MITYNG 08/182/2012

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Osobista inwentura.

Słowa dobrze znane w gospodarstwie domowym oraz w handlu. Bez dokładnej znajomości ilości i jakości sprzętów oraz części zamiennych we własnym posiadaniu, nigdy nie będziemy w stanie wiedzieć, co jest nam niezbędne a czego mamy w nadmiarze. Tylko sumienna i wnikliwa inwentaryzacja pozwala nam wiedzieć, co w danym momencie jest nam niezbędne a czego możemy się pozbyć. Dzięki inwentaryzacji posiadanego majątku życie materialne staje się stabilne i przejrzyste. Poza majątkiem, posiadamy życie duchowe, emocjonalne i fizyczne. Rozpatrując każdy aspekt mojego życia robię oddzielną inwenturę z duchowości, życia emocjonalnego i fizycznego. Dla mnie podstawowym źródłem do robienia inwentury osobistej jest materiał zawarty w opisie czwartego i dziesiątego kroku w książce „Dwanaście kroków i dwanaście tradycji”, oraz fragmenty zawarte w „Wielkiej księdze AA” dotyczące tych kroków. Osobista inwentura to nic innego jak zrobienie listy moich upodobań, którym oddaje się w nadmiarze bądź słabości, którym ulegam wiedząc, że są dla mnie szkodliwe. Dzięki takiej liście mam rozeznanie, czego powinienem unikać lub do czego powinienem nakłonić swoją niechęć za wszelką cenę. Przegląd zapisanych wcześniej słabości bądź dopisaniu tych, których wcześniej nie znałem, sprawia, że mam wgląd w głąb siebie i mogę poznać swoją osobowość. Odkrywam zdolność, na, którą dotychczas nie zwracałem uwagi. Staję się gotowy do przyznania się do swoich win. Lista ta pomaga mi w samoanalizie, samokrytyce i wreszcie pomaga mi dokonywać własnej oceny mojej osoby. Komu zależy na trzeźwym, dobrym i szczęśliwym życiu na pewno przystąpi do robienia osobistej inwentury.                                          Z życzeniami pogody ducha 
Jan alkoholik.


A NIE MÓWIŁEM?


    Nigdy nie byłem chwalony przez rodziców, najczęściej słyszałem – „a nie mówiłem” oraz słowa krytyki. Perfekcjonizm wypracowany od najmłodszych lat.
         W dorosłym życiu bałem się sam podejmować decyzje. Miałem wdrukowane, że jestem do niczego i każde wyzwanie, jakiego się podejmę, będzie porażką. Gdy komuś potknęła się noga, często używałem słów „a nie mówiłem”, dawało mi to poczucie wyższości. Starałem się kontrolować ludzi i nie dawałem im prawa do błędu. Często zadawałem sobie pytanie, – czemu ludzie się ode mnie odwracają? Czemu mnie nie słuchają? Przecież ja chcę dobrze.
Zrozumiałem to dopiero w trakcie powrotu do zdrowia, dowiedziałem się, jaki wpływ na moje życie miały takie właśnie słowa. Okazało się, że nie mam problemu, aby przestać używać takiego zwrotu do bliskich czy podwładnych w pracy. Zdaję sobie sprawę, że takie słowa nie wnoszą nic budującego w relacjach z innymi ludźmi, działają wręcz odwrotnie, odpychają i ranią. Z podopiecznymi było nieco gorzej. Kiedy ostatnio jednemu z nich potknęła się noga, a on zwrócił się o pomoc, pierwsze moje słowa były „tak sądziłem, że tak się skończy”, „trzeba było słuchać moich sugestii” – masakra.
       Zorientowałem się dosyć szybko i powiedziałem – sprawy nie było, spróbujemy coś z tym zrobić, niestety słowa zostały wypowiedziane, a ich się cofnąć nie da.
      Pilnuję się, aby takich zwrotów nie używać i choć jest to trudne, najczęściej pozostają w mojej głowie. Czy się od tego uwolnię, Bóg jeden wie?



Zasady i ja


Reguły, przepisy, zasady, prawa, tradycje, normy, zarządzenia, instrukcje, zwyczaje… Już w dzieciństwie uznałam, że nadają się tylko do jednego. Podpalić i opluć. Albo inaczej. Wszystkie, które mi akurat nie pasują. Z moim jakże żałosnym poziomem przekory i buntu, (które miejscami przybierały postać śmiertelnie niebezpiecznej, a na pewno szkodliwej dla mnie samowoli) każdy jeden zbiór zasad i praw odbierałam, jako zamach na moją… hm, wtedy myślałam - wolność.
Czy normalność polega na tym, że wiem i rozumiem, że te zasady i przepisy są również dla mnie? Dla mojej wygody? Kiedy ich przestrzegam mogę czuć się bezpieczniej, spokojniej. Jeśli nie przebiegam na czerwonym świetle przez jezdnię, nie jeżdżę bez biletu, nie kradnę w pracy, nie migam się przed skarbówką, nie zdradzam męża, nie kłamię – mam spokój. Nikt mnie nie przyłapie, bo jestem w porządku. Nie muszę rozglądać się na wszystkie strony, kombinować, ukrywać. Odpada ogromny ciężar kontroli siebie i otoczenia (jak ogromny, wie tylko ten, kto to kiedykolwiek robił, a potem przestał i poczuł różnicę). Ale zasady są „dla mnie” również z innego powodu – chronią moje otoczenie przed moim egoizmem i egocentryzmem. Bo smutna prawda jest taka, że czasem tylko strach ratował mnie przed popełnieniem wykroczenia, a moich bliskich przed konsekwencjami mojej samowoli.
Wymyśliłam sobie kiedyś, że jestem wyjątkowa! Nie znaczy to, że zawsze najlepsza, bo czasami mogłam być i najgorsza, ale zawsze inna od wszystkich. A zatem reguły i prawa mnie nie dotyczą. W każdym razie nie w takim zakresie jak zwykłych ludzi. „Jak mogę bez walki poddać się temu, co zapędza ludzi do kieratu? Jak mogę wykonywać czyjeś zalecenia? Przecież ja jestem inna. Może oni to lubią, ja – nie!”. Nie przyszło mi do głowy, że choć z czegoś tam zapewne rezygnują, to jednak korzyści mają dużo większe. I na pewno nie chciałam zobaczyć i przyznać, że koszty mojej niby-wolności są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zysków. A dziś? Dziś przede wszystkim wiem, że to nie reguły, zasady i przepisy mi szkodzą, tylko mój bezpodstawny bunt, brak akceptacji za wszelką cenę, owo dziecinne, infantylne, „bo tak!”. Co osiągnę, komu zaszkodzę rzucając się wściekle na moim rowerze i gnając na wprost rozpędzonego tira? Nawet, jeśli nie chcę w tej chwili przystać na to, że pokora działa na moją korzyść, warto bym zobaczyła proporcje mojego buntu i czy czasem nie rzucam się z motyką na słońce. Taka donkiszoteria może być nawet romantyczna, ale z trzeźwymi zachowaniami mało ma wspólnego.
Mika D.



TARDYCJA VIII (w AA i w moim życiu)


DZIAŁALNOŚĆ WE WSPÓLNOCIE POWINNA NA ZAWSZE POZOSTAĆ HONOROWA, DOPUSZCZA SIĘ JEDNAK ZATRUDNIANIE NIEZBĘDNYCH PRACOWNIKÓW W SŁUŻBACH AA

Mam na imię Grzegorz, jestem alkoholikiem i narkomanem.
       Ta tradycja wydaje się prosta. I pewnie nią jest, ale dla pijaka takiego jak ja - niekoniecznie.
Pamiętam jak na mojej macierzystej grupie w Opolu, parę ładnych lat temu gdzie nie było Programu 12 Kroków a o 12 Tradycjach już nie wspominając, mieliśmy mnóstwo problemów. Jednym z nich było sprzątanie Sali mityngowej. Nikt nie zamierzał tego robić, włącznie ze mną (no przecież taki gość jak ja nie myje podłóg). Płaciliśmy jednej niepijącej alkoholiczce za wykonanie tej pracy. Tradycja Ósma nie została złamana, ale ja mimo to czułem niesmak, czy tak to powinno wyglądać? Czy było to niezbędne? Pewnie jak byłaby taka sytuacja dzisiaj to postąpilibyśmy podobnie, ale nie musimy. W Wojsku powiada się, że służba to wyróżnienie i tak służbę w AA traktuję, ku chwale naszej Wspólnoty. Dzisiaj sam jestem sponsorem, pomagam podopiecznym w Programie 12 Kroków i 12 Tradycji, ale czy rzeczywiście bezinteresownie i za darmo?
          Oczywiście wynagrodzenia materialnego za to nie dostaję, dóbr doczesnych nikt mi nie daje, kieruję się zasadą, darmo dostałem –darmo przekazuję dalej i nic mi się za to nie należy, nawet dziękuję.
    Profity są i tego nie da się ukryć, chociażby budowanie więzi z drugim człowiekiem, bycie potrzebnym, interesowanie się kimś innym, a nie tylko sobą, poczucie przynależności, (którego nigdy nie czułem) czy konstruktywnie dobre samopoczucie, takie naturalne, niepodparte chemią, słodyczami czy kreowaniem rzeczywistości.
          Nie piję parę lat, zastanawiałem się, po co? Może dać sobie spokój? Ale okazuje się, że te wszystkie rzeczy przekładają się na moich najbliższych.
Parę dni temu moja żona obchodziła urodziny, wyszliśmy do jej ulubionej restauracji, zorganizowałem opiekę nad dziećmi, dałem żonie prezent taki jak chciała dostać (a nie taki jak mi się wydawało, że będzie jej się podobał), potem wspólny spacer, a na koniec, wieczorem odwiedzili nas przyjaciele z niespodzianką. Czerpałem z tego niesamowitą radość, widząc uśmiech żony na twarzy i jej poczucie, że jest kochana i lubiana.
W moim przypadku okazuje się, że im więcej z siebie daję dla drugiego człowieka ”bezinteresownie”, dużo więcej otrzymuję - nie materialnego, ale duchowego, bo tego najbardziej potrzebuję.
Pozdrawiam z Opola



GOTOWOŚĆ I POKORA

        Krok 6 i 7 w naturalny sposób łączą się ze sobą i rozważanie ich istoty w oderwaniu od siebie, moim zdaniem nie ma sensu.
    Kiedyś, kiedy o Programie 12 Kroków miałem dość blade pojęcie, a znałem go tylko z czytania w kółko na początku mityngu, myślałem sobie, że te dwa kroki są najłatwiejsze z całego programu, bo oprócz modlitwy nic nie musiałem w nich robić. Gotowość miałem, no bo wiadomo, że chciałem się moich wad pozbyć. Co prawda nie wiedziałem jakich, bo bez 4 Kroku nie mogłem mieć o nich pojęcia, ale chciałem. No a w kroku 7, jeżeli poproszę Boga (na zasadzie koncertu życzeń), to On moje braki usunie, a jak nie, to w sumie Jego problem, że nie chce. Ja chciałem.
    Jakże się zdziwiłem dochodząc do tych kroków w pracy ze sponsorem, kiedy dowiedziałem się, że jednak coś muszę zrobić. I to nie mało. Przede wszystkim gotowość, to nie jest moje CHCIEJSTWO. Ja jestem gotowy wtedy, kiedy wiem i rozumiem, CO, JAK i KIEDY mogę zrobić (lub czego nie robić), aby Bóg był w stanie mnie od moich wad uwolnić. Jeżeli będę czekał bezczynnie, albo co gorsza jeszcze Mu przeszkadzał, On nie będzie się ze mną szarpał, gdy ja wolę po swojemu.
    Ostatnio ustawiłem w nawigacji trasę, którą mieliśmy jechać z kolegą.     Najpierw jednak pojechałem po kolegę, który mieszka w przeciwnym kierunku do tej trasy. Miła pani z nawigacji, co kilkaset metrów uparcie powtarzała „zawróć w lewo”, a ja uparcie jechałem w swoim kierunku. Oczywiście w tym przypadku jadąc w przeciwnym kierunku postępowałem właściwie, ale zastanowiło mnie to właśnie w kontekście tego, że czasami chciałbym coś zrobić, proszę o pomoc, a działam tak, jakbym chciał zupełnie odwrotnie. W kroku 6 podejmuję decyzję, i w porozumieniu ze sponsorem działam. A jeżeli poruszam się w kierunku przeciwnym do woli mojego Stwórcy, najczęściej     On napomina mnie na różne sposoby „zawróć w lewo”. Tylko czy ja wtedy dalej jadę w swoim kierunku, bo ja wiem lepiej, czy jednak zawracam.
W mityngowych dyskusjach na temat Kroku 7 często zapominamy o istocie tego Kroku skupiając się na pokorze.     Okazuje się, że definicji, bądź określeń lub przykładów pokory jest więcej niż osób biorących udział w dyskusji. Każdy ma swoje zdanie na ten temat, albo i dwa. Nie chcę tutaj pomniejszać znaczenia tego słowa, przeciwnie uważam, że pokora jest bardzo ważna, jednak pokora jest środkiem, a nie celem 7 Kroku. Zresztą nie dziwi mnie fakt, że dyskusja na ten temat jest trudna, ponieważ zwracanie się w pokorze do swojej Siły Wyższej jest sprawą dość indywidualną, nawet intymną i nie każdy chce o tym opowiadać.
    Zwracając się do Stwórcy właśnie w pokorze (przy jednoczesnej świadomości, że zrobiłem co do mnie należało w Kroku 6) wiem, że to nie ja mam się od tych wad uwolnić, bo po prostu nie jestem w stanie. Do tego wszystkiego potrzeba czasu. Nie mogę się obrażać na Boga, kiedy On już dzisiaj, teraz i natychmiast nie chce mnie uwolnić od np. obżarstwa. Z własnego doświadczenia wiem, że wkładając trochę wysiłku w Kroku 6 i prosząc w pokorze w Kroku 7 często nawet nie zdaję sobie sprawy, że ja już praktycznie danej wady nie używam.     Zresztą Anonimowi Alkoholicy obiecują mi to na stronie 72. WK.
„Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić”.
Ta obietnica (i nie tylko ta) spełniła się i spełnia nadal w moim życiu.
Krzysztof z Opola



Moja identyfikacja z AA

Osiągnęłam swoje dno. Nie mogłam już wytrzymać w pijanym życiu i chciałam przestać pić. Przypomniałam sobie o AA. Zdesperowana wybrałam się na swój pierwszy mityng.
Chodziłam codziennie i identyfikowałam się z ludźmi, którzy tam byli. Mieli dłuższy okres trzeźwości, który był dla mnie niewyobrażalny. Słuchałam, co robią, że mogą nie pić. To oni stanowili dla mnie poczucie bezpieczeństwa. Nawet jak mi było źle - był mityng i oni też byli. Sugestie, które chciałam zastosować w swoim życiu, kojarzyłam z konkretną żywą osobą. Do tej pory pamiętam, co, od kogo usłyszałam. Oczywiście mogłam czytać literaturę, ale dla mnie to nie to samo - czytać w samotności a być między ludźmi. Niektórzy nawet uśmiechali się do mnie na przerwie. Miałam takie szczęście, że się do mnie odzywali. Pamiętam, jak po jednym z pierwszych mityngów, kolega zapytał czy wracamy pieszo, a ja tak bardzo lubię chodzić w towarzystwie. Opowiadał o Strzyżynie, zasugerował, żeby pójść na nową grupę. Mówił o sobie szczerze, tak po prostu.
Jak już miałam prawie rok abstynencji otrzymałam dar służby – skarbnika. To było dla mnie bardzo ważne zadanie. Policzyć pieniądze, kupić kawę, paluszki, wiedzieć ile gdzie taniej, opłacić salę, przekazać na intergrupę w uzgodnieniu z grupą i to przez cały rok. Dla mnie była to lekcja odpowiedzialności, systematyczności, podejmowania decyzji, zobowiązań. Poczułam prawdziwą przynależność do grupy, identyfikowałam się z nią. Dzięki trzeźwości i dla trzeźwości podejmowałam inne służby. Obecnie z radością i dumą spotykam przyjaciół po dłuższym okresie niewidzenia, bo chodzimy na inne mityngi. Pamiętam i stosuję zasady, które usłyszałam od innych członków AA, zasady, które ciągle służą mojej trzeźwości i za to dziękuję. Pamiętam też tych, którzy odeszli na wieczny mityng.
Alka 



POTRZEBUJEMY SIEBIE NAWZAJEM

 
Mam na imię Marek i jestem alkoholikiem. Przybyłem do wspólnoty w stanie dosłownie beznadziejnym. Z całkiem rozregulowanymi emocjami, bez kręgosłupa moralnego i z głową pełną własnych, absurdalnych przekonań. Na moim pierwszym mitingu przyjęto mnie bardzo ciepło i życzliwie, nikt mnie nie odrzucił. Dostałem kawę i wskazano mi miejsce gdzie mógłbym usiąść.  Nie pamiętam, o czym czytano i mówiono - wiem jedno, że poczułem się naprawdę dobrze i już wiedziałem, że nie jestem sam ze swoim problemem.
W moim mieście mitingi obywały się codziennie, wiec chadzałem sobie po różnych grupach. Na jednej z nich padło pytanie o abstynencję poniżej 30 dni i musiałem podnieść rękę. Wstydziłem się i „bałem ludzi”, więc każde publiczne „obnażenie się” było dla mnie wyzwaniem. Dzisiaj wiem, że nie powinienem zadawać pytań nowicjuszom. Wspólnotę kojarzyłem, jako miejsce gdzie spotykają się ludzie, którzy upadli naprawdę nisko. Jeśli ktoś pił mniej niż ja, nie miał u mnie posłuchu. Z drugiej strony uważałem się za lepszego niż „te menele’”(takie miałem zdanie o AA). Pamiętam, kiedy do wspólnoty zaczęli przychodzić ludzie z tzw. ”wyższym dnem” lub z uzależnieniem krzyżowym, nie mogłem pojąć, – co oni tu robią??? Na przykład taki hazardzista i alkoholik. Byłem bardzo podejrzliwy w stosunku do tych ludzi, zastanawiałem się, po co i dlaczego są w AA, przecież to miejsce tylko dla tych, którzy naprawdę ostro pili, wywalali się po rowach, zaliczali komisariaty, wytrzeźwiałki, itd. (tak myślałem). Sądziłem, że z moim doświadczeniem nie jestem w stanie im pomóc. I faktycznie nie byłem, bo nie realizowałem programu. Miałem do nich pretensje, że odkrywali to, czego sam nie byłem w stanie odkryć dla siebie. W głowie miałem przekonanie, że trzeba swoje w życiu wypić, by osiągnąć „swoje dno”. Facet, który jest ode mnie dobrych parę lat młodszy nie mógł mieć u mnie „poważania, bo wydawało mi się ze nie ma odpowiedniego doświadczenia. Moje ego nie dopuszczało jego racji. Jednak dzięki programowi nauczyłem się zwalczać swoje chore przekonania i otwierać umysł oraz serce na ludzi.
Choć łatwo nie było, naprawdę miałem mnóstwo cichych uraz. Do czasu. Pewnego wieczoru byłem nadzwyczaj złośliwy wobec młodszego kolegi, przejrzał mnie na wylot, zdemaskował moje intencje i zapytał, za co chowam do niego urazę. Sprowadził mnie tym na ziemię. Przeprosiłem go z miejsca przyznając, że to po prostu zazdrość. Dzisiaj widzę jak ludzie, których nie chciałem akceptować w „mojej” wspólnocie rozwijają się. Bardzo dużo od nich dostałem i dziś jesteśmy przyjaciółmi. Obserwuję jak pomagają innym alkoholikom wracać do zdrowia…A ja chciałem ich odrzucić …masakra!
Kiedyś spojrzałem na ludzi na naszym mitingu i naszła mnie taka refleksja, że przecież każdego z nas tu, w tej Sali, spotkało w życiu coś, co zmusiło go do tego by tu być… I wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem. Wszystko to pozwala mi zrozumieć Trzecią Tradycję, która mówi, że nie mam żadnego prawa robić naboru do AA poprzez zadawanie pytań, ani tym bardziej odrzucić kogokolwiek, kto chce przestać pić - tu stawką jest życie. W życiu codziennym, kiedy mój syn chce rozwijać się w jakimś kierunku np. grać w piłkę czy chodzić na judo - nie zabraniam mu tego. Zapewniam go, że zawsze może liczyć na moje wsparcie i pomoc. Teraz wiem, że chcąc zachować bliskie więzi z rodziną i spełniać swoją rolę (w tym wypadku, jako ojciec, brat, syn) muszę o nie zadbać, widzieć potrzeby członków rodziny, utrzymywać kontakt, wspierać. Podobnie ze wspólnotą. Samo pragnienie zaprzestania picia wystarczy, żebym mógł sobie przychodzić na miting, ale czy to wystarczy by wspólnota przetrwała…?? Słyszałem kiedyś „nic nie musisz”.. Otóż nie... Dziś wiem, że jeżeli chce coś ze sobą zrobić, to muszę wykonać kawałek roboty. Jeśli chcę, aby moja grupa trwała, muszę angażować się w służby… starać się być pożytecznym wewnątrz wspólnoty jak i na zewnątrz.



Przyjaźń – ciut wytarte słowo.

Przyjaźń to chyba najbardziej nadużywane we Wspólnocie AA słowo. No, bo przychodzi ktoś pierwszy raz i słyszy: „witamy nowego przyjaciela”. Każdy tu jest przyjacielem. I jak ktoś świeży tak się tego nasłucha, to… no, ja bym czemuś takiemu za grosz nie wierzyła. Tym bardziej, że trafiają do wspólnoty ludzie całkiem z wyższych uczuć, (do których przyjaźń wszak należy) odarci. Nie tylko, dlatego, że przepili już wszystko, nawet większą część duszy. Nie, tacy chyba coraz rzadziej trafiają prosto na mityng, wcześniej są jakieś inne „ostatnie deski ratunku”: państwowe odwykówki, ośrodki, szpitale, które próbują ratować całkowite wycieńczenie organizmu, cukrzycę, rozwalone serce, nerki, wątrobę, trzustkę, padaczkę, bezdomność. Bo przecież ci na ostatnich nogach na specjalną terapię sami nie pójdą. Przychodzą inni. Tacy, co nie potracili wszystkiego, co udają, że się nie boją, że są górą. Tacy jeszcze myślący, że dużo mogą, że ciągle kontrolują, że oni to wiedzą, jak wygląda prawdziwe życie i na czym polega, i że nikt im takich głodnych kawałków o czymkolwiek bezinteresownym wstawiać nie będzie. I takiemu, gdy zarzucisz go od razu tą bezkresną przyjaźnią, natychmiast zapali się ostrzegawcze światełko, że to jakieś grube oszustwo albo sekta, albo banda świrów.
Gdy na mityngu pojawia się temat przyjaźni, to zwykle jakoś tak banalnie, tendencyjnie, że „tylu miałem przyjaciół do kieliszka, jak stawiałem, byłem kimś, a bez kasy, to nawet pies z kulawą nogą…”. Ale można pójść dalej, głębiej, przyjrzeć się własnym przekonaniom. No, bo kto to taki, ten przyjaciel? Czy musi spełnić jakieś horrendalne warunki, by mógł się szczycić tym mianem? Bo wiadomo, że to on musi zasłużyć. Tak słyszę. I sama myślę, kto zdołałby się na moje warunki załapać i jakie te warunki właściwie są? Wyłapuję coś najważniejszego, co kiedyś zawsze narażało mnie na ogromne rozczarowanie i porażkę. Bo według mnie – dawno temu – przyjaciel musiał być tylko mój, wyłączny. Należeć do mnie, po prostu. Takie niedojrzałe pojmowanie, przez długie lata nieweryfikowane. Wybaczalne, gdy jest się dzieckiem, później wywołujące niedowierzanie, politowanie i chęć ucieczki. Z czasem minęło. Przyjaźń dopuszcza innych. Przyjaźń potrzebuje oddechu, nie trzyma na sznurku. Mogę pół roku nie mieć kontaktu, gdy tak życie się ułoży, a potem jeden telefon i ten czas bez siebie jakby nie istniał, jakbyśmy rozmawiali wczoraj.
A wymagania? Że musi być lojalny, wierny, zawsze pomóc, zawsze być, nigdy, przenigdy nie odwrócić się ode mnie, nie odebrać swoich uczuć. (To słyszę na mityngu, to – być może – myślę nawet sama). Jakie to niedojrzałe, ile w tym alkoholicznym pojmowaniu świata egoizmu i egocentryzmu, infantylnych oczekiwań, życiowej filozofii Kalego…, bo co, jeśli przyjaciel ma sprawy ważniejsze, naprawdę ważniejsze, albo zwyczajnie nie umie unieść moich? Przecież to nie relacja jednostronna, nie jestem tylko biorcą, na bycie jamochłonem jestem już zbyt dojrzała. Wystarczy mi, więc tylko odwrócić ramię mikroskopu i wziąć pod lupę siebie. Przystawić do mnie samej te wszystkie wymagania – przecież dla mojego przyjaciela ja też mam być przyjaciółką. Jakoś te roszczenia topnieją i nagle chciałabym być potraktowana zwyczajnie, po ludzku.
Mika D.



BURZA

Gorący lipiec, burzowo.
Od dzieciństwa lubię burzę - jej majestat jest dla mnie dowodem siły natury.
Pewnej nocy usłyszałam grzmienie, podniosłam się i wypatrywałam błyskawic. Potęga natury okazała się znów cudowna - błyski, grzmoty były tak silne, że fala dźwiękowa uruchamiała alarmy w samochodach na parkingu. Błękitna rapsodia G. Gershwina słuchana na maksa w słuchawkach jest szmerem w porównaniu do huku burzowej natury.
Spoglądając w niebo przypomniał mi się przyjaciel ze wspólnoty, który boi się burzy. Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego funkcjonują takie dwie skrajności: Marcin z lękiem przed burzą i Jola lubiąca burzę. I w środku nocy dotarło do mnie swoiste olśnienie - wszystkie nasze emocje związane z burzą w tym momencie tkwią TYLKO w naszych umysłach - tak naprawdę nie ma żadnych obiektywnych przesłanek do tego, aby bać się burzy lub jej nie bać. Wytworzone w naszych głowach myśli powodujące emocje sprawiają, że stanęlibyśmy obok siebie podczas burzy i mielibyśmy skrajnie różne wrażenia.
Wiem, że mój umysł płata mi różne figle powodując lęki, strachy, niepokoje. To wszystko, co dzieje się we mnie podczas burzy, to tylko naciski mojego umysłu - mój umysł mówi mi "Burza jest piękna, delektuj się jej smakiem", a umysł mojego przyjaciela mówi "Burza jest potworem, którego masz się bać".... a przecież stoimy obok siebie, widzimy to samo, wokół nas są identyczne okoliczności przyrody....
Słyszałam kiedyś na mityngu słowa przyjaciela MOJE MYŚLI SĄ DLA MNIE NIEDOBRE...
Mój umysł sprawia, że myślenie staje się przymusem, mój umysł wytwarza gonitwę myśli powodując we mnie całą gamę emocji... a tak naprawdę, tu i teraz, w chwili obecnej, w teraźniejszości - świat jest obojętny i nie sprawia mi żadnych atrakcji... mój umysł, ta druga strona mojego JA próbuje narzucać mi przeszłość albo kreować twory przyszłości....
Uczę się w AA, że przeszłości już nie zmienię a przyszłości jeszcze nie ma... Zaczynam mieć już pewien poziom świadomości.  Może początek świadomości to koniec cierpienia?
Życząc wszystkim świadomości,
 Jola-alkoholiczka



Teraz jest inaczej.

Witajcie,
Postanowiłem napisać coś o swojej drodze do trzeźwości.  Nie używam żadnego alkoholu od pięciu lat. I, o dziwo, jest mi z tym dobrze, nie muszę już robić z siebie pajaca, marionetki i idioty. Cały ten okres, gdy nie piję jest najlepszym okresem w moim życiu.
Pamiętam, gdy skończyłem terapię i z żoną pojechaliśmy do teściów. Poszliśmy do lasu na grzyby i znalazłem pierwszego prawdziwka w swoim życiu. Cieszyłem się jak przedszkolak, skakałem dookoła niego z oczami pełnymi łez radości. Wcześniej też jeździłem do lasu, lecz alkohol przysłaniał mi wszystko. Każdy wypad kończył się moją porażką, bo byłem zbyt pijany, żeby coś znaleźć. Kiedy przychodził świt - najcudowniejsza pora dnia, modliłem się, żeby żona wyszła z domu, żebym mógł wtedy pójść do sklepu i żeby ten sklep był otwarty, bo kac już mnie wzywał.  Gęba opuchnięta, ogolony byle, jak, bo ręce się trzęsą. Niedomyty i śmierdzący. Aby tylko walnąć setkę. Nie raz się nią zakrztusiłem i zwymiotowałem. W takim świecie żyłem. Taki świat pamiętam.
Teraz jest inaczej, pięknie. W porze letniej milutko ćwierkają ptaszki, świeci słonko, czuję bliskość Boga. Już się nie boję swoich pijackich przebudzeń i tego, że to będzie kolejny dzień zmarnowany przez kaca. Nie muszę się już kamuflować w pracy, przed ludźmi. Jestem trzeźwy i kroczę z podniesioną głową. W AA dowiedziałem się dużo o Sile Wyższej i tego się trzymam. Jako dorosły i trzeźwy człowiek poszedłem do Pierwszej Komunii? Podjąłem się służb – najpierw, jako herbatkowy, później, jako prowadzący. To są moje decyzje, przez nikogo nienarzucone, ponieważ ja tego pragnę. 
Terapia dała mi wiedzę i nadzieję. Mitingi dają życie.
Alkoholik Mateusz


Dopóki nie pokochasz siebie.

 Chwilę po tym jak przestałem pić usłyszałem zdanie (od jednego z przyjaciół): „Kochamy cię dopóki nie nauczysz się kochać siebie" i to z pewnością było moje doświadczenie w AA Jednakże w czasie kiedy to usłyszałem, nie umiałem sobie nawet wyobrazić lubienia siebie. Czułem się bezwartościowy. Dla mnie picie było związane z ranieniem i niszczeniem samego siebie. Pod koniec byłem tego całkiem świadomy, ale po prostu nie wierzyłem, że jest jeszcze jakaś inna droga Jako dziecko czułem zawsze, że miłość była warunkowa: pod warunkiem bycia dobrym, robienia postępów w szkole, posiadania wielu przyjaciół, bycia atrakcyjnym i większość czasu nie żyłem według własnych zasad Dzisiaj wiem na pewno, że moi rodzice zawsze kochali mnie bezwarunkowo, jednakże ja tego nie czułem i to jest dla mnie duża część „...izmu" w moim alkoholizmie, długo przedtem jak zacząłem przyjmować alkohol do organizmu Od tych najwcześniejszych dni mojego życia używałem różnych środków do zmieniania mojego samopoczucia ponieważ nie lubiłem być tym kim byłem Kiedy spróbowałem drinka, mój alkoholizm po prostu wpasował się w przygotowane miejsce. Zmiany nie następowały progresywnie, co było dla mnie zawsze koszmarem. Jednym ze stałych elementów mojego życia był brak realnego spojrzenia na siebie. Pamiętam kiedy jako 16-latek rozmawiałem z przyjaciółmi ze szkoły o moim piciu, oni powiedzieli, że lubią mnie bardziej kiedy nie jestem pijany. Cóż, ja po prostu nie mogłem tego pojąć. Podobnie pamiętam kobietę, która pewnego wieczoru po mityngu mówiła mi, że ludzie mnie kochają lecz to nie miało dla mnie sensu. Nienawidziłem siebie, zwłaszcza kiedy podniosłem kieliszek. Jak mógł ktokolwiek inny chcieć mieć coś wspólnego ze mną? A jednak nikt nigdy nie powiedział do mnie: „Odejdź sam i wróć kiedy będziesz trzeźwy". Oni po prostu mnie akceptowali i byli cierpliwi. Stopniowo, po zaprzestaniu picia wszystko stało się łatwiejsze. Byłem w stanie stać się uczciwym i znaleźć ludzi, którym mogłem ufać. Kiedy dzieliłem się naprawdę osobistymi sprawami o sobie odkryłem, że nadal byłem kochany. I co dziwniejsze, odkryłem, że byłem w stanie czuć się dobrze jeśli chodzi o siebie. Odkryłem realizowanie kroków 4 i zwłaszcza 5 jako jeden, pełen miłości proces. Zobaczyłem siebie jako osobę, która postępowała tak jak postępowała ponieważ nie znała żadnej innej drogi postępowania To jest właśnie to, na czym polega praca nad krokami - nauka lubienia i akceptowania siebie takiego jakim jestem i możliwość posuwania się do przodu. Jak się mówi - szacunek do samego siebie pochodzi z wykonywania rzeczy godnych szacunku. Nie zawsze czuję się dobrze ze sobą ale kiedy czuję się słabo, świadomość, że moi przyjaciele z AA, a zwłaszcza sponsor wierzą we mnie, często umożliwiała mi funkcjonowanie. Ostatanio wróciłem do pracy po 3 latach trudności z jej znalezieniem i praca jest dla mnie trudna W tym czasie i w innych problemach mam ludzi, którzy mnie kochają jakkolwiek byłbym zwariowany. Ludzi, z którymi mogę płakać kiedy potrzebuję. Te rzeczy to dla mnie miłość: zabranie mnie przez kogoś na mityng, kiedy wiem, że osoba, która mnie zabiera raczej zostałaby w domu; ktoś przychodzący by usiąść obok mnie, kiedy byłem nowy, a wszyscy inni wydawali się znać nawzajem; pozostanie by porozmawiać po mityngu kiedy nie chcę iść do domu; przyjaciel przynoszą­cy mi piękny kwiat Kiedy wszystko inne w moim życiu wydaje się brzydkie -objęcie, uścisk. Kiedy nie mogę mówić ale mogę czuć, że przynależę, mam nadzieję, że kiedyś będę mógł oddać innym trochę tej miłości.
AA



Nie rozwadniać programu.

 
    Jak mówi nasza Wielka Księga, AA nie ma monopolu na leczenie alkoholików, ale zawiera szczegółowe instrukcje dotyczące naszego programu powrotu do zdrowia. Aby dalej wyjaśnić te wskazówki Bill W. napisał następną książkę "12 Kroków i 12 Tradycji AA". W niej zachęca nas, aby w przypadku problemów emocjonalnych i fizycznych szukać pomocy odpowiednich specjalistów.     Mamy współpracować z naszymi przyjaciółmi na różnych polach, chociaż nadrzędny cel AA nakazuje, że musimy pozostać niezależni i nie łączyć się w różnych przedsięwzięciach. Ale jedno mnie ciekawi, czy współpraca z profesjonalistami musi oznaczać mieszanie wszelkich sposobów przez stwierdzenie, że to "jedno i to samo"?     Czy AA musi stać się wszystkim dla wszystkich ludzi, albo udawać, że nie ma żadnej różnicy między AA a tuzinem innych instytucji przez połączenie wszystkiego razem i nazwaniem tego "programem". Czy to możliwe, czy to uczciwe, czy to w porządku? Tak wielu naszych przyjaciół - terapeutów, duchownych, lekarzy, dziennikarzy - spopularyzowało  w ostatnich latach swoje poglądy na temat powracania do zdrowia alkoholików, że ich wskazówki stały się hasłami i pojęciami przyjmowanymi jako "doktryna AA" chociaż nimi nie są. Niektórzy z nas powtarzają te opinie na naszych mityngach AA nie bacząc, że kiedy członek AA przychodzi na mityng AA po "sprawdzone w czasie lekarstwo" daje mu w zamian swoje wyobrażenia o sobie i resztki tego co zapamiętał z niezbyt zrozumianych lektur/nadal nie pracuje ze sponsorem/.     Jak ma się do tego nasza odpowiedzialność i pomoc dla innych. A co z naszymi nowicjuszami, którzy nie są zaznajamiam z naszym prostym ale potężnym zestawem "duchowych narzędzi”? Czy moje "prawo" do mówienia wszystkiego co sprawia mi przyjemność bierze pierwszeństwo nad potrzebą nowicjuszy do słuchania tego co naprawdę działa? Nie wszystko co brzmi jak AA jest faktycznie sugestią AA. Wiele z "naszych" ulubionych książeczek jest faktycznie lekturą religijną, psychologiczną czy wydawnictwem placówek leczniczych.     Mogą one być miłe ale to i tak nie sprawia, że stają się literaturą AA. W którym miejscu Wielkiej Księgi albo "12x12" kładzie się nacisk aby siebie stawiać na pierwszym miejscu listy napraw? W którym miejscu jest w naszych instrukcjach napisane, że "nie można kochać dopóki nie pokochamy siebie", że "nie możemy przebaczyć póki nie przebaczymy sobie". Gdyby te wyobrażenia były istotą programu AA nasza Wielka Księga nie podkreślałaby "przedkładania potrzeb innych" a "12x12" nie kładłaby nacisku na to byśmy przebaczali innym jeśli szukamy przebaczenia dla siebie. Jako podejście terapeutyczne dla "leczenia zranionej osobowości", dla pomocy alkoholikom aby "czuli się dobrze ze sobą", wyobrażenia te są z pewnością użyteczne i właściwe, ale czy musimy rozwadniać zwyczajne i proste wskazówki, które pomogły tysiącom alkoholików powrócić do zdrowia być może " mniej bolesnymi technikami".     Nasz podstawowy cel czyli " pomoc alkoholikowi w powrocie do zdrowia" jest prosto przedstawiony w Wielkiej Księdze: SŁUŻYĆ BOGU I INNYM LUDZIOM. Nie jest to w końcu "program egoistyczny" AA jest wspólnotą, której unikalny program ma pomóc nam uwolnić naszą osobowość a nie jej uspokojenie. Naszym celem jest uzyskanie głębokiego doświadczenia duchowego oraz jego utrzymanie przez pomoc innym ludziom niż zaledwie " czuć się dobrze ze sobą". Jesteśmy wezwani do czegoś więcej niż "być miłym, dobrze przystosowanym osobnikiem o wygodnym stylu życia".     Naszą radością ale i obowiązkiem jest dzielić się tym co mamy. Utrzymujmy to w prostocie i nie rozwadniajmy. Nasza śmiertelna choroba wymaga czegoś więcej niż "pozytywnego myślenia" i "bycia w kontakcie ze sobą".

TYLKO NAJLEPSZE ZADZIAŁA A TO WŁAŚNIE MAMY.



Relacja z warsztatów Tradycji w Niegowie 9-10 czerwca  2012 r.


    Po raz drugi spotkaliśmy się w Niegowie  w gościnnym dla nas domu Samaria w celu podzielenia się doświadczeniem w temacie tradycji.     Tym razem omawialiśmy Tradycje 7-9.
    W spotkaniu udział wzięli Anonimowi Alkoholicy z Łochowa, Węgrowa, Radzymina, Wołomina, a nawet przyjaciel ze Szczecina. Było na dziewięcioro.
    Po zakwaterowaniu w pokojach przygotowaliśmy się do warsztatów.     Spotkanie rozpoczęliśmy o godz. 15.00. czytając odpowiedni fragment z książki ,,Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość‘’, a po wysłuchaniu tekstu prowadzący warsztat zaproponował dwa pytania pomocnicze, do których można się odnieść w swoich wypowiedziach:

1. ,,Czy robię wszystko, by pomóc wspólnocie zachować  niezależność finansową?’’
2.  „Czy znam i przestrzegam zasady finansowania wspólnoty AA?‘’

Wypowiedzi uczestników:
 
*Jako skarbnik robiłem wszystko, by stosować zasadę podziału kapelusza 60-20-10-10 na grupie. Na szczeblu grupowym i Intergrupy znam zasady finansowania. Dalsze służby- region, BSK  nie zagłębiam się.
 *Kapelusz mnie nie zdziwił, gdy trafiłam do AA. O samowystarczalności dowiedziałam się  na terapii. Gdy pełniłam służbę skarbnika w grupie starałam się skrupulatnie przestrzegać finansów. W służbie skarbnika Intergrupy regionu zabrakło mi sponsorowania w służbie, sama musiałam się wszystkiego dowiedzieć.
* Najpierw powiem czego nie robię. Moje datki nie przekraczają 1000 $ rocznie, nie zawsze pamiętam o planie urodzinowym za lata trzeźwości. Wiem, że Wspólnota potrzebuje pieniędzy, regularnie wrzucam do kapelusza i mówię o tych potrzebach na grupach.
* Na początku nie wiedziałem, po co jest kapelusz. Na grupie były paluszki i kawa, nie interesowałem się czy pieniądze są przekazywane do Regionu czy BSK. Potrzebowałem zrozumieć, po co jest 7 Tradycja. We wspólnocie są ludzie, którzy lepiej ode mnie potrafią zarządzać finansami.
* Wrzucam dobrowolne datki nie zagłębiam się w dalsze sprawy, mam zbyt małe doświadczenie.
* Tradycje dotyczą alkoholików i przez nich powinny być przestrzegane. Wspólnota jasno określa, na co są wydawane pieniądze. Lubię niezależność finansową. Na wydatki okolicznościowe np. prezenty, kwiaty na pogrzeb zrzucamy się indywidualnie poza mityngiem.
* Usłyszałem, że pewna grupa ma wziąć dotację na wyjazd. Udałem się do źródła zapytać, na jakich zasadach ma być udzielona dotacja, nie wiem, jaki odniosło to skutek.
* Gdy nie płaciliśmy za salę właściciel lokalu mógł od nas wymagać różnych rzeczy, np. odwalania śniegu. Gdy potrzebne są pieniądze to zazwyczaj się znajdują. Pieniędzy powinno starczyć na opłacenie Sali, na kawę  nie musi być. Gdy jest potrzeba to wrzucam i papierkowe.
* Pieniądze zawsze mnie poruszały, nawet w domu często towarzyszył mi strach o ich brak. By nie dzieliły nas zbyt duże pieniądze kupowaliśmy dużo ulotek na niesienie posłania. Staramy się informować gminną komisję ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, w jaki sposób samofinansuje się AA.
* W poznawaniu zasad finansowania wspólnoty pomocne okazuje się czytanie Skrytki 2/4/3, udział w Konferencji Regionalnej. Często są zapraszani na nią goście z BSK np. księgowy fundacji i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Jako grupa przekazywaliśmy z góry ustaloną kwotę na Intergrupę.  Gdy przyjęliśmy podział kapelusza 60-20-10-10 obawiałem się, że datki zmaleją, okazało się jednak wręcz odwrotnie i na pozostałe sprawy też wystarcza.
* Czy jedynym celem grupy jest gromadzenie funduszy na rocznicę? Nie jest to zgodne z 7 Tradycją. Dzięki tej tradycji dziś nie zalegam z wypłatami dla pracowników. Po upływie ustalonego czasu ogłoszono przerwę, wolny czas, który pozostał do kolacji przeznaczyliśmy na kuluarowe rozmowy. Po posiłku pełni sił rozpoczęliśmy dalszą  część warsztatu. Zajęliśmy się Tradycją 8.

1. ,,Czy za to, co robię dla wspólnoty oczekuję zapłaty nie finansowej, ale uznania, pochwały?”
2. Czy staram się zrozumieć, na czym polega praca osób zatrudnionych w AA?’’

Wypowiedzi uczestników:

* Osoby zatrudnione w, BSK jako sekretarka, prawnik lub informatyk powinny dostawać  wynagrodzenie. Zdarza mi się, że lubię być chwalony za działalność w AA.
* Dzięki tradycjom mogę lepiej funkcjonować. Osoby, które są zatrudniane we wspólnocie powinny dostawać pieniądze.
* Pełniąc służbę w SK dotarło do mnie, że gdy pełnię ją dla siebie i nie mam oczekiwań, co do pochwał czułem się lepiej.
*Tradycja 8 to styk profesjonalizmu ze spontanicznością, nie można pobierać pieniędzy za przekazywanie posłania AA. Swojego doświadczenia nie mogę zachować tylko dla siebie.
*Szukam jeszcze uznania i pochwały.

*Na początku myślałem, że przez służbę zdobędę poklask. Zmieniło to się w miarę upływu czasu. Wiele rzeczy staram się robić bez większego rozgłosu.

*Na poziomie intergrupy, regionu nie potrzeba zatrudniać pracowników, inaczej sprawa wygląda w BSK.
*Staram się oddać to, co dostałem od wspólnoty za darmo. Wolę być tu, chodź mogłem pojechać na zabawę.
*Nauczyłem się za pomoc nie oczekiwać pochwały. Orientuję się, na czym polega praca osób zatrudnionych w AA.

Sesja warsztatowa dobiegła końca, w programie pozostał jeszcze wieczorny mityng, a potem do łóżek i spać.

Niedziele rozpoczęliśmy wspólnym śniadaniem, później godzina czasu wolnego, do wykorzystania według uznania. Parę minut po 10 spotkaliśmy się na ostatniej sesji dotyczącej Tradycji 9.  Prócz literatury, pomocne okazały się przygotowane pytania.

1.,,Czy nadal próbuję dyrygować w AA i narzucać swoją wolę?”
2.„Dlaczego grupa AA nie potrzebuje statutu i regulaminu?”

Wypowiedzi uczestników:

*Ja nie próbuję dyrygować. Nie przychodzi mi to do głowy, gdyby w AA istniał regulamin członkostwa, to ja bym nie przynależał do wspólnoty.
*Tradycje chronią wspólnotę przed moimi zapędami.
*Jako buntownik i alkoholik, nie zgadzałem się z regułami i przepisami, w AA nie ma dla nich miejsca. Wolę przyjmować sugestie.
*Na początku próbowałem narzucać swoją wolę, dziś jest inaczej, muszę się podporządkować zasadom AA.

Nauczeni punktualności sesje  warsztatową zakończyliśmy o czasie. Być może przyczynił się do tego znakomity zapach dochodzący ze stołówki. Udaliśmy się na obiad. Po obiedzie pozostało nam podsumowanie spotkania. Doszliśmy do następujących wniosków:
 
.Jednomyślnie widzimy przydatność organizowania podobnych spotkań w przyszłości, jest to szansa na wymianę doświadczeń, weryfikację poglądów, integrację, możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi. Ustalono termin kolejnych warsztatów, wybrano osobę prowadzącą.
Spotkanie zakończyliśmy modlitwą o Pogodę Ducha.