MITYNG 06/192/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



STRACH SIĘ BAĆ

Takie malutkie słówko. A ile w nim mocy.

Lęk. I życie ze mnie uchodzi, wszystkie decyzje i starania tracą sens. A zaraz za nim idzie wstyd. Niby myśląca kobieta jestem, ale kiedy już miałam dość picia i do głowy przychodziła skromniutka, cichutka, niepewnie drżąca myśl: może przestać pić; ogarniał mnie lęk – co ONI o mnie pomyślą? Przecież to będzie WIDAĆ! Jaki wstyd! Będzie po mnie widać, że przestałam pić! Wygładzi się cera, ręce przestaną drżeć, skończy się upiorny taniec moich wnętrzności, które ciągle się trzęsą, może nawet zacznę pamiętać, co robiłam? Nooo, zapowiada się fajnie, tylko… będę musiała powiedzieć, że ja nie piję! I co? Kto mi uwierzy? Ja nie piję!? Śmiech moich kompanów od szklanki aż dudnił mi w uszach. Pewnie nie będą chcieli ze mną gadać! I jak żyć bez picia? Lepiej nie będę się wygłupiać. Nic im nie powiem, normalnie wypiję, przecież wszyscy piją.
Aż przyszedł taki moment, ogarnął mnie lęk, że nie przestanę i nade wszystko zapragnęłam przestać pić. Najpierw wypiłam na odwagę, potem porozmawiałam z lekarzem, skierował mnie na detoks. Lęk. Panika. Jak tam dotrzeć? Jak powiedzieć, że TAM idę? Może lepiej poczekać jeszcze trochę i iść od razu do więzienia? Przyjedzie policja, zwiną mnie i po krzyku. Odpocznę i będę usprawiedliwiona, że nie piję. A ja, jak głupia, do szpitala...Nie wiadomo, co mi zrobią... I taki wstyd... Jak wrócić po tym szpitalu? Może tam umrę ze wstydu i będzie spokój?
Nie umarłam. Widać po mnie, że nie piję. No trudno. Tylko, co dalej. Wychodzę jutro. Tak chciałabym już nie pić, a tu wraca mój towarzysz – lęk i drąży mózg: nie da się! Wrócisz, wypijesz! Co to, raz próbowałaś? Ale nowo nabyta nadzieja, słabiutka taka, szepcze: a może?... a jednak?
Idę pierwszy dzień do pracy. Nikt się do mnie nie odzywa. Nie pyta, gdzie byłam, kiedy mnie nie było. Nic nie proponuje. Podchodzi do mnie tylko mój odwieczny nieprzyjaciel. Zawsze toczyliśmy ze sobą wojnę, nie lubił mnie pijanej. I mówi: uważaj na nich, chcą cię wyrzucić z pracy. Broń się.
Zostanę bez pracy? Jak to? Panika – z czego będę żyła? Tak się boję...
Biegnę do poradni odwykowej. Ratunku! Płaczę. Dwóch miłych panów na mój widok zbladło. Mówię do nich: przestałam pić, nie chcę pić, chcą mnie z pracy wyrzucić! Co robić?
A oni na to: daj czas czasowi. Dasz radę.
Ja już nie piję dwa lata – mówi jeden, a drugi mu wtóruje – a ja nie piję trzy lata. Wytrzeszczam na nich oczy – można tyle nie pić? Jacy oni biedni!
A nadzieja we mnie rośnie: widzisz? Można! Nie piją! Można. Może i mi się uda.
Przychodzą następni, mówią fajnie, że jesteś. Jak chcesz nie pić, to trzymaj z tymi, którzy nie piją.
Jak długo nie mogę pić – pytam.
– Możesz pić, nikt Ci nie zabroni – mówią. – Ale jak nie chcesz, to nie będziesz piła.
– Do końca życia?- pytam z lękiem.
– Nie – słyszę w odpowiedzi – to za długo. – Nie pij 24 godziny. Przychodź do nas, a wszystkiego się dowiesz. Będziesz miała siłę nas wszystkich. Pomożemy Ci.
Mieli rację. Nie piję 24 godziny. Dużo się dowiedziałam. Przekazuję swoją siłę innym. Dzielę się nadzieją. Przyjmuję pomoc i pomagam.
A lęk? Jest ze mną często, zwłaszcza, gdy nadchodzi nowe. Czasem nawet nadzieja truchleje. Ale 24 godziny wytrzymuję, ja i moja nadzieja. Przychodzi następny dzień i któregoś ranka znów świeci słońce. I przychodzi pogoda ducha.
Pozdrawiam
Ewa


PROSZĘ O TROCHĘ  ODWAGI

Gdy poznałem zapisane w Wielkiej Księdze „prawo pierwszego kieliszka”: jeżeli utraciłem kontrolę nad ilością wypijanego alkoholu, to nigdy nie powrócę do picia umiarkowanego, to prawo natury i Program AA wydawały się bardzo proste, ale do końca ich nie zrozumiałem – jak te zasady zachować we wszystkich moich poczynaniach. Wydawało mi się, że mam „otwarty umysł”, a jednak dwa razy zapiłem. Dlaczego?
Musiałem w moim życiu poszukać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania: dlaczego samo poznanie tej zasady „pierwszego kieliszka” i sama wiedza, że istnieje takie prawo Natury –  nie powstrzymały mnie od dwóch zapić?
Musiałem znaleźć też odpowiedź na drugie pytanie: co skutecznie powstrzyma mnie przed szaleństwem „pierwszego kieliszka”?
Od momentu poznania Programu AA mogłaby to być Siła Większa od nas samych opisana w Kroku Drugim, ale tego Kroku nie potwierdzałem czynem. Dopiero wypity alkohol „zmienił moje myślenie”. I tak zacząłem uczyć się modlić codziennie. Przez dwa lata miałem lęki, gdy słuchałem na mityngach „opowieści spadkowiczów”. W takich sytuacjach, o których opowiadali na mityngach, oczami wyobraźni widziałem siebie upijającego się do nieprzy- tomności. Bałem się o swoje życie, mimo to nadal modliłem się codziennie. Pamiętałem słowa mojej mamy: „Bój się Boga, co ty wyprawiasz? Czy nie wiesz, dokąd zaprowadzi ciebie pijaństwo? Czy nie pamiętasz, jak skończył pijany sąsiad?” Jakie uczucia wtedy wywoływały te słowa w moim sercu, gdy mama upominała mnie? Czy to był lęk czy strach? Co to było?
W pamięci miałem wypadek z dzieciństwa – śmierć na ulicy pijanego sąsiada. Na mnie, trzynastolatku, ten wypadek zrobił ogromne wrażenie. Pijany sąsiad zginął pod kołami samochodu. Zbiegli się wszyscy sąsiedzi. Było mnóstwo gapiów i ja byłem jednym z nich. Powiadomiono jego żonę. Przybiegła, popatrzała chwilę i zapamiętałem, że krzyknęła: „żył jak pies i zdechł jak pies”. Obróciła się na pięcie i wróciła do domu. Nawet dla mnie, jeszcze dzieciaka, to był szok. Jej reakcja została w mojej pamięci na całe życie. Gdy wracałem „zmęczony” do domu czasami miałem przed oczami obraz przeje-chanego sąsiada. Starałem się wtedy „trzymać fason” i nie zataczać się na ulicy. Obiecywałem sobie pić mniej i chodzić prosto. To nie był wytwór mojej wyobraźni, to nie był lęk, to był autentyczny strach, że i mnie pijanego kiedyś może przejechać samochód, którego nie zauważę na swojej drodze.
Sam sobie nie poradzisz z tym problemem – to były kolejne słowa mamy, która skierowała mnie do AA. W ten sposób po latach dotarłem prostą drogą do AA.
Wielka Księga napisana jest dla mnie językiem codziennym. W mowie potocznej słowa strach i lęk wypowiadałem zamiennie, nie odróżniałem ich. Dopiero w AA zrozumiałem, że teraz zaczęła się GRA O MOJE ŻYCIE.
Złota myśl mówi, że precyzyjne nazewnictwo obniża poziom lęków. Ta myśl pomogła mi zastanowić się nad sobą. Lęk był jedną z przyczyn, sięgania „na drugi dzień” po alkohol. Alkohol dodawał mi odwagi, o czym praktycznie wielokrotnie przekonałem się. Alkohol działał „odstraszająco” na moje lęki i obawy. Tylko czasami tego lekarstwa na odwagę było ciut za dużo. Dopiero w AA zdałem sobie sprawę, dlaczego czasami piłem ciut za dużo, to znaczy – nieumiarkowanie.
Wtedy uwierzyłem w słowa mamy, że alkohol może mnie zabić tak samo, jak zabił sąsiada. Trochę wyobraźni mi zostało, abym mógł skorzystać z Programu wyzdrowienia z tej śmiertelnej choroby zwanej alkoholizmem. Przekonał mnie do tego sam alkohol. Po dwóch głębszych, po zastanowieniu się nad swoim życiem, po skojarzeniu alkoholu i lęku, od tej chwili bożek-alkohol stał się dla mnie śmiertelnym lekarstwem na lęki. Wtedy postanowiłem przestać grać komedię w tragedii mojego życia. Przestałem zaśmiewać i lekceważyć ostrzeżenia mojej kochanej mamy, a lęk z Bożą pomocą w czasie medytacji przemieniał się w uświadomiony strach. Słowa Mamy: „Bój się Boga” nabrały w moich oczach i uszach innego wymiaru.
Postanowiłem już nigdy nie łamać praw mojej Natury, aby nie spadła mi cegła na głowę w drewnianym kościele. Stałem się gotowy, prosić Boga z pokorą o pomoc w rozpoznaniu i usunięciu moich wad charakteru. Prosiłem Go o uwolnienie mnie od lęków przed zapiciem się i samotnością. Dzięki Bogu dostałem Wspólnotę AA i odzyskałem Rodzinę, abym już nigdy nie czuł się samotnym człowiekiem.
Strach się bać, ale jak żyć, gdy AA zabrało mi lekarstwo na lęki? W zamian dostałem wiarę w Siłę większą ode mnie, która pomaga mi zachować zdrowy rozsądek. „Nie lękajcie się!”– łatwo było mi powiedzieć, trudniej z wyrobieniem u siebie nawyku codziennej modlitwy do Mocy większej o siłę potrzebną do wytrwania w trzeźwości. Zajęło mi to dwa lata, zanim uświadomiłem sobie, że lęk jest wytworem mojej chorej wyobraźni, a uświadomiony strach jest bojaźnią Bożą, jest darem Stwórcy, abym świadomie szanował Jego Prawa. Dziś nie lękam się alkoholu.
W świadomości mam zasadę, że „zabija lokomotywa, a nie ostatni wagon”. Bałem się wpadki. Pomagała modlitwa, zastanowienie się nad moimi sprawami najważniejszymi. Przypominałem sobie, że każde pijaństwo u mnie zaczynało się od zlekceważenia „pierwszego kieliszka”. O tym nadal pamiętam w czasie moich porannych medytacji. Dziś od lęków przed nieświadomym zapiciem zwanym też wpadką chroni mnie wiara w Siłę większą ode mnie, która obroni mnie przed każdym „pierwszym kieliszkiem”.
Gdy rano o to poproszę, to jestem pod ochroną tej Siły przez 24 godziny, a wieczorem z wdzięczności dziękuję za przeżyty kolejny trzeźwy dzień. Dzięki Krokowi Szóstemu pozbyłem się lęku przed alkoholem, a bojaźń Boża /strach uświadomiony/ chroni mnie przed moją samowolą, przed moimi szalonymi myślami o zapiciach. Dziś stosuję poznane zasady, a moje zapicie byłoby z premedytacją, gdybym zlekceważył prawa mojej Natury.
 WIEM, co mnie chroni przed szaleństwem. Wszystko dzięki Łasce Bożej.
Adam z Gdańska



Nawet we śnie

Nie piję już od dłuższego czasu. Uzbierało się parę lat. Myślałem, że części swojego dziedzictwa alkoholowego już się pozbyłem. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że jeżeli tylko moja czujność słabnie – natychmiast pojawia się alkohol. Niedawno mogłem tego doświadczyć.
Był cichy przyjemny wieczór. Poszedłem spać. Już od dawna sypiam spokojnie i nie mam problemów z zasypianiem. Tego wieczoru było nie inaczej, lecz musiało coś się stać w ciągu dnia, bo prawie przez całą noc śniło mi się, że piję alkohol. We śnie jechałem gdzieś samochodem. Dojechałem, gdzie miałem dojechać, załatwiłem, co miałem załatwić i nagle zorientowałem się, że jestem pijany. Nie wiem skąd, co i jak, ale wiem, że było mi cholernie źle. Zastanawiałem się, jak wrócić, przecież przyjechałem samochodem. Tu nastąpiła walka rozumu z przyzwyczajeniem. Prawie nigdy po balandze nie zostawiałem samochodu i wracałem nim do domu. Wiem, że był to idiotyzm, ale wtedy nikt nie był w stanie mi tego przetłumaczyć. Dwa razy traciłem prawo jazdy i miałem ogromne szczęście, że nikogo nie skrzywdziłem.
No i stoję sobie teraz w swoim śnie i toczę tę samą walkę, co kiedyś. Przewalam argumenty za i przeciw. Nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale w moim śnie wróciłem do domu autobusem. Rano wstałem skacowany, lecz wiedziałem, co mam robić. Szybko napiłem się gorącej herbaty i postanowiłem tego dnia pójść na mityng. Przeszło. Pamiętam, że kiedyś na terapii zastanawiałem się, kiedy takie sny się skończą.
Ta sytuacja mi pokazała to, czego kiedyś nie chciałem zaakceptować. Alkoholikiem będę do końca życia i wydaje mi się, że jeżeli mam ponosić tylko takie konsekwencje, to jest to pryszcz w stosunku do tego, co kiedyś wyczyniałem.
 Pozdrawiam AA



STARCH PRZED WPADKĄ
   
Strach przed wpadką jest moim zdaniem czymś całkowicie normalnym. Alkoholizm jest chorobą. Ja także jestem chory na alkoholizm. Od czasu, kiedy uzyskałem suchość, uważam sam siebie za dość zdrowego. Jest to jednak fałszywe mniemanie.
Jestem chory na chorobę alkoholową i nie mogę dzisiaj wypić żadnego alkoholu. W przeciwnym bowiem wypadku wstępuję na powrót w stare ślady i bez miłosierdzia otrzymuję wszystkie cięgi związane z chorobą alkoholową. Alkoholizm jest – tak jak zresztą wszystkie choroby uzależnieniowe – chorobą nawrotową. Dlatego też częściej uczęszczamy na mityngi – w zależności od tego, ile razy w ciągu tygodnia ktoś takiego uczestnictwa potrzebuje. Z własnego doświadczenia wiem, że jedynie we Wspólnocie AA potrafię utrzymać swoją suchość.
Że w pojedynkę, samotnie nie jestem w stanie tego dokonać doświadczyłem przecież wystarczająco często podczas mojego mokrego okresu – kilka dni, może tygodni i na powrót picie. Każda zaś następna faza picia była gorsza od poprzedniej.
Nie jestem też wcale taki pewny tego, czy jeszcze raz uda mi się dotrzeć do tego miejsca, żeby na dzisiaj odstawić pierwszy kieliszek. Czas przeżytej suchości nie daje w tym przypadku żadnej gwarancji przed zapiciem.
Każdy z nas oddalony jest od alkoholu zaledwie na wyciągnięcie ręki. Każdy mityng pozwala mi na nowo dostrzec to niebezpieczeństwo, co pozwala mi wystrzegać się jakiegokolwiek kontaktu z zawsze silniejszym alkoholem.
Mam na imię
Ryszard
i jestem alkoholikiem



TERAPIA czy mityng AA?

Uczęszczałem na mityngi AA przez wiele lat, ale w ostatnim czasie wiele z nich opuszczałem z nieprzyjemnym uczuciem. Co mi przeszkadzało? Co się działo? Zobaczyłem odpowiedź na to pytanie na popularnym mityngu, na który zostałem zaproszony.
 Na tym mityngu pewna kobieta zaczęła mówić o swojej matce i szkodach, które matka poczyniła w jej życiu. Płakała i przeklinała swoją matkę i obwiniała ją o wszystkie swoje nieszczęścia. Nie było mowy o trzeźwości. Ani napomknienia o wdzięczności. Żadnego odniesienia do pracy krokowej. Potem ta kobieta wcześniej opuściła mityng. Chciałem ją zatrzymać, przyprowadzić ją z powrotem i powiedzieć jej, aby słuchała. Mogłaby właśnie znaleźć odpowiedzi na swoje problemy. W tej chwili, uświadomiłem sobie z niepokojącą jasnością, że to, co to było, to była terapia grupowa, a nie mityng AA. To, w czym właśnie brałem udział, jak myślę, było subtelnym sabotażem programu AA. Ta kobieta była tylko jednym z wielu ludzi, którzy zwodniczo używają mityngów, aby wylać z siebie wszystkie uczucia i urazy, pod pretekstem dzielenia się. Moim zamiarem nie jest zminimalizowanie czyjegokolwiek żalu. Mówię jako człowiek, który wychował się w niezwykle agresywnej rodzinie alkoholowej, który przeżył rozwód i inne bolesne straty. Uczęszczałem wielokrotnie na terapię i stwierdziłem, że jest całkiem użyteczna. Jednakże nie mylę terapii z Dwunastoma Krokami AA. Przeszkadza mi, gdy widzę ludzi coraz bardziej traktujących mityngi AA jako darmową terapię, aby „złapać kontakt ze swoimi uczuciami". Moim własnym głównym celem na mityngu jest lepiej nauczyć się stosować filozofię Dwunastu Kroków AA do moich codziennych życiowych problemów. To wtrącenie terapeutycznej gadki na mityngach powoduje utratę skupienia się na tym, czym jest ten cały Program. Podstawowe zasady zdrowienia, uczciwości, otwartości umysłu i dobre chęci są zastępowane egocentryzmem,  przyciąganiem uwagi i kontaktowaniem się z uczuciami. Zamiast przyjmować zasady wdzięczności i akceptacji, wielu skupia się na obwinianiu w imię dzielenia się uczuciami. Wielka Księga stwierdza: „Akceptacja jest dziś odpowiedzią na wszystkie moje problemy". Ta prosta zasada – akceptacja – jest tym, co pomijamy, gdy pozwalamy mityngom zamieniać się w terapię. Słyszę ludzi, którzy siedzą w Programie ponad rok, ciągle „pracując nad problemem" i obwiniając za swój brak szczęścia ten ciągle nierozwiązany problem. Za wszystko, co w ich życiu nie jest prawidłowe ludzie obwiniają ex-małżonków, leniwych rodziców, rząd albo swoich szefów. Mniej czasu trzeba spędzać na skarżeniu się na problem, a więcej na skupieniu się na rozwiązaniach. Rozwiązania są w zastosowaniu Dwunastu Kroków. „Akceptacja jest dziś odpowiedzią na wszystkie moje problemy". Jak długo ludzie obwiniają, nie pracują nad Dwunastoma Krokami, a jak długo nie pracują nad Dwunastoma Krokami, będą dalej używać mityngów jako terapii. Będą dalej rozmywać wyższe cele tego Programu, którymi są dzielenie się swymi doświadczeniami, siłą i nadzieją. Pracujmy nad Krokami i trzymajmy z daleka gadanie terapeutyczne. Wszyscy wiemy, jak to działa.

…?



ŻYCIE MOJE

Lęk w moim życiu odgrywał i odgrywa bardzo ważną rolę usprawiedliwiania żeby czegoś nie robić i odkładać wiecznie coś na później, podobnie jak uraza. Pamiętam, jak bałem się terapii, pierwszego mityngu, pierwszej służby we Wspólnocie, pierwszej pracy itd. Mógłbym teoretyzować i pisać, że na lęk najlepsze jest działanie, wiara, żeby czymś się zająć, żeby nie myśleć, bój się i rób, bo to jest odwaga i to wszystko pomaga. Ostatnie wydarzenia pokazały, mi jak lęk działa u mnie i jak sobie z tym poza teorią radzę. Ostatnio zmieniłem pracę, robię rzeczy o których nie miałem zupełnie pojęcia, czyli coś zupełnie nowego, nowi ludzie okoliczności. W międzyczasie zacząłem pisać czwarty krok, prawdę o sobie z okresu całego życia. Nigdy tego nie robiłem, przyglądanie się sobie oczami drugiego człowieka, poddanie się ocenie weryfikacji swoich poglądów, opinii, sugestii, poddanie pod wątpliwość swojej opinii o sobie samym. Od wielu lat a może pierwszy raz poznaję w bólach prawdę o sobie kim jestem. Pojawił się lęk, który mnie paraliżuje, czuję jak się boję prawdy od której uciekałem całe życie.
Z zaciśniętymi zębami piszę rzeczy o których zapomniałem, przypominam sobie, muszę to jeszcze raz przeżyć- wstyd, poczucie winy, złość, żal, strach, lęk i myślę, że to buduje moje człowieczeństwo. Przeżywam to wszystko aby się uwolnić od lenistwa, pychy, arogancji, pogardy do siebie i innych ludzi, koncentrowania się na sobie- jaki to Ja jestem ważny, swoich oczekiwań od ludzi i Boga, żeby spełniał moje zachcianki. Zauważyłem, jak unikam systematycznego pisania, odkładam na później, zaraz potem pojawiają się wyrzuty sumienia i lęk przed tym, czego nie chce mi się robić. Doszedłem do tego, że lęk informuje mnie, co mam robić albo czego nie robię. Trzeźwienie przestało mi się kojarzyć tylko z chodzeniem na mityngi i opowiadaniem, jakim jestem wspaniałym prymusem, a raczej jakie mam słabości i przezwyciężanie ich. To żmudna systematyczna praca wymagająca UCZCIWOŚCI I ODWAGI. Codziennie zmuszam się, aby dopisać coś do swojej listy, aby to później zweryfikować ze sponsorem i przyjąć, że być może siebie oszukuję i nie jest to do końca prawda i może być inaczej niż mi się wydaje. Codziennie mimo, że się boję, piszę, bo tylko tak mogę przełamać swoje zakłamanie pokonuję siebie i swój lęk i lenistwo. Wymyśliłem nawet, że to za dużo dla mnie, nowa praca, kończę szkołę, służby, może z czegoś zrezygnować, odpuścić. Boję się i to robię, to moje lekarstwo mimo ogromnego dyskomfortu. Użalanie się jest jedną z cech mojego egocentryzmu, udawanie i odpuszczanie usprawiedliwia moje lenistwo. Uciekałem przed sobą 26 lat, nie uciekłem, alkohol w tym nie pomógł mi. Nie chcę już udawać kogoś, kim nie jestem, maskować się, pozorować, stać z boku i czekać na cud. Ten cud to tylko moje działanie, uczciwość, pokora, odpowiedzialność za samego siebie i za to co robię. Unikałem całe życia odpowiedzialności i żyłem tak, jak chciałem bez żadnych zasad. Okazuje się, że bycie trzeźwym i poszukiwanie prawdy o sobie wymaga ogromnego wysiłku, na który nigdy nie było mnie stać bo byłem egocentrycznym leniem, który czekał na gotowe z wyciągniętą ręką.
Każde pójście do mojej nowej pracy powoduje, że mniej się boję odpowiedzialności, systematyczności, dokładności i krytyki ze strony szefa. I każda strona uczciwej prawdy napisana o sobie, aby ją wyznać drugiemu człowiekowi przybliża mnie do odwagi i zmniejsza lęk, aby w końcu żyć godnie i jak najbardziej uczciwie.
Lęk dla mnie, to wyzwanie bo przełamuję swoją PYCHĘ I LENISTWO. Ostatnio słyszałem na mityngu: „żeby się nauczyć pływać, trzeba wejść do basenu”. Jeśli chodzi o mnie, żebym przestał się bać mam powiedzieć prawdę o sobie drugiemu człowiekowi.
Mój lęk okazał się dziecinnymi tworami wyobraźni. Nabieram szacunku do siebie i innych ludzi nie tylko we wspólnocie, poprzez to, że nie chciałem, ale spojrzałem sobie w oczy. Zaczynam się czuć wartościowym i wolnym człowiekiem od swojej chorej wyobraźni. Nikt mnie nie odrzucił, to było tylko w mojej chorej głowie. Pozdrawiam i życzę odwagi!
AA



MOJE PIERWSZE MITYNGI
 
Moje pierwsze mityngi – pamiętam wstyd, zażenowanie. Byłam jedyną lub jedną z dwóch, trzech kobiet. Wydawało mi się, że mężczyźni alkoholicy – to normalne, ale kobieta? Oczywiście milczałam i wysłuchiwałam piciorysów, Nic do mnie nie pasowało. Rozpoczęłam wędrówkę po Warszawie, zwiedzając wszystkie dzielnice w poszukiwaniu mityngów odpowiednich dla siebie. Wszędzie to samo, same chłopy. Nieliczne kobiety opowiadały, jak mnie się wtedy zdawało, same okropne rzeczy.
Po półtora roku wędrowania zdecydowałam, że mam jedną grupę, w której czuję się bardzo dobrze. To moja grupa macierzysta. Chciałam jednak i pragnęłam towarzystwa kobiet – szukałam sponsorki. Poszłam na mityngi kobiece. I tu spotkał mnie zawód. Na tych mityngach czułam się bardzo źle. Nie lubię użalać się nad sobą, a będąc na mityngach kobiecych trochę się tym zaraziłam. Nie słyszałam nic o przeżyciach wewnętrznych, uczuciach, duchowości, ani co robić, aby nie sięgnąć po butelkę w chwilach samotności i „dołka” psychicznego. Odniosłam wrażenie, że każda próbuje usprawiedliwić swoje picie, użalając się na okropnych mężczyzn. Ciężko było utożsamić się z alkoholikami, ale jeszcze trudniej z kobietami. Szybko wróciłam do naszych normalnych grup AA. Nie przeszkadza mi do dziś, że jako kobieta jestem w mniejszości. Zresztą jest nas coraz więcej, ku mojej ogromnej radości.
Ostatnie wakacje spędziłam jeżdżąc po Polsce. Byłam na wielu mityngach w małych i większych miasteczkach, Odczulam prawdziwą więź i przyjaźń, jedno nas wszystkich łączy – chęć utrzymania trzeźwości i radość z pokonywania problemów bez flaszki. Mamy tę samą chorobę bez względu na płeć, kolor skóry czy wyznanie. Piłam w towarzystwie mężczyzn i dlatego dzisiaj nie mam specjalnych wymagań by trzeźwieć oddzielnie. Dzięki uczestnictwu w różnych służbach – zespołach wzrasta moja świadomość Wspólnoty. To niesamowite, że nie jest to organizacja, a trzyma się i działa. Zrozumiałam, że we wspólnocie AA najważniejsze jest, ile miłości i jedności wnoszę na nasze spotkania a nie to, ile warunków wstępnych mego trzeźwienia uda mi się zrealizować.

kobieta AA



Pożytki z lęku

Lęk i strach towarzyszyły mi od dzieciństwa. Często jednak nie potrafiłam ich ani rozpoznać, ani nazwać. Przez lata na pytanie: co czuję, odpowiadałam   – nic. Teraz jednak wiem, że stale towarzyszyło mi napięcie, które z czasem przerodziło się we wszechograniający lęk.
Alkohol stał się sposobem na doraźne radzenie sobie z tymi trudnymi emocjami. Niwelował napięcie, zabierał niepokój, pomagał przezwyciężyć strach. Niestety, po pierwszym wrażeniu ulgi i odprężenia, pogłębiał lęk. Nienazwane na trzeźwo emocje, po alkoholu jeszcze bardziej się gmatwały. Jeszcze trudniej było mi zrozumieć dlaczego w ogóle się pojawiają.
W późniejszych okresach picia trudno było stwierdzić, czy piłam, bo odczuwałam lęk i chciałam od niego uciec, czy też to niekontrolowane picie go wywoływało. Lęk, tak samo jak alkohol, rozlewał się po moim ciele w sposób niepohamowany. Powstawał supeł nie do rozwiązania. Wir, który wciągał mnie coraz głębiej. Miałam poczucie, że zasysa mnie jakaś czarna dziura lęku, braku sensu, cierpienia, ogromnej pustki i osamotnienia.
Kiedy udało mi się zobaczyć i uznać swoją chorobę alkoholową, zaczęłam rozumieć, że praca, którą muszę wykonać dotyczy w dużej mierze emocji. Zarówno alkohol, jak i życie w ciągłym napięciu, mogą stać się uzależniające. Tak, jak alkohol zaciera ostrość widzenia, tak lęk każe symbolicznie zasłonić oczy, aby nie widzieć tego, czego się boję. A jeśli boję się cały czas? Czy wiecznie sparaliżowana strachem mogę dobrze funkcjonować?
Po krótkim okresie abstynencji okazało się, że wciąż czuję nadmierny strach. Zrozumiałam, że jeśli chcę poprawiać jakość swojego życia, muszę nauczyć się radzić sobie z nim. Podstawą działania stało się zrozumienie, że trudne emocje są niezwykle potrzebne, często niosą za sobą ważne dla mnie informacje. Odpowiednio odczytane pomagają mi chronić siebie, przypominają, że mam o siebie dbać oraz mobilizują do zmian.
Pomału pojawiały się coraz dłuższe okresy, w których czułam się odprężona, nie towarzyszyło mi napięcie. Nawet jeżeli odczuwałam strach z określonego powodu to starałam radzić sobie z nim, nazywać to, czego się boję. I określać, co mogę zrobić, aby poczuć się w danej sytuacji bardziej komfortowo.
Mniej więcej po roku abstynecji na jednym z mitingów Wspólnoty AA podziełiłam się tym spostrzeżeniem. Dodałam na koniec, że czuję się dziwnie, kiedy nie odczuwam niepokoju, tak jakbym coś zaniedbywała, o czymś zapominała lub nie przywiązywała zbytniej wagi do różnych spraw. Pamiętam życzliwe rozbawienie wielu osób siedzących na mitingu. Przywiązanie do napięcia i ciągłego lęku bywa tak silne, że sam ich brak wywołał we mnie niepokój.
Co pozawala mi radzić sobie z lękiem? Po pierwsze, uświadamiam sobie, że od napięcia i lęku również można się uzależnić. Mogę się nimi upajać i zniekształcać rzeczywistość tak samo, jak robiłam to za pomocą alkoholu.
Po drugie, staram się akceptować, oglądać i nazywać trudne emocje. Dawać sobie do nich prawo. Złość, lęk, brak ufności są trudne, ale są, i zawsze będą, częścią mnie, tak samo jak radość, spokój, wesołość. Są też zdrową i potrzebną reakcją w niektórych sytuacjach.
Po trzecie, „wchodzę w lęk“, zamiast od niego uciekać. Robię to na różne sposoby. Przede wszystkim pytam sama siebie: czego konkretnie się boję. W ten sposób nie pozwalam, aby lęk „rozlewał się“ i był wszechogaraniający. Staram się sprawić, aby trudna emocja była moim sprzymierzeńcem. Dzięki niej mogę określić swój stosunek do danej osoby, sytuacji. Mogę zastanowić się co zrobić, by zadbać o siebie i działać konstruktywnie, pamiętając o powiedzeniu, że strach ma wielkie oczy.
Po czwarte, umiejscawiam emocje na poziomie ciała. W sytuacjach bardzo dla mnie trudnych i stresujących zatrzymuję się na chwilę i obserwuję jak reaguje moje ciało, kiedy odczuwam lęk. Czy mam ściśnięty żoładek? Czy boli mnie brzuch? Czy czuję mrowienie w rękach? To proste ćwiczenie bardzo mi pomaga. Pozwala mi zatrzymać się, być blisko siebie i urealnić to, co się ze mną dzieje.
Po piąte, strach bardzo realnie mobilizuje mnie do unikania sytuacji ryzykownych, niebezpiecznych. Kiedy piłam, alkohol dodawał mi odwagi w sytuacjach, w których obiektywnie powinnam się bać, brawura była głupotą. Dziś rozumiem, że strach może mnie chronić przed wieloma niepotrzebnymi sytuacjami.
Długo myślałam, że nie będę w stanie wytrzymać bólu, cierpienia, lęku. Sądziłam, że jeśli pozwolę sobie je czuć, to mnie zabiją. Jednocześnie, mimo że od nich uciekałam, stale mi towarzyszyły. Im szybciej biegłam, tym były silniejsze. Choć teraz częstym odruchem nadal jest chęć „zamknięcia oczu“ i ucieczki, czuję, że trudne emocje są częścią mnie, częścią całego świata. Mają w nim swoje miejsce, bez nich nie byłoby pełni.

MikAA



Dopóki nie pokochasz siebie

Chwilę po tym jak przestałem pić usłyszałem zdanie (od jednego z przyjaciół): „Kochamy cię, dopóki nie nauczysz się kochać siebie" i to z pewnością było moje doświadczenie w AA Jednakże w czasie kiedy to usłyszałem, nie umiałem sobie nawet wyobrazić lubienia siebie. Czułem się bezwartościowy. Dla mnie picie było związane z ranieniem i niszczeniem samego siebie. Pod koniec byłem tego całkiem świadomy, ale po prostu nie wierzyłem, że jest jeszcze jakaś inna droga Jako dziecko czułem zawsze, że miłość była warunkowa: pod warunkiem bycia dobrym, robienia postępów w szkole, posiadania wielu przyjaciół, bycia atrakcyjnym i większość czasu nie żyłem według własnych zasad. Dzisiaj wiem na pewno, że moi rodzice zawsze kochali mnie bezwarunkowo, jednakże ja tego nie czułem i to jest dla mnie duża część „...izmu" w moim alkoholizmie, długo przedtem, jak zacząłem przyjmować alkohol do organizmu. Od tych najwcześniejszych dni mojego życia używałem różnych środków do zmieniania mojego samopoczucia, ponieważ nie lubiłem być tym, kim byłem Kiedy spróbowałem drinka, mój alkoholizm po prostu wpasował się w przygotowane miejsce. Zmiany nie następowały progresywnie, co było dla mnie zawsze koszmarem. Jednym ze stałych elementów mojego życia był brak realnego spojrzenia na siebie. Pamiętam, kiedy jako 16-latek rozmawiałem z przyjaciółmi ze szkoły o moim piciu, oni powiedzieli, że lubią mnie bardziej kiedy nie jestem pijany. Cóż, ja po prostu nie mogłem tego pojąć. Podobnie pamiętam kobietę, która pewnego wieczoru po mityngu mówiła mi, że ludzie mnie kochają, lecz to nie miało dla mnie sensu. Nienawidziłem siebie, zwłaszcza kiedy podniosłem kieliszek. Jak mógł ktokolwiek inny chcieć mieć coś wspólnego ze mną? A jednak nikt nigdy nie powiedział do mnie: „Odejdź sam i wróć kiedy będziesz trzeźwy”. Oni po prostu mnie akceptowali i byli cierpliwi. Stopniowo, po zaprzestaniu picia wszystko stało się łatwiejsze. Byłem w stanie stać się uczciwym i znaleźć ludzi, którym mogłem ufać. Kiedy dzieliłem się naprawdę osobistymi sprawami o sobie, odkryłem, że nadal byłem kochany. I co dziwniejsze, odkryłem, że byłem w stanie czuć się dobrze jeśli chodzi o siebie. Odkryłem realizowanie kroków 4 i zwłaszcza 5 jako jeden, pełen miłości proces. Zobaczyłem siebie jako osobę, która postępowała tak, jak postępowała, ponieważ nie znała żadnej innej drogi postępowania. To jest właśnie to, na czym polega praca nad Krokami – nauka lubienia i akceptowania siebie takiego, jakim jestem i możliwość posuwania się do przodu. Jak się mówi – szacunek do samego siebie pochodzi z wykonywania rzeczy godnych szacunku. Nie zawsze czuję się dobrze ze sobą, ale kiedy czuję się słabo, świadomość, że moi przyjaciele z AA, a zwłaszcza sponsor wierzą we mnie, często umożliwiała mi funkcjonowanie. Ostatanio wróciłem do pracy po 3 latach trudności z jej znalezieniem i praca jest dla mnie trudna. W tym czasie i w innych problemach mam ludzi, którzy mnie kochają, jakkolwiek byłbym zwariowany. Ludzi, z którymi mogę płakać, kiedy potrzebuję. Te rzeczy to dla mnie miłość: zabranie mnie przez kogoś na mityng, kiedy wiem, że osoba, która mnie zabiera raczej zostałaby w domu; ktoś przychodzący, by usiąść obok mnie, kiedy byłem nowy, a wszyscy inni wydawali się znać nawzajem, pozostanie, by porozmawiać po mityngu, kiedy nie chcę iść do domu; przyjaciel przynoszą­cy mi piękny kwiat. Kiedy wszystko inne w moim życiu wydaje się brzydkie        – objęcie, uścisk. Kiedy nie mogę mówić, ale mogę czuć, że przynależę, mam nadzieję, że kiedyś będę mógł oddać innym trochę tej miłości.
AA



MOJA MAMA

Kilka dni temu pochowałem swoją Mamę. Zmarła wycieńczona po długotrwałej chorobie. Długo się zastanawiałem, jak opisać swoje przeżycia, by mogły być doświadczeniem dla innych. Byłem pełen obaw czy to, co czułem, może mieć jakieś znaczenie dla innych. Zdecydowałem, że to mój obowiązek i powinienem podzielić się z wami swoim przeżyciem i tym co w sobie odkrywam.
Pamiętam, jak dwa lata temu poczułem w sobie pragnienie, aby spotkać się z Mamą, zobaczyć Ją, przytulić i po prostu pobyć. Zdobyłem się na odwagę. Mimo lęku, pojechałem na Mazury aby Ją odnaleźć i spotkać się z Nią. Piszę, że towarzyszył mi lęk, bo Mamy nie widziałem wiele lat. Nasze relacje były chłodne, pełne żalu i uraz, poczucia odrzucenia i krzywdy. Obawa wiązała się także z tym, że od roku nie piłem, a Mama była czynną alkoholiczką. Kiedy Ją odnalazłem dzięki pomocy przyjaciół, mimo odwagi jakiej dodawał mi sponsor, nogi ugięły mi się i mało nie zemdlałem.
Była wychudzona, chora, opuszczona i żyła w skrajnej biedzie, po eksmisji. Jedną z przyczyn było pewnie to, że mimo swojej choroby (miała nowotwór płuc), dalej notorycznie piła alkohol. Pamiętam swoje pierwsze wzruszenie, współczucie i łzy. Nie myślałem o tym, co było kiedyś, nie miałem do niej żalu, ani nie zastanawiałem się, że jest dla mnie jakimś zagrożeniem. Zastanawiałem się nad jednym – jak mogę jej teraz pomóc.
Pamiętam, jak sponsor powiedział mi     – jedziesz, bo jesteś synem, i to, co możesz zrobić, to poświęcić czas, pobyć z Nią, porozmawiać, pokazać, że inaczej żyjesz, że nie pijesz, że jesteś innym człowiekiem. Tak zrobiłem. Po drugich i trzecich odwiedzinach miałem świadomość, że Mama bardzo się cieszy, że jest szczęśliwa, gdy mnie widzi. Natomiast ja w sercu miałem ogromną wdzięczność, że mogę Ją odwiedzać trzeźwy i jestem Jej pomocny przez samą obecność, że w końcu jestem synem i nareszcie to czuję.
Mamę zdążyłem odwiedzić pięć razy. Nie było to łatwe. Miałem świadomość jak bardzo jest chora, opuszczona, samotna i jak Ją cieszą moje wizyty, ile dają Jej siły. Sam też przez wiele lat się czułem podobnie. Na pogrzebie stałem obok trumny. Towarzyszył mi spokojny smutek – zdążyłem się z Nią pogodzić, pojednać. W moim sercu i pamięci pozostanie na zawsze uśmiechnięta, tak jak mnie witała i żegnała gdy przyjeżdżałem.
Kiedy wracałem z pogrzebu do Warszawy, zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Powiedziała, że zachowałem się jak dorosły, odpowiedzialny facet. Wszystkie formalności związane z pogrzebem załatwiłem oraz poradziłem sobie z emocjami. Natomiast sponsor po powrocie uświadomił mi jedną najważniejszą rzecz – zdążyłem się z Mamą pożegnać i pogodzić. Pomyślałem, mimo swojego smutku, że dla takich chwil warto żyć i nie pić. Wyrażam swoją ogromną wdzięczność Wspólnocie AA i Bogu za to, że żyję i nie piję. Czego i Wam życzę.
Pozdrawiam AA


 
Zza krat

BŁĘDNA OCENA

Ukończyłem szkołę podstawową, 7 klas, bo tyle mnie obowiązywało. Do ZSZ o kierunku budowlanym, poszedłem do Gdańska. Była to szkoła przyzakładowa, trzy dni nauki i trzy dni pracy. W pierwszym roku byłem dobrym dzieckiem, bo rozsądnie wydawałem pieniądze  z domu – na opłacenie internatu i potrzeby własne. A te, które wypłacano mi za praktyki, wpłacałem na książeczkę PKO.
W drugiej klasie zaczęła się już przygoda z alkoholem. Chociaż dostawałem za praktyki więcej, to brakowało mi pieniędzy. Zaczęło się popijanie wina i raczenie się piwem z kolesiami. Do tego stopnia, że bilety tramwajowe na dojazd na praktyki oraz bilet kolejowy na dojazd do szkoły  regularnie sprzedawałem w kasach za pół ceny, aby było na wino.
Po skończonej zawodówce było uroczyste przyjęcie do pracy i zakwaterowanie w hotelu robotniczym. Dostałem bezzwrotną pożyczkę na wyżywienie i zagospodarowanie się. Po tym wszystkim urządziliśmy sobie libację alkoholową, która trwała dwa dni. Poszedłem do pracy na budowę. Ja, młody chłopak, 16-letni zarabiałem ponad trzy tysiące złotych. Pieniądz miał wtedy większą wartość niż teraz – dla porównania paczka papierosów kosztowała 3 złote. Wtedy zaczęły się pijalnie, kawiarnie, zabawy i wszelkiego rodzaju bary. Od września poszedłem do Technikum Budowlanego w Gdyni. Jesienią tego samego roku zostałem zabrany z Sopotu do izby wytrzeźwień. Szkoła została powiadomiona o tym, że przewracałem się w Sopocie, na ulicy.
Na szczęście nie zostałem wyrzucony. Pierwszą klasę ukończyłem z wynikiem dostatecznym. W wakacje często popijałem. Po wakacjach poszedłem do drugiej klasy. Wytrzymałem tylko dwa miesiące. Bo jak mogłem to wszystko pogodzić. Rano do pracy od godz.6 do13, powrót do hotelu, obiad, książki i na 16 do szkoły. A koledzy w tym czasie szli na piwko, winko i inne rozrywki. Pracowałem i piłem do 23 lat. Latem pojechaliśmy do Gdyni, gdzie tak się spiliśmy, że pogubiliśmy się. Ja nie wiem jakim cudem dostaliśmy się do kolejki elektrycznej, gdzie zarzygałem cały wagon. Zwinęli mnie sokiści. Kolegium, 26 dni do odsiadki. Wtedy zaczęło się na dobre.
Po wyjściu z aresztu, zostałem zwolniony z zakładu. Poszedłem pracować do portu. Pracowałem na 4 zmiany na elewatorze zbożowym. Zarabiałem dobrze. Poznałem kolegów – sam ich szukałem, co dzień było piwo i alkohol. Po kilku miesiącach dostałem się do kryminału na 2 lata. Po wyjściu wróciłem do domu i pracowałem u Ojca, który prowadził firmę budowlaną. Po dwóch latach zacząłem popijać i skończyła się praca. Bo Ojciec nie tolerował pijaństwa.
Zaczęły się prace dorywcze, pijaństwo, a przy tym przestępstwa i powrót do kryminału.
W tym czasie mój najlepszy kolega, był na terapii alkoholowej i chodził na mityngi. Po wyjściu spotkałem się z nim i on zaczął mi tłumaczyć, abym poszedł z nim na mityng. Wyśmiałem go. Wtedy powiedział te słowa: pamiętaj, długo na wolności nie pochodzisz.
Znów zacząłem pracować u Ojca. Ożeniłem się i założyłem rodzinę. To wszystko trwało dwa lata. Kobieta odeszła. Ojciec wyrzucił mnie z pracy, bo na pierwszym miejscu była wóda i koledzy. Długo nie trwało i kolejna, trzecia odsiadka. Po tej odsiadce byłem siedem lat na wolności.
W tym czasie, ile razy spotkałem kolegę, on proponował mi mityng.
Niedługo ponownie poszedłem siedzieć. Tym razem po zamknięciu, sam to przemyślałem i zgłosiłem się do psycholog, aby skierowała mnie na terapię. Tam poznałem chorobę i metody działania. Dopiero mityngi dały mi ogólne wytyczne, że sam nie mam szans, po wyjściu na wolność, na całkowite zaprzestanie picia.
Dopiero teraz zrozumiałem słowa kolegi, że po wyjściu muszę chodzić na mityngi i tam poznać prawdziwych kolegów, którzy naprawdę chcą mi pomóc. Szkoda, że tak późno zrozumiałem, że tyle lat straciłem na alkohol

Zbyszek