MITYNG 12/198/2013

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


Teoria kontra praktyka

Jest wiele pojęć, które musiałam zdefiniować na nowo, kiedy przestałam pić. Wśród nich znalazły się te najbardziej podstawowe – odpowiedzialność, miłość, bliskość, intymność, wspólnota, pycha, pokora, kobiecość. Często problem z odkryciem nowych definicji polega na tym, że nie umiem ich wprowadzić w życie. Jest to trudne, długotrwałe i w przeciwieństwie do czysto filozoficznych rozważań, wymaga zmiany myślenia, reakcji, zachowań w konkretnych życiowych sytuacjach. Krótko mówiąc – jak sprawić, żeby teoria stała się praktyką.

Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że kłopot sprawia mi, zdawałoby się bardzo podstawowe i nieskomplikowane pojęcie, jakim jest tolerancja. Zawsze wydawało mi się, że jestem niezwykle otwarta, tolerancyjna, wyrozumiała. Taki miałam obraz siebie. Nic dziwnego, bo swoją tolerancję zawsze odnosiłam do spraw odległych, które w gruncie rzeczy miały na mnie niewielki wpływ. Byłam tolerancyjna wobec różnych wyznań, kultur, tradycji, światopoglądów odmiennych od mojego. Brzmi to tak ogólnie, że właściwie nie wiadomo, co oznacza. W teorii byłam tolerancyjna dla całego świata, w praktyce – nie wiadomo dla kogo.

Zderzenie z rzeczywistością często bywa trudne. Pamiętam wiele sytuacji, które z tolerancją nie miały nic wspólnego. Dzikie dyskusje, które przeradzały się w kłótnie i awantury dotyczące bieżących spraw politycznych, bardzo krytyczne oceny zachowań moich znajomych, formułowanie opinii w sposób kategoryczny, ostry i niedopuszczający innej perspektywy. Gdzie się podziała moja tolerancja?

Okazuje się, że moja definicja bycia tolerancyjnym brzmiała mniej więcej tak: w sprawach odległych, abstrakcyjnych jestem bardzo otwarta; w sprawach, które mnie nie dotyczą bezpośrednio – również; mam wielką tolerancje dla tych, którzy myślą i zachowują się podobnie do mnie; lecz biada temu, kto mnie denerwuje, robi i myśli inaczej. Uważam, że to sprytne i bardzo wygodne. Jakże łatwo mogłam być wtedy tolerancyjna.

Tymczasem zajrzałam do słownika, żeby sprawdzić, co oznacza to słowo. Oto kilka przykładowych definicji tolerancji:

1. „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”

2. otwarte, obiektywne i szanujące podejście wobec odmiennych od własnych postaw, zachowań i cech drugiego człowieka

3. świadoma zgoda na wyznawanie i głoszenie przez innych ludzi poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na wybór sposobu życia uważanego przez nich za właściwy, chociaż go nie aprobujemy

No tak... Widzę zdecydowaną różnicę między tym, co ja uważałam za bycie tolerancyjnym, a tym co oznacza to w rzeczywistości. Nie wydaje mi się również, żebym była jakoś specjalnie tolerancyjna. Czy mam w sobie świadomą zgodę na postawy i poglądy innych ludzi, z którymi się nie zgadzam? Czy jestem w stanie spokojnie i cierpliwie znieść, wytrzymać opinie odmienne od mojej? Czy, chociażby siedząc na mitingach i słuchając innych alkoholików, nie oceniam i odrzucam automatycznie wypowiedzi, których nie rozumiem?

Sama bardzo nie lubię, kiedy ktoś mnie cenzuruje, ocenia, nie pozwala mi mówić nawet głupot, bo to są moje głupoty. Nie lubię słuchać rad, pomysłów na to, co powinnam zrobić w danej sytuacji. Chciałabym mieć prawo do popełniania błędów, sprawdzania na własnej skórze nawet, jeżeli ktoś obok widzi, że się mylę. Chciałabym mieć prawo do życia po swojemu nawet, jeżeli komuś to się wydaje głupie, nierozsądne, niezrozumiałe. Dlaczego tak trudno jest mi zaakceptować to samo pragnienie u drugiej osoby? Czemu tak łatwo pozbawiam tego prawa innych? Trudno powiedzieć – może z poczucia zagrożenia, może z chęci rywalizacji, a może po to, żeby poczuć się lepszą.

Mam wrażenie, że im więcej we mnie kompleksów, niepewności i niezgody na siebie, tym łatwiej mi osądzać i odrzucać innych. Moja tolerancja, bądź jej brak wobec innych ludzi, jest też probierzem mojego stosunku do siebie. Warto poznać i polubić siebie ze wszystkimi moimi zaletami i wadami, wtedy łatwiej mi rozumieć i tolerować innych.

„Żyj i daj żyć innym”. „Nie rób drugiemu co tobie nie miłe”.

Wszystko jasne. W teorii...

MikAA


Świąteczny Dzień, jak każdy inny ma tylko 24 godziny.

Święta to często czas wspomnień. Przypominamy sobie święta dzieciństwa, nasze marzenia i radości tego cudownego okresu. I później wiele lat straconych w alkoholowym upojeniu. Wtedy każda myśl o nadchodzących świętach może wywołać falę poczucia winy, wstydu, za czas, gdy byliśmy napiętnowani pijaną niemocą, łzami dzieci, rodziny, rozczarowaniami, kiedy nie było komu zasiąść z nami do stołu, jeśli mieliśmy to szczęście go posiadać. Albo samotne święta z butelką, święta w więzieniu czy zakładzie dla bezdomnych. Święta spędzone na ulicy, gdy przez radosne, jasne okna podglądaliśmy życie innych. Prawda, że wielu to zna?

Jeśli gruntownie pracujemy nad programem zdrowienia, jak na dłoni widzimy, jaki bezcenny dar otrzymaliśmy we Wspólnocie AA. To przebudzenie duchowe w rezultacie Kroków. Ale pamiętajmy, żyjemy w społeczeństwie, gdzie największe przygotowania do zbliżających się świąt odbywają się przy gorączkowym brzęczeniu kasy, kiedy lista zakupów niepokojąco się wydłuża. Materializm porwał to, co w świętach najważniejsze – ich sens i ducha. Nie dajmy się zwariować. Słowniki pod hasłem „materializm” podają: „zainteresowanie i pragnienie pieniędzy, posiadania itd., bardziej niż wartości duchowych, etycznych.” Ale dla nas, osób skłonnych do uzależnień, pragnienie, by przez posiadanie czuć się lepiej, jest oczywistą pułapką. Wyjaśnienie duchowego sensu świąt znajdziemy na stronie 72 w Wielkiej Księdze: „Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić.” Nadchodzący, długi czas świąt może dla wielu być trudny, szczególnie dla tych we wczesnym okresie zdrowienia, kiedy jeszcze pracujemy na wybaczenie rodziny. Pamiętajmy, że samotny dzień świąt w pustych ścianach, tylko z telewizorem do towarzystwa (jeśli jest jeszcze), może być niebezpieczną perspektywą dla świeżo wysuszonego alkoholika. Rada, by wtedy wywalić z siebie cały żal, przestaje być skuteczna. Jednak dla większości z nas, trzeźwych, praktykowanie prawdziwego ducha świąt, może być proste. Przez długie, świąteczne dni możemy trzymać otwarte drzwi naszego mityngu, albo w te dni zaprosić przyjaciół, którzy z jakichś powodów, też będą w domu sami. Przez wykonanie telefonu i podzielenie się swoimi obawami z pierwszych trzeźwych świąt dodajemy otuchy nowemu przyjacielowi, pokazując, że każdy dzień można przeżyć. Że ten świąteczny dzień, jak każdy inny, ma tylko 24 godziny. Inaczej mówiąc, prawdziwego ducha świąt znajdziemy nie tyle zasiadając przy uginającym się stole (często stole mityngu), ale wyciągając rękę miłości. Otrzymujemy, dając siebie.

Koniec roku to zwykle okres podsumowań i wspomnień. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. To szczególny czas, nastrój, refleksje. Przypominam sobie, jak wyglądały moje Święta w pijanym życiu. Bywało, że pierwszym wspomnieniem były igły opadające z choinki. Okazywało się wtedy, że jest przełom stycznia i lutego, a ja będę musiał odłożyć świąteczne plany do następnego razu. Bywało też, że udało mi się przerwać picie na święta. To była chyba taka forma prezentu pod choinkę. Ale jak tu poczuć świąteczną atmosferę, kiedy wszystko we mnie dygotało, a jedyna myśl, jaka przychodziła do głowy, to szybko wypić jakieś „lekarstwo”.

Przyszedł czas, gdy wszystko się zmieniło, również święta. Ten czas to czas AA. W nowym życiu, które dostałem od Wspólnoty, dostałem również nowe święta. Już same przygotowania to wielka frajda, a ja wreszcie mogę i chcę brać w nich udział. Siadamy do wigilijnego stołu jako rodzina, którą wszystko łączy, a przestała dzielić flaszka. Pamiętam każdą chwilę i czuję świąteczną atmosferę. W ubiegłym roku znalazłem czas, aby pójść na mityng. Był to drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, a mityng był ich wspaniałym zakończeniem i podsumowaniem. Poprowadzenie go sprawiło mi olbrzymią radość, mimo tremy. Czy można sobie wymarzyć lepsze święta?

 AA


Żyję i pozwalam żyć innym...”

Byłem już dorosłym, ukształtowanym człowiekiem. Nie piłem alkoholu. Mógł dla mnie nie istnieć. W tym czasie w moim życiu pojawiły się narkotyki, które doprowadziły mnie do tego, że musiałem opuścić rodzinne miasto. Uciekłem przed konsekwencjami. Założyłem w nowym miejscu zamieszkania rodzinę, urodziły się tam moje dzieci. Tam też poznałem smak i gorycz alkoholu.

Moja choroba alkoholowa rozwijała się przez około 20 lat. Czasami, pijąc z kumplami alkohol pod śmietnikiem, słuchałem opowieści o więzieniu, o tym, jak oni tam trafili i jak tam przebywali. Ja byłem ten lepszy – mnie takie sytuacje nie mogły spotkać, pochodziłem z dobrego domu, miałem już swoją rodzinę, pracę, samochody, mieszkanie, pieniądze. Uważałem, że nigdy do więzienia nie trafię. Stało się jednak inaczej. Nie wiem, jakim cudem okazało się, że widmo kryminału zaczęło się nade mną pojawiać coraz częściej. Najpierw zaprzedałem duszę koledze; manipulował mną, wiedząc, że za alkohol zrobię wszystko. Namawiał do zakupu na raty różnych towarów. Kolega znikał z towarami, a ja pozostawałem z alkoholem i długami.

Żona nie godziła się na taki stan rzeczy i zaczęło się w domu piekło: wizyty policji, lądowałem na izbie wytrzeźwień, ponieważ ta „niedobra żona”, zgłaszała powroty męża i ojca w stanie upojenia. Żona chciała zgłosić mnie na przymusowe leczenie. Lecz ja byłem sprytniejszy – uciekłem jej na odwyk – „sam, z własnej woli”. Przed rozpoczęciem terapii, musiałem jednak pójść na mityng. I tak trafiłem do Wspólnoty AA. Nie uwierzyłem jednak Wspólnocie, że można żyć bez alkoholu i piłem dalej… Tak naprawdę ja wtedy nie chciałem przestać pić, to była tylko manipulacja.

Żyłem na krawędzi prawa, aż miara się przebrała. Dostałem wyrok w zawieszeniu. Ponieważ nadal piłem i wchodziłem w konflikty z rodziną i z prawem, wyrok został odwieszony i trafiłem na rok do więzienia. Odsiedziałem cały wyrok i chciałem wrócić prosto do domu (6 przystanków autobusowych), ale musiałem się nagrodzić. Po roku przymusowej abstynencji, pragnąłem damskiego towarzystwa i napić się piwa. Na jednym piwie się nie skończyło… Żona zobaczyła mnie siedzącego w pubie w towarzystwie dam, gdy ona wracała z pracy do domu z dziećmi. Ja przyszedłem do domu pijany i obrażony – dlaczego taka dla mnie niedobra, niewyrozumiała? Przecież ja jestem ojcem jej dzieci, nie było mnie tak długo, a ona mnie wita awanturą. Nie kocha mnie! Jak śmie? Przecież wraca „pan i władca”!

Przez kolejne lata picie było moim głównym zajęciem. Nic się nie liczyło. To była degrengolada – wszystkie wartości, które wyniosłem z domu, przestały się liczyć. Był tylko mój alkohol, moje nieszczęście: nikt mnie nie kocha, nie przytula, jestem sam, samotny i znienawidzony. Ja, taki ideał, geniusz, zaradny i dusza towarzystwa, uwielbiany przez rodzinę i przyjaciół, sąsiadów zostałem na marginesie ich życia. Wszyscy zaczęli obchodzić mnie szerokim łukiem, wstydzili się mnie. Ja swój wstyd i poniżenie topiłem w alkoholu. Taki zły i spodlony trafiłem kolejny raz do więzienia. Tym razem trochę dalej niż 6 przystanków – do Tarnowa-Mościc. Dziś wiem - całe szczęście, że tam trafiłem. To mi uratowało życie. Tam po raz kolejny zetknąłem się ze Wspólnotą AA.

Ponieważ ze mnie dobry kombinator, wymyśliłem sobie, że będę „dobrym więźniem i aowcem”. Brałem czynny udział w mityngach organizowanych na terenie Zakładu Karnego. Przychodzili przyjaciele z wolności, którzy opowiadali o swojej drodze do trzeźwości. Jednym uchem mi te informacje wchodziły, drugim wychodziły. Po latach okazało się, że nie wszystko wychodziło. Część zostawała. Zapamiętałem ich twarze, imiona. Kolejnym krokiem ku mojej wolności, było wychodzenie na mityngi na miasto. Dziwiłem się bardzo, gdy te same osoby spotykałem na mityngach wolnościowych: ale co tam, to małe miasto. Nie trudno spotkać znajomych…

Po wyjściu na warunkowe zwolnienie, wróciłem do swojego miasta rodzinnego, omijając szerokim łukiem miasto „mojego upadku”. Zostawiłem w nim „tą złą” żonę i dzieci, dalszą rodzinę, tę która mnie nie kochała. Myślałem, że przestanę pić. Niestety, choroba upominała się o mnie. Pracowałem, chciałem być porządnym obywatelem i jak najszybciej odrobić straty. Chciałem jak najszybciej stanąć mocno na nogach. Ale piłem. Kuratorka mnie kontrolowała, a ja wciąż… piłem. Nie spełniałem wymogów warunkowego zwolnienia, znów pojawiło się widmo powrotu do więzienia. Jedynym wyjściem dla mnie było pójście na zamknięty odwyk.

Dalej nie dopuszczałem myśli, że życie bez alkoholu jest możliwe. Dla mnie było ono nieosiągalne. Na terapii pokazano mi, że jestem chory, i że jest szansa na zatrzymanie tej choroby. Zaświtała mi myśl: może jednak zacząć żyć bez alkoholu? Kolejny raz trafiłem do Wspólnoty AA. Zacząłem słuchać innych, znalazłem swoją grupę macierzystą. Tam „dostałem kopniaka” do służenia Wspólnocie. Zacząłem stosować to, o czym mówią ci, którzy dziś nie piją. Dzięki Programowi AA poczułem wdzięczność do mojej byłej „złej” żony, do tych, którzy powodowali wszystkie moje „nieszczęścia”. Dziś tolerancja pozwala mi na podtrzymywanie poprawnych, lepszych niż kiedyś stosunków z matką moich dzieci. Z dziećmi mogę kontaktować się w każdej chwili. Zaczynają mi ufać i traktują mnie jak wyrozumiałego ojca-przyjaciela. Staram się im nie narzucać swojego stylu myślenia, pozwalam żyć własnym życiem, chociaż nie zawsze mam na to zgodę.

Poprzez te wszystkie lata mojego bycia we Wspólnocie, podejmowania służb, spotykam tych przyjaciół, o których wspominałem wcześniej i których spotykałem w „tym małym mieście”. Stał się cud: spotykam ich również w innych miastach, przy okazji różnych wydarzeń w AA. Wspólnota jest wielka, lecz nie gubimy się w niej. Jesteśmy razem.

Dario Alkoholik

Warszawa, listopad 2013 r.


KROK DWUNASTY


Kiedy dawniej mowa była o Kroku Dwunastym, było to dla mnie równoznaczne z opowiadaniem życio- lub piciorysów. W mojej pamięci wszystkie te historie – także i te mówione podczas mityngów informacyjnych – kończyły się najczęściej następującą wypowiedzią: „... potem przyszedłem do AA i mogłem przestać pić.” To jednak, co naprawdę się działo oraz, co rozumiano pod pojęciem posłannictwa AA, dotarło do mnie o wiele później.

Wtedy to z całą świadomością zdałem sobie sprawę z tej części Kroku Dwunastego, która mówi: „Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków...” No właśnie, nie przez opowiadanie piciorysów, nie poprzez zachowywanie jakiejś szczególnej diety, ale dzięki poprzedzającym jedenastu Krokom, „poprzednicy” nasi przeżyli przebudzenie duchowe, a radosne to przesłanie zapisali w Kroku Dwunastym.

Kilku „starych” uczestników miało w sobie coś szczególnego, promieniowali – tak bardziej od wewnątrz – czymś, czego nie potrafiłem jednoznacznie nazwać, być może pokorą, mądrością, pogodą ducha. Koniecznie też chciałem „to” mieć. Dzisiaj jest dla mnie jasne, że bez pracy nie ma kołaczy! Nie jest to jednak jednoznaczne z tym, że teraz muszę być szczególnie pracowitym, muszę wciąż mówić o Programie i muszę pracować tylko w Programie.

Nagle zdaję sobie właśnie sprawę z tego: muszę, muszę, muszę....; To brzmi dla mnie tak, jakbym wciąż jeszcze był niewolnikiem uzależnionym od czegoś lub kogoś, – co lub kto decyduje o moim postępowaniu. A może nieświadomie określa to mój stosunek do Kroków? Jakie właściwe jest moje nastawienie? Czy widzę je, jako pomoc, jako zalecenia, dzięki którym mogę na nowo, sensownie i odpowiedzialnie ukształtować swe życie? Czy też, jako program obowiązkowy należący do AA. Wyraźnie zaznaczona uwaga, że Kroki są jedynie zaleceniami, na całą szerokość otwarła przede mną tylną furtkę. Przecież Kroki nie są wcale prawami czy ustawami aowskimi, które muszę stosować – to tylko zalecenia. Takie nastawienie jednak też nie dawało mi zadowolenia. W zasadzie, to chciałbym być taki, jak owi wspomniani już wcześniej starsi uczestnicy i umieć wypromieniowywać pogodę ducha we wszystkich sytuacjach życiowych.

Jak to często zdarza się w AA, wszystko zaczęło się u mnie od gotowości wyrzucenia za burtę starych doświadczeń i przyjęcia w ich miejsce nowych zaleceń, stosowania tych zaleceń w życiu codziennym oraz okazania swej gotowości i zgody na zmienianie. Praktycznie zaczęło się to już w chwili, kiedy zamiast mówienia: „ja muszę” lub „nie wolno mi, nie mogę” – zacząłem myśleć i mówić: „ja chcę...” albo „decyduję się na to lub tamto...” Taka zmiana w formułowaniu wniosła wielką zmianę w moje uczucia i moją świadomość. Nie czułem się już teraz skazanym na pasywność i sterowanym przez kogoś lub coś z zewnątrz. Mogłem odtąd stać się aktywnym i samemu zacząć coś od nowa kształtować.

Przedtem jedynie skapitulowałem bez jakichkolwiek warunków (a może zostałem „skapitulowany”?). Kiedy jednak uświadomiłem sobie: „stary, twoja ponadziemska pozytywna siła odpuściła ci twoje uzależnione, nałogowe picie alkoholu i w dalszym ciągu oferuje ci swoją pomoc” (Krok Drugi) – zacząłem szukać tej Siły Wyższej. Nazwa tej siły: „JA JESTEM!” – nadal jest dla mnie jak najbardziej ważną obietnicą. Jeżeli udaje mi się z pełnym zaufaniem JEMU przekazać przewodnictwo, wówczas ze mną i we mnie coś się dzieje; niektórzy nazywają to pokorą. Wówczas zaczynam działać, staję się aktywnym w pracy nad swoją inwenturą, a także w dalszych Krokach.

W ten sposób, z biegiem czasu udało mi się dostrzec i przyjąć Kroki jako osobistą pomoc w orientacji; zalecenia, które – jeśli je stosuję – towarzyszą mi na mojej drodze ku trzeźwości. Ale jak zaznaczyłem, jeśli je stosuję, a nie czepiam się rozumowo „litery”; jeżeli szukam „ducha” i pozwolę mu działać.

Ponieważ tylko to, co dobrowolnie oddaję, co jak miłość w cudowny sposób mnoży się przez dzielenie, mogę naprawdę otrzymywać i zatrzymać. Staram się przekazywać moje pozytywne doświadczenia z Programem AA czy to podczas mityngu innym uczestnikom, czy też przyjaciołom, albo w ogóle ludziom, którzy chcą to przyjąć. Wraz z Programem AA oraz zawartą w nim siłą duchową, my alkoholicy należymy do wygrywających, do zwycięzców. Program AA jest do dyspozycji wszystkich, którzy chcą go przyjąć.

Dzisiaj już wiem, że Anonimowym Alkoholikiem nie mogę być jedynie podczas mityngu.


AA stało się moim nastawieniem życiowym. Oczywiście, na pewno nie zawsze potrafię obchodzić się z tym w pełni doskonale, ale moim zdaniem wcale nie o to chodzi. Chodzi przede wszystkim o moją gotowość przejścia całej drogi, przy czym Program jest w tym przypadku moim kierunkowskazem, według którego zawsze mogę się orientować.

D.

alkoholik


Warsztaty X, XI i XII Tradycji AA w PIK – 09.11.2013


W drugą sobotę listopada zakończył się organizowany w PIK-u przez intergrupy naszego regionu, tegoroczny cykl warsztatów poświęconych 12 Tradycjom AA.

W spokojnej, kameralnej atmosferze przebiegał ostatni warsztat poświęcony X, XI i XII Tradycji AA. Przy wygaszonych światłach słuchaliśmy zarejestrowanego w 1969 roku na taśmie filmowej mityngu AA, na którym Bill W., otoczony garstką uczestników przypomniał, że na formułowanie 12 Tradycji AA miało niezaprzeczalny wpływ „ego” założycieli Wspólnoty. Stąd, większość tradycji wbrew indywidualnym, sekretnym celom Billa W. została tak sformułowana, aby skutecznie chronić w przyszłości nasze wspólne dobro.

Bill W. mówił na wspomnianym mityngu, że dzięki X Tradycji Wspólnota AA jest wyjątkowa w społeczeństwie i wśród narodów tym, że pozostaje, jako ruch absolutnie neutralna w sprawach ogólnoświatowych i problemów naszego społeczeństwa. Stałoby się to źródłem olbrzymich kłopotów, gdyby kiedykolwiek Wspólnota wdała się w dyskusję.

Bill W. potwierdził wielką ochronną wartość anonimowości, która skutecznie zapobiega chwytaniu za mikrofon lub pokazaniu swej twarzy przed kamerą telewizyjną. W XI Tradycji zawsze istnieje cienka linia między przyciąganiem a reklamowaniem; to zawsze jest sprawa interpretacji na zdrowy rozsądek. Trzeba uniknąć sytuacji ekstremalnych, gdy przyciąganie będzie oznaczać „nicnierobienie”, a reklamowanie będzie polegać na jeżdżeniu po ulicach od świtu do zmroku samochodów z aparaturą nagłaśniającą, reklamujących AA. To pierwsze rozwiązanie doprowadziłoby do rozpadu Wspólnoty, drugie zaś do jej ruiny finansowej.

Omawiając XII Tradycję Bill W. powiedział, że mieści ona w sobie wszystkie tradycje. Wszystkie mają w sobie elementy wyrzeczenia się i poświęcenia się albo przez grupę albo przez poszczególnych członków AA – wspólne dobro, uznanie przez służebnych sumienia grupy, jako swego przewodnika, odrzucenie własnych ambicji, nie przyjmowanie pieniędzy z zewnątrz, postępowanie zgodnie z Tradycjami mając na uwadze, że dobre może być wrogiem lepszego, rezygnowanie z zasług i pomników w podzięce za pracę we Wspólnocie, itp. Bill W. dodał, że sedno Tradycji pozostało po blisko 25 latach takie samo, jak to, które zostało oryginalnie zapisane w 1945 roku.

Temu wszystkiemu przysłuchiwałem się wraz z pozostałą dziesiątką po to, by przez blisko trzy godziny dzielić się rozumieniem trzech omawianych Tradycji, ich znaczeniem dla mnie, jako członka Wspólnoty, sprawującego w niej służby oraz stosowaniem tradycji w moim codziennym życiu.

Bardzo sobie cenię to, że Wspólnota nie zajmuje stanowiska w sprawach jej niedotyczących, a jeszcze bardziej to, że w sprawach wewnętrznych Wspólnoty decyzje zapadające w takich gremiach jak konferencja służby krajowej lub konferencja służb regionalnych lub ich „oficjalne stanowiska” mają wyłącznie charakter sugestii dla grupy, jako najważniejszego poziomu struktury Wspólnoty. Jako służebny wsłuchuję się w głos sumienia grupy lub Inter grupy. Mam anioła stróża, który zawsze mi o tym przypomina, kiedy tylko próbuję samemu o czymś zadecydować. Sumienie moje stało się zatem tożsame z sumieniem Inter grupy.

Byłem kiedyś zagorzałem dyskutantem w sprawach politycznych, ekonomii, wiary, wielu innych. Wchodziłem w zażarte polemiki, które kończyły się rozbujaniem emocji do granic złości i gniewu, przekraczaniem tolerancji i odbieraniem dyskutantom prawa do własnego zdania. Gdy opuszczałem w 2002 roku OTU zapamiętałem wiszącą tam na ścianie maksymę „Albo chcesz mieć rację, albo trzeźwieć”. Wybrałem to drugie, nie tylko dla własnego dobra, dla dobra drugiego człowieka również, ale przede wszystkim dla naszego wspólnego dobra. Dla mojego zdrowienia polemiki, spory i swary są zabójcze. Nie wchodzę w nie. Przekazuję swoje zdanie i nie nakłaniam na siłę do jego przyjęcia. Często przyjmuję zdanie innych, bo okazało się, że w okresie mojego zdrowienia wokół mnie ludzi, mądrzejszych ode mnie, pojawiło się w obfitości. Gdzie oni byli poprzednio?

Kiedy przed dwudziestoma laty jak każdy niepoprawny neofita tak się zachłysnąłem Wspólnotą, że chciałem widzieć w telewizorze moich przyjaciół ze Wspólnoty koniecznie z pisemną informacją w dole ekranu, że są oni AA. To była moja interpretacja XI Tradycji; zresztą własne interpretacje stosowałem również do wszystkich 12 Kroków, co mi nie pozwoliło zrozumieć przez przeszło osiem lat bytności we Wspólnocie istoty programu AA, a w szczególności zaakceptować bezsilności wobec alkoholu.

Dzisiaj, kiedy spotykam się na mityngach informacyjnych ze studentami i profesjonalistami, kiedy mówię im, co AA dobrego dała mi i czego, na własne życzenie, przez te pierwsze lata niewiele dobrego od Wspólnoty wziąłem, zawsze podkreślam, że Program 12 Kroków jest sugerowanym programem zdrowienia, nie jedynym, nie najlepszym, że są również inne opcje i możliwości zdrowienia. Ale ja, Paweł alkoholik, Program AA ostatecznie zaakceptowałem, stosuję jego zasady w wielu moich poczynaniach i jako spiker na mityngach informacyjnych jestem namacalnym dowodem, że mi on dobrze służy. Nie ciągnę na siłę na mityngi nadal cierpiących alkoholików, których spotykam na detoksie i na spotkaniach przy izbie wytrzeźwień, ale swoimi wypowiedziami o AA wskazuję im na szanse wyjścia z tego alkoholowego labiryntu. Coraz częściej potrafię też mówić przyjaciołom i znajomym o swojej chorobie alkoholowej, o tym, że przepiłem pierwsze małżeństwo i o tym, że przynależność do AA i praca w służbach wspólnoty pozwala mi wracać do normalnego życia.

Jeszcze jedna kwestia dotycząca anonimowości. Bywała we mnie pokusa, na szczęście nigdy niezrealizowana, powiedzenia przynajmniej najbliższym, kto z pierwszych stron gazet uczestniczy w mityngach AA. Jak niedaleko jest od złamania zapewniającej alkoholikowi poczucie bezpieczeństwa anonimowości do plotkowania i oceniania, a już nie daj Boże, stawiania siebie w lepszym świetle; o tym zawsze winienem pamiętać.

Anonimowość jest dla mnie ważną nauką pokory. Służba w AA też jest dla mnie nauką pokory. Nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy spotykam się z alkoholikami na Kolskiej, kiedy opowiadam im o sobie i AA, robię to z pokorą, wielką przyjemnością i miłością. Sam przecież byłem kiedyś po drugiej stronie i drugi alkoholik mi pomógł przejść na stronę zdrowiejących. Im też warto pomagać.

Usłyszałem podczas warsztatów wiele głosów tożsamych lub podobnych do moich odczuć i wypowiedzi.

„Tak chciałoby się poplotkować” – usłyszałem od kogoś. „Nie mam powodu, by się wstydzić, że jestem w AA” – powiedział ktoś inny.

Sam z wieloma głosami też się utożsamiałem: „ja sam decyduję, komu i kiedy mówię, że jestem alkoholikiem”, „występuję w imieniu AA, kiedy niosę posłanie w formie ulotek do szpitali i policji”, że przytoczę tylko te dwa głosy.


Paweł AA

10.11.2013


MOJA GRUPA

Żeby każdy nowicjusz znalazł tu zrozumienie, pomocną dłoń i kogoś, kto zechce go wysłuchać

Grupę macierzystą znalazłem na swym drugim mityngu, choć wtedy wcale tak nie myślałem. W moim mieście było kilka grup i pięć mityngów w tygodniu. A ta miała spotkania w niedziele. Było to dla mnie ważne, bo w tygodniu pracowałem poza miejscem zamieszkania. W niedziele mogłem tam bywać regularnie, wśród tych ludzi poczułem się dobrze i bezpiecznie.Nie było nas wielu od 5do10 osób, choć uważałem, że to liczny mityng. Na grupie był prowadzący, herbatkowy, skarbnik, rolę rzecznika pełnił założyciel grupy, służby kolportera i mandatariusza nie było.

Grupa żyła własnym życiem, po pewnym czasie zaczęliśmy rozmawiać na temat służb, nowych wyborów, ja nie bardzo wiedziałem, o czym mówią pozostali, ale czułem, że biorę udział w czymś ważnym. Po kolejnych wyborach doszły nowe służby: kolportera i mandatariusza. Czując więź z grupą włączyłem się w jej działania poprzez służbę. W ten sposób mogłem wyrazić wdzięczność Wspólnocie, zniknęło poczucie bezużyteczności. Znalazłem sponsora, zacząłem realizować Program. Pojawiła się pogoda ducha. Poprzedni służebni zostali, by dzielić się swoim doświadczeniem. Rozpoczęliśmy trudny okres dojrzewania. Zmieniła się nieco forma mityngu, coraz częściej tematy i wypowiedzi dotyczyły Kroków i Tradycji a nie, jak wcześniej, tylko smutki i radości.

Mandatariusz przywoził wieści z intergrupy, skarbnik rozliczał pieniądze z kapelusza, literatura AA była dostępna na naszych spotkaniach. Któregoś razu ktoś zaproponował, by w lokalnej prasie dać informacje o działaniach naszej grupy. Ileż było burzliwej dyskusji na temat takiego działania, czy jest to zgodne z Tradycjami AA. W końcu w gazecie ukazała się informacja o nas. Zaczęliśmy dostarczać ulotki do miejscowej poradni odwykowej oraz aptek. Osoby z grupy regularnie uczestniczyły w dyżurach telefonicznych, w nowo otwartym regionalnym PIK-u. Zaczęło nas przybywać.

Minęło kilka lat, nasze szeregi podwoiły się, ludzie przychodzą, niektórzy zostają, inni odchodzą. Zadowalającym faktem jest to, że pojawiają się ludzie dwudziestokilkuletni, choć i tych w średnim wieku nie brakuje. W naszej grupie nastąpiło wiele pozytywnych zmian, choć pewne rzeczy pozostają. Staramy się dbać o to, żeby każdy nowicjusz znalazł tu zrozumienie, pomocną dłoń i kogoś, kto zechce go wysłuchać. Czyli to, co ja otrzymałem kilkanaście lat temu.

Pogody ducha na każdy dzień

– Robert