MITYNG 03/189/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Długo szukałam

Długo szukałam, wiele lat, pytałam: czy zechcesz zostać moją sponsorką? Wiele razy słyszałam odpowiedź – nie mogę, może później, może spytaj kogoś innego. Korzystałam z innych form pomocy, ale ciągle czegoś mi brakowało. Ciągle spoglądam wstecz, kolejny raz zaczynałam od dzieciństwa, a końca widać nie było. I pogody ducha też nie było. Aż trafił się człowiek, który powiedział: dobrze, zostanę Twoim sponsorem. I, tak jak w „Orędziu serca” przestałam być sama. Jest ktoś, kto mi objaśnia świat, cierpliwie czeka, aż zrozumiem i idziemy dalej. To mój sponsor. Mądry, cierpliwy, troskliwy. Dobrze iść z takim przez życie. Ma to, czego ja chcę w swoim życiu. Prowadzi mnie drogą, którą zna, bo ją przeszedł. Stawiam kroki na drodze trzeźwienia. W granicach wytyczonych przez tradycje. Kiedy tracę orientację wśród ludzi, odwołuję się do tradycji i pomaga. Gdy stawiam „My” przed „Ja” zawsze lepiej się czuję w grupie, a gdy przestaję rządzić, ludzie lepiej się czują ze mną. Decyzją „chcę przestać pić” uruchomiłam cały ciąg zdarzeń, które doprowadziły mnie do dnia, w którym wstałam trzeźwa i trzeźwa położyłam się spać. Dzięki temu, gdy dziś spotykam kogoś, kto mówi: chcę przestać pić, mogę z przekonaniem powiedzieć: da się zrobić. Tak jak ja kiedyś uwierzyłam, że można, bo zobaczyłam na własne oczy człowieka, który mówił: nie piję już dwa lata. Inną niezmiernie ważną sprawą są pieniądze. Dzięki temu, że na mojej grupie macierzystej mieliśmy rzetelną skarbniczkę i konkretny podział kapelusza 60/40, odkrywaliśmy sens gospodarowania pieniędzmi. Zawsze były środki na zapłacenie sali, literaturę, przejazd mandatariusza na intergrupę. Zawsze zostało trochę pieniędzy aby kupić kawę i herbatę. A na rocznicę zbieraliśmy osobno, bo w kapeluszu pieniądze były Wspólnoty. Na swoje potrzeby musieliśmy mieć, odrębny fundusz.  I wszystko było jasne.
Pozdrawiam Ewa



Opowieść sponsora -
Dwanaście niezwykłych kamieni

W dawnych, bardzo dawnych czasach, kiedy ZŁO toczyło walkę z DOBREM podstępny zły duch dał ludziom spróbować „czarciego napoju”. Wielu, którzy go wypili stawali się jego niewolnikami, ulegali jego podstępnej, niszczącej sile. Chcieli go więcej i więcej. Pod jego wpływem robili złe rzeczy, których tak naprawdę nie chcieli robić. Poświęcali dla niego swoje rodziny, pracę, kariery, zdrowie. Wielu umierało, wielu wpadało w obłęd. Nie umieli w żaden sposób uwolnić się od jego zgubnej siły. Dobry Stwórca postanowił pomóc ludziom. Ofiarował jednemu z nieszczęśników dwanaście niezwykłych, magicznych kamie-ni. Powiedział wtedy tak: „Te kamienie uratują życie twoje i wielu innych. Musisz tylko uwierzyć w ich moc i z miłością ofiarować innemu człowiekowi. Musisz je rozdawać każdemu, kto jest niewolnikiem czarciego napoju, bo tylko wtedy zachowają swoją moc”. Pierwszy posiadacz owych 12 kamieni ofiarował je drugiemu człowiekowi, opowiedział, co usłyszał od Stwórcy o ich niezwykłej mocy. Kiedy wrócił do domu ze zdziwieniem zobaczył, że niezwykłe kamienie wróciły do niego. Miał je nadal, stały się jakby piękniejsze i promieniały dziwnym, magicznym blaskiem. Posiadaczy kamieni przybywało coraz więcej. Zaczęli się spotykać i rozmawiać o niezwykłej mocy owych magicznych kamieni. Rozmawiali o nich bardzo często, wymieniali się kamieniami, rozdawali innym, cieszyli się, że wszyscy, którzy uwierzyli w ich moc uwalniali się od działania czarciego napoju. Zdarzało się jednak, że nie wszystkim pomagały. Szukano odpowiedzi, dlaczego? Okazało się, że niektórzy rozdawali tylko wybrane kamienie – wtedy pozostałe traciły moc. Jeżeli ktoś pozostawił je tylko dla siebie, po pewnym czasie wszystkie rozsypywały się pył... Zrozumiano wreszcie, w jaki sposób zachowują i zwiększają swoją moc. Najpierw o ich magicznej mocy powinien opowiedzieć ktoś, kto doznał ich działania. Tego kogoś nazywano Przewodnikiem. Uczeń, który poprosił o pomoc Przewodnika, otrzy-omywał od niego jego własne kamienie i opowieść jak zadziałały. Przewodnik odzyskiwał kamienie, których moc wzrastała. Przybywało jego uczniów, którzy stawali się Przewodnikami dla innych. Przekonano się, że niezwykłe kamienie nie działają w pojedynkę. Tylko razem potrafiły odmieniać życie innym. Każdy zawierał cząstkę Wielkiej Tajemnicy, która w całości objawiała się dopiero wtedy, kiedy każdy z owych kamieni po kolei odsłaniał swoją magiczną wiedzę. Te kamienie nazywały się:
PODDANIE, WIARA,
UFNOŚĆ, PRAWDA,
ODWAGA, MIŁOŚĆ,
POKORA, GOTOWOŚĆ,
BEZINTERESOWNOŚĆ,
UCZCIWOŚĆ, PRZYJAŹŃ,
DZIAŁANIE.
Tajemnicą, do której prowadziły niezwykłe kamienie, było godne, normalne życie. Dobry Stwórca zebrał kiedyś wszystkich posiadaczy owych kamieni i dał im następną wskazówkę. Wziął kamienie, ułożył je w trójkąt i wtedy rozbłysły cudownym światłem, zwielokrotniły swą moc i połą-czyły się tworząc trzy słowa:
JEDNOŚĆ,
SŁUŻBA,
ZDROWIENIE.
Wspólnota posiadaczy niezwykłych kamieni otrzymała filary swojego działania. Zdarzało się jednak, że wśród wszystkich posiadaczy kamieni dochodziło do sporów, nieporozumień i czasem chaosu. Stwórca znowu postanowił pomóc ludziom i ofiarował Dwanaście Tarcz. Tarcze te w niezwykły sposób broniły wspólnotę posiadaczy kamieni przed wieloma wrogami. Najbardziej jednak broniły ich przed nimi samymi... Ale to już inna bajka...
B. alkoholik



Wystarczała tylko odpowiedź: tak

W początkach AA zastanawiano się nad warunkami  przyjęcia do wsólnoty. Założyciele próbowali na przykład przyjąć zasadę, by do AA przyjmowani byli, tylko ci nowicjusze, którzy byli uzależnieni wyłącznie od alkoholu. Nie ma mowy o innych używkach, trzeba być czystym alkoholikiem. Albo – do AA nie mogą przystępować przestępcy. W tamtych czasach uczestnicy obawiali się, że ktoś taki może szkodzić wspólnocie. W książce „Dr Bob i dobrzy weterani” przeczytałam że, jak doktor Bob miał dylemat, czy przyjąć do AA mężczyznę, który miał zaledwie 34 lata. Dr Bob uważał, że ten człowiek nie jest „wystarczająco” poturbo-wany przez alkohol, by przyjąć program AA.  Dopiero po jakimś czasie alkoholicy doszli do wniosku, że gdyby stawiano tyle warunków, nikt nie należałby do AA. 12 Tradycji kształtowało się poprzez wieloletnie do-świadczenia. Moja refleksja jest taka, że gdybym żyła w początkach AA, to nie miałabym możliwości przystąpienia do AA. Dr Bob uważałby, że jestem za młoda na przyjęcie tego programu i musiałabym zostać porządnie skopana przez alkohol. Na szczęście Trzecia Tradycja mówi mi o tym, że to ja sama decyduję czy należę do AA. Ponad cztery lata temu zadeklarowałam chęć wstąpienia do Wspólnoty. Miałam pragnienie zaprzestania picia. Gdzie indziej nie mogę sama się przyjmować, gdyż muszę spełnić pewne wymagania. Na przykład władze uczelni zadecydowały, by przyjąć mnie na studia, musiałam mieć w miarę dobre wyniki z matury, przejść rozmowę kwalifikacyjną. W tym przypadku nie mogłam zdecydować o tym, czy należę do grona studentów. Wspólnota AA jest więc jedynym takim miejscem,  w którym tylko ja mogę podjąć decyzję o przynależności.  Dzięki Trzeciej Tradycji zostały mi zaoszczędzone młode lata życia. Mogłam je zniszczyć przez alkohol. Dzisiaj mam 25 lat, a jeśli dotrwam, to latem minie 4 lata od kiedy po raz ostatni sięgnęłam po alkohol. Ta tradycja ratuje moje młode życie i dzięki niej mam szansę założyć rodzinę, a to mnie czeka już w tym roku. Wystarczała tylko odpowiedź „tak” na pytanie: czy mam pragnienie zaprzestania picia?
Pogody ducha i 24 godzin
Wanda AA



Bezsilność, jak odczuwam, jak przeżywam

Czy to bezradność lub obojętność?

W początkowym okresie swojego zdrowienia zastanawiałem się cóż to takiego  ta bezsilność, jak ją sobie wytłumaczyć. Wytłumaczyć w sposób prosty, zrozumiały i jak to poczuć. Czytałem już w tym czasie na spotkaniach mojej grupy AA Krok Pierwszy. Czytałem, słuchałem wypowiedzi i nic do mnie nie przemawiało. W tym czasie do mojego motocykla doczepiłem wózek boczny i pojechałem w stronę gór oglądać piękne widoki. Droga stawała się bardzo kręta, wsze-dłem w prawy zakręt z maksymalnie odkręconą przepustnicą gazu i coś się stało. Straciłem nad tym kontrolę, koło wózka oderwało się od drogi i wózek prawie mnie nakrył. Ogarnęło mnie przerażenie, a za chwilę doznałem spokoju. Nic już nie byłem w stanie zrobić. Szczęśliwie jednak wróciłem do domu i opowiedziałem to zdarzenie mojemu koledze, doświadczonemu motocykliście i pijakowi. Wyjaśnił mi to w sposób dla mnie prosty i zrozumiały. Powiedział: koleś, jak zaczynają działać prawa fizyki stajesz się bezsilny, możesz tylko się poddać i wierzyć, że z tego wyjdziesz. Po tym wydarzeniu zrozumiałem, że moja obsesja picia, niemożność normal-nego życia to ten punkt krytyczny. To podnoszące się w górę koło wózka, które zagraża mojemu życiu. I cóż mogę w tej chwili zrobić?
    I tu zrozumiałem słowa mojego kolegi – pijaka. Jestem bezsilny, mogę się poddać i wierzyć, że z tego wyjdę. Uwierzyłem i doznałem spokoju. Z perspektywy czasu to doświadczenie wydaje się mi proste, aczkolwiek każdy kolejny dzień przynosi mi nowe doświadczenia mojej bezsilności. Jestem bezsilny wobec w informacji przekazywanych w moim odbioniku TV, wobec otaczającego mnie świata oraz innych ludzi. I wobec praw fizyki i woli Boga też jestem bezsilny. Co odczuwam gdy jestem naprawdę bezsilny? Odczuwam spokój, wraca wiara w sens i celowość tego, co się dzieje. Doznałem tego w czasie choroby i śmierci moich rodziców. Jestem bezsilny wobec możliwości otrzymania przebaczenia od osób, które skrzywdziłem, wobec miłości czy nienawiści. Ale nie jestem bezsilny wobec siebie. Mogę i mam wybaczać, mam kochać i dzielić się miłością. Bezsilność nie ma dla mnie związku z bezradnością czy obojętnością. Jest to pierwszy krok w stronę zmieniania siebie, poddania się i zawierzenia. Bez tego dwa następne kroki i pozostałe nie mają racji bytu. To tak, jak auto bez  opon, może być drezyną, a samochodem nie będzie. Ja bez przyznania się do  bezsilności nie będę człowiekiem.
Antek alkoholik
grupa „Sokół” Zgorzelec



Do czego jest mi potrzebny sponsor?

Samo słowo sponsor podświadomie sugeruje mi, że jest to ktoś, mogący coś dla mnie zrobić. Coś dobrego! Aczkolwiek słowo sponsor dla mnie osobiście jest trochę zimne i obce. Z własnego doświadczenia z początkowego okresu mojej przygody ze Wspólnotą pamiętam swój pierwszy kontakt z taką osobą. Tyle tylko, że dużo później uświadomiłem sobie, że był to mój pierwszy sponsor. A właściwie sponsorka, gdyż była to kobieta. Ale bliższe jest mi określenie tej osoby słowem, używanym przez naszych braci ze wschodu, „nastawczyk”. To osoba, która ustawia pociągi na odpowiednim torze. W moim przypadku tak się stało, jak napisane jest w rozdziale „Jest sposób” naszej książki „Anonimowi Alkoholicy”. Ale że jest tak napisane, pokazał mi dopiero kolejny sponsor. Bodajże w drugim czy trzecim miesiącu niepicia, bujania się między terapią a mityngiem AA, podobnym zresztą do terapii, nastąpił ten moment. Wówczas stale, w myślach, stała mi koło głowy „musztardówka” Vistuli. Terapeutka nie bardzo chyba wiedziała co z tym zrobić, a wracający ze mną z mityngu „doświadczeni AA-owcy” przekonywali, że można setkę walnąć pod warunkiem, że tego nikt z AA nie zobaczy. Przed którymś z kolejnych spotkań podeszła do mnie kobieta, nie pijąca chyba około 3 lat, ale nie bardzo lubiana w grupie AA, z powodu mówienia o jakieś Wielkiej Księdze, do tego czytała jakiś „Zdrój”. Ba, napisała nawet tam artykuł. Do tego w sposób świętokradczy namawiała grupę do picia kawy na mityngu i sama nawet wbrew grupie piła tę kawę. Zapytała mnie – „Antek, masz zdrową wątrobę, zdrowe serce?” „Oczywiście, że tak” – odpowiedziałem. „O, to ty możesz jeszcze pić, kup sobie „szczeniaka” i się napij. Chyba, że chcesz już więcej nie pić, to możemy się spotkać i porozmawiać o tym, co jest napisane w „Wielkiej Księdze”? I wiecie co, wnerwiłem się.  Ale te jej słowa zaczęły drążyć mój umysł. Codziennie. Do dzisiaj je pamiętam. Po jakimś czasie spotkałem się z nią i powiedziałem – „to porozmawiajmy”. Nie potrafiłem jeszcze wtedy poprosić. Był to ten moment, w którym zostałem przestawiany na inny tor. Tor, który prowadzi do codziennych przemian duchowych. Jest to zapewne ten swoisty fenomen, o którym pisze doktor w swojej opinii w Wielkiej Księdze: „raz zmieniona psychika alkoholika umożliwia łatwą kontrolę nad potrzebą napicia się”. Od tego dnia już zawsze było lepiej. Po wielu latach rozmawiałem telefonicznie z tą kobietą i  powiedziałem jej – ty byłaś pierwszą moją sponsorką. Uśmiała się, i powiedziała – „Antek, ja tego nie wiedziałam”. To moje doświadczenie sprzed lat przekonuje mnie, że sponsor jest mi potrzebny od początku do końca. Potrzebny w tym pierwszym punkcie zwrotnym na zwrotnicy mojego życia, ale i w drodze poprzez Kroki, w zrozumieniu ich i stosowaniu w życiu codziennym. W zrozumieniu nie tylko Kroków, ale i Tradycji i zastosowania ich nie tylko we Wspólnocie, w służbie, ale też w życiu rodzinnym, co wcale nie jest łatwe. Mój kolejny sponsor  służył i służy w dalszym ciągu pomocą. To on w początkach naszej współpracy, gdy zwróciłem się do niego z zapytaniem, co mam zrobić, gdyż zostałem zaproszony na ważny bankiet, na którym będzie alkohol, odpowiedział: „poczytaj sobie w rozdziale 7 „Praca z Innymi” na str. 88. Tam znajdziesz odpowiedź”. I znalazłem. Ta współpraca ze sponsorem spowodowała, że i ja czytam i poznaję literaturę. Dla mnie sponsor to nie tylko przewodnik po Krokach. To przewodnik i przyjaciel w życiu, w moich wątpliwościach, smutkach i radościach. To osoba, która pokazuje mi, co jeszcze mogę zrobić dla drugiego człowieka, pomagając sobie w zgodzie z programem Wspólnoty. Sponsora mam też po to, żeby nie przenosić  moich problemów na swojego podopiecznego. To takie ważne ogniwo w łańcuchu Wspólnoty. Wytrzymałość bądź siła łańcucha zależy od wytrzymałości po-szczególnych ogniw. Tym samym siła wspólnoty zależy od sponsora. Aczkolwiek dla mnie dalej jest to przewodnik, opiekun, patron a członkowie mojego kościoła powiedzą ­­– Anioł Stróż. Tak, jak wędrówka w góry bez przewodnika i mapy jest ciężka i niebezpieczna, tak samo moja droga we Wspólnocie bez przewodnika (sponsora) i literatury może być ryzykowna.
Antek AA, gdzieś z Worka Turoszowskiego.



Po raz pierwszy poprosiłam o pomoc drugiego człowieka

Wiele lat brałam narkotyki. Stanęłam przed wyborem żyć – albo umrzeć.  Po terapii w OTU, upojona sukcesem, że już nie biorę narkotyków, świętowałam opijając ten fakt, graniczący dla mnie z cudem. Picie na imprezach, w samotności i ciągi alkoholowe. Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością, z moją rodziną, z dziećmi. Ostatni mój ciąg alkoholowy skończył się 7.11.1996 r, dzień urodzin mojej córki. Czułam się jak zbity pies, wiedziałam, że sobie nie poradzę sama, zgłosiłam się do szpitala, błagając  wręcz o przyjęcie.  Lekarz zaproponował mi terapię dla alkoholików. Wtedy byłam gotowa zgodzić się na wszystko. Poczucie beznadziejności, wstydu i poczucie winy zabijało mnie. Na terapii dowiedziałam się, że jestem chora na alkoholizm, że jest to choroba ciała, umysłu i duszy Jeśli nie będę jej leczyć, pijąc dalej, umrę.  Skończyłam terapię, podjęłam kolejną w przychodni. Na mityngi chodziłam sporadycznie, uważałam, że nie są mi aż tak potrzebne. A z Programem w ogóle nie miałam do czynienia. Powoli wychodziłam z chaosu, tak mi się przynajmniej wydawało. Ciężka praca na terapii, przynosiła małe efekty. Czułam się trochę lepiej, odbudowywałam relację z moimi dziećmi, zaczęłam stawiać sobie różne wyzwania i zadania i realizowałam je. Na zakończenie przeszłam terapię DDA i czułam, że jestem gotowa spróbować żyć sama, bez terapii. Miałam zalecenia, które miały mi pomóc w trudnych momentach. Nawet nie wiem kiedy zaczął się u mnie powrót do starych zachowań.  Nie uznałam swojej bezsilności, nie zaakceptowałam siebie takiej, jaką jestem, dałam sobie prawo do łamania zasad i ustaleń. Mówiłam sobie, że mi to nie zaszkodzi, bo jestem silna. Tak się wplątałam w swoje nieuczciwe gierki, że zatraciłam się całkowicie. Mój wyjazd do UK był ucieczką.  Tu już w ogóle nie chodziłam na mityngi. Myślałam, że jak wyjadę, to moje życie zmieni się. Życie pewnie i się zmieniło, ale ja nie. Zaczęłam swoje kombinacje, małe i większe oszustwa. Po chwili oddechu znowu wrócił lęk i strach. Dopiero, gdy spotkało mnie nieszczęście takie, że byłam o krok od zapicia, znalazłam mityngi i zaczęłam na nie chodzić. Na mojej drodze stanęli ludzie i to im zaufałam na początku. Po 15 latach niepicia, zgorzkniała, nieszczęśliwa i zagubiona, po raz pierwszy poprosiłam o pomoc drugiego człowieka. Była to moja sponsorka. Poprosiłam ją o pomoc w przejściu programu 12 Kroków. Dostałam sugestię, by modlić się rano, dziękować za to, że obudziłam się i prosić o trzeźwy dzień dla tych, co jeszcze cierpią i dla mnie. Wieczorem poza modlitwą o Pogodę Ducha, miałam mówić, za co jestem wdzięczna. Myślałam, że to będzie łatwe. Ale rzeczywistość była inna. Coś zaczęło się dziać ze mną, coś innego niż do tej pory. Zaczęłam odczuwać spokój.     Właśnie wtedy rozpoczęłam chemioterapię. Skutkiem ubocznym tego leczenia była m.in. silna depresja. Spotkania ze sponsorką, mityngi dawały mi siłę i nadzieję. Przy Kroku Pierwszym, miałam dziesiątki przykładów, że nie uznałam swojej bezsilności. Uważałam, że jestem sama dla siebie Bogiem, że  na wszystko i wszystkich mam wpływ.  Tak właśnie myślałam. Gdy dostałam sugestię, aby napisać słowa: JA NIE MOGĘ,  ON MOŻE,  POMOGĘ MU, napisałam JA MOGĘ. Dopiero  kiedy przeczytałam,  zorientowałam się, co napisałam. To odkrycie zachęciło mnie do dalszej pracy i poznawania siebie na nowo. Poczułam akceptację siebie, taką jaka jestem, ze swoimi nałogami. I to, że nie kieruję swoim życiem uznałam za fakt niezaprzeczalny. Krok Drugi, w którym znalazłam Siłę, większą niż swoja własna – na początku to byli ludzie. Ale Krok Trzeci powalił mnie na kolana. Uważałam, że owszem jest Bóg, ale nie dla mnie. Odczuwałam go jako zjawisko, energię miłości i dobroci. Jednak uważałam, że nie jest ze mną. Sponsorka sugerowała mi, że mam czytać, rozmawiać z ludźmi, jak to u nich było. Rzeczywiście, szukałam tego swojego Boga wszędzie. Zupełnie przypadkiem trafiłam na modlitwę „Orędzie serca”.  Czytając tę modlitwę nagle zaczęłam rozumieć i czuć, że moja Siła Wyższa była ze mną zawsze. Ten fakt zmienił moje życie, odeszła samotność i lęk, który nosiłam od zawsze. Setki razy doświa- dczałam działania Boga, ale odczułam to dopiero teraz. Wiara, która zalała moją duszę czyniła cuda we mnie. Tym wielkim odkryciem podzieliłam się ze swoją sponsorką i niezmiernie byłam jej wdzięczna. Moja Siła Wyższa postawiła właśnie ją na mojej drodze, aby pomogła mi przejść przez Program. To był wielki przełom w moim zdrowieniu. Od tego momentu już nigdy nie czułam się samotna. Moja sponsorka pomogła mi przejść przez program 12 Kroków, mogłam zawsze na nią liczyć. W moich trudnych momentach, leczenia chemią zawsze była przy mnie i również dzieliła się swoim doświadczeniem. I za to jestem jej wdzięczna.
Marzena alko.



„Sponsorowanie: kobieta – kobiecie”
 
Jestem kobietą, a jednak na początku mojej drogi do trzeźwienia daleko mi było do kobiet. Traktowałam je nieufnie, jak rywalki albo puste lalki, które niczego nie mogą mnie nauczyć. Moje terapeutki mocno pracowały nade mną, żebym odnalazła swoją kobiecość i poczuła tożsamość ze swoja płcią. Dzisiaj myślę, że udało im się to, mnie zresztą też. Na mitingach słyszałam, że do trzeźwienia potrzebny jest sponsor. Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Podpyty- wałam ludzi, ale ich odpowiedzi były dla mnie niejasne. Dopiero praca w zespole organizacyjnym warsztatów sponsorowania, prowadzone przy tej okazji dyskusje,  pomogły mi rozjaśnić trochę ten obszar życia we wspólnocie. Najpierw usłyszałam, że sponsor pomaga przejść i zrozumieć program 12 Kroków. Sponsoruje mężczyzna – mężczyźnie, kobieta – kobiecie. Doświadczenia innych uczą, że inne kombinacje są niebezpieczne dla obu stron, chociaż oczywiście, jak to w życiu, zdarzają się wyjątki. Zazdrościłam chłopakom, którzy już mieli swojego sponsora. Z kobietami było trudniej, bo jest nas we Wspólnocie mniej, no i siłą rzeczy wybór jest mniejszy. Przy pierwszej mojej prośbie dostałam wymijającą odpowiedź. Później spotykałam się z koleżanką, która dawała mi wsparcie w problemach życiowych, ale nie pracowałyśmy na krokach. Dzisiaj mam sponsorkę, z którą pracuję na programie. Spotykamy się raz w tygodniu, czytamy Wielką Księgę, analizujemy ważne dla nas słowa, zdania i całe fragmenty, dostaję sugestie, co powinnam robić, jak zmieniać swoje działanie i sposób myślenia. Otrzymuję wsparcie, akceptację i poczucie bezpieczeństwa. Zmieniam się ja i moje życie. Wszystkie podpowiedzi zawarte są w naszej literaturze, tylko trzeba ją umiejętnie i świadomie czytać. Cieszę się, że moja książka „Anonimowi Alkoholicy” i „12 x 12” jest pokreślona na kolorowo. Teraz czuję, że mogę dać drugiemu to, co sama posiadam. Na warsztatach, które odbyły się w lutym w Poznaniu, poświęconych sponsorowaniu, usłyszałam podstawową prawdę: żeby być dobrym sponsorem, trzeba być najpierw dobrym podopiecznym. Pragnę przekazywać innym moje doświadczenia. Wiem, że praca na programie nie musi być rozciągnięta w czasie na długie lata. Można pracować  intensywnie i bez ociągania. Na tyle szybko, na ile ja, jako podopieczna mam gotowość i czas oraz na tyle, na ile czasu ma moja sponsorka. To nie wyścigi, ale systematyczna, codzienna praca. Kiedy usłyszałam o tym we wrześniu na ogólnopolskich warsztatach sponsorowania w Tomaszowie Mazowieckim, wydawało mi się to rewolucyjne, nierealne w naszych warunkach. Myślałam, może oni tam w Anglii tak robią, ale u nas to nie przejdzie. Teraz po 4 miesiącach pracy wiem, że u nas to też jest możliwe (wdrażam w życie krok 9   – dokonuję zadośćuczynienia). Ze zdziwieniem odkrywam, że u nas są też ludzie, którzy pracowali wcześniej w ten sposób. Tylko gdzie się ukrywali do tej pory? To też pokazuje mi, jak bardzo potrzebne są warsztaty i wymiana doświadczeń ludzi z kraju i zagranicy. Dla wyjaśnienia dodam jeszcze, że nie jest moją intencją ocenianie jakiegokolwiek sposobu pracy. Dzielę się swoimi doświadczeniami. Czuję, że warto zachęcać do wysiłku, bo to zmienia jakość mojego życia, moją wartość jako człowieka i użyteczność dla innych.
Iza AA



Krok Trzeci:
Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.

Faktów z mego życia nie zmienię, ale na same fakty patrzę inaczej. Opisuję je innymi słowami. Jak było u mnie na początku z Krokiem Trzecim? Mam wykształcenie techniczne i moje myślenie jest też techniczne, racjonalne. Przeprowadzając jakiekolwiek ćwiczenia laboratoryjne, doświadczenia - wykonywałem je dokładnie z instrukcją nauczycieli, aby otrzymać prawidłowy wynik. Dopiero w AA zdałem sobie sprawę, że w czasie „uczenia się picia umiarkowanego” sam z siebie robiłem „królika doświadczalnego”. Dzięki programowi AA zrezygnowałem z eksperymentowania na sobie. Miałem 41 lat, gdy Mama podpowiedziała mi, że jej sąsiad dużo pił, ale od ponad roku nie pije i dobrze by było, gdybym i ja skorzystał z jego doświadczeń, abym poszedł w tym celu na „jakieś spotkanie do kościoła”. Abym nauczył się nie pić tak często od pijaków gorszych ode mnie. To już przebrało miarę, gdy dodała, że sam sobie nie poradzę, gdyż nawet miesiąca nie potrafię wytrzymać bez „imprezowania”. Tu mnie trafiła w „samo podbrzusze”, to był dla mnie cios nokautujący. Przeżyłem, ale postanowiłem przekonać siebie, że Mama nie ma racji i sam wytrzymam miesiąc. Zrobiłem na sobie trzy próby z niepiciem przez miesiąc i musiałem przyznać się przed sobą, że moja Mama ma rację. Trzykrotnie nie potrafiłem  obejść się bez alkoholu przez jeden miesiąc. Zawsze zabrakło kilka dni i wreszcie musiałem pójść na „spotkanie do kościoła” i poprosić o podpowiedź dla siebie: co mam zrobić, aby wytrzymać dłużnej, niż miesiąc bez drinkowania. Ważne było dla mnie, że po ostatniej  „trzydniówce” poprosiłem żonę i na pierwszy mityng poszliśmy razem. Idąc na mityng w głowie miałem własne rozwiązanie swojego problemu i wydawało mi się, że dla mnie wystarczy krótka podpowiedź. Jestem bystry, w lot pojmę o co chodzi. To co usłyszałem o sobie, czego dowiedziałem się na mityngu na temat picia i niepicia przeraziło mnie. Dla mnie to był szok. Ucieszyłem się, gdy pożyczono mi do czytania na tydzień ich skarb. Na grupie mieli tylko jeden egzemplarz  książki „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”.  Tak bardzo ich prosiłem, że pożyczyli mi ten „skarb”. Lektura tej książki wzbudziła we mnie nadzieję, że nawet gdybym był alkoholikiem, to robiąc te Kroki wyzdrowieję z alkoholizmu. Tak wyczytałem w tej książce: według danych z roku 1983, do tego momentu w Stanach ponad milion osób wyzdrowiało z alkoholizmu dzięki AA. To był lekarstwo na moje złe myślenie. Po tym, co usłyszałem na mityngu było źle, ale po przeczytaniu książki pomyślałem sobie, że nie jest tak źle, gdyż z tego można wyzdrowieć. Oczywiście, gdy ze mną będzie tak źle jak było z nimi, to wtedy wezmę się za Program AA. Po wysłuchaniu piciorysów na mityngach i przeczytaniu ze zrozumieniem 12 Kroków i 12 Tradycji napisanych przez Billa W. w mojej głowie powstała myśl: aby z tego wyjść, to trzeba codziennie modlić się i zadośćuczynić za grzechy pijaństwa.     Niezrozumiałe było dla mnie to, dlaczego ja mam to robić już teraz. Nie wykluczałem, że zrobię KIEDYŚ, ale nie w tej chwili. Nie jest ze mną tak źle, jak z nimi. Dlatego nie zacząłem z marszu modlić się. Dziś wiem, do padnięcia na kolana i proszenie Boga o pomoc zmusiła mnie po drugim zapiciu gorzała. Samo słowo i wiedza to było za mało – mi nie wystarczyły, chociaż uważałem siebie za lżejszy przypadek, któremu wystarczy tylko powiedzieć: nie piję, nie chcę pić a reszta sama zrobi się. Przecież głowa pracuje bez alkoholu normalnie, nieprawdaż? Do końca nie rozumiałem siebie i nie czułem tego, że ja od czasu do czasu piłem, ponieważ musiałem zalać robaka, albo musiałem podnieść się na duchu. Nie piłem po to, aby komplikować sobie życie, ale po to, aby sobie pomóc załatwić ważne interesy. Wydawało mi się, że z tym drugim zapiciem w ciągu pierwszego miesiąca to chyba zwariowałem i pojawiła się złowieszcza myśl, że kolejne, trzecie zapicie skończę pod płotem. To mnie dosłownie rzuciło na kolana. Zrobiłem to w ukryciu przed najbliższymi, aby sobie nie pomyśleli, że faktycznie zwariowałem. Zaczynam udawać świętego – modlę się od rana...  Aby bez zbytniego analizowania paść na kolana i poprosić o jeden dzień bez drinka, musiała w mojej głowie pojawić się myśl, że odchodzę od zmysłów. Pierwszy raz robiłem to jeszcze z męskim chuchem, jeszcze w głowie miałem tupot białych mew, ale to była moja pierwsza trzeźwa decyzja podjęta z samego rana na kacu, ale świadoma. Wtedy dosłownie zrezygnowałem z własnej filozofii wesołego życia, w którym „pacierza i wódki nie odmawiałem”. Czułem się nie tylko podle, ale miałem się za ostatniego łajdaka. W skrytości serca poprosiłem Boga tylko o jeden trzeźwy dzień bez drinka. Nie pojmowałem wtedy, że to była najważniejsza decyzja, która zadecydowała o reszcie mojego życia. Dziś w pełni rozumiem, że w tym momencie powierzałem Bogu nie tylko swoje ciało, nie tylko swoje myśli, ale też swojego ducha. Zgiąłem kolana i nóg nie połamałem, nie zwariowałem, chociaż myślałem, że tak o mnie pomyślą moi najbliżsi, gdy mnie zastaną w takiej pozycji na kolanach. Zawierzyłem Bogu, że mi pomoże i nie ulegnę pokusie odstresowania się lekarstwem na wyciągnięcie reki. Nauczyłem się w ciągu kilku miesięcy powierzać siebie Bogu każdego ranka. Robię to po porannej toalecie dla ciała, modlitwy i medytacje są dla mojego umysłu i ducha tym samym, czym ciepła i zimna woda dla mojego ciała. Padając na kolana nie do końca rozumiałem i nie zastanawiałem się, co w tym momencie robię. Jakie elementy Programu realizuję. Bardzo zapragnąłem wtedy być trzeźwym jeden dzień, o którym słyszałem na mityngu. Tylko ten jeden dzień się liczy. A jutro zrobię to samo. Wieczorem, o dziwo zdobyłem się na krótki pacierz przed zaśnięciem. Z czasem zdałem sobie sprawę, że w tym momencie robiłem Krok Drugi, Trzeci i Jedenasty. Do tej pory byłem sam sobie okrętem, sam sobie sterem. Wolna wola mieszała się mi z samowolą. W rezultacie kierowania się samowolą, pod wpływem alkoholu, moje myślenie otarło się o szaleństwo. Dopiero ukrócenie samowoli, poddanie się woli Bożej powoli zmieniało moje myślenie. Powoli, dzięki Bogu, wracałem do zdrowego rozsądku. Aby nie wrócić do nałogu profilaktycznie stosuję Program AA, a w nim nauczyłem się wielu pożytecznych zasad, które zmieniły moje zachowania i moje myślenie (w przeszłości wydawało mi się, że jestem wolnym człowiekiem, a ja byłem tylko swawolnym dzieckiem). Aby cokolwiek osiągnąć, aby czegokolwiek nauczyć się, muszę sam siebie zmusić, muszę dokonać wewnętrznego wyboru, muszę przekonać siebie, że chcę to osiągnąć. Kształtowanie mojego charakteru jest dla mnie pracą na całe życie. Po zaprzestaniu stosowania środków zmieniających nastrój nie przestałem być człowiekiem, nie stałem się aniołem. Aby zachować pogodę ducha musiałem pokonać wewnętrznego demona, który mnie zniewalał i nauczyć się podnosić na duchu w nowy sposób. Wziąłem odpowiedzialność za swoje życie i swoje samopoczucie. Przestałem obciążać innych odpowiedzialnością za moje życie. Na początku często zmuszałem się do modlitwy tak, jak czasami zmuszam się do rannego wstawania. Po porannej toalecie dla ciała w porannym rytuale mam czas na „toaletę dla ducha” czyli moje poranne medytacje – powierzanie swojego życia Bogu. Od początku na kolanach modliłem się jak dziecko. Modliłem się słowami modlitw zapamiętanych w dzieciństwie. W pamięci z dzieciństwa miałem obraz Babci, która modliła się nie tylko z pamięci, ale i z książki. Z czasem też dorosłem do modlitw z książek. Zaczynałem od 24 Godzin, potem dołożyłem  sobie inne poradniki na każdy dzień roku. Gdy trafiłem na modlitwę Trzeciego Kroku w Wielkiej Księdze to nauczyłem się jej na pamięć i dołączyłem ją do codziennych medytacji. Modlitwa zawiera myśli, które pomagają mi prostymi słowami powierzyć siebie Bogu: „Boże, ofiaruje siebie Tobie, abyś mnie uformował i uczynił ze mną to, co będzie zgodne z Twoją wolą. Uwolnij mnie ode mnie samego, żebym mógł lepiej spełniać Twoją wolę. Oddal ode mnie trudności, aby zwycięstwo nad nimi mogło być świadectwem dla tych, którym pospieszę z pomocą, czerpiąc z Twej Potęgi, Miłości, Twego Pojmowania Dróg życia. Dopomóż mi, abym zawsze spełniał Twoją wolę”. Aż dwa lata zajęło mi uświadomienie sobie, że wszystko zawdzięczam codziennemu postanowieniu i powierzaniu swojego życia opiece Boga, a więc Łasce Bożej. Tyle zajęło mi przekonanie siebie, że to Bóg uzdrawia, a ja tylko Jemu poddaję się, proszę o Moc do pokonania siły przyciągania alkoholu. Najpierw ja staram się wykonać swoją pracę uczciwie, a On czyni mi to, czego ja sam dla siebie nie potrafiłem uczynić. Wcześniej, bez Jego pomocy nie potrafiłem zrobić przerwy między drinkami dłuższej niż 30 dni. Robiłem wszystko, co mi moja głowa podpowiedziała, tak mi wydawało się, ale dopiero po dwóch latach stosowania Programu AA codziennie, odeszły ode mnie lęki przed wpadką. Dziś nie mam lęków ani obaw, że ten Program nie działa. Jestem przekonany, że miejsce moich lęków (strachów) zajęła wiara w Moc Bożą. Bill w Wielkiej Księdze wielokrotnie powtarza, że wiara bez uczynków jest martwa – nie działa. Sprawdziłem na sobie. Bill ma rację tak samo, jak miała racje moja Mama, że sam sobie nie poradzę. Jestem z Wami i Bogiem w AA.
Adam z Gdańska



Sponsor potrzebny od zaraz, czyli warsztaty sponsorowania

Na moje pierwsze warsztaty sponsorowania pojechałam po to, żeby się nauczyć sponsorować – jakiś czas wcześniej dwie alkoholiczki ze Wspólnoty poprosiły mnie o pomoc w  przejściu przez Program. Ja sama wprawdzie na Programie ze sponsorem nie pracowałam, ale... No właśnie, chyba wydawało mi się, że brak doświadczenia nadrobię wiedzą i inteligencją. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Program AA to konkretne kroki do wykonania, a nie czytanie i opowiadanie o nich.  Z tych pierwszych warsztatów wyjechałam z przekonaniem, że żeby komukolwiek pomóc, najpierw sama muszę postawić te 12 Kroków. Oczywiście – ze sponsorem. Zatem w wielkim skrócie: znalazłam, zrobiłam, zaczęłam przekazywać dalej. Na lutowe warsztaty sponsorowania (zorganizowane i naprawdę świetnie przygotowane przez Intergrupę Wielkopolska) do Poznania jechałam z ciekawością, choć bez wypieków na twarzy. Z „londyńczykami” i ich metodą – dla niektórych kontrowersyjną – spotkałam się już wcześniej i sama wiele dzięki niej zyskałam. Chciałam jednak usłyszeć więcej, bardziej, głębiej, dokładniej, bo – jak powiedział później jeden z uczestników tego warsztatu – praca z podopiecznymi nie tylko umożliwia, ale też wymaga ciągłego rozwoju. A ja sama też ciągle chcę być „na Programie”.  Razem ze mną byli tam ludzie z całej Polski. Ci, którym się chce rozwijać, działać i zmieniać. Bo chyba trzeba naprawdę chcieć, żeby jechać przez pół kraju, wiele godzin w jedną stronę, by posłuchać o pewnej metodzie pracy na Programie. Te warsztaty sponsorowania – o czym na samym wstępie uprzedzili spikerzy – oparte były na doświadczeniu, nie na teorii. Dlatego sensowniejsze od snucia opowieści wydaje mi się przytoczenie kilku ich wypowiedzi, które uznałam za szczególnie ciekawe. To o czym będziemy mówić, to jeden ze sposobów na sponsoring. Nie jedyny. Nie najlepszy. Ale taki, który pomógł mi i widzę, że pomaga wielu innym. Sponsor to ktoś, kto pomaga nowicjuszowi przejść przez Program 12 Kroków. Sponsor nie rozwiąże problemów podopiecznego i nie takie jest jego zadanie. Sponsor ma mu pomóc nawiązać kontakt z Bogiem. A Bóg rozwiąże kłopoty podopiecznego. Na początku jedyną rzeczą, którą trzeba wiedzieć o Bogu, to to, że nie ty nim jesteś. Na mityngach staramy się nie mówić o problemach i smutkach (dzielimy się za to nadzieją, że Program działa). Te rzeczy omawiam ze sponsorem podczas codziennego telefonu. Trzeźwienie ma pewne warunki: uczciwość, otwarty umysł i gotowość. Uczciwość, na początku nawet nie wobec całego świata, bo to za duży ciężar, ale wobec jednej osoby – sponsora. Otwarty umysł jest wtedy, gdy dopuszczam, że być może istnieje inna wersja wydarzeń niż moja, że nie wszystko jest tak, jak mi się wydaje. Wreszcie gotowość – wychodzi „w praniu”, czyli działaniu – to zdolność zrobienie rzeczy, których nie chce się robić; robienie mimo niechęci i kwestionowania. Moje trzeźwienie nie zależy od sponsora, tylko od mojej relacji z Siłą Wyższą. Sponsor wpajał mi: „Pamiętaj, że nie trzeźwiejesz dla siebie! Twoje życie ma być świadectwem dla tych, którym być może będziesz mógł pomóc”. Nie ma innej drogi wytrzeźwienia niż przeżycie duchowe. Na początku dostałem zalecenie, żeby się modlić na kolanach. To działa, jeśli wierzysz. Jeśli nie wierzysz – też działa. Jeśli ktoś ma problem ze swoja Siłą Wyższą, to może ją „pożyczyć” od sponsora. Sponsor może wtedy opowiedzieć o swojej Sile Wyższej, podzielić się nią. Praca ze sponsorem nie kończy się na 12 Krokach. To też Tradycje. Bo Tradycje również mogą mi pomóc żyć lepiej w świecie i społeczeństwie, w rodzinie i w pracy. Jak znaleźć sponsora? Jest taki żart: przejedź się samochodem ze swoim sponsorem, w godzinach szczytu, a zobaczysz jego prawdziwe oblicze (śmiech). A tak serio, znaleźć grupę macierzystą, chodzić tam i aktywnie szukać sponsora. Na naszych mityngach chętni i gotowi do sponsorowania zgłaszają się na mityngu. Nowo przybyły sam może wybrać. Dobrze, żeby twój sponsor miał swojego sponsora, z którym ma kontakt – wtedy doświadczenie twojego sponsora jest głębiej zakorzenione w szerokim doświadczeniu Wspólnoty AA. Nie ma lepszych i gorszych sponsorów jeśli jest Program AA. A jak być dobrym sponsorem? Być dobrym podopiecznym. O sponsorowaniu nie da się mówić bez mówienia o Krokach. Ale o tym celowo nie piszę – może w niektórych wzbudzi to głód na tyle silny, że sami zaczną szukać. Szukać sponsora. Wiem, że w różnych Regionach już są planowane kolejne warsztaty sponsorowania. Dla mnie to znak, że potrzeba realnej zmiany w anonimowych alkoholikach jest coraz silniejsza, a głód Programu AA coraz większy. Bo jak długo da się żyć z udawaną nadzieją, potwierdzaną wypowiadanymi smutnym głosem deklaracjami: „cieszę się, że dziś się nie napiłem”?
Kasia



Kilka powodów, dla których warto mieć sponsora

 Od razu dopowiem, że sponsora dobrego. Nie warto mieć sponsora, który nie ma dla mnie czasu, nie zna programu i nie robi go, którego nie lubię albo się boję. Dobry sponsor to przyjaciel. Powierzam mu swoje tajemnice, ale wiem, że po pierwsze, wszystko zostanie między nami, po drugie, do moich problemów odnosi się z prawdziwą troską, nie wyśmieje, nie zlekceważy, wiem że zależy mu na mnie. Dlatego jeśli krytykuje, to wiem, że ma na względzie moje trzeźwienie. Kiedy wpadam w dołek, ponoszę porażkę – wiem, że jest ktoś, kto mnie wysłucha, spotka się i wyprostuje moje pogięte myśli. A wie, na jakie manowce mnie prowadzą, bo zna mnie bardzo dobrze. Po każdym spotkaniu ze sponsorem czuję, jakbym dostał nową parę okularów. Widzę to samo, ale inaczej, jaśniej. Twierdzi, że program robimy po to, aby móc cieszyć się życiem. I jeszcze, że mam wszystko co jest do tego potrzebne, tylko muszę zacząć używać (np. odwagi), albo przestać używać (np. lenistwa) i że dam radę. Nie tuli mnie, nie głaszcze i nie pociesza. Ale przecież nie wybrałem sponsora wyłącznie po to, aby mieć nowego przyjaciela. On ma pomóc mi przejść 12 Kroków. I to jest clou programu – czyli praca nad nim, z nim, na nim, czy jak to tam zwał. Zwróciłem się więc do kogoś, o kim wiedziałem, że zrobił program i stosuje go w życiu. Dzięki temu mam nadzieję, że i moje życie się zmieni na lepsze. Podczas wspólnej pracy musiałem dać mu się poznać z każdej strony, odkryć się. Ponieważ ufam mu, zrobiłem to. I teraz mam osobę, która bez trudu potrafi mnie przejrzeć. Ale dzięki temu prawie zawsze potrafi postawić prawidłową diagnozę moich depresji, pomyłek, itp. i pomóc z nich wyjść. Coraz częściej, kiedy chcę zadzwonić do sponsora i wyżalić się, co się nie udało i co mam zrobić, układam sobie w głowie rozmowę z nim i słyszę jego odpowiedzi. No i już nie mam po co dzwonić. Przecież tak naprawdę wiedziałem, jak sobie poradzić. I chyba o to chodzi.
Tomek



Tradycja Trzecia:
Jedynym warunkiem przynależności do AA , jest pragnienie zaprzestania picia.

 Na większości zamkniętych mityngów AA w Polsce zadawane jest pytanie: Kto ma  abstynencję krótszą niż  30 dni?     Czy to zgodne jest z Trzecią Tradycją? Moim zdaniem: NIE. Czasami na skutek zadawania takiego pytania, alkoholik, który zapił zastanawia się, czy wrócić na mityngi? Wstyd bierze górę i albo spóźnia się na rozpoczęcie mityngu, albo nie przychodzi wcale. Albo wrócił po zapiciu i nie miał odwagi przyznać się do niego na mityngu? Jest wiele powodów, by pozosatając w duchu Tradycji, pomóc je zachować także tym ”nieśmiałym”, nie utrudniać im przyjścia na mityng bezpośrednio po zapiciu. Zgodnie z Tradycją Czwartą moja grupa macierzysta po latach zmieniła scenariusz i w nowym pytanie to zostało pominięte. Nie ja byłem wnioskodawcą, ale poparłem tę zmianę. Nigdy nie oceniałem tego pytania w kategoriach prawidłowe – nieprawidłowe, zadawać - nie zadawać. Nie spotkałem się, aby kogoś wyrzucono z mityngu dlatego tylko, że zapił lub często zapijał. Zawsze zachęcałem do chodzenia na mityngi, gdyż wiem, że wiara moja wzięła się ze słuchania innych, a nie z wyczytania tego w książkach. Natomiast wielokrotnie mówiłem, że łamanie Tradycji Trzeciej następuje w momencie przymuszania uczestników mityngu do przedstawiania się, że są alkoholikami. To powoli znika z naszego „krajobrazu”. To było dla mnie  ewidentnym łamaniem Tradycji Trzeciej. Dlaczego się temu przeciwsta- wiałem? Jestem tym, którego na pierwszym mityngu zmuszono do mówienia o sobie, że jestem alkoholikiem. A ja tego nie rozumiałem i nie czułem się alkoholikiem! Mówiłem z przekąsem – Adam alkoholik, a „w środku miałem Kozakiewicza gest”. Pytanie o abstynencje dotyka problemu uczciwości, jej pojmowania. Pamiętam swoje myślenie po pierwszym zapiciu. „Będę podnosił od tego dnia rękę przez miesiąc, ale do wpadki przyznam się tylko wtedy, gdy ktoś zwróci mi uwagę, że chodzę ponad miesiąc i nadal podnoszę rękę. Jeżeli nie odkryją, jeśli nikt nie zwróci mi uwagi, nic o wpadce nie powiem”. Oczywiście to moje myślenie ukarało mnie drugim zapiciem i tego nie dało się ukryć. Zacząłem mówić o swoich błędnych  zachowaniach i myśleniu „pod górę”! Natomiast przez moment wahałem się, jak zareagować na oświadczenie nowicjusza, że „ja nie chcę przestać pić, jak stąd wyjdę to pierwsze kroki skieruję do knajpy, ja tu jestem z przymusu sądowego”. Swoim sposobem zachęciłem go, aby pozostał, słuchał tego co powiedzą inni, a decyzję podejmie później.  Po paru tygodniach chodzenia i słuchania, oczywiście na każdym mityngu podkreślał, że jak wyjdzie, to się „nawali jak autobus”, zmienił zdanie, zabierał głos na mityngu. Wyszedł z „przymusowego chodzenia na mityngi i nie napił się”.
AA   



Tradycja Siódma:
Każda grupa AA powinna być samowystarczalna i nie powinna przyjmować dotacji z zewnątrz.

Bill W. zaczyna opowiadanie o Tradycji Siódmej od słów: Samowystarczalni alkoholicy? Kto to słyszał /Kto to wymyślił/?... A jednak to stało się faktem. Na dziś tylko w Irlandii składki pokrywają koszty ich Biura AA. A  jak jest z naszym BSK AA? Pomimo rozpoczęcia działalności AA w systemie, w którym państwo dbało o obywatela i kontrolowało wszystkie organizacje przez ich dofinansowywanie, wspólnymi siłami, wspólnymi składkami zapewniliśmy sobie w AA samowystarczalność, nie otrzymujemy dotacji od państwa, tylko od aowców. Powoli stawaliśmy się samo- wystarczalni. AA było wyłomem w tej machinie i nie chciało brać za darmo od państwa. Dziwakami byliśmy. Z przyjęciem tej zasady samofinansowania się ja  nie miałem problemów, gdyż od dziecka byłem zachęcany i wychowywany do dawania „na tacę” na utrzymanie Kościoła, podobnej Wspólnoty jak dziś moje AA. Dlaczego powinienem dbać o wspólnotę, której jestem członkiem, wyjaśnili mi Rodzice. Wiem, że każda formalna czy nieformalna grupa potrzebuje pieniędzy do prawidłowego funkcjonowania. Tak było nawet w czasie składkowych imprez pijackich. Często „kapelusz” był tym miejscem, gdzie wkładaliśmy składki na wspólną imprezę, gdzie składaliśmy się „na kelnera”. W AA ten rytuał jest podtrzymywany i mnie nie zdziwił, gdy przyszedłem na pierwszy mityng. Tylko cel dzisiejszych zbiórek do „kapelusza” jest inny – pieniądze są potrzebne na niesienie posłania tym, którzy jeszcze cierpią i na funkcjonowanie naszych struktur służebnych, które powołaliśmy do istnienia. Uważam je za niezbędne do prawidłowego funkcjonowania całego AA. Zaczynałem z AA wtedy, gdy służby utrzymywały się same, AA było biedne. Aby zgromadzić pieniądze na rozpoczęcie drukowania literatury „Siódemka” wydrukowała cegiełki – Literatura AA. Były czerwone i po 200 złotych. Z rozprowadzaniem cegiełek miałem doświadczenie z harcerstwa. Gdy w 1956 roku odrodziło się ZHP też rozprowadzaliśmy cegiełki. Jako dwunastolatki chodziliśmy po knajpach i sprzedawaliśmy przy stolikach wesołym ludkom cegiełki na odbudowę harcerstwa. „Kombatanci” dawali najczęściej. Podobnie po latach – tylko robiłem to na mityngach AA. Rozprowadzałem cegiełki „Literatura AA”. Trzeźwi są mniej hojni, ale miałem doświadczenie z dzieciństwa. Nie poddawałem się. Było podobnie.     Pamiętam jakie miałem problemy z rozprowadzeniem cegiełek „Literatura AA” w naszej Intergrupie Pomorskiej. Rozprowadziłem wszystkie, jak zobowiązałem się wobec „Siódemki”, jedną zakupiła moja grupa macierzysta. Musieliśmy zgromadzić fundusze, aby zacząć drukować literaturę. Nikt nam niczego nie dał.  Nie zabiegaliśmy nawet o to. Chcieliśmy być samowystarczalni, jak mówi Tradycja AA. Dziś produkcją i kolportażem literatury zajmuje się BSK AA wraz z całą rzeszą kolporterów na wszystkich szczeblach służb. I to jest dla mnie stanem normalnym. Marzy mi się, aby na każdej grupie był kącik literatury i aby co najmniej jedna osoba nim się opiekowała. Na mojej grupie macierzystej tę służbę pełnię sam. Ciągle szukam zastępców. Dlaczego literaturę tak cenię? Znam wagę słowa pisanego i dbam, aby nowicjusz miał dostęp do naszej literatury. Aby wyczytał sam dla siebie to, co ja wyczytałem na początku. Tylko w 1986 roku sytuacja była nadzwyczajna. W Gdańsku była jedna grupa AA i na mityngu był jeden egzemplarz książki „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”. Książkę wypożyczano tylko pewnym osobom na jeden tydzień do czytania w domu. A na mityngu odczytywano z tej książki teksty przed dyskusją. Nie mogło jej zabraknąć. Jedna książka na kilkunastu uczestników. Miałem szczęście przeczytać ją już w pierwszym tygodniu w AA. Stąd wzięło się moje przekonanie, że najlepiej jak każdy sobie sam wyczyta nadzieję na powrót do zdrowia z choroby zwanej alkoholizmem. Dziś nowicjuszowi polecam na początek Wielką Księgę.  Długo w mojej głowie rodziło się przekonanie, które jest dziś we mnie: grosz wrzucony do „kapelusza” w tym momencie staje się groszem całej naszej Wspólnoty! Nie tylko mojej grupy! To nie jest tak, że tylko sumienie grupy decyduje, co z zebranymi pieniędzmi można zrobić. Już dorośliśmy, aby zdać sobie sprawę, że oprócz przyjemności, są też obowiązki. Trudno wymagać od dzieci, ale dorośli o tym wiedzą, że w życiu nie ma nic za darmo. Przecież zebraliśmy się po to, aby korzystać wspólnie z Programu Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji. To tak po ludzku, uczciwie, za korzystanie z dziedzictwa AA należy się „opłata licencyjna” dla autora. Tak to sobie wyobrażam, że wrzucony przeze mnie grosz do „kapelusza”, który trafi do Biura BSKAA a potem do GSO na Mityng Światowy, jest moją symboliczną opłatą za prawo do korzystania na co dzień z tego Programu AA – to jest moja opłata licencyjna. Chociaż mówimy, że w AA Program jest za darmo, wszystko jest za darmo, to ja zdaję sobie sprawę, że jak nie będę szanował Tradycji AA, to zapłacę rachunek najwyższy    – przedwczesną śmierć. Jako wolny człowiek daję datki do kapelusza dobrowolnie i dbam, aby nie były tylko „przejadane”. Przy podejmowaniu decyzji o wydaniu pieniędzy z kapelusza na mojej grupie przypominam o stałych zobowiązaniach grupy AA – dorośli maja obowiązki. Przypominam, że z datków wrzuconych do kapelusza utrzymujemy nasze służby, nasze Biuro, które powołaliśmy do obsługi całego AA w Polsce, ale jako część Wspólnoty Światowej, to nasz grosz finansuje też Mityng Światowy Służb AA. Powoli samoświadomość uczestników mityngu zmienia się, tak samo jak ja zmieniałem swoją. Najpierw potrzebna jest informacja, na co potrzebne są pieniądze w AA. Zaliczam siebie i uczestników naszych mityngów do osób ofiarnych, nie jesteśmy dusigroszami. Jak sobie przypomnę, od czego zaczynaliśmy -  praktycznie byliśmy bez grosza, a dziś wystarczy spojrzeć na szatę graficzną wydawanej literatury przez BSK AA, aby malkontentom zamknąć usta, a otworzyć oczy. Cały czas obserwuję rozwój AA i 20 lat temu GSO pokrywało koszty swojego utrzymania w 80 procentach z wydawanej literatury. Dziś chyba jest odwrotnie. U nas te proporcje są takie, jakie w Stanach były ponad 20 lat temu. Nie jest źle, tak mi się wydaje się. Jeszcze jesteśmy na dorobku. Z czasem te proporcje będą musiały ulec zmianie, albo… Wzorem na dziś dla nas jest Irlandia, która wyprzedziła wszystkie kraje, nawet kolebkę AA. Ich Biuro utrzymywane jest tylko ze składek uczestników mityngów. Dlaczego? Być może na mityngi chodzi więcej takich osób, które w dzieciństwie były zachęcane przez rodziców do dobrowolnych datków na rzecz wspólnoty, w której uczestniczą.
AA