MITYNG 10/196/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



No more trouble

Niedawno zrozumiałam, że Krok Dziesiąty jest tym, który mogę stosować niezależnie, czy przeszłam wszystkie wcześniejsze Kroki. Nie znaczy, że powinno mnie to zniechęcać do pracy nad pozostałymi. Jest to jednak krok, który bardzo związany jest z byciem tu i teraz. W tym sensie kształtuje on na bieżąco moje relacje z innymi ludźmi i ze światem. Czyni mnie odpowiadzialną za to, co robię, za swoje decyzje oraz za swoje samopoczucie dzień po dniu. Dla początkującego trzeźwiejącego alkoholika jest to odkrcie na swój sposób ożywcze i może nawet pocieszające. Jest przecież wiele spraw z przeszłości, które nie wiem jak rozwiązać. Nie umiem na nie jeszcze spojrzeć w uczciwy sposób, z dystansu. Są też osoby, z którymi nie chce albo nie potrafię rozmawiać ze względu na nasze zagmatwane relacje. Mam świadomość, że to wszystko wymaga czasu, spokoju, ale też pracy. Do tego wszystkiego potrzebny jest mi cały Program.
Dziesiąty krok mówi mi: jest coś, co możesz zrobić dzisiaj. Kiedy zaczełam go stosować, zdziwiło mnie, jak bardzo poprawiło się moje samopoczucie i jakość życia na codzień. Zazwyczaj Krok ten odnosi się do prostych, często drobnych sytuacji. Dla mnie konkretnie oznacza to, abym pozwalała sobie na błędy, ale też umiała za nie przepraszać w danej chwili, nie gromadziała uraz, starała się być uczciwa. Ten Krok pomógł mi odkryć wiele rzeczy, które przede wszystkim bardzo ułatwiają relacje z innymi ludźmi.
Jednym z takich odkryć jest to, że muszę brać odpowiedzialność za swoje zachowanie oraz emocje niezależnie od tego, jak ktoś zachowuje się wobec mnie. Często agresją reagowałam na agresje, złością na czyjąś złość. Nie umiałam oddzielić się od drugiego człowieka, więc usprawiedliwiałam swoje złe zachowanie. Dziesiąty Krok uczy mnie odpowiedzialności za siebie. Przyjęcie tej odpowiedzialności przynosi niezwykłą satysfakcje. Mimo popełnianych błędów daje poczucie spokoju i wolności. Za przykład może posłużyć trudna dla mnie realacja z moim ojcem. Kilka tygodni temu robiłam remont w mieszkaniu. Mój ojciec zaoferował mi swoją pomoc. Jednak w trakcie prac miałam wrażenie, że nie wywiązuje się ze swojej obietnicy. Miałam żal, że nie mogę na niego liczyć. W pewnym momencie nie wytrzymałam i w bardzo obcesowy sposób zakomunikowałam swoje niezadowolenie. Cała wymiana zdań skończyła się kłótnią. Kiedy po chwili zadałam sobie pytanie, czemu czuje się źle, zdałam sobie sprawe, że jest mi wstyd i zwyczajnie głupio, że odezwałam się do niego w taki sposób. Nie było ważne, co było tego powodem i czy faktycznie nie wywiązał się z danej obietnicy. Zadzwoniłam, żeby go przeprosić, jednocześnie nie starałam się usprawiedliwiać swojego zachowania wobec niego. Najmilsze było to, że chociaż z początku czułam wstyd i zażenowanie, później poczułam ulgę i spokój. Mój ojciec dał się przeprosić i sam przeprosił mnie za swoje zachowanie. Remont skończyliśmy w zgodzie i do tego w terminie, bo wyciągając wiosek z całej sytuacji poprosiłam o pomoc też inne osoby.
Wcześniej słowa obrachunek moralny brzmiały dla mnie bardzo groźnie i górnolotnie. Wysiłek, który wyobrażałam sobie, będę musiała włożyć w pracę na tym krokiem, wydawał mi się ponad siły, a osoba zgodnie z nim postępująca plasowała się gdzieś pomiędzy świętym, a pozbawionym wyrazu, wiecznie przepraszającym i poświęcającym się nudziarzem-pokutnikiem. Tymczasem okazało się, że osobą, która czerpie z niego największe profity, jestem przede wszystkim ja sama.
Kolejnym odkryciem okazało się bowiem to, że krok ten nie pozwala mi brnąć w sytuacje, które przynoszą szkodę zarówno mi, jak i innym. Każe mi na bieżąco weryfikować sytuacje, nie pozwala chodzić na skróty. To dzięki niemu uczę się, jak codziennie dbać o to, aby żyć w zgodzie ze światem i nie popadać w kolejne tarapaty. Nie mnożyć cierpienia, stresu, których i tak nie da się uniknąć. Po co ściągać na siebie kolejne kłopoty, skoro miałam ich w życiu tak wiele? Czy nie byłam wcześniej mistrzem kłopotów? Czarną owcą? Troublemakerem? Czy nie obwiniałam za to całego świata, nie widząc swojej odpowiedzialności? Może czas się choć trochę postarać, żeby było inaczej. Robić na bieżąco obrachunek moralny i patrzeć co z niego wychodzi.
Używając fragmentu tekstu piosenki Boba Marleya:

We don‘t need no more trouble

Make love not war! Cause we don‘t need no trouble
What we need is love
To guide and protect us on.
(...)
Lord knows, we don’t need no trouble.*
Pogody ducha
MikAA
*Nie potrzeba nam więcej kłopotów;
Kochaj, nie walcz! Ponieważ nie potrzeba nam kłopotów.
Tym, czego potrzebujemy jest miłość
Aby nami kierowała i nas chroniła
(…)
Pan wie, że nie potrzebujemy kłopotów.



Późno, później, za późno...
 
To się zaczęło ponad 40 lat temu. Zabrałem z podręcznej biblioteczki zakładowej niedostępną na rynku ale potrzebną mi książkę typu encyklopedycznego .Zwalniając się z zakładu książki nie oddałem. Problem zaczął się, kiedy po roku od odejścia z pracy dosyć przypadkowo spotkałem swojego szefa  z tamtego zakładu. Zapytał tylko, czy to ja zabrałem książkę. On musiał pokryć jej koszty. Bez namysłu zaprzeczyłem. Nie czułem się wtedy komfortowo choć próbowałem usprawiedliwiać sie przed sobą. Niesmak pozostał. - Jedno zło /kradzież/ zrodziło kolejne/ kłamstwo/
Minęło jakieś 10 lat. Tym razem na jakiejś imprezie towarzyskiej znów spotkałem szefa i znów padło pytanie, czy to ja wziąłem książkę, o czym on jest przekonany. Alkoholowa, beztroska atmosfera zabawy pozwoliła mi kolejny raz zaprzeczyć. Kiedy na drugi dzień ochłonąłem., poczułem wstyd. W tym momencie nic już nie mogłem zrobić. Znów skłamałem. To nie było uczciwe. Tak nie postępuje człowiek honoru za jakiego się jeszcze uważałem. Wyrzuty sumienia się spotęgowały..Chwilowa ulga odsunięcia problemu od siebie nie przyniosła rezultatu. Zupełnie nieoczekiwanie sytuacja ta zaczęła mi coraz bardziej ciążyć.
Tak minęło kolejne 10 czy 15 lat. Zaszły zmiany zarówno w moim życiu jak i szefa. Ja po burzliwym okresie pijaństwa zostałem alkoholikiem i dopiero od krótkiego czasu usiłowałem żyć w trzeźwości, szef zaś podjął pracę w inspekcji handlowej, czyli mógł w każdej chwili przeprowadzić kontrolę mojej działalności gospodarczej.
Któregoś dnia stanął w drzwiach mojego sklepiku. Do wyrzutów sumienia i wstydu dołączył jeszcze strach. Czułem się potwornie. Wymieniliśmy kilka zdawkowych zdań, na zakończenie których szef tylko coś napomknął o książce nie licząc pewnie na moje przyznanie i nie czekając na odpowiedź wyszedł. Teraz dopiero zaczęła się pogoń myśli. Przecież mogłem sie przyznać, miałem pieniądze aby uregulować finanse i tego nie zrobiłem. Wstyd przed przyznaniem się był silniejszy niż moja uczciwość. Jeśli się mówi że coś leży na sercu i gniecie, to właśnie tak się czułem.
Gdzieś za miesiąc od ostatniego spotkania z szefem, tradycyjnie, jak to w sierpniu, na mityngach omawia się 8 Krok. Ja miałem gotowy przykład.
Początkowo bagatelizowałem problem. Przecież książkę wziąłem z państwowego zakładu; tak robiło wielu znajomych. Do głowy mi nie przychodziło, że jednak ktoś musiał za nią zapłacić, że komuś wyrządzam krzywdę a sam kłamię.. Po raz pierwszy na mityngach 8 kroku zdałem sobie sprawę, że coś ze mną jest źle, że relacje z szefem zostały zburzone z powodu mojego tchórzostwa. Miałem szansę naprawienia ale nie skorzystałem. W konsekwencji poczucie winy i dyskomfort psychiczny wzrastał. Kiedy na mityngu opowiadam tę historię, za każdym razem czuję, że nie mogę być dumny z siebie.” Jedno odważne spojrzenie w lustro wystarczy za odpowiedź każdemu alkoholikowi”
W całym tym zdarzeniu są dwie osoby poszkodowane. Szef i oczywiście ja. Kiedy nadchodzi sierpień, i co rok przypominam sobie własne kłamstwa, powstaje we mnie gotowość do przyznania się i uregulowania sprawy. Do tego z każdym rokiem większa. Niestety, do dzisiejszego dnia nie spotkałem ponownie szefa i nie mogłem wyrównać rachunków. Nie chcę sie usprawiedliwiać, to nie pomaga,  bo i tak zadra w sercu nadal tkwi.
Może artykuł sprawi, że będzie mi trochę lżej, bo niestety nadal boli. .Ale mam szansę. Póki nie piję, wszystko możliwe. Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, kiedy przyjaźnie porozmawiamy z szefem. On mi nic nie zawinił. Przecież go lubiłem i szanowałem.
MZ
 
Od recenzenta
To takie moje złe doświadczenie - zadośćuczynienie nie zostało dokonane, bo ja latami nie byłem gotowy. Wstyd i strach blokowały mnie tak długo, że ludzie, o których chodzi rozproszyli się, a firma... albo się gdzieś przeniosła, albo przestała istnieć. Kiedyś wydawało mi się, że jeżeli doczekam takiego momentu, to będzie mi lepiej - mógłbym sobie wmawiać, że ja już chcę, ale teraz to nie mogę z powodów obiektywnych. Jednak  to nieprawda i wcale mi nie lepiej. Często opowiadam to zdarzenie swoim podopiecznym - żeby nie popełniali moich błędów.
Witold


Krok do przodu
 
Przyglądając się wydarzeniom mijającego dnia, często odnajduję ślady dawnych lęków i zachowań. Za ich przyczyną z niechęcią brałam udział w działaniach proponowanych we Wspólnocie AA. Obawiałam się odpowiedzialności i wychodzenia przed szereg. Bezpiecznie i wygodnie było po prostu być wśród swoich. Mimo mojej, głośno wyrażanej ostrożności, od czasu do czasu spotykałam się z propozycjami, np. zastąpienia kogoś na intergrupie, pomocy przy organizacji ogniska, udziału w spotkaniu kolegium redakcji „Mityngu”.
Pierwszą reakcją było odrzucenie pomysłu, bo – nie chcę, nie potrafię, co pomyślą ludzie, którzy tam będą.
Z drugiej jednak strony była ciekawość, co dzieje się w AA poza grupą macierzystą. A przede wszystkim – brak argumentów na odrzucenie zaproszenia, bądź czyjejś koleżeńskiej prośby. Znam swoją słabą stronę, nie potrafię mówić – nie. Jestem podatna na sugestie i łatwo mną manipulować.
Jak bardzo myliłam się w swoich przemyśleniach, pokazał czas i konsekwencje wydarzeń.
Pierwszy udział w intergrupie i zabranie głosu w obecności tylu nieznanych ludzi, to była ciężka próba. Przygotowałam się uczciwie, ale niewiele z tego pamiętam, bo ogarnął mnie paniczny lęk, litery skakały mi przed oczami i tak naprawdę, pragnęłam tylko uciec z sali. Ale słowo się rzekło. Jakże ogromnie zaskoczyły mnie ciepłe, przychylne słowa prowadzącej intergrupę. Dałam radę? Nie mogłam uwierzyć! Od tej chwili zaczęłam świadomie przełamywać swoje uprzedzenia i stereotypy w myśleniu.
Uczestnicząc w tych, jak myślałam, przypadkowych działaniach we Wspólnocie, czułam się pewniej. Moje obawy malały, choć starałam się być pokorna wobec swoich ograniczeń. Przypomniałam sobie, że nic nie jest dziełem przypadku i że to nie ja kieruję swoim życiem.
Odkąd trzeźwieję, nie mogłam się pogodzić z tym, że utopiłam w alkoholu dary umysłu, jakie dostałam od swojej Siły Wyższej. Mniej bolały mnie straty materialne, więcej te duchowe. I oto dostaję szanse, aby je w sobie odnaleźć i ponownie z nich korzystać. Udział w życiu AA, pierwsza służba, każdy, choćby najmniejszy epizod to mój krok do przodu w przełamywaniu niepewności, lęków, lepsze poznanie siebie, a w konsekwencji możliwość dokonania realnej samooceny.
Przede mną gruntowny obrachunek moralny. Życzyłabym sobie, mówiąc słowami Billa, abym poprzez otwarcie się na udział w życiu Wspólnoty zrobiła go gruntownie i uczciwie. Dzięki temu, co robię wiem, że to jest możliwe. Wyjście poza grupę pozwoliło mi zobaczyć światełko w tunelu.
Gosia
 


Służba, moja szansa
 
Do Wspólnoty AA przystąpiłam niecałe dwa lata temu. To krótko, ale dla mnie wystarcza, aby przekonać się jak dobrze na mnie działa. Na początku nie wiedziałam nic, ale zgodnie z zaleceniami terapeutycznymi, chodziłam regularnie na mityngi i chłonęłam jak gąbka wszystkie cenne dla mnie doświadczenia innych alkoholików. Nasiąkałam tą jedyną w swoim rodzaju atmosferą. To mi dawało spokój. Ale nie tylko. Poczułam się cząstka tej Wspólnoty i kiedyś na mityngu usłyszałam słowa: „oddaj chamie, co dostałeś za darmo”. To do mnie trafiło.  Za namową mojego przyjaciela z grupy przyjęłam służbę prowadzącej i pomimo, że byłam nowicjuszką, dałam radę. Zdyscyplinowałam się, poczułam odpowiedzialność, stałam się bardziej „otwarta” na innych.
Ten sam kolega namówił mnie do włączenia się w prace organizacyjne Zlotu 40-lecia Wspólnoty AA, a ponieważ kończyła się moja służba prowadzącej, szukałam nowego zajęcia. I tak się zaczęło. Nie miałam zielonego pojęcia, jakie będą moje zadania, ale najważniejsze, że miałam chęć pomocy przy tym wielkim przedsięwzięciu. Razem z koleżanką organizujemy bazę noclegową dla uczestników zlotu. Mogłoby się wydawać, że to proste zadanie. W Warszawie jest przecież wiele hoteli, wystarczy tylko zarezerwować miejsca. Ale nie o to chodzi. Szukamy dobrych miejsc noclegowych, o różnych standardach i w różnej cenie, tak, żeby każdy mógł sobie wybrać miejsce, na jakie go stać. Nie każdy ma tyle pieniędzy, żeby spędzić dwie noce w Sheratonie, ale fajny pokój w akademickim centrum, gdzie będziemy mieć do dyspozycji ponad 1500 miejsc, może być odpowiednią ofertą. I właśnie takie jest zadanie działu kwatermistrzostwa, w którym mam zaszczyt pracować razem z koleżanką i koordynatorami.
Już od lipca pracujemy nad stworzeniem dla wszystkich chętnych uczestników zlotu różnorodnej bazy noclegowej. Szukamy dobrych lokalizacji, tak, żeby przyjezdni goście mieli łatwy dojazd do hali Torwaru, gdzie będzie odbywać się zlot i nie tracili nerwów na stanie w warszawskich korkach. Chcemy też zarezerwować dla Was wszystkie możliwe, najbliższe Torwaru hotele, hostele i schroniska młodzieżowe. Na Ursynowie, w domach studenckich SGGW będzie wielkie zaplecze dogodnych miejsc do nocowania, także z bazą gastronomiczną. Nasze działania trwają cały czas, przyjęliśmy fajną koncepcję i jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, uczestnicy będą mieć duży wybór miejsc w odpowiednich dla siebie cenach. Wszystkie informacje dotyczące noclegów będą sukcesywnie zamieszczane na stronie internetowej AA przez moich kolegów z działu informacji.
Tak pokrótce wygląda moja służba przy organizacji Zlotu 40-lecia AA w Warszawie. Czy chętnie to robię? Jak najbardziej, bo czuję, że to, co robię, jest potrzebne nie tylko Wspólnocie, ale i mnie, Kasi alkoholiczce, która jeszcze dwa lata temu miała wszystko „w głębokim poważaniu”. Za co się nie wzięłam, to nie dokończyłam albo spaprałam, bo na drodze regularnie stawała mi butelka. Byłam systematyczna tylko pod jednym względem – picia alkoholu.
Teraz jest inaczej, choć nadal potrzebne jest mi dyscyplinowanie moich działań, bo nie zawsze znajduję czas na pracę dodatkową, oprócz tej mojej stałej. Ale pozytywne efekty cieszą bardzo i czuję się potrzebna, jak nigdy dotąd. To takie dowartościowanie po tym całym horrorze alkoholowym, który sobie zafundowałam.
Jest jeszcze jeden aspekt tej służby – pracuję razem ze wspaniałymi ludźmi. Jestem naprawdę pod wrażeniem ich zapału, wiedzy, pomysłowości i chęci dzielenia się tym wszystkim z innymi. To jest właśnie to. Tak rozumiem ten trzeci legat Wspólnoty AA – Służba.
I jeśli jest jakakolwiek recepta na systematyczne zdrowienie i odbudowywanie poczucia własnej wartości, to ja ją odnalazłam miedzy innymi właśnie poprzez mój mały wkład pracy dla Wspólnoty, do czego wszystkich zachęcam.
Kasia Alkoholiczka



Powarsztatowe refleksje
O relacji sponsor - podopieczny (garść stereotypów)
 
W AA po mityngowych salach, a nawet w kuluarach, czyli w zwykłych rozmowach między alkoholikami krąży mnóstwo sloganów, haseł, przekonań i stereotypów, które… powiedzmy, że lekko się zdezaktualizowały. Niestety, sama na sobie sprawdziłam, że takie przeterminowane przekonania nie tylko nie są przydatne, ale wręcz szkodzą. Mnie szkodziły bardzo, bo pomagały trwać w bierności, w duchowym bezruchu, który – to akurat wciąż aktualne hasło – potrafi zabić. O konieczności wypracowania nawyku przyglądania się własnym przekonaniom i wietrzenia poglądów delikatnie acz skutecznie przekonał mnie sponsor (choć tak naprawdę chyba rozmiar szkód, jakie te skisłe, latami nietykane przekonania generowały). Dlatego naprawdę się ucieszyłam, gdy na pewnych warsztatach, dotyczących sponsorowania w AA, usłyszałam opowieść o tym, jak rzeczywistość potrafi być daleka od najsensowniej nawet brzmiących stereotypów.
 
Stereotyp 1. Sponsor i podopieczny muszą się znać.
 Poprosiłem o sponsorowanie człowieka, którego widziałem drugi raz w życiu. Nie znałem go, ale to, co mówił, dotarło do mnie. W ciągu kilku godzin rozprawił się z moimi uprzedzeniami i miał gotowe odpowiedzi na dręczące mnie od lat pytania. I pokazał mi je palcem w książce, którą… czytałem od lat.

Stereotyp 2. Sponsor powinien mieć dużo dłuższą abstynencję niż podopieczny.

Sponsor zapytał mnie (choć powiedział, że to tak naprawdę nie ma znaczenia), jak długo nie piję. Odpowiedziałem z dumą, że 14 lat. Na to on: Szkoda, łatwiej by było 14 dni, ale poradzimy sobie. Problemem nie jest to, czego nie wiesz, ale to, co wiesz (nawyki abstynenckie). Później przypadkiem dowiedziałem się, że mój sponsor nie pije jakieś 2 lata. Ale to nie miało znaczenia, bo on miał to, czego ja nie miałem.

Stereotyp 3. Sponsor i podopieczny powinni się lubić.

Sponsor nie jest „do lubienia”, ma mi przekazać dobrą nowinę i sprawić, żebym i ja przekazywał ją dalej. Jeśli jestem listonoszem, który przynosi zamkniętą kopertę z napisem „Program AA”, to czy listonosz musi lubić adresata?

Stereotyp 4. Sponsor i podopieczny powinni nadawać na tych samych falach.

To chyba nie byłoby dobre, bo sponsor z założenia ma być trzeźwiejszy od podopiecznego, to znaczy mieć trzeźwiejsze myślenie i spojrzenie. Jeśli sponsor nie pije np. 20 lat, a podopieczny 20 godzin, to czy mogą „nadawać na tych samych falach”?

Stereotyp 5. Sponsor i podopieczny powinni być tego samego wyznania.

Nie jestem członkiem żadnej zorganizowanej religii, a mój sponsor – tak. I to nie ma żadnego znaczenia, bo nie o obrzędach jest „Wielka Księga”, tylko o osobistej relacji Bogiem – takim, jak ja sam go pojmuję. Zrozumiałem, że zawsze byłem „wierzący” – bardzo chciałem uwierzyć w to, że jestem ateistą…

Stereotyp 6. Sponsor powinien rozumieć położenie podopiecznego.

To może być wręcz szkodliwe, jeśli sponsor za bardzo się wkręci w problemy podopiecznego i zacznie go tłumaczyć, to będzie utrudniało pracę. Bezstronność i pewien emocjonalny dystans mogą być tylko atutem.

Stereotyp 7. Sponsor i podopieczny muszą być z tego samego miasta.

Tak, to sytuacja idealna, bo można mieć lepszy kontakt, ściślej współpracować (sponsor ma lepszy wgląd w to, co się z podopiecznym dzieje). Inne rozwiązania powinny należeć do rozwiązań awaryjnych (niedawna sytuacja braku sponsorów w Polsce). Mój sponsor mieszka w innym kraju, a Program udało nam się realizować trochę wzorem pionierów AA – na odległość.
Podobnie rzecz ma się z kolejną „zasadą”: sponsor i podopieczni powinni być jednej płci. Sponsorowanie różnopłciowe jest dopuszczalne tylko w awaryjnych sytuacjach i zawsze obciążone większym ryzykiem. Bezpieczniej trzymać się tego, że „chłopcy bawią się z chłopcami, a dziewczynki z dziewczynkami”.

Te wszystkie stereotypy okazały się tylko kolejnymi – sztucznymi – barierami. Do tego, żebym wyzdrowiał na Programie potrzebny mi był alkoholik, który tylko i po prostu realizuje Program 12 Kroków z duchem AA w oparciu o Wielką Księgę, ma sponsora i oparcie w Sile Wyższej, bo ma mi pomóc znaleźć kontakt z moją Siłą Wyższą.

Spisała KAA



Znalazłam w swoim komputerze proste zdania na temat sponsorowania. Tak proste i oczywiste, że natychmiast zapragnęłam podzielić się nimi z Przyjaciółmi. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu jest to „oczywista oczywistość” i dawno o tym wiedzą... Dla mnie to powtórka – tak mam – zapominam i muszę sobie przypominać.:-)
Tyle nasłuchałam się/naczytałam ostatnio o „nowatorskich sposobach” sponsorowania w AA, że sięgnęłam po materiały i... Mnie te informacje wystarczają od lat do sponsorowania. Nie wymyślam swoich metod, ani nie posługuję się amatorsko metodami z pogranicza psychologii i psychiatrii.
W AA jestem AA, a nie terapeutą, psychologiem, pedagogiem czy psychiatrą i niech tak zostanie.:-) Zatem przesyłam, jeśli ktoś chce skorzystać – to proszę.
Buziaki wszystkim,
Gosiali
 
CO ROBI SPONSOR?

Sponsor robi wszystko, co możliwe w granicach jego osobistego doświadczenia i wiedzy, aby pomóc podopiecznemu w uzyskaniu i utrzymaniu trzeźwości, przez stosowanie Programu AA.
1. Na przykładzie swego obecnego życia i historii swojego picia ukazuje, jaki wpływ wywarło na niego AA.
2. Zachęca podopiecznego do uczestnictwa w różnych spotkaniach AA i udziela mu w tym względzie pomocy tak, aby zapoznał się on z wieloma punktami widzenia i interpretacjami Programu AA.
3. Namawia podopiecznego do zachowania otwartej postawy wobec AA, jeśli początkowo nie jest on przekonany, czy rzeczywiście jest alkoholikiem.
4. Nigdy nie dokonuje oceny postępowania podopiecznego, chyba, że ten sam go o to poprosi.
5. Przedstawia podopiecznego innym członkom AA, zwłaszcza o podobnych do niego zainteresowaniach zawodowych i społecznych.
6. Dba o to, aby podopieczny wiedział o istnieniu literatury AA, przede wszystkim Wielkiej Księgi, Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji, Życia w trzeźwości, Jak to widzi Bill, a także odpowiednich broszur.
7. Stara się pozostawać w kontakcie z podopiecznym zwłaszcza, gdy przeżywa on trudny okres.
8. Wyjaśnia podopiecznemu sens Dwunastu Kroków i stale podkreśla ich ważność.
9. Nigdy nie próbuje narzucać podopiecznemu swych osobistych poglądów. Dobry sponsor, jeśli jest ateistą, nie usiłuje skłaniać religijnego podopiecznego do porzucenia wiary; gdy zaś sam jest religijny, nie prowadzi teologicznych dysput z niepraktykującym podopiecznym.
10. Zachęca podopiecznego, aby możliwie najwcześniej włączył się w działalność grupy AA.
11. Uświadamia podopiecznemu znaczenie wszystkich naszych Tradycji.
12. Nie usiłuje sprawiać wrażenia, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania i że zawsze ma rację.
13. Próbuje przedstawić podopiecznemu inne formy działania AA poza grupą, zwracając uwagę na literaturę AA na temat historii wspólnoty, Trzech Legatów, organizacji służb AA oraz sieci AA na całym świecie tak, aby podopieczny znał sposób kontaktu z AA, gdziekolwiek się znajdzie.
14. W razie potrzeby wyjaśnia program AA rodzinie alkoholika, informując o istnieniu grup AL-Anon i AL-Ateen.
15. Gdy niezbędna staje się pomoc spoza zakresu działania AA, bezzwłocznie ułatwia podopiecznemu uzyskiwanie jej od profesjonalnych służb medycznych, prawnych czy zawodowych.
16. Gdy czegoś nie wie, mówi: ,,nie wiem” i pomaga podopiecznemu znaleźć odpowiednie źródło informacji.
17. W końcu zachęca podopiecznego, aby jak najszybciej podjął pracę z innymi alkoholikami niekiedy zaczynając od zabierania go na spotkania w ramach niesienia posłannictwa przewidzianego przez Dwunasty Krok.
W całej swej pracy z podopiecznym sponsor zwraca uwagę, aby nigdy jego własna osobowość czy pozycja nie wysunęły się przed program zdrowienia w ramach AA. Dzięki temu podopieczny uczy się polegać nie na sponsorze, lecz na samym Programie AA. Sponsor, który rzeczywiście stawia na pierwszym miejscu Program AA, nie uzna za osobistą obrazę, jeśli podopieczny postanowi zwrócić się do innego sponsora lub do innej grupy AA po dodatkowe wskazówki.



Dziś nie piję...

Odkąd pamiętam, chciałam być taka jak inni – wesoła, zaradna, towarzyska. Chciałam być dobrą mamą i żoną. Dawno to było. Bardzo dawno. Jakieś ćwierć wieku temu. Miałam wtedy 26 - 27 lat. Młoda, ładna kobieta. Byłam już mężatką i miałam dwoje małych dzieci. I chociaż już dawno minął czas mojej inicjacji alkoholowej, to do tego czasu wciąż piłam sporadycznie, okazjonalnie, ale zawsze „do spodu”. Dziwiłam się, że inni wiedzą, kiedy skończyć, a mnie wciąż mało było i mało. Za każdym razem, gdy tylko zamoczyłam usta w alkoholu – budziłam się z okrutnym kacem i obrzydzeniem do samej siebie.
Koniec roku. Bal sylwestrowy. Dzieci u dziadków. Mąż w garniturze, ja w sukience z koronki, którą sobie sama uszyłam – był w naszym kraju wtedy kryzys. Zakupy robiło się na kartki, na których drukowano limity towarów do kupienia. A czego nie było na kartkach, nie było też i w sklepach. Musiałam umieć mnóstwo rzeczy – robić na drutach swetry dzieciom i rodzinie, na szydełku obrusy, serwety. Haftować i szyć proste rzeczy, chociaż nie jestem krawcową. Tak Gosia-Samosia z musu.
A więc wystroiliśmy się, bo szliśmy na bal. Na bal sylwestrowy... hmmm. Ja w koronkowej sukience przez siebie uszytej, mąż w garniturze eleganckim – przystojniak! Piękna z nas para była. Naprawdę piękna. Tylko tak jakoś.... szampan nie doczekał północy, ja też nie. To znaczy… ciało jakoś na balu było, tylko moja świadomość odleciała… Nie wiedziałam z kim i jak tańczę. Nic nie pamiętam a w Nowy Rok obudziłam się leżąc na ulicy w pośniegowym błocie – sama... Gdzie zabawa? Gdzie tańce? Gdzie mąż? Dobiegało południe pierwszego dnia stycznia. Kac, urwany film, wstyd, poczucie winy i … pierwszy raz poczułam na ciele drgawki i zimne poty. Dopadł mnie okropny, przerażający LĘK! Doczołgałam się do domu, wtuliłam się bez słowa w pościel i taka brudna, śmierdząca zasnęłam. Następnego dnia miałam iść do pracy, ale poszłam do przychodni lekarskiej. Powiedziałam szczerze lekarzowi, jak się czuję i o tym, że prawdopodobnie przedawkowałam alkohol w Sylwestra: „Żyć mi się nie chce panie doktorze ze wstydu! „Telepotka” mnie wykończy...” Wysłał mnie do psychiatry na 1 piętro. Poszłam. Znów powiedziałam o tym, jak się czuję, znów przyznałam się, że chyba przedawkowałam alkohol.... i stąd to moje samopoczucie... Psychiatra zsunął okulary na czubek nosa, spojrzał bez słowa w moje oczy – rozdygotane, przekrwione, ale wciąż młode i ładne. Powiedział: „9 dni zwolnienia, tabletki na spanie i … przejdzie...”
Przeszło... po 9. dniach zapomniałam o wstydzie, upokorzeniu o trzęsiawkach i telepotkach... Uspokoiłam swoje sumienie. W końcu każdemu może się przytrafić. Dlaczego nie mnie? Przez kolejne 20 lat piłam rzadko, ale znów „do spodu”… Piłam ciągami kilkudniowymi – najczęściej piątek, sobota, niedziela.  No tak… urlopy. W urlopy też piłam – z krótkimi przerwami technicznymi. Ostatnie miesiące mojego picia, to picie codzienne. Moje oczy gasły. Gasło moje serce, uczucia, które w nim kiedyś były. Niszczyłam siebie i rodzinę. Do lekarza żadnego już nie chciałam iść. Modliłam się o pomoc do Boga. Ludziom nie wierzyłam. Nie wierzyłam, że mogą mi pomóc. Bóg wysłuchał...postawił mi na drodze trzeźwych alkoholików. Do AA dotarłam mając 45 lat. Dziś nie zastanawiam się nad tym, czy to dużo czy mało. Czy mogłabym przestać pić wtedy.,, po tamtym Sylwestrze. Myślę, że przyszłam do Wspólnoty dokładnie w momencie, gdy byłam gotowa przyjąć Program AA: Jedność, Służbę, a co z tego wynika – moje Zdrowienie. Ta świadomość przyszła po latach. Najpierw chciałam tylko umrzeć na trzeźwo, to znaczy NIEPIJANA, bez alkoholu w żyłach. No to chodziłam na mityngi. Mówili, żeby pochodzić na 90 mityngów wciągu 90 dni. A ja tak naprawdę przyszłam do AA właśnie tylko na 3 miesiące. Potem miałam umrzeć na nowotwór. Ale chodziłam, bo co miałam zrobić. Chciałam nie pić. Po 3 miesiącach okazało się, że mogę myć szklanki na jednym z mityngów i równocześnie być skarbnikiem. Od tego momentu pełnię różne służby na różnych szczeblach struktury Wspólnoty AA – w grupie i poza nią. Co wzięłam darmo oddaję – dziś wiem, że łaski nie robię. Dziś już tak naprawdę wstydziłabym się brać darmo i nie oddać tego co dostałam. A jestem dziś bogata. Dostałam bardzo, bardzo dużo: miłość, służbę, zrozumienie, cierpliwość i otwarte drzwi od salki mityngowej. Pomogli mi przyjaciele znaleźć sponsorkę, która przeprowadziła mnie przez 12 Kroków i 12 Tradycji za rękę i pozwoliła dorosnąć. Nauczyła mnie radzić sobie samej, chociaż wciąż kontaktujemy się ze sobą i mogę o niej powiedzieć, że jest moją największą i najwspanialszą przyjaciółką. Nauczyła mnie również pokazywać Program AA innym kobietom, tym, które proszą mnie o to. Do AA przyszłam jako metrykalnie dojrzała kobieta. O tych wszystkich latach przed zaprzestaniem picia, nie mogę wiele powiedzieć, a o dobrych rzeczach w moim życiu jeszcze mniej. Za to, co mnie spotkało w AA i jak się zmieniałam i zmieniam, mogę mówić, mówić, mówić… Tak wiele tego było: i złego i dobrego. I radosnego,, i bolesnego… Gryzłam pazury z bólu, gdy dusza wyła w trakcie pracy ze sponsorką i gryzłam pazury, gdy na początku tak trudno było poradzić sobie z głodem, z białymi nocami. Dla mnie jednak najważniejszym jest to, że pierwszym bonusem jaki otrzymałam od AA, to było odzyskanie mojego uśmiechu, który utopiłam przed laty we flaszce gorzały. No i… jakoś tak cieplej wokół, radośniej, bardziej kolorowo. Ależ zmienił się świat! No i ja... Chociaż starsza, to młodsza. Kto przeszedł tę drogę, to wie… zna takie cuda. Dziś nie piję.

Margolcia
(kiedyś tak mnie nazywali rodzice)



Zza krat

Pierwsza grupa AA w zakładzie karnym w Warszawie powstała w1988 r. W ZK Mokotów pracował wówczas psycholog, który udał się do ówczesnego punktu konsultacyjnego AA przy ul Hożej i zaprosił Anonimowych Alkoholików z Warszawy na mityng informacyjny. Mityng ten odbył się w październiku 1988r na świetlicy centralnej. Tak powstała grupa Mokotów.
Na początku nie było stałego miejsca do spotkań, mityngi odbywały się w soboty w szkole, a później w pomieszczeniu koło biblioteki. Żeby zintegrować grupę Mokotów ze Wspólnotą AA z Warszawy psycholog załatwił osadzonym przepustki na mityng przy ul Płockiej. Więźniowie wzięli udział w mityngu i wszyscy wrócili do ZK.
Zmienił się psycholog. Nowa psycholog była również bardzo przychylna AA i namawiała osadzonych do uczestnictwa w mityngach.
W roku1993 w ZK po remoncie uruchomiono oddział odwykowy Atlatnis, gdzie grupa znalazła stałe miejsce spotkań, w którym odbywają się one od 25 lat w każdą sobotę o godz. 14.
W tym samym roku wśród pacjentów oddziału Atlantis zrodził się pomysł utworzenia grupy AA wewnątrz oddziału. Grupa powstała w lipcu 1993 r. i przyjęła nazwę Recydywa. Biorą w niej udział aktualni pacjenci oddziału odwykowego. Grupa spotyka się od 20 lat w poniedziałki i czwartki o 16.30.
 
Chętnych do niesienia posłania i uczestnictwa w mityngach w zakładach karnych zapraszam na Zespół ds. Zakładów Karnych w każdy czwarty czwartek miesiąca w PIK, ul Brazylijska 10.