MITYNG 08/194/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Wszystkie wydarzenia dają mi doświadczenie i siłę
Zawsze piłem z jakiegoś powodu. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Wreszcie znalazłem przyczynę - to były moje emocje, a właściwie to, że nie potrafiłem sobie z nimi radzić. Emocje to różne stany mojej psychiki, lęki, obawy, poczucie winy, niskie poczucie własnej wartości, złość. Bywa też, że jest to wielka radość, euforia, poczucie dumy, jakiś duży sukces. Czasami też przekonanie, że już wszystko wiem, i że jestem wspaniały.
Alkohol był dla mnie złotym środkiem, aby móc zapanować nad swoimi emocjami, ale nie nad wszystkimi. Na przykład złość, kiedy byłem pod wpływem alkoholu zamieniała się w agresję. Wpadałem w amok i byłem nieobliczalny.
Przestałem pić, zacząłem się leczyć i okazało się, że nadal mam problem z emocjami. Wciąż pojawiały się lęki i obawy, moje poczucie wartości się nie zmieniło. Ciągle łatwo wpadałem w złość i byłem agresywny. Wcześniej miałem na to sposób – upijałem się. Teraz zaczęły mi się pojawiać głody i sny alkoholowe.
Dobrze, że równolegle z terapią chodziłem regularnie na mityngi. Mogłem słuchać bardziej doświadczonych ludzi. Słyszałem spokój w ich głosach i widziałem uśmiechy na twarzach. Zrozumiałem, że nie mam wielkiego wpływu na wydarzenia, które mnie otaczają, choć niektóre mnie dotyczą. Zauważyłem, że życie idzie swoim torem, niezależnie od tego, czy ja się wkurzam, czy się cieszę.
Na mityngach poznałem doświadczenia wielu alkoholików. Spróbowałem wprowadzać je w życie i z dnia na dzień było mi lepiej.
W dużym stopniu pomogło mi zrozumienie i zaakceptowanie drugiej części Pierwszego Kroku: przestałem kierować własnym życiem. Jak mogę nie kierować swoim życiem? To absurdalne! To Kto lub Co nim kieruje? BÓG, jakkolwiek Go pojmuję.
Zrozumiałem, że w tym niekierowaniu chodzi o wydarzenia, które mnie spotykają: tym na pewno nie kieruję, bo już dawno bym nie żył. Poza tym, gdybym kierował swoim życiem, to na pewno nie stałbym się alkoholikiem, chorym człowiekiem.
Najtrudniej zaakceptować mi wydarzenia, których nie chcę: utratę pracy albo stratę kogoś bliskiego. Jak sobie z tym poradzić? Muszę zdać sobie sprawę z tego, co jest dla mnie ważne. Dla mnie najważniejsze jest utrzymanie trzeźwości.
Bardzo dużo dają mi służby pełnione przeze mnie w AA. Uczą mnie one odpowiedzialności, cierpliwości, pokory, zrozumienia i czujności. A także tolerancji, wyrozumiałości i ofiarności. Wszystko to razem powoduje, że moje lęki, obawy i niepewności są coraz mniejsze i łatwiejsze do opanowania.
Zrozumiałem, że wszystko, co staje na mojej drodze ma mi służyć. Wszystko mogę przeżyć jako doświadczenie.
Kiedy zaczęło mi zależeć na mojej narzeczonej, stanąłem przed dylematem - albo wszystko się ułoży po mojej myśli i będzie moja, albo nie uda się mój plan. Pojawiła się huśtawka nastrojów i myśl: wyjdzie czy nie wyjdzie. Po przemyśleniu sytuacji oba wyjścia stały się dobre. Jak ją zdobędę, to będzie dobrze. A gdy mój plan się nie powiedzie, to też będzie dobrze, ponieważ sytuacja stanie się jasna. W swojej duszy dopuściłem i przeżyłem porażkę, aby się wzmocnić. Udało się.
W radzeniu sobie z emocjami bardzo pomaga mi kontakt z moją Siłą Wyższą. To swojemu Bogu powierzam problemy, które są ponad moje siły emocjonalne. Sam nie dałbym rady. Nie znaczy to w żadnej mierze, że oddaje Bogu i spoczywam na laurach. Cały czas pracuję nad swoimi emocjami i nabieram gotowości do rozwiązywania trudnych spraw.
Moja Siła Wyższa daje mi rozsądek, coś czego sam nie jestem w stanie osiągnąć. Daje mi to poprzez innych ludzi, których wypowiedzi słucham na mityngach.
Codziennie przed snem dziękuje swojemu Bogu za cały przeżyty dzień. Za wszystkie wydarzenia, nawet te, które są dla mnie złe czy przykre, ponieważ wszystkie te zdarzenia dają mi doświadczenie.
Pogody Ducha
                                                                      Jurek AA  



Szalone myśli odstępowały i jakoś wracało zdrowe myślenie

  Moja choroba miała dwa zasadnicze aspekty: pierwszy - błędne, irracjonalne myślenie, to znaczy myślałem, że sam sobie poradzę, jestem wolnym człowiekiem - czytaj: swawolnym jak dziecko; drugi aspekt tej choroby,  to niedojrzałość emocjonalna. W przeszłości jakoś sobie radziłem z emocjami, a jak nie radziłem, to miałem lekarstwo na złe samopoczucie – była nią wesoła popijawa. Najtrudniej było mi pogodzić się i zrozumieć, o co chodzi z tym nie radzeniem sobie z emocjami. Co to jest niedojrzałość emocjonalna? 
  Z pierwszym aspektem choroby sobie poradziłem. Już nie jestem „samowystarczalny”, trafiłem do ludzi, którzy poradzili sobie w życiu i „żyją bez picia”. Korzystam z ich pomocy i na dziś mam stałego „pomagiera”, nie tylko w trudnych sytuacjach, ale praktycznie na co dzień. Miałem 41 lat „na karku”, gdy dowiedziałem się, że jestem niedojrzały emocjonalnie. Za dzieciaka nie uważałem się, ale zobaczyłem „dziecinadę” w moich zachowaniach. No, czasami, jak mnie emocje ponosiły, to „piłem za dużo”, ale myślałem, że każdy tak robi. Nie widziałem niczego złego, przecież alkohol jest dla ludzi. No nie? Nie wiedziałem, jak sobie radzić z emocjami, gdy w człowieku wściekłość wzbiera, gdy go dręczy coś, cholera, gdy go coś wprowadza w gniew? Jak mnie nerwy poniosą, to co mam zrobić? Zabić się lub zrobić komuś krzywdę? Tego nie chciałem zrobić. Ja tylko chciałem „troszeczkę rozerwać się, gdyż życie jest źródłem smutków. Od życia pracowitego „coś” przyjemnego mi należy się, a to dawał mi alkohol. Czułem się normalny, miałem nie tylko obowiązki, miałem też przyjemności, a te kojarzyły mi się z wesołymi popijawami. Przyjemności i nagrody sam sobie serwowałem. Organizowałem imprezy z wesołą popijawą i to mnie cieszyło. Popijawa była najlepszą nagroda za moje nerwowe życie. Ale mityngi zabrały mi moją normalność - wesołe popijawy, a dały mi  świadomość śmiertelnej choroby. Świadomość wymusiła na mnie zmianę wyrażania uczuć i radzenia sobie z emocjami bez alkoholu. I tu pojawiło się pytanie: jak żyć i „nie zwariować bez picia”? Gdy pojawiły się trudne sytuacje, to pojawiała się myśl - chęć ucieczki przed takimi sytuacjami „w alkohol”. I to był dopiero koszmar, kłębowisko myśli w głowie – pić - czy nie pić? Wtedy zdałem sobie sprawę, że z gorzałą nie ma przelewek. Albo - albo.
  AA nie zostawiło mnie w tym beznadziejnym stanie. Podpowiedziano mi, że Siła większa ode mnie może przywrócić mi zdrowe myślenie, tylko ja muszę Siłę Wyższą o to poprosić. Podpowiedzią była dla mnie modlitwa i medytacja, które mogą przemienić moje myślenie i moje nieprzyjemne uczucia. Na początku tylko wzdychałem i otwierałem szeroko oczy, i odchodziła mi chęć popełnienia szalonego czynu - wypicie pierwszego kieliszka. Zdawałem sobie powoli sprawę, że nie muszę umrzeć na śmiertelną chorobę, gdyż wokół mnie byli tacy, co dłużej trwali w abstynencji i byli „normalni”. Jeżeli oni mogą, to i ja mogę, chociaż jestem słabszy od nich, krócej nie piję. Jest rozwiązanie i tym rozwiązaniem jest Program AA – szeroko rozumiany, którego esencją była dla mnie modlitwa o pogodę ducha. Słowami tej modlitwy prosiłem Boga, aby zmienił moje myślenie, aby mnie przemienił, abym nie chciał pić. Na początku z niedowierzaniem w skrytości serca wzdychałem, modliłem się i coś się działo, szalone myśli odstępowały i jakoś wracało do mnie zdrowe myślenie. Jak? Nie wiem. Ale nie napiłem się. I tak już mi zostało.
Z tym drugim aspektem mojej choroby – z niedojrzałością emocjonalną z czasem poradziłem sobie. Nie jestem wyjątkiem, „jestem jednym z wielu, wyzdrowienie każdego z nas, zależy bowiem od jedności AA…” - zmiana myślenia i zachowań powodowała zmiany moich uczuć. Stosowanie poznanych zasad stało się normalnością. Będąc dojrzałym emocjonalnie jakoś nie mam ochoty „wracać do zabaw w piaskownicy”. Nie tęskno mi do kaców emocjonalnych i uczuciowych. Nie mam siły, aby zawrócić rzekę do źródła bez złamania praw Natury. Moja dojrzałość emocjonalna daje mi satysfakcję w życiu taką samą, jaką dawało mi „nałogowe regulowanie uczuć”. Efektem stosowania poznanych w AA zasad akceptacji i zrozumienia dla osoby, miejsca i sytuacji jest u mnie brak kaca moralnego –. dzięki Bogu za AA.


Wyższa szkoła unikania współpracy ze sponsorem
 
 Gdy wkraczałam w progi Anonimowych Alkoholików byłam pełna arogancji, złości i użalania się nad sobą. Wszystkie te wady walczyły o pierwszeństwo. Nic dziwnego, że w tym czasie byłam pełna zamętu i wojownicza. W ósmym miesiącu trzeźwości byłam „napalona na moją sponsorkę”, ponieważ byłam typowym przykładem „tak, ale ja? Sponsorka wyjaśniała mi, że burzę jej spokój i jeśli nie chcę podążać za jej sugestiami, to ona zna inne kobiety, które udzielą mi pomocy. Dodała jeszcze, że kocha mnie i ma nadzieję, iż znajdę kogoś z kim będę mogła porozumieć się. To co ja usłyszałam, to było: „nie czynisz postępów, zawiodłaś moje oczekiwania. Zatem miałam powód, aby opowiadać wszystkim na kobiecych mityngach, jak źle zostałam potraktowana. Dlaczego one wówczas nie pogniewały się na nią? Dlaczego nie zgadzały się ze mną? Dlaczego śmiały się? Zawsze przecież potrafiłam manipulować ludźmi, aby myśleli tak jak ja chcę. Dlaczego zaoferowały mi tymczasową sponsorkę, zanim sama nie znajdę nowej. Czyżby nie wiedziały, że chciałam, aby unikały tej kobiety; aby potraktowały ją jak wyrzutka i zapłaciły jej za moje upokorzenie? Od tego czasu miałam trzech innych sponsorów i teraz rozumiem dlaczego moja pierwsza sponsorka opuściła mnie. W trakcie sześcioletniego programu sama sponsorowałam kilku kobietom i wiem jak frustrujące i wytłumaczalne może być po tej stronie „tak, ale ja? A oto lista moja polecanych sposobów traktowania twojego sponsora, jeśli nie chcesz odnaleźć w sobie zaufania potrzebnego do sumiennego i oczyszczającego przerobienia Piątego Kroku.
• Kontaktuj się z nim po każdej poważnej decyzji życiowej i zapewniaj go jak świetnie kierujesz swoim życiem.
• Unikaj kontaktów z nim gdy jesteś zły, wiedząc, że on pomoże ci ujrzeć twój udział w tym stanie.
• Mów mu tylko to co sądzisz, że chciałby usłyszeć, omijając szczegóły, które uznajesz za nieistotne i naginając opowieść na swoją korzyść.
• Unikaj bywania na mityngach, na których może być on i zawsze mów mu, że bywasz na wielu mityngach, które właśnie odbywają się na drugim końcu miasta.
• Dzwoń do niego w środku dnia (wiedząc, że właśnie jest zajęty) i zostawiaj na sekretarce wiadomość, aby oddzwoniła, umieszczając w ten sposób „gola w jej bramce, dając sobie czas aby było zgodnie z gotową wymówką „przecież dzwoniła
• Dawaj mu nieograniczony kredyt na wszystkie twoje decyzje i zachowania, mówiąc wszędzie, że „mój sponsor polecił mi”, niezależnie czy on zrobił tak, czy nie.
• Przesiewaj skierowane do ciebie prośby o telefon, odpowiadając tylko wtedy, gdy jesteś w nastroju do rozmowy.
• Gdy nie podobają ci się sugestie twojego sponsora, to omawiaj je z innymi członkami AA dotąd, aż znajdziesz kogoś kto zgodzi się z tobą.
• Pamiętaj wszystkie błędy, które twoim zdaniem popełnił sponsor i przypomnij je mu wtedy, gdy odkrywasz swoje własne błędy.
Jest to lista rzeczywistych zachowań, które sama stosowałam przeciw moim sponsorom przez ostatnie sześć lat. Muszę brać aktywny udział w procesie mojego zdrowienia. Moja ostatnia sponsorka współpracuje ze mną od roku i w tym czasie dwukrotnie przerabiałam z nią Piąty Krok.
Większość dyskusji podczas tych Kroków dotyczyła ponownie moich oczekiwań i akceptacji moich własnych sponsorów. Jeśli usprawiedliwiam moje własne zaburzenia w pracy z moimi sponsorami to wyobrażam sobie, że upór jest wystarczającym środkiem do szczęśliwego trzeźwego życia. Trudno jest prosić o pomoc, ale jeszcze trudniej jest zaakceptować ją i wprowadzić w życie zalecenia. Moją ulubioną fazą w „Modlitwie o Pogodę Ducha” jest: „odwagę, abym zmieniała to co mogę zmienić”.
Daje mi to odwagę do przyznania się, że wymagam poprawy, odwagę do zgody, że moje postępowanie przynosi mi ból i nieszczęścia, odwagę do zaakceptowania pomocy i odwagę do zmiany zwyczajów, które kontynuowałam przez czterdzieści jeden lat. Praktykując każdego dnia odwagę, staję się silna i teraz mam ten drugi składnik niezbędny do relacji z innymi alkoholikami. Gdy dzielę się z nimi swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją z pewnością opowiadam im o moim pierwszym „napaleniu się na sponsorkę”, gdyż wówczas byłam zbyt przestraszona, aby dokonywać zmian niezbędnych w moim życiu. Dziś aktywnie szukam mojej sponsorki na mityngach. na których wiem, że regularnie uczestniczy. Upewniam się, czy uczciwie mówię jej jak się dziś czuję. Podnoszę, tę „ważącą tonę” słuchawkę telefoniczną i dzwonię do niej, gdy jestem zakłopotana lub zadowolona i próbuję stosować jej zalecenia, nawet wówczas, gdy mam świadomość, że nie podziałają. Moja sponsorka nie jest „pulpitem dźwiękowym”oczekującym na moje radosne rżenie.  Jest kimś czyją trzeźwość szanuję i kimś kto jest trzeźwy o wiek dłużej niż ja. Jest też kimś, kto ma to co ja chcę mieć - odwagę.
     J ...



ŻEBY PRZEŻYĆ, POTRZEBNE JEST WSPARCIE
 
Jaką rolę, według Pana, spełnia AA dla alkoholika, który decyduje się na zaprzestanie picia? W czym może mu pomóc?
 
Zakładam, że sytuacja, w której osoba uzależniona przestaje korzystać z destrukcyjnego wzorca zachowania, jakim jest picie alkoholu, jest dla człowieka bardzo trudna. To moment życia, w którym stare nie działa , a nowe nie istnieje. Żeby przeżyć, potrzebne i niezbędne jest wsparcie. W moim patrzeniu na AA, wspólnota spełnia taką rolę. Daje oparcie w początkowym okresie wychodzenia z uzależnienia, kiedy człowiek nie umie być samodzielny.
Poprzez kontakt z innymi stwarza również nadzieję, że skoro powiodło się tylu osobom, to jest również szansa dla tego, który zaczyna. Tworzy też parasol bezpieczeństwa, zrozumienia i akceptacji, bardzo potrzebny dla rodzącej się tożsamości człowieka uzależnionego.
Daje perspektywę rozwojową, poniekąd mówiąc - twoja choroba to szansa na rozwój, na bycie lepszym, na porządkowanie życia, na powrót do ważnych, istotnych, fundamentalnych kwestii, to nie tylko nie picie alkoholu.
Warto podkreślić, że tylko 1/24 programu mówi o alkoholu (pierwsza część Pierwszego Kroku).Nie picie to tylko środek do osiągnięcia celów ważniejszych, to pierwsza zmiana zachowania, która może, i powinna determinować następne. Ich suma może stanowić o późniejszej przemianie osobowościowej. Przeszkodą może być tu potraktowanie abstynencji, jako celu samego w sobie, wtedy człowiek żyje po to, aby nie pić, to nie jest normalne.
Myślę, że warto o tym mówić i to podkreślać, bo często w potocznym rozumieniu wspólnota AA jest postrzegana, jako grupa osób, spotykająca się raz w tygodniu, opowiadająca sobie wzajemnie, jak to było, gdy się piło, co z kolei wpływa na to, że nie piją obecnie. To oczywiste uproszczenie funkcjonuje w kontekście społecznego stereotypu, warto zadbać o jego przełamanie.
 
Tylko terapia, tylko AA, czy jedno i drugie pomaga w uwolnieniu się od obsesji picia?
 
W początkowym okresie zdrowienia, osobie, która korzysta zarówno z terapii, jak i uczestniczącej w życiu wspólnoty, łatwiej utrzymać abstynencję, ma lepsze wsparcie dla swojego trzeźwienia. Można powiedzieć, że jest stabilniejsza, „szybciej pozbywa się choroby”, a przynajmniej tego, co z chorobą związane - uzależnionego myślenia. Łatwiej przy odpowiednim wsparciu radzić sobie z trudnymi emocjami, jak również korygować autodestrukcyjne wzorce zachowań.  Istotne jest oczywiście, co ta osoba we wspólnocie robi, czy się angażuje, czy jest aktywna, czy nawiązuje relacje, czy pracuje nad Programem, czy się wypowiada, czy ma sponsora i jaka jest jakość tego bycia w AA. Niewątpliwym atutem AA jest możliwość indywidualnej opieki sponsorskiej, tworzenia relacji opartej na bliskości, zaufaniu poprzez wspólnotę doświadczeń, to tworzy silną więź bardzo ważną dla niepijącego niemowlaka. Dzięki temu łatwiej radzić sobie z deficytami, pokonywać przeszkody, rozwiązywać problemy. Jest w tym duże podobieństwo z psychoterapią - to nie sponsor leczy i jest skuteczny, a relacja uwalnia samouzdrawiające się siły wewnętrzne człowieka.
 
Czy AA ma wszystko, aby być skutecznym lekiem na wszelkie problemy alkoholika?
 
O korzyściach już mówiłem, we wspólnocie są wszystkie narzędzia potrzebne do zdrowienia i rozwiązania problemu związanego z piciem. Nie jestem natomiast pewien, czy jest to miejsce na rozwiązanie wszystkich problemów ludzkiej egzystencji, a tak często jest traktowane i to już jest pewne zagrożenie.
Część osób zaangażowanych w ruch aowski reprezentuje taką postawę. Taka sztywność powoduje nieporozumienie. W AA człowiek uczy się życia na nowo, niemniej ta swoista szkoła nie jest życiem, jako takim, to często jest mylone. Znam ludzi o utrwalonej we wspólnocie pozycji, szanowanych, cieszących się estymą, trwałą długoletnią abstynencją i niepotrafiących w normalnym życiu rozwiązać prostych problemów. To z jednej strony ciekawe, jednak również niepokojące. To przypomina trochę „Króla szczurów” Clavela. Człowiek radzi sobie w jakimś określonym systemie, a poza nim jest nadal nieporadny, pogubiony, bezradny.
 
Jakie widzi Pan wady czy niedoskonałości AA? W czym mogłoby być skuteczniejsze, lepsze?

To, co może pomóc to otwartość na pomoc i współpracę z tymi, którzy na wspólnotę patrzą przychylnym okiem. Warto przypomnieć, że to co z całą pewnością pomogło w rozwoju AA w Stanach Zjednoczonych, to zaangażowanie do współpracy całej rzeszy osób nieuzależnionych, profesjonalistów z różnych dziedzin medycyny, filozofii, religii. Twórcy wspólnoty swoimi działaniami dopuścili do swoistego audytu, zewnętrznej oceny swoich działań, to zaprocentowało w postaci chociażby nagrody świata medycznego dla AA (nagroda Laskerów przyznana w październiku 1951). Myślę o tym, jak o odważnych decyzjach otwierających wspólnotę na rozwój.
To, co było możliwe w konserwatywnym społeczeństwie amerykańskim kilkadziesiąt lat temu, może nie być możliwe w XXI wieku w Polsce. Podłożem jest lęk, obawa, strach, a często nieprzygotowanie osób wewnątrz wspólnoty do kontaktu ze światem.
Wspólnota powstawała w duchu tolerancji, sam osobiście lubię ten fragment historii AA, który mówi o tym, jak rodziła się III Tradycja - na mitingu pojawił się czarnoskóry transwestyta z włosami zafarbowanymi na blond (to były lata 40-50. ubiegłego wieku).

Niemniej, jedynym warunkiem przynależności jest...

Nie jestem pewny, czy duch tolerancji powiewa nad naszą wspólnotą, nie chcę oczywiście uogólniać, ale widziałem na przykład reakcje osób zaangażowanych w AA na książkę I. Kaczmarczyka - o charakterze naukowym - Wspólnota AA w Polsce. Moim skromnym zdaniem to bardzo rzetelne opracowanie, które mogłoby posłużyć do refleksji i zastanowienia, niemniej było zbywane zdaniem - „a co on tam wie o AA, my wiemy lepiej”.
Gdybym miał do czegoś zachęcić, to do tego, by przeglądać się w wielu lustrach, nie tylko we własnym. Tak, jak terapia grupowa tworzy klimat do tego, by człowiek mógł się oglądać przez pryzmat innych uczestników grupy, tak zachęcałbym wspólnotę do częstszego zadawania pytań na zewnątrz, oczywiście jest ryzyko otrzymania odpowiedzi, jest również szansa na refleksję.
 
Jakie zalecenia dałby Pan dziś alkoholikowi, który chce przestać pić i przychodzi do Pana po pomoc?

Nie ma jednej odpowiedzi, zalecenia są stałe, nie chcę ich tu powtarzać. Ogólnie można powiedzieć, że nie picia, tak jak i picia trzeba się uczyć, więc witaj w szkole z indywidualnym tokiem nauczania.
Taka propozycja, że czegoś się nie umie i czegoś trzeba się nauczyć na początek wystarcza. Dziecko, które idzie do pierwszej klasy też chce przecież nauczyć się pisać i czytać, chociaż nie wie, jak to się robi. Podobnie jest z osobą, która chce przestać pić - ma zalążek ważnej decyzji - to bardzo istotne.
Warto również podkreślić pewien fakt, który dotyczy osób doświadczających uzależnienia od alkoholu. Picia człowiek uczy się w pewnej określonej zbiorowości, nikt nie uczy się kontaktu z alkoholem poprzez picie do lustra (chociaż w skrajnej postaci uzależnienia osoby piją w samotności). Nie picia, abstynencji, a w późniejszej fazie wychodzenia z uzależnienia-trzeźwienia należy również dokonywać we wspólnocie ludzi trzeźwych. Reasumując AA spełnia ten warunek, tworzy przestrzeń do doświadczania, uczenia się życia bez alkoholu.
 
Dziękuję za rozmowę.
 
Z Adamem, specjalistą terapii uzależnień, psychoterapeutą, przyjacielem Wspólnoty
rozmawiał AA



Jak to zidentyfikowałem swojego Boga
Wychowałem się w cieniu wieży Klasztoru Jasnogórskiego i tam też mieszkałem przez ponad 40 lat. Urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej, więc otrzymałem sakramenty przypisane wierze katolickiej. Moja ukochana śp. Babcia prowadzała mnie do kościoła. Już jako trzylatek chodziłem na lekcje katechezy, najpierw z przyjemnością, a im byłem starszy z coraz większym oporem, by w końcu po bierzmowaniu przestać w ogóle chodzić do kościoła. Owszem, zjawiałem się na Jasnej Górze, czy w Katedrze, ale nie po to aby pogłębiać wiarę, ale dlatego, że tam można było spotkać ciekawych ludzi i fajne dziewczyny. Mogłem zwiedzać stare mury i cieszyć oko kapitalną architekturą.
To były lata osiemdziesiąte XX wieku, mrocznej komuny i generała w czarnych okularach. Czasy, gdy kościoły dawały schronienie rzucającym kamieniami w milicję, nie oczekując nic w zamian. Wśród rzucających owymi kamieniami byłem i ja. Pamiętam atak na dom partii i ucieczkę na Jasną Górę wśród świstu gumowych kul i pał. Mnie się udało innym nie. Ja siedziałem za murami klasztoru, a inni koledzy byli bici na komisariatach. Ale to były czasy mojej młodości, gdy wszystko było pierwsze. I ta kapitalna niepowtarzalna muzyka.
Słuchałem dużo i to różnorakiej muzyki. Od hard rock'a ostrego metalu, punka, rocka, reagge, trochę dobrego popu. Słuchałem i z tego, co było w domu, robiłem perkusję i tłukłem bez opamiętania. Zachwyciłem się również „Czterema porami roku” Vivaldiego. Lata 80-te to również eksplozja polskiej muzyki rock'owej.
W tamtych czasach doświadczyłem magicznego działania alkoholu. Poszło szybko i chyba od pierwszego upicia byłem już uzależniony. Słuchając godzinami muzyki i pijąc mogłem stawać się gwiazdą rock'a, cesarzem, kosmitą, czy rycerzem Jedi. Byłem mocarzem, miałem alkohol - cudowny lek na wszystko. W końcówce tej dekady byłem już alkoholikiem, pijącym ciągami i z większością „atrakcji” przypisanych tej chorobie.
Czułem, że coś jest nie tak, bo krzywdziłem ludzi, chociaż tego nie chciałem. Coś mi zaczęło nie pasować. Widziałem łzy Matki i Babci, ojciec alkoholik już nie żył. To na poczuciu winy i na prośbę Matki poszedłem na swój pierwszy miting AA. Pamiętam Dom Księcia, ciemną bramę, śmierdzącą uryną klatkę schodową obok izby wytrzeźwień. I ten strach, kurde, co ja tutaj robię.
Miałem wówczas 23 lata, było chyba lato. Początek mitingu jakieś trzymanie się za ręce i modły. Pomyślałem: sekta! Ale za moment po odczytaniu „czegoś tam” na stole pojawił się tort z jedną świeczką. Mój pierwszy miting i pierwsza rocznica Marka. Pamiętam tę uśmiechniętą twarz faceta, który tak naturalnie się cieszył. Mówił o szczęściu, jakiego doznaje będąc trzeźwym. Nie mogłem w to uwierzyć, bo słowa te wypowiadał gość z długimi włosami ubrany w czarną skórę ironkę. Na koszulce brakowało tylko napisu SEX DRUGS ROCK & ROLL. To był Matrix, co innego miałem przed oczyma, co innego słyszałem.
Wysiedziałem do końca. Po tym nie piłem przez jakiś krótki czas. Potem picie zaczynałem tak, jak zawsze, ale zmieniły się kace. Przed oczami miałem uśmiechniętą postać rock and roll'wca Marka, mówiącego: można nie pić. Gość zabrał mi komfort picia. Dziękuję Ci przyjacielu – odnajdę Cię w tej „Czewce” i wyściskam.
Poszło szybko, znów szybko, jak z uzależnieniem. Zimą, przymarzając do ławki, pierwszy raz poprosiłem starszego brata o pomoc i powiedziałem, że nie daję rady. Znalazłem się na detoksie na oddziale psychiatrycznym. Tam też poznałem pierwszą z wyjątkowych kobiet (oczywiście nie licząc mojej Mamy i Babci) w moim życiu. Była to psycholog, która potrafiła ze mną rozmawiać godzinami. Dokonała cudu, zapragnąłem nie pić za wszelką cenę.
Powiedziałem wówczas, że mogę kopać choćby rowy na księżycu, byle by nie pić. Ona wskazała mi drogę na odwyk w Katowicach. Sylwester 1990/91 był już bez alkoholu.
Na początku 1991 roku spotkałem kolejną wyjątkową kobietę mego życia Joannę. To moja pierwsza terapeutka całe 150 cm wzrostu, z czarnymi włosami, zawsze ubrana na czarno. Ale miała moc solówki na bębnach Larsa Ulricha!!! Potrafiła do mnie dotrzeć. Przekazała mi całą wiedzę na temat mojej choroby. Nie potrafiła zaszczepić wiary. Po odwyku wypiłem jeszcze raz. Pamiętam mój strach. Naprawdę nie chciałem pić, a tu coś takiego.
W lipcu 1991 roku wróciłem po chyba roku do wspólnoty. Przyjęła mnie ponownie. Zacząłem trzeźwieć. Wydawało mi się, że to najlepszy mój czas. Ożeniłem się na trzeźwo, syn urodził się na trzeźwo, skończyłem studia, rozpocząłem pierwszą pracę, przestałem chodzić na mitingi, zakończyłem ją, stworzyłem świetnie działającą firmę. Było wszystko, nie było wiary.
Owszem wierzyłem w swój intelekt. Ja byłem głównodowodzącym, we wszystkim najlepszym. Jedno, co kultywowałem to bezwzględna uczciwość wobec siebie. Siły starczyło na 10 lat życia, które spokojnie mogę określić, jako trzeźwe. Później zaczęły pojawiać się lęki o przyszłość. Nierealne oczekiwania potęgowały te lęki, zacząłem żyć ze strachem na plecach. Nie potrafiłem się go pozbyć.
Zostawiłem się sam ze sobą w tym powolnym szaleństwie, trwającym kolejne cztery lata. Po czternastu latach abstynencji z pełną świadomością, kim jestem, chwyciłem za alkohol, by choć na moment zagłuszyć panujący we mnie strach.
Moje małżeństwo zaczynało się rozpadać. Ponownie trafiłem do ośrodka, a tam na kolejną wyjątkową kobietę. To również terapeutka. Tym razem 145 cm wzrostu i ze 40 kg wagi. Szopa blond włosów, okulary i ten niesamowity styl. Zachwyciłem się tą kruszyną, by ostatecznie później skrzywdzić. Chciałem nie pić i nie umiałem przestać. Brakowało wiary.
Wiedziałem o Sile większej i Sile Wyższej. Co z tego, jeśli nie potrafiłem jej zidentyfikować. Karmiłem się ułudą, że dam sobie radę sam. No i piłem. Każde zapicie było masakrą. A ta masakra trwała 8 lat. Wstawałem z kolan i znów upadałem. Wchodziłem na kolejne szczyty, by zaliczać coraz dotkliwsze porażki. Wiedziałem, że bez wiary nie dam rady. Zidentyfikować jej nie umiałem.
W tym czasie pojawiła się kolejna kobieta mojego życia. Partnerka o urodzie gwiazdy filmów porno, która stała się moją obsesją. Miałem już dwa aktywne uzależnienia. A wiary zero. Czułem, że zwariuję, jeśli czegoś nie zrobię. Wiedziałem o własnej koncepcji Boga, ale jak to zrobić? Nie trafiał do mnie obraz Boga obrazkowo-figurkowo-odpustowego. Bo nie dopuszczałem, że tylko katolicy mają monopol na prawdziwą wiarę! Byłem u protestantów, poznałem buddystę. Wiedziałem o innych starych religiach: Egiptu, południowoamerykańskich indian, hinduizmie, islamie i innych. To wszystko razem dawało mi obraz wiary. Ale jak to zrobić na własny użytek? Czułem zazdrość słuchając przyjaciół, gdy wypowiadali się na temat swoich kontaktów z Bogiem i o ile im łatwiej się teraz żyje.
Pamiętam, jak spodobała mi się wypowiedź przyjaciela, jak to rozmawia ze swoim Bogiem, gdy to on tu na ziemi, a jego Bóg na chmurce. Dla mnie bomba. Tyle, że nie moja. I dalej jazda po swojemu. Wykombinowałem, wszystkie rozwiązania po mojemu, by tej zimy (2013 roku) znów prawie nie zamarznąć. Ubrany w koszulkę z krótkim rękawkiem, z narzuconą niezapiętą kurtką, bez czapki i rękawiczek stałem na tarnowskim mrozie i roniłem łzy, które natychmiast zamarzały na policzkach. I ta obsesyjna myśl, nie mogę umrzeć i zrobić swemu synowi, tego czego ja doświadczyłem od swojego ojca. Po raz kolejny raz poprosiłem: Boże, jeśli jesteś zabierz mnie z tego świata i przestań się nade mną znęcać. Pojawił mi się obraz Boga Sadysty. Albo pomóż. Półżywy dotarłem do Warszawy. Wiedziałem, że nie mogę już po swojemu. A po Jego nie umiałem, bo Go nie umiałem zidentyfikować.
Zacząłem się modlić, tak jak umiałem. Wiedziałem, że chcę być innym człowiekiem. Zastosowałem się do rady przyjaciela, tego od Boga na chmurce. Miałem odwalić się sam od siebie. I pierwszy raz bez żadnego, ale zastosowałem się do sugestii innego alkoholika. Zrobiłem to po „Jego”, a nie po mojemu.
Wziąłem służby na mitingach, poszedłem do cierpiącego przyjaciela. Zaczęły się dziać rzeczy, których sam dla siebie nie byłbym w stanie wymyślić. Steven Spielberg też nie.
Znów słuchałem mnóstwo muzyki! Znalazłem sponsora, również wg sugestii przyjaciela z koncepcją Boga na chmurce. Człowieka, którego pierwszy raz zobaczyłem w życiu. Siedział po przekątnej sali mityngowej. Wyglądał na niezłego rock and roll'owca. Długie włosy, bródka, wzrok szaleńca i uśmiech dziecka. Poprosiłem, nie odmówił. Pracę nad programem zaczęliśmy tego samego wieczora o 21:00. Następnego dnia siedziałem na balkonie i paliłem swojego ulubionego czerwonego Chesterfield'a 100s i gapiłem się w pierzaste chmury na niebie. I stało się! Chmury zaczęły się rozstępować niczym dym na koncercie. Moim oczom ukazał się widok kroczącego człowieka z gitarą. Długie ciemne potargane włosy, promienna dobra twarz. Śnieżno biała koszula, stare wranglery, nogi obute w kowbojki. I ta niesamowita solówka. Slah, Hammett, Hetfield, Hendix, Satriani i 1000 innych w jednym. Absolutne mistrzostwo. Odpiął pas i oparł swojego czarnego Fendera Stratocastera o kolumnę głośników, sam usiadł na odsłuchu i wybijając rytm obcasem uśmiechał się do mnie. To był prowadzący Number One! Zapytał „i co dzieciaku? Jak długo będziesz kombinował po swojemu? Jak chcesz po mojemu to proszę bardzo. Potrzebuję bębniarza. Biorę Cię pod jednym warunkiem. Ja komponuję, tworze teksty i gram na froncie. Twoje miejsce jest z tyłu. Masz się całkowicie oddać pod moje skrzydła. Masz bębnić tak, jak Ja gram. Nie fałszować, nie wyprzedzać, nie komponować swoich utworów. To będzie dobry stary rock z kupą mocnego brzmienia. Dam Ci siły do odegrania najbardziej szalonych partii, w których będziesz podążał za moimi riffami. Ty masz mi wierzyć i łomotać bez pytań. Wchodzisz w to?” Jemu nie sposób odmówić. Wziąłem pałeczki i poszedłem na tyły, by zasiąść za zestawem TAMA. Zasiadłem i zobaczyłem ten widok z za własnych pleców:
Jestem bębniarzem w najbardziej odlotowym bandzie wszechświata.
Mój Bóg jest Prowadzącym Number One!
A jaka publika, to tysiące odratowanych do życia, trzeźwiejących alkoholików.
Przemo O!


Zza krat
Jestem odpowiedzialna!

 Służba dawała mi kopa: że mam przyjść na mityng do więzienia z czymś, że muszę się więcej dowiadywać, żeby być dla osadzonych pożyteczną.

Gdy po dłuższym czasie chodzenia na mityngi do ZK usłyszałam od siedzących w więzieniu kobiet, że jestem dla nich ważna, że mnie potrzebują, to coś jakby we mnie przeskoczyło. Na szczęście nie uderzyła mi woda sodowa do głowy. Otworzyły mi się oczy i pojawiła się… odpowiedzialność. Zapytałam wtedy mojego partnera jak on to widzi, czy moje dodatkowe wyjścia raz w tygodniu nie zaburzą naszego domowego życia, czy on pociągnie ten odcinek, przejmie kawałek moich obowiązków. Zgodził się. Skoro tworzę z kimś związek to nie mogę podejmować tak ważnych decyzji sama. On też widział we mnie zmianę, że moje chodzenie do ZK ma sens, widział budzącą się cierpliwość, pokorę, akceptację, tolerancję, których wcześniej nie miałam.
Służba spadła na mnie dużo wcześniej, niż byłam gotowa. Musiałam się dużo uczyć, wiele dowiadywać, żeby dobrze ją pełnić. To trudna służba i stale mnie uczy: przełamuje moje ograniczenia, np. moje poczucie sprawczości i ważności, bo to czy mityng się odbędzie czy nie, nie zależy ode mnie, ani nawet od więziennego psychologa, służba uczy pokory i współpracy z ludźmi, którzy czasem mają do mnie pretensje, że coś się nie odbyło, coś, na co ja nie mam wpływu.
Jako łącznik do spraw Zakładów Karnych zbieram różne informacje i opinie z obydwu stron – ze strony więzienia oraz alkoholików, którzy chcą do więzień chodzić z posłaniem. Kiedyś bałam się mówić, co jest nie tak, czego robić nie należy albo że ktoś jest niezadowolony, bo bałam się oceny, odrzucenia, że nie będę lubiana, że się wyda, że czegoś nie dopilnowałam. Ale teraz już nie mogłam tak robić, bo zostałabym z problemem, a to zbyt ważna sprawa – tam, w więzieniach czekają na nas ludzie. Dziś, gdy mam problem, konsultuję się ze sponsorką – ona też ma doświadczenia z ZK, więc mówi mi, jakie mogą być konsekwencje moich pomysłów i jakie będą konsekwencje tego, że o pewnych problemach nie powiem np. na Zespole ds. ZK. Mam wsparcie, bo bez tego byłoby trudno.
Wiele się uczę również na warsztatach, na których są nie tylko anonimowi alkoholicy, ale też profesjonaliści, pracownicy więzień, psychologowie. Tam mówią czego od nas potrzebują, czego jest za dużo, jak to powinno wyglądać. Wystarczy słuchać i współpracować. Tam się dowiedziałam, że skoro mam taką służbę, skoro mam rekomendację Biura Służb Krajowych, to jestem odpowiedzialna za alkoholików z AA, którzy przychodzą do więzienia na mityngi. Nie wystarczy, że ich wpiszę na listę. Jestem odpowiedzialna za to, żeby ten chętny do niesienia posłania alkoholik wiedział, jak to posłanie nieść, jak się w ZK zachować, jak ubrać, czego nie wolno mu robić, bo to może mieć wpływ na to, czy władze danego więzienia nie odmówią nam w ogóle wstępu. Po to powstał Zespół ds. Zakładów Karnych, żeby się na nim pewnych rzeczy dowiedzieć. Na mityng do ZK nie można po prostu wejść, nie można tam pójść samemu, można wyłącznie przez Zespół ds. ZK. Tu naprawdę trzeba się podporządkować, choćby zwykłym procedurom. To bardzo uczy pokory.

Ewa



Miałam sen...
W "Mityngu" informacja o ognisku w Wesołej. Mogłabym właściwie pojechać. Jest lato, pogoda dopisuje, perspektyw na jakikolwiek wyjazd nie ma. Czemu nie? Jestem w AA od kilku chwil, przyglądam się grupom, inicjatywom. Moje zaangażowanie w życie Wspólnoty stopniowo wzrasta, więc czemu nie? Wracają na moment dobre wspomnienia z innego życia: wieczory pod namiotem, ognisko, przyjaciele, poczucie więzi. Może uda się coś z tego odnaleźć i w Wesołej? Będę przecież wśród swoich, ludzi pełnych pozytywnej energii, zaangażowanych w niesienie posłania, którego mi wciąż bardzo, bardzo potrzeba. Z nadzieją na czekające mnie emocje, zasypiam.
Pogoda rzeczywiście piękna. Duży teren z bezpiecznym miejscem na ognisko, otoczony ścianą zieleni i krzątające się dwie postaci. Szykują namiot, stoliki, zapewne organizatorzy. Trudno stać i biernie patrzeć, przecież jestem częścią tej imprezy. Podjeżdżają samochody, przybywa ludzi. Witają się, są spontaniczni i każdy chce w czymś pomóc. Pomagają przy namiocie, który uparcie się przewraca, noszą stoliki, krzesła, wycierają kurze. Kroją kiełbasę, rąbią drewno. Nikt nie stoi z boku, usiądziemy, gdy wszystko bedzie gotowe. Organizatorzy mają problem z wyborem prowadzącego mityng, bo jest wielu, zbyt wielu chętnych. Pełna sielanka. Gdy wszystko wspólnymi siłami jest przygotowane, zbieramy się do rozpalenia ognia i powitania. Rozchodzi się ciepło i dociera do serc. Taka atmosfera panuje przez te kilka godzin wspólnego ogniska AA.
Gdy się budzę, jestem pełna proroczych, jak myślę wizji nadchodzącego ogniska. Jestem już na miejscu. Wszystko wydaje się znajome. To dobry początek. Pewnie dalej też tak będzie. Ludzi przybywa. Dzieci i psy radośnie biegają. Tylko gdzie ten zapał do wspólnego działania? Gdzie te pomocne dłonie przy organizacji. Uczestnicy skupieni w swoich grupkach, jakoś tak sztucznie weseli. Dźwięki gitar giną w hałasie. Tylko nieliczni podtrzymują atmosferę, wędrując od osoby do osoby, witając nowicjuszy. Organizatorka usiłuje zachęcić uczestników do poprowadzenia mityngu, ale spotyka się tylko z odmową. Długo trwało, nim ktoś się zdecydował. Pogoda się psuje, ognisko dogasa, robi sie smutno. Trzeba uprzątnąć stoliki, krzesła, namiot, pochować przed zbliżającym się deszczem. Robimy to we troje, w pospiechu. Przecież mamy zasadę, że zostawiamy po sobie porządek. Gdy kończymy, leje deszcz i jest ciemno. Jakoś mi nie tęskno za następnym ogniskiem.
Czy tak ma się skończyć moja przygoda?
Może jest sposób na udaną zabawę? Przecież mogę coś zrobić, aby się nie nudzić? Bo jak nie ja, to kto?
Małgosia


Wspólnota kobiet i mężczyzn na całym świecie

 Czerwiec niespodziewanie dla mnie był miesiącem wyjazdów. Okazało się, że muszę wyjechać na kilka dni najpierw do Moskwy, a po kilku tygodniach do Pragi. Od czasu abstynencji nie podróżowałam i nie latałam za granicę, a ewentualne krótkie wycieczki ograniczałam do wyjazdów na wieś i podróży po Polsce. Wcześniej podróże zagraniczne, również te zawodowe, prawie zawsze stawały się dobrym pretekstem do picia, które zaczynało się już w samolocie. Być może powodem, dla którego unikałam podróży w ciągu ostatniego 1,5 roku trzeźwienia był fakt, że ostatni raz zapiłam właśnie podczas wyjazdu na Sycylię. Byłam już wtedy we Wspólnocie. Zostałam do niej niezwykle ciepło i życzliwie przyjęta. Niestety, po kilkunastu mitingach zrezygnowałam, nie rozumniejąc co ma wspólne picie herbaty, nawet w tak miłym towarzystwie, do choroby alkoholowej. Postanowiłam znów wziąć sprawy  w swoje ręcę i radzić sobie sama. W efekcie boleśnie, kolejny raz przekonałam się, że ani piękna wyspa, ani mocne postanowienie zaprzestania picia, na nic się zdadzą, jeśli będę działać  w pojedynkę.

 Moskwa. Mój ostatni dłuższy pobyt w tym mieście przebiegał według dobrze znanego mi schematu – w ciągu dnia praca, spotkania i wypełnianie obowiązków zawodowych, wieczorem samotne picie. I tak przez dwa tygodnie. Któż zatem miał mi posłużyć za przewodnika podczas pierwszej trzeźwej wizyty, jak nie Wspólnota AA i przyjaciele alkoholicy? Na pierwszy miting poszłam do Szpitala Psychiatrycznego, zajmującego się głównie leczeniem narokomanii. Stary obdrapany gmach, zejście klatką schodową na minus jeden, długi piwniczny korytarz i rząd drzwi – maszynownia, magazyn, pokój gospodarczy i wreszcie ten ze znakiem AA. Mimo lekkiej tremy z ulgą pomyślałam, że wszystko wygląda tak samo jak u nas. Miting okazał się być bardzo kameralny. Kiedy czytałam kroki w duchu pomyślałam, że nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że będe używać języka rosyjskiego w tym celu. Przyjaciele alkoholicy natomiast słysząc mój akcent, od razu zorientowali się, że jestem przybyszem z innego kraju.  Tym radośniejsze było ich przywitanie. Pomimo usterek językowych bardzo szybko zapomiałam, że jestem w Moskwie, zawstydzenie minęło. Po mitingu, nowopoznani koledzy ze wspólnoty zaprowadzili mnie do Cerkwii Kosmy i Damiana znajdującej się w centrum miasta przy ul. Twierskiej. Jest to najprężniej działające miejsca spotkań alkoholików. Akurat odbywał się tam miting, a równogle w sali obok spotkanie grupy Al-Anon. Znów miałam wrażenie, że wszystko wygląda tak samo jak w Warszawie – trzydzieści osób ściśniętych w starej przykościelnej sali, wszyscy uśmiechnięci, życzliwi. Jedyna różnica polegała na tym, że w Moskwie mitingi trwają trochę ponad godzinę, a później odbywa się mniej formalne spotkanie przy herbacie i kawie.
Choć dosyć dobrze poznałam wcześniej Moskwę, miałam  wrażenie, że odkrywam ją na nowo i, dzięki przyjaciołom ze Wspólnoty, mam szansę spojrzeć na to niezbyt przyjazne miasto trochę życzliwiej. Tym razem wyjeżdzając miałam przyjemne uczucie, że jeśli kiedykolwiek tu przyjadę, mam gdzie pójść i będzie to też moje miejsce, mimo że w obcym mieście. We Wspólnocie nigdy nie będę gościem. Niezależnie od miejsca na świecie, jestem częścią AA. Częścią czegoś większego, co współtworzę, już przez samą swoją obecność.

Praga. Główne miejsce spotkań praskich alkoholików znajduje się w suterenie kamienicy, w centrum, niedaleko Placu Republiki. Na stronie internetowej czeskiego AA można znaleźć dokładny opis jak trafić. Dodatkowo nad wejściem w bramie widnieje duży, widoczny z ulicy szyld Anonimowych Alkoholików. Kto natomiast znajdzie się w podwórku, dalej może odnaleźć miejsce dzięki rozprzestrzeniającemu się zapachowi kawy. W siedzibie AA odbywają się raz dziennie mitingi w języku czeskim oraz dwa razy dziennie mitingi anglojęzyczne.
Ze wzdlędu na język poszłam na ten drugi i po raz kolejny przekonałam się jak równościowa jest to choroba. Zmieniają się ludzie, zmienia się język, choroba i jej mechanizmy pozostają takie same. Nawet historie się powtarzają.  Wystarczy usiąść, posłuchać tego, co mówią inni alkoholicy, uwierzyć w ich słowa i próbować uczyć się na tych doświadczeniach. Ta stara zasada AA, którą słyszałam wcześniej wielokrotnie na mitingach, dopiero w Pradze wydała mi się zrozumiała i bliska. Po co sprawdzać i próbować samej, skoro koledzy i koleżanki z AA zrobili to już za mnie. W okresie picia ten sposób rozumowania był dla mnie kompletnie niedostępny. W myśl innego powiedzenia, że każdy uczy się na swoich błędach, wszystko musiałam sprawdzać sama, rzadko zdarzało mi się naprawdę słuchać i czerpać z doświadczeń innych. Widocznie dopiero teraz zrozumiałam, że ryzyko próbowania trzeźwienia na własną rękę jest dla mnie zbyt duże. Słuchanie innych alkoholików daje mi wiedzę i wsparcie, które być może pozwoli mi uniknąć kłopotów. Okres abstynencji pokazał mi, że można żyć inaczej, lepiej, mniej raniąc siebie i innych. Nie chcąc stracić tego co udało mi sie już odbudować, potrzebni mi są inni alkoholicy.

Podlasie.  Kontynuując letnie podróże, po powrocie do Polski pojechałam na kilka dni odpocząć na wsi. I znowu miting. Bywam na nim rzadko. Może raz, może dwa razy w roku, ale za to za każdym razem, kiedy jestem w okolicy. Właściwie specjalnie przyjeżdżam tak, aby załapać się na piątkowe spotkanie. Zapach kawy, miły gwar, długi stół, rząd krzeseł. Obok na ziemi sztangi, urządzenia do ćwiczeń - tym razem sala należy do straży pożarnej. Wokół koledzy, którzy tak jak ja dojeżdzają z okolicznych wiosek, czasem pojawiają się nowe twarze. Zaczyna się miting. Czytamy po kolei Kroki. Jak dobrze, znów u siebie, znowu w domu.

Kiedy dwa i pół roku temu z wielkim poczuciem zawodu, żalu, złości i strachu przyznawałam, najpierw sama przed sobą, że jestem chora i że jestem alkoholiczką, nie wiedziałam prawie nic o istnieniu Wspólnoty. Wtedy nie wiedziałam też, że to właśnie dzięki chorobie będę mogła korzystać z siły Wspólnoty AA. To jedna z wielu rzeczy, którą zawdzięczam swojej chorobie.

 MikAA

Adres strony internetowej Wspólnoty AA:

http://www.anonymnialkoholici.cz/ w Czechach

http://www.intermoscow.ru/index.html w Rosji



Bądź łagodny dla siebie...

Umęczona pijaństwem postanowiłam poprosić o pomoc, aby przerwać tą szaloną karuzelę. Pojechałam do szpitala psychiatrycznego i wydawało mi się, że to jest największe upokorzenie i najgorsza kara, jaka mogła mnie spotkać. Ale właśnie tam – o ironio – poczułam się normalna, bezpieczna.
Tam poznałam „Desideratę”. Ten tekst wstrząsnął mną do głębi. Jej słowami tłumaczyłam sobie świat i ludzi. Jednak najważniejszy dla mnie był fragment brzmi: „…bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj…”
Nie wiedziałam, co to znaczy być łagodną dla siebie. Nigdy i nigdzie nie czułam, że mam prawo być tutaj. Zawsze byłam niedoskonała, moje zachowanie, wygląd były do poprawki – a ja nie wiedziałam jak. Nie wiedziałam, co to znaczy być OK. Nie miałam też swojego miejsca w świecie – wszędzie byłam przelotem, jak ptak, który przysiadł na chwilę. Ale uporczywie powtarzałam te słowa jak mantrę.
Na krótki czas odnalazłam nawet swoje miejsce w świecie, w życiu. Znów spotkała mnie kara, chociaż tak bardzo się starałam. Byłam OK i było miejsce, o które chciałam walczyć. Poległam.  Niebo runęło mi na głowę.
Spędziłam wiele mozolnych 24 godzin, aby zaspokajać moje potrzeby. Ocknęłam się po kolejnej zapaści. Zaczęłam się zastanawiać: czy mam w życiu coś, czym mogłabym się podzielić? Co osiągnęłam przez te lata?
Nie piję. 24 godziny. Wczoraj minęło i choć nie wszystko zrobiłam tak, jak bym chciała, to zrobiłam na miarę mych sił. Dziś zrobiłam coś, na co nie miałam ochoty, a co powinnam była zrobić. Byłam życzliwa i pomocna innym ludziom. Odpoczęłam, bo potrzebowałam tego. Nie dałam się wciągnąć w dziki pośpiech, w którym tak trudno zebrać myśli. Jestem łagodna dla siebie.
Często pytałam, komu robię łaskę, że przestałam pić? Przecież osiągnęłam tylko minimum przyzwoitości. Łaski na pewno nikomu nie zrobiłam. Moja matka mówiła: no, jedyne, co dobrze w życiu zrobiła, to że przestała pić. Jeszcze, żeby palić przestała, to by może wyszła na ludzi.
Dziś nie piję i nie palę. A człowiekiem byłam zawsze, nawet wtedy, gdy jeszcze piłam i paliłam. Dziś już to wiem. „Desiderata” wskazała mi kierunek. Nikomu łaski nie zrobiłam. Ja łaskę dostałam. Łaskę zdrowienia. I choć często jeszcze mam do siebie pretensje i jestem niezadowolona, to wykorzystałam ją. Najlepiej jak potrafiłam.
Dziś nie piję. Jestem łagodna dla siebie. Mam pogodę ducha. Cieszę się, że żyję.
Ewa alkoholiczka