MITYNG 09/183/2012

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Moja droga do pokory


Jestem alkoholiczką, mam na imię Iza. W ciągu pięciu lat mojego trzeźwienia słuchałam, co inni mówią na temat pokory. Sama posługiwałam się często powiedzeniem, że „być pokornym, to nie znaczy myśleć o sobie gorzej, tylko rzadziej”. Dziś wiem, że to nie wyczerpuje całego tematu. Jak rozumiem dzisiaj pokorę? Najprościej ujmując: wiem, że nie jestem we wszystkim najlepsza. Istnieje Siła Wyższa, której powierzam swoje życie i codzienne sprawy. „Z pokorą przyjmuję” to znaczy, że akceptuję to, co Siła Wyższa dla mnie zamierza, co mi się przydarza, kogo stawia na mojej drodze. Czasem się buntuję, szczególnie gdy są trudne dni. Wtedy brak mi pokory. „Zwracam się z pokorą”, czyli z ufnością, pogodzona z sobą, proszę o coś lub wyrażam wdzięczność. Czy pokora to stan ducha, czy cecha charakteru? Ćwiczę pokorę, doskonalę w sobie tę cechę, ale muszę przyznać, że pokorna „bywam”, a nie „jestem”. To oznacza, że jest to stan ducha, a nie ugruntowana cecha.
     Moja droga do pokory rozpoczęła się od upokorzenia. Nałogowe i destrukcyjne picie spowodowało, że mąż „ubezwłasnowolnił” mnie – odebrał pieniądze, dowód osobisty, prawo jazdy i kartę do bankomatu. Czułam się wtedy upokorzona jako człowiek, kobieta i matka. Już wcześniej straciłam godność osobistą i szacunek do siebie. Kiedy w stanie rozdarcia: zapić się na śmierć, czy popełnić samobójstwo, zwróciłam się do Boga: pomóż, bo nie umiem dalej tak żyć, upadłam na kolana i błagałam o ratunek. Dzisiaj sądzę, że to był akt pokory wynikający z upokorzenia wcześniejszym beznadziejnym życiem.
     Tak rozpoczęła się moja droga z programem AA i Krokiem I. Myślę, że ogromnej pokory wymagało ode mnie przyznanie, że przestałam kierować własnym życiem. Ja, dotąd niezależna, ambitna, samodzielna! Dalej Krok II. Uwierzyłam, że jest jakaś Siła Wyższa?
    Ja nie wierzyłam, że jest Bóg, bo dlaczego pozwolił, żebym swoim piciem tak bardzo krzywdziła dzieci. Na mitingach zobaczyłam ludzi, którzy nie pili dłuższy czas. Skoro im się udało, to przecież ja też mogłam. Musiałam schować swoją dumę i pychę do kieszeni (czułam się od nich lepsza) i uwierzyłam. Zadziałała pokora.
    Postanowiłam powierzyć swoją wolę i swoje życie opiece Boga? Tak, ale trochę to trwało. Znowu egoizm i samolubstwo walczyły u mnie z pokorą. To był świadomy wybór, akt woli, poddania się Sile Wyższej. Poważna próba sił między pokorą i pychą czekała mnie w Kroku IV. Powracanie do czasów picia nasuwało mi ciągle myśl, że gdyby mąż był lepszy, bardziej mnie szanował, okazywał miłość, liczył się z moim zdaniem…Gdyby jego rodzina nie wtrącała się tak bardzo w nasze życie…itd., przykładów mogłabym mnożyć Obwiniałam innych o moje picie, bo myślałam tylko o sobie, to była pycha i egoizm. Zrobiłam gruntowny obrachunek moralny. Z pokorą, uczciwie i szczerze przyznałam, że to ja piłam, źle postępowałam, raniłam najbliższych.
    W Kroku V pokora zadziałała, gdy musiałam przełamać swój wstyd, nieufność, egocentryzm, żeby wyznać drugiemu człowiekowi istotę moich błędów. Oczekiwałam na reakcję po wysłuchaniu mojej opowieści i gotowa byłam przyjąć każda gorzką prawdę. Stało się inaczej, spotkałam się ze zrozumieniem, miłością i życzliwością.
     Dzięki tym krokom, zebranym doświadczeniom i słuchaniu innych stałam się gotowa, aby Bóg uwolnił mnie od wszystkich wad charakteru. Zrobiłam listę wad już wcześniej, przy obrachunku moralnym. Jednak po doświadczeniach V Kroku okazało się, że uwolniłam się od takich wad jak kłamanie, oszukiwanie czy plotkowanie. Zobaczyłam inne, fundamentalne dla mojego dalszego życia. Trudno to nazwać jednym słowem. Chodziło o potrzebę bycia w centrum uwagi i ciągłe potwierdzanie swojej atrakcyjności    w oczach innych (szczególnie mężczyzn). Ktoś powie, że to jest egocentryzm, ale ja potrzebowałam to doprecyzować. Wyzbycie się tej wady to droga w kierunku pokory, zwróciłam się do Boga, aby mnie od nich wszystkich uwolnił. Przełomowym momentem było dla mnie uważne wysłuchanie (ze zrozumieniem), nauczenie się na pamięć i codzienne powtarzanie modlitwy do VII Kroku („AA” str. 65): „Boże, Stwórco mój, oddaję Ci w posiadanie to wszystko, co jest we mnie dobre i złe. Modlę się i błagam, abyś raczył usunąć ze mnie wszystkie braki mego charakteru, które przeszkadzają mi być użytecznym dla Ciebie i mych współbraci. Udziel mi siły, abym od tej chwili, czynił wolę Twoją. Amen”. Odkrycie znaczenia tej modlitwy w moim życiu zawdzięczam swojej sponsorce   i bardzo jej za to dziękuję.
      Teraz, w codziennym życiu, często ćwiczę w sobie cnotę pokory, szczególnie podczas mitingów, gdy nie zgadzam się z czyjąś wypowiedzią, a sama nie mogę zadawać pytań i dyskutować z tym, co usłyszałam. Także podczas pełnienia służby: mandatariusza, sekretarza, czy w zespole organizacyjnym warsztatów sponsorowania, nauczyłam się słuchać zdania, opinii oraz argumentów innych osób. Z pokorą przyjmuję decyzje podejmowane głosem większości, nawet, jeśli odbiegają one od moich poglądów. Te umiejętności mogę przenieść na swoje życie zawodowe i tutaj moje wielkie odkrycie: to działa! Pokora, która dzisiaj wiąże się dla mnie z takimi cechami jak życzliwość, tolerancja, wyrozumiałość przynosi wiele korzyści. Największe z nich to pogoda ducha, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Dzisiaj wiem, że w każdej sytuacji, jeśli z pokorą zwrócę się do Boga słowami modlitwy, będę pod Jego opieką. I to przynosi mi spokój.  Czego i Wam życzę.



Powiedziałam im, że mam problem z alkoholem  i …. nic !!!

    Mija kolejny dzień, miesiąc, rok mojej abstynencji. Dokładnie 22 miesiące, czyli prawie dwa lata. Czy to dużo czy mało? Trudno powiedzieć. Liczy się, to że nie piję dziś. Jeden dzień, 24 godziny. Czy zaprowadzi mnie do dwóch, trzech, pięciu, dziesięciu lat? Mam nadzieję, że tak. Jednak nie wiem co się wydarzy jutro. Wiem, że dziś nie piję.
    AA Anonimowi Alkoholicy. Jestem anonimowa ze swoją chorobą. Niewiele osób wie, że mam problem z alkoholem. Nie jest to proste w życiu codziennym, tym bardziej, że wielu znajomych, z którymi utrzymuję stały kontakt nie jest z AA. Nie jest to towarzystwo, które nadużywa %. Przez blisko dwa lata, większość przyzwyczaiła się, że nie piję. Jednak nigdy nie powiedziałam o tym jasno. Wręcz przeciwnie. Udawałam. Na pytania, czy komentarze  w stylu „kiedy się z nami napijesz?”, albo „ty znowu samochodem?, może tym razem niech mąż prowadzi” uśmiechałam się i odpowiadałam zdawkowo. Zdarzało się, że mówiłam, że następnym razem.
    Wreszcie pomyślałam - koniec. Zadbaj o siebie. Czas powiedzieć o swoim problemie głośno, chociaż tym, z którymi najczęściej przebywam.  Miałam nadzieję, że to pomoże mi uniknąć kolej męki uśmiechania się i lawirowania.
    Obawiałam się tego momentu. Wybrałam chwilę, kiedy byłyśmy z koleżankami na wycieczce. Piwo się pojawiło do obiadu, a ja jako kierowca, nawet już nie musiałam się tłumaczyć. Tym razem jednak postanowiłam, że kiedy temat wypłynie, powiem co i jak. Tak też się stało. Denerwowałam się trochę. Obawiałam pytań, tego, że będę musiała „bronić” swojego alkoholizmu. I rzeczywiście. Dziewczyny były mocno zaskoczone. Jak to? Kiedy? Ile? Niemożliwe! Nie wierzę? Kto jak kto, ale nie ty… Daj spokój… itp.
    Trzy godziny później, kiedy postanowiłyśmy zakończyć wypad za miasto na starówce, jedna z nich zapytała „a nie może Twój mąż po Ciebie przyjechać a Ty się z nami napijesz?”.
    Myślałam, że będzie łatwiej, prościej i że zadziała moje „zwierzenie”. Tak się nie stało. Oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością. I jak często bywa w takich przypadkach, zderzenie nie było miłe. Trudno. Jest jak jest. Może za jakiś czas będzie lepiej. Może za którymś razem, kiedy przypomnę, że nie piję, skończą się pytania i pobłażliwe uśmieszki. A jeśli nie. Cóż, mam nadzieję, że poradzę sobie. Są inne osoby, które wiedzą, wiedziały wcześniej, są mi bliższe i nie słyszę od nich żadnych propozycji. Na naszych spotkaniach nie ma alkoholu. Może czas najwyższy posłuchać mądrości, które są oczywiste i przestać przebywać z tymi którzy piją. Po co samej sobie szkodzę? Czy to jakiś rodzaj masochizmu? Czy może chęć udowodnienia sobie, że ja to mogę, bo ja przecież itp. Niezbyt mądre myślenie.
    To było wczoraj. A dziś, miałam średni nastrój. Niewiele zrobiłam w pracy, praktycznie cały dzień spędziłam samotnie, wieczór i noc ma być taka sama. Na spędzenie wolnego, samotnego wieczoru i smuteczki, postanowiłam przede wszystkim iść na mityng a po nim zrobić zakupy. Poszłam do sklepu. Zakupy pocieszacze: lakier do paznokci – pomarańczowy, czekolada na gorąco, lody waniliowe, polewa toffi i czasopismo, moje ulubione. I jak tu trzymać linię? Nie ma szans, no ale co tam. Z resztą to, że kupiłam, nie oznacza, że muszę wszystko zjeść. Już sam lakier poprawia nastrój. Warto znaleźć coś, co pomaga, mi tym razem się udało. Jest już 23, powoli będę myśleć o Morfeuszu. Kolejne 24h za mną.
Dorota


Pokora w działaniu

  Wśród drzew, wokół domu rozbrzmiały słowa ulubionej przez Bila modlitwy Świętego Franciszka: „Panie, uczyń ze mnie narzędzie Twojego pokoju, ażebym niósł miłość, tam gdzie panuje nienawiść – wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda – jedność tam, gdzie panuje niezgoda  – prawdę tam, gdzie panuję mylny osąd – wiarę tam, gdzie panuję zwątpienie – nadzieję tam, gdzie panuję rozpacz – światło tam, gdzie panuję mrok – radość tam, gdzie panuję smutek.
    Spraw, abym zamiast szukać pociechy, pociechą wspierał – zamiast szukać zrozumienia, zrozumienie okazywał – zamiast szukać miłości, miłość ofiarowywał.
    Albowiem dając – otrzymujemy, wybaczając – zyskujemy wybaczenie    a umierając – rodzimy się do życia wiecznego”.
  Każdy, kto wprowadzi w życie zalecenia wynikające z tej modlitwy, będzie postępował z doskonałą pokorą.
Bil w artykule „ Pokora na dziś” stwierdza: „ Dla nas, ludzi niedostępna jest pokora absolutna...”
    Jest to bez wątpienia święta racja. Ale czy mycie szklanek czy poprowadzenie mityngu to wysiłek ponad miarę? Z pewnością nie. Wiele razy myjąc szklanki, sprzątając dokuczliwe pety, narzekałem na przyjaciół, że są obojętni na takie przyziemne czynności. Brak jakiejkolwiek pokory pozwalał mi oceniać, krytykować a nawet osądzać moich przyjaciół. Wiele dni upłynęło zanim dorosłem do wykonywania, jakiejkolwiek pracy, na rzecz wspólnoty bez narzekań i użalania się nad sobą.
    Dzięki wytrwałości w AA i modlitwie Świętego Franciszka podejmuję się każdej służby, jaką wspólnota mi powierza. Staram się wykonywać ją jak najlepiej potrafię i wiem, że jest to pokora w działaniu. Pokora w działaniu to zachowanie się w domu, w pracy czy gdziekolwiek jestem z gestem sympatii, wyrozumiałości i tolerancji. W sytuacjach, z którymi się nie zgadzam staram się unikać krytyki, oceny i udzielania rad. Nie czekam na oklaski i pochwały, ale cieszę się, że mogę komuś pomóc i to jest dla mnie nagroda, którą przyjmuję z wielką pokorą. Największa moja nagroda to trzeźwość, za którą z pokorą dziękuję Bogu i wam drodzy przyjaciele ze wspólnoty AA.
Jan Alkoholik


TRADYCJA IX

Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją: dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą.

Mam na imię Grzegorz, jestem alkoholikiem i narkomanem.
        Oczywiście, że nie powinna stać się organizacją, wszyscy powinni być równi i nikt nie ma prawa przypisywać sobie jakichkolwiek specjalnych względów, wynikających np. z jego stażu abstynencji czy pełnionej służby, a tak to niestety wygląda, nie raz, nie dwa spotkałem się, że warunkiem „wysokiej pozycji” w naszej Wspólnocie jest długi staż abstynencji, co oczywiście jest bzdurą i łamaniem Tradycji AA.
       Niestety „krwawiących diakonów” w naszym Kraju nie brakuję i między innymi, dlatego zadaję sobie trud poznania i wdrażania w życie naszych Tradycji, aby na takiego nie wyrosnąć, a mam ku temu predyspozycje.
      To, że mam najdłuższy staż abstynencji na mojej grupie niczego nie zmienia, a na pewno nie powoduje, że mogę sobie na więcej pozwalać, uczę się zdrowego „przywództwa”, jako „mąż zaufania”, bo tak naprawdę nie przestrzeganie przeze mnie wskazań 12 Kroków i 12 Tradycji równoznaczne jest z podpisaniem na siebie wyroku śmierci.
      Głównie we Wspólnocie nauczyłem się odpowiedzialności za powierzone mi zaufanie. Słowo „służebny” ma dla mnie całkowicie inną wartość np. wypełniać wolę sumienia grupy, a nie swoją, która mi się w głowie ubzdura.
     Że jeżeli ktoś ma zastrzeżenia do pełnienia przeze mnie służby, to warto posłuchać, bo w końcu mam realizować cele Wspólnoty dla naszego Wspólnego dobra, a nie swoje.
     To, że żona jest na równi ze mną jest oczywiste i nie mam prawa wymuszać na niej ściśle określonych zachowań, mogę prosić, uzgadniać, namawiać i widzę, że przynosi to lepsze efekty dla naszego wspólnego dobra, niż krzyki, szantaże, manipulowanie.
     Z dziećmi bywa, niestety różnie, kiedy nie poradzę sobie z moim napięciem emocjonalnym, (czyli krzyczę do dziecka) z miejsca przepraszam za swoje zachowanie i zniżam się do poziomu córki, aby spróbować wytłumaczyć i dość do jakiegoś kompromisu. Oczywiście nie wymyśliłem tego sam –żona mnie nauczyła. Pozwalam dzieciom ponosić konsekwencje za swoje zachowania oraz czyny i widzę, że same zaczynają wybierać to, co im się bardziej opłaca.
     Każde moje agresywne zachowanie   i próby narzucenia swojego ego kończą się tak samo, czyli: ludzie się ode mnie odwracają, tracę więź z rodziną i zamazuję się obraz naszego wspólnego dobra.
     Coraz częściej doświadczam, że jeżeli jest między nami Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy, to nie są potrzebne żadne regulaminy, zakazy i nakazy.
    Okazało się, że słowa że „w AA nic się nie musi” zmieniają brzmienie, TAK „nic się nie musi”, ponieważ każdy stara się stosować nową wybraną drogę i nie potrzebne są regulaminy, zakazy, nakazy, grupy trzymające władzę itd.
Pozdrawiam z Opola



Pierwszy raz na dyżurze telefonicznym.

     Chciałbym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami towarzyszącymi mi przy pierwszym dyżurze telefonicznym. Miałem na niego pójść już parę miesięcy temu, ale nie czułem się jeszcze zbyt pewnie, czułem lęk, jak zwykle przed nowym miejscem i ludźmi.
    Odczuwałem też strach przed oceną mojej osoby. Wystarczyło, aby ktoś  z AA wspomniał o dyżurze i od razu pojawiały się chore myśli: czy będę tam pasował, czy dam rade, czy się nadaje i wiele innych. W końcu pojechałem, było mi łatwiej, bo był tam kolega z mitingu. Na dyżurze spędziłem 5 godzin, poznałem nowych znajomych, odebraliśmy i udzieliliśmy informacji paru potrzebującym osobom. Zobaczyłem AA od środka i powiem wam, że nikt mnie nie zjadł, nie oceniał. Było naprawdę świetnie, czułem się w tym miejscu potrzebny i naprawdę chciałem tam być. Dzięki AA poznaje siebie i przełamuje swoje lęki, które przeważnie okazuję się bezpodstawne. Bardzo się cieszę, że w końcu po tylu latach picia alkoholu mogę na trzeźwo poznawać nowych ludzi, spędzać z nimi miło czas i co bardzo dla mnie ważne, pomagać drugiemu człowiekowi, który jeszcze cierpi. Teraz czuje ogromne zadowolenie i radość, chęć bezinteresownego pomagania innym, co jest równorzędnie z pomaganiem sobie. To dla mnie najlepsza droga do trzeźwego życia.
Michał alkoholik



Lekcja pokory

    „Pokorne ciele dwie matki ssie”, szanuj starszych, nie wychylaj się, siedź cicho, nie podskakuj, nie buntuj się, bądź grzeczny, nie pytaj za dużo, rób, co Ci każą… Ciągle dźwięczy mi to w uszach. Otrzymałam to  w długim procesie wychowania i socjalizacji. Na początku przez szkołę, później poprzez pracę. Kiedyś nie zastanawiałam się, czym jest pokora. Wiedziałam tylko, że jeśli będę posłuszna innym, nie będę się wychylać, przemilczę pewne sprawy, ugryzę się w język, nie będę się „stawiać” i będę „pokornie”, czyli grzecznie, wykonywać swoją pracę, będzie ok i nie dostanę po głowie. Ale czy to jest właśnie definicja pokory? Czy pokorą jest „bycie grzecznym” i „przytakiwanie” innym ludziom tak, aby „ssać dwie matki”? Dziś wiem, że nie. Takie postępowanie to konformizm, czyli unikanie mówienia o własnych poglądach, jeśli nie spodobają się komuś, szczególnie, jeśli może to nam zaszkodzić. Czy warto tak robić, to inna sprawa. Myślę, że czasami ciężko jest postąpić inaczej. Ale nie o tym chciałam napisać.
    Dziś uważam, że pokora nie ma nic wspólnego z byciem grzecznym, ani przysłowiem „pokorne ciele dwie matki ssie”. Pokora to dla mnie zaprzestanie walki (ze sobą, z innymi, z Bogiem), pogodzenie się   z tym, co jest. Równocześnie jest to podejmowanie aktywności, na tyle na ile mogę (dążenie do wykonywania ciekawej, satysfakcjonującej pracy, uczenie się nowych rzeczy, rozwijanie talentów oraz próbowanie uporządkowania swojego życia). Pokora dziś, to dla mnie przyzwolenie sobie, że jeśli nie mogę czegoś przeskoczyć, zostawiam swojemu biegowi, nie na wszystko mam wpływ. Jestem małym trybikiem we wszechświecie i owszem ważnym, ale to, że będę za wszelką cenę się spinać i dążyć do celu, traktując wrogo wszelkie przeciwności, denerwować się i walczyć, wypali mnie i niczego dobrego nie przyniesie. Nie na wszystko mam wpływ, świat jest, jaki jest i to jest wspaniałe. Zawsze, bowiem będę mieć coś do odkrycia.
Pokora, to dla mnie zrozumienie swojej małości z perspektywy świata. Stanięcie naprzeciw ogromu doświadczeń, które mogą się wydarzyć, naprzeciw wielorakości emocji, które istnieją. Uznanie, że jest coś nade mną - Siła Wyższa, która jakoś nad tym panuje, a ja jestem tylko małą cząstką wszechświata. Zaakceptować, że to nie jest ani dobre ani złe.
    Nie do końca jeszcze potrafię stosować to w życiu. Wiem jednak, że zrozumienie tego, mnie uwolni, że pozwoli mi puścić wydarzenia samym sobie, szczególnie w momentach, gdy coś mnie przerasta, a moje emocje sięgają zenitu. Sokrates, powiedział „wiem, że nic nie wiem”. Słowa te wydają mi się trochę śmieszne, a trochę przerażające, ale równocześnie pozwalają po prostu być. Bez chęci wpływania na to, na co nie mam wpływu.
    I tak na koniec jeszcze napiszę o psie, który jest dla mnie przykładem zwierzęcia, żyjącego w pokorze, pogodzonego ze swoją sytuacją, cieszącego się tym, że jest i tym co ma. Kiedy go zobaczyłam pierwszy raz, dech mi zaparło… Duża posesja, zieleń, jezioro, las, trawa, dom i obok piękny czarny, duży pies. Na mój widok zamerdał ogonem, wstał i zrobił kilka kroków… tylne łapy całkiem sparaliżowane, służące, jako podpórki reszcie tułowia, sztywne, okręcone szmatami, aby przy bezwładnym szorowaniu ziemi nie tworzyły się rany… On przyczłapał  z ufnością, po przyjazne klepnięcia, po głaskanie, po dobre słowo. Obok były inne psy, w pełni sprawne, biegające i skaczące. On jednak nie wydawał się smutny, ani zrezygnowany. Wydawało mi się, że jego przestrzeń, wśród rozpościerającej się obok dużej łąki, niedalekiego jeziora i lasu, to tylko kilkanaście metrów wokół domu. Okazało się, że to nie prawda, że owszem nie biega sprawnie, ale chodzi na spacery a nawet świetnie pływa. Nie chciało mi się wierzyć. Myślałam - sparaliżowany od 3 miesiąca życia, taki biedny, pewnie mu ciężko w życiu. A jednak nie. Psisko świetnie sobie radzi, nie czeka w miejscu na to, co przyniesie los. Przyjął, że jest jak jest i cieszy się tym, co ma. Merda ogonem, jest przyjazny, czasem idzie na spacer i wchodzi do jeziora, by praca silnej, przedniej część tułowia, unosiła go na wodzie. W oczach radosny błysk i jest w tym zwyczajny, choć tak nie zwyczajny. Po prostu jest. Chcę brać z niego przykład pokory.
Dorota, alkoholiczka



Przebaczenie
Wg SHARE July 2002 str. 6-8

    Wraz z postępem trzeźwienia widzimy jak przebaczenie jest procesem zwrotnym. Dla innych przebaczających nam my musimy przebaczyć sobie. Musimy również doświadczyć samo przebaczenia, aby uznać człowieczeństwo innych ludzi i przebaczyć im.
    Zgodziłem się wstępnie na napisanie tego tekstu około miesiąca temu. Stwierdziłem, że jest to bardzo interesujący temat i zapewniając dodałem, że jadę na narty tak, że będę miał dużo czasu na napisanie go, i tak oto jest ostatni dzień przed oddaniem tekstu... a ja nic nie napisałem.
To stało się tego wieczoru, gdy siedziałem na mityngu a ktoś raczej nie zamierzenie wspomniał o przebaczaniu. Moje serce stanęło. Zaczęło mi być na przemian zimno i gorąco a znajome uczucie winy i głupoty przepłynęło przeze mnie falą paniki.
    Ale stop.! Wśród was alkoholików - jest idealne miejsce dla mnie do spotkania się z tym tematem. Sparaliżowany przez znajome jadowite ukąszenie mojej własnej nieprzebaczającej natury, która podczas mego picia odpłacała mi wielodniową obojętnością, a w końcu całkowitym paraliżem. Jestem gorącym wyznawcą poglądu i takie jest również moje doświadczenie, że przebaczanie jak i także miłosierdzie zaczyna się w domu. Jak większość alkoholików, cechy, których nie akceptowałem u siebie, kiedy piłem, były natychmiast przerzucane na bliskie mi osoby. Uczestnictwo w AA zaczęło mi to pokazywać. Było to dla mnie oburzające. Ten proces analizy zarówno podsycał moje zaprzeczenia (czasem myślałem, że to ja, ale częściej, że to oni) a jednocześnie izolował mnie w przekonaniu o moim uprawnionym oburzeniu. Pod zaprzeczeniem leżało dno wstydu i braku własnej wartości. Proces samo odkrycia w Krokach czwartym i piątym zaczął rozluźniać lodowy ucisk wstydu i niesmaku w mojej duszy. Poprzez mgłę lat alkoholizmu zacząłem widzieć osobę, którą naprawdę jestem. Często słyszę na mityngach: „sam bym aresztował siebie za to jak traktowałem siebie, kiedy piłem”. To prawda!
    Czasem nie mieści nam się w głowie, że choroba alkoholowa była powodem popełniania czynów, w które sami nie mogliśmy potem uwierzyć. Jak mogliśmy widzieć siebie inaczej, niż "złych ludzi"? Jak wiele razy kurczyliśmy się w sobie, kiedy nasi przyjaciele raczyli nas historiami o naszym nieodpowiednim, okrutnym a czasem poniżająco prostackim zachowaniu? Początkowo nawet nam wybaczali. A jak my możemy przebaczyć sobie? Stopniowo następowało polepszenie w szczerym, ale bezkrytycznym samouświadomieniu. W trakcie pracy nad pierwszymi siedmioma Krokami stworzyło się we mnie miejsce dla samo przebaczenia, które było istotnym wstępem do Kroku ósmego. Kiedy całkowicie i głęboko zrozumiałem istotę mojej choroby, wtedy okazało się, że „ta zaraza” głęboko zraniła wielu członków mojej rodziny i przyjaciół. Zrozumiałem, jakie szkody wyrządziły moje nieokiełzane instynkty i wynaturzenia. Jakie moje wady uczyniły krzywdy innym? Dotąd próby zadośćuczynienia były jak strzelanie w ciemność. Kiedy pierwszy raz przyszedłem do AA i zacząłem badać moje życie, często twierdziłem, że ja nie wiedziałem, co robiłem w tych wszystkich lukach życiorysu i „urwanych filmach”. W pamięci utkwiło mi wspomnienie z przed dwóch lat o leżeniu w rynsztoku pod pubem w Soho, krwawiłem z ucha, portfel przepadł, koszula była porwana od pasa do kołnierz. Kiedy tak leżałem miły wewnętrzny głos szeptał mi: " To nie jesteś ty Tim. Dlaczego to sobie zrobiłeś"? To był ten sam głos, który sześć lat później doprowadził mnie do ośrodka terapii i do odrodzenia się. Ten słodki delikatny głos, który był moim przewodnikiem i kamieniem węgielnym jest dla mnie esencją przebaczenia. Zarazem jest twardy, odpowiedzialny i pewny, nigdy nie zawadiacki, stały i drogi zawsze jest kochający i jednocześnie cudownie miły.
    Niektórzy mogą nazywać to świadomością. Wielu określi to Bogiem. Ja nie nazwę tego jakkolwiek, ale ja to odbieram, jako najczyściejszą ekspresję mojego własnego - JA.
    Przez parę lat byłem przekonany, że byłem jedyny, który to słyszał. Jedyny, który go miał. Uświadomiłem sobie, kiedy przyszedłem do AA, że ten głos był tutaj zawsze na każdym mityngu. Kiedy czytałem opowiadania z „Wielkiej Księgi”, lub powtarzałem za słowami Bill’a W. z „Dwanaście na Dwanaście”, ten głos przybliżał mi ducha AA.
    Jest to głos ludzkiej godności. Kiedy nowy przybywa na swój pierwszy mityng w AA niebiosa cichną, ponieważ człowiekowi jest przywracana godność. Ktoś znów zostaje zaakceptowany przez kolegów alkoholików, którzy dzielą się wspomnieniem agonii i desperacji, tej „czarnej zarazy”, z której podnieśli się do życia. Proces "identyfikacji" z historiami kolegów, z ich uczuciami i ich wdzięczność tworzy bezpo- średnie połączenie z intensywną socjalną siłą milionów zdrowiejących ludzi jak świat szeroki, którzy podążają zadziwiająco podobnymi ścieżkami. Wielu wyszło z ciemności na światło, by rozpocząć przebaczanie, lecz tylko najbardziej zatwardziali i zakłamani nie znajdują drogi dla siebie. Kiedy patrzę na siebie teraz w porównaniu do czasu, kiedy przyszedłem do Wspólnoty w 1984, to widzę nie tylko człowieka, który jest fizycznie 18 lat starszy, lecz również widzę człowieka, który jest dojrzały mentalnie i duchowo. Poprzez obraz moich lęków, okrucieństwa, gniewu i niepowodzenia, moją wybujałą ambicję, zazdrość, pożądanie i łapczywość zobaczyłem jak posłużyło mi to w pewnym sensie, aby uczynić ze mnie osobę, jaką dziś jestem. Zaakceptowałem swoje upadki i swoje człowieczeństwo.
    Zacząłem dostrzegać, że to, co było uwierającymi kamykami w moich butach często przyczyniało się do szlifowania wad mojego charakteru na kształt mocniejszego  i bardziej solidnego, co dało mi szansę przejścia dodatkowego dystansu.
    Poprzez przekształcenie i ewolucję moich wad tą drogą, stopniowo ujrzałem moje ograniczenia, jako zwykłą część ludzkiego charakteru, a nie, jako zestaw złych cech zebranych we mnie.  Duża część tej mądrości przyszła do mnie w trakcie 20 - krotnego wysłuchania Piątego Kroku podczas ostatnich 10 lat. Słuchając takiej rozmaitości indywidualnych doświadczeń bazujących na wspólnych odczuciach, sam zobaczyłem, że jako alkoholicy jesteśmy bardziej jednakowi niż różni. Jednym z wielkich katharsis (oczyszczeń) Piątego Kroku jest nadchodzące uświadomienie sobie, że nie jesteśmy samotni i wyjątkowi w naszym wstydzie.  W moim własnym Piątym Kroku unikalnym elementem przebaczenia (aczkolwiek, oczywiście nigdy nie użyjemy tego wyrażenia w tym kontekście) była obecność innej osoby słuchającej mojej historii od początku do końca bez osądzania, ukierunkowywania, porad, fałszywej sympatii i co najbardziej dziwne, za darmo.
    Istotny dar bycia wysłuchanym jest czasem przeoczony w AA, ja osobiście zawsze personifikowałem AA, jako kobietę, może matkę. I jak dobra matka mityng zwraca na mnie uwagę, zbiera moje emocje, słyszy moje myśli, a potem bez komentarza zwraca swą uwagę ku następnej części. W przestrzeni stworzonej dla mnie, mogę podsumować moje najgłębiej skrywane upiory, moje najdziksze radości i wiem, że spotkają się z milczącą identyfikacją i współodczuwaniem wielu obecnych w tym pomieszczeniu. Ludzie, których wziąłem na otwarte mityngi zauważali najczęściej ciepłą atmosferę akceptacji, która podtrzymuje przywiędłą godność zgromadzonych. Nie raz mój przyjaciel lub kolega powiedział: Chciałbym żeby były mityngi dla ludzi, którzy nie są alkoholikami. Lecz tak naprawdę mówią tak:, Jeżeli miałbym gdzieś przynieść moje kłopoty i problemy to tylko tam, gdzie znalazłbym grupę osób z tak niezmiernie pojemną zdolnością wybaczania jak tu.                        
TIM M. Londyn



Wizja Syzyfa jakoś mi nie odpowiadała

       Pierwszy raz ze słowem „trzeźwiejący” spotkałem się na terapii. Siedziałem sobie spokojnie, omawiając jakiś dzienniczek uczuć, albo inna pracę i nagle – o zgrozo – wymsknęło mi się, że ja „jestem trzeźwy”. Zapadła cisza, a terapeuta uniósł brwi tak, że zmarszczki na czole zjechały mu prawie na kark. I wyjaśnił mi, iż trzeźwy to ja nigdy nie będę, a jak sobie zacznę tak mówić, to będzie pierwszy krok do tego, żebym zapił, bo uznam, że już nie muszę pracować nad sobą, ergo: przestanę pracować nad sobą i finalnie cofnę się do punktu startowego, czyli do kieliszka stojącego przede mną na barze. Bałem się jak cholera, takiego obrotu spraw, a na samą myśl, że mogę wrócić do pijanego koszmaru robiła mi się gęsia skórka. Natychmiast zastosowałem się też do wskazówek. Zresztą, gdy wsłuchałem się w niektóre wypowiedzi na mityngach AA, to również wyłowiłem uchem te niedopowiedziane, zawieszone „trzeźwieję”, „trzeźwiejący”, „trzeźwienie”. Byłem na etapie uczenia się tego „slangu AA”, którego nijak nie mogłem załapać, zupełnie jakbym był na Słowacji i tak rozumiał piąte przez dziesiąte z tego, co „oni” gadają, używając słów właściwie dla mnie obcych, albo brzmiących jakoś literacko (pokora, odpowiedzialność, miłość itd. itp.), choć w miarę zrozumiałych, a w dodatku jakoś tak pragnąłem „wkupić się w łaski”, być ten swój, ten, co go znają i ten, co jest w tej grupie. Więc też zacząłem mówić, że „trzeźwieję”, albo, że literatura jest „aowska”. W końcu chciałem robić wrażenie, że też już, co nieco znam się na rzeczy, znaczy na tym właśnie, jak to się mówi – „trzeźwieniu”.
    Właściwie taki styl wypowiedzi mi pasował, bo był rodem z mojego starego świata, z tego pijanego świata, gdy nie potrafiłem jasno i wyraźnie powiedzieć prawdy, użyć słów w ich odpowiednim znaczeniu, gdy byłem małym krętaczem uwikłanym we własne kłamstewka i gierki. Bo przecież ja zawsze tylko „popijałem” (nie chlałem na umór), ja „mijałem się z prawdą”, a nie kłamałem, albo „musiałem czymś się zatruć – może ta wódka była trefna?”,  gdy tak naprawdę mój organizm nie dawał rady udźwignąć potwornego kaca, który wywlekał mnie przez oczy i usta na drugą stronę. I ja taki „trzeźwiejący” byłem właśnie, jak ten stary „popijający” – ni pies, ni wydra.
    Musiałem naprawdę dotknąć swojej bezsilności, poczuć ją w kręgosłupie, gdy po prostu nie potrafiłem żyć bez alkoholu – żyć dobrze i szczęśliwie, nawet nie podnosząc kieliszka do ust, żeby się otrząsnąć i spróbować raz jeszcze, na nowo.
    Bo ja do tej pory byłem ten „trzeźwiejący”. Nie poszedłem na całość. Nie uwierzyłem AA. Nie brałem służb. Nie miałem sponsora. Zdawało mi się, że jestem za mądry na jakiegoś sponsora, albo służby.
    Któregoś dnia, stojąc znowu przed dylematem „flaszka w sklepie od razu, bo, po co się męczyć, albo jednak może mityng”, podjąłem ważną decyzję i wyrzuciłem ze łba wszystko, co wiedziałem, „wyzerowałem” sobie mózg, jakbym,  resetował komputer i spróbowałem jeszcze raz – prosząc o służby we wspólnocie i o sponsorowanie. Jak mówi jeden z przyjaciół, zacząłem na ostro „dłubać” w Programie. Przestałem „trzeźwieć” w nieskończoność, a po prostu powiedziałem sobie, że jestem trzeźwy. „Naszym jedynym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu” – dotarło do mnie zdanie z Preambuły, które wielokrotnie słyszałem na mityngach, ale zawsze zwracałem uwagę jedynie na ten sens, że moja trzeźwość jest uwarunkowana tym, żebym pomagał innym, żebym niósł posłanie. Tym razem zauważyłem jeszcze, iż jest tam mowa o trwaniu w  trzeźwości, oraz o jej osiąganiu. Czyżby trzeźwość była, zatem czymś, co można osiągnąć, czymś konkretnym, a nie tylko jakimś wymarzonym celem, którego nigdy nie osiągnę i mam jedynie do niego ustawicznie dążyć? Wizja Syzyfa, który ciągle pcha pod górę głaz tego „trzeźwienia”, ale co pewien czas musi się „zrypać” na sam dół, jakoś mi nie odpowiadała. Zacząłem, zatem, zgodnie z tytułem jednej z ważniejszych pozycji naszej literatury żyć w trzeźwości, a nie tylko trzeźwieć.
    I nagle się okazało, że postawa, jaką prawie mimowolnie przyjąłem, mówiąc sobie o trzeźwości, a nie trzeźwieniu zaczęła mi się bardziej podobać, a ja  – w trakcie pracy ze sponsorem, przechodząc przez kolejne Kroki Programu, zyskiwałem coś, czego tak bardzo mi było brak – spokój i zaufanie. Jako „trzeźwemu” przestało mi najzwyczajniej w świecie wypadać robić niektóre rzeczy, folgować swoim instynktom czy emocjom Otóż to – jak byłem trzeźwiejący, to po prostu jakby „niedorobiony”, zawieszony między dwoma światami – tym pijanym i tym trzeźwym. Jedna noga tu,     a druga tam. I co teraz? No i teraz, w zależności od tego, na którą stronę się przechylę to, jako ten „trzeźwiejący”, mogę być bardzie trzeźwy, albo bardziej pijany.     Raz tak, raz tak. No a przecież, jako temu „trzeźwiejącemu” wolno mi wiele rzeczy, mogę się użalać nad sobą albo, co gorsza kogoś skrzywdzić np. słowami (w końcu ja „taki biedny”, niedoróbka i trzeźwiejący).  Wchodząc do AA, wchodząc na drogę trzeźwości, podjąłem jasną i konkretną decyzję – mam gdzieś tamto życie i chcę budować nowe. Nie mam zamiaru trzymać jednej nogi gdzieś w pijanym świecie, bo sobie najwyżej mogę ścięgna ponadrywać robiąc jakiś dziwny szpagat, a uwierzcie mi – moja cielesność nie za bardzo wskazuje na to, żebym potrafił robić szpagaty.
    Ktoś powie – hej, czy ty przypadkiem nie zapijesz, jak taki trzeźwy przestaniesz pracować nad sobą, (co podobno robią wszyscy „trzeźwiejący”, którzy tym się różnią od ”trzeźwych”, że się rozwijają za pomocą pracy nad sobą)? A ja na to odpowiadam, że nie wiem, czy zapiję – proszę Boga o kolejny trzeźwy dzień i na razie ciągle dostaję, a teraz, gdy jestem „trzeźwy” pracuję dużo mocniej nad utrzymaniem tej trzeźwości, niż wtedy, gdy byłem tylko „trzeźwiejący”. Ktoś dalej zapyta: a czy to nie pycha przez ciebie przemawia, jak tak mówisz o sobie trzeźwy? A ja sobie myślę, że nie. Że odważnie, prosto i jasno mówię dzisiaj, jaki jestem. Jestem trzeźwy dzień za dniem.
    Trwam w trzeźwości. Codziennie rano powierzam się Bogu w modlitwie, prosząc tylko o jeden najbliższy dzień tej trzeźwości. Trwam w trzeźwości chodząc na mityngi i podejmując się służb. Trwam w trzeźwości, gdy spotykam się ze sponsorem. Trwam w trzeźwości, gdy uczę mojego synka jeździć na rowerze. Trwam w trzeźwości, gdy poddaję się działaniu Programu. Gdy mówię „przepraszam”, to też trwam w trzeźwości. I w pociągu i na spacerze z psem. I na mityngu. I w kościele. I w łóżku, gdy kładę się spać spokojny i szczęśliwy, bo za mną dobry, kolejny, porządny dzień. Jestem trzeźwy. Wytrzeźwiałem dzięki Bogu i Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. I za to jestem wdzięczny.           

Tomek AA grupa m. „W drodze”, Warszawa
Z napisu z szarfy przyznanej spadkobiercom dr Boba w 1957 roku:
 "....Powszechnie i po przyjacielsku nazywany "doktorem Bobem" wytrzeźwiał
10 czerwca 1935 roku"- ”AA Wkraczają w Dojrzałość”.



Pokora ma tak wiele barw

 i odcieni jak wielu ludzi o niej mówi - takie są moje spostrzeżenia po wysłuchaniu wielu wypowiedzi alkoholików na mityngach. Najbliższą mi definicję wyraził mój przyjaciel mówiąc, że jest to UMIEJĘTNOŚĆ GODZENIA SIĘ ZE ŚWIATEM TAKIM JAKI JEST.
    Od tamtej pory często wracam myślami do tej definicji, przekształcam ją dla swoich odczuć i przemyśleń i dochodzę do wniosku, że moim pierwszym krokiem w pokorze była akceptacja samej siebie. Gdy przyszłam do AA moje poczucie własnej wartości leżało w gruzach. Gdy terapeuta zapytał z westchnięciem "I co ja mam z tobą zrobić?" moja spontaniczna i szczera odpowiedź brzmiała: "Na śmietnik". Teraz już wiem, że źródłem mojej najgłębszej rozpaczy, bólu, cierpienia, a w końcu picia - była irracjonalna konieczność bycia kimś innym niż jestem. Negowałam w sobie tak wiele, byłam dla siebie bezlitosnym i surowym sędzią. Nie umiałam być łagodna dla siebie. Nie potrafiłam zaakceptować siebie, nie lubiłam siebie, nie kochałam siebie, panicznie bałam się oceny, własnych błędów, niepowodzeń, porażek. Komplementy negowałam nie dając mówiącemu  prawa do własnego zdania, zawsze było jakieś „ale....”. Doskonale pamiętam dzień, gdy przyjaciel ze Wspólnoty powiedział mi w przerwie, że mam ładnie zrobione włosy – po mityngu podeszłam do drugiego przyjaciela z pytaniem „czy prosiłeś Adama, żeby mi powiedział komplement?”.....
Gdy trafiłam na terapię, a potem do AA - po omacku i niepewnie szukałam własnej drogi naprzód, niezależnie od tego dokąd wiedzie. Miałam całe mnóstwo wątpliwości, niepewności, lęku. Jestem przecież prostym człowiekiem, który utracił swój świat i jest w trakcie odnajdywania nowego. To długa i bolesna droga.
    Pierwsze zdanie, które mi się spodobało to „bądź łagodny dla siebie” z dezyderaty.  To zdanie pozwoliło mi zacząć mozolną wędrówkę do poszukiwań samej siebie. Zaczęłam wierzyć innym, gdy mówili mi miłe słowa. Zaczęłam mówić „dziękuję”, gdy usłyszałam komplement.
    Potem nadszedł czas, gdy zaczęłam zauważać swoje emocje, reakcje. Z chaosu zaczęły wyłaniać się mechanizmy, które powodują moje nastroje, myśli, uczucia. Powolutku zauważałam, ze świadomość siebie powoduje ulgę. Potem uśmiechałam się do siebie rano w lustrze (czasem dopiero po zrobieniu makijażu), cieszyłam się każdym porankiem bez kaca.
    Nadszedł również czas, gdy zaczęłam wybaczać sobie błędy. Bardzo trudno być sprawiedliwym wobec własnej przeszłości. Ale cudowne słowa modlitwy „abym godziła się z tym czego nie mogę zmienić” pozwalają nabrać dystansu i zauważyć, że nie tylko sama sobie zgotowałam ten los. Ojciec alkoholik, mama – osoba współuzależniona i emocjonalnie chłodna  i wuj pedofil -  w sposób oczywisty ukształtowały moje poczucie własnej wartości, spowodowały drogę relacji z innymi. Bycie łagodną dla siebie oznaczało dla mnie próbę zrozumienia okoliczności mojego dorastania, doświadczeń kształtujących moją osobowość,  uczucia, relacje.
Teraz przyjemność sprawia mi coraz lepsze rozeznanie samej siebie, wzrastające zaufanie do moich własnych odczuć. Rosnąca świadomość mecha- nizmów choroby alkoholowej pozwala mi szybciej radzić sobie ze złymi myślami powodującymi trudne emocje. Uczę się godzić z tym jaka jestem. Zaczynam akceptować siebie z całym „dobrodziejstwem inwentarza”. W chwilach zwątpienia zadaję sobie pytanie „czy robię coś złego?” – weryfikacja odpowiedzi prowadzi mnie wtedy  w odpowiednim kierunku. Coraz częściej zauważam siłę, jaka budzi się we mnie i pozwala mi na utrzymywanie wewnętrznej równowagi. Oczywiście widzę również tendencje niekoniecznie dające pozytywną odpowiedź na pytanie „czy robię coś złego?” – ale wiem, że im częściej odpowiem sobie TAK – tym rzadziej będę w takich sytuacjach.

    Pokorna akceptacja siebie, szacunek i łagodność dla samej siebie to dla mnie początek drogi w odnalezieniu własnego świata. I zgadzam się teraz z twierdzeniem: żeby kochać kogoś trzeba najpierw pokochać siebie......

Jola alkoholiczka



TRADYCJA DZIEWIĄTA czyli PODRÓŻ W KIERUNKU ODPOWIEDZIALNOŚCI

    Wydaje się, że każdego dnia pojawia się kilka nowych wskazówek do Tradycji Dziewiątej. Dyskusje – czasami bardzo ożywione – zmierzają na ogół w trzech kierunkach:
1.Współpraca z profesjonalnymi ośrodkami z poza AA
2.Praca zespołów regionalnych AA
3.Osobiste pomysły
      Pierwsza kategoria jest zwykle prosta i jasna. Gdy kontaktuję się z administratorem jakiejś placówki pomocy społecznej, duchownym czy przedstawicielem mediów, wtedy szybko ujawnia się znaczenie Tradycji Dziewiątej. Ważne jest, czy przedstawiam siebie, jako członka zespołu do współpracy z profesjonalistami czy też reprezentuję osobiste zamysły. Czy te działania mają na celu wspieranie zadań wspólnoty AA a może są tylko próbą pominięcia odpowiednich służb by czynić własną samowolę, a nawet, czy nie są skierowane przeciwko aktywnym służbom?. Tu ujawnia się cała prawda o naszej przynależności. Musimy wiedzieć, że jak długo jesteśmy w zgodzie z innymi AA w kraju i na świecie, jeśli stosujemy się do wypracowanych    i przekazanych nam w formie Tradycji doświadczeń, dopiero wtedy stajemy się odpowiedzialni wobec tych, którzy nam zawierzyli. Inaczej reprezentujemy tylko własne ambicje i z AA, jako całością nie ma to nic wspólnego. Podporządkowanie się zasadom AA jest zasadniczą sprawą skuteczności Dwunastego Kroku. Bill W. mówił: … by nieść posłanie musimy się do pewnego stopnia zorganizować, w przeciwnym przypadku pogrążymy się w chaosie. A chaos nie jest prostotą. 
     Druga kategoria – to praca komisji i zespołów roboczych AA. Tam często mamy do czynienie z trudnymi sprawami. Faktem jest, że osiągnięcie jasności w przygotowywanych zamierzeniach jest nieraz poprzedzone gorącą dyskusją. - Oni tam tylko się kłócą. Taką wymówkę nieraz słyszę, gdy zapraszam na spotkania zespołów. Jednak jak doświa- dczenia wskazują nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy nauczą się współpracy, gdy pokonają osobiste ambicje. A o to w Programie AA chodzi. I jeszcze uwaga, Dziewiątą Tradycję należy stosować, jako duchowe narzędzie a nie, jako broń przeciwko komuś. Byłem wtedy członkiem służb intergrupy. W nadziei na zachęcenie do uczestnictwa w służbach regionu znalazłem się pewnego wieczoru na mityngu razem z pewnym weteranem, który ze złością kiwał palcem przy Tradycjach a nagle wrzasnął: „Widzicie!!! Nie powinni nigdy stać się organizacją! Idź sobie! Nie potrzebujemy służb. Interesuje nas tylko nasza grupa”. Pomyślałem sobie tylko: - gdzie tu jedność, współpraca, czy to jeszcze jest AA? Jestem wdzięczny, że wiele grup uważa zupełnie odwrotnie. Na miarę własnych możliwości wspierają różne zespoły tematyczne. To Dziewiąta Tradycja w działaniu.
      Trochę zamieszania sprawia kilka pytań Dziewiątej Tradycji zawarte w broszurze: PYTANIA DO 12 TRADYCJI AA wydanej przez BSK:
1) Czy nadal próbuję dyrygować wszystkim w AA i narzucać swoją wolę?
2)   Czy opieram się przyjętym w AA zwyczajom i obowiązującym zasadom zachowania, ponieważ odbieram je, jako zagrożenie dla mojej wolności?
3)    Czy jestem wystarczająco dojrzały, aby rozumieć znaczenie wszystkich elementów Programu i korzystać z nich, – chociaż nikt mnie do tego nie zmusza – z poczuciem osobistej odpowiedzialności?
4)    Czy podejmując się zrobienia czegoś w AA, ćwiczę przy tym cierpliwość i pokorę?
5)    Czy jestem świadom swojej odpowiedzialności wobec wszystkich tych, którym służę w AA?
6)     Dlaczego żadna grupa AA nie potrzebuje statutu ani regulaminu?
7)    Czy gdy nadchodzi pora, umiem - zresztą z korzyścią dla siebie - godnie zrzec się pełnionej w AA funkcji?
8)    W jaki sposób rotacja osób pełniących różne funkcje służebne w AA wiąże się z anonimowością?  A z pokorą?
       Choć bywa, że pierwsze pytanie jest kwitowane wybuchem śmiechu to reszta wywołuje raczej poważne uwagi.
       Jestem wdzięczny przyjaciołom, którzy skierowali mnie do służby. Dzięki temu zobaczyłem, czym jest AA poza moim ulubionym mityngiem, że mityng jest niczym wierzchołek góry lodowej całej wspólnoty. Zobaczyłem struktury mało widoczne z grupy; brałem intensywny udział w spotkaniach intergrupy, zespołów regionalnych, Radzie Regionu a nawet Konferencji Krajowej. To niezła szkoła życia. Właśnie tam, wewnątrz różnych komisji, nauczyłem się lepiej współdziałać z innymi a doświadczenia przydały mi się potem w życiu rodzinnym. Poznałem sens naszych Koncepcji; by unikać pochopnych decyzji, by rozwaga zapobiegała "wylewaniu dziecka razem z kąpielą", że nikt nie może sobie uzurpować autorytetu władzy nad innym niezależnie od pełnionej funkcji, aby nie podejmować postawy karzącej  wobec  kogokolwiek a także wiele, wiele innych zaleceń. Najciekawsze, że ta szkoła może trwać do końca życia. Choć dziś już nie przewodniczę żadnemu zespołowi, mam prawo nadal w nich uczestniczyć i dzielić się swoim doświadczeniem z nowicjuszami w służbie. To idealne miejsce  do sponsorowania. Każde spotkanie zespołu w PIKu jest także mityngiem, gdzie trzeba  stale pamiętać o fakcie, że celem naszej służby jest niesienia posłania trzeźwości wszystkim potrzebującym. Równocześnie te działania mają obejmować duchowe zasady wynikające z naszych Tradycji. Osobną sprawą są dyżury w PIKu. Ci, którzy brali udział w dyżurach telefonicznych często opowiadają o ciekawych zdarzeniach i zadowoleniu ze swej służby. Aż miło słuchać. Ale daleko ważniejszą rzeczą jest chyba to, że działalność punktu informacyjno-kontaktowego jest obrazem naszego zorganizowania. To nie klub, fundacja ani stowarzyszenie korzystające z zewnętrznych funduszy i profesjonalnych pracowników, ale sami alkoholicy ze wspólnoty AA, za swoje fundusze, potrafili odpowiedzialnie się zorganizować. Co to znaczy, niech odpowiedzą ci, którzy dzięki uzyskanym informacjom rozpoczęli drogę trzeźwości.  Na chwilę się zamyśliłem. Pomyślałem sobie, że podróż w kierunku odpowiedzialności stoi otworem przed każdym trzeźwiejącym alkoholikiem. Wystarczy porozmawiać ze służbami w grupie, zaproponować swój udział, a dalej … słuchać, stosować, podporządkowywać się Tradycjom. To jesteśmy winni przyszłości AA.
Marek
 Warszawa,  08 2005 r


Rezygnacja

  
  Początek mojej rezygnacji z picia alkoholu ma związek Internetem, a dokładnie  z czatem. Na początku swojej drogi abstynencji spędzałam na nim bardzo dużo czasu. Tam, mądrzy ludzie opowiadali o sobie, a z czasem zadawali mi pytania, dzięki którym powoli zaczęłam przyznawać przed sobą i uświadamiać sobie, że jestem alkoholiczką. Wtedy już nie piłam alkoholu, ale po to, aby udowodnić sobie, że tak naprawdę go nie potrzebuje.... Moje myśli jednak stale krążyły wokół procentów.
    W końcu po pól roku, kiedy już moje "udowadnianie" sobie miało się zakończyć, poszłam na pierwszy mityng. Z jednej strony zastanawiałam się, jak mam teraz znowu zacząć pić towarzysko i kontrolowanie, (co dziś wiem, nie jest dla mnie możliwe) z drugiej przyznałam się już trochę do tego, że mam problem z alkoholem. Pójście na mityng miało mnie uchronić przed napiciem się na ważnej dla mnie imprezie.
Wydawało mi się, że jak już pójdę na mityng to problem zniknie, odechce mi się pić.
    Tak się niestety od razu nie stało. Na imprezie trzymałam się prawie do końca, prawie… Napiłam się jeszcze kilka razy później. Równocześnie jednak byłam już jedną nogą w AA.
Tu spotkałam bardzo przyjaznych mi ludzi oraz kogoś, kto mi pomógł indywidualnie. Chodziłam regularnie, co najmniej 3 razy w tygodniu na spotkania. Dość szybko pojechałam na terapię Kroków i na razie udaje mi się nie pić. Niedługo minie dwa lata.
Na początku nie widziałam swojego problemu. Chciałam spróbować nie napić się przez kilka dni, przez tydzień. Jednak za każdym razem, gdy byłam w sklepie postanawiałam, że przestanę pić od jutra… tak mijały tygodnie. Piłam przede wszystkim w domu. Można powiedzieć, że dlatego, by było miło. Nie zaliczałam całkowitych "zgonów", tylko chciałam poczuć się lepiej, tzn. zobojętnieć, zredukować emocje. Im więcej piłam w domu, tym mniej razy się upijałam na zewnątrz, na imprezach. Specjalnie jeździłam samochodem, aby mieć usprawiedliwienie wśród znajomych. W domu, też starałam się mocno kontrolować. Mąż nie zauważył, że mam problem, bardzo często był w pracy, więc widział połowę moich wieczorów z butelką wina. Ciężko mi było przyznać się, że moje picie nie jest tylko towarzyskie.
    Trudno mi było przekonać siebie, a i też nawet przyjaciółkę, bo przecież jak to, nigdy by nie pomyślała, nie jestem pijakiem itp.
    Trudno jest przestać pić, nie wszystko się od razu prostuje po odstawieniu alkoholu, czasem było mi wręcz ciężej niż przedtem np. miałam depresje, bo moje emocje zaczęły wyglądać na światło dzienne, a wcześniej je tłumiłam. Brałam nawet przez jakiś czas leki, bo pojawiły się myśli samobójcze.
    Teraz jest mi łatwiej, wiem, co ze sobą zrobić np. wieczorami, które kiedyś spędzałam z tv i alkoholem. Nauczyłam się też odmawiać alkoholu na spotkaniach. Najbliżsi wiedzą, że nie piję. Czasem jednak myśli biegną do chęci napicia się i wiem, że od powrotu do wszystkiego, co było, dzieli mnie tylko jeden kieliszek. I że zacznę dokładnie w tym miejscu, w którym skończyłam, że choroba się nie cofnęła, A jak wrócę do picia to bardzo szybko pogalopuję naprzód. I to nie szkodzi, że nie traciłam świadomości w nieznanych miejscach, że nie wymieniałam rzeczy, kiedy nie miałam na alkohol, że społecznie się nie "stoczyłam", że nie straciłam rodziny. Wszystko to byłoby przede mną, gdybym w pewnym momencie nie przyznała, że mam problem z alkoholem, że jestem alkoholiczką, że jeśli nie zacznę pracować nad sobą to wszystkie te rzeczy mogą dotyczyć za parę lat i mnie. Dziś muszę uważać na siebie, stosować zasadę 24h, pamiętać, kim jestem - alkoholiczką i to się nigdy nie zmieni.
    A w ogólnym rozrachunku to dostałam wiele rzeczy w zamian za alkohol. I to nie tylko brak kaca po imprezach, ale też dużą wiedzę, którą dostaję na mityngach, nowych znajomych, przyjaciół, którzy podobnie do mnie czują a co najważniejsze rozumieją, o czym mówię, bo jesteśmy w jakiś sposób podobni. Mam zainteresowania, które mają szansę się rozwinąć. Wiarę w siebie, którą odzyskuję powoli i dzięki temu mogę podejmować różne działania, na które w poprzednim życiu bym się nie odważyła.
    I tak zwyczajnie warto było przejść tą drogę, odstawić alkohol, aby móc dostać to, co dziś mam i co myślę, że jeszcze osiągnę. Z butelką w ręku nic by się nie udało...
Pozdrawiam alkoholiczka



Zza  KRAT

    Pierwszy mój kontakt ze wspólnotą AA nawiązałem w zakładzie karnym w Kamińsku. Miałem za sobą dwadzieścia lat więzienia, odsiedzianych w kawałkach, poprzedzielanych krótkimi okresami pijanej wolności, a przed sobą? – Ludzi uśmiechniętych, spokojnych, skupionych na sprawach innych niż powszednia więzienna rzeczywistość – na trzeźwieniu. Przystałem do wspólnoty zachęcony widokiem tych ludzi. Drwiny tych, którzy chcą jeszcze pić, nie ułatwiały mi życia w tym bardzo zamkniętym przecież środowisku. Wbrew tym właśnie przeciwnościom zaczęła we mnie narastać decyzja zajęcia się sobą i swoim problemem bardzo poważnie. Uzyskałem informacje o oddziałach odwykowych dla skazanych i o programie „Atlantis”. Wystąpiłem z prośbą      o skierowanie mnie na leczenie. Dzięki życzliwości administracji władz więzienia i swojej „namolności” przyjechałem na „Atlantis” do aresztu śledczego Warszawa – Mokotów. Tutaj spotkałem wielu przychylnych mi ludzi, a wśród nich prowadzącą mnie terapeutkę Marzenę. W sposób przystępny, z olbrzymią życzliwością, bez zbędnych krytyk i moralnych ocen, ukazała mi mechanizmy rządzące chorobą alkoholową – moją chorobą. Właśnie Jej zawdzięczam fakt uświadomienia sobie, że jestem alkoholikiem. Ta świadomość sprawia, że przez cały czas uczęszczam na mityngi.     Jestem na każdym spotkaniu. W ten sposób poznałem Włodka – wspaniałego człowieka, który co tydzień przychodzi do aresztu z wolności. Jest On moim przyjacielem. Znaczenia przyjaźni uczę się na nowo od takich właśnie ludzi jak Włodek. Z pełnym politowania uśmiechem wspominam te dawne, pijane „przyjaźnie”, które miały miejsce na wolności. Znam, rozumiem i akceptuję wszystkie, brzmiące już jak truizm, prawdy, że dzięki AA zmieniam siebie, że zostawiam swoje pijane życie,         że sam nie dam rady. Wiem to wszystko, ale też zrozumiałem, że bez wspólnoty nie dam sobie rady ze swoją chorobą.     Nie chcę już wracać do swojego dawnego życia, wiem też, że we wspólnocie jest wielka siła i nadzieja na sprostanie chorobie. Dziękuję wspólnocie AA, dziękuję Marzenie         i Włodkowi. To dzięki takim ludziom jak Wy podjąłem pracę nad zmianą samego siebie i swojego życia, a czas spędzony w więzieniu nie będzie czasem straconym.

Marek – alkoholik