MITYNG 02/188/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Słuchać nie znaczy słyszeć

Co to znaczy: słuchać? Rejestruję dźwięk, nie poświęcam temu refleksji  – coś mi wpada w ucho. Jeśli słyszę coś, czego nie znam, dążę do poznania źródła dźwięku i jego znaczenia. Gdy chcę usłyszeć, co ktoś do mnie mówi, wtedy muszę wytężyć uwagę, skupić się na tym, co słyszę. Wkomponować słowa w moją wiedzę i doświadczenie.  Zrozumieć je, poczuć. A kiedy brak mi wiedzy i doświadczenia, poprzez powtarzanie przyswajać je sobie, aż zrozumiem. Czyli przez słuchanie uczę się, rozwijam. Często słucham, wytężam uwagę     i nic. Znam słowa, ale w całość mi się nie składają. Dlaczego? Co mi przeszkadza w usłyszeniu? Moja wiedza, doświadczenie – określane jako: w głowie mi się nie mieści! Lęk, że dowiem się niewygodnej prawdy o sobie. Obrona mojego dotychczasowego świata.  Ktoś bliski nie żyje. Świat się wali. Jestem alkoholiczką?!  Z życia zostały ruiny. Przecież to NIEMOŻLIWE! Bzdura. Wszyscy piją. I nie są alkoholikami. Dlaczego ja!?  A co mi pomaga usłyszeć? Zaufanie, nadzieja, cierpliwość. Otwartość na nowe, chociaż nowe zawsze jest niebezpieczne. Niesie ze sobą ryzyko, że coś może się nie udać. Wtedy pytam innych, szukam u nich oparcia. Zbieram czyjeś doświadczenia i tworzę  w sobie miejsce na zmianę. Kiedyś ten proces zachodził niezwykle burzliwie, bo namiętnie broniłam swojego zdania, swojej wizji świata. Aż zrozumiałam, że nie mam monopolu na jedyną prawdę. Dziś coraz łatwiej przychodzi mi poddać w wątpliwość to, co wiem. Sprawdzić czy w tym, co słyszę, nie ma prawdy ukrytej do tej pory przede mną. Dzięki mojej zgodzie na zmianę, zrozumienie przychodzi mi  łatwiej i szybciej. A potem to już tylko trzeba zmienić nawyki. I gotowe. Ale to już inna bajka. Od jakiegoś czasu najważniejszą podpowiedzią jest dla mnie Program 24 godzin, 12 Kroków, 12 Tradycji i sponsor. Jeśli jestem w stanie 24 godziny nie pić (a już potrafię, dziś nie piję), to jestem w stanie wszystko wytrzymać przez 24 godziny. Już nie jestem sama, bo zawsze jest ze mną Siła, większa niż moja własna, do której zwracam się zawsze o pomoc i opiekę. Jest również mój sponsor, który mi objaśnia świat. Dlatego na pytanie, które usłyszałam ostatnio, gdy zgłosiłam się do służby redagowania biuletynu Mityng: Czy wiesz, na co się porywasz? Mogę odpowiedzieć: nie wiem. Tak jak kiedyś, siedząc na schodach szpitala przed przyjęciem na detoks, nie miałam pojęcia, na co się porywam. Ale wtedy i dziś nie byłam sama. Jest ze mną Siła, większa niż moja własna i są ludzie. Mam skąd i od kogo czerpać.
 Pozdrawiam z Pogodą Ducha
Ewa


 
Nauczyć się słuchać w AA

W myśl zasady przyjętej na mityngu zamkniętym AA, aby dzielić się swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją będę starał się opowiedzieć swoją historię uczenia się słuchania ze zrozumieniem, aby stosować poznane zasady    w swoim życiu. Zacznę od początku, od mojego pierwszego mityngu. Na mityng przyszedłem po prostą radę – podpowiedź, co ja mam zrobić w swoim życiu, aby nie pić dłużej niż jeden miesiąc. Więcej niczego od nich nie oczekiwałem. Taki był poziom mojej świadomości. W tej nieumiejętności wytrzymania  przez miesiąc bez jednego drinka widziałem swój problem. Stan mojej wiedzy o alkoholizmie mogę z perspektywy lat ocenić prosto: zero, byłem kompletnie zielony. Nawet nie dopuszczałem do swoich myśli, że mogę być już alkoholikiem. A teraz doprecyzuję, co wpływało na mój stan świadomości. Opowiedziałem o tym swoim problemie na mityngu, a oni nie usłyszeli tego, co im powiedziałem o sobie. Nikt z najbliższych mi osób NIGDY nie powiedział do mnie, abym w ogóle nie pił. Mówili mi tylko, abym nie pił poza domem. W domu mogłem pić, bo tu piłem tyle co inni. Miałem swoje zasady i nigdy nie piłem sam, nigdy w domu jako gospodarz nie upijałem się, goście mieli swoje prawa i mogli pić do woli. Jak ja chciałem sobie więcej popić, to szukałem towarzystwa w pracy. Organizowałem imprezę. Stąd moja prośba, o prostą podpowiedź, jak mam unikać pijaństwa poza domem? Wydawało mi się, że to oni nie rozumieją mojego stanu; ja mówię, a oni nie słyszą, że nie jestem alkoholikiem. Tylko czasami, tak mi wydaje się, piję „za dużo”. Mam rozrywkowy charakter (wada charakteru), lubię picie towarzyskie. Myślałem, że to oni nie rozumieją, nie słyszą co mówię, o co mi chodzi. Na podstawie tego, co powiedziałem im o moim piciu towarzyskim, postawili mi diagnozę – to co mówisz o sobie świadczy, że jesteś alkoholikiem. Tak masz mówić o sobie na mityngu, gdy zabierasz głos: mam na imię Adam, jestem alkoholikiem. Usłyszałem, ale nie zrozumiałem, dlaczego mam tak mówić. Obiecałem i mówiłem szybko, jednym tchem „Adamalkoholik”. Mówiłem tak, aby nie usłyszeć sam siebie. Tylko ogromnym wysiłkiem pokonałem siebie i nie palnąłem w łeb faceta, który kazał mi głośno mówić „taką obrazę” na siebie. Tylko w myślach zbuntowałem się i postanowiłem w przyszłości im udowodnić, że są w błędzie. Usłyszałem, że są jakieś Tradycje, które zobowiązują uczestników do przedstawiania się przy każdorazowym zabieraniu głosu i dodawania do imienia słowa „alkoholik”. To słowo kojarzyło mi się z kompletnym upadkiem człowieka. Nie rozumiałem na początku, dlaczego słyszę z ich ust, że są alkoholikami pomimo tego, że nie piją już od kilku czy kilkunastu miesięcy. Słyszę i uszom własnym nie wierzę, że trzeźwy człowiek może po zaprzestaniu picia mówić o sobie, że jest alkoholikiem. Widzę „normalnych ludzi” i słyszę niesamowite historie z ich pijackiego życia. Momentami w ich opowieściach „widziałem siebie”, ale zwracałem większą uwagę na to, co mnie odróżnia od nich, słyszałem więcej różnic i faktycznie nie widziałem sensu słuchania takich niesłychanych historii. Dopiero po pierwszym zapiciu zrozumiałem, co usłyszałem na pierwszym mityngu. Usłyszałem to, do czego doprowadzi mnie picie, jeżeli nie zacznę realizować Programu. Oczami wyobraźni zobaczyłem siebie w sytuacjach, które usłyszałem na pierwszym mityngu. Przeraziłem się swoich myśli o nieumiarkowanym kontynuowaniu rozpoczętego picia. Zdałem sobie sprawę, że oni przeżyli koszmary i tym mogli  się ze mną podzielić, abym uchronił siebie przed cierpieniem. Ale ja jeszcze nie chciałem poddać się temu Programowi  i byłem przekonany, że ze mną jest inaczej niż z nimi. W duchu, przyznałem im rację, ale dopiero drugie zapicie przekonało mnie, że ci z AA maja rację. Gorzała przekonała mnie, że powinienem regularnie chodzić na mityngi AA, słuchać tego, co mówią inni i robić Program. Zrozumiałem, że faktycznie, pomimo skończonych studiów „nie nauczyłem się słuchać”. Nie czułem tego, co inni mówią do mnie o sobie, gdy mówią o swoich odczuciach, o swoich doświadczeniach z gorzałą. Przeszkadzała mi własna głowa, własne przekonania i wiara tylko we własne doświadczenia w czasie picia. Własne doświadczenia plus doświadczenia usłyszane i zapamiętane na mityngach dały znać o sobie w momencie, gdy złamałem abstynencję i pod wpływem alkoholu pojawiły się u mnie „dziwne myśli”. Nagle pomyślałem sobie, że w tym momencie, gdy już złamałem abstynencję i wypiłem pierwszy kieliszek, powinienem wykorzystać sytuację i „zrobić huczne pożegnanie z alkoholem”. Jak takie pożegnanie miałoby wyglądać? Muszę wypić tyle, abym zapamiętał to picie do końca życia. Wtedy wydawało mi się, że na moje nieszczęście koledzy „nie mieli ochoty na następną połówkę”, ale ja mogę sobie sam poradzić. W mojej głowie pojawiła się spontaniczna myśl: jak oni nie chcą więcej pić, to ja sobie sam zrobię pożegnanie z alkoholem i sam sobie dokupię tyle alkoholu, aby „dopić się do woli”. W tym momencie przypomniałem sobie, że pijąc w samotności mogę zapić się na śmierć. Przeraziłem się własnego pomysłu. Nie miałem zamiaru zapić się. Na mityngu już słyszałem, że picie w samotności może doprowadzić do zapicia się na śmierć. Jeden z uczestników mojego mityngu opowiadał fakt, że miał szczęście, gdyż rodzina odnalazła go pijącego w samotności na daczy. Pił już trzy dni   i miał jeszcze wystarczającą ilość alkoholu do zapicia się na śmierć. Przerwali mu picie na siłę. Wystraszyłem się swoich myśli. Pomyślałem sobie, że jestem w podobnej sytuacji, a moje myśli są szalone. Wydawało mi się, że to jest właśnie u mnie oznaką początków alkoholowego szaleństwa. W mojej głowie kotłowały się różne myśli o piciu, o niepiciu i pojawił się strach zapicia się na śmierć. W myślach zacząłem prosić Boga, abym jakoś doczłapał do domu, a tu żona powstrzyma mnie przed szaleństwem picia w samotności. I tak się stało, gdy przekroczyłem próg domu, żona nawet nie wyczuła, że wypiłem „kielicha”, a mnie odeszły myśli o piciu. Spokojnie wcisnąłem się w fotel i zacząłem rozmyślać, co się ze mną dzieje, co się wydarzyło we mnie po wypiciu jednego kieliszka wódki? Skąd w głowie człowieka „normalnego” biorą się szalone myśli? Jak to możliwe, że ja nieczujący się jeszcze alkoholikiem, po drugim mityngu złamałem abstynencję, dostałem szalonych myśli? Tyle słyszałem koszmarów o piciu i to nie powstrzymało mnie przed szaleństwem myśli. Na koniec dobiła mnie myśl, gdy uświadomiłem sobie, że ONI ALKOHOLICY nie piją, słyszałem o tym na mityngu – tak mówili o sobie. NADAL alkoholicy nie piją, a ja  – „jeszcze nie alkoholik” – nie wytrzymałem nawet jednego miesiąca. To kim JA jestem? Wtedy dopiero zrozumiałem to, co usłyszałem o sobie od nich na moim pierwszym mityngu: ty też jesteś alkoholikiem. Wtedy dotarły do mnie słowa z opowiadania Billa W. o Pierwszym Kroku: a może ci z AA mają rację?  W tym momencie uświadomiłem sobie, że w Programie AA jest COŚ, czego nie zrozumiałem i nie zastosowałem po „pierwszym mityngu i pierwszym przeczytaniu 12x12”. To znaczyło dla mnie, że nie wystarczy ten Program poznać, „przeczytać książkę”. Sama wiedza nie powstrzyma mnie przed „pierwszym kieliszkiem”. Program zaczął u mnie działać dopiero wtedy, gdy zacząłem go stosować we wszystkich swoich poczynaniach. Powoli stawało się dla mnie jasne, że „tylko przeczytane” nie jest jeszcze zrozumianym, a zrozumiane, zaakceptowane i zastosowane raz i drugi stało się stałą praktyką dopiero po kilku miesiącach codziennego stosowania. Było też dla mnie jasne, dlaczego na mityngach ciągle przypominali mi słowa Desideraty: słuchaj też tego, co mówią inni… i jeszcze jedno skojarzenie do tematu wiodącego: Słuchać, nie znaczy usłyszeć. Ta moja historia w AA pomogła mi zaakceptować i zrozumieć myśl z przypowieści biblijnych: macie oczy, a nie widzicie, macie uszy, a nie słyszycie. W tym momencie zrozumiałem, że to ja muszę nauczyć się słuchać w AA, aby skorzystać z ich doświadczeń. Najlepiej obrazuje mój początkowy stan świadomości powiedzenie usłyszane od weteranów AA: na początku w AA wyjmij sobie watę z uszu i włóż do ust. Tak też zrobiłem, ale dopiero po drugim zapiciu. Prosiłem wtedy o rozmowy osobiste po mityngach. W kuluarach prosiłem osoby z dłuższym stażem abstynencji o wyjaśnianie dręczących mnie myśli, gdyż nie wszystko rozumiałem, to co słyszałem na mityngach. Dziś nadal z uwagą słucham na mityngach różnych wypowiedzi. Czasami zadaję sobie pytanie: czy dobrze usłyszałem? Czy dobrze słyszę? Tylko już nie zawsze muszę prosić o dopowiedzenie,    o wyjaśnienie, aby zaspokoić swoją ciekawość świata. Zdałem sobie sprawę, że nie wszystko muszę od razu zrozumieć i z miejsca dopytywać się, aby zaspokoić swoja ciekawość. Dziś tylko pragnę akceptować, zgadzać się z tym, że świat jest na dobrej drodze, a zmieniać chcę to, co mogę zmienić i lepiej jest rozumieć, niż być rozumianym. Dlatego nie męczę już swoimi prośbami: opowiedz mi TO jeszcze raz, bo nie wszystko usłyszałem i zrozumiałem. Dzięki Bogu i AA poprawiłem nie tylko swój słuch, ale i wzrok. Zawsze mogę zacząć uczyć się lepiej słuchać    i lepiej widzieć. Na naukę nigdy nie jest za późno – tę prawdę wielokrotnie powtarzała mi moja Mama, która skierowała mnie do AA, abym nauczył się żyć w trzeźwości, abym usłyszał, że można nie pić. Co to znaczyło dla mnie? Ja miałem uczyć się „niepicia” od tych, którzy pili nawet więcej ode mnie? Miałem ich słuchać? A co oni mogą podpowiedzieć mi, przecież „Ja wszystko wiem”? Gdy zaczynałem z AA, to myślałem, że Mama się pomyliła. A dziś jestem przekonany, że wiele mądrości życiowych mogę usłyszeć nie tylko od tych, którzy skończyli kilka fakultetów, ale mądrościami życiowymi mogą obdarowywać mnie wszyscy uczestnicy mityngów AA – tylko ja muszę umieć ich słuchać. Muszę nauczyć się wyławiać perły w „mowie mityngowej”. Nawet ci, „co nie mają ukończonych szkół” i tylko żyją w trzeźwości, też pokonują własne trudy życia „na swoją miarę”, też dzielą się swoim doświadczeniem. Każde życie jest trudem okupione. Nie tylko materialnym. To zależy ode mnie, czy umiem ich wysłuchać. Czy potrafię usłyszeć i czy staram się zrozumieć ich los? Mityng AA jest dla mnie praktyczną lekcja słuchania. Tylko czasami, aby zrozumieć to, co usłyszałem potrzebowałem zmierzenia się z własnym cierpieniem. Dopiero wspomnienie własnego cierpienia pomogło mi zrozumieć i współczuć tym, którzy dzielą się swoim doświadczeniem, aby pomóc innym w powrocie do zdrowego myślenia i zdrowego życia. Czasami największą wartością jaką ktoś mógł mi dać, była jego niespodziewana śmierć. Wtedy dopiero zrozumiałem, że on już dawno zaprzestał chodzenia na mityngi AA i dlatego nie słyszałem jego głosu, jego doświadczenia. Jak żył, tak odszedł – w samotności. Zabrał ze sobą trudy i doświadczenia swego życia, nie podzieli się już z nami swoim doświadczeniem. Nie tylko ja nie usłyszałem, co było powodem unikania mityngów AA. Dbam o kochaną rodzinę i kocham Wspólnotę, aby nie być samotnym wśród najbliższych, aby nie umrzeć przed śmiercią. Stosuję praktycznie słyszane słowa, powtarzane na naszych roboczych spotkaniach intergrupy: Gdy ktokolwiek, gdziekolwiek potrzebuje pomocy /i pragnie przestać pić/, chcę, aby napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny. Nie wiem, kto potrzebuje pomocy, ale gdy usłyszę, że ktoś potrzebuje, to staram się pomagać na miarę swoich możliwości.
Dziękuję za możliwość zabrania głosu w naszym Mityngu
Adam z Gdańska



TO POZWOLI MI NAPRAWDĘ TRZEŹWIEĆ

Nie piję już od czterech miesięcy, bez żadnej chemii, zarzekań, przysiąg komuś i sobie. Znalazłem sobie sponsora, chodzę na mityngi cztery razy w tygodniu. Ale czy trzeźwieję, czy jestem uczciwy w stosunku do siebie i innych? Do sponsora i do ludzi ze Wspólnoty tak, te dwie godziny dziennie jestem uczciwy. A pozostałe dwadzieścia dwie – różnie to bywa. I właśnie ta nieuczciwość, szczególnie w stosunku do najbliższych nie pozwala mi tak naprawdę trzeźwieć. Na jednym z mityn-gów była mowa o pokorze. Wywarła ona na mnie wielkie wrażenie. Skłoniła mnie również do szczerej rozmowy z żoną i z dziećmi. Choć prawdę mówiąc nie była to rozmowa, raczej mój monolog. Wyznałem im wielkość moich długów, moją nieuczciwość w stosunku do nich, a także jakim to było dla mnie ciężarem. Powiedziałem im również o tym, że te moje zobowiązania deprymują mnie w poszukiwaniu pracy. Wysłuchałem później, z pokorą ich zarzutów i wymówek, jakże   słusznych. Moje wyznanie przyniosło mi wielką ulgę. Poczułem się czysty na duszy. Jestem przekonany, że pozwoli mi to naprawdę trzeźwieć, a nie tylko być suchym.
Nowicjusz



Każdy może zacząć słuchać!

Jestem alkoholikiem – tak zaczynam każdą swoja wypowiedź na mityngu. Tego się na mityngach AA nauczyłem. A nie tak dawno w moim życiu było to zdanie nie do przyjęcia. Byłem w stanie znaleźć setki powodów, dla których  nie mogę, nie muszę i nie powinienem nazywać siebie alkoholikiem. Tak było w czasie, kiedy piłem (i jeszcze kilka tygodni po zaprzestaniu picia) – odrzucałem mój alkoholizm. Wówczas zawitałem do AA. Trzeźwiejąc w czasie spotkań z innymi alkoholikami słyszę słowa, które przecież znam od dziecka, a dzisiaj nabierają dla mnie innego wymiaru. To oprócz słowa alkoholik również: pokora, służba, gotowość, powierzanie, wdzięczność, sponsor. Usłyszałem też wiele dobrych  i przyjaznych mnie zdań: „Nikt Cię stąd nie wygoni”, „bądź łagodny dla siebie”, „masz swoją godność”… Jak również sugestie: nie pij, idź na mityng, czytaj literaturę, weź służbę, znajdź sponsora. Do Płocka na warsztaty o sponsorowaniu pojechałem zachęcony przez przyjaciela z „Kontaktu”. Jaki tam zachęcony. On mi po prostu o tym powiedział. A myśl o sponsorze „chodziła” za mną w tym roku dość intensywnie. Od maja. Odnosiłem wówczas wrażenie, że niemalże na każdym mityngu przyjaciele wciąż powtarzają to słowo: „sponsor”. Tak miałem na Pradze, na Żoliborzu czy na Ursynowie. A w Płocku, po kilku godzinach interesujących, jakże różnych wypowiedzi, usłyszałem jedno zdanie. Choć przyjaciel nie mówił wprost do mnie, to ono było dla mnie. Trafiło mnie ciepło dogłębnie. „Nie masz sponsora, to nie zacząłeś trzeźwieć”. Spytałem wówczas siebie: O co chodzi? Dlaczego ja nie mam sponsora? Przecież wśród tylu wypowiedzi na mityngach słyszałem: znajdź sponsora. Dlaczego dotychczas tego nie zrealizowałem? Pytałem siebie dalej, co mi tak naprawdę przeszkadzało? Czy samo słowo sponsor, jak kiedyś alkoholik? Bo mi się źle kojarzy? Bo nie chcę komuś przeszkadzać, zawracać sobą głowę? Bo się boję, że odmówi? Czego jeszcze się boję? Pycha? Kiedyś dużo wysiłku kosztowało mnie najpierw powiedzieć, że jestem alkoholikiem. Potem to prawdziwie wiedzieć i czuć.    Kiedy pogodziłem się ze swoim alkoholizmem, zacząłem coś z tym robić. To może przyszedł czas, by zrobić coś więcej. Wreszcie wsłuchując się w mądrość, miłość i dobro, jakie daje mi AA, zrobiłem kolejny krok. Kilka dni później, z pokorą i bijącym sercem poprosiłem przyjaciela, aby został moim sponsorem. Zgodził się. A ja poczułem ulgę. Czy mi to pomoże? Ja nie wiem. Ale wierzę i mam nadzieję. Jutro mam kolejną rocznicę trzeźwości. Program AA działa, jeśli tylko o nim nie zapominam. Kroczę spokojniej.
Sławek



Zaczęłam wchodzić w świat iluzji

Nie piję cztery lata. Trzeźwieję odkąd podjęłam pracę ze sponsorką na programie AA, czyli około trzech lat. Musiało upłynąć wiele lat, abym to pojęła. Musiałam przejść w życiu przez wiele zdarzeń trudnych i przykrych dla mnie i moich bliskich, abym nabrała pokory, by przyznać rację drugiemu człowiekowi, przyznać się do błędu.  Pierwszym przykłade,  bardzo wymownym dla mnie jest fakt, że będąc dorastającą, uczącą się jeszcze 18-19 letnią dziewczyną nie słuchałam i nie chciałam usłyszeć tego, co przekazywali mi rodzice odnośnie dalszej edukacji  i rozwoju – zatrzymałam się na zdobyciu zawodu i zrobieniu matury. Interesowało mnie dorosłe życie, poczucie samodzielnego decydowania o sobie i o tym, co będę dalej robić. Przepełniała mnie pewność siebie, że sobie poradzę w życiu. Tak też się działo. Nauki nie kontynuowałam, podjęłam pracę zawodową, chciałam pracować, zarabiać pieniądze, stać się niezależną i samo- dzielną. Niedługo później podjęłam następna decyzję, że wychodzę za mąż (bardzo wcześnie, dużo za wcześnie)   w wieku 21 lat. Klapki na oczach, byłam zakochana i nie chciałam słuchać i usłyszeć głosu doświadczenia to jest moich rodziców. Mama tolerowała mój związek z chłopakiem, jednak nie była zadowolona z mojej decyzji o zamążpójściu. Mówiła, jak wiele matek: „to nie jest chłopak dla ciebie a poza tym masz na wszystko jeszcze czas, ucz się, idź na studia”. Nie słuchałam tego, bo nie było to po mojej myśli. Czas szybko zweryfikował, że brak mojej pokory miał oddźwięk w takich uczuciach jak: rozczarowanie, poczucie krzywdy, żal. Szybko się okazało, że rodzice, jako ludzie z dużym doświadczeniem, mieli rację. Mój związek małżeński nie układał się tak, jak to sobie wyobrażałam. Okazało się, że różnice w światopoglądzie, hierarchii wartości są między nami zbyt duże, by je pogodzić. Moja pycha nie pozwalała się przyznać do tego, że zrobiłam błąd, że nie posłuchałam. Zaczęłam wchodzić   w świat iluzji i zakłamywać prawdę przed światem i samą sobą, że związek jest udany i przez bardzo długi czas dobrze udawało mi się w tym zakłamaniu żyć. Znajomi, koleżanki w pracy często mówili, że pasujemy do siebie, a ja robiłam dobrą minę do złej gry i cierpiałam. Narastała niechęć i brak akceptacji, a także złość, poczucie bezradności. Myślałam też o dzieciach (mam dwóch synów), żeby miały matkę i ojca, pełną rodzinę. Życie w moim odczuciu stawało się coraz trudniejsze, szczególnie ze względu na brak porozumienia z mężem. Wiele razy wracałam do słów Taty, który mówił „nie posłuchasz matki, ojca to posłuchasz psiej skóry”, zrozumiałam, co chciał mi przekazać, ale było za późno. Nie miałam odwagi, by się do tego przyznać. Żyjąc tak przez wiele lat odnajdywałam ulgę w alkoholu.  Przy okazji spotkań towarzyskich piłam alkohol, zapominałam i uciekałam od prawdy i rzeczywistości. Na chwilę doznawałam ulgi, z biegiem czasu piłam coraz częściej i więcej, aż przyszedł moment, że alkohol zaczął dominować w moim życiu. Wówczas też nie chciałam usłyszeć, kiedy ludzie mi mówili – mama, mąż, nawet pamiętam dziewczyna, z którą piłam raz w życiu (poznałam ją na wczasach) –  że moje picie jest chore i nienormalne. Pod wpływem alkoholu zmieniam się, jestem innym człowiekiem, staję się wulgarna, agresywna, że zachowuję się dziwacznie i nie powinnam pić. Ale ja tego nie chciałam usłyszeć. Dlaczego? Bo alkohol mi „pomagał”, był dla mnie jak lekarstwo na rozdartą duszę, na stres, na brak akceptacji tego wszystkiego, co dzieje się w moim życiu. W ten sposób uzależniłam się od alkoholu. Aż doszłam do swojego dna. Dziś wiem, jak alkohol podstępnie niszczy człowieka, jego tożsamość, a brak pokory jest jego sprzymierzeńcem, bo nie pozwala usłyszeć tego, co dla człowieka jest ratunkiem. Dziś jestem przekonana o tym, że Siła Wyższa jakkolwiek ją pojmuję przemawia i działa poprzez drugiego człowieka i jestem wdzięczna Bogu za jego miłosierdzie i łaskę pokory, dzięki czemu mogłam wyzwolić się z obsesji alkoholowej, przyznając się przed sobą  i ludźmi do bezsilności wobec alkoholu. Dziś staram się uważnie słuchać przyjaciół ze Wspólnoty, zachowując pokorę, by móc usłyszeć, co mam robić, aby żyć godnie, pożytecznie, być i czuć się bezpiecznie, nie krzywdzić siebie i innych. Dziś bardzo dobrze wiem, jak bardzo skrzywdziłam siebie i innych ludzi, a w szczególności najbliższych, jak wiele straciłam właśnie poprzez brak pokory i chęci usłyszenia tego, co chcą mi przekazać. Dziś nie lekceważę tego, co mówią do mnie inni ludzie, lecz staram się ich uważnie i cierpliwie słuchać, aby usłyszeć to, co dla mnie może być ważne i pomocne w dalszym życiu i rozwoju, w każdej dziedzinie mojego życia.
Pogody Ducha i 24h
Trzeźwiejąca AA



DRAŻLIWY  TEMAT „TRADYCJE”

Kiedy bardziej z obowiązku niż z przekonania zająłem się Tradycją Drugą, odkryłem w niej wyłącznie drażniące mnie słowa:
        najwyższy autorytet
        miłujący Bóg
        sumienie Grupy
        zaufani słudzy
W moim ówczesnym wyobrażeniu Tradycje, jeżeli nie były ustawami, to co najmniej „przepisami zarządzania”. Jednak użyte tam pojęcia, nie były – dla mnie – wcale jasne, a wręcz zaciemnione, mało zrozumiałe. Wszystko to umacniało mnie w mojej obronnej postawie wobec Tradycji. Tradycje, to było coś dla „tych tam na górze”. Z biegiem czasu, zrezygnowałem z mojego oporu, gdyż – dzięki takim  pojęciom jak: „Siła większa od nas samych” czy „Bóg, jakkolwiek ja Go sobie wyobrażam” – zbliżyłem się do mojego, całkowicie osobistego Boga. To nie był już ten siedzący na złotym tronie staruszek z brodą, który wg swojego uznania obdarzał nagrodami, częściej jednak karami. To był kochający Bóg, który zabrał ode mnie uzależnione picie alkoholu. Jego to, krok za kroczkiem potrafiłem uznać i przyjąć jako „autorytet”. Sumienie Grupy także poczułem bardzo prędko, niestety nie rozpoznałem go wówczas jako takiego. Kiedy „książęta grupowi” próbowali przepchać swoje zdanie, pojawił się u mnie  „ucisk” na żołądek, jednak nie miałem jeszcze wówczas odwagi, żeby cokolwiek powiedzieć, gdyż wydawało mi się, że owe „autorytety” w AA nie będą mnie już lubić. Najczęściej to inni Uczestnicy wyrażali wówczas swoje przeciwstawne zdanie, utwierdzając we mnie uczucie sprzeciwu. Z upływem czasu, zaufanie w „funkcjonowanie” AA wzrosło do tego stopnia, że ośmielałem się osobiście zgłaszać do zabrania głosu. Nawet wtedy, kiedy moje zdanie nie było właściwe, otrzymywałem takie mnóstwo informacji w danym temacie, że byłem w stanie wyrobić sobie nowe zdanie o zaistniałej sytuacji.  W „Dwunastu Koncepcjach” kładzie się szczególny nacisk na „ochronę mniejszości” czy ewentualnie na prawo do sprzeciwu, z zaleceniem zabezpieczenia się przed „tyranizowaniem w dużym czy małym, w większości lub mniejszości”. Uważam to zalecenie jako niezwykle pomocne w stosunkach międzyludzkich. Dzisiaj jest to dla mnie bardzo uspakajające, kiedy wiem, że ci, którym zaufałem są tylko zaufanymi sługami. Tak, jak my na równych prawach dzielimy się podczas mityngu doświadczeniem, siłą i nadzieją, tak nasi „wiodący” są tylko zaufanymi sługami, którzy nie rządzą, a swoją służbę pełnią tylko przez jakiś określony czas. Jeżeliby jednak mimo wszystko próbowali „rządzić”, wówczas prędzej czy później budzi się „sumienie Grupy” – odzywając się konkretnie protestem poszczególnych Uczestników, albo też okazywanym niezadowoleniem większości. W związku z tym, przypominają mi się dwie rzeczy. Do pojęcia „zaufani ludzie” – są to Uczestniczki i Uczestnicy, których wybraliśmy i którym ufamy (powinniśmy). Wielokrotnie już przeżyłem, że nie zawsze wybierani są najwłaściwsi, lecz ci, którzy ostatni chcieli powiedzieć „nie” ale nie zdążyli, bo wzięto ich przez zaskoczenie. Ale „sukces”, znów „udało” nam się  obsadzić jedno „miejsce”. Wybrany przejmował odpowiedzialność za daną służbę – a my nareszcie mieliśmy spokój. A ponieważ w służbie swej pozostawał osamotniony i przeciążony, no to przecież „słusznie” trzeba go było jeszcze skrytykować. Chociaż nie zostałem wybrany, to czuję się odpowiedzialnym za Wspólnotę AA jako całość i mogę w dużym stopniu przyczyniać się dla jej dobra. Mogę zaoferować pełniącym służbę moje doświadczenie i pomoc, ale przede wszystkim moje wsparcie. Drugą sprawą jest rotacja. Nasi zaufani zostali wybrani do pełnienia służby na pewien tylko okres, a nie dożywotnio. Ograniczenie pełnienia służby  na pewien z góry określony czas, okazało się bardzo pomocne i moim zdaniem, powinno się od tego odstępować jedynie w bardzo szczególnych przypadkach. Tyle moich przemyśleń dotyczących Tradycji Drugiej.
AA



CZARODZIEJSKIE ZAKLĘCIE

Wówczas, kiedy dana mi została łaska dokonania Kroku Pierwszego, tego przyznania się do swojej bezsilności wobec alkoholu oraz niemocy wobec życia, skapitulowałam wprawdzie – ale nie przeżyłam klęski. Wprost przeciwnie, dzięki tej kapitulacji osiągnęłam zwycięstwo. Zwycięstwo nad sobą samą i nad alkoholem. Nie było to oczywiście zwycięstwo ostateczne, lecz zaledwie zwycięstwo w jednej walce. Mam jednak nadzieję, że wytrzymam aż do wielkiego finału. Kiedy finał ten nastąpi, o tym rozstrzyga ktoś inny – mianowicie Bóg. Wraz z wiarą w Boga, moją Siłę Wyższą odnalazłam także siłę do dalszego życia, do życia bez alkoholu. Podczas mojego pijackiego okresu,  a także przez dłuższy czas potem, cierpiałam bardzo z powodu zakłóceń w spaniu, po prostu nie potrafiłam się wyłączyć. Rozmowy, a czasami nawet zwykła melodia, którą gdzieś przypadkiem usłyszałam, prześladowały mnie przez cały dzień. Taki stan rzeczy doprowadzał mnie do rozpaczy. Całkowicie bezsensowne sprawy zaprzątały mój umysł przez cały dzień, a kiedy zamykałam oczy, żeby zasnąć, cały harmider zaczynał się od nowa, tylko z większą mocą. Głupie myśli, bezsensowne melodyjki – wszystko to nie pozwalało mi zasnąć. Kiedy zaś czasami usypiałam    z przemęczenia, prześladowały mnie tak makabryczne koszmary senne, że budziłam się cała mokra od zimnego potu. Bywały takie chwile, że waliłam głową w ścianę i jęczałam: „wyjdź już wreszcie z mojej głowy i daj mi chwilę spokoju”. Był to dla mnie bardzo trudny okres i czasami wydawało mi się, że zwariuję. Alkohol, bezsenność oraz wiele innych spraw, które próbowałam nim zagłuszyć lub zwalczyć, doprowadziły mnie nad krawędź przepaści. Potem nadszedł ten dzień. Po przepitej nocy, kiedy to wlewałam w siebie każdy alkohol jaki tylko w domu znalazłam, zadzwoniłam do mojego lekarza  i poprosiłam o wysłanie mnie do szpitala psychiatrycznego, gdyż tam właściwie było moje miejsce. Nie potrafię nawet napisać, co się wówczas ze mną działo, tylko w jakiś sposób wyczuwałam, że staję się niebezpieczeństwem dla samej siebie i dla innych. Zamknąć się  i ubezwłasnowolnić – tego chciałam! Wszystko jednak miało pójść inaczej: lekarz rzeczywiście przekazał mnie do szpitala, ale tylko w celu odtrucia, uspokojenia i obserwacji. W szpitalu po raz pierwszy zetknęłam się z pewnym Uczestnikiem Wspólnoty AA. Z nim to wybrałam się na mój pierwszy mityng i dane mi było uzyskać suchość. Przez cały tydzień zajęta byłam studiowaniem broszur informacyjnych, które otrzymałam z zaleceniem: „przeczytaj to w spokoju, a jeżeli zechcesz, przyjdź znowu!”. Tak też uczyniłam! Wciąż na nowo wertowałam Dwanaście Kroków poszukując czarodziejskiego zaklęcia, pozwalającego osiągnąć i utrzymać suchość. Po wyjściu ze szpitala – byłam wówczas już od kilku tygodni sucha – powzięłam decyzję, aby całkowicie powierzyć siebie Bogu. Początek przecież już został zrobiony wówczas, kiedy to prosiłam GO, aby mi pomógł uwolnić się od alkoholu. Teraz próbowałam dokonać Kroku Drugiego: prosiłam Boga, aby pomógł mi w odzyskaniu mojego zdrowia fizycznego i duchowego. Zaczęłam regularnie modlić się, rozmawiać w myślach z moją Siłą Wyższą i prosić o Jego pomoc i wsparcie. I uzyskałam pomoc! Początkowo wcale nie zauważałam tej zmiany, jaka się we mnie dokonywała. Powolutku, z dnia na dzień, do mojego ciała powracały moje dawne siły. Także i w pracy wszystko szło wspaniale; nie było już strachu, że zawiodę, nie było niepewności czy lęku, że coś źle zrobię. Czułam się naprawdę dobrze i znowu odczuwałam radość z pracy. Potem zauważyłam, że zanikła bezsenność. To było tak cudowne uczucie – móc się wieczorem położyć do łóżka     i przespać całą noc, aż do rana! Żadnej bezsenności, żadnych zwariowanych myśli, czułam się tak wspaniale, jak już od lat się nie czułam.
Teraz musiałam uważać tylko na to, żeby z tej radości nie „odlecieć”, lecz stać obydwiema nogami twardo na ziemi. Dlatego znowu rozmawiałam     z Bogiem i dziękowałam Mu za wszystko dobre, co dla mnie uczynił. Jednego bowiem jestem całkowicie pewna: wiara w Boga, moją Siłę Wyższą, pomogła mi na powrót stać się tym, czym kiedyś dawno temu byłam – duchowo, psychicznie i fizycznie zdrowym człowiekiem. Dziś tylko rozsądniejszym i wdzięczniejszym. Wdzięczna jestem za to, że dane mi było poznać Wspólnotę AA i że do niej przynależę. Dzięki niej uzyskałam suchość i odnalazłam swoją wiarę. „To się naprawdę opłaciło!”. A tak nawiasem mówiąc, to owe czarodziejskie zaklęcie, którego tak zawzięcie poszukiwałam i nie znalazłam, jednak istnieje. Wypowiedziałam je osobiście na moim pierwszym mityngu. Jest to te rozpoznanie i zarazem przyznanie: „Na imię mi Weronika i jestem alkoholiczką!”.
Życzę wszystkim Uczestniczkom i Uczestnikom Wspólnoty DOBRYCH  24  GODZIN
Weronika



BILANS DNIA

Pod koniec dnia, często przed zaśnięciem, wielu z nas sporządza bilans dnia. Warto wtedy pamiętać, że obrachunek ze sobą nie jest tylko wykazem błędów i niedostatków. Dzień, w którym nie zrobiliśmy czegoś dobrego, istotnie byłby złym dniem. Ale przecież w rzeczywistości większość świadomego życia spędzamy konstruktywnie. Nie lekceważmy swoich dobrych intencji, myśli i uczynków. Nawet jeśli nie udało się nam coś, w co włożyliśmy wiele wysiłku, należy nam się za to właśnie, kto wie czy nie najwyższa ocena. A wtedy ból niepowodzenia może przekształcić się w cenną wartość: staje się bodźcem potrzebnym do tego, by iść naprzód. Ból jest kamieniem probierczym rozwoju duchowego, powiedział kiedyś ktoś, kto dobrze wiedział, o czym mówi. My w AA, którzy wiemy, że ból nałogu musiał poprzedzać trzeźwość, a później chaos emocjonalny poprzedzał pogodę ducha – całym sercem podpisujemy się pod tym stwierdzeniem. Przyglądając się rubryce strat w naszym bilansie dnia, powinniśmy uważnie zbadać motywy tych myśli lub uczynków, które wydają nam się niewłaściwe. W większości wypadków bez trudu dostrzeżemy i zrozumiemy te motywy. Uniesieni dumą, gniewem, zazdrością, niepokojem lub lękiem, działaliśmy pod dyktando tych uczuć. Teraz trzeba więc uświadomić sobie te złe myśli i uczynki, pomyśleć o tym, jak trzeba było postąpić i postanowić, że postaramy się z Bożą pomocą wykorzystać to doświadczenie w przyszłości. No i oczywiście musimy pamiętać o naprawieniu tego wszystkiego, co do tej pory jeszcze zaniedbaliśmy. Zdarzają się jednak przypadki, gdy jedynie bardzo wnikliwa analiza może wydobyć na jaw nasze rzeczywiste motywy. Zdarza się tak wówczas, gdy w grę wchodzi nasz odwieczny wróg: racjonalizacja, czyli samousprawiedliwienie, które wybiela nasze ciemne postępki. Ulegamy wtedy pokusie uwierzenia, że postąpiliśmy w imię słusznych racji i motywów, chociaż wcale tak nie było. Skrytykowaliśmy na przykład „konstruktywnie" kogoś, kto rzekomo na to zasługiwał, gdy tymczasem rzeczywistym motywem było pragnienie wygrania nieistotnego sporu. Albo obga- daliśmy kogoś za plecami w przeświadczeniu, że pomagamy innym lepiej go zrozumieć, kiedy w głębi duszy zależało nam na wywyższeniu siebie i podważeniu opinii o tamtym. Czasem raniliśmy naszych najbliższych, pozornie w celach „wychowawczych", żeby dać im nauczkę, a tak naprawdę chcieliśmy ich ukarać. Popadaliśmy w depresję i narzekaliśmy na zdrowie, gdy w istocie chcieliśmy pozyskać współczucie i uwagę innych. Ta przedziwna skłonność umysłu i uczuć przewija się w stosunkach międzyludzkich jak okiem sięgnąć. Często nieuchwytne i subtelne przekonanie o własnej słuszności może nadawać ton nawet najmniej znaczącym uczynkom i myślom. Codzienna nauka dostrzegania tych skaz, przyznawania się do nich i ich naprawiania jest istotą pracy nad charakterem i godziwego życia. Szczery żal za wyrządzone krzywdy, głęboka wdzięczność za uzyskane dary i gotowość do dalszej poprawy to zalety, do których powinniśmy wytrwale zmierzać. Tak rozpatrzywszy miniony dzień, nie pomijając dobrych uczynków i bezstronnie zbadawszy stan duszy, możemy szczerze podziękować Bogu za otrzymane błogosławieństwo i ze spokojnym sumieniem zasnąć.



JEDEN Z WIELU

Gdy wstąpiłem do AA od początku zakochałem się w mityngach robo-czych. Uwielbiałem siedzieć i wysłuchiwać argumentów za lub przeciw, plątania i rozplątywania najprostszych spraw oraz słuchać wyjaśnień, czemu coś należy zmieniać lub akurat nie zmieniać? Wiele osób nie lubi tych mityngów, gdyż uczestnicy na nich się kłócą, a dla mnie kłótnie dodawały szczególnej atrakcyjności tym spotkaniom. Zawsze miałem później co opowiadać, grając rolę sprawiedliwego. Z początku koncentrowałem się na krokach, uzyskując świadomość własnego upadku, ale zupełnie nie potrafiłem uświadomić sobie nawet części mych wad, między innymi takich drobiazgów, jak skłonność do rozwiązań siłowych, czy widzenia tunelowego. Pokora, poświęcenie, zasady przed ambicjami, anonimowość – to nie były moje ulubione słowa. Tak naprawdę nie wiedziałem nawet, co znaczą. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z czwartym krokiem, byłem przekonany, że wiem już o sobie wszystko . Potem ilekroć wracałem do niego, okazywało się, że zadrasnąłem jedynie powierzchnię problemów. Zaczynając pracę w służ-bach byłem przekonany, że znam zasady i potrafię je stosować we wszystkich poczynaniach. Rzeczywistość jednak szybko mnie przerosła. Po pięciu latach trzeźwienia zmieniłem grupę. Nowa działała zupełnie inaczej niż stara – tak przynajmniej ja to odbierałem i nie trzeba było długo czekać, bym zaczął udowadniać, w jaki sposób grupa łamie wszystkie tradycje po kolei. Stałem się czymś w rodzaju psa łańcuchowego pilnującego, by „wszystko działo się zgodnie z Tradycjami”, nie zważając na to, że sam łamię pierwszą z nich. Jedność opuściła mityngi przez te same drzwi, którymi ja wszedłem. Dopiero ta sytuacja zaczęła ukazywać wielkość wad mego charakteru. Zanim zacząłem odczuwać zadowolenie z wykonywanej służby, musiałem stawić czoło paru wyzwaniom:
    Jak mogę być jednocześnie jednym  z wielu i być wielu pomocnym?
    Czy w końcu nauczę się, że wspólnota AA nie ma szefów i policjantów?
    Czy wiem, że jestem ważną częścią składową większej całości, a moje miejsce we wspólnocie pozostaje w ścisłym związku z porządkiem wśród innych?
    Czy uświadamiam sobie, że gdy staram się przekonać wszystkich do moich racji, sam tracę zdolność słuchania innych, nie jestem w stanie w pełni ich zrozumieć?
    Czy wiem, że widzenie tylko fragmentu spraw nie pozwala ujrzeć całości?
    Czy jestem w stanie wykonywać swoje zadania, bez potrzeby ciągłej kontroli działań czy zarzucania innym lenistwa, oczywiście dla dobra AA?
    Czy to, co robię w służbach wspólnoty jest odpowiednie do mojego stanu trzeźwości, czy zajmuję właściwe miejsce w AA? 
    Jeżeli nie, to możliwe, że moje działania będą urastać w mym ego i rozdymać je. Wtedy łatwo, aby swe zadania wśród przyjaciół traktować, jako nieważne i zaniedbywać je. Przestałem w końcu traktować siebie nazbyt poważnie. Umiejętność śmiania się z siebie jest szczególnie pomocna, gdy zauważę, że tracę umiar. To cudowne, że program AA mogę stosować całe życie!



Jestem alkoholikiem i mam na imię Adam.

Mówię tak od dwóch lat, choć powinienem przynajmniej od dziesięciu. I pewnie tak by było, gdybym nauczył się wcześniej słuchać, a raczej słyszeć, co się do mnie mówi. W 2003 roku na skutek długoletniego picia wylądowałem po raz pierwszy w szpitalu w stanie ogólnym bardzo kiepskim, z ostrym zapaleniem trzustki. Wtedy od obcej osoby, na dodatek kompetentnej, mianowicie lekarza usłyszałem, że jeżeli nie przestanę pić, to długo już nie pożyję. No właśnie, usłyszałem czy nie? Myślałem wówczas, że tak. Jednak, jak dziś na to patrzę, to nie do końca, bo gdyby tak było to czy zadawałbym jemu, a następnie innym lekarzom, psychiatrom, terapeutom równie idiotyczne pytania jak to, czy nie ma jakichś medykamentów na naprawę mojego narządu, czy jest pewien swojej diagnozy, czy wolno mi będzie pić piwo? Czy targowałbym się o własne życie? (Jakiś czas później już będąc w AA sponsor mi powiedział czy zdaję sobie sprawę, że chciałem wtedy popełnić samobójstwo.) Dyskutowałem z faktami, bo nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mogę być alkoholikiem, a przede wszystkim nie wyobrażałem sobie życia bez alkoholu. To był cały mój świat. Towarzyski, zawodowy i poniekąd rodzinny. Innego po prostu nie znałem, albo nie zauważałem nie przyjmowałem do wiadomości. Byłem ślepy i głuchy wtedy w szpitalu, gdy na ten sam oddział, na którym przebywałem przywieziono dziewczynę z podobnymi schorzeniami do moich, która kilka godzin później zmarła. Dziś widzę to, jako jakiś znak dla mnie, ostatnie ostrzeżenie. Wtedy oprócz zwykłego strachu, że mogę skończyć podobnie jak ona, rozpoczęła się moja polemika z faktami i różnego rodzaju kombinacje, mające na celu uświadczenie się w przekonaniu, że ja jestem inny, że mnie to nie dotyczy i że ja, tak bystry i inteligentny facet będę miał w pełni kontrolę nad alkoholem, a nie odwrotnie. Niejako siłą rozpędu po wyjściu ze szpitala, ku ogólnej uciesze najbliższych zapisałem się na terapię. Ileż zakłamania, wyrachowania i manipulacji było w tej decyzji, zdałem sobie sprawę niedawno. Wtedy głęboko przekonany byłem o tym, że mój intelekt poszerzony o wiedzę o chorobie alkoholowej, nabytą na terapii, pozwoli mi z czasem ograniczyć picie, że będę pił wtedy, kiedy będę mógł lub uważał, że chcę. Udało mi się przekonać terapeutkę, że jestem bardzo zamkniętą w sobie osobą i na terapię grupową nie jestem jeszcze gotowy, prosząc ją jednocześnie o sesje indywidualne. Powiedziała mi, że tak to nie działa, że oprócz spotkań indywidualnych musi być grupa, ale zgodziła się, żeby przez jakiś czas mnie do tego przygotować. Trwało to około pół roku. Pół roku rozmów, z których nic nie wynikało, gdyż nie byłem z nią szczery, bo ja przecież wiedziałem lepiej, a i cel, który mi przyświecał nie był tym celem, w jakim ludzie zazwyczaj na terapię się udają. Po każdym spotkaniu, jak i w trakcie następowała analiza i szukanie jakiejś furtki, jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby mi wrócić do normalności, czyli picia. W międzyczasie w domu zgrywałem przykładnego ojca, męża, syna. Chodziłem cały czas do lekarza, kontrolując stan mojej trzustki. Od lekarza co wizyta słyszałem to samo: „diety trzustkowej, jako takiej nie ma, jedyne, czego masz się chłopie wystrzegać to alkohol, wskazane rzucenie papierosów, ograniczenie ostrych przypraw, ale alkohol bezwzględnie! W żadnych ilościach!”  Najgorsze, że każdy następny mówił mniej więcej to samo – zero alkoholu i z tą trzustką, mimo że w nie najlepszym stanie mogę dożyć późnej starości.  Przytakiwałem grzecznie, a w podświadomości już szykowałem się do chlania.  I tak z tą wiedzą medyczną nabytą u lekarzy, wiedzą o chorobie alkoholowej nabytą u terapeutów, ponaprawiawszy stosunki międzyludzkie w najbliższym obejściu, po czternastu miesiącach abstynencji postanowiłem spróbować piwa. Nie słyszałem więc nic, ani głosu lekarzy i terapeutów, ani radości najbliższych z tego, że jestem „trzeźwy”. Nie słyszałem, bo wciąż wiedziałem wszystko lepiej od innych. Po trzech miesiącach nie pamiętając już, co obiecywałem sobie i rodzinie, byłem już w regularnym ciągu, a po pięciu z powrotem w szpitalu, tym razem z ostrym zapaleniem trzustki w przewlekłym zapaleniu trzustki. I tak była to najdłuższa moja przerwa w piciu, później przez następne lata próbowałem walczyć z alkoholem, za każdym razem pokonany lądowałem w szpitalu lub na detoksie. Dodatkowo pojawiła się padaczka alkoholowa. Przez te lata wielokrotnie słyszałem o AA i chyba bałem się, że tam będą ludzie, którzy potrafią mi pomóc, których nie da się zmanipulować, a ja tej pomocy nie potrafiłem lub nie chciałem przyjąć. Mówiłem głośno: „ to nie dla mnie, dam sobie radę sam!” I dawałem! Jeszcze jak! Piłem w samotności najczęściej użalając się nad swoim losem, bo do picia już dawno nie było potrzebne mi towarzystwo. I tak mijały lata, klęska za klęską, żona machnęła ręką, cud, że nie odeszła. W 2010 r. na Święta Bożego Narodzenia przerwałem po raz kolejny swój krótki okres abstynencji. Piłem w święta (przy okazji moje imieniny), Sylwestra, Nowy Rok. Tuż po Nowym Roku wróciłem do pracy i któregoś dnia wracając do domu zakupiłem niewielką ilość alkoholu, aby czuć się bezpiecznie. Po wypiciu już w domu „setki” wódki miałem przypadkową rozmowę z 13-letnią wtedy córką. Poczuła alkohol. Strasznie się rozpłakała i powiedziała „ Tato ty znowu pijesz”. Usłyszałem wtedy w tym płaczu i w tych słowach zarówno wielki żal, smutek i rozgoryczenie, ale również wielką miłość i troskę. Poczułem, że oszaleję. Nie mogłem sobie poradzić z emocjami. Jedynym znanym mi sposobem była ucieczka w alkohol. Piłem na strasznym „moralniaku” prawie dwa tygodnie, cały czas mając w uszach słowa     i płacz córki. To chyba Stwórca sprawił, że dowlokłem się do matki i po raz pierwszy w życiu poprosiłem o pomoc. Po raz pierwszy naprawdę nie chciałem już więcej pić. Trafiłem na detoks, najpierw prywatny, później już ten właściwy. I tam, jeszcze o tym nie wiedząc, zrobiłem część pierwszego kroku – przyznałem najpierw sam przed sobą, a potem przed innymi, że jestem bezsilny wobec alkoholu i że sam sobie nie poradzę. W końcu zacząłem słuchać, terapeuty na detoksie, przyjaciół z AA, którzy przychodzili tam niosąc posłanie i innych alkoholików. Już nie byłem i nie chciałem być najmądrzejszy. Po wyjściu z detoksu zapisałem się na terapię, a zaraz potem udałem się na swój pierwszy miting AA. W przerwie podszedł do mnie przyjaciel, który zaopiekował się mną, jako „nowicjuszem” i zaczął mi opowiadać o sobie, o AA i o sponsorze, że warto i trzeba go mieć. Poprosiłem go o sponsorowanie, po jakimś czasie się zgodził. Na jednym z pierwszych mitingów usłyszałem, żeby wyjąć watę z uszu   i wsadzić do buzi. I znów słuchałem, zacząłem bywać na warsztatach AA, podjąłem się pierwszej służby na grupie (kolportera), pracowałem ze sponsorem na programie i wciąż słuchałem doświadczeń innych alkoholików. Pierwszy rok w AA upłynął mi przy zupełnym braku obsesji picia. Po prostu mi ją odjęto. Wyrobienie w sobie nawyków, praca ze sponsorem, doświadczenia zasłyszane na mitingach uchroniły mnie przed zapiciem, gdy nastąpił mały kryzys około 18 miesiąca abstynencji. A całkiem niedawno zdałem sobie sprawę, że o ile do utrzymania abstynencji wystarcza na razie to, co robię i czego się wystrzegam, o tyle abym mógł powiedzieć, że naprawdę trzeźwieję potrzebne jest coś więcej. Gdy po lekturze jednej z książek myślałem, że doznałem olśnienia i pobiegłem do sponsora, aby się z nim tym podzielić, niespodziewanie usłyszałem krótką diagnozę: nieuczciwość i nieodpowiedzialność. Z początku byłem zły na jego reakcję, ale po zastanowieniu musiałem przyznać mu rację. I naszła mnie refleksja CZYŻBYM ZNÓW SŁUCHAŁ, ALE NIE SŁYSZAŁ?!
AAadam



JA WIEM, CO MAM ROBIĆ…

Jestem alkoholikiem i im dłużej nie piję, coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jaki jestem przekorny, uparty bez powodu i pyszny. Pamiętam sytuację ze swojej młodości, kiedy miałem już problem z piciem alkoholu w szkole średniej. Mój trener z klubu sportowego i wychowawca poświęcili mi wiele czasu, aby przekonać mnie, podpowiedzieć, abym się zastanowił nad zmianą szkoły i środowiska, abym nie uciekał przed trudnościami i pierwszymi konsekwencjami swojego picia. Pamiętam, że wychowawca bardzo życzliwie powiedział mi, że jeżeli teraz zacznę uciekać przed swoimi słabościami, będę to robił przez całe życie. JA WIEDZIAŁEM lepiej, co mam robić, zmiana szkoły wydawała mi się jedynym słusznym rozwiązaniem. To JA decyduję, co mam zrobić i to zrobię, bo tak chcę. Piłem przez następne 26- lat, nie skończyłem żadnej szkoły, nigdzie nie pracowałem dłużej niż 3 miesiące. W 2009 roku trafiłem do wspólnoty AA. Ta sama sytuacja wraca do mnie bardzo często w rozmowie z innymi ludźmi w pracy, w domu, we wspólnocie. Słyszę wypowiedzi na mityngu i kiwam głową: TAK, JA WIEM. Czytam naszą literaturę i myślę często, przecież o tym już wiem. Wychodzę z mityngu i zapominam, bo jak jestem samowystarczalny i wszystkowiedzący, to mnie to nie dotyczy. Przypominam sobie o tym po jakimś czasie, kiedy się złoszczę, bo nie chcę czegoś zaakceptować, kiedy bliscy w domu nie są tacy, jak JA bym chciał, kiedy w pracy wykrzyczę kierownikowi, że się zwalniam, bo jakaś bzdura mi nie odpowiada i nie jest po mojej myśli. Przypominam sobie po jakimś czasie słowa, które kiedyś czytałem, słyszałem i zapomniałem „ rozumowanie skutecznie utrudnia działanie”, „ wszystko wiem, nic nie działa”. Jestem przyzwyczajony do swojej samowoli, przekory i PYCHY. Mój upór doprowadził mnie na szczęście do wspólnoty i tu wbrew samemu sobie otwieram czasami swoją zakutą głowę, aby coś usłyszeć, zaufać i zrobić. Ufałem tylko sobie i swojej mądrości, niemylności, inteligencji. Okazało się, że nie jestem największą siłą na tym świecie. Mam już dość walenia głową w mur żeby znowu udowadniać swoje racje i zostać z tym sam. To wszystko, co napisałem bardzo dobrze podsumowuje cytat: „w głębi duszy wierzyliśmy, że dzięki inteligencji górujemy nad szarą masą”. Jeżeli czułem się lepszy od innych, nie słyszałem, co mówi kierownik w pracy, moja partnerka i sponsor, a na pewno nie ci na mityngu. Dwa lata temu rozpocząłem naukę w zaocznym LO i na początku miałem duże trudności. Postanowiłem, że zadzwonię do sponsora i powiem o tym, że rezygnuję z dalszej nauki, nie  dam rady, to nie dla mnie. Usłyszałem to, co mówili trener i wychowawca – nie uciekaj przed sobą, przed swoimi słabościami, trudnościami. Dzisiaj jestem mu wdzięczny Wspólnocie i Bogu, że potrafię czasami słuchać i usłyszeć, zaufać, otworzyć moją zakutą głowę.
Pozdrawiam i życzę wszystkim i sobie jak najwięcej otwartej głowy na zmiany.
AA