MITYNG 11/197/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



Siła Wspólnoty

Gdyby liczyć siłę Wspólnoty AA w Polsce ilością grup, to wynik jest imponujący - ponad 2300. Niestety ich liczba nie przekłada się na jakość stosowania zasad AA.
Poprzedni temat Konferencji Służby Krajowej ,,Grupa AA fundamentem Trzech Legatów” sygnalizował, że tak silną mamy Wspólnotę jak silna jest grupa. Czym zatem mierzyć tę siłę? Czy liczbą uczestników mityngu? Czy zasobnością kapelusza?
Są grupy z mniejszą liczbą uczestników lub mniejszą kasą, ale prężniej działające i bardziej zaangażowane w życie wspólnoty niż inne.
Siłę grupy buduje też sponsorowanie, które od zawsze obecne jest we Wspólnocie, ale nie zawsze się o tym wspomina. Poza ostatnim okresem, kiedy coraz więcej jest warsztatów związanych z tym tematem.
Gdy patrzę na Wspólnotę przez pryzmat sponsorowania, obraz wypada blado. Do dziś można spotkać nowicjuszy, którym sponsorowanie kojarzy się z pomocą materialną. Oczywiście nie jest tak w całym kraju, są podobno miejsca, w których ludzie zapisują się w kolejce do służby, ale są też i takie regiony, gdzie brakuje ludzi nie tylko w służbie krajowej, regionie, intergrupie ale i na grupach .
Miałem to szczęście , że gdy trafiłem na grupę, ludzie mówili o sponsorowaniu. Choć na początku wydawało mi się to czymś tajemniczym i nieznanym, zacząłem dopytywać, a to czego nie dowiedziałem się w indywidualnej rozmowie, znalazłem w literaturze.
Oczywiście w pierwszym okresie uznałem, że ja wiem lepiej i nie potrzebuję pomocy. Na skutek tego choć nie piłem, to w życiu było mi źle. Aby to zmienić musiałem znaleźć sponsora.
W pracy ze sponsorem, prócz tematów dotyczących Programu, rozmawialiśmy o tradycjach i roli służby w trzeźwieniu . Po pewnym czasie zrozumiałem, że sponsorowanie jest również służbą, często uciążliwą i niewdzięczną, ale dającą mnóstwo radości.
Zastanawiam się, skąd takie wakaty w służbie sponsorów? Czy nie mamy się czym dzielić? Przecież sponsor to nie nauczyciel, nie stawia mi ocen, nie nakazuje mi niczego, ani do niczego nie zmusza. A gdyby taki się trafił, to zawsze mogę mu podziękować za współpracę. Sponsor po prostu lepiej stosuje Program ode mnie i chętnie dzieli się tym doświadczeniem. Ja jestem mu tak samo potrzebny do utrzymania trzeźwości, jak on mi. To współpraca oparta na równouprawnieniu, wzajemnym szacunku i zaufaniu.
Osobiście od swoich podopiecznych otrzymuję więcej niż daję, wciąż się uczę. Ostatnio tego, że po wielu latach nie bazgrzę po książkach długopisem czy markerem, by lepiej zaznaczyć ważny fragment, ale ołówkiem. Dzięki podopiecznym zaczynam dostrzegać i rozumieć, ile cierpliwości potrzebował mój sponsor, gdy próbowałem po swojemu. Naprawdę, jestem mu coraz bardziej wdzięczny.
W AA uczę się myśleć pozytywnie, ufam, że przyjdzie czas, gdy w naszej Wspólnocie, na każdej grupie pojawiający się nowicjusz znajdzie odpowiedniego opiekuna. Wtedy z dumą będziemy mogli twierdzić, że nasza Wspólnota jest silna.
Anonimowy Alkoholik



Być jak wielbłąd,
czyli sposób na codzienną modlitwę 
Zawsze lubiłam wielbłady. Są dziwne, wytrzymałe, uparte, mają wyłupiaste oczy i bywają podejrzliwe. Mają śmieszne chrapy, którymi wywijają gdy przeżuwają jakiś smaczny kąsek. Śierść mają jakby w wiecznym nieładzie. Potrafią bacznie obserwować swojego rozmówcę. Podobno, gdy coś im się nie spodoba... plują. Wydają sie być trochę złośliwe, nie zdziwiłabym się gdyby lubiły też od czasu do czasu niespodziewanie kogoś ugryźć. Posumowując – sądze, że są wrażliwe i mają poczucie humoru.
Niestety nie znam żadnego wielbłąda osobiście, choć kiedy byłam mała miałam jednego wymyślonego. Wyciągałam otwartą dłoń w kierunku mojej siostry. Na dłoni leżała niewidoczna kostka cukru. Siostra w oka mgnieniu zamieniała się w wielbłada i powoli, z godnością schylała się do mojej dłoni po przysmak. Zamęczałam ją tą zabawą, biagając za nią, krzycząc: „Zrób wielbłąda, zrób wielbłąda!“
Jeszcze jedno wspomnienie. Kilka lat temu, na wakacjach na Krymie, szłam nadmorskim deptakiem. Słońce, pełno ludzi, harmider. Ktoś idzie dłuższą chwilę tuż za mną i czymś szura. Idę dalej. Szur, szur, szur, szur. Nagła myśl: czemu ktoś w czterdziestostopniowym upale, chodzi po betonowym deptaku w... skórzanych kapciach? Przystaję, odwracam się. Przede mną stoi wielbłąd. Patrzę zdziwiona na jego nogi. Okazuje się, że wielbłądy zamiast kopyt, mają takie miękkie poduszki. Zapewne doskolnałe do biegania po piasku.
Jedną z sugestii Wspólnoty AA jest codzienna modlitwa rano i wieczorem. Kork 11 również mówi, że poprzez modlitwę i medytację mam powierzać się Bogu, jakkolwiek Go pojmuje. Od jakiegoś czasu staram się to robić. Rozmowy z Bogiem bardzo zmieniają mój sposób patrzenia na siebie. Dzięki temu zyskałam też dobrego przyjaciela, któremu czasem wystarczy, że powiem: znasz mnie, wiesz jak jest, co Ci będę opowiadać. Pomożesz mi trochę? A On pomaga. Tyle ile trzeba. Pozwala mi odzyskać dla siebie właściwe miejsce w świecie, spojrzeć na pewne sprawy z większą pokorą. Sugestia Wspólnoty AA dotycząca codziennej modlitwy ma jednak jedną, zdaje się bardzo istotną, uwagę - codziennie rano na kolanach rozmawiaj lub módl się swoimi słowami do Siły Wyższej jakkolwiek Ją rozumiesz. Na kolanach, czyli nie leżąc w łóżku, jedząc śniadanie, wybiegając w pośpiechu do pracy, czy na spotkanie. Ale dlaczego? Po co? Co za różnica?
Czytałam ostatnio książkę „Doktor Bob i dobrzy weterani“. Znalazłam w niej  fragment, który ciekawie wyjaśnia dlaczego należy klękać. Kiedy wielbłąd zaczyna dzień, człowiek prosi go, aby ten ukląkł. Wtedy wkłada na jego plecy bagaż. Wielbłąd nosi go wytrwale. Przemierza pustynię na swych dziwnych, miękkich jak kapcie podeszwach. Wieczorem, kiedy kończy się dzień, człowiek znów prosi go, żeby ukląkł. Zwierze opuszcza głowę, zgina kolana, przywiera do ziemi. Człowiek zdejmuje z jego grzbietu ciężar, aby mogło odpocząć.  
Skoro charakterny wielbłąd może, to ja chyba też. Szczególnie, że poza wyłupiastymi oczami, mamy wiele wspólnych cech. Zresztą co ja będę więcej opowiadać, On i tak to wie.
MikAA



Modlitwa kwiatkiem i kawą

Pewien staruszek opowiedział mi kiedyś o modlitwie swojego ojca. Rodzina była chłopska. Codziennie rano ów ojciec wraz z dziećmiwychodził do pracy w polu. Zanim jednak zaczął orać czy siać, modlił się. W ten sposób nie tylko prosił o Bożą pomoc i opiekę, ale też po prostu powierzał Bogu siebie i swoją pracę. Staruszek dodał na koniec - on nie zastanawiał się, dlaczego się modlić, albo jak się modlić. Po prostu to czynił.
Pamiętam, że ta opowieść zrobiła na mnie wrażenie. Ja sam, odkąd zacząłem pracę nad Programem codziennie się modliłem. Taką sugestię dostałem od swojego sponsora. Modliłem się, bo uwierzyłem, że dzięki Bożej pomocy mam szansę na przeżycie na trzeźwo 24 godzin. I w dodatku - mam szansę być zdrowszym człowiekiem.
Jednak, pomimo nauki tego trudnego nawyku, pomimo klękania, klepania pacierzy, ciągle miałem poczucie, że Tego Boga jakoś ze mną nie ma w ciągu dnia. A nie było go z prostego powodu. Bo to ja o Nim zapominałem już w parę chwil po odbębnionej modlitwie. Zanurzałem sie w wir wydarzeń dnia - i działałem sam. Aż do wieczora.
Nie było w tym po prostu żadnej więzi. Zapominałem o tym, któremu przecież zdecydowałem powierzyć swoją wolę i życie w Kroku Trzecim.
Pamiętam jednak, że kiedy musiałem pojechać do pracy na cała noc w miejsce, w którym alkohol lał się strugami, a ja bałem się panicznie to naraz przypomniałem sobie o Bogu. Przed wejściem do tego miejsca zacząłem się modlić. Modliłem się także, gdy starzy kumple pytali zdziwieni: „Tomek, ty nie pijesz? No co ty, nie wydurniaj się, chlapnij sobie”. Modliłem się w chwili, gdy powiedziałem im: jestem alkoholikiem. Nie napiłem się. Przetrwałem wtedy dzięki Jego pomocy.
Ale właśnie potem, gdy już nie chodziło o lęk przed alkoholem, ale o zwykłe, normalne życie - zapominałem o Nim. Bo zdawało mi się, że nie jest potrzebny. Że wystarczy, że odklepię rano modlitwę i będę miał „odfajkowane”.
Tymczasem - nie żyło mi sie lepiej. Nie realizowałem Programu.
Sponsor zachęcił mnie, żebym skupił się na tym, do czego zachęca mnie ten Krok. Do „poprawiania świadomego kontaktu” z Bogiem. A zatem nie tylko do jednego aktu modlitwy. Ale do wkroczenia na drogę czegoś, co się nazywa rozwojem duchowym. Okazało się, że to kosztuje. Czas, energię, działanie. Lektury, warsztaty, rozmowy z księżmi. I dopiero wtedy coś drgnęło. Zacząłem widzieć inne aspekty modlitwy, modlić się częściej. W różnych sytuacjach - na ulicy, na schodach ruchomych, albo w samolocie. Zacząłem zapraszać Boga do mojego życia.
Jak ten chłop na polu przed orką i ja - alkoholik - zacząłem po cichu, w myślach, modlić się w mojej pracy, zanim się do niej zabrałem.
Zacząłem po wielu latach znów chodzić do kościoła i robiłem to regularnie. Razem z rodziną. To też była moja, ważna modlitwa.
A dalej przyszedł kolejny przełom. Któregoś wieczora, gdy ja klęknąłem po mojej stronie łóżka, po drugiej klęknęła moja żona. Milczeliśmy modląc się po cichu. A kiedy spojrzeliśmy na siebie, poczuliśmy się szczęśliwi. Bóg był z nami.
My wiemy oboje, że nasze małżeństwo, naszą rodzinę On ocalił. Alkoholizm już ją prawie zabrał. Już staliśmy na krawędzi. A teraz... żyjemy szczęśliwym, dobrym życiem. Po prostu - dobrym.
Rano pijemy kawę. Razem. Lubimy się. Przyjaźnimy. Uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Czasem jadę pod jej pracę, czekam z kwiatkiem w ręku, jak zakochany nastolatek.
Czy to wariactwo? Odlot? Uniesienie?
Nie, to wielka radość. Z każdej chwili życia. Pięknego życia.
Ktoś spyta - chłopie, gdzie tu modlitwa? Ta kawa? Kwiatek dla Niej?
A tak, to modlitwa, odpowiadam. Bo teraz świadomie to przeżywam, cieszę się życiem. I wiem, Komu to zawdzięczam. Dlatego w mojej modlitwie tak często dziękuję. I modlę się kwiatkiem. Kawą. Śniadaniem przyniesionym do łóżka w niedzielę. Spacerem do parku. Uśmiechem. SMS-em którym przypominam, że kocham. Bo w każdym moim uczynku, w którym jest miłość, jest też Bóg.



Oczami nowicjusza
 
Chociaż wiekiem biologicznym jestem człowiekiem dojrzałym, powiedzmy, mocno dojrzałym, to jako uczestniczka AA jestem nowicjuszką. Z tego też powodu uczestnicząc w życiu Wspólnoty, kieruję się chęcią poznania tego, co dzieje się poza moją grupą macierzystą. Miałam okazję być na kilku spotkaniach intergrupy, uczestniczyć w Radzie Regionu, w wiosennej Konferencji Regionalnej i sporadycznie w kilku komisjach. Chciałam, aby ewentualne podjęcie służb w AA było przeze mnie przemyślane, a nie z „łapanki”, jak to często bywa. Pozytywne, jak i negatywne spostrzeżenia, miały mi pomóc w realnej ocenie mojej przydatności w służbach, ale przede wszystkim określić moje miejsce w AA.
Już pierwszy udział w intergrupie, w zastępstwie mandatariusza, był dla mnie zaskoczeniem. Jednym z punktów są wieści z grup. Relacje były różnorodne i szczere. Szczere były również zgłaszane problemy. Tyle tylko, że spotkały się z obojętnym przyjęciem. Bardzo brakowało mi wskazówek, od osób z większym doświadczeniem, jak temu zaradzić. Wyszłam z uczuciem niedosytu i rozterką w sercu. Dalszy mój udział w konferencji i innych komisjach, obserwacja zachowań, przekazywanie doświadczeń, często z pozycji dominującej, w sposób arogancki... stopniowo osłabiało mój zapał. Sytuacją, która ostatecznie ułatwiła mi podjęcie decyzji, był remont PIK-u. Byłam tam częstym gościem.
Od początku obserwowałam przebieg remontu i zaangażowanie członków Wspólnoty. Kilka razy brałam udział w pracach porządkowych, często niespodziewanie, na telefon, bo nie było chętnych. Obecne były przeważnie te same osoby. Nie znam się na remontach i wydawało mi się, że wszystko idzie swoim tempem. Temat PIK-u rozgrzał emocje, gdy prace się zbytnio wydłużały. Kiedy już można było sobie do woli krytykować, oceniać i szukać winnych (chociaż ten do bicia był pod ręką) - nastąpiło zbiorowe przebudzenie. Na różnych spotkaniach, intergrupie temat ten był zawsze uparcie wyciągany, zawsze w kontekście krytyki. Gdzie więc byli na początku znawcy tematu, geniusze organizacji, skoro nawet kosztorys okazał się radosną twórczością, a remontowe usterki wychwytywali post factum. Dobrze, że opiekun PIK-u był pod ręką i służył za kozła ofiarnego. Dlatego ogromne wrażenie wywarła na mnie postawa jednego z uczestników, który jako jedyny na spotkaniu zaprezentował zdrową, racjonalną i według mnie właściwą dla aowca postawę. Szukał i proponował rozwiązania na dziś i teraz, nie wdając się w zbędne utarczki słowne, temperując dyplomatycznie dyktatorskie zapędy niektórych uczestników.
W moim życiu osobistym i zawodowym dane mi było pełnić różne role i funkcje. Nie odczuwam potrzeby wychodzenia przed szereg. Zebrane przeze mnie obserwacje i pierwsze nie najlepsze doświadczenia w kontaktach z osobami pełniącymi odpowiedzialne służby, utwierdziły mnie w podjęciu ważnej dla mnie decyzji. Wiem z całą pewnością, że moje miejsce jest w grupie, a moją rolą przekazanie nadziei tym, którzy stawiają pierwsze, nieśmiałe i bolesne kroki w trzeźwieniu. Bo czyż nie tam wszystko się zaczyna?



Jak złość zamienić w miłość, czyli anty-sponsorowanie
 
Przestałam pić, wóda opadła mi poniżej uszu. Zaczęłam zastanawiać się, jak będzie wyglądało moje życie za czas jakiś, jeśli nie wrócę do picia. Na terapii mieliśmy podobny okres abstynencji, podobnie przechodziliśmy kolejne etapy. Wysnułam więc wniosek, ze za czas jakiś będę miała tak, jak ci, którzy dziś nie piją dłużej. Zaczęłam obserwować i –    rozczarowanie! Nie byli uduchowionymi aniołami, stąpającymi powoli i dostojnie. Oj, nie! Wyraziłam to rozczarowanie w rozmowie z moim opiekunem, sponsorem. A on zaproponował mi: uznaj ich za swoich nauczycieli. Nie rozumiałam: jak to? Przecież ich postawa nie podoba mi się! Zachowywali się paskudnie. Mój opiekun powtórzył: patrz na nich, na ich zachowanie. Zobacz, co ci to robi, jak się czujesz. Co do nich czujesz. I będziesz wiedziała, jak się nie zachowywać, czego nie robić. To już będzie połowa lekcji.
A druga połowa? Naucz się, jak postępować od ludzi, którzy mają to, co chcesz mieć: pogodę ducha, spokój, cieszą się sympatią i uznaniem.
Skorzystałam z tej lekcji na tyle, na ile potrafiłam. Obserwowałam innych i uczyłam się. Coraz częściej czułam, ze jestem ok. Ale często też puszczały mi nerwy, pałałam świętym oburzeniem, że ktoś jest inny, nie taki, jakbym oczekiwała. Często też było tak, że miałam rację, a mimo to ludzie odsuwali się ode mnie, wyraźnie mnie nie lubili. Znów nie rozumiałam. Jak to? Przecież mam rację. Nie znosiłam powiedzenia: ty masz rację, a ja święty spokój, które co jakiś czas słyszałam. Po jakimś czasie zauważyłam, że kiedy nie forsuję swojej racji, jest mi łatwiej. Przecież, jak mówią mądrzy ludzie: racja, jak pupa – każdy ma swoją. Nie muszą wszyscy tak myśleć, jak ja, czuć i widzieć świat. Uczyłam się tolerancji. Zwracałam uwagę, aby nie ranić bez powodu i bez potrzeby. Jednocześnie nie umiałam pozbyć się nadmiernej wrażliwości. Łatwo, coraz łatwiej było mnie zranić. Stałam się czujna, aby uniknąć bólu, odsuwałam się od ludzi, aby zejść z linii ciosu. Tak balansowałam, nie rozumiejąc, nie umiałam znaleźć wyjścia z impasu. Pytałam sponsora, skąd taka niesprawiedliwość, nieczułość, brak empatii. A on, jak mądry ojciec tłumaczy mi, że ranią ludzie poranieni. Tylko ich wielki ból powoduje taki brak czucia. Ranią, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Cóż mogę wtedy zrobić, aby się obronić, aby nie dać się zranić? Mogę zrozumieć, że to są ludzie chorzy i po prostu pomodlić się o łaskę uleczenia ich i moich zranień. Wtedy przestaniemy zadawać sobie ból.
Gdy ktoś mnie krzywdzi, przypominam sobie: urazy są moim śmiertelnym wrogiem i niszczą mnie najbardziej na świecie. Nie mogę sobie pozwolić na luksus trwania w urazie. Dla mnie, alkoholiczki, to jest śmiertelne zagrożenie – zabiera mi pogodę ducha, spokój, poczucie, że mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Dlatego przy wieczornym obrachunku zastanawiam się, ile w tej sytuacji było mojego udziału, jaka część odpowiedzialności spoczywa na mnie, co zmienić, aby nie czuć oburzenia i upokorzenia. Pomodlę się też za mojego „krzywdziciela”, aby jego zranienia zostały uleczone.
Takie narzędzia dostaję od Programu za pośrednictwem mojego sponsora. Aby móc w pełni wykorzystać naukę, jaką dostaję od anty-sponsora. Zachowuję wrażliwość i staję się odporniejsza na zranienia. To wzbogaca moją trzeźwość. Daje mi odwagę i więcej sił na życie poza Wspólnotą, w prawdziwym świecie.




Mam jeszcze sporo do zrobienia
Mam na imię jakoś tam. Zresztą, imię nie ma tu większego znaczenia, tak jak ilość lat picia czy niepicia. Wiem jedno – że jestem alkoholikiem, człowiekiem do końca moich dni skazanym na tę podstępną chorobę. Nigdy jeszcze nie powiedziałem, że jestem szczęśliwy z powodu mojej choroby, bo na dzisiaj byłbym wielkim kłamcą wobec siebie i innych ludzi.
Kiedy udało mi się parę lat temu zakręcić korek od butelki, myślałem, że świat będzie należał do mnie. Że wszystko, co potraciłem, było wynikiem mojego alkoholizowania się przez całe lata. Wychodząc z terapii przez pierwsze miesiące wyłem z bólu istnienia, głodu alkoholowego. Nikt mnie nie rozumiał, nikomu nie ufałem. Byłem sam. To było wtedy dla mnie prawdziwe piekło. Modliłem się gorąco do Boga, którego tak nienawidziłem i przekląłem na wieki, za całe swoje życie. Przekląłem Go i zarazem się do Niego modliłem. Paradoks. Chaos.
Zaczęło do mnie jednak docierać, że jest to jedyna Siła, która może mnie uratować od tego cierpienia. Czułem, że wcale nie muszę mieć tych potwornych kaców gigantów i pić całe lata, nie muszę z powrotem trafić do piekła. Przyszedłem więc do AA. Nie byłem sam.
Na początku trochę się przestraszyłem tej nowej drogi trzeźwości, a nawet zacząłem w nią wątpić. Pojawiały się myśli: a po co to wszystko? Wcześniej jak piłem, było wszystko dobrze. A olać to całe trzeźwienie, iść się narąbać – będzie mi lżej i nie będę tego czuł. Tu, na te całe AA chodzą sami idioci, popieprzona sekta cwaniaczków, nie mają nic do roboty, tylko chodzą na te spotkania i klepią to samo w koło Macieju? Ja naprawdę tak myślałem.
Dziś wiem, że to były oznaki mojej choroby, która znajdzie każdą furtkę, aby podstępnie się wślizgnąć i doprowadzić do rezygnacji ze zdrowienia. Bowiem, jak pamiętam, zawsze kiedy szedłem pić to mówiłem: mam to wszystko gdzieś, idę pić i nic już mnie więcej nie obchodzi, tylko uciec gdzieś, gdzie będę miał upragniony „spokój”. Właśnie tak u mnie działało się latami, co spowodowało chorobliwe przyzwyczajenie do ucieczki od życia i wszystkiego, co moje życie otaczało. Tak było, kiedy piłem.
Dziś, kiedy już alkohol wyparował mi z głowy, zaczynam widzieć świat innymi oczami, mam inne spojrzenie na ludzi i na siebie samego. Inne spojrzenie na Boga, którego niegdyś śmiałem nienawidzić.
Uczę się codziennie życia na nowo, każda czynność jaką podejmuje w dniu codziennym jest wielką nauką, bo tak naprawdę nigdy nie znałem życia na trzeźwo, ciągle byłem „na fali” albo przytłumiony, znieczulony alkoholem.
Nowe swoje życie nazywam drogą czy podróżą, spotykam na tej drodze różnych ludzi, spotykają mnie różne sytuacje życiowe, czasami bolesne, a czasami miłe. A ja nie pije, nie szaleję. Nawet mi się to spodobało, i co najważniejsze – ja naprawdę chcę iść dalej, już nie na pokaz tylko z własnego wyboru.
Wierzę, że nie zawrócę z tej drogi, bo uwierzyłem w siebie i w moją niewidzialna Siłę, którą dziś nazywam Bogiem. Jest On moim opiekunem, ojcem, kumplem i przyjacielem prawdziwym. Odnalazłem swojego Opiekuna właśnie na spotkaniach Anonimowych Alkoholików, za co jestem Wspólnocie wdzięczny. Chodząc na mityngi poznaję Program 12 Kroków i 12 Tradycji AA. Jest on dla mnie tak ważny, jak chleb i woda potrzebna do życia. Odkryłem też, że moje osobiste życie zmienia się na lepsze, jest we mnie coraz mniej złości, lęku i pojawiła się chęć pomagania innym.
Ktoś, kto mnie zna osobiście, może zapytać: jak taki zacny jesteś i tak dobrze już idziesz po swojej drodze, to dlaczego rozwiodłeś się żoną?
Nie wiem. Bo może oprzytomniałem, bo może tak będzie dla nas obojga, bezpieczniej.
Nie wiem, ale z pewnością mam jeszcze sporo do zrobienia.
D., Anonimowy Alkoholik



Na kolana i dziękuj!

Moje doświadczenie modlitwy nie jest łatwe. Gdy byłem dzieckiem, była dla mnie całkowitą abstrakcją. Moi rodzice nie byli zbyt religijni. Pozostały mi pacierze, wyuczone przez babcie i na religii. Ale moja modlitwa była całkowicie pozbawiona treści. Nie rozumiałem, po co należy się modlić, nie lubiłem tego, był to dla mnie całkowicie pusty rytuał, który nie wiadomo dlaczego ma być miły Sile Wyższej.
Krótkie przebudzenie religijne przeżyłem w szkole średniej dzięki fajnemu księdzu. Ale potem szybko przyszła dorosłość, w której postanowiłem dość radykalnie zmienić swoje życie. Mając 21 lat zrezygnowałem z praktykowanej od kilku lat abstynencji, czystości, chęci pomocy innym i postanowiłem, że teraz będę żył niemoralnie. Wpadłem na pomysł, żeby odwrócić swoje życie o 180 stopni. Wydawało się, że tak będzie bardziej poważnie, że w ten sposób wyrażę swoją dorosłość.
Przez kilkanaście lat w zasadzie nie praktykowałem modlitwy. Z wyjątkiem chwil, gdy znajdowałem się naprawdę w tarapatach – jak mi się wydawało – bez wyjścia. Najczęściej działo się tak na skutek mojego picia, na totalnym kacu, po jakiejś kolejnej wpadce, gdy wydawało mi się, że wszystko wali się na głowę. Wtedy błagałem o pomoc z całej siły i, o dziwo, najczęściej ją otrzymywałem. Ale gdy tylko poczułem się lepiej, zapominałem o modlitwie i znów szedłem własną drogą.
Nie zapomnę też modlitw zanoszonych pod koniec mojego picia. Błagałem o odebranie mi życia, prosiłem „Panie, zabierz mnie stąd. Chcę umrzeć. Nie chcę już więcej żyć. Zabierz mi życie”. Na szczęście te modlitwy nie zostały wysłuchane. Gdy było już bardzo źle, podczas rzadkich wizyt w kościele, np. w święta, modliłem się, żebym przestał pić. Myślałem, że Siła Wyższa uleczy mnie, a wtedy w mgnieniu oka wszystko odmieni się na lepsze. Ale nic nie robiłem, żeby jej pomóc. Zupełnie jak w tym dowcipie o Icku, który prosił Boga o wygraną na loterii, choć losu nie kupił.
Gdy zacząłem trzeźwieć, nie od razu wróciłem do modlitwy. Byłem całkowicie pusty duchowo. Całą energię i wysiłek poświęcałem na zachowanie abstynencji. Myślałem, że trzeźwość jest jak trening, umiejętność, nie zdawałem sobie sprawy z jej związku z duchowością.
Ale na wszystko przyszedł czas. Spotkałem na swojej drodze terapeutkę – alkoholiczkę z ponad 20-letnim stażem trzeźwości. Dziś wiem, że to nie był przypadek. To ona pierwsza powiedziała mi, że trzeźwienie opiera się głównie na duchowości, że to stałe poszukiwanie i rozwój. Początkowo brzmiało to, jak biała magia, ale wziąłem z jej słów tyle, ile mogłem wówczas zrozumieć. Opowiedziała mi swoje rozmowy ze sponsorem na początku jej trzeźwości. Jego pierwsza rada brzmiała: „Co rano, jak tylko wstaniesz z łóżka, klękaj na kolana i dziękuj! Nawet jeśli nie masz na to ochoty, jeśli ci się nie chcę, jeśli uważasz, że nie masz za co”. Brzmiało to dla mnie jak fantastyka. Ja mam klękać? Jeszcze przy żonie? I za co mam niby dziękować? Natychmiast dostałem odpowiedź: za życie, za nowy dzień, za zdrowie, za brak kaca, za trzeźwość, za bliskich, za słońce, za jasne niebo, za pracę, dach nad głową itd.
Postanowiłem zaryzykować. Następnego dnia kolana nie chciały mi się zgiąć do klęknięcia. Myśli układały się w twarde zdania. Ale wykrztusiłem z siebie po cichu to, o czym z grubsza mówiła terapeutka. Robiłem to trochę na siłę. Ale już po zakończeniu pierwszej modlitwy od lat zobaczyłem, że dobrze się z tym czuję. Że spada ze mnie jakieś napięcie, strach, że nie jestem sam w obliczu rozpoczynającego się dnia. Od tej pory codziennie rano klękam na kolana, dziękuje, powierzam swoje myśli, swój dzień Sile Wyższej, dziękuję za poprzednie 24 godziny i proszę o opiekę podczas kolejnych 24. I to działa. Nie wiem jak, ale działa. Wierzę, że Siła Wyższa jest ze mną.
Po jakimś czasie przestałem się już zmuszać do porannej modlitwy. Stała się zwyczajem, rytuałem, elementem każdego dnia tak, jak mycie zębów, czy zakładanie skarpetek. Z wielu powodów jest mi ciężko dogadać się z moją Siłą Wyższą, ale wiem, że muszę próbować, nie mogę się od niej odcinać, odwracać obrażać. Jeśli pozostanę sam ze swoim życiem, to nie dam sobie rady, polegnę. Mam AA, przyjaciół, Program, ale przede wszystkim mam modlitwę, która uczy mnie pokory, przypomina mi, że nie jestem sam, że to nie ja kręcę tym interesem. I czuję się z tym bardzo dobrze. Więc na kolana i dziękuję!
Marcin AA


Sponsor to jest przyjaciel

2  września  1994  r.  To  jest  data,  która  na długo wryła się w moje serce, zapewne na zawsze. Gdy ten szczęśliwy dzień dobiegał końca byłam zaskoczona wszystkim co się wydarzyło przez tak niewiele godzin. było we mnie dużo dziwnych uczuć. Najdziwniejsze z nich było to, które przyprawiało mnie o  przyśpieszone  bicie  serca,  zadumę, uśmiech  na  ustach,  przymykanie  oczu i dziwne ciepło w środku. ja to uczucie nazwalam NADZIEJA. Tak, poczułam nadzieję, nadzieję na lepsze jutro. dla mnie było to bardzo ważne. za tym pojawił się STrACH.
Strach, że nie wyrobi ze mną. masa pytań: Czy  teraz  zmieni  się  jej  zachowanie.  Czy nadal będzie odpowiadała na moje pytania. Czy będę mogła prosić o więcej czasu? Czy znajdę w sobie pokorę, (o której słyszałam, że  jest  niezbędna  do  trzeźwienia)  i  wiele, wiele innych.
Przed  snem  znalazłam  coś  jeszcze:  zrozumiałam, że to, z czym nie mogłam poradzić sobie  Sama,  będzie  o  wiele  lżejsze,  gdy "weźmiemy się" za to we dwie. Wiedza, inteligencja i troskliwa opieka mojej sponsorki zasiały we mnie ziarno, które nazwalam
WIARA.
Kilka dni temu wspominałam moim znajomym  ze  Wspólnoty  o  początkach  mojego trzeźwienia.  z  sentymentem  powróciłam do  moich  rozmów  ze  SPoNSorKą.  dziś jestem  pewna,  że  gdyby  nie  jej  działania ciężko byłoby ocalić mi swoje życie. To ona pierwsza zwróciła mi uwagę, że dorotka jest moją  córką,  że  dorotka  potrzebuje  matki.
To ona pierwsza pokazała mi ile dobra jest wokół mnie. dziś wiem, że to ona pokazała mi co to jest postępowanie z miłością. To właśnie  takim  postępowaniem,  przekonała  mnie,  że  są  dobre  KobieTy  na  tym świecie.  zawsze  będzie  dla  mnie  przykładem człowieka przez duże "C". To ona pokazywała  mi,  że  jestem  w  błędzie  mówiąc o sobie "mniej niż zero".
dziś,  gdy  wspominam  to  wszystko,  że w zruszenia mam mokre oczy , serce znów przyśpiesza  bicie.  z  dużym  sentymentem patrzę  na  suchą  gałązkę.  Tylko  my  dwie znamy historię i symbolikę tej gałązki. dziś, kiedy  czuję  lęk,  wystarczy,  że  dotknę  czegokolwiek  co  mam  od  sponsorki  (zawsze mam coś przy sobie) i już czuję, że nie jestem sama. To jest cudowne, nie ma jej przy mnie, a jest ze mną. ja całą sobą pragnęłam być tak wartościowym Człowiekiem jakim wciąż  jest  dla  mnie  moja  byłA  SPoNSorKA. byłabym nieuczciwa, gdybym nie wspomniała o Swoim buncie, graniczącym ze wściekłością, który dosyć często pojawiał się gdy słyszałam od sponsorki: zawsze możesz  zmienić  SPoNSorA  możesz  zrobić jak chcesz.
dziś wiem, że ja bałam się. bałam się, że mogę  utracić  tę  wiarę  i  nadzieję  jaką  dostałam.  Chciałam  wiedzieć  wszystko  i  natychmiast, a tak mało rozumiałam, a jeszcze mniej czułam. jedno wiedziałam na pewno – dokąd ona jest ze mną ja mam szansę nie pić.  Pamiętam  swoje  obawy,  gdy  Sponsorka dała mi informację, że na Grochowskiej na detoksie jest terapia, zatrzęsło mną, gdy usłyszałam,  że  jest  to  terapia  dla  kobiet.
Tego było za wiele. Przecież ona wiedziała, że ja boję się kobiet, nie chciałam mieć kontaktu z Nimi. Ale gdy usłyszałam zapewnienia, że jest tam osoba, której ona ufa, która jej  pomogła,  poszłam  spróbować.  już  po kilku  miesiącach  byłam  bardzo  wdzięczna sponsorce  za  tę  sugestię.  dotarło  do  mnie co  to  znaczy  pokonywać  własne  słabości.
Często  spotykam  się  z  pytaniem.  Skoro wszystko było o.K., skoro jest we mnie tyle miłości  do  osoby  i  wspomnień  -  dlaczego rozstałyśmy się? z czystym sumieniem dziś odpowiadam:  bo  chciałam  być  mądrzejsza od  doświadczeń  mojej  sponsorki  i  innych ludzi; bo chciałam żyć na "haju" jaki dawała mi realizacja się w seksie bo zaślepienie odebrało mi tę odrobinę rozsądku jaką myślałam, że posiadłam. za to wszystko i inne "bo" zapłaciłam utratą SPoNSorKi. dziś, z  perspektywy  czasu,  rozumiem  ja.  dziś, w miejsce urazy za odrzucenie, mam uczucie bezgranicznej wdzięczności i bezinteresownej,  bezwzględnej  miłości.  dziś  wiem, mam  już  zakodowane  w  głowie,  że  kobieta,  która  przeszła  ze  mną  początek  mojej drogi, przeżywała ze mną początek mojej Przygody jest wciąż ze mną. Często słyszę jej troskliwy głos, nie zawsze bezpośrednio, jest to jakiś niewytłumaczalny dla mnie Głos Wewnętrzny. jestem wdzięczna za tę Przyjaźń.  Przyjaźń  przez  duże  "P",  taką  której szukałam przez swoje dotychczasowe życie.
Serce moje woła: wróć! Ale rozsądek przypomina, że to co było – nie wraca.
Na moją propozycję ponownej pracy SPoNSor - podopieczna usłyszałam: basiu - czas dorastać  i  posłuchać  wewnętrznego  sponsora  czyli,  jak  ja  to  rozumiem,  swojego sumienia.  i  za  te  słowa  jestem  wdzięczna byłej SPoNSorCe. Nareszcie znalazłam odpowiednik  słowa  SPONSOR.  To  jest PRZYJACIEL.
Basia - alkoholiczka



Zza krat

Alkohol zaprowadził mnie do więzienia. Nie bezpośrednio, lecz pośrednio. Będąc już po wyrokach, za kratami, zacząłem kombinować, by po połowie kary wyjść na wolność. W żadnym wyroku nie miałem nakazu terapii.
Zaplanowałem łapać plusy poprzez wnioski nagrodowe, uczestnictwo w pracach porządkowych. Dowiedziałem się, że po terapii alkoholowej jest bardzo duża szansa  na wyjście po połowie kary. Zacząłem zabiegać o skierowanie na terapię poprzez rozmowy z psychologiem więziennym. Zakwalifikowałem się, dostałem termin, który przypadał na połowę kary i pierwszej wokandy.
Włączyło się myślenie i kombinowanie: połowa kary, świta czas wolności, a ja na terapii. Piszę do zakładu karnego o przyspieszenie mi terapii. Po jej wcześniejszym ukończeniu dostanę pracę na wolności będąc osadzonym, by pomagać finansowo rodzinie. Przyspieszona o trzy miesiące, pasuje.
Po terapii w Areszcie Śledczym w Suwałkach, jadę przez Białystok i Białołękę do Garbalina. Pierwsza wokanda - blacha, mimo ukończonej terapii. Zaczynam chodzić na mityngi AA w ZK i msze święte. Psycholog pyta, czy może mógłbym chodzić na terapię dodatkową Abakus. Zgadzam się, byle plus, to bliżej do wolności. Na rok przed końcem kary, godzę się z tym, że będę siedział do dzwona (a może nie). Robię wszystko, by wyjść zza krat z tarczą, a nie na tarczy (coś zyskuję nawet będąc za murem). Zacząłem się utwierdzać, że mogę po wyjściu być trzeźwy. Moim światłem stał się trzeźwy alkoholik, Karol, który przyjeżdżał na mityngi AA, za mur. Był bardzo przekonujący, opowiadając o swoim pijanym, a potem trzeźwym życiu i o tym, co mu dała Wspólnota AA i trzeźwość po kilku latach. Zacząłem mu wierzyć. Chłonąłem jak gąbka jego perypetie życiowe i myślałem, że warto spróbować. Czemu nie? Mnie to nic nie kosztuje. Nic nie tracę, a mam bardzo wiele do zyskania. Tak było przez ten rok w Garbalinie. Trzy wokandy i trzy blachy. Finał po 2,5 roku, wolność na dzwon. Trafiłem w moim mieście do wspólnoty AA. I jestem tam do dziś, bez mała dwa lata po opuszczeniu ZK. Mam kontakt z tym moim światłem zza muru, któremu zawdzięczam swoja trzeźwość.
A Wspólnota na wolności daje mi zrozumienie, w pewnym sensie gwarancję  trzeźwości, szansę na lepsze życie, prawdziwą przyjaźń oraz co najważniejsze Wiarę, przez duże W i nadzieję. Dla mnie nadzieja na lepsze, bo trzeźwe życie jest najważniejsza.
Zdiagnozowany i pogodzony ze swoją chorobą,
Jarek alkoholik



Więcej optymizmu
 
Minęło już ładnych parę lat, odkąd uczestniczę w mityngach. Bywają różne, lecz najbardziej nie lubię smutnych, bez cienia nadziei, pełnych narzekań, pesymizmu. Czy alkoholik to czasem nie takie cacuszko, co to, aby żyć, musi mieć problemy, a jak nie ma, to sobie wymyśli, a jak wymyśli to musie je rozwiązywać, jak nie może, to użala się nad sobą. Tak serio traktuje siebie w tym, co robi, że gęba mu tężeje, kark sztywnieje, a pięści same się zaciskają. Nudzi niemiłosiernie, absorbuje ponad miarę. Chodząca bania problemów. A taki mądry, że aż przemądrzały. A może by tak pozmywał szklanki po mityngu, to by mu trochę powietrza zeszło. No, ale on ma ważniejsze sprawy do załatwienia - bo swoje.
AA