MITYNG 10/184/2012

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Akceptacja gwarantem trzeźwości.

    Moje myśli przed przyjściem na pierwszy mityng były przerażające, byłem przekonany, że nie ma dla mnie miejsca na ziemi, gdzie mógłbym poczuć ulgę od przeszłości. Jedynym sensownym rozwiązaniem była śmierć. Jak bardzo chciałbym wymazać przeszłość z mojej pamięci, jak często obrazy z przeszłości zadają ból nie do zniesienia, wyciskają łzy i bezradność. Co prawda zdawałem sobie sprawę, że gdyby udało mi się pogodzić z przeszłością, akceptować przeszłość, taka jaka była, żyć w zgodzie z teraźniejszością i z pokorą godzić się na to co los przyniesie. Życie nie musi być tak bolesne. Teraz gdy o tym rozmyślam i staram się to opisać w miarę sensownie. Wydaję mi się to bardzo proste. Tak jednak nie było w przeszłości. Na początku drogi ku trzeźwemu życiu pojawiła się zazdrość o wszystko: o bogactwo kolegów, urodę, prestiż jaki mają  inni, o każdy walor wykazujący ich wyższość nade mną. To wszystko wprowadzało mnie w smutek i ciągłe użalanie się nad sobą – doprowadzałem się do zamykania w sobie i uciekałem od prawd tego świata. Przyczyno tego był mój egoizm, fałszywa duma i wiele innych słabości, które posiadam i pielęgnuję pieczołowicie na własną zgubę. Aby nie doprowadzić do kolejnej depresji i upadku, uczę się z tym żyć, zrozumieć ten stan i wreszcie zaakceptować wszystko co mnie spotyka dla własnego dobra. Pogodzenie się ze złem, które jest we mnie pomaga mi powrócić do normalnego życia. Początki powrotu do zdrowia, po kilku dziesięciu latach życia w iluzji są bardzo trudne i wymagają ode mnie dużo wysiłku i cierpliwości. Wiele zdarzeń innych od moich oczekiwań, czy zachcianek sprawia mi bul, wywołuje złość  i niechęć. Uważna obserwacja siebie pomaga mi zrozumieć i zaakceptować sytuację i pewne zdarzenia niekorzystne dla mnie i mojej rodziny. To właśnie członkowie mojej rodziny są często przyczyną utrapień i załamań nerwowych. Czasem podniesiony głos, gest niezadowolenia, banalna krytyka wywołują napięcie, chaos i ciężko do zrozumienia atmosferę we własnym domu. Zwykłe bzdety są przyczyną poważnych konfliktów. Pojawia się pytanie - co począć z tym fantem? Ano zaakceptuj ich takimi jacy są! Pragnę nadmienić, że zanim  cokolwiek zaakceptuję, droga jest nie jedno- krotnie bardzo długa. Wielką pomocą w tych problemach jest dziesiąty i jedenasty krok programu AA. A więc z miejsca przyznaję się do popełnianych błędów i staram się je rozwiązać najlepiej jak potrafię. Poprzez modlitwę i medytację dążę do pojednania z Bogiem jak kol wiek go pojmuję i proszę o poznanie jego woli wobec mnie. Długie modlitwy, udział w dniach skupienia w Zakroczymiu cz w Leśnej Podlaskiej pomagają mi zrozumieć i przyjąć wszystko co spotyka mnie w życiu. Co począć z upokarzającym wstydem, tchórzostwem, bezradnością, lękiem przed ludźmi, wewnętrznym głosem, który mówi, że moje życie to koszmar i rumowisko. Wielokrotna modlitwa przyniosła ulgę i akceptację na zło jakie mnie osaczało, dręczyło. Osoby duchowne są mi wielką podporo w realizacji jedenastego kroku. Ci ludzie poświęcili mi wiele swego cennego czasu, wysłuchując mego płaczu i braku tolerancji. Umiejętność przyjmowania z pokorą uwag tych osób pomogła mi zaakceptować wiele uraz i niepowodzeń. Życzliwość jaka mnie spotyka od innych ludzi nie jest moją własnością.
Po przyjściu na pierwszy mityng, dostrzegłem nie sam owite sytuacje i zdarzenia. Ludzie, których spotkałem byli zadowoleni, że do nich przyszedłem – ja, zwykły wyrzutek społeczny. Okazali mi ciepło i serdeczność, chętnie opowiadali o sobie z wielką szczerością. Udzielali mi wszelkich wyjaśnień i informacji. Odpowiadali na pytania nie pytając kim jestem i z kąt pochodzę. To nie bywałe! Byłem przekonany, że nie ma miejsca gdzie doznałbym ulgi w cierpieniu, a tu proszę – dosłownie wszyscy byli gotowi pomóc mi w moim utrapieniu i nieszczęściu. Zachowanie przyjaciół z grupy AA, okazanie mi pełnej aprobaty, akceptowanie mnie takiego jakim jestem. Nadało kierunek i bieg moich obecnych zachowań i przeżyć. Od tamtych wydarzeń, każdy upadek i porażkę nie do rozwiązania. Przenoszę w czasy przeszłe okres w którym dla mnie nie było miejsca na ziemi, gdzie mógłbym doznać ulgi w cierpieniu. Wiem, że można rozwiązać każdy problem przy odrobinie wiary w drugiego człowieka, zawierzając go sile wyższej. Przyjąć życie takie jakie jest i zaakceptować je. Regularne uczestnictwo w mityngach, podejmowanie służb na grupie – pomaga mi w realizacji hasła „pomagając innym, pomagasz sobie”. Na początku mojej drogi we wspólnocie, przyjaciele zaakceptowali mnie. Teraz staram się postępować tak jak oni, przyjmując z radością każdego kto przyłącza się do naszej wspólnoty. Akceptacja każdego człowieka jest nieodzowna w mojej drodze do zdrowia.
Pogody ducha – Jan alkoholik



Akceptacja gwarantem trzeźwości (?)

    Jeśli ktoś nie zauważył, to dodałam do tytułu znak zapytania. W ten sposób zdanie twierdzące stało się pytaniem. Dlaczego? Bo mam wątpliwości, kto da mi gwarancję. Jeśli przyznam się, że zaakceptowałam swoja chorobę, to czy mam już gwarancję, że do końca życia będę trzeźwa? Oczywiście, że nie, bo to byłoby zbyt proste i nie ma kogoś takiego. Jednak akceptacja jest ważna w moim życiu, bo pozwoliła mi zrobić pierwszy krok na drodze do trzeźwienia.
     Kiedy trafiłam na swój pierwszy w życiu miting AA (było to zimą 1997 r.), byłam ogłupiała, przerażona, ale też zbuntowana i zdegustowana. Pomyślałam wtedy: ja tu nie pasuję, co ja tutaj robię? Jestem przecież od tych ludzi lepsza, bardziej wykształcona, nie upadłam tak nisko. Po 10 latach, kiedy poszłam po raz drugi na swój pierwszy miting, już byłam bliżej rynsztoka. Chociaż ludzi oceniałam podobnie, jak poprzednio (nadal czułam się lepsza) i nie poniosłam takich ciężkich strat jak inni, to było trochę inaczej. PODWYŻSZONE DNO. „Alkoholicy, którzy nie stracili jeszcze zdrowia, rodziny, pracy, a nawet dwóch samochodów w garażu, zaczęli rozpoznawać swój nałóg. Z czasem poszło w ich ślady także wielu młodych ludzi, którzy zaledwie przekroczyli próg potencjalnego alkoholizmu. Zostało im zaoszczędzone dziesięć czy piętnaście lat dosłownego piekła, przez które przeszła reszta z nas.” (12x12, str.25). Poczułam ulgę. Wreszcie gdzieś pasowałam. W poprzednim życiu moje picie wyrzuciło mnie poza rodzinę, przyjaciół, byłam poza nawiasem, na marginesie.
    Na mitingu byłam u siebie. Zamiast szukać różnic, zobaczyłam u innych wiele wspólnych cech. Wykształcenie – poznałam lekarzy, adwokatów, inżynierów. Płeć – było więcej kobiet, zadbanych, dobrze ubranych, uczesanych i umalowanych. Wiek – byłam starsza, więc nie odróżniałam się już tak bardzo, jak wcześniej. Doświadczenie – „ dorobiłam się” wszywki i dwóch detoksów. Usłyszałam od kogoś na mitingu: „odnalazłem swoją tożsamość”. Dzisiaj mogę powiedzieć to samo: jestem alkoholiczką, kobietą, matką, przyjaciółką, koleżanką itd. Przede wszystkim jednak jestem alkoholiczką. Akceptacja tego faktu, mojej choroby i mojej nowej tożsamości daje mi gwarancję, o której mowa w tytule.
     Każda gwarancja, nawet ta w sklepie, ma swoje warunki. Dla mnie te warunki są proste: każdego dnia mam pamiętać, że jestem alkoholiczką, chodzić na mitingi, czytać literaturę AA, dbać   o swój rozwój duchowy. To działa, ale… Jakiś czas temu przeczytałam też to, co w mojej karcie gwarancyjnej było napisane małym drukiem: podejmij służbę! Zaczęłam od mycia kubków, kolportażu literatury na grupie, prowadzenia mitingów. Potem kolejne służby w grupie, intergrupie, warsztatach. Dając innym najbardziej pomagam sobie.  I to jest gwarancja mojej trzeźwości.
Z pozdrowieniami Iza AA



Akceptacja 

    Akceptacja stanowi dzisiaj odpowiedź na moje wszystkie problemy. Jeżeli coś wywołuje mój niepokój, zawsze jest to osoba, miejsce, rzecz lub sytuacja – jakiś fakt występujący w moim życiu, którego nie potrafię zaakceptować. Dopóki nie zaakceptuję tej osoby, miejsca, miejsca lub sytuacji, jako takich jakie one są w tym momencie, dopóty nie osiągnę pogody ducha.
    Nic, absolutnie nic nie zdarza się omyłkowo. Dopóki nie potrafiłem zaakceptować mojego alkoholizmu, nie potrafiłem zachować trzeźwości.  Jeśli nie zaakceptuję życia takim jakie ono jest, nie będę szczęśliwy.  Powinienem skoncentrować się nie tyle na tym, co mogę zmienić w otaczającym mnie świecie ile na tym, co mogę zmienić w sobie i swoim stosunku do świata.
    Dużo czasu w moim życiu zużyłem na to, by zajmować się błędami innych ludzi. Jest to najgorsza postać samozadowolenia, ponieważ pozwala nam w wygodny sposób odsuwać na bok nasze własne błędy. Aż nadto często powtarzaliśmy dotychczas: gdyby nie on/ona – jakże byłbym szczęśliwy. Samoakceptacja jest pierwszym krokiem do wysokiej samooceny. Zaakceptować siebie z całą swą pozorną dwuznacznością i sprze= cznościami, pozwolić sobie być tym kim jesteś bez osądzania się, to stworzyć kontekst dla bezwarunkowej miłości do innych.



Akceptacja vs Pycha

    Mam na imię Mariusz i jestem alkoholikiem. Kilka dni temu redaktor Mityngu poprosił mnie abym napisał artykuł na temat Akceptacji. Prośbę swoją argumentował tym, że do tej pory nikt nie napisał na ten temat, a niedługo ma ukazać się kolejny numer. Pomyślałem - spróbuję. W pośpiechu i bez zastanowienia, bez chwili rozmowy z kimkolwiek na ten temat, usiadłem i napisałem. Jak zwykle wysłałem najpierw mailem do sponsora. W głębi duszy wierzyłem, że powstał kolejny dobry artykuł, że super trzeźwieję. W niedzielę przed mityngiem sponsor powiedział, że musimy porozmawiać, że artykuł w takiej formie nie może się ukazać. Trochę byłem zawiedziony i myślałem, że chodzi o jakieś literówki. W poniedziałek zadzwoniłem i umówiliśmy się na rozmowę. Chwilę potem siedziałem ze sponsorem przed komputerem, czytał każde zdanie, każde słowo głośno pytając o co mi chodzi i co to znaczy. Słuchałem i tak naprawdę sam nie potrafiłem wyjaśnić, co napisałem. Zdania były wyrwane z kontekstu, chaotyczne, slogany i teoretyzowanie, zasłyszane uogól- nienia, bez żadnych konkretów. Siedziałem  i czułem, że gardło mi zatyka ze wstydu. Pomyślałem, co za bzdury wypisałem. Chyba w ogóle nie rozumiem, co to jest ta Akceptacja. Czułem wstyd i złość na siebie i na niego, że jak na dłoni pokazuje mi moje braki, niedoskonałości, małe doświadczenie, pychę, zarozumiałość, brak refleksji. Pomyślałem, że już długo niczego nie napiszę. W końcu sponsor zaczął mi wyjaśniać, o co naprawdę chodzi, że akceptacja to realność, rzeczywistość, z którą często nie chcę się pogodzić. /Tak jest, tylko ja śmiem myśleć inaczej/. Wyszedłem ze spotkania z poczuciem porażki; zawiedziony i rozczarowany. Markotny szybko poszedłem spać. Następnego dnia cały czas myślałem o tym zdarzeniu, nie dawało mi ono spokoju. W końcu przyszło olśnienie - ja nie chcę zaakceptować tego, co usłyszałem o sobie, nie chcę się z tym pogodzić. Pomyślałem sobie, że na przyszłość chyba jednak dobrze porozmawiać z kimś zanim zabiorę się za pisanie o czymś, o czym nie mam zbyt wielkiego pojęcia. Pewnie całe zdarzenie było mi potrzebne, żebym jeszcze raz zrozumiał, że to pycha przeszkadza mi coś usłyszeć lub zaakceptować.
Pozdrawiam!



CZY W PAŹDZIERNIKU MUSZĘ BYĆ TAK CHOLERNIE POKORNY?

    Często słyszymy na naszych mityngach, że nie jesteśmy święci i pewnie długo nam to jeszcze nie grozi. Bardziej oczekujemy od siebie rozwoju duchowego, niż doskonałości. To, co warto   w życiu osiągnąć, to stan pokory. Ale jak wygląda to w praktyce? Spróbujmy prześledzić.
…. Zupełnie zapominałem o słowach - Nie próbuj być zbyt dobry do czwartku! - które zostawił nam jeszcze Bill W. Może do dzisiaj nabrały one już podręcznikowego smaku, ale bliższe spojrzenie pokazuje, że jest to sprawdzony sposób ostrzegania przed pychą, wyimaginowaną doskonałością i nieuzasadnioną dumą.
      Gdy po pewnym czasie we wspólnocie zostajesz wybrany do służb, natychmiast wokół ciebie znajdą się ludzie, którzy będą ci przytakiwać, choćbyś i nadal gadał głupstwa, zaczynają cię szanować, dostrzegać, a potrzeba akceptacji szybko może przerodzić się w potrzebę dominowania. Trzeba wielkiej siły woli, aby złapać ten moment i nie pozwolić sobie zgłupieć. Z zaczadzenia, gdy wydaje się nam, że oto prawie zawsze mamy rację, rodzi się łatwość idealizowania siebie i niestety łatwość potępiania innych. Dostęp do informacji AA sprawił, że wiedziałem więcej, i to też, że inni tego nie wiedzą. Wreszcie czułem się kompetentny i odkrywałem bezmiar niekompetencji innych.  Powoli, opętany ambicją, bujając gdzieś w obłokach, przestawałem szukać porozumienia z przyjaciółmi.
…..Zaniechałem tego, co jest chyba najistotniejszym elementem pokory - nieustanne potwierdzanie, czy nie zbaczam na manowce, bo do tego niezbędny był udział w sumieniu grupy, do tego dobrowolny, uczciwy, pełny. Wolałem, aby się działa moja wola. Dzisiaj wiem, że wracał obłęd, a z nim samotność.
….Zupełnie podręcznikowo wpadałem prosto w schematy z czasów mojego picia, kiedy koncentrując się zbytnio na potęgowaniu przyjemności, budowałem niebezpieczny egocentryzm. Znów pojawiły się te same, stare cele - moc, sława i uznanie.
Tylko wspólnocie mogę podziękować za możliwość zrobienia inwentury osobistej i codzienne jej uzupełnianie. Najlepiej wyraża to fragment z książki UWIERZYLIŚMY str 135 „Dane mi było spojrzeć obiektywnie na to, kim byłem i kim się stałem. Po raz pierwszy w życiu wyraźnie dotarto do mnie, że jestem bezwzględnym skończonym draniem i stuprocentowym farbowanym lisem. Byłem tak egocentryczny  i miałem tak rozbuchane „ ja", że omal siebie nie zniszczyłem. Przez lata obcowania  z AA nauczyłem się jedynie „nie odkorkowywać flaszki". Zupełnie natomiast nie zadbałem o to, żeby podjąć pracę nad w s z y s t k i m i Dwunastoma Krokami”.
…..Nawet przez moment nie zabiegałem o to, aby wprowadzać w swoje życie to, co mówiłem. Mityng to mityng,  a życie życiem. Na mityngu niosłem przecież posłanie, to „oni” mieli się zmieniać a „cel uświęca środki”. Mówiłem tak, aby „oni” zrozumieli to, czego sam nie chciałem zrozumieć.
….Musiałem więc ponownie rozpocząć swoją drogę. Początkiem było poproszenie o pomoc i przewodnictwo. Przed sponsorem mogłem nareszcie być szczery i wyjaśniać wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i prawda rozumu wyraźne się rozmijały, gdy traciłem swą spontaniczność    i zaczynałem się czuć jak jakaś marionetka w nieswoim płaszczyku. Łatwo powiedzieć, że „mam być sobą”, ale co to znaczy?
…..Chwilowe przyjemności powodowały chwilową poprawę samopoczucia, ale na dłuższą metę osłabiały wolę działania, zagłuszały poczucie czasu. Samozadowolenie to najlepsza droga do wyprowadzenia w pole. Zobaczyłem, jak wielkim szczęściem jest, że mam czujnego, wymagającego sponsora, któremu na sercu leżą moje postępy. Łatwo szachrować z samym sobą, posługiwać się kłamstwem czy szukać fałszywych usprawiedliwień. Ale wobec sponsora czuję się zdemaskowany, a  nawet zawstydzony. Nieraz odnoszę wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak mu tolerancji i zrozumienia. A jednak nie widać na nim zniechęcenia. Krytykuje, dodaje ducha, żałuje, ma nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag. Dziwię się często, że nie nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z tej pracy jest dumny. Nie potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka tajemnica.
 ….Załamać się, poddać, potrafi każdy. Być zwycięzcą, przestać pić i odnajdywać radość życia jest daleko trudniejsze niż być pokonanym, ale równocześnie nic nie daje takiej satysfakcji jak pokonywanie kolejnych przeszkód życiowych. Tę drogę mogą rozpocząć wszyscy, ale efekty są dla wytrwałych, tych, którzy tej drogi uczciwie pragną.
 
… Nieustanna służba we wspólnocie staje się wspaniałą kuźnią charakterów. Uczę się powoli tej trudnej sztuki, uczę się walczyć z sobą, z pokusą pychy i samowoli. A jeśli chodzi o pokorę, to zdaje się, że jest przydatna nie tylko w październiku.
Marek



Moja Pierwsza Rocznica

    Marzyłem o tym, aby swoją pierwszą rocznicę trzeźwości zrobić na Detoksie w Szpitalu Praskim, na swojej macierzystej grupie „Przemienienie”, gdzie zacząłem nowe życie. Życie, o jakim nawet nie śniłem. Chcę się z Wami podzielić się nie tyle samą rocznicą, ile było osób i czy smakował tort z tą jedną świeczką. Chcę napisać pokrótce jak do tego dnia doszło i co się zadziało w tym pierwszym roku.

    Na Detoks trafiłem prawdę mówiąc nie po to aby się rzucić w ramiona Wspólnoty AA, lekarzy i terapeutów. Mój cel był zgoła całkiem inny. Po prostu już nie wiedziałem, gdzie się podziać i co dalej ze sobą zrobić. Takim sposobem znalazłem się na odtruciu. Na ścianie oddziału szpitalnego w zaleceniach dla pacjentów wyczytałem taką oto informację: „OBECNOŚĆ PACJE- NTÓW NA MITYNGU ANONI- MOWYCH ALKOHOLIKÓW o godz. 18:30 , OBOWIĄZKOWA!!!” Co jest grane? - nawet w szpitalu nie dadzą spokoju, tylko jakieś dziwne NAKAZY! Włos mi się zjeżył na głowie. Przecież ja nie jestem żadnym alkoholikiem. Piwoszem to może tak, ale nałogiem absolutnie nie! To, że przesadzałem w ilościach wypitego trunku nie znaczy, żeby kierować mnie od razu na jakieś tam dziwne spotkania AA. Co ludzie powiedzą, jeśli to wyjdzie na jaw? Wściekły i rozgo- ryczony, choć udając spokój, żebym w oczach innych towarzyszy niedoli nie wyszedł na słabeusza i mięczaka, poszedłem. SKORO KAŻĄ! Jakie było moje zdziwienie kiedy zobaczyłem „TYCH”, co wchodzą na odział na kilkanaście minut przed rozpoczęciem  mityngu. Normalnie czysto ubrani i zadbani ludzie. Patrzyłem z niedo- wierzaniem. Nikt nie miał „sinego nosa” ani podartych gaci! (bo takie było moje wyobrażenie o alkoholikach). Nagle weszło kilka kobiet. Pomyślałem, że to jakaś prowokacja ze strony personelu oddziału. W tym momencie już nie tylko z NAKAZU ale i z ciekawości poszedłem. Czekałem kiedy się zacznie mityng i co takiego Ci alkoholicy mają mi do przekazania, jak i w jaki sposób mogą mi pomóc? Usiadłem w kącie, gapiłem się i słucha- łem, czasami pokazywał mi się na twarzy ironiczny uśmieszek. Przecież obok mnie siedzieli koledzy z sali.       
    O dziwo nikt z obecnych „gości” nie nakazywał mi abym kategorycznie zaprzestał picia, usłyszałem, że jeśli nie uważam się za osobę mającą problem z nadużywaniem alkoholu mogę w każdej chwili iść i spróbować dalej powalczyć z tym „wrogiem”, ale    w każdej chwili mogę wrócić. Nikt mnie nie wygoni i nie będzie zakazywał wstępu. Te słowa nie były skierowane bezpośrednio do mnie. Zapamiętałem fragmenty zdań : „w bezsilności siła”, „poddałem się, ja już nie walczę”. W moim i tak już skołatanym umyśle zrobił się jeszcze większy rozgardiasz. Co to wszystko znaczy? Te słowa, sugestie i ta modlitwa na koniec, nie mogłem tego wszystkiego pojąć.

    Dzisiaj wiem, że ten dzień, w którym Wspólnota Anonimowych Alkoholików stanęła mi na drodze był przełomowym dniem w moim życiu. Od kiedy zacząłem stosować te zasady, słuchać sugestii innych alkoholików abym chodził na mityngi, podjął służbę, czytał literaturę i znalazł sobie sponsora - pomogło. Te wszystkie porozrzucane klocki powoli zaczęły się układać w taki normalny kształt. Godzina po godzinie, dzień po dniu, życie zaczęło nabierać sensu i wiary w to, że jednak można żyć bez alkoholu. Anonimowi Alkoholicy przyszli do mnie podzielić się swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją,.. i ja z tego skorzystałem. Cieszę się, że żyję inaczej. W zgodzie z naturą i drugim człowiekiem. Potrafię docenić to co dzisiaj mam. Przed trudnymi sprawami życiowymi nie uciekam, bo i dokąd …? Staram się je rozwiązywać na bieżąco, nie robię projekcji … co to będzie jeśli?, żebym darmo się denerwował i wypalał energię? Powierzam się swojej Sile Wyższej i to pomaga. Tego wszystkiego doświadczam we Wspólnocie AA i staram się to wszystko wdrażać w swoje TRZEŹWE ŻYCIE. I tak oto minął pierwszy rok mojej trzeźwości, dwanaście miesięcy, które nie poszły moim zdaniem na marne. Ktoś powiedział, że „doczłapałem” do tej rocznicy. NIE! Ja na ten dzień ciężko pracowałem. Uwierzyłem drugiemu alkoholikowi, posłuchałem  terapeutów. Od Wspólnoty AA dostałem program, sposób na godne życie bez alkoholu i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Wiem, że to ja sam zdecydowałem o swojej trzeźwości ale sam nie mógłbym tego dokonać bez Waszej pomocy drodzy przyjaciele. Jeśli ktoś  zapyta czy już czuję się pewnie? - odpowiem NIE, jeśli chodzi o alkohol - ale za to czuję się bezpiecznie w otoczeniu innych trzeźwiejących alkoholików. Mój przyjaciel często mówi tak: „polubiłem trzeźwe życie”. Ja zamiast tego „polubiłem” powiem POKOCHAŁEM. Wiem, co znaczy Pogoda Ducha, widzę ją u przyjaciela, który jest moim sponsorem. Pomimo ciężkiej choroby jest     w nim pełno radosnego życia. To jest właśnie urok AA. Utkwił mi w pamięci artykuł ze styczniowego/2006 biuletynu „MITYNG” Jestem trzeźwy … I co dalej? Dzisiaj znam odpowiedź na to pytanie. Jeśli ktoś  mnie spyta, gdzie są wskazówki aby odnaleźć drogę do Boga, odpowiem – dziś nie pij, idź na mityng, czytaj literaturę AA, rozmawiaj ze sponsorem. To działa.    A wracając do samej rocznicy, to tortu starczyło wszystkim i nawet smakował. Pochwalę się - była nawet moja kochana żona Marzenka. Po raz pierwszy na mityngu AA, a jednak i jej się spodobało (przynajmniej tak mówi). Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i życzę kolejnych 24 godzin. Warto spróbować trzeźwości. Nie kosztuje zbyt wiele, a rezultaty przechodzą najśmielsze oczekiwania.
Andrzej alkoholik



TRADYCJA DZIESIĄTA

„Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało uwikłane w publiczne polemiki.”

    Na niektórych mityngach początek spotkania wygląda tak, że gdy wszyscy chwytają się za dłonie tworząc krąg, a prowadzący mówi: „wyciszmy się i pomyślmy, po co tutaj się zgromadziliśmy” (lub podobnie).
W tej jednej, krótkiej chwili, przez ułamek sekundy, w mojej głowie wyświetla się film, zapisany na taśmie podświadomości – przypomina mi się lęk, jaki czułem gdy jeszcze piłem. Przypominam sobie, kim jestem, co się ze mną stało i jaki jestem obecnie. Oraz dzięki czemu i komu, a  właściwie Komu dzisiaj żyję. Jaką drogę przeszedłem. Dobrze, że przypomina mi o tym Prowadzący. Mógłbym łatwo zapomnieć DLACZEGO jestem na mityngu. Potem czytamy Preambułę, „Jak to działa” oraz Kroki i Tradycje. Za każdym razem. Rytualnie. Jakbyśmy bali się, że zapomnimy to, co najważniejsze. I to właśnie także jest mi bardzo potrzebne.
Gdy słucham preambuły, która mówi o naszym jedynym celu, gdy słucham Tradycji Piątej, która podkreśla, że celem istnienia grupy jest niesienie posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi, także przypominam sobie, PO CO siedzę na mityngu. Tak łatwo mógłbym zapomnieć o najważniejszym.
    Kiedy jestem na mityngu, zostawiam za sobą świat mediów i telewizji – oczu pałających agresją, wypluwanych ze złością poglądów, jedynie słusznych racji i argumentów nie do zbicia; zostawiam świat agresji i politycznych przekomarzań, zostawiam rozzłoszczone pielęgniarki, strajkujących lekarzy, występujących ministrów, krzykliwych opozycjonistów, interpelacji, dochodzeń, gromów rzucanych z jasnego nieba, zostawiam dyskusje o rynku pracy, o imigracji, o służbie zdrowia, o remisie z Portugalią, o tym, czy ktoś jest łajdak, czy nie, zostawiam bijące w oczy tytuły, terkoczące kolorem reklamy i cały ten bigos, w którym zanurzam się co dzień, jako normalny, funkcjonujący w świecie człowiek. Gdy wchodzę na mityng, oczyszczam swoją duszę z brudu tamtego świata, jakbym brał prysznic z aowskiej miłości. Dlatego wychodzę z mityngu z uczuciem oczyszczenia.
    Tradycja dziesiąta daje mi gwarancję, że AA nie zanurzy się w szambie życia publicznego. Choćby pobieżna obserwacja jakości tego życia publicznego (wystarczy włączyć telewizor, albo przeczytać gazetę i już czujemy ten „smród”) pokazuje, że nie można poruszać się w nim w taki sposób, żeby się tym szambem nie ubrudzić. Nawet najpiękniejsza idea, wrzucona w nurt spraw współczesnego świata, choćby u jej podstaw były naprawdę szlachetne intencje, także szambem się ubrudzi. Czyż w moim sercu nie budzą się mocne wątpliwości, gdy widzę zaangażowanie Kościoła, którego jestem członkiem, w rozliczne „doczesne” sprawy, w tym polityczne?
    Czasem jestem świadkiem, jak w naszej Wspólnocie toczone są gorące spory. Ba, można by rzec, że spory przeradzają się nawet w kłótnie. Ktoś gardłuje na konferencji i jest aż czerwony z emocji. Kto inny krzyczy na spotkaniu Rady Regionu. Jeszcze ktoś inny gestykulując mocno spiera się z innym AA na Intergrupie.
    Ale dzisiaj już mnie to nie drażni. Nie kiwam głową i nie mówię do siebie: „a fe, jak tak można!”. Bo wiem, że te spory, te – wydawałoby się czasem kłótnie nawet – mają wspólną pożywkę. Jest nią troska o AA. Gdy się więc czasem zdarzają, myślę sobie, że jestem w dobrym miejscu – wśród ludzi, którym NA CZYMŚ ZALEŻY. Zależy na AA. I kiedy tak pomyślę, kiedy pomyślę, że ten ktoś kto ma całkiem ode mnie odmienne zdanie w jakiejś kwestii, to ma ten sam cel co ja, to od razu mi lżej i weselej.
    I cieszę się, że o coś się spieramy, ale zgodnie z Tradycją Dziesiątą robimy to tylko i wyłącznie w jednym celu – żeby AA jeszcze lepiej działało, żeby jeszcze lepiej niosło posłanie.      
Tomek AA



UCIECZKA OD  SIEBIE

Na podstawie SHARE May 1996 str.  6-7
 
    Zachowania kompulsywne obecnie stają się tematami "z pierwszych stron gazet". Codziennie w telewizji pojawiają się osoby cierpiące na takie zaburzenia. Przez lata przekonanie, że jest to tylko mój osobisty problem napawało mnie lękiem, że ktoś może to odkryć. Dziś już nie czuję się dziwakiem. Wiem, że jest to choroba, na którą podobnie jak ja uskarżają się miliony mi podobnych, a także, że moje kompulsywne i uzależnione zachowania nie są moim skrywanym grzechem.
    Od wczesnego dzieciństwa szukałem sposobu na skuteczną ucieczkę od otaczającej mnie rzeczywistości, od samego siebie i od życia. Miałem nieprze- partą ochotę na ucieczkę od lęków i wiecznych moich niedociągnięć i uczucia nieprzystosowania. Jako dziecko uciekłem w świat książek i fantazji; byłem zachłannym czytelnikiem     i marzycielem. Godzinami potrafiłem pławić się w swoim urojonym świecie. Czasami czułem się jakbym dotykał czegoś co jest umieszczone za szklanymi drzwiami. Nawet wtedy stanowiłem dla siebie wielkie zagrożenie. Wkrótce odkryłem to co określane jest mianem "zaburzenia łaknienia" i uczepiłem się tego tak jak tonący brzytwy. To zaburzenie stanowiło o mojej tożsamości, a co więcej, było jak gdyby społecznie akceptowalne. Problemy z jedzeniem miały bardzo niekorzystny wpływ na mnie, gdy byłem dwudziesto- i trzydziestolatkiem. Jako dziecko pamiętam, że jedzenie było wszechobecne. Skoncentrowany na nim był cały system nagród jak i gróźb. Nie dziwne, że byłem dzieckiem otyłym do czasu gdy w wieku piętnastu lat odkryłem "świat diet". Rozpoczął się mój koszmar; nieustannie oscylowałem pomiędzy głodzeniem się i karykaralną szczupłością   i objadaniem się ponad miarę co wpływało na gwałtowne przybieranie na wadze i towarzyszącą temu depresję. W związku z zaburzeniami łaknienia pojawiły się uczucia i zachowania podobne jak przy uzależnieniu od alkoholu: lęk, wstyd, i poczucie winy. Dziś uświadamiam sobie, że całe moje życie było nieustannym balansowaniem pomiędzy restrykcyjną  kontrolą a jej utratą. Wykraczało to oczywiście poza moje problemy z jedzeniem. Nigdy nie było we mnie równowagi fizycznej, emocjonalnej i umysłowej. Zawsze wynajdowałem jakieś bardziej oczywiste lub sprawiające mi kłopot sposoby. W pewnym sensie wszystkie moje poczynania w takich aspektach mojego życia jak: nauka, praca, ćwiczenia fizyczne, relacje z innymi itp. miały charakter kompulsywny. 
    Alkohol, który po raz pierwszy spróbowałem w wieku czternastu lat stał się najskuteczniejszym lekarstwem. Ale picie alkoholu było jedynym przynależnym mi zachowaniem, które uważałem przez długi czas za normalne. Nawet najbardziej szalone okresy mojego picia wydawały się normalne, bo inni czynili podobnie. Ponadto jeszcze kilka lat temu mogłem na jakiś czas zaprzestać picia, czy też pić "umiarkowanie" przed dłuższe okresy. Z reguły piłem w towarzystwie, rzadko w samotności i potajemnie. Nie odczuwałem dolegliwości zdrowotnych. Jakże nierealistyczne były wszystkie moje dylematy pomimo, że w zasadzie odpowiedziałem  "tak" na większość pytań w kwestionariuszu - "Czy masz problem z piciem?". Ponieważ moje picie intensyfikowało się, by osiągnąć swoje apogeum, gdy byłem dwudziestolatkiem trudno mi było dostrzec rozwój choroby. Gdy dwa lata temu odnalazłem Wspólnotę AA, trudno mi było wtedy zaprzeczyć, że mam problem z alkoholem choć do końca nie byłem przekonany, że znajduję się we właściwym miejscu. Moim osobistym dnem było dno emocjonalne, dlatego też nie miałem doświadczeń w zakresie fizycznej degeneracji i utraty kierowania swym życiem podobnych do opisywanych przez innych. Jedyny alkoholik, którego znałem, gdy już bliski byłem swojego upadku jawił mi się jako wrak człowieka, którego społeczeństwo i autorytety lekarskie spisały już na straty. Nie rozumiałem także dlaczego mam całkowicie przestać pić, gdy nie jestem w stanie porzucić wszystkich moich innych zachowań będących powodem moich problemów. Musiałem tym wszystkim kierować, czyż nie?. Dlaczego więc mam wyrzec się alkoholu? Nigdy nie chciałem zostać alkoholikiem, ponieważ w odróżnieniu od zaburzeń łaknienia, alkoholizm nie był społecznie akceptowalny. Zabrało mi to około sześciu miesięcy nim zajaśniało we mnie światełko, dzięki któremu dostrzegłem istotę mojego problemu; mam fizyczne uzależnienie od alkoholu, co w praktyce oznacza, że gdy sięgnę po pierwszy kieliszek mój organizm domaga się następnych. Niezależnie od stanu mojego umysłu, ducha i emocji, to fizyczne uzależnienie nigdy mnie nie opuszcza. Psychiatrzy mogą przeanalizować całe moje dzieciństwo i wysnuć hipotezy dlaczego jestem tym kim jestem; inne grupy samopomocowe i wspólnoty dwunastokrokowe mogą dać mi sugestie zawarte w programach, ale dopiero Wspólnota AA utwierdza mnie w przekonaniu, że mam alergię na alkohol i tylko całkowita abstynencja może być dla mnie rozwiązaniem. Dziś widzę, że wszystkie symptomy mojej choroby mają odniesienie w Programie. Odczuwam coraz więcej równowagi we wszystkich aspektach mojego życia, nabywam przekonania o własnej wartości i akceptuję otaczającą mnie rzeczywistość. Wierzę w Siłę Wyższą i spra- wowaną przez nią kontrolę nad moim życiem  pod warunkiem, że Jej na to pozwolę. Rozumiem działanie silnej woli. Ponieważ do końca życia pozostanę alkoholikiem - a więc osobą o kompulsywnej osobowości, tylko z pomocą Programu i drugiego alkoholika mogę się nauczyć żyć z tym w zgodzie. Każde 24 godziny daje mi dziś satysfakcję. Najważniejszym jest jednak fakt, że opuściła mnie obsesja picia. Wiem, że mogę przeżyć, gdy zetknę się z kilkoma batonikami Mars, a z całą pewnością nie przeżyję w kontakcie z czteropakiem mojego niegdyś ulubionego piwa.



Trzy Legaty Dziedzictwem Wspólnoty AA

    Mam na imię Jerzy. Od trzech lat nie piję alkoholu, od dwóch lat trzeźwieję we Wspólnocie AA. Od kilku miesięcy pełnię służbę kolportera w grupie AA.
    W sobotnie upalne przedpołudnie po raz pierwszy jestem na spotkaniu Intergrupy Alfa. Przyszedłem  dużo wcześniej. Jeszcze prawie nikogo nie ma, ktoś szykuje szklanki na kawę, kolporter rozkłada książki, skarbnik wyjął bloczek KP.
    Ja, "wolny strzelec", siedzę i myślę: czym są  trzy Legaty AA, które mają być tematem warsztatów na dzisiejszym spotkaniu? Legat kojarzy mi się z ważnym dokumentem jak zapis w testamencie. W broszurze "Grupa AA... gdzie wszystko się zaczyna" na stronie 51 czytam, że Trzy Legaty AA to zbiorowa mądrość wypływająca z nagromadzonych doświadczeń pionierów Wspólnoty AA. Są one ze sobą nierozerwalnie powiązane  i obejmują całość działania Wspólnoty AA. Działania, które gwarantują istnienie wspólnoty (Legat drugi), indywidualne zdrowienie uczestników (Legat pierwszy)  i ciągłość posłania (Legat trzeci). Nie czas na szczegółowe omawianie Legatów AA. Polecam lekturę "Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość". Czytałem ją jak powieść sensacyjną o trudnych początkach AA. Kłótnie, walka o przywództwo, romanse i pieniądze o mało nie rozwaliły Wspólnoty AA. Warto przeczytać. Książka dostępna jest u każdego kolportera.
    Chciałbym tylko zwrócić uwagę na pewien istotny szczegół naszego dziedzictwa, a mianowicie w jakiej formie napisane są "Wielka Księga" i zawarte w niej Kroki. Otóż 12kroków AA stanowi sprawozdanie z tego, co pierwsza setka trzeźwiejących alkoholików robiła w ciągu pierwszych pięciu lat istnienia AA po to, by zachować trzeźwość. Napisane są one w pierwszej osobie liczby mnogiej, w czasie przeszłym dokonanym. Uważam, że to ważne. Autorzy nie piszą "Musisz zrobić gruntowny i odważny obrachunek moralny". Piszą: "Zrobiliśmy gruntowny  i odważny obrachunek moralny". Przekaz Kroków więc brzmi: "My zrobiliśmy to i to, jeśli masz podobny problem możesz zrobić to samo. Możliwe, że i tobie pomoże. A jeśli nie chcesz to szukaj czegoś innego. Zawsze masz wybór: możesz nadal pić i cierpieć, albo możesz spróbować tego co nam pomogło". Taka forma przekazu obowiązuje od ponad siedemdziesięciu lat na wszystkich mitingach świata. Wspaniały zapis w testamencie, choć nie wprost. Na mitingach każdy mówi w swoim imieniu, nie ocenia. Mówi tylko o sobie. Ja zrobiłem to tak i tak, jeśli zechcesz możesz z tego skorzystać......I to ma być cała tajemnica zapisana w trzech Legatach AA? "Rób tak jak ja, a będziesz taki jak ja". Spójrz na Adama, Małgosię , Stefana - im się udało przestać pić, dlaczego więc nie ma się udać tobie? Ja spróbowałem, więc i ty drogi czytelniku dołącz do nas....
    Dziękuję wam , że jesteście.. pozdrawiam z Pogodą Ducha do zobaczenia na szlaku.
Jerzy AA z Bydgoszczy




Krok 10 czyli walka z odkładaniem spraw na później.   

    Zrozumiałem wreszcie, że muszę skupić więcej uwagi na tym, aby nie przeoczyć mostu prowadzącego do trwałej trzeźwości. Krok Dziesiąty to nie jest miejsce, gdzie można się zatrzymać. To jest punkt łączący wysiłki poznania samego siebie i chęci poznania woli Boga, Boga jak go pojmuję.
    Nie miałem ochoty, by wkraczać na tę drogę. Miałem wrażenie, jak gdyby Bill W. stracił rozpęd i zamiast skierować się do Kroku Dwunastego, niepotrzebnie zatrzymał się jeszcze raz przy kroku obrachunku moralnego. Z powodu odrzucania religii, buntowi przeciwko niej, szczególne trudności miałem ze zrozumieniem Kroku Czwartego, zrozumieniem ważności zasad moralnych sugerowanych w "12x12". Bardzo przydatna okazała się Wielka Księga, bo mówi ona raczej o obrachunku osobistym, nie zaś o obrachunku moralnym, pozostawiając wolną drogę niewierzącym, agnostykom jak i noszącym ślady przebytych trudów, weteranom religijnych zmagań. W "12x12", w dyskusji na temat Kroku Dziesiątego, odszukałem fragment mówiący o panowaniu nad własnymi wadami. Od czasu, kiedy wstąpiłem do AA, robiłem to, ale tylko wtedy, kiedy akurat cierpiałem z ich powodu. Teraz robię to w sposób bardziej świadomy i systematyczny. Coraz lepiej potrafię sobie radzić z takimi problemami jak: krytykowanie innych, złość, gniew czy szukanie dominacji nad innymi.
Był jednak jeden problem, z którym, jak mi się wydawało, nie mogłem sobie poradzić: urazy. Wielu przyjaciół z AA często mówiło o ich naturze, o tym, jak sobie z nimi radzą. A ja słuchałem ich sympatycznie, z grzeczną pobłażliwością, że to oni mają problemy, i że to ich sprawa. Dotąd uważałem siebie za najbardziej życzliwego człowieka, a jednak nie mogłem sobie uświadomić, że to, o czym oni mówili może dotyczyć również mnie. Dzięki Bogu, że ostatecznie zdołałem zrobić wyłom w swojej skorupie. Był to rezultat regularnego uczęszczania na mityngi i rozpoczęcia stosowania w praktyce wszystkich kroków, najlepiej jak tylko mogłem to robić. Zrozumiałem, że konieczne jest ponowne dokonanie przeglądu kroków, spraw, które pominąłem i spojrzeć na nie poprzez obecne zrozumienie kroków.
    Ponieważ uwierzyłem, że warto odbudować swoje wnętrze, rozpocząłem całkiem nową przygodę mojego życia - poszukiwanie wiary. Musiałem przyznać, że moje dotychczasowe sposoby traktowania wiary, zadufanie w sobie a także wykluczenie przyjęcia jakiejkolwiek pomocy drugiej osoby - nie przyniosły efektów. Doktor Jung i Silkworth mieli rację uważając dokonanie odważnego i gruntownego obrachunku moralnego za warunek konieczny procesu zdrowienia. Potwierdziła to moja próba. Chęć dokładnego określenia natury moich wad, z pozycji intelektualnej arogancji okazała się porażką. Dopiero później Krok Szósty i Siódmy wyzwoliły nadzieję, gdy wraz   z przyjaciółmi z AA, na kolanach prosiłem, by zostały mi wybaczone popełnione błędy, by zrodziło się zaufanie, wiara   i silne postanowienie.
    W Krokach mówiących o zadośćuczynieniu moja intelektualna pycha spotkała następną trudność. Zacząłem gwałtownie usprawiedliwiać większość szkodliwych czynów, które popełniłem w okresie picia, lub na skutek pijanych emocji w okresie trzeźwienia. Zamiast wybaczenia i naprawienia błędów pojawiły się wymówki wprowadzając wiele zamieszania. Ktoś w mojej macierzystej grupie, prowadził mityng i tak podsumował ten temat: „Nie mam nic przeciwko przyznaniu się, że nie mam racji - powiedział - lecz czy muszę to zrobić natychmiast? Może jeszcze nie jestem gotowy? Może jeszcze lubię swe wady?” Dotarło do mnie, że "z miejsca" jest sygnałem alarmowym. Jeśli kiedykolwiek w świetle Kroku Dziesiątego sam stwierdzam, że postąpiłem źle i opóźniam przyznanie się, to ten fakt może pogrzebać moje szanse na sukces i spowodować nieszczęście. Ale dla mnie potrzeba "natychmiastowości" nie jest zbyt mocnym atutem. Nie wiem jak ty, ale ja mam dotąd wypaczone poczucie upływu czasu.     Ma to szczególne znaczenie,  kiedy dotyczy działania, które powinno być podjęte dla utrzymania mojej trzeźwości. Ramy czasu rozpadają się i znowu smok odkładania spraw na później ma swój triumf. W takiej chwili potrzeba szybkiego działania jest niezbędna bo za chwilę łatwo potrafię uzasadnić dlaczego odkładam działanie lub nie podejmuję go w ogóle. Przypuszczam, a jest to tak oczywiste dla mnie samego, że „odkładactwo” równie łatwo można odnieść do wielu innych ludzi. Lecz bez względu na to czy stosuję Krok Dziesiąty czy Czwarty - to moje wykonywanie twojego obrachunku moralnego w niczym nie będzie mi pomocne. I z pewnością nie pomoże także tobie.
Pogody Ducha – B.



SZKOŁA ŻYCIA ....

    Osadziłam się wygodnie w swojej drodze trzeźwienia, popadam czasem w samozadowolenie. Samozadowolenie jest etapem samoakceptacji, ale bywają chwile, w których przeistacza się w niezdrową  ocenę innych.
    Będąc na terapii, potem uczestnicząc systematycznie w mityngach AA poznaję alkoholików. Lubię młodych ludzi we Wspólnocie, bo mam świadomość, że jak obudzą się z tego sennego koszmaru  i zaczną trzeźwieć - to przed nimi jeszcze kawał fajnego życia. To jest temat, który nie dawał mi długo spokoju, miałam wrażenie straconych lat, straconej młodości i długo zamęczałam się pytaniem "dlaczego tak późno trafiłam na terapię?". Z tego powodu bardzo kibicuję młodym alkoholikom.
Ostatnio zauważyłam, że zaczyna we mnie wzbierać irytacja. Młody alkoholik, z którym mam kontakt - nie pyta mnie jak się czuję, jak mija mi czas, co u mnie słychać, itp.  Ja staram się zadawać to pytanie, bo wiem jak ważne jest zainte- resowanie innych, pamiętam dławiącą samotność początków trzeźwienia i balsam na serce, gdy ktoś wykazał mną zainteresowanie, wysłuchał mnie czy przytulił. Wiem, jak ważna jest sama możliwość tylko wypowiedzenia emocji, myśli - jak to bardzo pomaga. Obserwuję, że mam pewne oczekiwania od alkoholika, który nie pije już kilka lat. I te oczekiwania prowadzą mnie do refleksji o mnie samej.
    Gdy zaczęłam zastanawiać się skąd u mnie ta irytacja - odkryłam ciekawą stronę mojego JA. Okazuje się, że tak łatwo jest mi kogoś ocenić, skrytykować, mieć żal, poirytować się... a przecież gdy sięgnę w przeszłość i zobaczę siebie – widzę, że sama taka byłam, nie miałam nawet czasu ani chęci na słuchanie mojego dziecka, brakowało mi tej zwykłej uważności i zainteresowania innym człowiekiem. Byłam pochłonięta tylko sobą, moje myśli krążyły tylko wokół mnie samej. Oczywiście mam świadomość, że egocentryzm, skupienie tylko na sobie było spowodowane chorobliwym, irracjonalnym kontrolowaniem siebie, że wynikało z niskiego poczucia własnej wartości, co powodowało permanentną potrzebę bycia kimś innym niż jestem. Ale nic nie zmienia faktu, że zaprzątnięta byłam sobą w sposób nadmierny. I nie miało znaczenia czy to smutek, czy radość, lęk czy nadzieja – wszystko w mojej głowie krążyło wokół mnie. Ileż to razy słyszałam od dziecka: „Mamo, ty mnie wcale nie słuchasz”
    Cieszę się, że zmienia się moja świadomość i coraz lepiej obserwuję siebie. Teraz uczę się życia, nie spieszę się, daję sobie prawo do błędów i pokręconego myślenia, nie dowalam sobie za pomyłki, bo satysfakcję sprawia mi zauważenie skutków mojej choroby. Oczywiście byłabym nieuczciwa, gdybym uznała, że zmiany we mnie są już dokonane - jeszcze długa droga przede mną i jeszcze nie raz potknę się o swoją „przemądrzałą” naturę. Dziś zaczynam rozumieć powiedzenie, że przeszkadzają nam w innych wady, które tkwią w nas samych.....
    Świadomość samej siebie i odwracanie myślenia tylko o sobie (co jakże często jest zwykłym użalaniem się nad sobą!) pozwala mi na zmianę zachowań, zainteresowanie innym człowiekiem, wysłuchaniem go.... co prawda czasem się irytuję, nie słucham uważnie, ale staram się to zmieniać. To jest właśnie  szkoła życia, do której uczęszczam – szkoła AA.... Nauka bywa bolesna, uciążliwa, męcząca, długa..... ale jak zatrzymam się na chwilę i spojrzę w przeszłość – nie żałuję ani jednej trudnej lekcji.....
Życzę pogody ducha,
Jola-alkoholiczka



Reklama, reklama pranie mózgu już od rana…*

    Nie jestem w stanie uciec od całej masy reklam napojów z %. Na rynku pojawiają się różne smaki. Szczególnie widzę kolejne nazwy piwa. Pewnie te promowane są najmocniej. Po dawce marketingowej w telewizji (tą się da wyłączyć) i na bilbordach (tych się nie da ominąć) trudno jest mi ich nie zauważyć później na półce, tuż przed nosem przy kasie, w restauracji czy kawiarni.
    Każdy człowiek widzi różne produkty, ja te z alkoholem widzę wyraźniej niż inne. Łatwo mi to porównać, np. z papierosami, od których nie jestem uzależniona. Te nie przeszkadzają mi ani w ręku znajomych, ani w kiosku gdy kupuję bilet. Nie znam ich marek i ich nie zauważam. Na % zwracam uwagę, na inne produkty nie. To dla mnie kolejna informacja, że jestem uzależniona.
Do czego jednak zmierzam. Wiem, że pierwszy kieliszek dzieli mnie od całej masy następnych. Wiem, że nie wyleczę się z alkoholizmu. Wiem, mniej więcej, co jest niebezpieczne. I przede wszystkim uznałam swoje uzależnienie za fakt. I co? Po raz kolejny przychodzi mi do głowy myśl – a może takie piwo bezalkoholowe (czyli z małą ilością procentów) mi nie zaszkodzi, może jednak to nie alkohol, i że może sprawdzić jaki ma smak? Bo jest nowe jabłkowe, grejpfrutowe, w paski, groszki i ciapki… Ile razy jeszcze będę się zastanawiać, czy niewielka dawka alkoholu, nie doprowadzi mnie do punktu wyjścia a może jeszcze dalej. Te myśli przychodzą. Na szczęście, po chwili sobie z nimi radzę. Tłumaczę sobie jak „krowie na rowie” to, co oczywiste. A jednak, choć to tak jasne, choć wiele już wiem, uzależnienie jest podstępne. Myśli wracają jak bumerang. I mimo, że od dłuższego czasu nie marzę o czymś mocniejszym, czy o szumie w głowie, to jednak alkoholizm, jak koń trojański ciągle chce mnie podejść i złapać w pułapkę, w jezioro bez dna.
    Po raz kolejny zakładam więc kapok w postaci mityngów i staram się zapobiec wypadnięciu za burtę. Pozostawiam obok wszelkie nowe produkty alkoholowe. Wiem, że są i wiem, że nie są dla mnie. Koniec.
Dorota alkoholiczka
* słowa piosenki Reklama zespołu K.A.S.A



ZAKŁAD KARNY

    Jestem alkoholikiem. Chciałbym podziękować każdemu w AA; wszystkim sponsorom i spikerom poświęcającym swój czas i energię, aby przyjść do więzienia i dzielić się swoim doświadczeniem, siłą, nadzieją. Dzięki nim za mury więzienia trafia posłanie AA. Specjalne podziękowania należą się sponsorom AA   i spikerom, którzy odwiedzają mój zakład, z którymi znam się od lat. Przykład przyjaciół z zewnątrz, którzy odwiedzają nasze więzienne mityngi daje nam wszystkim nadzieję na lepsze życie po odbyciu wyroku.
    I choć mogę mówić tylko za siebie, jestem pewien, że reszta chłopaków tutaj podziela  moje odczucie. Ci ludzie   z AA nie żartują, nie próbują nam wcisnąć, że wszystko jest "usłane różami" tam, gdzie nie jest. Ale są zadowoleni ze swego losu, przygotowani do stawienia czoła każdej okoliczności, która zdarza się w codziennym życiu.
    Czas mija. Na miejsce dawnych przyjaciół AA pojawiają się kolejni umożliwiając nam w ten sposób odbywanie dwóch mityngów AA tygodniowo. Mówią, że można więcej... Gorące podziękowania im wszystkim.
    Tak wiele życia spędziłem w więzieniu , że już prawie zapomniałem, jak wygląda świat za kratą. Jedno, co pamiętam, to wypitka, kobiety, hazard i oczywiście zbrodnię;  ale gdy widzę tych, którzy przychodzą na nasze mityngi, to mam ochotę doczekać zrelaksowanego, szczęśliwego życia; nawet jeśli z pewnymi problemami - to możliwe, żeby poradzić sobie!
    Ale muszę nauczyć się, aby w przypadkach niepowodzeń nie sięgać po pierwszy kieliszek. To początek. To jest główne przesłanie, które dostaję z przykładu Anonimowych Alkoholików i to sączy we mnie nadzieję, że też mogę wyjść tam, na zewnątrz i doświadczyć tej samej pogody ducha, odwagi i mądrości, którą widzę na mityngach AA. Dzięki dla mojej Siły Wyższej i dla AA.
J...