MITYNG 01/187/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Drodzy Przyjaciele,
Bezwarunkowa kapitulacja była konieczna, aby  podjąć  pierwsze  kroki  w  kierunku  wyzwolenia i odzyskania siły. Przyznanie się do bezsilności okazało się solidnym fundamentem, na którym można budować szczęśliwe i wartościowe życie. Takimi słowami książka „12 Kroków i 12 Tradycji” wita nas na swoich pierwszych stronach.
W imieniu redakcji Biuletynu MITYNG życzę dobrego, Nowego Roku 2013. Niech to będzie rok spokoju, miłości, wiary i nadziei.
Rok, w którym wzrastamy duchowo i realizują się obietnice Programu 12 Kroków. Rok, w którym pokonujemy słabości i pozostajemy trzeźwymi.
Bartek
Oto tematy, jakie zaplanowaliśmy na ten rok:
STYCZEŃ  - Bezsilność
LUTY – Słuchać nie znaczy usłyszeć
MARZEC  –  Do  czego  jest  mi  potrzebny sponsor?
KWIECIEŃ - Uczciwość- od tego się zaczyna
MAJ - Prosić o pomoc, czy to takie straszne?
CZERWIEC - Lęk
LIPIEC – Zwróciliśmy się do Niego w pokorze
SIERPIEŃ – Moje emocje, jak sobie z nimi radzę
WRZESIEŃ - Poczucie wstydu.
PAŹDZIERNIK - Robimy obrachunek moralny
LISTOPAD  - Sponsorowanie siłą Wspólnoty AA
GRUDZIEŃ  –  Tolerancja,  czyli  żyj  i  daj żyć innym

Przedstawione  tematy  są  oczywiście  tylko propozycjami. Pokornie zachęcamy do czytania  Biuletynu  MITYNG,  ale  również  do pisania.  Warsztaty,  konferencje,  kroki,  tradycje, służby – od herbatkowego po światowe, sponsorowanie, niesienie posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią, rozwój duchowy, kim byliśmy, co się z nami stało i jacy jesteśmy obecnie. Dzielcie się z nami swoim doświadczeniem. Każdy tekst jest ważny. To nasze wspólne dobro.



Na początku była bezsilność

Znowu wzięłam kartkę i długopis. Zaczęłam  się  zastanawiać  czym  mogę się podzielić, jeśli chodzi o bezsilność. Pozornie sprawa wydaje się oczywista. Przecież próbowałam kilka razy. Po mojej pierwszej terapii w 1998 roku  nie  piłam  przez  ponad  pięć  lat, bez  wspólnoty  i  wsparcia.  Wydawało mi się, że jestem już zdrowa, straciłam czujność. Chodziłam z mężem na imprezy,  jeździłam na wyjazdy integracyjne, przyjmowaliśmy gości w domu. Nie piłam. Nie czułam się najlepiej w towarzystwie pijących,  ale  oni  w  moim  też  nie.  Jak ktoś nie pije, to jest dziwny, obserwuje, wszystko pamięta. To było niewygodne dla tych pijących, mówili, że odbieram im komfort i przyjemność picia. Chciałam być akceptowana  i  lubiana,  więc  zaczęłam robić tak, jak inni.  Najpierw była  lampka  szampana,  potem  jedno  piwo,  potem  jakiś mocniejszy alkohol 3 – 4 razy w  roku.  Jednak,  kto  raz  stał się  alkoholikiem,  zostanie nim  do  końca  życia  (znacie opowieść  o  kiszonym  ogórku?). Mój  upadek był szybki i dramatyczny. Skutki były wielokrotnie gorsze, niż w pierwszym okresie mojego picia. Pomimo  to  próbowałam  walczyć.  Narzucałam  sobie  ograniczenia,  obiecywałam  sobie  i  innym,  że  teraz  będzie inaczej.  Było  coraz  gorzej.  Straciłam godność, szacunek  dla  siebie,  robiłam rzeczy,  których  na  trzeźwo  nigdy  bym nie zrobiła. Widmo utraty pracy, dzieci i życia wisiało nade mną długo, trwało to około 1,5 roku – upadlające, kasacyjne, odzierające z resztek ludzkich uczuć picie.  Utraty przytomności, wycięte z  życiorysu  godziny,  dni,  tygodnie, zwidy i omamy. Co mnie powstrzymało przed samobójczą śmiercią? Lęk, że stanę  się  roślinką,  sparaliżowaną,  pozbawioną  rozumu  kukłą,  która  będzie ciężarem dla moich nastoletnich córek. Dzisiaj wiem, że to Siła Wyższa dała mi jeszcze jedną szansę. Uznanie bezsilności  wobec  alkoholu  było  trudnym  procesem, ale dało mi wolność. Paradoks? Przyznałam,  że  nie  mam  siły  walczyć i to dało mi siłę? Tak, siłę do lepszego, trzeźwego życia. Dzięki wspólnocie odzyskałam sens życia. Poprzez pracę na Krokach ze sponsorką, pełnienie służb, oddawaniem innym tego, co dostałam zmieniam  się,  odbudowuję  swój  świat wartości, staję się lepszym człowiekiem. Do tematu bezsilności wracam bardzo często. Na co dzień stykam się z sytuacjami, wobec których jestem bezsilna. Czy  mogę  walczyć  z  opiniami  innych ludzi? Nie, nie mam wpływu na to, co inni myślą i mówią. Czy mogę walczyć z niewłaściwymi, w moim odczuciu,  zachowaniami innych, łamaniem tradycji, nieuczciwością? Nie, nie mam wpływu na innych. Ogłaszam bezsilność w wielu sprawach. I jeszcze jedna refleksja. Jeśli jestem bezsilna wobec różnych osób i sytuacji, to  czy  jestem  bezwolna?  Czy  nic  nie mogę zrobić? Absolutnie nie! Uwierzyłam, że istnieje jakaś Siła Wyższa, która może przywrócić mi zdrowie duchowe i  zdrowe  myślenie,  powierzyłam  jej swoją wolę. Te odpowiedzi zawarte są w Kroku II i III, ale to temat na inną opowieść. Uznanie bezsilności uwolniło mnie od obsesji picia. W zamian dostałam obsesję życia.  I nadzieję. I radość. I rozwój osobisty – dla dobra innych.
Ps.
Nie jestem autorką artykułu nt. medytacji  (z  XI  2012  r.),  jak  sądzą  niektórzy.
Dziękuję  mojej  imienniczce  za  cenne doświadczenia.
IzaAA



Krok 1

Do  wspólnoty  wstąpiłam  10  lat  temu.  Byłam  wtedy  na  terapii w  jednej  ze  stołecznych  przychodni i uczestnictwo w mityngach było jej elementem. Na terapię zgłosiłam się, ponieważ jechałam pijana samochodem wraz z córką i zostałam zatrzymana przez policję.  Moja  córka  została  przewieziona do  Izby  dziecka,  a  ja  do  sławnego  budynku  przy  ulicy  Kolskiej.  W  obawie przed  konsekwencjami  postanowiłam zgłosić się na terapię. Byłam przerażona  tym,  że  terapia  ma  trwać  dwa  lata, spotkania  grupowe  2  razy  w  tygodniu, indywidualne co tydzień i jeszcze jakieś mityngi. Ale najbardziej przerażał mnie wymóg zupełnej abstynencji. Od lat deklarowałam  się  jako  ateistka,  ale  teraz prosiłam Boga o jak najszybszy koniec terapii.  Z  czasem  doszłam  do  wniosku,  że  skoro  spotkania  są  we  wtorek ti  czwartek,  to  od  piątku  do  niedzieli mogę pić. W poniedziałek dochodzę do siebie, idę na grupę itd. Niestety, moja terapeutka zjadła zęby na takich pacjentach jak ja i zawiesiła mnie w zajęciach. Warunkiem powrotu było chodzenie na mityngi. Dała mi kartkę i miałam zbierać podpisy.  Poszłam  kilka  razy,  wzięłam podpis, a potem sama podpisałam resztę i dumna z siebie okazałam w przychodni. I tu nastąpiła weryfikacja. Dostałam do napisania pracę z mityngów. Jakie mi towarzyszyły  uczucia  i  dlaczego  chcę przestać pić? Usiadłam do pisania i nic nie napisałam. Nie miałam pojęcia co to są  uczucia  i  nie  chciałam  przestać  pić. Zresztą konsekwencje pijanego wybryku zakończyły się tylko rozmową na komendzie i odebraniem prawa jazdy, więc uznałam, że nic takiego się nie stało i piłam dalej. Po kilku miesiącach poszłam po córkę do szkoły. Byłam tak pijana, że znam ten fakt tylko z relacji świadków. Wychowawczyni klasy wezwała policję i  moja  córka znów  pojechała  do  Izby dziecka, a ja w znane mi już wcześniej miejsce. Następnego dnia dostałam wezwanie  na  komendę.  Mój  dzielnicowy powiedział mi, że wraz ze szkołą kieruje wniosek do sądu o wgląd w sytuację rodzinną.  Stwierdziłam,  że  powinien zająć się włamaniami do piwnic i menelami pijącymi piwo na placu zabaw dla dzieci, a nie dręczeniem ludzi, ale zbył mnie jakimiś regułkami prawnymi i nie chciał słuchać. Poszłam do adwokata po poradę  i  usłyszałam,  żeby  iść  na  terapię, a w sądzie przyznać się do wszystkiego, bić się w pierś i przyrzekać, że to był wypadek przy pracy. Pokazać papier z terapii i będzie z głowy. Plan się powiódł. Został mi „tylko” przydzielony kurator, a  ja  po  sprawie  w  sądzie  poszłam  na wódkę. Jeszcze nie wiedziałam jak ten dzień  odmieni  moje  życie.  Kilka  dni później, podczas oglądania wieczornego serialu,  usłyszałam  dzwonek  do  drzwi. Gdy  otworzyłam,  zobaczyłam  młodą dziewczynę w towarzystwie dwóch policjantów. Pokazała mi legitymację kuratora. Weszła do środka i poprosiła funkcjonariuszy o zbadanie stanu trzeźwości. Miałam  ponad  1,2  promila.  Musiałam zadzwonić do teściowej żeby zajęła się córką,  a  ja  zostałam  zatrzymana  na  48 godzin.  Siedziałam  do  rana  w  areszcie i zostałam przesłuchana na okoliczność zatrzymania. Po powrocie do domu znalazłam kartkę, że córka zostaje u teściowej dopóki nie zacznę czegoś robić ze sobą.  Moja  pani  mecenas  powiedziała, że nic nie jest w stanie zrobić. Alkoholizm u kobiet jest szczególnie piętnowany, a w moim przypadku to będzie recydywa. Pobiegłam  do  przychodni.  Moja  terapeutka  powiedziała,  że  kolejnego  zaświadczenia  mi  nie  wystawi,  a  jeśli już,  to  takie,  że  przychodzę  tylko  po zaświadczenia  i  łamię  warunki  terapii. Zaleciła chodzenie na mityngi AA i dała mi „rozkład jazdy”. Swój dawno wyrzuciłam.  Poszłam  na  mityng.  Byłam  już wcześniej  przyjęta,  więc  nie  musiałam się odzywać. Nawet kroków nie czytałam  tylko  mamrotałam  imię  i  podawałam dalej. Patrzyłam z politowaniem na tych  ludzi  i  było  mi  ich  nawet  trochę szkoda.    Jak  można  przy  innych  prać swoje  brudy?  Nie  docierało  do  mnie, że  oni  mówią  o  mnie.  Opowiadają  historię mojego życia. Między nami była przepaść. Oni chcieli przestać pić, a ja chciałam  uniknąć  konsekwencji.  Uderzyło mnie jednak to, że w AA nic nie muszę,  nikt  nie  będzie  mnie  kontrolował,  mogę  przyjść  i  wyjść  kiedy  chcę itp. Chodziłam więc na te mityngi, a po mityngach  piłam  snując  marzenia  jak to  któregoś  dnia  będzie  pięknie.  Znikną  problemy  i  będzie  zupełnie  inaczej. Tymczasem,  opieka  nad  córką  została powierzona  teściowej.  Odebrałam  to jako  porażkę  mojego  życia.  Poczułam się nikim jako matka i kobieta. Czułam potrzebę powiedzenia o tym komuś, ale wszyscy,  którzy  kiedyś  byli  blisko  teraz  gdzieś  się  zapodziali.  Pomyślałam o  mityngu.  Wiedziałam,  że  muszę  być trzeźwa, żeby coś powiedzieć. Nie piłam cały dzień i wieczorem poszłam na mityng. Trzęsłam się strasznie. Spóźniłam się trochę i usiadłam przy wejściu. Ktoś podał mi kubek z kawą ale poprosiłam, żeby  postawił  obok.  Ktoś  inny  czytał jakiś tekst. Wydawało mi się, że ludzie wchodzą  i  wychodzą.  Gdy  prowadzący zaprosił do wypowiedzi podniosłam rękę  i  zaczęłam  swoją  pierwszą  „spowiedź”.  Wyrzuciłam  z  siebie,  że  mam zabrane prawo do opieki nad dzieckiem, że zatrzymali mi prawo jazdy i że mnie wyrzucili  z  terapii.  Powiedziałam  też, że  nie  piję  od  dzisiaj.    Ryczałam  przy tym  jak  bóbr  i  prosiłam  żeby  mi  ktoś pomógł  bo już nie daję rady. Wszyscy słuchali  w  milczeniu.  Po  mnie  mówili  jeszcze  inni,  ale  dopiero  w  przerwie zobaczyłam  co  znaczy  siła  Wspólnoty. Wszyscy  podchodzili  do  mnie  i  dziękowali  za  to,  że  przyszłam,  bo  jestem im  potrzebna.  Udzielali  mi  wsparcia, mówili,  że  Siła  Większa  od  nas  nie obarcza nas większymi problemami niż te,  z  którymi  sobie  nie  poradzimy.  Na drugiej części usłyszałam, że podstawą trzeźwienia  jest  pierwszy  krok.  Uznanie własnej bezsilności wobec alkoholu. Nie mogłam tego pojąć. Jakiej bezsilności? Nie rozumiałam tego za bardzo, ale zaczęło mi się podobać na mityngach i przychodziłam regularnie. Po kilku miesiącach  usłyszałam  fajne  stwierdzenie, że AA nie ma licencji na trzeźwienie i jak ktoś ma lepszy pomysł to nikt go na siłę trzymać nie będzie. Pomimo, że w tamtym  czasie  nie  bardzo  rozumiałam program  AA  to  nie  miałam  innego  i trzymałam się tego co mam. Pragnęłam tego, co oni w AA posiadają. Chciałam mieć  spokój,nie  pić,odzyskać  córkę  i czerpać same zyski. Niestety, bez gruntownego przerobienia pierwszego kroku było to niemożliwe. Po każdej wpadce obiecywałam sobie, że to był ostatni raz. Wstydziłam się chodzić na mityngi, ale wracałam. Doszłam do wniosku, że jak nie będę trzymać się wygranych to zginę. To był mój Pierwszy krok. Uznałam w końcu własną bezsilność. Widzę siebie przygnieciona butelką jak w 12 krokach ilustrowanych. Zrozumiałam, że jestem bezsilna  wobec  alkoholu  i  nie  kieruję swoim  życiem.  Zobaczyłam  gdzie  doprowadziło  mnie  kierowanie  życiem przeze mnie. Dziś wiem, że to moja Siła Większa tak mnie prowadziła, a wszystko co się stało w moim życiu, było mi potrzebne.  Dziękuję  dzisiaj  wszystkim przyjaciołom  z AA  za  wsparcie.  Jesteście dla mnie wszystkim. Wiem, że zawsze mogę na Was liczyć.
Paulina



Na początku chciałem tylko nie pić

„Noś przy sobie pamięć o swoim ostatnim zapiciu”. To nie dobra rada, a sugestia przyjaciela, który w tej kwestii wiedział co mówi. No i noszę . No i działa! Skuliłem  ogon  pod  siebie  i  skapitulowałem  bezwarunkowo  wobec  alkoholu.  Moją  bezsilność wyznałem  wobec Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Ogłosiłem  się  całkowicie  pokonanym przez alkohol. Tym samym pozbawiłem się prawa do powiedzenia kiedykolwiek „nie  wiedziałem”  Nie  pozostawiłem sobie  żadnego  marginesu,  na  którym mógłbym  podjąć  jakąkolwiek  próbę kontrolowanego picia. Co  takiego  musiało  się  wydarzyć  bym wyzwolił się z obsesji i przymusu picia? Czy w końcu dobiłem do swojego dna? To, że nie chcę pić alkoholu wiedziałem już od dłuższego czasu, ale nie miałem ani siły ani wiedzy, by przerwać wieloletni  ciąg.  Wiele  w  naszej  wspólnocie mówi się o pokorze. Myślę, że przejawem pokory jest posłuszeństwo. Ja posłuchałem i zaufałem. Dziś nie pij, idź na  mityng,  rozmawiaj  ze  sponsorem, czytaj  literaturę AA, a  …......  Postanowiłem  być  na  90  mityngach  w  90  dni. Były dni, że na mityng chodziłem dwa razy dziennie, rano i wieczorem. To, że na mityngach nie wiele rozumiałem, że przysypiałem,  że  byłem  przygnębiony w depresji, nie ma dziś żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że nie piję kolejne 24 godziny. Z  dni  zrobiły  się  tygodnie,  z  tygodni miesiące, z miesięcy pierwszy rok. Dotarło do mnie, że trzeźwienie to więcej  jak  abstynencja.  Praca  nad  sobą  to praca  z  drugim  człowiekiem.  Samego siebie bardzo łatwo jest mi zmanipulować i przekonać do iluzji, że jestem genialny tylko świat się na mnie nie poznał. Dla drugiego trzeźwiejącego alkoholika jestem jak otwarta książka, którą może czytać.  Stany  depresyjne,  zakłamanie, przejawy  pychy,  egoizmu, sobkostwo, gwiazdorzenie.  To,  że  potrafię  określić moje  słabości  jest  dopiero  początkiem. Wyznać  je  drugiemu  człowiekowi  to szansa na zmianę. I tak krok po kroku moje życie się zmienia. Więcej  we  mnie  łagodności  i  chęci  do życia. Wraca zdrowa dyscyplina i unikanie w relacjach z ludźmi „farmazonu”. Doświadczenie mówi mi, że duchowość jest podstawą do wyjścia z koncentrowania się na sobie. Łagodność, panowanie nad złymi emocjami, tolerancja, zejście z iluzorycznego tronu. Patrząc na siebie w czasie mojego picia włos jeży się na głowie. I trochę mi siebie żal, i trochę się boję. Mam w sobie ogromny respekt do choroby  alkoholowej.  Prawdziwie  jest potężna!!! Mały, żałosny stworek mniemający,  że  jest  geniuszem.  Wydawało mi się, że wszystko mogę, a nie mogłem już nic! Znam  wiele  miejsc,  w  których  mogę nie pić, ale tylko we wspólnocie mogę trzeźwieć. Być może inni mają inaczej, ale ja dzielę się moim własnym doświadczeniem. Kłamałbym pisząc, że było łatwo zrezygnować z drogi na skróty. Kiedy życie wystawiało mi rachunek za błędy popełniane na własne życzenie, bolało bardzo i pewnie dlatego już nie kombinuję. Ja już  nie  muszę  chodzić  na  mityngi,  ja najnormalniej  chcę  być  na  mityngach, dobrze mi tam. Od nowa musiałem się uczyć komunikować z żoną i dzieciakami, a przecież na dobrych relacjach z nimi najbardziej mi zależało. Nikt w naszym domu nie potrafił rozmawiać spokojnie, bez huków, krzyków, złości, agresji. A jednak, krok po kroku uczymy się nowej komunikacji. To  wszystko,  o  czym  piszę  powyżej nie  byłoby  możliwe  bez  trzeźwienia, a trzeźwieję we Wspólnocie AA. Czy jestem mojej Sile Większej i wspólnocie AA  wdzięczny  za  otrzymane  łaski??? Te kilka zdań, którymi się z Wami dzielę jest moją osobistą formą wdzięczności. W  sobotę  byłem  w  kinie.  Dziś  z  żoną idę do teatru. Za kilka dni mam nadzieję spacerować po jednej z najładniejszych starówek w Polsce. Piszę  o  tym,  bo  tak  rozumiem  jeden z elementów mojej duchowości. A tak na koniec, to życie bez wódy według  mnie,  jest  nie  tylko  możliwe,  ale może być również piękne.
Do zobaczenia na szlaku.
anonimowy alkoholik



Moja akceptacja choroby

Na  hasło  Pierwszy  Krok,  bardzo wiele myśli przelatuje mi przez głowę. Właśnie dlatego, że stał się on dla mnie tak znaczącym i niezastąpionym, nasuwa się pytanie, jak dam sobie z tym radę. Któż  to  taki  jest  „my”.  „My” –  to  byli  dla  mnie  Uczestnicy  mojego pierwszego mityngu AA. Mówili o sobie i  swoich  przypadkach,  ale  w  zasadzie mówili o mnie, o mojej postawie i moich uczuciach podczas picia, pozostawali przy tym jednak cały czas przy swojej osobie i swoich doświadczeniach. Brakowało tego, co znane mi było dotychczas i czego w skrytości najbardziej się obawiałem,  a  mianowicie,  że  „moralnie  wyżej  stojący”,  mnie  „biednemu grzesznikowi”  powiedzą:
ty  jesteś.....;
ty  masz.....;
ty  musisz.......;
tobie  nie wolno......; itd..; itd..;.
Tego wyciągniętego  i  grożącego  palca  wskazującego nie odczuwałem podczas mityngu AA w ogóle. Poczułem się podjętym i przyjętym takim, jakim byłem. Nie musiałem spełnić  żadnych  warunków  wstępnych. Wszystko to pozwoliło mi zrezygnować z mojej postawy obronnej i otworzyć się na  doświadczenia  i  przeżycia  innych, które w tak bezpośredni sposób były mi przekazywane. Każdy i każda przyznawali się do tego, że są alkoholikami i że jest  wobec  alkoholu  bezsilnym.  Wszyscy skapitulowali przed alkoholem.   Dla  mnie  osobiście,  już  samo słowo  „przyznanie”  było  wielkim  wyzwaniem.  Kojarzyło  mi  się  ono  przecież z przyznaniem się do winy, błędów, grzechów i niedociągnięć. Przyznać się oznaczało dla mnie uznanie swoich wad i słabości. Dlatego też słowo to posiadało  dla  mnie  wyłącznie  negatywny  wydźwięk.   To samo zresztą dotyczyło słowa  „bezsilny”.  Nie  chciałem  być  bezsilnym.  Wręcz  przeciwnie.  Dotychczas zawsze  starałem  się  demonstrować  na zewnątrz  moc  i  siłę,  także  wówczas, kiedy w ogóle nie odczuwałem tego wewnętrznie. Moje doświadczenie życiowe podpowiadało mi, że z chwilą okazania słabości lub bezsilności, ci „drudzy” natychmiast to wykorzystają. Dlatego też przed każdym i przed wszystkim musiałem mieć się na baczności.   Kapitulować  przed  alkoholem...!  to  już  chyba  była  ostateczność. Każdy  niewykształcony  jełop  umiał obchodzić  się  z  alkoholem,  a  ja  bym tego  nie  umiał?  Od  Uczestników  mityngu  oczekiwałem  w  zasadzie  jakiejś tajemnej recepty, albo przynajmniej kilku  wskazówek  czy  trików,  jak  i  gdzie mógłbym  swoje  siły  oraz  swoją  wolę lepiej zastosować, żebym po kilku kieliszkach nie był zaraz taki pijany. Kapitulacja była więc dla mnie także słowem o bardzo negatywnym wydźwięku. Miało ono tak samo jak „bezsilność” związek z słabością i przegrywaniem. To zaś było przeciwne mojej naturze, takim nie chciałem być.  Mimo  tego  wszystkiego,  coś podczas  tego  mityngu  przemówiło  do mnie.  Była  to  panująca  tu  atmosfera, to  przepełnione  miłością  nastawienie. Całkowicie obcy mi ludzie cieszyli się z tego, że odnalazłem drogę na mityng (wprawdzie  przy  delikatnym  nacisku ze strony mojej żony, ale o to jakoś nikt nie  pytał).  Dzielili  się  ze  mną  swoimi doświadczeniami i nie były to tylko suche oświadczenia. Dali mi nadzieję. Nie użalali się na swój los, że nigdy już nie będą  mogli  kontrolowanie  się  napić, ani  też  nie  przeżywali  tragedii  z  powodu tego,  co  nawyrabiali podczas okresu swego picia,  ale  miast  tego pokazywali  mi  drogi, jakimi wydostawali się ze  swojego  uzależnienia. Dookoła stołu powędrowała  kartka,  na której  kilku  zapisało swoje  numery  telefonów  i  na  zakończenie jeden z nich podał mi tą kartkę z wypisaną dodatkowo uwagą: „Zadzwoń, zanim zaczniesz pić!”. Tego było już dla mnie za wiele. Ludzie, którzy mnie w ogóle nie znali zaufali mi, że przestanę pić. Przecież ja sam jeszcze sobie nawet na tyle nie ufałem, gdyż tyle razy już próbowałem, a nigdy nic z tego nie wyszło. Na zakończenie, po odmówieniu  modlitwy,  do  której  cichaczem przemycili Boga – mimo iż na początek w Preambule powiedzieli że nie są związani z żadną sektą ani wyznaniem – dali mi  jednak  pewną  bardzo  ważną  wskazówkę.  „Przyjdź  znowu”  powiedzieli, „to naprawdę skutkuje!”. Mój pierwszy mityng podziałał na mnie tak, że po raz pierwszy w życiu naprawdę odczułem chęć, żeby nie napić  się  już  alkoholu.  Naprawdę  nie stawiałem już żadnych warunków. Starałem się tylko o to, aby przez najbliższe  24  godziny  nie  napić  się  alkoholu. To  był  mój  pierwszy  i  zresztą  jedyny cel tego dnia, następnego, i przez dalsze  następne dni. Dziś mogę powiedzieć: to naprawdę skutkowało.   Dalszą  część  zdania  z  Kroku Pierwszego,  że  „..nie  potrafię  sam  kierować  swoim  życiem”  przeczytałem wprawdzie,  ale  tak  naprawdę,  to  nie zwróciłem  nań  specjalnej  uwagi.  Jako „człowiek  rozumu”  znajdowałem  się obecnie w mojej „fazie silnej woli”. Ze zgrzytaniem  zębów  przyznałem  się  do tego, że zawsze, kiedy zaczynałem pić alkohol, to nigdy nie potrafiłem ustalić chwili  zaprzestania  picia.  Uczestnicy Grupy AA określili to jako utratę kontroli oraz jako symptom choroby alkoholowej.  Ale  takim  prawdziwym  alkoholikiem  to  ja  przecież  jeszcze  nie  byłem. Ci wyglądali całkiem inaczej; nieogoleni, brudni, w potargany płaszczu tkwiła butelka „jabola”. Ponieważ ja (jeszcze) tak  nie  „łaziłem”,  więc  siłą  rzeczy  nie byłem  też  prawdziwym  alkoholikiem. Mimo to, koniecznie musiałem założyć sobie przerwę w piciu. Dlatego też zawarłem  z  alkoholem  pewien  czasowy układ  pt.:  ja  nie  będę  ciebie  pił,  a  ty w zamian nic mi nie będziesz robił.   Próbowałem  więc,  teraz  przy użyciu mojej silnej woli zwalczyć alkohol. Chciałem udowodnić mu, że jestem silniejszy  od  niego.  Chciałem  go  kontrolować i w ten sposób poradzić sobie z chorobą.   Moje  otoczenie  było  z  tego szczerze zadowolone i umacniało mnie w tym pomyśle. Ich zdaniem, nareszcie zacząłem stosować moją silną wolę we właściwym  miejscu.  Byłem  i  pozostałem suchy.  Przegapiłem  jednak  wówczas, a  może  jeszcze  o  tym  nie  wiedziałem, że alkohol objął w posiadanie całą moją osobowość. Walka z alkoholem nie była więc  właściwym  wyjściem,  gdyż  nie doprowadzała mnie do trzeźwości. Być może uda mi się przez dłuży czas pozostać w ten sposób suchym, ale nie będę nigdy trzeźwym. Obecnie, moim najulubieńszym  cytatem  na  życie  jest  cytat z książeczki „Jak Bill to widzi” i znajduje się on zaraz na początku tej książki: „Częstokroć powiada się o AA, że zajmujemy  się  tylko  i  wyłącznie  alkoholem.  Nie  jest  to  prawdą.  Owszem, musimy przestać pić, aby móc w ogóle żyć. Każdy jednak, kto z własnego doświadczenia zna obraz osobowościowy alkoholika  ten  wie,  że  alkoholik  nigdy naprawdę  nie  przestanie  pić,  jeżeli  nie podejmie  głęboko  sięgających  zmian swej osobowości.” Od strony rozumowej przyznałem się do chronicznego alkoholizmu, dlatego musiałem  skapitulować.  Od  strony  uczuciowej  wzdragałem  się  jednak  przed tym. Decydujący przełom w moim murze obronnym nastąpił wówczas, kiedy także od strony uczuciowej przyznałem się do swej bezsilności wobec alkoholu i  wówczas  także,  mogłem  potwierdzić to, że nie potrafię sam kierować swoim życiem.   Paradoksalnym  przy  tym  jest, że z chwilą przyznania się do swej bezsilności wobec alkoholu, kiedy to chorobę zwaną alkoholizmem uznałem jako część  mojej  osobowości,  z  tą  chwilą skończyła się dla mnie walka. Rzekoma klęska  przemieniła  się  w  zwycięstwo. Rozpoczęło się dla mnie nowe życie.
Pewien alkoholik z D



Bezsilność jest siłą z przekonania... Z WIARY!

Od tego zaczęła się moja droga do trzeźwości.  Byłem  już  przekonany  o  rezygnacji z walki z alkoholową potęgą. Nie myślałem  i  nie  stawiałem  warunków sobie,  nie  musiałem  już  przekonywać nikogo.  Zawierzyłem  Bogu  i  postanowiłem niczego nie udowadniać. Po prostu  uwierzyłem  w  swoje  przekonanie o bezsilności wobec alkoholu, o bezsensie konkurowania z nim, o utracie zdrowia i woli. Miałem  dobrze  pojmowane  szczęście. Całkowicie  zaufałem  Bogu  i  programowi.  Byłem  gotowy  do powrotu  do zdrowia  psychicznego,  emocjonalnego i  fizycznego,  powrotu  na  swoje  prawdziwe miejsce wśród tych, którzy także chcieli  żyć  inaczej.  Nie  uważałem  już wspólnoty AA za wyjątkową, ale uważałem, że jest w niej moje miejsce. Dobrze pamiętam  swoje  kombinacje  związane z zaprzestaniem picia dzięki komuś lub czemuś,  bez  mojego  wysiłku.  Przestałem liczyć na cuda, bo ten cud uwolnienia mnie od obsesji myślenia o alkoholu już się wydarzył. To  wydarzenie  pozwoliło  mi  zobaczyć motywy,  którymi  kierowałem  się  sięgając po alkohol. Alkohol mnie podniecał, zmieniał mi nastrój, dawał poczucie bycia kimś doskonałym. Byłem bezsilny wobec mocy tego oddziaływania na moje  zmysły,  instynkty,  zachowania. Mimo, że przegrywałem powoli wszystkich i wszystko, to ciągle po niego sięgałem. Byłem uzależniony od obsesji znaczenia alkoholu w moim życiu. Alkohol niszczył moją siłę decydowania o wyborze.  Brakowało  mi  świadomości  dokonywania  słusznych  wyborów.  Granice zacierały się, a alkohol ubezwłasnowolnił  mnie  całkowicie. Tak,  że  musiałem pić, musiałem upadać w domu, w pracy, w towarzystwie. Choroby, operacje, samookaleczenia, próby samobójcze; są to straty powodowane przez walkę o utrzymanie kontroli nad alkoholem. Straciłem całkowicie kontrolę nad myślami, mową i czynami. Trwało to 30 lat i dopiero kiedy moja samotność sprawiła  całkowitą  utratę  chęci  do  życia,  coś się odmieniło we mnie. Stałem się, nie wiem  dlaczego,  gotowy  zaakceptować swój stan godny pożałowania i po pięciu tygodniach oczekiwania na miejsce pojechałem na terapię. Już po ośmiu dniach uwierzyłem w to, że mogę nie pić, jak i w to, że alkohol nie był przyczyną mojej tragedii, ale uzależnienie od myślenia od alkoholu. Program 12 kroków pomagał mi bezsilność zamieniać na siłę. Uwierzyłem w moc działania łaski bożej i w moc oddziaływania AA na moje trzeźwe życie.  We  wspólnocie  AA  nie  brakuje miejsca dla ludzi gotowych do życia inaczej. Wspólne wspieranie się na drodze przemiany pozwoliło mi pozbyć się lęków  i  pragnień.  Przynależność  oraz odpowiedzialność  za  swoje  życie  pozwoliło mi poświęcić się całkowicie dla wspólnoty  AA,  dzięki  ogłoszeniu  bezsilności. Bezsilność stała się otwartymi drzwiami do rozwiązywania następnych problemów życiowych. Dzięki bezsilności  przestałem  walczyć  z  wadami  charakteru, nawykami i przyzwyczajeniami i stała się ona siłą w prawdzie o sobie. Nie musiałem się już bać o ambicje, wyzbywałem  się  lęków  i  pragnień  (skrajności  emocjonalnych).  Nie  musiałem się już wstydzić, obwiniać, być gorszym albo pragnąć być lepszym. To szkoła życia w prawdzie, gdzie siła czyni cuda, a bezsilność  jest  pierwszym  krokiem  do wyzwolenia.  Moje  poczucie  winy,  małego znaczenia i uciekanie w kłamstwa o sobie zanikały jak roztopiony śnieg na wiosnę. Moje  przekonanie  o  sile  bezczynności było  zwycięstwem  ze  wstydem  bycia trzeźwym i innym. Odzyskałem poczucie  bezpieczeństwa,  nie  bałem  się  żyć uczuciowo i odpowiedzialnie, ale trud i poświęcenie we wspólnocie były nowością nie znaną mi. Nie było łatwo, było po prostu inaczej i dużo lepiej. Lepiej, bo  z  przekonania,  a  nie  z  walczenia  o swoje racje. To takie proste i bezpieczne, prawdziwe i piękne. Dzięki bezsilności  przeżywam  bogactwo  doświadczeń w AA i poza AA.
Andrzej



Krok I to tylko początek …

O tym, że jestem alkoholikiem, dowiedziałem się w wieku 24 lat podczas terapii. Wtedy też poszedłem na swój pierwszy mityng AA. Sądziłem, że „złapałem Pana Boga za nogi”. Byłem przekonany, że teraz to już wszystko będzie ok. Wiedziałem co mi jest: uznałem swoją bezsilność wobec alkoholu, czyli prawdę, że jestem  alkoholikiem  i  wiedziałem  (tak wtedy mi się wydawało), co powinienem dalej robić - chodzić na mityngi AA. Nie piłem przez rok. Dzisiaj, z perspektywy czasu  powiem,  że  UDAŁO  mi  się nie pić rok. Mało tego – był to dla mnie rok wielkiego cierpienia. Dlaczego? A dlatego, że swoją realizację programu AA zakończyłem na Kroku I, czyli uznałem to kim jestem, a reszta mnie, czyli sposób postępowania,  myślenia,  reagowania pozostawał  bez  zmian.  Byłem  trzeźwy tylko  fizycznie,  natomiast  psychicznie wciąż byłem pijany, wciąż kierowałem się samowolą, dalej więcej oczekiwałem od innych i świata, niż od siebie żyjąc marzeniami,  które  nadal  były  niespełnione,  więc  i  ja  byłem  niespełniony  i nieszczęśliwy.  Pamiętam,  że  były  wtedy takie chwile, gdy miałem wrażenie, iż cierpię bardziej niż kiedy piłem – nie wiedziałem, co się ze mną dzieje: „przecież  nie  piję,  chodzę  na  mityngi  AA, które  miały  mnie  uleczyć  (przez  cały ten  rok  bywałem  co  najmniej  na  jednym mityngu AA), miałem dość dobrą wiedzę  o  chorobie  alkoholowej  i  AA, niczego mi nie brakowało... a tu zamiast szczęścia ja się męczę? Nie odczuwałem zadowolenia z trzeźwości(?), z tego co mam: w pracy nie nawalałem – przełożeni byli zadowoleni, w domu najbliżsi cieszyli się z mojej abstynencji, z tego, że nie piję, znalazłem fajną dziewczynę, kasy mi nie brakowało... Wciąż czułem się  samotny,  przygnębiony,  często  zły, zestresowany, niespokojny, nie mogłem się  skupić,  miałem  problemy  ze  snem. Wtedy  nie  wiedziałem,  co  to  spokojny sen.  Odczuwałem  ciągły,  wewnętrzny lęk  i  niepewność,  niezdecydowanie…I tak  mógłbym  wymieniać  i  wymieniać. Oczywiście  moje  zachowanie  też  było chore  –  byłem  wybuchowy,  niecierpliwy,  kłótliwy,  zaborczy,  zakłamany,  zapatrzony w siebie, nie umiałem słuchać innych ludzi, miałem ciągłe, często nieuzasadnione,  pretensje.  Ciągle  było  mi źle, poza towarzystwem niepijących alkoholików – na mityngach odczuwałem jakby  „ładowanie  akumulatorów”,  na chwilkę odczuwałem ulgę i spokój, ale po powrocie do domu natychmiast wra-cały „stare demony”: znowu byłem kłótliwy,  użalałem się  nad  sobą,  a  powinno być ok.?  Po roku nie wytrzymałem i wróciłem do picia mówiąc, że to całe AA na mnie nie działa, nie pomogło itd. Przez  kolejne  lata  do  19.01.2004  roku moje życie było powolnym staczaniem się na dno poprzez kolejne fazy choroby alkoholowej.  To  było  10  lat  kolejnych ciągów  alkoholowych  i  prób  zaprzestania  picia  za  sprawą  mityngów  AA, terapii itd. Nie wytrzymywałem bez alkoholu dłużej niż 3-miesiące. Dzisiaj nie piję ponad 8 lat i myślę, że trzeźwieję. Analizując przeszłość nasuwa mi się następujący,  lecz  bardzo  ważny  dla  mnie wniosek: KROK I w oderwaniu od innych powoduje cierpienie!!!!! Sama akceptacja faktu, że jestem alkoholikiem,  powoduje  jedynie  zaprzestanie picia, a raczej powstrzymanie się od picia alkoholu na zasadzie: ja nie mogę pić, bo umrę. Pogląd, że sama abstynencja  wystarczy  mi  do  szczęścia,  okazał się iluzją i próbą drogi na skróty – dlaczego? A dlatego, że mimo abstynencji, moje myślenie, sposób postępowania i przekonania oraz wartości, którymi się kierowałem w życiu – a które doprowadziły  mnie  na  dno,  czyli  były złe – pozostawały nie zmienione. Czyli przy nie zmienionych działaniach i myśleniu liczyłem na inne efekty, że skutki będą inne (lepsze) niż kiedy piłem. A przecież w V rozdziale „WK” jest napisane jak wół, że starych przekonań  muszę  pozbyć  się  całkowicie, aby  odzyskać  zdrowie.  A  odzyskać zdrowie mogę tylko przez przemianę duchową,  będącą  rezultatem  stosowania w życiu 12 Kroków AA, a nie tylko Pierwszego  Kroku.  Dzisiaj  stosuję  12 Kroków AA w swoim życiu i obce są mi te traumatyczne przeżycia sprzed kilkunastu lat – ale o nich nie zapomniałem i mam nadzieję, że to doświadczenie pozwoli  innym  alkoholikom  nie  popełnić tego  samego  błędu.  Po  8  latach  trzeźwości rozpocząłem pracę na programie 12 Kroków ze sponsorem (chociaż od 5 roku trzeźwienia miałem w swym otoczeniu potencjalnego sponsora). Dzisiaj jestem przekonany, że tylko w ten sposób można dobrze poznać i przepracować ten program. Żeby  coś  w  życiu  zastosować,  to  najpierw muszę to solidnie poznać i zrozumieć. Całe 12 KROKÓW AA są drogą do  PRAWDZIWEJ  TRZEŹWOŚCI!!!! Krok  I  jest  jedynie  JEJ  POCZĄTKIEM!!!!!
Sławek alkoholik



NIE  mam najmniejszego zamiaru pozwolić pożreć się swoim DEPRESJOM

Drodzy przyjaciele!
Mam  na  imię  Aniele,  jestem  alkoholiczką i na dodatek od 1995 roku cierpię na depresje. Musiałam doświadczyć i  stwierdzić  to,  iż  mimo  Programu AA oraz  wielu,  wielu  mityngów,  nie  udało mi się wyjść o własnych siłach z moich depresji. Przez  pięć  długich  lat  próbowałam tego  dokonać,  zawsze  zgodnie  z  dewizą: przecież jestem sucha, do Programu podchodzę poważnie i z całych sił staram się kierować swoim życiem zgodnie z Dwunastoma Krokami, więc w końcu – do jasnej cholery – musi mi się udać wyzwolić  się  z  takiej depresji  bez  fachowej pomocy  lekarza  i  jego leków. Ano,  możesz  babo  sobie pomarzyć! W jesieni 2000 roku dotarłam  do  kapitulacji  – skapitulowałam  wobec moich depresji, co przyszło  mi  z  niezwykłym trudem. Znalazłam  się u  kresu  moich  sił  i  na kilka miesięcy niezdolna do jakiejkolwiek pracy. Wiązało się z tym także uznanie faktu, że do przyjęcia oraz  pokonania  mojego  psychiczno  – duchowo – fizycznego cierpienia, czyli krótko mówiąc moich depresji, stosowanie tylko i wyłącznie Programu AA jest niewystarczające.  Nareszcie  stałam  się gotowa do przyjęcia pomocy i miałam to wielkie szczęście, że za pierwszym podejściem trafiłam na psychiatrę, któremu byłam w stanie zaufać. Dzięki przyjmowaniu  środków  antydepresyjnych  oraz specjalnej terapii, stan mój zaczął ulegać stopniowej poprawie i po pewnym czasie mogłam znowu podjąć moją pracę w zawodzie. Od tego czasu, obchodzę się sama z sobą jeszcze  ostrożniej,  aniżeli  w czasach
przed depresjami, dzięki czemu nauczyłam  się  żyć  z  tym  cierpieniem.  Niech Bogu będą za to wielkie dzięki! Zanim  nie  zaczęłam  osobiście  cierpieć na  depresje,  należałam  do  tych  „twardych”  Uczestników  AA,  którzy  wy-klinają  wszelkie  leki i środki  mające wpływ  na  psychikę  człowieka.  Moje „wystąpienia”  odnośnie  tego  tematu –  kiedy  pojawiał  się  podczas  mityngu –  nie  posiadały  najmniejszego  oparcia w  doświadczeniach  osobistych  czy  też fachowej  znajomości  tego  tematu. Byłam  przecież  tak  niesamowicie  mądra: depresje w głównej mierze wywodzą się z wmawiania sobie czegoś, a następnie użalania  się  nad  sobą  z  tego  powodu. W tej materii nikt nie mógł mi niczego innego wmówić – ja to wiedziałam! W kilka lat później, na własnej skórze odczułam fałszywość mojego nastawienia. Kiedy teraz czasami myślę o swoich samolubnych  tyradach  oraz  udzielanych wówczas  dobrych  radach  –  których zresztą tak chętnie udzielałam bez jakiegokolwiek pytania czy zachęty – to niejeden raz czerwienię się ze wstydu. Kiedy dzisiaj podczas niektórych mityngów słyszę, jak inni Uczestnicy odnoszą się i  osądzają  przyjaciół,  którzy  zmuszeni są do zażywania środków psychotropowych – to wierzcie mi, iż niejeden raz aż gotuję się ze złości.
To, iż leki antydepresyjne należą do leków  nie  powodujących  uzależnienia, powinien  w  zasadzie  każdy  wiedzieć. Na odwrót jednak, nie zażywanie leków antydepresyjnych  bardzo  łatwo  może stać się przyczyną śmierci. To samo dotyczy również środków przeciw psychozom  i  innym  psychiczno  –  duchowym chorobom. Ja  osobiście  w  każdym  bądź  razie,  nie mam najmniejszego zamiaru dać pożreć się moim depresjom do tego stopnia, by stać się niezdolną do wykonywania jakichkolwiek  czynności.  Nie  jestem  też w stanie niczego dokonać w sprawie tak ulubionego w AA narzekania na psychologów  i  lekarzy.  Wywiedzenie  w  pole psychologa czy lekarza jest w końcu dla każdego  mokrego  alkoholika  „łatwizną”, a kiedy już się to uda, wtedy uważa się ich za idiotów, których nie należy traktować poważnie. Takie myślenie nijak nie kojarzy mi się z trzeźwieniem i zdrowieniem duchowym, raczej już bardziej  przypomina  oznaki  alkoholowej manii wielkości. Przed  kilkoma  dniami  z  głęboką wdzięcznością  obchodziłam  swoją  25 rocznicę w AA. Nie wiem, czy udałoby mi się ich dożyć, gdybym odmówiła zażywania środków antydepresyjnych. Aniela  gokolwiek pytania czy zachęty – to niejeden raz czerwienię się ze wstydu. Kiedy dzisiaj podczas niektórych mityngów słyszę, jak inni Uczestnicy odnoszą się i  osądzają  przyjaciół,  którzy  zmuszeni są do zażywania środków psychotropowych – to wierzcie mi, iż niejeden raz aż gotuję się ze złości. To, iż leki antydepresyjne należą do leków  nie  powodujących uzależnienia, powinien  w  zasadzie  każdy  wiedzieć. Na odwrót jednak, nie zażywanie leków antydepresyjnych  bardzo  łatwo  może stać się przyczyną śmierci. To samo dotyczy również środków przeciw psychozom  i  innym  psychiczno  –  duchowym chorobom.Ja  osobiście  w  każdym  bądź  razie,  nie mam najmniejszego zamiaru dać pożreć się moim depresjom do tego stopnia, by stać się niezdolną do wykonywania jakichkolwiek  czynności.  Nie  jestem  też w stanie niczego dokonać w sprawie tak ulubionego w AA narzekania na psychologów  i  lekarzy.  Wywiedzenie  w  pole psychologa czy lekarza jest w końcu dla każdego  mokrego  alkoholika  „łatwizną”, a kiedy już się to uda, wtedy uważa się ich za idiotów, których nie należy traktować poważnie. Takie myślenie nijak nie kojarzy mi się z trzeźwieniem i zdrowieniem duchowym, raczej już bardziej  przypomina  oznaki  alkoholowej manii wielkości. Przed  kilkoma  dniami  z  głęboką wdzięcznością  obchodziłam  swoją  25 rocznicę w AA. Nie wiem, czy udałoby mi się ich dożyć, gdybym odmówiła zażywania środków antydepresyjnych.
Aniela



TRADYCJA I 

Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze
Dla mnie, moje codzienne starania o jedność i dobro Wspólnoty AA – to przede wszystkim  udział  w  życiu  Wspólnoty. Mój  udział  jest  oparty  o  zasadę  uczciwości  i  własnej  odpowiedzialności  za jej  dobro.  Jest  związany  z  poświęceniem się dla jej dobra. Przejawia się on moją służbą na grupie, pracą z dwoma podopiecznymi,  by  dojrzeli  na  programie  12  Kroków  i  pomagali  następnym braciom.  Poświęcanie  czasu,  uwagi, umysłu i duszy zarówno na mityngach informacyjnych na zewnątrz wspólnoty,
a  także  na  mityngach  spikerskich  oraz warsztatach kroków w kraju i poza jego granicami.  Dbając  o  swoją  trzeźwość, również dbam o dobro i jedność Wspólnoty. Gdy przestrzegam zasad czytanych na  mityngach  przez  prowadzącego,  też mam na myśli dobro i jedność Wspólnoty. Stawianie dobra i jedności Wspólnoty AA ponad swoje jest tematem mojej codziennej prośby. I to mi służy.
Z pozdrowieniami
Zbyszek AA



BEZSILNOŚĆ

Mam na imię Marek i jestem alkoholikiem.
Bezsilność. Często mylona z bezradnością. W AA poznałem różnicę. Bezradność to stan, gdy nie mam pomysłu na zmianę sytuacji. Bezsilność jest wtedy, gdy  nie  mam  na  coś  wpływu  np.  na tramwaj,który  właśnie  mi  uciekł  albo zbyt  ciężki  kamień, którego  nie  mogę podnieść. Choćbym się rozdwoił, tramwaj  pojedzie  dalej,  a  kamień  będzie leżał na swoim miejscu. Tak samo jest z  moim  alkoholizmem.  Przez  lata  nie miałem  zgody  na  tę  chorobę.  Robiłem wszystko,  żeby  udowodnić  wszystkim, że  nie  jestem  alkoholikiem  i  pogrążałem się coraz bardziej. Tracąc masę siły, zdrowia i pieniędzy usiłowałem przesunąć kamień, ale on był jak zaczarowany. W końcu padłem wyczerpany. Alkohol mnie pokonał po raz kolejny, a ja miałem już dość. Dość upadków, długów, kłótni, rozstań  i  innych  konsekwencji  mojego picia. W AA  usłyszałem  po  raz  pierwszy  zdanie  „przyznaliśmy,  że  jesteśmy bezsilni...”. Jak to bezsilni? - myślałem przerażony - przecież oni walczą z alkoholem, więc jak mogą być bezsilni? Od przyjaciół z AA dowiedziałem się, że tu nikt z niczym nie walczy, a z alkoholem w szczególności. Alkohol jest wrogiem potężnym, a walka z nim jest skazana na porażkę,  tak  jak  moje  przesuwanie  kamienia. Nie trafiało to do mnie i szarpałem  się  w  myślach,  czy  aby  na  pewno jestem  bezsilny?Uznanie  bezsilności wobec alkoholu wiązało się dla mnie ze słabą psychiką i brakiem silnej woli. Gdy dzieliłem się moimi obawami z przyjaciółmi z AA, usłyszałem, że skoro chcę trenować silną wolę, to nikt mnie na siłę trzymać nie będzie, ale dobrze przyprowadzić ciało na mityng, a rozum dojdzie później.  Tak  też  zrobiłem.  Przychodziłem  i  słuchałem.  Z  czasem  zacząłem dochodzić  do  wniosku,  że  ogłoszenie bezsilności  wcale  nie  jest  takie  głupie. Zrozumiałem,  dlaczego  moje  próby samotnego  poradzenia  sobie  z  alkoholizmem skończyły się niepowodzeniem. Pomogło mi w tym zrobienie listy strat, które  poniosłem  w  związku  z  piciem. Dowiedziałem  się  też,  że  jestem  chory na śmiertelną chorobę, która nieleczona prowadzi do śmierci. Ale można ją powstrzymać.  Potrzebni  mi  do  tego  będą inni alkoholicy. Muszę przyznać, że na początku  traktowałem  ich  z  niechęcią, natomiast oni mnie z pełnym zrozumieniem. Usłyszałem od nich, że bezsilność leży  u  podstaw  programu  Dwunastu Kroków,  a  bez  akceptacji  pierwszego kroku nie może być mowy o osiąganiu trzeźwości.  Muszę  przyznać,  że  podejście  przyjaciół  i  serdeczna  atmosfera na  mityngach  mnie  zauroczyło.  Zapragnąłem  tego,  co  oni  w AA  posiadali  i postanowiłem zrobić wszystko, aby ten cel  osiągnąć  (cytat  z  Wielkiej  Księgi).
Idę drogą AA od trzech lat. Moje życie zmienia się na lepsze.
Pogody ducha i 24 godzin.
Marek AA



Wybrałem UCZCIWOŚĆ wobec siebie

Mieszkam  w  małym  czterdziestotysięcznym mieście na Mazowszu. Odkąd pamiętam, zawsze byli ludzie, którzy pod  różnymi  pretekstami  brali  pieniądze z Urzędu. Pieniądze  przeznaczane były na rocznice grupy, wyjazdy na tzw. dni skupienia. Rozmowy z tymi osobami o naszych tradycjach nic nie dawały.  Często  z  tego  powodu  dochodziło między  nami  do  różnych  spięć,  które powodowały  wzajemną  niechęć.  Nastąpił  podział  na  mityngi  „prawdziwe” – gdzie przestrzegano zasad obowiązujących w AA i te drugie – „nieprawdziwe”. Osoby „biorące” nie potrafiły lub może  nie  chciały  zrozumieć,  jak  ważna jest niezależność Wspólnoty. Nawet gdy  odczytywano  na  tych  spotkaniach Kroki  i  Tradycje,  nie  przeszkadzało  to w przyjmowaniu pieniędzy. Na pytanie o  sposób  rozliczają  się  z  pozyskanych funduszy słyszałem, że to nie moja sprawa i że AA nie ma nic z tym wspólnego. Dlaczego w takim razie okryte jest to tak wielką tajemnicą? Często słyszałem za swoimi plecami: Dlaczego On nie jedzie z nami? Dlaczego nie korzysta? To „frajer”!!! Odpowiadałem, że jest to niegodziwe, że to łamanie 7 Tradycji i naszej Preambuły, że nie chcę już jałmużny jak pijaczek spod muru. Chcę być odpowiedzialny.  Czasami  myślę  sobie,  że  nie wszyscy, którzy są w AA, chcą uczciwie trzeźwieć. Myślę, że niektórzy przyszli aby zaistnieć, robić kariery, dorobić się, niektórzy tylko po to, aby przestać pić i nadal robić to, co do tej pory. Nadal myślą, że są cwaniakami. Jestem w stanie zrozumieć przyjęcie pomocy finansowej przez człowieka, który przyszedł przed „chwilą” do Wspólnoty AA, ma poważne  problemy  i  stracił  wszystko:  dom, rodzinę,  pracę,  przyjaciół,  pieniądze  i jest „goły” jak przysłowiowy „Turecki”, ale chce trzeźwieć. Zupełnie jednak nie mogę zrozumieć ludzi, którzy są dobrze sytuowani, mają swoje domy, samochody, pracę, emerytury, a biorą dotacje. Co nimi kieruje – nie wiem. Przecież te 200 zł nikogo „nie zbawi”, chyba, że przelicza się to na kolejne drzewko w nowym ogrodzie,  nowe  spodnie,  buty,  sweter albo inną rzecz. Nie mieści mi się to po prostu  w  głowie.  Od  samego  początku mojego  uczestnictwa  w  AA  nigdy  nie wziąłem „złamanego grosza” i jestem z tego dumny. Nie przemawiają do mnie argumenty  wyjeżdżających  kolegów, że jest to zacieśnianie przyjaźni między ludźmi, wspólne rozmowy o problemie, kontakt ze swoją „Siłą Wyższą”. Ja zawsze  odpowiadam,  że  można  to  robić, ale za swoje. Przecież w moim trzeźwieniu chodzi między innymi o przełamywanie  samego  siebie,  swoich słabości. Zależy mi na życiu uczciwym, godnym. Chcę  pomagać  drugiemu  człowiekowi. Aby  to  spełnić,  musiałem  wyrzec  się cwaniactwa i kombinowania. Ponieważ ja  Piotr  alkoholik  chcę  zostawić  tu  na ziemi  dobrą  pamięć  o  sobie.  Liczy  się
nie to, ile ja zaliczyłem pobytów w świętych miejscach, ale to, co mogę dać drugiemu człowiekowi za darmo, wszystko to, co we mnie najlepsze.Branie pieniędzy w formie dotacji przez członków  AA  nie  usprawiedliwia  ani biednego  ani  bogatego,  jest  po  prostu złe  samo  w  sobie.  Jeżeli  Preambuła mówi: „Nie ma w AA żadnych składek ani opłat…” i VII Tradycja „każda grupa powinna być samowystarczalna i nie przyjmować  dotacji  z  zewnątrz”  to  ja jako uczestnik, albo jak kto woli – przynależący do AA, też nie biorę dotacji. Ja,  Piotr  alkoholik  pytam  się:  Co  się dzieje z moim sumieniem? Czy ktoś zadał kiedyś takie pytanie i odpowiedział na  nie?  Czy  staram  się  przestrzegać wszystkich 12 Tradycji?
Zostawiam każdego AA ze swoimi myślami i ze swoim sumieniem.
Piotr AA



Z sali mityngowej

1.  Łatwe  wybory  skrywają  pułapkę.  Za trudnymi wyborami czeka nagroda.
2. Tak jak osoba chora potrzebuje lekarstwa, tak ja potrzebuję mityngów
3. Mityngi są przywilejem – to cud, że nie piję
4.  AA  powoduje,  że  codziennie  zmieniam swoje życie i myślenie
5. Wyjeżdżając nawet na koniec świata, nie ucieknę przed sobą
6. Musiałem się od siebie odczepić i zrozumieć, ze poza mną, są też inni ludzie
7. Na grupie zacząłem się otwierać. Nie czuję się już sam.
8. Niesienie posłania powoduje, że czuję się potrzebny. Wcześniej chciałem tylko brać
9.  Musiałem  zaznać  mnóstwo  bólu  po zaprzestaniu  picia,  aby  zrozumieć,  że przestałem kierować własnym życiem