MITYNG 05/191/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Moja droga do szczęścia

Dlaczego ja, dlaczego mnie to spotkało? Tyle bólu i wstydu – sobie i innym. Tak wiele ważnych lat zabranych przez alkohol. Czy warto było przestać? Przed tak postawionym pytaniem stawiam ostatni dzień mojego picia – odpowiedź nasuwa się sama. Nie zamieniłbym najgorszego dnia z okresu, kiedy nie piję, na najszczęśliwszy dzień z ,,życia pijanego’’.
Ilekroć dopada mnie chandra, zwątpienie – czy warto, czy ma to jakiś sens? – wracam pamięcią do ostatniego picia i, dzięki Bogu, tylko pamięcią. Już nie chciałem pić, miałem dość. Żaden łyk nie dawał już ciepła, zadowolenia, nie przynosił ulgi. Pętla samotności zaciskała się coraz mocniej, przejmujący ból dusił w piersiach. Miałem dość siebie, dość samotności, bo owa samotność doskwierała mi najbardziej. Wiedziałem, że muszę coś zrobić – zmienić swoje życie, przestać pić, ale kompletnie nie wiedziałem w jaki sposób i od czego zacząć. Nie pierwszy raz targały mną podobne myśli. Ale tego dnia było inaczej...
Słyszałem cichy głos, nieśmiałe pragnienie, wręcz nadzieję – teraz jest ten dzień i czas, aby zmienić swoje życie. Dzisiaj wiem, w życiu nie ma przypadków, są znaki i ludzie, przez których działa Bóg, a dzięki tym ludziom, jestem szczęśliwym człowiekiem.
Wiele narzędzi otrzymałem na terapii, a na mityngach sugestie – jak bez alkoholu radzić sobie w codziennym życiu, jak przekuć ,,ból istnienia” w pogodę ducha.
Przez pierwsze tygodnie, nawet miesiące trwało euforyczne zadowolenie z niepicia. Góry mógłbym przenosić i każdemu bez zawstydzenia oznajmiać, że jestem alkoholikiem i że już nie piję. Oba stany były dla mnie groźne. Z euforii łatwo przeskakiwałem w przygnębienie, to zaś ciągnęło mnie w przepaść. Prostolinijność prowadziła do trudnych pytań i jeszcze bardziej kłopotliwych odpowiedzi. To, że przetrwałem ten okres zawdzięczam na pewno swoim bliskim: siostrom, mamie a przede wszystkim – mityngom. Wiele słuchałem, choć nie wszystko, co dobre, słyszałem. Chłonąłem niczym gąbka, głównie nadzieję, doświadczenie i siłę.
W szczególności uczepiłem się 12-tu Obietnic AA, naówczas one były dla mnie gwarantem normalności – bardzo chciałem znaleźć się w ,,połowie drogi”… a byłem zaledwie na jej początku. Stałem na gumowo-drewnianych, chwiejnych nogach, ze strachem w oczach. Wiedziałem, że wymaga to ode mnie ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, pokory i cierpliwości. A różnie z tym bywało.
Nie przypuszczałem, że będzie to takie trudne. Okupione nierzadko zwątpieniem, smutkiem i buntem. Buntem wobec wszystkiego i wszystkich. Wiele kroków chciałem stawiać po swojemu, szedłem na skróty, przez co wpadałem w większe tarapaty niż bywało za czasów picia. Bolały jeszcze bardziej i nie prowadziły do upragnionego celu. Dawały jedynie namiastkę, chwilkę „szczęśliwości”.
Gdzieś po 2 latach uspokoiło się moje wnętrze, wygasła dzikość w oczach, odeszła obsesja picia. W miarę uregulował się mój sposób myślenia, wróciła swoboda wypowiedzi, na twarz powrócił nieśmiały uśmiech. Po paru latach widzę i wiem, że to wszystko nie poszło na marne. Słowa na mityngach ,,daj czas czasowi”, moich bliskich ,,wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży” wreszcie się wypełniły. Bo choć nie wszystko jest tak, jakbym sobie wymarzył, to pokornie dziękuje Bogu za wszystko, co dostałem i czego nie dostałem. Bo dzisiaj wiem także to, że dostaje nie to, co chcę, ale to, co jest mi potrzebne Zajęło mi parę lat, aby tak prostą rzecz zrozumieć. Słowa: ,,to co cenne, musi nas kosztować” dziś rozumiem i czuję ich wartość . Dlatego warto dostrzegać pozytywy szarych i zwykłych dni, bo tak naprawdę, to one nas formują. A cała reszta przyjdzie później, niejako sama, w owocu ciężkiej pracy i żarliwej modlitwy.
Otrzymałem od Boga łaskę trzeźwienia, na którą czuję, że nie zasłużyłem. Czuję ogromny wstyd za wszystko, czego dopuściłem się w pijanym życiu. Byłem blisko Boga, byłem ministrantem, chciałem zostać księdzem – a teraz to picie. W tym kontekście nie potrafię przełożyć, że alkoholizm to choroba, że sam nie chciałem uzależnić się od szkodliwej i trującej substancji.
Podobnie ciężko mi, gdy wracam do wspomnień i przeżyć, jakie zafundowałem swoim dzieciom. Wiem, że sam będę musiał uporać się z moją przeszłością. Sam, ale nie w pojedynkę – potrzebny mi będzie do tego sponsor, o którego pomocy, myślę coraz częściej. Swoje zdrowienie, przemianę wewnętrzną oparłem na wartościach, ideach i marzeniach – na tym, co jeszcze zostało we mnie godnego, czego nie zapiłem, czego nie zaprzedałem. Mozolnie, krok po kroku, zacząłem odbudowę swojej wartości, doświadczając przy tym, bycia komuś potrzebnym. Podszedłem i zdałem egzamin dojrzałości, idąc za ciosem, zapisałem się na studia wyższe. Napisałem pracę dyplomową i obroniłem na ocenę bardzo dobrą. Rzuciłem palenie, co wydawało mi się zupełnie nieosiągalnym celem. Przez tych parę lat, kiedy nie piję, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że trzeźwieję, wiele osiągnąłem, przez co czuję się lepszym, bardziej wartościowym i godnym zaufania człowiekiem. Znam swoją wartość, cenię szczerość i uczciwość.
Kocham swoje dzieci, bo są cząstką mnie. Choć nie mieszkają ze mną, mam z nimi kontakt.  Spotykamy się, rozmawiamy, inaczej niż kiedyś, już się nie czepiam. Żartujemy, nawet ze mnie, co wcześniej byłoby nie do pomyślenia. Zacząłem dostrzegać ich zalety, szlachetność. Choć nie w pełni uczestniczyłem w ich wychowaniu, jestem z nich bardzo dumny, jak nigdy wcześniej. Staram się być im pomocny i potrzebny. Jeszcze wiele przed nami, o wielu rzeczach jeszcze nie rozmawialiśmy – z różnych przyczyn.
Życzę wszystkim Pogody Ducha i serdecznie pozdrawiam.
M.



Program Rozwoju a codzienność

Jestem alkoholikiem. To niezaprzeczalny fakt. Jednak chcę się rozwijać, nie dlatego, że jestem alkoholikiem, ale dlatego, że chcę być coraz lepszym człowiekiem i być coraz bliżej mojej Siły Wyższej.
Chcę się podzielić moją drogą do zrozumienia istoty Siły Wyższej oraz życia w ogóle.
Od dziecka uważałem, że istnieje Coś większego niż ja, przy czym nie był to Bóg religijny. To uczucie towarzyszyło mi, ale nie zagłębiałem się w to zagadnienie, bo uważałem, że w życiu sam muszę sobie poradzić. Owszem, prosiłem czasem o coś, ale jak prośby nie były spełniane, to machałem ręką i sam sobie radziłem – tak przynajmniej uważałem. No i tak sobie poradziłem z moim życiem, że dopadły mnie dwa nałogi: alkoholizm i nikotynizm.
Z tym drugim nałogiem poradziłem sobie sam, ale z alkoholizmem nie byłem w stanie walczyć sam. A nie radziłem sobie, bo nie rozumiałem, że tak naprawdę nie kieruję swoim życiem, bo nim kierują moje wady charakteru.
Gdy w końcu to zrozumiałem, musiałem zdefiniować, co to jest dla mnie Siła Wyższa i czym jest dla mnie powierzenie się. Było to ważne dla mnie, bo nie trafiały do mnie żadne religie i ich bogowie, a z drugiej strony czułem, że jest Coś nade mną.
Na początku chiałem kierować moimi relacjami z Tym czymś nade mną, tzn. wyznaczałem obszary, do których Ten nade mną mógł się wtrącać i którymi chciałem kierować sam. W końcu jednak medytacje, rozmowy z Tym Wyższym przyniosły rezultaty, bo dostrzegłem, że na początek wystarczy, jak będę zgadzał się z tym, co mi się przytrafia – zarówno to „dobro” i jak i „zło”. Piszę oba odczucia w cudzysłowie, bo to bardzo subiektywne stwierdzenia. Właśnie ta zgoda na to, co mnie spotyka było dla mnie powierzeniem się i nawet nie musiałem na początku określać, Komu. Tak zrobiłem i dzięki temu nie miałem dylematu, czy wierzę w Boga religijnego, czy też w Coś innego.
Tak jak wielu, także i ja musiałem wiele wycierpieć, nim zaprzestałem oporu i zacząłem się godzić z tym, co mnie spotyka, czyli z rzeczywistością. Pozwoliłem, aby życie toczyło się samo, nie wpływałem na nie. Wierzyłem, że nie stanie mi się krzywda, bo skoro nie walczę z nadchodzącymi zdarzeniami, to będzie się wszystko układało tak, jak ma się ułożyć. Dla mnie ta zgoda na każdą chwilę jest powierzeniem się, w tym momencie, nieważne czy powierzenie się Sile Wyższej, czy życiu. To ważny aspekt zwłaszcza dla osób, które nie wierzą lub nie chcą mieć nic wspólnego z religią, tak jak ja.
Każdy, w tym ja, gdy spotyka mnie coś miłego – jest zadowolony. Gdy przed moją zmianą, spotykało mnie coś złego, czyli to, czego sobie nie życzyłem, uważałem, że spotyka mnie, najczęściej niezasłużona (w moim mniemaniu) krzywda. A jednak, gdy zacząłem się zgadzać z rzeczywistością, dostrzegłem prawidłowość, że każde „złe” doświadczenie niesie dla mnie naukę, dzięki której unikam błędów i pokazuje mi, co jest dla mnie istotne, a co mało ważne.
Takie moje spojrzenie na rzeczywistość, pozwoliło mi uspokoić życie, stać się spokojnym człowiekiem, a nie walczącym. A skoro tak, to nie muszę się posługiwać swoimi wadami, aby dochodzić do wyimaginowanych i mało ważnych celów.
To „boksowanie się” z życiem prowadziło w dużej mierze do picia alkoholu, który rzekomo pozwalał mi „walczyć”.
Teraz już nie walczę ani z przeszłością, ani przyszłością, za to znalazłem spokój, który wzmacniany jest przez uczestnictwo we Wspólnocie AA. Bez AA mnie, alkoholikowi byłoby o wiele trudniej funkcjonować w życiu, mimo rozwoju duchowego.
Bogdan AA



Prosić o pomoc, czy to takie straszne?

Dla mnie prosić o pomoc, taką zwykłą przyjacielską, jak proszę, np. o kromkę chleba, nie było straszne. Nawet prośba drugiego człowieka o pomoc w przeniesieniu ciężkiej walizy też nie była straszna. Ale idąc na pierwszy mityng, szedłem po pomoc innego rodzaju. „W głowie” miałem swoją bezsilność wobec czegoś, czego nie potrafiłem zrozumieć.
Czasami piłem więcej, niż planowałem przed rozpoczęciem picia i to mnie niepokoiło. Nie potrafiłem też zrozumieć, dlaczego kolejny raz nie udaje mi się wytrzymać obiecany sobie wcześniej – pierwszy miesiąc bez drinka. Wydawałem się sobie pod każdym względem normalnym, myślącym człowiekiem, a w tej sprawie – picia – nie miałem pomyślunku. W głowie miałem kłębek myśli, że chyba z moją głową jest coś nie tak. Przypuszczałem, że mam to przez nadmierne czasami picie, po prostu straciłem rozum. Uszkodziłem sobie szare komórki. Pamiętałem, że kiedyś urwał mi się film i ze strachu kilka tygodni nie chodziłem na piwo i dałem sobie czas na „sklejenie filmu”. Delikatnie prowokowałem kolegów do opowiadania zdarzeń wczorajszego wyskoku, aby nie zorientowali się, że ja nie pamiętam, jak rozstaliśmy się. Gdy pamięć wracała, łudziłem się, że wracają moje szare komórki.
Idąc na pierwszy mityng z prośbą o pomoc, tak naprawdę, przyznawałem się przed sobą, że sam sobie nie poradzę w tak prostej sprawie. Sprawa wydawała mi się prosta, gdyż sąsiad mojej mamy pił więcej i częściej, ale teraz nie pije już ponad rok i chodzi na jakieś spotkania do kościoła i to jemu pomaga. Podobno i mi ma to też pomóc. Byłem skołowany.
Wydawało mi się, że jak opowiem o swoim piciu, to oni mnie wyśmieją, że ja nie potrafię zrobić takiej prostej rzeczy – sam przestać pić na cały miesiąc. Dlatego w tym momencie moja prośba o pomoc była wydarzeniem dla mnie strasznym, gdyż nie tylko mogłem narazić się na śmieszność, ale mogłem usłyszeć, to najgorsze, że chyba prawdą jest, że troszeczkę zwariowałem z moim piciem-niepiciem i należy mi się ciężka pokuta. Tak mi się wydawało, gdyż spotkania były w salce przy kościele, a za grzechy pijaństwa należy swoje odpokutować.
Taka była moja świadomość alkoholizmu, gdy pierwszy raz szedłem na mityng AA. Dla dodania sobie odwagi, poprosiłem żonę, abyśmy razem poszli. Zgodziła się i to przy niej dowiedziałem się, że jestem alkoholikiem. To było straszniejsze nawet od wariactwa, o które siebie podejrzewałem w czarnych scenariuszach.
Po drugim zapiciu ten czarny scenariusz pojaśniał, gdy poprosiłem o rozmowy po mityngu, aby przy kawiarnianym stoliku w dyskusji dowiedzieć się więcej o tym, co mnie spotkało. Czułem pod skórą, że muszę też robić to, co mi podpowiadają i muszę pójść na terapię, gdyż oni wszyscy chodzą. Wyciąganie ręki o pomoc do drugiego człowieka z czasem stało się dla mnie normalnością.
Decydując się na grupowe rozmowy z psychologiem, zdecydowałem się też na indywidualne spotkania, aby w cztery oczy poprosić psychologa o pomoc i to nie było już takie straszne. Chciałem dowiedzieć się, jaką mam, tak naprawdę, szansę na wyzdrowienie z alkoholizmu.
Wprost zapytałem, czy mój sposób i styl picia nie świadczy już o zwariowaniu? Odpowiedź była nad wyraz dla mnie prosta. Jeżeli nad tym zastanawiasz się, to jeszcze nie zwariowałeś. Chodź na wszystkie zajęcia terapeutyczne, wykonuj uczciwie wszystkie prace i chodź na mityngi AA. Rób to, co robią inni. Wtedy twoje szanse na wyzdrowienie będą większe, ale pod warunkiem, że zrobisz wszystko i nie będziesz pił. Po części pokrywało się to z tym, co już wcześniej wyczytałem, ale żywy człowiek przekazał mi, dał mi nadzieje, że mam szansę być normalnym. I tego trzymałem się i trzymam się nadal.
Gdy prosiłem o rozmowy po mityngach, gdy zdecydowałem się poprosić o wiedzę fachową psychologa to, tak naprawdę, ja w tym momencie spełniałem ideę Kroku Pierwszego niekierowania swoim życiem po zaprzestaniu picia. Wyczuwałem, że do końca jeszcze wszystkiego nie pojmuję i potrzeba mi więcej wiedzy na temat alkoholizmu, aby skuteczniej działać, aby korzystając z fachowych rad, nie popełniać błędów popełnianych przez innych, które w konsekwencji mogą mnie prowadzić do picia kasacyjnego.
Strach ma wielkie oczy – tak mawiają i ja też miałem takie przekonania do momentu, gdy pierwszy raz przyznałem się sobie i innym do bezsilności wobec myśli o piciu alkoholu, a oni mnie nie wyśmiali, tylko chętnie, jeden przez drugiego, udzielali mi rad, których nie rozumiałem i do których nie potrafiłem się dostosować.
To, co w mojej głowie wydawało się straszne, było wytworem mojej chorej wyobraźni. Wydawało mi się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, ale na dno piekła emocjonalnego zaprowadziły mnie kolejne dwa zapicia, które zaczęły się od pierwszego kieliszka. Nowa wiedza z mityngów AA i z lektury 12x12 oraz alkohol przekonały mnie, że łat-wiej prosić o pomoc, to jest mniej straszne od koszmaru szalonych myśli wywołujących przymus picia. Prosić o pomoc Boga pierwszy raz, było dla mnie nie mniej straszne, nawet jak mnie nikt nie widział, ale wstydziłem się tego, że mógł mnie ktoś zobaczyć i co wtedy sobie o mnie pomyśli? Wiedziałem, że ktoś, kto mnie zobaczy w tak dziwnej pozycji – na kolanach, pomyśli sobie – facet zwariował na serio.
A to była jednak zesłana mi przez Opatrzność ostatnia deska ratunku. I świat się nie zawalił na moją głowę i nie połamałem nóg, ale pokonałem swoją głowę, pokonałem moje wyobrażenie o mojej sile intelektu.
Teraz czekało mnie trudniejsze zadanie – nauczyć się stosować poznane zasady w codziennym życiu. Straszne przestało mnie straszyć w czasie rozmów sam ze sobą, gdy nauczyłem się prosić drugiego człowieka o pomoc.
Adam z Gdańska



Wiedziałem, że mam rację
   
Historia, którą chcę opisać, wydarzyła się przed kilku laty. W Regionie Warszawskim od wielu lat nie wychodziła tak dobrze nam znana Książeczka Adresowa. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale to fakt. Do Rady Regionu i zespołów regionalnych dochodziły głosy AA o potrzebie „wskrzeszenia” spisu mityngów. Sprawą zajął się zespół ds. literatury. Ponieważ tak się zdarzyło, że ja miałem komputer i coś tam na nim „grzebałem”, poproszono, abym spróbował z materiałów archiwalnych napisać na nowo nasz spis mityngów. Muszę w tym momencie dodać, że gdyby nie nieoceniona pomoc Andrzeja Trzynastki, który miał pokaźne archiwum z racji pełnienia służb i pomagał mi przy tworzeniu projektu, trwało by to pewnie około roku.
W pracę zaangażowane były również inne zespoły i wielu AA. Książeczka miała mieć szesnaście stron, jednak już na etapie wstępnego projektu wiedziałem, że to jest bardzo mało. Ślęczałem nad pracą wiele dni i wieczorów, więc nic dziwnego, że traktowałem plik z danymi, który powstawał w moim komputerze jak własność, jak swoje dziecko. Pisałem ją przecież od zera. Rodziło się we mnie przekonanie, że kto jeśli nie ja wiem najlepiej, jak książeczka ma wyglądać.
Prawie gotowe „dzieło” przedstawiłem na Radzie Regionu. Zrobiłem dwie wersie, 16 i 24 stronicową. Byłem przekonany, że gdy Rada zobaczy moją „samowolę”, to mi przyklasną. Jaka wściekłość mnie ogarnęła, gdy po podziękowaniu mi za wysiłek, wszyscy zajęli się tą 16 stronicową książeczką. To ja wiem najlepiej, jak powinna wyglądać i ja wiem, że 24 strony to i tak jest mało. Oczywiście, znalazły się osoby podpowiadające, że to ja mam plik z danymi i mogę sobie niezależnie od Regionu wydrukować swoją wersję Książeczki Adresowej, znaleźli się również chętni do dystrybucji. W mojej głowie powstał mętlik. Wiedziałem, że mam rację         – liczba stron jest niewystarczająca i bardzo szybko trzeba będzie ją zwiększyć. Z drugiej strony, gdzie ta jedność, zaufanie, gdzie moja pokora, gdzie korzystanie z doświadczeń, a wreszcie      – decydujący głos większości. Wiedziałem, że się mylą i w bardzo prosty sposób mogłem to wykazać i łamiąc wszystkie zasady, wydać swoją Książeczkę Adresową.
Nie uczyniłem tego. Nie było to łatwe, ale przyjąłem decyzję większości bez protestów. Książeczka się ukazała i tak jak przewidywałem, okazało się, że bardzo szybko trzeba było zwiększyć liczbę stron. Przez lata liczba ta wzrastała, aż do obecnej objętości. Sama Książeczka niewiele się różni od pierwowzoru.
Po latach zrozumiałem mądrość podjętych wtedy decyzji. Dotarło do mnie, że ludzie muszą czuć potrzebę zmian i rozumieć je tak, aby nie było zbędnych dyskusji, np. o wyrzucaniu pieniędzy. Pragnienie nas Anonimowych Alkoholików, które niektórzy nazywają zbiorowym sumieniem, budowało naszą Książeczkę i spowodowało, że nie zarzucono jej wydawania tak, jak kiedyś. Uświadomiłem sobie, że, mimo iż miałem rację, to przez swoje działania mogłem wszystko zepsuć lub opóźnić o kilka lat.
Głosów przeciwnych było niewiele. Zdarzały się próby tworzenia alternatywnych spisów mityngów, lecz nasza Książeczka Adresowa jest szczególna. Dlaczego? Dlatego, że każdy z nas rozumie potrzebę jej istnienia i nikt tak „mądry”, jak ja nie próbował jej nikomu narzucić. Jestem wdzięczny za pracę, którą mogłem wtedy wykonać, a najbardziej za doświadczenia, które zdobyłem. Cieszę się również, że wygrałem walkę ze sobą, choć wydaje mi się, że to bardziej zasługa mojego Sponsora, który ma na mnie duży wpływ, niż moja.
Pozdrawiam AA



Trzeźwienie to odpowiedzialne działanie

– z cyklu: „Bądźmy przyjaźni dla naszych przyjaciół”.

Jak Pan postrzega AA w swojej zawodowej pracy i czy program AA pomaga alkoholikom w zdrowieniu? Co według Pana jest w nim najważniejsze? Co może być przeszkodą?

Człowiek jako istota cielesno-psychiczno-duchowa do pełnego rozwoju potrzebuje zaangażowania się we wszystkie trzy obszary. Podobnie ma się z trzeźwieniem. Aby było kompletne musi obejmować zarówno sferę fizyczną, psychiczną jak i duchową. Dbanie o ciało jest kwestią indywidualną. Zmiany w obszarze psychiki mogą dokonać się poprzez uczestnictwo w terapii. Natomiast program AA, a szczególności 12 Kroków to doskonała forma rozwoju duchowego alkoholika. Człowiek do chodzenia potrzebuje dwóch nóg. Alkoholik do trzeźwienia również. Szczególnie w pierwszym okresie trzeźwienia. Jedna noga to terapia a druga program AA. Wszystko to osadzone w zdrowym ciele. Uważam, iż w programie AA najważniejsze jest rzetelne „przepracowanie” 12 Kroków. Alkoholik rozpoczynający trzeźwienie powinien według mnie jak najszybciej podjąć pracę z DOBRYM SPONSOREM, zaś mitingi powinny być formą dopełniającą tą pracę. Niestety z obserwacji wynika iż poważna przeszkodą jest funkcjonowanie niektórych grup. W szczególności mam na myśli takie grupy AA które „przekształciły się” w tzw. grupy wzajemnej adoracji, w których jedynym tematem jest kolejny rok niepicia (celowo nie używam trzeźwienia), ewentualnie tematy drugorzędne, a nie ma autentycznej pracy na Krokach. Takie grupy nie tylko nie rozwijają nowych członków, ale wręcz hamują ich rozwój i zniechęcają do korzystania z tej formy pomocy.

Czy obserwuje Pan różnice w zdrowieniu u alkoholików stosujących Program AA, od tych którzy opierają swoje zdrowienie jedynie na terapii lub stosujących inne sposoby uwalniania się od uzależnienia od alkoholu? Jakie?

Jak już wspomniałem jestem zwolennikiem równoległego korzystania z terapii jak i programu AA, szczególnie w pierwszym okresie trzeźwienia     (tj. ok. 2 lat). Oczywiście każdy ma prawo do wyboru własnej drogi trzeźwienia, jednak u tych osób które wybierają jedną drogę da się zauważyć pewne różnice jakościowe. U części osób wybierających tylko terapię po pewnym czasie pojawiają się deficyty natury duchowo-moralnej, jeśli nie korzystają w tym czasie z innych form rozwoju duchowości. Z kolei u części osób korzystających tylko z Programu AA widoczne są deficyty natury psychicznej. Nie mam tu na myśli poważnych zaburzeń, choć i te się zdarzają, ale np. problemy natury emocjonalnej, radzenia sobie z przewlekłymi problemami, w relacjach itp. Jest jeszcze jedna różnica w mojej ocenie. Osoba uzależniona ma tendencje do popadania w skrajności. Taka jest specyfika tej choroby. U części uzależnionych widoczne jest „zafiksowanie” czy to na AA, czy na terapii. Tak jakby nic poza AA czy terapią nie istniało. A przecież zdrowienie u alkoholika to nie jest „budowanie pomników” z własnego trzeźwienia. Trzeźwienie to jest normalne życie oparte o zasady związane z własną chorobą.

Czym kieruje się Pan polecając alkoholikowi uczestnictwo w AA, jakie zagrożenia, a jakie korzyści  Pana zdaniem z tego wynikają?

Zalecając pacjentowi uczestnictwo w AA mam na uwadze przede wszystkim jego kompleksowy rozwój a w szczególności trzeźwienie. Zwracam jednak uwagę aby przy wyborze grupy kierował się jej „jakością”. Zalecam wybieranie grup które zajmują się sponsorowaniem i autentycznie pracują na krokach. Zachęcam do „odwiedzenia” kilkunastu grup w obszarze swojego miejsca zamieszkania (często zalecam korzystanie w promieniu 30 km.), aby uzyskać obraz jakościowy tych grup i wybrać tę, z której korzystanie przyniesie pacjentowi najwięcej korzyści.

Co powiedziałby Pan alkoholikowi, który chce przestać pić?

Aby zaczął działać. Skoro chce przestać pić, to kolejnym krokiem jest podjecie aktywności w celu utrzymania abstynencji. Ta aktywność ma mieć konkretny wymiar w postaci podjęcia leczenia i uczestnictwa w Programie AA. To pozwoli na uzyskanie wiedzy, umiejętności oraz wsparcia potrzebnych do trzeźwego życia.
Z Mirkiem psychologiem WOTUAiW  rozmawiał AA



Historia polskojęzycznego AA w Anglii

Krótka historia początków polskojęzycznego AA w Wielkiej Brytanii
Mam na imię Andrzej i jestem alkoholikiem, Anglikiem polskiego pochodzenia. Wychowałem się w alkoholowej rodzinie i mając zaledwie 13 lat sam zacząłem pić i brać narkotyki. Wylądowałem w angielskim NA, ale mój proces zdrowienia zaczął się tak naprawdę w AA. Przez pierwsze 9 lat chodzenia na mityngi nie wziąłem sobie sponsora i Kroki nie były dla mnie, bo ja byłem inny.  W mojej wyobraźni, moje problemy były poważniejsze od innych!
Miałem tak traumatyczne dzieciństwo, że zaangażowałem się w intensywną psychoterapię. Chodziłem na terapie przez 13 lat. Wtedy, nie wiedziałem, dlaczego, ale przez te pierwsze 13 lat, regularnie „płynąłem” i parę razy byłem blisko śmierci. Uciekłem do Stanów myśląc, że zmiana miejsca mnie uzdrowi. Tam oczywiście, chociaż krajobrazy były piękne i mityngi fajne, miałem takie jazdy z głową, że wylądowałem na środkach antydepresyjnych. Trudno określić jak się czułem, ale teraz wiem, że moje emocje i jazdy psychiczne były manifestacją nieleczonej choroby alkoholowej, której picie i ćpanie były tylko symptomem.
Wróciłem do Londynu ze Stanów w maju 1993 roku. Prawie codziennie miałem myśli samobójcze! Jakimś cudem wylądowałem na angielskich grupach AA o nazwie „Wizja Dla Ciebie”. Były to grupy bardzo rygorystyczne, utworzone i prowadzone przez byłego Kapitana Wojska Brytyjskiego, Davida B. Było tam bardzo intensywne dyscyplinujące sponsorowanie, silnie kładące akcent na służbę i pracę ze sponsorem nad Krokami. Nie podobał mi się taki rygor i dyscyplina działania, a nie myślenia! Jednak prawdę mówiąc, byłem w takiej psychicznej desperacji, iż podejrzewałem, że zginę, jeżeli tego nie zrobię. Zostałem więc podopiecznym Davida B. Sugestie i służbę zacząłem robić przez zaciśnięte zęby!
Spotkałem na tych mitingach Polaka     – Witka i po jakimś czasie zauważyliśmy, że przychodzą na angielskie mityngi inni Polacy. Większość z nich nie znała języka angielskiego i często tłumaczyłem im treść angielskich wypowiedzi. Większość z nich była zachwycona AA. Przyszedł moment, kiedy doszliśmy do wniosku, że czas otworzyć polski mityng. Wybraliśmy kościół Andrzeja Boboli i spotkaliśmy się z księdzem proboszczem. Był on bardzo przychylny naszemu pomysłowi utworzenia polskiego mityngu w sali parafialnej.
Pierwszy polski mityng powstał w roku 1994. Sumienie grupy zdecydowało, aby nazwać ten mityng „Pierwsza Grupa Polska”. I tak zostało do tej pory. Mityng odbywał się we wtorki o godz. 20: 00 i tak też zostało do tej pory.
Na pierwszym mityngu było nas chyba pięć osób. Niedługo, za parę miesięcy, przyszli nowi. Za 6 miesięcy było nas czasami 10 lub 15 osób. Początkowo leciały tylko piciorysy, smutki i radości. Paru alkoholików zaczęło sponsorować, bo mieli sponsorów na angielskich mityngach. Ich do dzisiaj jeszcze na mityngach widuję. Wiem, że jeden członek grupy zapił się na śmierć, bo chciał się nauczyć pić „jak gentleman”. Jego własne słowa. Wielu traktowało AA jak Klub Abstynenta. Sporo przestało przychodzić. Tych, którzy poddali się sugestiom Programu i pracowali nad Krokami ze sponsorem, jeszcze dziś widuję na mityngach. Przeważnie są uśmiechnięci i sprawiają wrażenie, że uporządkowali swoje życie. Ci, którzy nadal nie maja sponsorów i nie robią sugestii Programu od czasu do czasu zapijają, albo cierpią, jak ja cierpiałem. Czasami wracają do zdrowia, czasami odchodzą na wieczny mityng!
Ja patrzę ze zdumieniem i podziwem, jak szybko polskie AA się rozwinęło. Moje doświadczenie nauczyło mnie, że moja choroba duchowa mnie nigdy nie opuści i dlatego mam sponsora, próbuje pomagać innym, mam podopiecznych i chodzę regularnie na mityngi. Nauczyłem się, po wielu latach niepotrzebnych wpadek i cierpienia, że prawdą jest to, czego uczy nas Wielka Księga, że moje życie polega na nieustanej myśli o innych i o tym, jak można im pomoc. Gdy nie myślę o sobie, to czuje się szczęśliwy i to pozwala mi przetrwać trudne chwile i mieć Pogodę Ducha.
 
Niech Żyje Polskie AA!!!
Pozdrawia,
Polish Andy



Proszę o pomoc i życie staje się prostsze

Gdy jeszcze piłem, nie miałem problemu, żeby prosić o pożyczenie pieniędzy. Wymyślałem niesamowite powody i sytuacje: że dzieci chore, pracę straciłem, muszę opłacić rachunki. Zwracałem się też do opieki społecznej o pomoc finansową z powodu trudnej sytuacji. Za każdym razem pieniądze były mi potrzebne na alkohol. Było to proszenie o pomoc, żeby zaspokoić swoje pragnienia opilstwa.
Poza tymi wymyślonymi problemem miałem inne, np. rzeczywiste problemy z opłatą zaległych rachunków za prąd albo za telefon. Zaległości urosły do sumy, która przekraczała moje możliwości finansowe i stawałem się wobec nich bezsilny i bezradny. W dalszym ciągu nie opłacałem należności i w rezultacie miałem odcięty prąd i telefon. Nie potrafiłem dogadać się z zakładem energetycznym i poprosić o rozłożenie zaległości na raty.
Wiele lat pracowałem na czarno i nie potrafiłem poprosić szefa o to, aby moją pracę zalegalizował. Wydawało mi się, że na pewno się na to nie zgodzi, może wręcz wyrzuci mnie z pracy. Nie przyszło mi do głowy aby szukać innej, cały czas liczyłem na jakiś cud. Można by powiedzieć, że taka sytuacja była mi na rękę. Byłem pewny, że kiedyś wszystko się wyklaruje i teraz nie ma sensu ani potrzeby się wysilać. Gdybym poprosił o pomoc, miałbym wiele lat pracy zaliczonych do emerytury.
Podłożem tej sytuacji był mój alkoholizm, egoizm, lekkomyślność i bardzo niskie poczucie wartości. Nie potrafiłem poprosić o pomoc w kwestii mojego picia, ponieważ byłem pewny, że po pierwsze poradzę sobie sam, a po drugie, że problem nie jest aż tak wielki. Wolałem problemy umniejszać niż próbować je rozwiązać. Dlaczego? Dlatego że wtedy musiałbym poprosić o pomoc, podjąć ten ogromny wysiłek i przełamać własny wstyd i egoizm. W tym czasie było to dla mnie niemożliwe do osiągnięcia. Mogłem zrobić wszystko, z wyjątkiem proszenia o pomoc. Gdybym prosił, ktoś mógłby pomyśleć, że jestem słaby, głupi, że jestem bez wartości. Pokazałbym, że sobie nie radzę. Dlatego wolałem tkwić w zakłamaniu i być „silnym i wszechmocnym”. Musiałem trafić do AA aby uczyć się życia od podstaw.
Na swój pierwszy mityng trafiłem „dobrowolnie” – było to zalecenie terapii, w której już uczestniczyłem. I w taki właśnie sposób, wyrażając pragnienie zaprzestania picia zostałem członkiem wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Po raz pierwszy poprosiłem o pomoc. Najciekawsze jest to, że poprosiłem o tę pomoc zupełnie nieświadomie. Mój pierwszy mityng był punktem zwrotnym w moim sposobie myślenia. Miałem ze sobą kartę mityngową z terapii, aby zbierać podpisy potwierdzające mój udział w spotkaniu. Prowadzący, który przyjmował mnie do AA nie miał długopisu i nikt z uczestników też nie miał niczego do pisania. Ten podpis był mi naprawdę bardzo potrzebny, tak mi się wtedy zdawało. Poprosiłem prowadzącego o spotkanie w sprawie potwierdzenia mojego uczestnictwa, ale on mógł się umówić ze mną tylko na innym mityngu. Znowu poprosiłem o pomoc i znowu musiałem podjąć wysiłek i przełamać własny wstyd. Dotarłem na ten umówiony mityng i dostałem zaległy podpis i nowy, bo na drugim swoim mityngu zostałem do końca.
Nie wiedziałem w jaki sposób nie piję, ale jasne było to, że AA udzieliło mi pomocy, wystarczyło tylko przyjść.
Z biegiem czasu i w miarę mojego zdrowienia zrozumiałem, że AA bardzo mi pomaga, ale nie jest lekiem na wszystkie problemy. W międzyczasie znalazłem legalną pracę i nawet zacząłem dobrze zarabiać. Miałem spore długi i monity z windykacji. Postanowiłem zacząć spłatę, nie bardzo wiedziałem jak to zrobić. Zauważyłem, że nie jestem wszechwiedzący i znowu musiałem prosić o pomoc. Zadzwoniłem z duszą na ramieniu do windykatora i drżącym głosem zadeklarowałem, że chcę zacząć spłacać swój dług. Okazało się że moje zadłużenie rozłożono mi na dogodne dla mnie raty.
Tak jak napisałem wcześniej, uczyłem się życia od podstaw. Zacząłem pełnić w AA pierwsze służby i tym samym podniosłem swoją wartość wobec samego siebie. Mając na uwadze moje lenistwo, pełnienie służby wymaga ode mnie sporego wysiłku. Wymaga również punktualności i wiedzy dotyczącej konkretnej służby. Zacząłem pytać przyjaciół z AA, w jaki sposób mam te służby pełnić i znowu okazało się, że proszę o pomoc. Tylko że tym razem już się nie wstydzę czegoś nie wiedzieć i nie boję się pytać o radę.
Dziś wiem, że te wszystkie nauki, które nabywam w AA mogę, a nawet muszę przenosić na swoje życie poza AA. Dziś jestem w stanie iść do opieki społecznej i walczyć o to, by udzielono mi pomocy, dziś umiem pytać i nie wstydzę się braku swojej wiedzy. Niekiedy proszenie o pomoc nie jest łatwe, bo nie wszyscy są w stanie mnie zrozumieć, niektórzy ludzie ignorują moje prośby i muszę wtedy zwracać się o pomoc o szczebel wyżej. Dlaczego dziś jest mi łatwiej niż kiedyś? Dlatego, że dziś powoli wyzbywam się swojego wewnętrznego krytyka, bardziej wierzę w swoje kwalifikacje i w to, że mam szansę na lepsze życie, jeśli tylko zacznę działać w tym kierunku, gdy nie będę się bał zadawać pytań i słuchać wskazówek. W swoim zdrowieniu poszedłem drogą służb, i to w służbach zacząłem się uczyć odwagi i słuchania. To poprzez służby wróciłem do swojej religii, która też dodaje mi odwagi w zwracaniu się o pomoc. Najtrudniej jest uwierzyć w siebie samego i podjąć wysiłek, zapytać o coś, czego się nie wie. Kto pyta nie błądzi, a jeśli poproszę kogoś o pomoc, to jest szansa, że ta pomoc zostanie mi udzielona. Przestałem też bać się krytyki i oceny innych ludzi, zacząłem odważniej wyrażać swoje zdanie.
Proszenie o pomoc jest tak trudne, jak PIERWSZY KROK, ale kiedy się go zrobi, życie staje się prostsze.
Jurek AA



WIEŚCI ZZA KRAT

Mam na imię Janusz, jestem alkoholikiem.
Pragnę nakreślić parę słów o mojej bezsilności wobec alkoholu.
Wychowałem się w rodzinie wielodzietnej. W domu mym zawsze gościł alkohol.
Jako młody chłopak zawsze byłem ciekaw, po co ludzie piją, co jest powodem, że Tata mój pije. Zawsze narzekał, że świat jest taki zły, mama go denerwuje, dlatego on pije, bo to go uspokaja.
Nie miałem innych wzorców do naśladowania, tylko Ojca. Byłem tak zafascynowany tym wszystkim, że już w wieku 12 lat po raz pierwszy sięgnąłem po alkohol na wycieczce. Bardzo mi się to spodobało, więc co jakiś czas wypijałem po 2-3 piwa. Dawało mi to wiele przyjemności, satysfakcji, czułem się dorosły. Sięgnąłem również po papierosy. Nie mogłem się doczekać, kiedy skończę 18 lat, żeby być samodzielnym i móc robić to, na co mam ochotę.
W wieku 15 lat mój kontakt z alkoholem był coraz częstszy, zacząłem się upijać. Rodzice mówili mi, żebym nie był, taki jak ojciec. Myślałem, co ona (Matka) będzie mi mówić, co ja mam robić. Piłem na przekór rodzicom.
Ojciec, choć sam pił, karcił mnie, gdy przychodziłem pijany do domu. Nie mówił jednak, co się z tym piciem wiąże. Choć widziałem awantury w domu, wybrałem taką samą drogę, jak ojciec.
Rodzice przekonywali mnie – synu, nie pij, ale ja uważałem, że jak inni mogą, to i ja mogę też. Nie dałem sobie przetłumaczyć.
Alkohol zaczął powoli zaślepiać mój mózg, liczyły się tylko libacje, alkohol i ja sam. Wszystko, co było wkoło, było mi obojętne.
Wtedy nastąpiła sytuacja, kiedy mnie, 18-letniego chłopaka, zwolniono z pracy z powodu picia alkoholu. Obwiniałem wtedy szefa, że jest zły, nie widziałem problemu i nie zdawałem sobie sprawy, że alkohol mną rządzi. Moja bezsilność wzrosła, nie umiałem sobie poradzić z emocjami, które towarzyszyły tej sytuacji, piłem coraz więcej i częściej.
W domu też były problemy związane z utratą pracy. Pozostało picie. Takie było najprostsze rozwiązanie problemu, który narastał we mnie.
W wieku 19 lat poszedłem do wojska, byłem daleko od domu, nikt mnie nie kontrolował. Tam zacząłem prowadzić coraz bardziej beztroski tryb życia, alkohol był na porządku dziennym.
Wcześniej w wieku 15 lat zacząłem kraść, ale nie zważałem na konsekwencje, jakie ponosiłem. Myślałem, że to normalne, że tak musi być. Obojętność wobec konsekwencji sprawiła, że w wojsku zacząłem okradać kolegów i przeznaczałem to na alkohol. Zawsze chciałem imponować kolegom tym, że mam pieniądze na alkohol, który razem piliśmy. W wojsku zdarzyło się wiele nieprzyjemnych sytuacji, ale to nie nauczyło mnie, żebym przestał pić.
Po wyjściu z wojska do domu wracałem przez tydzień, przepijając wszystkie pieniądze, nie myślałem o rodzinie, o tym, jaki ból im zadaję. Najbardziej przeżyła to Mama, bo aż zapłakała, jak wróciłem do domu.
Poszedłem do pracy do stolarni, gdzie po raz drugi utraciłem pracę przez alkohol. Po utracie pracy zacząłem kraść coraz więcej, żeby mieć na alkohol, maszyny i sobotnie imprezy. Picie doprowadziło mnie do tego, że już nie miałem sił na nic, dopóki nie wypiłem. Ale nadal uważałem, że piję, bo chcę.
Zaczęły się problemy z prawem, doszło do tego, że chciałem pozbawić życia człowieka, aby zdobyć pieniądze na alkohol. Picie tak mnie umęczyło, że pragnąłem tylko dostać się do zakładu karnego, aby odpocząć.
W 2005 r. trafiłem do Aresztu Śledczego w Hajnówce, ale to i tak nic nie dało. Wyszedłem i dalej piłem i kradłem.
Problemy z piciem i kradzieżami potęgowały się, dokazywałem coraz więcej, coraz częściej miałem problemy z prawem. Żadna praca mnie nie interesowała.
Moja rodzina była bezradna, przysparzałem im wstydu i problemów, ale w tamtym okresie było mi to obojętne. Interesowałem się tylko sobą. Mój egoizm tak wzrósł, że wszystko wydawało się przeciwko mnie, miałem urojenia, że cały świat się zmówił.
Po raz drugi trafiłem do zakładu karnego w, 2008 r., ale to i tak nic nie dało, pomimo że przeszedłem terapię alkoholową. Nie chciałem się przyznać do swych błędów życiowych oraz do swej bezsilności wobec alkoholu, który siał spustoszenie w moim życiu.
Wyszedłem w 2009 r., a w 2010 poszedłem na kradzież i znowu wpadka. Wyrok w zawieszeniu, ale stare wyroki odwieszono i obecnie jestem trzeci raz w zakładzie karnym.
Ma bezsilność wobec alkoholu była taka, że zaprzedałem nawet swą wolność, dokonując kradzieży, by mieć za co pić.
Teraz przeszedłem drugi raz terapię na Atlantisie Warszawa Mokotów, gdzie dotarło do mnie, co złego robiłem, nie tylko sobie, ale rodzinie, bliskim. Zawdzięczam to swojej terapeutce z Atlantisu, że pomogła mi zrozumieć mój problem, dostrzec mą bezsilność wobec alkoholu.
Innymi osobami, które mi pomogły byli członkowie wspólnoty AA oraz alkoholicy, którzy przychodzili z wolności na mityngi AA do Aresztu Śledczego Warszawa Mokotów w 2012 roku. Rozmowy z innymi alkoholikami ze wspólnoty są budujące, pomagają mi. We wspólnocie AA czuję się bezpieczny, zrozumiany i pragnę być trzeźwy.
Nie chcę już nigdy popełniać tych błędów, dlatego pracuje nad sobą, odmawiam modlitwę o pogodę ducha, która mi pomaga w życiu codziennym.
Staram się godzić ze wszystkim, tolerować to, co los mi zsyła, co dzień, ponieważ wiem, że jestem bezsilny. Staram się nie kłócić z samym sobą, bo to jest niedobre dla mojego zdrowienia. Żeby zdrowieć trzeba realizować program AA i wprowadzać swój plan trzeźwienia, uczyć się żyć na nowo, bo tylko wtedy praca nad sobą będzie owocna, pomoże w procesie trzeźwienia i pomoże przezwyciężać sytuacje, wobec których wcześniej byłem bezsilny.
Jestem wdzięczny i dziękuje za to, że spotkałem ludzi, którym me życie nie jest obojętne.
Z poważaniem
Alkoholik Janusz



Warsztaty I i II Tradycji AA w PIK – 13.04.2013

Przyszło mi wziąć udział w sobotnich warsztatach w PIK-u wśród „despotek”, „tyranów” i „imperatorów”. Takie terminy przypisywali sobie niektórzy z uczestników warsztatów, wypowiadający się na temat Pierwszej i Drugiej Tradycji AA. Jakoś głupio się wśród nich poczułem, ja Paweł, zwykły alkoholik, rzadko kiedy poczuwający się do zawładnięcia drugim człowiekiem, a cóż dopiero masami ludzkimi. I gdy tak wsłuchiwałem się w opowieści bliźnich, z którymi ta sama choroba na wieki wieków mnie połączyła, powracać poczęły obrazy z mojej dalekiej i bliskiej przeszłości, kiedy moje dobro było jedynym mi najbliższym, a wspólne dobro było mi zupełnie obce. Niby nie krzyczałem na bliskich i dalszych, to taka natura człowieka mało mówiącego. Ale moja najbliższa osoba często mówiła mi, że potrafiłem wzrokiem i wyrazem twarzy wielokrotnie ją zabić. Bo moje dobro było najważniejsze. Lata musiały, nie wiem, czy musiały, ale upłynęły, by moja bytność we Wspólnocie stała się autentyczną przynależnością, bym ja sam poczuł się tożsamy z drugim alkoholikiem, by 12 Kroków stało się w mojej świadomości skutecznym programem na pomyślne życie, a 12 Tradycji realizowaną w życiu powinnością dla mnie, małej cząstki wielkiej aowskiej całości. Tak bardzo lubiłem w przeszłości zamykać się w swej szczelnej skorupie i z niej wydawać dyspozycje otaczającemu mnie światu. Nawet wówczas, kiedy obejmowałem służby w AA traktowałem je jako rodzaj wyróżnienia, za które chciałem dziękować prezentacją własnych, najmądrzejszych rozwiązań i koncepcji. Wówczas moja Siła Wyższa podpowiadała mi, że nie ja, tylko sumienie grupy jest najwyższym autorytetem i mądrością większą od mojej. Takich podpowiedzi potrzebuję każdego dnia, aż do dnia, gdy zechcę łaskawie i pokornie oddać mojej Sile Wyższej swoje ukryte wodzostwo i wszystko to, co je rodzi.     Jeszcze jedna refleksja, w zasadzie podziękowanie uczestnikom warsztatów, którzy zwrócili mi swoimi wypowiedziami uwagę na nieograniczone możliwości stosowania Tradycji Pierwszej we wszystkich moich poczynaniach, we Wspólnocie AA i świecie poza nim, gdzie są najbliżsi, przyjaciele i koledzy, niekoniecznie alkoholicy. Ten świat też do mnie należy i w nim też mogę mieć duży udział. Nie tylko w pełnieniu służb AA, organizowaniu warsztatów, udziału w mityngach i spotkaniach informacyjnych z profesjonalistami.
Warto bym przychodził na takie spotkania, przynajmniej po to, by mi bezustannie przypominać, że bezpowrotnie utraciłem monopol na omnipotencję.
Paweł AA



Kolporterzy w Supraślu

Piątkowy wiosenny dzień przypominał raczej środek zimy, ale padający śnieg nie bardzo mnie martwił. Koledzy przyjechali punktualnie, więc nie zmarzłem czekając na nich. Udaliśmy się na warsztaty kolporterów do Supraśla. Był to mój trzeci udział w takich warsztatach, droga upłynęła dość szybko i przyjemnie na wspólnych rozmowach o sprawach ogólnych oraz tych służebnych, dotyczących kolportażu.
Na miejscu przywitano nas ciepło i serdecznie, niektóre osoby spotkałem już na szlaku wiec było mi raźniej. Przyjechali koleżanki i koledzy z całej Polski. Warsztaty okazały się prawdziwą kopalnią wiedzy i doświadczeń. Nie będę szczegółowo opisywał treści merytorycznej warsztatów, relacja z nich ukaże się w Skrytce 2/4/3 nadmienię tylko, że wypowiedzi dotyczyły takich zagadnień jak: sponsorowanie w służbie kolportera, literatura AA w moim trzeźwieniu, jakim funduszem powinien dysponować kolporter. Nie unikano też tematów drażliwych i wzbudzających kontrowersje, np. teksty i literatura nie wydawana przez BSK na stoliku kolportera lub zasadność wydawania biuletynów regionalnych .
Znakomitym pomysłem podczas warsztatów było spotkanie Redaktorów Zdroju i biuletynów regionalnych. Zapoczątkowane jakiś czas temu, stały się trwałym elementem warsztatów. Z moich obserwacji wynika, że coraz bardziej zaciera się niezdrowa rywalizacja między biuletynami, a rodzi się chęć współpracy, wymiany doświadczeń, pomocy. Jest to dowód, że dojrzewamy i możemy być z tego powodu dumni. Z zadowoleniem stwierdzam fakt, że prócz starych weteranów przyjechało sporo młodych ludzi, także tych młodych w służbie, sporo było też osób ze swoimi cieniami oraz świeżych służebnych, których wspierali ich poprzednicy. Zaczyna kiełkować sponsorowanie w służbie. Mniej niż w poprzednich latach było widać ,,przedłużaczy” w służbie (,,Służbę kolportera pełnię 10 lat, bo nie mam następcy”), to też powód do zadowolenia .
Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałem napisać, mianowicie wspaniała możliwość wymiany doświadczeń.. W pokoju mieszkaliśmy we trzech: dwóch z Warszawy i kolega z Wrocławia. Przez dwa wieczory rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Choć widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu, nie było między nami żadnej bariery. To jest to, co najbardziej sobie cenię w tego typu spotkaniach: poczucie naszego aowskiego braterstwa, czego i Wam z całego serca życzę.
Robert AA