapią profesjonalną oferuje pomysł na drogę trzeźwienia, a nie tylko ofertę zaprzestania picia.
Każdy alkoholik ma przerwy w piciu, ale niestety po nich najczęściej następuję powrót do picia, choroba rozwija się dalej i szkody narastają. Przyczyną powrotów do picia są najczęściej nieumiejętności społeczne osób uzależnionych i nie załatwione problemy życiowe które wywołują na tyle silne i trudne emocje, że jedynym sposobem na ich przetrzymanie wydaje się picie). Program 12 kroków daje możliwość wprowadzania takich zmian w życiu które ułatwiają funkcjonowanie w kontaktach społecznych i porządkowanie, a także likwidację zniszczeń (głównie w relacjach z ludźmi) Co za tym idzie – ludzie uzależnieni uzyskują spadek napięcia, zmniejszenie  intensywności takich uczuć jak wstyd, czy poczucie winy i są mniej narażeni na niechciane powroty do picia.
Co poza programem oferuje Wspólnota?
Otóż co najmniej kilka niezwykle ważnych spraw - przede wszystkim – nowe otoczenie społeczne, kontakty z ludźmi. Trzeba pamiętać, że w ogromnej większości ludzie zaczynający trzeźwienie są przeraźliwie osamotnieni.
Odstawienie alkoholu powoduje, że zanikają dotychczasowe kontakty z pijącymi oparte na wspólnocie interesów w piciu. Z kolei kontakty z niepijącymi, lub pijącymi umiarkowanie są tak bardzo obarczone wstydem lub poczuciem winy (związane z zachowaniami z okresu picia), że zamiast wsparcia, czy przyjemności są źródłem ogromnych napięć. Człowiek który przestaje pić unika i pijących i niepijących, pozostaje sam ze swoimi wątpliwościami i nieumiejętnościami, bez pomysłu czym wypełnić wolny czas dotychczas wypełniany alkoholem. I tu oferta wspólnoty jest nie do przebicia – oferuje ona kontakty bezpieczne, z ludźmi którzy nie są zbyt skorzy do ocen z racji osobistych doświadczeń. Ludźmi wobec których nie trzeba się wstydzić dotychczasowych doświadczeń życiowych, rozumiejących dobrze trudności związane z odstawieniem alkoholu i chętnych do pomocy.
- Mityngi to forum na którym można opowiedzieć o swoich radościach i problemach dostając w zamian doświadczenia i pomysły innych uczestników (nie rady – tych alkoholicy słuchają bardzo niechętnie, a mądrość wynikającą z osobistych przeżyć)
- Wspólnota dostarcza też pozytywnych, możliwych do zaakceptowania wzorców osobowych w postaci ludzi dłużej trzeźwiejących. To oni w sposób praktyczny, na własnym przykładzie pokazują, że utrzymanie abstynencji i wprowadzanie pozytywnych zmian w życiu jest możliwe, że nawet bardzo dramatyczny punkt wyjścia do trzeźwienia (tzw „głębokie dno”) nie jest przeszkodą aby nie pić i żyć w sposób satysfakcjonujący
- Ludzie biorący udział w mityngach często mówią o „doładowaniu akumulatorów” czyli wzroście pozytywnej energii, chęci działania i nadziei na pozytywne rozwiązanie wielu trudności życiowych
- Wspólnota oferuje też opiekę w postaci tzw sponsora – człowieka o dłuższym stażu w trzeźwieniu pomagającego w utrzymaniu abstynencji tym, którzy dopiero zaczynają swoją drogę i miejsce gdzie można się schronić (choćby na 2 godziny) w sytuacji głodu alkoholowego.
- I wiele, wiele więcej – tu bardzo często rodzą się autentyczne przyjaźnie na lata, powstają trwałe, dobre związki, ludzie trzeźwiejący uczą się nowego, wartościowego sposobu życia bez alkoholu, znajdują pomysły na działania będące źródłem radości, nadające sens życiu po odstawieniu butelki.

Reasumując - moim (i nie tylko) zdaniem Wspólnota Anonimowych Alkoholików niesie ze sobą obok wielu niedoskonałości i wypaczeń tak wiele cennych wartości, że odpowiedź może być tylko jedna – Warto brać czynny udział w spotkaniach, poznawać i realizować w życiu program 12-stu kroków aby skuteczniej, szybciej i łatwiej wchodzić w trzeźwe życie bez alkoholu.
Stanisław Witek