MITYNG 04/190/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Uczciwość – od tego wszystko się zaczyna

Zastanawiam się od czego zależy uczciwość. Od kontekstu. Reguły, którymi się kieruję, zależą od tego, czego zostałam nauczona, w jakim otoczeniu przebywam. Gdy byłam pijana wśród pijanych, byłam ok. Przez długi czas powody dla których piłam, były dla mnie prawdą. Odkrycie, że piję, bo jestem chora, było punktem zwrotnym.     Zmienił się kontekst, zmieniła się moja świadomość. Popatrzyłam na dotychczasowe życie pod innym kątem i zobaczyłam ruiny i zgliszcza. W jakimś sensie umarłam. Dzięki temu, że spotkałam ludzi, którzy dzielili się ze mną swoim doświadczeniem, urodziłam się do nowego życia. Zmienia się moja świadomość, co innego jest ważne. Zamknięcie tego etapu życia odbywa się w 4 Kroku, kroku prawdy o sobie.
Moim kontekstem teraz jest Wspólnota AA, gdzie mogę wszystko, pod warunkiem, że nie będę szkodzić swoją samodzielnością najważniejszemu celowi – niesieniu posłania innemu alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.     Moim obowiązkiem jest tak żyć, aby inni chcieli być ze mną. Aby moje przekonania nie stawiały muru między mną a kimś, kto ma inne poglądy, ale chce przestać pić.
Bo jeśli ktokolwiek, gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcę aby napotkał wyciągniętą ku niemu dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialna.
Ewa



Witam wszystkich czytelników!

Mam na imię Lechu i jestem alkoholikiem. Chcę się podzielić z Wami swoimi przemyśleniami i doświadczeniami w realizacji Programu 12 Kroków, a dziś szczególnie Kroku Trzeciego. Aby jasno to wybrzmiało muszę wrócić do zamierzchłych czasów mojego dzieciństwa, kiedy to mając rok i dwa miesiące zachorowałem na dziś już mało znaną chorobę Heinego-Medina. Do piątego roku życia mama woziła mnie na wózku. Potem przy pomocy rehabilitantów, zacząłem chodzić, mocno utykając. Kiedy poszedłem do szkoły moi rówieśnicy nie zwracali się do mnie inaczej niż per kuternogo, kulawcu czy inwalido. Mam dwóch braci i nasza mama, nie radząc sobie z rozrabiającą trójką dzieciaków, czasami uciekała się do takiego sposobu uspokajania nas: Zobaczysz, jak nie będziesz grzeczny czy jak jeszcze raz coś takiego zmajstrujesz, to cię Pan Bóg pokarze…
Z czasem w mojej głowie zaczęło się pojawiać pytanie: czym ja sobie zasłużyłem mając rok i dwa miesiące, żeby Pan Bóg mnie pokarał taką nogą, że ja nie mogę grać w piłkę, jeździć na rowerze, na nartach czy łyżwach, pływać itd. Jak to się teraz mówi na zajęciach fizycznych w szkole „grzałem ławę”.  Na 16-te urodziny pierwszy raz urwał mi się film i od tej pory coraz częściej piłem pokątnie w krzakach z kolegami piwo, odkryłem niesamowitą potęgę alkoholu. W jego towarzystwie nie byłem sam, mogłem też coś powiedzieć do moich kolegów. A jak jeszcze oni lądowali pod stolikiem, a ja na własnych nogach wracałem do domu, to byłem dumny, że choć w jednym jestem najlepszy… A w głowie pojawiła się myśl: Nie Ma Boga!
Dalej to już było z górki… Znajomości, zapoznane dziewczyny, kumple, praca  – wszędzie z kieliszkiem lub butelką piwa w ręce… Miałem 22 lata gdy się ożeniłem. Urodziło się jedno dziecko, zaraz drugie. Nieskończone studia, szybko do pracy, żeby rodzinę utrzymać. Ot, taka zwykła historia.
Po sześciu latach małżeństwa żona doszła do wniosku, że już nie da rady tak żyć w trójkącie Ona+Ja+Butelka i wyprowadziła się do swojej mamy. Potem moje prośby, żeby spróbować jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz… i w końcu walizki na dobre wystawione przed dom. Żona postawiła ultimatum: albo Ona albo Butelka. Poszedłem do poradni. Powiedzieli mi, że jestem alkoholikiem. Nie uwierzyłem. Antikol, esperal… i znów piłem. W czasie jednego z ciągów, po pięćdziesięciu dniach picia obudziłem się na dworcu, daleko od domu, bez pieniędzy, bez dokumentów, bez bagażu… Od kilku dni w tej samej koszuli, spodniach i skarpetkach… Prosiłem ludzi o wsparcie na bilet do domu, ale za uzbierane 3,50 zł kupiłem wodę kolońską i wypiłem… To  zdarzenie utwierdziło mnie w tym, co już dawno mówili mi lekarze… jestem chory, czas zacząć się leczyć, bo umrę.
Znów antikol, esperal na półtora roku. Tuż przed końcem działania esperalu trafiłem na pierwszy mityng. A tu Modlitwa o Pogodę Ducha zaczynająca się od: Boże… A ja przecież niewierzący, Boga nie ma, to nie dla mnie… Ale oni tam na tym spotkaniu mówili: ja nie piję rok i dwa miesiące, a ja 9 miesięcy, a ja pół roku. Bez antikolu, esperalu… hmm… ciekawe. Zacząłem chodzić na mityngi regularnie, ze trzy miesiące po pierwszym mityngu. Koledzy namówili mnie na wyjazd do Zakroczymia, do Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości. Pojechałem i nic. Posłuchałem, na rozmowę do księdza nie poszedłem. Byłem tam jeszcze ze dwa razy i też u spowiedzi nie byłem. W czasie kolejnego pobytu w Zakroczymiu zapisałem się do Ojca Benignusa i już miałem wchodzić, a Ojciec wyszedł ze swojego gabinetu i powiedział, że teraz nie ma czasu, że może później. I znów nie byłem…. Kolega „na siłę” wepchnął mnie do celi Ojca Kajetana. Po półtoragodzinnej spowiedzi na kolanach wyszedłem innym człowiekiem. Zacząłem szukać Boga. Jeździłem do Częstochowy, do Lichenia, Świętej Lipki i innych znanych miejsc kultu. Kiedyś, już po 2000 roku, trafiłem do Stagniewa w diecezji elbląskiej do Betanii ks. Biskupa Józefa Wysockiego. W czasie przerwy w zajęciach spacerowaliśmy alejkami, jeszcze budującego się, ośrodka rekolekcyjnego. Ks. Biskup zapytał skąd przyjechałem. Powiedziałem mu, że mieszkam 400 km stąd… A czemu aż tak daleko przyjechałem? - zapytał. Odpowiedziałem, że jeżdżę do Lichenia, Częstochowy i tu przyjechałem, bo ja Boga szukam. A ks. Biskup zapytał: A po co? Zdębiałem. Ksiądz mi mówi: A po co? Stanąłem jak wryty. A ksiądz z uśmiechem powiedział: Boga mamy lub szukamy w sercu, a Ty jak ten Koziołek Matołek, latasz po całym świecie i szukasz tego, co jest bardzo blisko. To krótkie spotkanie dało mi więcej niż wszystkie wcześniejsze wyjazdy razem wzięte.
Nie piłem wtedy 12 lat i od tego spotkania zaczęło się moje trzeźwienie. Bardzo regularnie zacząłem chodzić na mityngi. Podejmowałem się różnych służb w grupie, znalazłem osobę, z którą zacząłem pracować nad Programem 12 Kroków. Potem kolejną i jeszcze jedną… To moi sponsorzy, którzy wprowadzali mnie w to, o czym uważałem, że już wszystko wiem. Bo wyczytałem, bo słyszałem na mityngach i przez ponad 10 lat uważałem, że sponsor mi nie jest do niczego potrzebny.
Dziś po ponad dwudziestu latach niepicia wiem, że najważniejsze w moim zdrowieniu to mityng, sponsor, literatura i Program 12 Kroków. A dwunasty z nich mówi, żeby się dzielić swoim doświadczeniem z innymi. Chodzę więc do więzienia, do szkół, stowarzyszeń abstynenckich, biorę udział w audycjach radiowych. Pomagam w Domu Pomocy Społecznej dla osób niepełnosprawnych umysłowo, prowadzę Punkt Konsultacyjny, prowadzę warsztaty 12 Kroków. Dziś dziękuję Bogu za to, że mnie tak doświadczył właśnie po to, abym wreszcie padł na kolana i poprosił Go o pomoc. I tym samym zaczął zupełnie nowe – trzeźwe życie.
Lechu aa


Prawdy i mity na temat 4 Kroku

Przede wszystkim muszę się przyznać do jednego – przez wiele lat mojego bycia w AA i trzeźwienia (lub też jego próby), ślizgałam się po temacie. Najpierw w ogóle nie dotykałam Programu 12 Kroków AA, uważałam, że mam jeszcze czas, że Kroki są dla tych z dłuższym stażem. A potem… hm, potem próbowałam to robić, ale po swojemu, według własnych reguł. Skutek łatwy do przewidzenia – nic mi z tego nie wyszło, ale naopowiadałam się, namyślałam, nawet nastarałam sporo. Zatem, minęło wiele lat zanim naprawdę postawiłam 4 Krok AA. Przez ten czas nasłuchałam się mnóstwa dziwnych opowieści na jego temat. Wiele z nich to były raczej legendy, teoretyczne rozważania lub przekonania i uprzedzenia. Mało w nich było rzeczywistych, konkretnych doświadczeń. Wiele z opowieści sama powtarzałam, sądząc, że tak trzeba, myśląc nawet, że moje fantazje i pomysły na realizację Programu są tym samym, co realizacja Programu.
Dopiero kiedy przyciśnięta do muru      – już bez alkoholu – przez życie dalej kierowane moją samowolą i chciejstwami, postanowiłam zwrócić się do innego alkoholika o pomoc i przeprowadzenie mnie przez Program AA i kiedy zaczęłam konkretną pracę ze sponsorem, mogłam dowiedzieć się, zobaczyć i poczuć, o co tak naprawdę chodzi w tym otoczonym tajemniczą sławą 4 Kroku.
Zrozumiałam, że tego Kroku nie robi się na mityngach (bo nie ma tam na to miejsca ani możliwości), nie robi się też samotnie (jak próbowałam w przeszłości) – nie tylko dlatego, by samej siebie nie zakłamać, ale dlatego, że on jest trudny. Tak trudny jak jazda na rowerze, zanim się jej nauczyłam. Bo gdy już się nauczyłam, wszystko było proste. Ale gdy coś jest trudne, wywołuje frustrację i strach, łatwo zamieniane w złość, a to nie są dla alkoholika najbezpieczniejsze stany. Sponsor okazał się na te moje obawy i lęki niezbędny. Dostałam konkretną instrukcję i w każdej chwili mogłam się konsultować: co i jak robić i czy to, co ze mną się dzieje jest normalne. Bo pojawiały się we mnie lęki, grzebanie w trudnej przeszłości poruszało uczucia, które nie były ani przyjemne, ani łatwe do uniesienia. Ale z pewnością nie były to emocje i stany, które odpowiadałyby tym opowieściom sprzed lat – że to jest rzecz niemal nie do uniesienia (słyszałam nawet, że Krok 4 jest tak trudny, że ludzie podczas niego zapijają), może więc lepiej w ogóle tego nie tykać. Sponsor podtrzymywał mnie na duchu, mówił, że to wszystko jest w normie. I że zdecydowanie zna wielu alkoholików, którzy inwenturę zrobili i do picia jednak nie wrócili.
Od razu też (wystarczyło dokładnie przeczytać naszą literaturę) upadł pomysł, o którym słyszałam na kilku mityngach, by inwenturę robić tylko z okresu picia. Zbyt dobrze wiedziałam, że ani przed piciem, ani „na sucho” nie byłam w porządku, nie byłam taką osobą, jaką chciałabym być.
Inny mit, który szybko został obalony, to czas realizacji 4 Kroku. Byłam przekonana, bo tak słyszałam, że inwenturę pisze się żmudnie i długo, może nawet rok. Sponsor, ale też moje samopoczucie podczas robienia inwentury, wyprowadzili mnie na właściwe tory: skoro ta praca rodzi tak trudne uczucia (a rodzi i nic się na to nie poradzi), nie ma sensu przeciągać tego w nieskończoność. Tym bardziej, że i tak realna praca (pisanie, zastanawianie się, przypominanie sobie) wypełnia szczelnie bardzo konkretny czas – jakieś 3-4 tygodnie. Mi zajęła 5, bo pracowałam zawodowo (choć uczciwie muszę przyznać, że gdybym się naprawdę przyłożyła, zajęłaby mniej).
Pamiętam z tych kilku wcześniejszych samotnych i nieudanych podejść do Kroku 4, że wszystkie wyobrażenia na temat jego realizacji służyły głównie temu, żeby go nie zrobić. Na przykład całkowicie fałszywe, jak się okazało, przekonanie, że będę musiała to wszystko, każde moje przewinienie, świństwo, nieuczciwość, podłość i wstyd czytać przed sponsorem… Z lubością zbierałam fałszywe informacje na temat 4 Kroku i na wszelki wypadek nie starałam się ich zweryfikować. Do czasu, gdy już nie mogłam dłużej żyć bez Programu i uporządkowania mojej przeszłości, do czasu gdy poczułam, że realnie grozi mi jedno z trzech niebezpieczeństw, czekających na alkoholików, którzy sądzą, że zaprzestanie picia rozwiąże ich problemy: szaleństwo, samobójstwo, powrót do picia, czyli śmierć. Nie miałam już wyjścia, więc przestałam szukać pretekstów, a zaczęłam rozglądać się za rozwiązaniami.
Kasia AA



Nie taki diabeł straszny, jak go malują

Przestałam pić dokładnie ósmego kwietnia 2012 roku. Po 6 miesiącach poprosiłam drugą alkoholiczkę o sponsorowanie. W styczniu 2013 zrobiłam Krok Trzeci, a co za tym szło rozpoczęłam pracę nad Krokiem Czwartym. Z związku z tym, iż we Wspólnocie jestem stosunkowo krótko, nie spotkałam się z mitami na temat tego Kroku. Jedyne co słyszałam to to, że mogą mną szarpać emocje – ale to było prawdą, bo mnie trochę szarpały – i że będzie ulga (którą tak naprawdę poczułam po wyznaniu wszystkiego Bogu, a więc po Kroku Piątym).
Nie był to łatwy Krok do zrobienia, choćby z tego względu, że wymagał poświęcenia wiele czasu, uwagi i skupienia na zanalizowanie mego życia w jedynie 3 tygodnie – taki termin dała mi sponsorka i naprawdę okazał się on wystarczający na napisanie wszystkiego. A poza tym, już po dwóch i pół tygodnia chciałam to wszystko z siebie wyrzucić. Uważam, iż przelanie tego na papier, a później zostawienie nie jest zbyt dobrym pomysłem, tak samo jak robienie tego Kroku tygodniami, gdyż Krok ten wiąże się z silnymi emocjami.
Krok Czwarty pomógł mi spojrzeć na siebie jakby z boku, z dystansem. Pokazał mi jak krzywdziłam ludzi w koło i tak naprawdę, jak wiele ukrytych lęków nosiłam w sobie przez te wszystkie lata. Zobaczyłam swoje wady charakteru, kiedy i jak ich używałam, i jakie ponosiłam tego konsekwencje. Na początku nie podeszłam do tego kroku z emocjami. Strach zaczął się budować dopiero w trakcie przypominania sobie, ilu ludzi skrzywdziłam i w jaki sposób. I tego, jak bardzo kiedyś racjonalizowałam swoje występki. Punktem zwrotnym w podejściu do Czwartego Kroku w moim przypadku był moment, gdy podając jeden przykład mojej sponsorce, próbowałam się postawić w lepszym świetle. Ta sytuacja pokazała mi, że całe życie tak robiłam i aby zbudować nowe lepsze życie, muszę być bezwzględnie uczciwa wobec samej siebie. Zrozumiałam, jak istotne jest to, abym niczego nie zataiła, abym napisała całą prawdę o sobie. Wtedy dopiero poczułam, że staję się gotowa na Krok 5.
Magda z Dublina



Inwentura z falstartem

Krok 4 dla mnie był wielką niewiadomą, ale i tak nie okazał się tym, co sądziłam na postawie mityngowych opowieści, czy własnych wydumań. Jedno się potwierdziło, bardziej niż sądziłam – że ten Krok jak żaden inny wymaga rzeczywiście odwagi i dzielności ducha. Teraz wiem, że na pewno jednak jest do wykonania.
Generalnie na mitingach otrzymuję bardzo pozytywny obraz Programu AA. Jak się pracuje na Krokach to się nie tylko nie pije, ale żyje szczęśliwe! Dlatego też bardzo chciałam mieć sponsora, aby być szczęśliwą, po prostu, acz nie za bardzo rozumiałam na czym owo szczęście ma polegać. Słyszałam i wysłuchuję nadal wielką różnicę w wypowiedziach tych, co pracują ze sponsorem a tymi, co nie mają sponsora. Coraz częściej też mam refleksje po mityngowych spotkaniach, że pewnie nie bez kozery ruch AA zaczął się od spotkania dwóch alkoholików. Rosło we mnie przekonanie, że trzeba zrobić wszystko, aby uwolnić się od ciężaru przeszłości, a taką możliwość daje właśnie 4 Krok.
Pierwsze podejście do 4 Kroku robiłam w ciemno, bez żadnego pojęcia. W moim ośrodku, gdzie chodziłam z 10 lat na grupę samopomocową przeczytałam ogłoszenie o warsztacie 12 Kroków przy ul. Chełmskiej w Warszawie. Wiedziałam, że jest AA, bo od niego zaczynałam dawno temu, jednak czym są Kroki i na czym polega praca na Programie dopiero się zaczynałam dowiadywać. Na warsztatach doszłam do Kroku 8. Zrobiłam listę osób, które skrzywdziłam i na tym odpadłam. Kiedy wróciłam do AA w trzynastym roku abstynencji, na jakichś warsztatach usłyszałam o sponsorowaniu. Postanowiłam znaleźć sponsorkę i dokończyć Kroki. Szukanie sponsora zajęło mi parę lat. Wreszcie, w 18 roku niepicia trafiłam na swoją sponsorkę i pod jej opieką zrobiłam Krok 4. Znów jestem przy Kroku 8, właśnie zrobiłam listę osób krzywdzonych przeze mnie. I wszystko wskazuje na to, że Program ukończę, aby móc przekazywać go dalej.
Nie wiem, skąd miałam przekonanie, że trzeba 4 Krok robić co 2-5 lat… Na mitingu ktoś mówił? Czy przeczytałam gdzieś, ale nie dociekałam dlatego, po co i jak? To największy mit, jaki przyswoiłam. Zaraz po nim było przekonanie, że moje wady, to są grzechy, a 4 Krok jest rachunkiem sumienia, jaki się robi do spowiedzi. Ten mit był wzmocniony przez niewłaściwe zrozumienie podpowiedzi w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” (s. 49- -50), gdzie siedem grzechów głównych może być wzorcem do inwentaryzowania swoich błędów. Trzeci przesąd dotyczył mojego ukrytego niepokoju, ale nieokreślonego. Oczekiwałam też sama nie wiem czego. Oklasków, czerwonego dywanu, chórów anielskich… A stało się zupełnie co innego. Odkryłam swoje tajemnice, których nie pamiętałam nawet. Zobaczyłam swoje mroczne intencje, ukrywane przed sobą. Doszłam do istoty swoich błędów. Odkrywanie siebie trwa nadal poprzez przerabianie następnych Kroków, ale Krok 4 jest bazą, od której można się odbić i do której odnosić. To tu poznałam swoje błędy, wady, lecz także i zalety, które są atutem mego charakteru. Czuję się odzyskana, odkłamana, bardziej wolna i mniej się boję o siebie. Mam więcej zaufania i spokoju ducha.
Janka AA



KROK UCZCIWOŚCI

Po ponad 3 latach we Wspólnocie dojrzałem do decyzji pisania Programu i poznawania go dzięki pomocy sponsora. Słyszałem o podstawowym, koniecznym (choć nie jedynym) warunku współpracy – bezwzględnej uczciwości. Poprosiłem osobę którą wybrałem, aby zgodziła się być moim sponsorem, przyjąłem warunki wzajemnej współpracy, kupiłem zeszyt i pierwsze trzy kroki AA bardzo szybko  po kolei napisałem zgodnie z jego zaleceniami, omówiłem z nim, wysłuchałem jego doświadczeń... Dostałem zalecenia i zadania do Kroku Czwartego. Zaczęły się schody, nie mogłem ruszyć z miejsca, rozmyślałem nad nim, zastanawiałem się, kombinowałem, nie mogłem jednak ruszyć do napisania  zaleceń dotyczących tego Kroku. Dziś wiem dlaczego tak się działo. Nie byłem gotów na uczciwe, pozbawione zakłamania i oszukiwania samego siebie, przyjrzenie się sobie. Przerażała mnie myśl, jakiego siebie samego zobaczę. Do tego momentu byłem macho i spoko facet, tylko trochę piłem. No może czasem nadmiernie... Jestem alkoholikiem, ale już nie piję, staram się, chodzę na mityngi, podejmuję służby, wiem, co narozrabiałem w życiu, ale to już poza mną. Może ten bezwzględnie uczciwy, gruntowny i odważny obrachunek moralny może trochę poczekać? Miałem swoją mroczną dla mnie tajemnicę, której wstydziłem się, z nikim o niej  nie rozmawiałem, otrzymałem rozgrzeszenie od mojego Boga – to może wystarczy? Po co mam się w tym grzebać, dam sobie z tym radę...
„Jeśli chcemy żyć długo i szczęśliwie, musimy być uczciwi przynajmniej wobec jednej osoby” (Wielka Księga str 63).
Nie mogłem się już oszukiwać, zacząłem pisać, wypełniać rubryki tabeli do Kroku 4 i pisać odpowiedzi na zadane przez sponsora pytania najbardziej uczciwie jak potrafiłem. Było mi źle ze sobą, bolało i odrzucało mnie od tego zeszytu, wracałem do pisania i rzucałem go w kąt... Mój Czwarty Krok trwał ponad rok chyba. Kiedy skończyłem swój gruntowny, odważny obrachunek moralny, przepracowany uczciwie i szczerze, bez oszukiwania się i racjonalizowania – zobaczyłem innego faceta. To już nie był macho, to nie był gigant który znał się na wszystkim i wszystko wiedział najlepiej. Pozostał zwykły człowiek – z wadami i słabościami, z zaletami i dobrymi stronami, czasem słaby, czasem mocny, gotów przyjąć rzeczywistość na jej warunkach. Pękło EGO, skurczyło się, stało się normalne, nie za duże, zwykłe...
„Gotowość, uczciwość i otwartość są koniecznym warunkiem zdrowienia. Nie można ich niczym zastąpić i nie sposób się bez nich obejść” (Wielka Księga str 188).
4 Krok jest krokiem uczciwości wobec samego siebie, wobec tych których skrzywdziłem, wobec Boga, wobec tych których spotykam, wobec dzisiejszego i jutrzejszego dnia. Jest lustrem, w którym mam się zobaczyć i nie zamykać oczu na obraz który widzę. To lustro prawdy, którego taflą jest moja uczciwość. Jeżeli jej nie dochowam, to zobaczę wykoślawiony w krzywym lustrze obraz  nierzeczywisty, który może zaprowadzić mnie kiedyś do kieliszka. Dotarło do mnie że OD UCZWIOŚCI ZALEŻY MOJE ŻYCIE, moje każde 24 godziny, z których składa się moja przyszłość.
„Obrachunek moralny polega, między innymi, na zbadaniu chłodnym okiem szkód, które stały się naszym udziałem w życiu, i na uczciwym przyjrzeniu się im z właściwej perspektywy. Pozwala nam to pozbyć się wewnętrznego ciernia – obciążenia emocjonalnego które nas rani i hamuje rozwój” (List Billa 1957).
Uczciwość, na którą zdobyłem się pomogła mi i pomaga nadal żyć po stronie światła. Dzięki niej przeszedłem z ciemności swojej przeszłości, ze świata lęku i poczucia winy, z krainy mroku i zjaw do innego świata. Ogarnęła mnie jasność normalnego życia, codzienna prawda, wielkodudszność i miłość, piękno i dobro.     Dużo by jeszcze wymieniać. Stałem się innym człowiekiem, bo uczciwie przyjrzałem się samemu sobie, Nie zabiła mnie ta prawda choć bardzo się jej bałem. Facet nie chce widzieć siebie słabym, wadliwym i czasem zależnym od innych. Lepiej było pić niż przyznać się, że czegoś nie wiem, nie rozumiem,  nie potrafię. CO! JA NIE POTRAFIĘ, JA! - znacie to?
Jedno z zadań  od mojego sponsora które otrzymałem w 4 Kroku brzmiało: czy jest mi potrzebny obrachunek, taki uczciwy obrachunek moralny? Zacytuję samego siebie  z zeszytu gdzie pisałem 4 Krok:
„Jest bezwzględnie potrzebny, bo inaczej nigdy nie będę wiedział, jaki jestem naprawdę. Wyznacza kierunek, w którym powinienem podążać, ale też stawia znaki zakazu i ostrzegawcze na tych drogach, na których pobłądziłem. To swoista mapa, na której ja sam stawiam znaki na drogach, na których chcę jechać, ale i na tych, na których byłem i nie chce się tam znaleźć. To ujrzenie siebie samego w prawdzie.”
Znacznie więcej  zależy dziś od mojego uczciwego, codziennego życia. Od uczciwości zależy moja trzeźwość. To co osiągnąłem dzięki niej w 4 Kroku dziś jest i ma pozostać najważniejszą kategorią moralną zdrowienia. Nie ma żadnego obszaru mojego życia w którym nie ma dla niej miejsca. Uczciwa praca, moje myśli, zachowania, relacje z ludźmi, przestrzeganie zasad współżycia społecznego, traktowania samego siebie i swojego Boga.
A uczciowość w AA? To ta sama jak w  trzeźwym życiu. Dostałem ją, a raczej reanimowałem dzięki Programowi 12 Kroków. Kiedyś zalewałem ją alkoholem  i była pijana tak, jak ja. Pijana uczciwość? Brzmi dziwnie, ale moja była kiedyś pijana. Trzeźwieje wraz ze mną, obudziła swojego bliźniaka – moje sumienie. To które kiedyś mnie prześladowało, wpędzało w poczucie winy i ciągle dobijało, dołowało. Nie chciałem go słuchać, upijałem je i było ciągle na kacu.
Dziś się obudziło i jest ze mną zaprzyjaźnione. Pomaga, kiedy błądzę i zawraca ze złych dróg. Słucham go, bo uwierzyłem że pochodzi od mojego Boga, nie dało się zapić i przywróciło mnie do normalnego życia.
Pisałem już kiedyś o uczciwości, zapadło mi zdanie profesora Bartoszewskiego: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie  warto”.
4 Krok otworzył drzwi do mojej własnej uczciwości wobec siebie. Dzięki temu pozostała we mnie i jest mi z nią dobrze. Czy zawsze postępuję bezwzględnie uczciwie?
„Tylko Bóg wie w pełni, czym jest absolutna szczerość i uczciwość. Dlatego ów szlachetny ideał musimy  starać się pojąć najlepiej jak potrafimy” (List Billa 1966).
Ja staram się codziennie żyć najbardziej uczciwie, jak potrafię. Kiedy upadam, wstaję jak najszybciej i wracam na drogę uczciwości.
„Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” (św. Augustyn).
Zaprzestałem walki z alkoholem i dzięki temu mam szansę zdrowieć. Jednak ze swoimi słabościami i wadami toczę walkę. Pomaga mi uczciwość: dopóki jesteś uczciwy, jesteś zwycięzcą, możesz pokonać samego siebie. To największe zwycięstwo, jakie można odnieść nad samym sobą, dzięki uczciwości. Nagrodą za uczciwe życie jest trzeźwość i spokojny sen, pogoda ducha i radość życia. Warto być uczciwym, tego życzę sobie i każdemu z nas.
B. alkoholik luty 2013



Czwarty krok...
   
Krok Czwarty był dla mnie bardzo trudny. Nie dość, że wymaga ode mnie rozliczenia się z przeszłością, to jeszcze sugeruje, aby zrobić na piśmie. I tak właśnie podszedłem do tego kroku. Robiłem go trzymając Wielką Księgę w ręce, korzystając z doświadczeń mojego sponsora. Był to pierwszy krok w którym musiałem wykonać jakąś wymierną, mierzalną pracę, musiałem włożyć całego siebie. Był to krok, w którym musiałem „gruntownie i odważnie” spojrzeć na swoje dotychczasowe życie.
Brakowało mi i odwagi, umiejętności obiektywnego spojrzenia. Mam zasadę w trzeźwieniu, by nie wymyślać nic nowego, tak też zrobiłem, jak mi Anonimowi Alkoholicy podpowiadali. W rozmowach ze sponsorem i przyjaciółmi z AA, swoją Siłą Wyższą i samym sobą upewniłem się, iż poprzednie trzy kroki przepracowałem uczciwie i solidnie. Kupiłem papier i długopis, rodzinę wyeksmitowałem na jedną noc do teściowej, usiadłem w fotelu i.... zacząłem się bać. Zdałem sobie sprawę, że będę musiał rozmyślać o sprawach, o których już dawno chciałem zapomnieć, a które znałem tylko ja. Sama myśl, że będę musiał przelać TO na papier, już mnie przerażała, a co dopiero, kiedy pomyślałem o wyznaniu. Zmobilizowałem się jednak i po około dwóch godzinach przystąpiłem do pracy.
Trwało to całą noc. Była to najdłuższa noc w moim życiu, ale było warto!!! W trakcie tych rozmyślań miałem dwa bardzo trudne momenty, kiedy to przypomniałem sobie wydarzenia z mojego życia, które wyparłem z pamięci. Wtedy to zrozumiałem, czemu Krok Czwarty jest po Pierwszym, Drugim i Trzecim. Gdyby nie świadomość, po co to robię oraz deklaratywna wprawdzie, ale zawsze chęć powierzenia swojego życia i woli opiece Boga, to nie wiem jakby się to skończyło. A skończyło się tak, że po prawie dziesięciu latach upadłem na kolana i zacząłem się na głos modlić. SZOK! Długo czekałem na tak gorliwą modlitwę... Później już poszło gładko. Zastał mnie ranek i nieodparta chęć telefonu do sponsora (była 5 rano).
Odpuściłem sobie i poszedłem spać. Kiedy wstałem, pierwszą myślą jaka mnie naszła, to zadzwonić, umówić się na spotkanie i zrzucić to z siebie. Spotkaliśmy się po trzech dniach, ale to już osobna historia. Krok Czwarty pozwolił mi pierwszy raz w życiu zajrzeć w siebie takiego, jakim naprawdę jestem, bez udawania, póz, masek i kłamstw. Pokazał mi, że to nie wszyscy wokół mnie są źli, głupi i nieczuli.
Pokazał mi wreszcie, że jestem straszliwym EGOISTĄ, EGOCENTRYKIEM i że STRACH zawładnął moim życiem. Był to obraz, jakiego nigdy bym się nie spodziewał. Nosiłem w sobie przekonanie że jestem twardy, tolerancyjny, miły, grzeczny, itp. Świadomość posiadania wad stała się dla mnie nowym doświadczeniem. Krok Czwarty stał się dla mnie motywacją do trzeźwienia (zdrowienia). Dzięki niemu dowiedziałem się, o jakich to wad usunięcie będę prosił Boga w późniejszym czasie. Mogłem również zobaczyć, przed czym tak całe życie uciekałem m.in. w alkohol. Krok Czwarty wreszcie uświadomił mi, iż to nie ja mam dojrzeć do realizacji Programu ale Program ma mi pomóc w dojrzewaniu.
 Zrozumiałem, że Kroki powinienem realizować tu i teraz mając świadomość tego, że zawsze mam możliwość kiedyś do nich wrócić i spojrzeć na nie z innej perspektywy.
Grzegorz AA



Uczciwość – na dobry początek

Od dawna wiedziałam, że  moje picie jest jakieś inne. Piłam częściej, więcej, nie byłam w stanie odmówić. Prowokowałam okazje. Jeśli gdzieś szłam, to tylko tam, gdzie mogłam się napić. Nie było dużo takich miejsc, gdzie mogłam się podziać i sukcesywnie ich ubywało. Przybywało nowych, ale o coraz niższym standardzie. W końcu już mogłam być tylko „pomiędzy”, w drodze, w ukryciu, tam gdzie nikt się mnie nie spodziewał, że mogę być. Zaczął mi towarzyszyć lęk, coraz częściej paniczny, wszechogarniający. Mogłam wtedy tylko trwać, jak zamknięta w kokonie. Tak bardzo chciałam przestać pić, albo pić inaczej. Ale nawet nie próbowałam podjąć walki, bo wiedziałam, że nie dam rady. Więc udawałam, że wolę pić.
Dopiero kiedy „podjęłam decyzję” o tym, że pójdę na odwyk, w rozmowie z lekarzem przyznałam się, że nie daję rady. Ale już na oddziale, po odłączeniu kroplówki znowu byłam ta lepsza, bo byłam „dobrowolna”,  a nie z „przymusu sądowego”.
Wtedy miałam wrażenie, że sam fakt pobytu w szpitalu, na oddziale odwykowym spowoduje, że już nie będę pić, tak jak do tej pory – aż do padnięcia. Teraz, jak prawdziwa dama powiem – ja tylko lampkę szampana. I wierzyłam z całej siły, że to jest możliwe. Wypiję tylko trochę, jak „biały człowiek”.
Dla mnie było to uczciwe stawianie sprawy – nie chcę całkowicie przestać pić, chcę pić normalnie.
Wyszłam ze szpitala, trafiłam do poradni. Wtedy nie było w mojej miejscowości mityngów AA, był tylko klub. Terapię, na którą trafiłam traktowałam z najwyższą powagą: przez dwa lata opuściłam jedne zajęcia! I to tylko dlatego, aby się nie wyróżniać, bo każdemu coś się zdarzyło i nie przyszedł na zajęcia, a ja byłam zawsze.
Gdy zetknęłam się po roku terapii z AA, doszłam do wniosku, że moje prace w terapii były realizacją Programu 12 Kroków. Wszyscy byliśmy doskonale nieświadomi, czym jest Program 12 Kroków. Dla mnie był tożsamy z programem terapii. Wskazówek, jak się w tym odnaleźć udzielała mi psycholog – lekomanka, anorektyczka. A ja brałam odpowiedzialność za nie swoje sprawy i gmatwałam się coraz bardziej.
Ale był taki czas, między 2 a 5 rokiem niepicia, że mogłam żyć w szklanym domu. W moim życiu na pierwszym miejscu były zasady, uczciwość, zaczynałam odkrywać jakieś wartości (nie do końca umiałam je określić). Żyłam tak, jak w programie 24 godzin      – jakby każdy dzień był pierwszym dniem całej reszty mojego życia! Miałam odwagę, płynącą z czystego sumienia.
Miałam marzenia i przekonanie, że ze spokojnym sumieniem, z odwagą będę realizowała moje nowe życie. Aż spełniło się moje wielkie marzenie – założyłam rodzinę! Taką prawdziwą, tzn. wyszłam za mąż. Okazało się, że idąc za nim (gdzie ty Kajus, tam ja, Kaja) trafiłam między ludzi, którzy inaczej pojmowali zalecenia Programu. Dominujący był cynizm, kłamstwa, manipulacje. Do tego praktyki i obrzędy religijne. Byłam zdumiona i zdruzgotana! I nie mogłam uwierzyć: ludzie się na to nabierali! Wspierali cwaniaków na każdym kroku, ścielili im dywany pod stopy, wykładali kasę, aby zaspokoić nienażarte bestie. Nawet myślałam, że skoro tylko ja tak widzę, to pewnie się mylę! Dopiero wiele lat później, okazało się, że byli tacy, którzy im nie ufali, ale trzymali się z boku, nie odzywali się ani słowem, że widzą kłamstwa i cwaniactwo.
Próbowałam się trzymać swoich zasad i prawdomówności, chciałam mieć czyste sumienie i spokój. Nie dałam rady. Jak miałam czyste sumienie, traciłam spokój. Obsmyczona z godności, poczucia własnej wartości, radości i sensu życia pomyślałam, że nie opłaca się być uczciwym.Wikłałam się coraz bardziej w użalanie nad sobą i przekonanie o bezsensie takiego życia. A jednocześnie nie umiałam wrócić do stanu dziecięcej niemalże czystości z pierwszych lat niepicia.
Dziś podjęłam decyzję, że chcę znowu, tak jak kiedyś, mieć czyste sumienie i spokój ducha. Pracuję na Programie, korzystam z mądrości zbiorowej AA i mądrości każdego spotkanego człowieka, który trzeźwieje. Dzięki temu, coraz bardziej nabieram odwagi, aby znów być uczciwa wobec siebie, Siły Wyższej i innych ludzi. Przemówiły do mnie słowa: „może opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. Nie podaję autora, bo nie pamiętam, ale jest to dla mnie zachęta, aby zacząć jeszcze raz.
Alkoholiczka



Otwartość

Zawsze byłam „otwarta”. Szczególnie, gdy wypiłam na tyle mało, że jeszcze nie pogrążyłam się  we śnie pijackim i na tyle dużo, że nie miałam zahamowań w wyrzucaniu z siebie potoku słów. Taka ze mnie otwarta była osóbka – na każdy temat, bez tabu, bez ograniczeń.
Pierwsze mityngi, terapia – byłam przekonana, że tak trzeba. Wszystko z siebie wyrzucić, wypowiedzieć. Najlepiej przy dużej publiczności.  Niech słyszą inni jaka jestem, byłam pokręcona, zła, podła, grzeszna pijaczka. No i oczywiście otwarcie powinnam mówić na mityngach, co mnie denerwuje, szarpie nerwy, co przeszkadza stać się aniołem – wywalić z siebie wszystkie smutki i radości.
Dziś wiem, że mityng nie jest od tego. Tam dzielę się swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Tam chcę usłyszeć o sposobach pracy na Programie, radzenia sobie w utrzymaniu trzeźwości.
Dziś OTWARTOŚĆ dla mnie znaczy tyle:
odważnie powiedzieć o sobie swojej sponsorce, odważnie spojrzeć sobie w oczy, zajrzeć we własną duszę. Otworzyć siebie na zmiany. Otworzyć serce na to co mówią inni.
Podać otwartą dłoń nowicjuszowi    – bez względu na to, czy jest w wykrochmalonym kołnierzyku czy w podartym swetrze.
Otworzyć ramiona, by przytulić, otrzeć łzy dziewczynie, chociaż dawno nie była u fryzjera, ale chce trzeźwieć razem ze mną.
Alkohol odgradzał mnie murem od ludzi. Wywoływał lęki przed ludźmi. Uczył nienawiści do nich.
Dla mnie dziś jest ważniejsze nie to, czy opowiadam mnóstwo historii ze swojego życia, lecz to czy jestem otwarta na drugiego człowieka, bez względu na to kim on jest. Uczę się na nowo ludzi. Uczę się z nimi przebywać. Uczę się akceptować fakt istnienia wokół mnie innych ludzi. Uczę się OTWARTOŚCI.
Nie zawsze mi się to udaje. Nie zawsze mi się chce. Ale próbuję. Ciągle próbuję.
Z ufnością - Gosiali



Tradycja IV

Każda grupa powinna być niezależna we wszystkich sprawach, z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jak całości.
 
Panta rhei czyli wszystko płynie, moje rozumienie i stosowanie ducha Tradycji Czwartej w praktyce też zmienia się. Inaczej było na mityngu mojej grupy macierzystej na początku i inaczej jest dzisiaj.     Powoli też rosła we mnie świadomość Tradycji AA. Zdawałem sobie sprawę, że AA powstało w kręgu kultury chrześcijańskiej i na mityngi grup przeniknęły spontanicznie elementy kultury związane z kościołem. Dziwne dla mnie by było, gdy tak się nie stało. W tym czasie, gdy zaczynaliśmy nasze mityngi, prawie wszystkie grupy korzystały z pomieszczeń przychodni odwykowych. A tylko bardzo nieliczne grupy AA spotykały się i korzystały z salek przy kościołach. Dziś proporcje zmieniły się – większość naszych grup AA korzysta z salek przykościelnych. Moja grupa korzystała od początku z pomieszczeń kościelnych. Życzliwy gospodarz pozwolił nam spotykać się w swojej kancelarii. Kościół w tym czasie był w budowie, wszystkie salki były zajęte, wtedy katecheza była w salkach kościelnych, ale Proboszcz pozwolił spotykać się nam w jego kancelarii parafialnej. Grupa AA spotykała się w czwartek od 17.oo do 19.oo – tylko te godziny były wolne.
Pomimo tego zachowaliśmy autonomię w czasie uroczystości Wielkiego Czwartku. Proboszcz wysłuchał naszych argumentów, uszanował nasze Tradycje i pozwolił prowadzić mityng w kancelarii sąsiadującej z zakrystią. Zwolnił nas „dał nam dyspensę” z uczestnictwa w nabożeństwie Wielkoczwartkowym, chociaż mityng odbywał się w jego kancelarii.
Pamiętam też zdarzenie z jednego mityngu. Był początek roku ’87, spotkania zaczęliśmy jako druga grupa AA w Gdańsku i swoją wizytą „zaszczycił” nasz mityng „dłużej niepijący alkoholik” lokalny weteran, przechwalający się, że jego Siłą Wyższą jest „noga stołowa”. Zapamiętałem jego reakcję na widok krzyża wiszącego na ścianie kancelarii. Zaskoczył nas wszystkich. Zażądał kategorycznie zdejmowania ze ściany krzyża na czas mityngu. Oczywiście nie ulegliśmy żądaniom dłużej „niepijącego weterana AA”. Krzyż pozostał na miejscu, nie „przemeblowaliśmy” kancelarii Proboszcza, a „weteran” nigdy więcej nie pojawił się na naszym mityngu. Aktualnie korzystamy z czytelni parafialnej, w której spotykają się też inne wspólnoty przykościelne i na ścianach wieszają swoje „emblematy”, my powiesiliśmy duży plakat z naszą modlitwą o pogodę ducha i nasz aowski kalendarz. Wzajemnie szanujemy się i egzystujemy w ciepłych warunkach akceptacji tego, czego nie możemy zmienić, a nie stać nas na wynajmowanie sali neutralnej „wzrokowo” na czas mityngu.
Dla mnie w akceptacji symboli innych religii pomógł fakt z lat 60-tych, zapamiętany w młodości na całe życie. Pamiętam wizytę peerelowskiego premiera J. Cyrankiewicza w Indiach. Wchodząc do  świątyni buddyjskiej pan premier zdjął buty tak, jak nakazywała kultura i ich religia. W kronice filmowej pokazywali premiera „na bosaka". On, ateista uszanował zwyczaje gospodarza. Ten gest premiera pozwolił mi zobaczyć w nim Człowieka przez duże „C”.
Po latach wydarzyła się na naszym mityngu inna sytuacja, a dotyczyła składania na mityngu życzeń przedświątecznych zwyczajowych „jajeczek". Na spotkaniach przed wielkimi świętami kościelnymi nawet normalni ateiści składają sobie życzenia i my też to czyniliśmy. Składanie sobie nawzajem życzeń odbywało się wtedy w czasie mityngu i nie dostrzegaliśmy w tym ewidentnego „łamania Tradycji AA”. Tak też i mi wydawało się, ale ten fakt wymusił na mnie zastanowienie się: Czy faktycznie nie łamiemy Tradycji AA?
Oto opis zdarzenia. Na mityngu w czasie przedświątecznym pojawiła się osoba, której to „jajeczko” przeszkadzało i zaprotestowała. Reakcja prowadzącego mityng mnie zaskoczyła jeszcze bardziej. Nie ustąpił protestującemu, a ja nigdy nie krytykuję prowadzącego mityng AA w czasie mityngu. Zdaję się na los. Uwagi wnoszę w przerwie. Wtedy zrozumiałem, że możemy, a nawet powinniśmy wyłączyć z czasu mityngu składanie życzeń świątecznych.
Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Łatwiej jakiś zwyczaj wprowadzić, ale trudniej go zmienić. Niemniej, przeniesienie składania sobie życzeń świątecznych poza czas mityngu uważałem za ruch w dobrą stronę. W czasie dyskusji zawsze byli zagorzali przeciwnicy i zagorzali zwolennicy „jajeczek” i „opłatków”. Składanie sobie wzajemnie życzeń jest czynnikiem cementującym grupę, a więc jest dobrem wspólnym.
Na najbliższym mityngu sumienia grupy wywołałem dyskusję na ten temat, było demokratyczne głosowanie i sumienie grupy przychyliło się do wyłączenia składania sobie nawzajem życzeń świątecznych z czasu mityngu. Życzenia przeniesiono na przerwę lub „przed mityngiem” wg uznania prowadzącego mityng, który wcześniej informuje o planowanym zamiarze składania sobie życzeń. Z czasem ten zwyczaj przyjął się. Ubolewam tylko, że parę osób zaprzestało uczęszczać na nasz mityng. Przenieśli się do innych grup. „Protestant jajeczek” też nigdy więcej nie pojawił się na naszym mityngu.
Osobliwym zjawiskiem dla mnie są osoby protestujące, ale zestawienie faktów  obrazujących problem niezależności każdej grupy AA i „dobra całej Wspólnoty” budzi ambiwalentne uczucia. Zestawienie tych faktów nie jest przypadkowe. Uświadomiłem sobie, że wyeliminowanie zwyczajów spontanicznie przeniesionych z życia codziennego na mityngi AA przynosi trudne do przewidzenia skutki. Nie zawsze wiem z góry, co jest dobre dla mnie i nie wiem też, co jest lepsze dla grupy AA. Tradycja Czwarta daje mojej grupie wolność kształtowania zasad funkcjonowania, ale też stawia granice tej wolności – nie powinienem narzucać moich zwyczajów grupie AA i innym grupom oraz muszę pamiętać o AA jak całości. Dla mnie jest to bardzo trudny temat i na dziś nie widzę jednoznacznych „złotych środków”. Pasuje jak ulał powiedzenie mojej Babci: masz babo placek. Dlatego powierzam swój los i los mojej grupy AA w ręce Siły większej od nas samych, którą wierzący nazywają Bogiem.
AA



Zza krat

MÓJ PIERWSZY MITYNG
 
    Tego wieczoru przyszli AA, członkowie regionalnej grupy. Normalnie wieczór bym spędził przed telewizorem, a przecież poszedłem jednak na pierwsze spotkanie. Skoro ci ludzie dotarli, aż tutaj i poświęcili swój czas, pewnie mają coś ciekawego do powiedzenia. Siedzę już 5 lat a mam przed sobą jeszcze 5, 6 lub 7. Mogłem sobie łatwo powiedzieć „zdążę zobaczyć ich później”. Ale nie, to nie w ostatniej minucie można myśleć o tych sprawach.     Tutaj mam, dzięki AA, sposób, by zrozumieć bezsensowność picia. Znajduję się w miejscu, gdzie mogę opierać się tej pokusie, jaką jest gorzała. Za kilka lat, gdy wyjdę, to dzięki AA będę miał odwagę, by nie upaść ponownie. Mam to „szczęście”, że jestem zamknięty i zmuszony do abstynencji. Pewnie na wolności nie oparłbym się pokusie picia zanim, bym zrozumiał chorobę alkoholową i jej skutki. Tu mam czas.     Dziś mam przyjaciół – chyba mogę ich tak nazywać, no bo kto chciałby się tak poświęcić dla innych, być ich przyjacielem. Uczyniłem już pierwszy krok ku zrozumieniu problemu, o którym dobrze wiedziałem, ale którego nie chciałem poruszyć: mojego alkoholizmu! Przed przyjaciółmi, przed ich zdrowym rozsądkiem, przestałem czuć się nienormalny. Nie było dużo nas-więźniów na spotkaniu, ale nasi przyjaciele się nie zniechęcili. Dla nich, nawet jeden uratowany już wystarczy. Wierzę, że musieli kiedyś potrzebować pomocy w podobnej sytuacji, żeby tak jak dziś odwiedzali innych. Chciałbym, za waszym pośrednictwem, podziękować wszystkim, choć w minionych tygodniach widziałem tylko dwóch i im powiedzieć, że dzięki nim, moje lata więzienia nie będą zupełnie stracone.
Michał



Tradycja  VII

KAŻDA GRUPA JEST SAMOWYSTARCZALNA I NIE POWINNA PRZYJMO-WAĆ DOTACJI Z ZEWNĄTRZ

Jak to możliwe, że ludzie nieodpowiedzialni głoszą tak odważną i odpowiedzialną tezę, co więcej oni to wcielili w życie i to działa? Gdy przeczytałem tę Tradycję w 12/12 też wpadłem w zdumienie. Przecież ja nigdy nie chciałem być biedny, ale wyciągałem rękę zawsze tam, gdzie coś dawali, niby z przekorą, niby nie chce ale biorę, co tam zasady, wartości itp. Co do dawania to i owszem, ale dzieliłem się tylko zbytkiem, a nie wszystkim co mam? Co więcej robiłem to tak, żeby wszyscy widzieli, jaki to ja jestem wspaniałomyślny, szczodry i bezinteresowny.  Ha, ha, owszem, wrzucałem do kapelusza na mityngu głównie moniaki, a w przerwie lub w sprawach organizacyjnych najwięcej krzyczałem, że tyle przepiłem to teraz też mnie stać, jak już nie piję, żeby wrzucać do kapelusza dużo  i szczodrze (ha, ha złotówka lub 2 zł w moniakach i to rzadko, często 30-50 groszy albo nic). A jak 5 zł to żeby wszyscy widzieli. Co gorsza,  nie pijąc już 2-3 lata, uważałem, że kapelusz to ma służyć mi  i kolesiom z AA na kawkę, herbatkę, ciasteczko, no może na literaturę lub ulotki i tyle. Co tam jakieś posłanie i główny cel, co tam nasze wspólne dobro, komu to potrzebne? To ja wpadłem na pomysł, że jak grupa nie będzie miała pieniędzy, to ja jako rzecznik grupy założę za nią za salkę i inne potrzeby (naprawa krzeseł i stolików, bo ksiądz prosił-kazał, kupie tonę  kawy, ciastek, wodę i napoje, talerzyki) a w zamian  nic no, prawie: dozgonna władza i wdzięczność od członków Wspólnoty.     Miałem też pomysł na dofinansowanie nas przez bogatego kolegę, który miał żonę alkoholiczkę i obiecywał duże pieniądze dla grupy, jak ona będzie pod moją, naszą opieką-kontrolą. Masakra, omal  nie sprzedałem AA jako usług detektywistycznych, łamiąc wszystkie zasady i tradycje. Tak było, nie znałem Tradycji, nie miałem sponsora, nie robiłem Programu, więc ich nie stosowałem, byłem ,,zdrowym egoistą” dbającym o własne dobro. Dziś dziękuję Bogu i Wspólnocie, że wolała być biedna i samowystarczalna bez ingerencji z zewnątrz, dziś wiem – i tak jest na większości opolskich grup – że kapelusz służy realizacji 7 Tradycji która pozwala na realizowanie głównych celów Wspólnoty czyli:
* 5 Tradycji ( niesienie posłania) - opłaty za salkę (czynsz)
* zakup literatury i pakietów startowych * bezpieczeństwa egzystencji  grupy AA (to jest u nas na grupie wartość czynszu za salkę – ostatnio mamy nadwyżkę dużą bo szukamy samodzielnej, niezależnej salki, a to w Opolu za 200-400 zł nie jest łatwe tak, aby zmieściło się 30-50 osób) – również przekazujemy do Inter Grupy, a ta do BSK (różnie w zależności od stanu kasy, którą podaje zawsze skarbnik na mityngu i relacjonuje, co i na co przekazaliśmy lub zakupiliśmy)
* na koszty przyjazdu spikera (wszystkie mitingi na mojej rodzimej grupie AA Wsparciu zaczynają się krótką spikerką z realizacji  kroków I-III, organizujemy tez pełne spikerki (spikerzy z Polski jak i z zagranicy)
* kawa, herbata, woda jest kupowana ze środków które wrzucamy do słonika skarbonki – tak zdecydowało sumienie grupy na inwenturze już ponad 3 lata wstecz, że nie przejadamy pieniędzy z kapelusza, one maja swój jasno określony cel.
W pracy  i życiu codziennym rozumiem tę Tradycję tak:
* nie biorę i nie daje łapówek.
* nie ma lewych pieniędzy, moja żona zna moje zarobki co do grosika.
* budżet jak i wydatki planujemy razem, mamy dwa konta tylko ze względów kredytowych.
Co prawda zdarza  mi się jeszcze samowola i kupię sobie blue-ray  na poprawę samopoczucia bez zgody żony i syna, ale zaraz im o tym mówię (utrata komfortu wadowego Kroki 4-7 działają + 10 Krok). Dziś wiem, że mogę być odpowiedzialny i dawać poczucie bezpieczeństwa mojej rodzinie nie tylko, kiedy jest ,,super”, ale też wtedy gdy są dni chude i pod wiatr i prąd. Bo łączy nas miłość, wspólne zasady, tradycje i nasze dobro nie moje!!!!!

Pozdrawiam Mariusz alkoholik z Opola