MITYNG 01/199/2014

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


MOJA DROGA DO WOLNOŚCI

Moja droga do wolności była i jest nadal drogą krętą i zawiłą. Tak naprawdę nie wiem, czy będę kiedykolwiek wolny. Oczywiście uwolniłem się od obsesji picia przy pomocy terapeutów, programu AA i wielu ludzi życzliwych i „nieżyczliwych”, których kiedyś chciałem „wieszać i mordować”, a dziś są moimi przyjaciółmi i wybawcami. Pod presją byłej żony, matki, rodziny, kuratorki i widma powrotu za kraty, zacząłem drogę ku trzeźwości i dzięki ich naciskowi dziś nie piję. Dzięki temu, że dziś nie piję staram się zmieniać i uwalniać od koszmarów przeszłości. Mam na myśli to, że dzisiaj pomału wracają do mnie wartości, które były we mnie dzięki wychowaniu rodziców. Ceniłem je, moje życie było wartościowym. Odpowiedzialność, sumienność, wrażliwość na ludzką krzywdę to cechy,które otrzymałem od rodziców i takim człowiekiem byłem zanim alkoholem zacząłem je niszczyć. Wszystkie dobre cechy mojego charakteru powoli znikały rozpuszczone w butelce. One nigdy do końca ze mnie nie wyparowały. Były pozakrywane moimi maskami twardziela, super-męża, super-ojca, super-pracownika… mistrza świata we wszystkich dziedzinach życia. Trwało to do momentu, kiedy tak naprawdę już mi było źle samemu ze sobą. Te wszystkie moje„kokony” dusiły mnie i zabijały – nie chciałem już tak żyć. Nie wiedziałem, że to sprawia alkohol. Dziś wiem, że jestem stuprocentowym alkoholikiem. Wiem też, jak to się stało, że nim zostałem. Nie doszukuję się, dlaczego właśnie ja zachorowałem, stałem się czarną owcą rodziny. Już nie mam pretensji do całego świata, że ludzie pokazywali mnie palcami. Dziś jestem dumny i szczęśliwy, że dostałem łaskę trzeźwienia, że mogę zrzucać po kolei wszystkie maski i kokony. To nie jest łatwe i bezbolesne. Piecze i szczypie, czasami wkurza, denerwuje, wścieka. Wieczorem, gdy podsumowuję dzień, robię bilans dnia uśmiecham się pod nosem i czuję zadowolenie, radość, dumę, że przeżyłem dzień fajnie, na trzeźwo mimo często niemiłych sytuacji i kłopotów, bo któż ich nie ma. Kiedyś najlepszym stanowiskiem pracy dla mnie, to było stanowisko prezesa. To ja musiałem podejmować decyzje, to ja miałem zawsze rację. Zresztą to JA robiłem wszystko najlepiej. Nie liczyłem się z niczyim zdaniem. Bilans zawsze był taki, że dostawałem po uszach i musiałem zmieniać pracę, bo nikt nie chciał ze mną pracować. Okazało się, że jest to dla mnie bardzo niebezpieczne, nie chciałem się również i z tym godzić, ale się poddałem. Dziś mam satysfakcję z pracy, która jest bardzo skromna. Dla mnie jest ważna, bo pozwala mi dostrzec swoje zakryte uczucia i docenić drugiego człowieka. Już nie jestem mistrzem świata we wszystkich dziedzinach. To służba w AA pozwala mi odnaleźć się między ludźmi i odróżniać „jedno od drugiego” dobro od zła. Okazało się, że kiedy pozrzucałem maski i staję się takim, jakim byłem kiedyś, zanim alkohol zniszczył mnie od środka. Dziś wokół mnie jest coraz więcej ludzi (w AA i poza) szczerze mi przychylnych, życzliwych i czerpię od nich pełnymi garściami te wszystkie doświadczenia AA. One mi pozwalają normalnie funkcjonować w pracy, w rodzinie, wśród ludzi. Już nie pędzę do przodu, poddaję się Sile Wyższej. Staram się dziś wyciągać wnioski z tego, co usłyszę. Nie podejmuję pochopnych decyzji, zawsze staram się kogoś mądrzejszego od siebie poradzić, wysłuchać jego sugestii. Umiem prosić o pomoc. Gdy chcę działać po staremu, po swojemu to znowu okazuje się, że mam pod górkę. Łatwiej mi się żyje, gdy poddaję się, nie walczę. Ta walka była też moim więzieniem. Gdy chciałem coś na siłę zrobić, to okazywało się, że nie było szansy na to, by mi wyszło. Gdy nie godziłem się na taki stan rzeczy, piłem. To było błędne koło, moje więzienie. Dziś się uwalniam – czytam literaturę AA, chodzę na mityngi, służę Wspólnocie, jak najlepiej potrafię. Piszę o tym i mówię, co czuję. Nie boję się wyrażać swoich uczuć. Jest to bardzo miłe, sprawia mi prawdziwą przyjemność. Zmieniam się. Staję się wolnym człowiekiem. Taka jest moja droga do wolności.

Dario AA,

Warszawa, grudzień 2013 r 

WOLNOŚĆ PRZEZ AKCEPTACJĘ

Dopiero, kiedy wyzdrowieje moje „ego”... W okresie mego dzieciństwa oraz młodości byłem zamknięty w sobie – nie byłem wolny. Nie posiadałem wolności aby móc rozważyć swe uczucia, nie posiadałem też w ogóle gotowości ku temu, by móc je okazać. Nie mogłem i nie chciałem być uważanym za słabeusza. Niesamowicie rozwijało się moje „ego”. Próbowałem znaleźć jakieś inne drogi do tego, by zwrócić na siebie uwagę. Raz stawałem się klaunem – innym znów razem typem stojącym ponad wszystkim i wszystkimi. Przez cały czas jednak poszukiwałem drogi do tego, by stać się takim, jak np. moi ówcześni koledzy. Niestety, nigdy nie udało mi się tego osiągnąć. Walczyłem z wizją i zostałem pokonany. W moje życie wkroczył alkohol. Środek, który – tak uważałem i odczuwałem – nareszcie dał mi to, co rozumiałem pod pojęciem wolności. Moje życie zaczęło się toczyć lepiej i prędzej. Wiele rzeczy utraciło swoją ważność – a w zamian za to, niektóre, jak np. przebywanie w miejscach wyszynku alkoholu, stało się niezwykle ważnymi. Dopiero w tych miejscach zaczynało się życie, tam, jak uważałem, mogłem się dopiero „wyżyć”. Za jednym zamachem przestałem być słabeuszem, a stałem się wielkim. Alkohol okazał się mocniejszy. Starzałem się razem z alkoholem, lecz nawet nie zauważyłem tego, jak bardzo miał mnie on w ręku, jak krok po kroku zabierał mi tę odrobinę wolności, którą posiadałem przed moim piciem. Krzyki ostrzegawcze mojej rodziny, ostrzeżenia przyjaciół i znajomych rozwiewały się na wietrze. Zawsze potrafiłem znaleźć odpowiednie argumenty usprawiedliwiające moje nadmierne picie. Niestety, alkohol okazał się silniejszy – i dla mnie nadszedł czas, kiedy nie potrafiłem już ukryć swojej bezsilności wobec niego. Moja obrona stawała się coraz słabsza – zbliżałem się do końca. Utraciłem już wszystko – ale przede wszystkim siebie. Moja kapitulacja – prawdziwy cud Dzisiaj jednego jestem pewny: nie ma Boga karzącego – jest tylko Bóg, który zawsze daje ci szansę na odnalezienie samego siebie. Całe trudy terapii oraz rady lekarzy udzielane mi podczas moich odtruć nie były w stanie oderwać mnie od alkoholu. Doznałem jednak łaski znalezienia drogi do AA i tak – jak to w naszej książce „Tylko dzisiaj” pod datą 1 stycznia napisano – dokonał się cud. Od tego dnia, kiedy poznałem AA nie musiałem już pić. poddanie mojej walki, akceptacja swojej choroby, kapitulacja – to była decyzja, która otwarła mi bramę do mojego dzisiejszego życia. Ale akceptacja samego siebie takim, jakim jestem, uznanie swoich ograniczeń oraz poproszenie o udzielenie pomocy nie były wcale tak prostą sprawą. Przysłuchiwałem się innym Uczestnikom, porównywałem swoje życie uczuciowe z ich wypowiedziami. Coś u nich było inaczej niż u mnie. Nie piłem już, a mimo to byłem ciągle niezadowolony, krnąbrny, narowisty i kapryśny. Ale podczas jednego z mityngów i u mnie zabrzmiał dzwonek. Z ust pewnego Uczestnika – którego nie za bardzo lubiłem – padła odpowiedź na moje problemy. mówił o swoim fałszywym „ego”, o swoim uczuciu bycia – mimo wszystko – trochę lepszym od innych. Był niezadowolony i kapryśny – zupełnie tak jak ja. Modlił się i prosił swoją Siłę Wyższą o uwolnienie go od tych błędów. Odnalazł swój spokój, a mnie wskazał drogę ku lepszemu życiu. Najpierw wyzdrowieć musiało moje „ego”, potem byłem już w stanie akceptować nawet ludzi mających inne zdanie i inne uczucia niż ja. Dzisiaj bardzo chętnie słucham wypowiedzi tego Uczestnika i bardzo go lubię! Dzisiaj także jeszcze proszę o pomoc, ale moje prośby stały się inne. Dzisiaj słyszę też to, co mówią inni, nie będą samemu już przy składaniu odpowiedzi. Dzisiaj mam czas na to by zaczekać, a odpowiedź na moje pytania i prośby otrzymuję wówczas, kiedy ich potrzebuję – tak jak wówczas podczas mityngu. Myślę także jeszcze o słowach pewnej Uczestniczki. Powiedziała mi kiedyś: „Dieter, kiedy znajdziesz się w kłopotach, a w pobliżu nie będzie żadnego z przyjaciół, wówczas złóż ręce i módl się, gdyż w ten sposób nie będziesz miał wolnej ręki, by sięgnąć po kieliszek. Korzystam z tej możliwości jak najczęściej się tylko da, bo pijanym mogę być także bez picia alkoholu!

Jestem Dieter
alkoholik


DROGA DO WOLNOŚCI Z POMOCĄ 12 KROKÓW...

...wiodła przez niewolę, bo Program AA to program paradoksów. Jest przewrotny i dlatego trafił do mego zbuntowanego „ja”. Nie przyszedłem tu szukać wolności. Jak mówi stare, ale w okolicznym AA nieznane przysłowie: „zwlekałem z przyjściem do AA, bo obawiałem się, że mogłoby mi pomóc”. Inny uczestnik AA (nie lubię określenia „członek” nie z racji skojarzeń z anatomią, ale dlatego, że jak się przyłączyłem, to nie dali mi żadnej legitymacji, choć wcześnie w poszukiwaniu właśnie wolności zebrałem ich wiele), uświadomił mi to. Jego opowieść możecie znaleźć w książce „Uwierzyliśmy”. Od początku jej szukałem wszędzie, gdzie ją obiecywano. Pierwsza obiecała mi ją religia. W tej, którą odziedziczyłem po przodkach, nawet dosłownie sporo o niej się mówi – ale nie znalazłem potwierdzenia tego w czynach dorosłych współwyznawców i tych duchownych, których wtedy znałem. Kiedy zacząłem nieśmiało napomykać o swoich obserwacjach zahukano mnie, więc się zbuntowałem. Zwróciłem się w stronę nauki. Odrzuciłem ideę Boga podobnie, jak to opisuje „ojciec założyciel” w swojej historii w WK. Z pasją zająłem się poznawaniem praw przyrody i reguł pracy rozumu. Zyskałem sporą dozę wolności, ale efektem ubocznym była pogłębiająca się samotność. „Alkoholicy niemal bez wyjątku, znają aż nadto dobrze udrękę osamotnienia. Jeszcze zanim zaczęliśmy się upijać i narażać ludziom, niemal każdego z nas męczyło uczucie, że tak naprawdę z nikim nic nas nie łączy”– zapewne znacie ten fragment „12x12”. Alkohol nie jest zły, wielu ludziom pomaga zbliżyć się do innych (sam na to nie wpadłem, przeczytałem w podstawowym tekście Wspólnoty), być równymi wśród równych, czyż nie to wypisują na sztandarach wszystkie rewolucje od tej największej, francuskiej poczynając? Próbowałem więc dołączyć do którejś z organizacji walczących o równość społeczną. I o sprawiedliwość, która jest do niej niezbędna. Potem w AA spotkałem pewnego weterana, który podzielił się lekcją, którą odebrał odsiadując jakiś wyrok w więzieniu. „Sprawiedliwość sprowadza się do tego, że jeśli jedną nogę masz, krótszą, to drugą masz o tyle samo dłuższą”. Wśród bojowników o wolność, równość i braterstwo też pija się alkohol, aby tak, jak wśród innych ludzi uzyskać namiastkę tego trzeciego. Przy tej okazji odkryłem, że alkohol daje subiektywne uczucie wolności absolutnej. Niestety wiedza o tym, co odkrył dr Silkworth nie jest powszechna. Ja też nie mogłem przypuszczać, że jestem nań uczulony.

Zapłaciłem za to straszliwą niewolą.
AA było więc tylko mniej uciążliwą niewolą. Zwłaszcza, że na początku usłyszałem, że „AA jest jak mafia, kto odchodzi ten ginie”. Wiadomo, jak mafia zapewnia wolność swoim członkom. Byłem więc w AA ze strachu – cóż to za wolność?! W owych czasach (dołączyłem gdzieś około 1988 roku już z roczną abstynencją) opowiadanie o smutkach i radościach zajmowało ¾, albo i całe spotkanie. Zamierzałem już odejść, ale zacząłem zaglądać do tekstów, a potem pojawił się Internet i odkryłem, że na spotkaniach za oceanem często można znaleźć wiszący na ścianach plakat ze słowami: „Think, think, think”, a to prawdziwe źródło wolności. Zacząłem je stosować i wtedy odkryłem aowską wolność.Zapewne odkryłbym ją wcześniej gdybym od razu przeczytał  Wielką Księgę, ale nikt nie wetknął mi jej do ręki. Ostatnio podczas studiowania WK księgi z podopiecznym doszliśmy do fragmentu zaczynającego się od słów: „Jeśli osiągniemy odpowiednie nastawienie duchowe...”. On zdziwił się, bo w dotychczasowych miejscach,w których szukał pomocy jak najbardziej i z całą powagą zalecano mu to, o czym ten fragment powątpiewa. Przypomniałem mu więc zdanie ze strony 54 kończące rozważania nad Trzecim KrokiemAlkohol był bowiem tylko symptomem naszej choroby”. Przypomniałem mu też fragment „Życia w trzeźwości”, który zaleca postawę wobec alkoholu taką, jak mamy wobec arszeniku – respekt, a nie lęk. Mój podopieczny jeszcze wzbogacił moje doświadczenie, bo zapytał „czy arszenik ma zapach?” Zdumiałem się, ale po namyśle zdałem sobie sprawę, że nie. A on na to: „aha, to niemożliwe jest napicie się alkoholu przez przypadek”. No chyba, że będę miał katar. Tak uzyskałem pierwszą wolność. Wolność
od lęku przed alkoholem. Potwierdza to pierwszy legat – łączy nas pragnienie życia w trzeźwości, a nie walka z bezwolną substancją i systemem jej dystrybucji. Zaś jedynym warunkiem przynależności jest pragnienie zaprzestania picia. Zatem choć, jak mówi inne również w okolicznym AA nieznane przysłowie, bardzo „pragnę by, gdy przyjdzie moja pora przenieść się na tamtą stronę to, co po mnie zostanie włożone do tej czarnej skrzynki, było trzeźwe w trupa”, może się zdarzyć, że się napiję, ale nawet pijany będę mógł przyjść na spotkanie AA. I ponieważ nie jestem zahukanym nowicjuszem, nie dam się wyrzucić dlatego, że jestem pod wpływem, jak to się często zdarza. Postąpię jak ten, co chciano go wyrzucić za ateizm (opowiada o tym WK) wskażę odpowiednie deklaracje, że mam prawo tu być bez względu na okoliczności. Zazwyczaj większość grup ma już jaką taką literaturę. Zatem mafia mi niepotrzebna. Jednakże choroba nie jest w substancji, tylko w moim umyśle i choć alkohol mnie nie zaatakuje, to ja mogę sobie przypomnieć jego dobre strony i sam do niego pójść. Lekarstwem, jakie na to zaleca Wspólnota jest praca z innym alkoholikiem. Słyszałem jednak, że nie ma w AA autorytetów prócz Boga. Niestety w praktyce wyglądało to tak, że większość uczestników szukała tych autorytetów poza Wspólnotą, a korespondencja, która dociera od służb niższych do mojej grupy bardziej przypomina instrukcje i okólniki niż sugestie i pytania o wskazówki. Wziąłem jednak do ręki reprint trzeciego składu pierwszego wydania angielskiego Wielkiej Księgi i popatrzyłem na Drugą Tradycję. Odczytałem ją dla siebie tak: „Ostatecznym autorytetem w kwestii naszego głównego celu jest miłujący Bóg”. Gdzie indziej przeczytałem, że w jej następstwie nikt nie może wpływać na to, jak pracuję indywidualnie z kandydatem do Wspólnoty. Zdaje się, że jest o tym mowa w broszurze z pytaniami i odpowiedziami na temat sponsorowania. Nikt nie może mi narzucić sposobu pracy z nowicjuszem, ani zabronić ponoszonych dla niego ofiar. Najwyżej przestanę przychodzić na grupę. Z którymś z moich podopiecznych, który zachowa trzeźwość, zaczniemy stanowić nową. Kiedyś, dawno temu usłyszałem piękną opowieść od jednego z weteranów, może nawet założycieli AA w naszym kraju. Na grupie, do której chodził, doszło do rozbieżności, chyba w związku z tym, że pojawiła się tam pierwsza kobieta. Ale Siła Wyższa podesłała mu doświadczonego uczestnika z kosmicznie długą trzeźwością w stosunku do weteranów tej grupy –Polaka mieszkającego za granicą. Kiedy opowiedział mu o swoich obawach, że grupa może się rozpaść, tamten zamiast podać mu sposoby na „ratowanie” grupy, potwierdził ten fakt. Tak bywa często, grupy upadają i jeśli taki proces się zacznie, nie można go powstrzymać.
- Łatwo ci mówić – powiedział weteran tamtemu.A gdzie ja będę chodził?. Najbliższa grupa jest 300, kolejna 600 km stąd!” Tamten wziął do ręki leżący na stole tekst Wielkiej Księgi (może była to kopia rękopiśmiennego pierwszego tłumaczenia śp. Karola z Oakland) i powiedział:
Weźmiesz tę książkę, pójdziesz do knajpy i postarasz się wypatrzyć pijaka, który choć pije, ma już dosyć picia i podzielisz się nowiną którą zawiera ta książka.
Tak uzyskałem wolność od samego AA. Przychodzę tu, by coś bezinteresownie dodać do wspólnego dobra. Nie jestem AA nic dłużny i ono nie jest mi nic dłużne. I krótko o ostatniej wolności. Jeśli czytacie te słowa to znaczy, że każde doświadczenie – tak jak doświadczenie Ebby’go T. – i takie jak moje,niepasujące do utartych schematów, jest w Naszej Wspólnocie ważne.

Alkoholik ZYX




BEZPIECZEŃSTWO EMOCJONALNE

Po trzech latach słuchania na mityngach tekstu „Jak to działa“ zorientowałam się, że drogi na skróty nie będzie również dla mnie. Dwa lata temu, kiedy po zapiciu wróciłam do wspólnoty, myślałam, że pójdzie mi łatwiej i szybciej niż innym. Sądziłam, że trochę pozmieniam, poprawię jakość życia, reszta zostanie po staremu. Wystarczy przecież tylko przestać pić. Z ulgą myślałam o tym, że nie jestem w stałym związku, nie mam dzieci, męża, rodziny. Nie będę musiała niczego z nikim negocjować. Wydawało mi się, że trzeźwienie pójdzie mi gładko i sprawnie. Cztery miesiące temu zorientowałam się, że nie trzeba mieć męża i dzieci,żeby mieć problem w relacjach z bliskimi. Przestało być miło i przyjemnie. Nie wyszła znajomość, na której mi zależało, chociaż była „nowa“, nie ze starego świata. Kontakty z siostrą, które wcześniej wydawały się całkiem w porządku, zaczęły się komplikować. Wieloletni przyjaciel, wiedząc, że jestem alkoholiczką, w ramach „prezentu“ urodzinowego podarował mi narkotyki. I tak dalej. Coś było nie tak i to właśnie w relacjach z bliskimi. Najpierw czułam bunt, ból i złość. Później przyszło rozumowe wytłumaczenie sytuacji, a wraz z nim próba akceptacji. Wiadomo, nikt nie będzie się do mnie dostosowywał. Każdy ma prawo żyć po swojemu. To ja mam dbać o siebie. Czasem warto próbować zmieniać, ale jeśli druga strona nie ma ochoty na zmiany, to powinnam umieć odpuszczać. Mimo sensownych tłumaczeń pozostał smutek, poczucie samotności i ogromna tęsknota za ludźmi,  z którymi kontakt urwał się lub rozluźnił. Z jednej strony pojawiało się poczucie winy, że zrezygnowałam z niektórych bliskich relacji,wątpliwości czy nie powinnam jeszcze czegoś zrobić, walczyć; z drugiej – strach przed samotnością, odrzuceniem. Trudno mi było się w tym odnaleźć. Czułam się słaba, było mi wstyd, że czuję się samotna. Nie rozumiałam, dlaczego te trudne emocje są tak intensywne i tak długo trwają. Skoro wiedziałam, skąd wynikały problemy w relacjach, skoro często sama z nich rezygnowałam,skąd brało się to straszne osamotnienie i tęsknota. Tkwiąc w apatii, smutku i zniechęceniu zdałam sobie sprawę, że wcześniej w takich chwilach zawsze piłam. Postanowiłam poszukać nowych sposobów na to jak zmniejszyć nieprzyjemne emocje. Sposobów było wiele – modliłam się, biegałam, często chodziłam na mityngi, brałam służby, pytałam innych alkoholików, jak radzili sobie w podobnych sytuacjach, pisałam. Wszystko to pomagało, ale nadal nie mogłam pozbyć się poczucia samotności i smutku. Mijały tygodnie i pojawiło się w końcu pytanie, po co trzeźwieje, po co te próby zmian, skoro czuje się źle. Siedząc na jednym z mityngów usłyszałam fragment z „12 Kroków i 12 Tradycji“ o budowaniu swojego bezpieczeństwa emocjonalnego kosztem innych ludzi. Coś we mnie drgnęło, coś się poruszyło. Zaczęłam sama siebie pytać, jak to jest ze mną tak naprawdę. Czy tęsknie tygodniami za kimś, bo tak bardzo mi na tej osobie zależy, czy bardziej dlatego, że wraz z jej odejściem przestałam czuć się potrzebna, atrakcyjna, ciekawa? Czy mam wyrzuty sumienia, że wyszłam z bliskiej relacji, dlatego, że jest ona ważna, czy może dlatego, że boję się tego, co myśli o mnie druga strona i że zostanę sama? Okazało się, że w bliskich relacjach często bardziej zależy mi na budowie własnego obrazu jako osoby ważnej, szanowanej, lubianej, pożądanej niż na drugiej osobie i jej realnych potrzebach. Zobaczyłam, że podświadomie używam bliskich do tego, by poprawiali mi samopoczucie i budowali moje poczucie wartości. Uczucie tęsknoty i samotności, których próbowałam się pozbyć na tyle różnych sposobów, zniknęły jak ręką odjął. Za czym bowiem tęskniłam? Za konkretnymi ludźmi, relacjami? Czy raczej za poczuciem emocjonalnego bezpieczeństwa? Teraz dopiero zrobiło mi się wstyd. To na własne życzenie czułam się taka samotna. To był tylko stan mojego umysłu. Prawda, którą odkrywam o sobie czasami bywa zaskakująca i niewygodna. Ten proces wymaga cierpliwości, wytrwałości, czasu oraz wiary. W trudnych chwilach najbardziej mi ich brakuje. Co w tym przypadku będzie nagrodą za wykonaną pracę? Nie wiem, może sama zmiana. A jak dobrze pójdzie poprawa relacji z bliskimi. A może inne, nowe relacje, w których nie będę szukać siebie, a bardziej drugiego człowieka. A możew ogóle nie ma żadnej nagrody,tylko jest konieczność pracy.Bo, czy ja alkoholiczka, mogę sobie pozwolić na stanie w miejscu, brak rozwoju czy drogę na skróty?
MikAA



SPRAWY DO ROZPOZNANIA

Kiedy wyszedłem z detoksu i zacząłem stawiać pierwsze kroki w AA, zaraz na ten detoks wróciłem, żeby, jak mi się wtedy zdawało, pomóc tym, którzy jeszcze cierpią. Nie piłem trzy miesiące, miesiąc byłem w AA i usłyszałem o niesieniu posłania (innych rzeczy nie chciałem słyszeć). Czemu nie? Czemu nie ja? W końcu tacy fajni ludzie przychodzili do mnie na detoks i mnie pociągnęli za sobą. Świetnie się nadaję, w miarę dobrą mam gadkę, będę szczerze mówił, w czym rzecz, więc na pewno zaraz kogoś pociągnę za sobą. A jak nie pociągnę, to przecież ogólnie szykuje się niezła przygoda. Tu dosyć ważna uwaga. Kiedy byłem przez kilkanaście lat pijany, nie zwracałem uwagi na takie pojęcia, jak pokora i pycha. Kiedy usłyszałem o nich w AA, nie miałem pojęcia, co to są za zjawiska, czy to są uczucia, czy jakieś dziwne postawy. Wydawały mi się tak abstrakcyjne, na nic się przy nich zdawała moja inteligencja, więc przestałem sobie zawracać nimi głowę. Chodziłem na detoks przez miesiąc i czułem się z tym doprawdy świetnie. Dziś wiem, że byłem bardzo podekscytowany…drogą na skróty. Wychodziłem z detoksu naładowany dziwną euforią, szedłem na mityng przekonany o swoim niezwykłym doświadczeniu, misji i o tym, że naprawdę wzorowo trzeźwieję. To świetne samopoczucie przestało mi być szybko potrzebne, bo po miesiącu znalazłem pracę i wsiąkłem w zwyczajność, codzienność. Wtedy powoli przestawałem chodzić na mityngi, bo przecież dobrze radziłem sobie w życiu. Po co mi AA, skoro generalnie ogarniam? Nie piję, pracuję i dodatkowo się z nikim nie kłócę. I tak wpadałem w wir pracy, który jednak nie dawał mi jakiegoś trwałego zadowolenia, bo czasem czułem się rozczarowany, smutny, bardziej samotny i nierozumiany. No, ludzie w pracy nic nie wiedzą o alkoholizmie. Jak to? Nie chce mi się z nimi gadać, nie chce mi się im tłumaczyć, a poza tym ciągle łażą gdzieś na piwo, a ja nie…Co robiłem wtedy? Leciałem na najbliższy mityng! Och, żeby tylko z kimś pogadać, usłyszeć coś, co mnie dotyczy. Absolutnie nie po to, żeby pracować na Programie. Potrzebowałem roku takich ucieczek i powrotów, takiego odczepiania się od AA, żeby się porządnie zagubić i w panice powrócić. I wreszcie wróciłem do tematu pychy i pokory. Dzisiaj mam tak, że nadal nie wiem, co to są za zjawiska, ale zauważyłem, że pycha często we mnie urasta, nadyma się i wtedy mam poczucie niezwykłej pewności siebie, mocy i przeważnie wtedy siedzę na tyłku i się sam sobą napawam.Umiem już trochę rozpoznawać ten stan i jest on dla mnie sygnałem to tego, żeby zadzwonić do przyjaciela z AA albo iść na mityng. I co niezwykłe, zazwyczaj już w takich momentach robię to niemal automatycznie. Wiem już, że pokorze jest bliżej do działania, ale też do akceptacji i pogody ducha…Teraz już nie lubię euforii sprzed roku, coraz bardziej ciągnie mnie do tej pogody ducha, którą też dopiero uczę się rozpoznawać.
Julek



ZZA KRAT

W WIĘZIENIU POCZUŁEM SIĘ WOLNY

Trafiłem do ZK w Sylwestra 2009 roku prosto z ulicy z omamami i psychozami. Przez dziewięć miesięcy nie mogłem dojść do siebie, byłem zalękniony
i smutny. Choć w grupie rozmawiałem i próbowałem się śmiać, to w środku czułem się inny, gorszy. Dopiero, kiedy trafiłem na terapię ATLANTIS MOKOTÓW, dzięki mityngom i pracy z terapeutą zacząłem nabierać chęci do życia. Kiedy na oddziale półotwartym Warszawa Służewiec stanąłem na korytarzu, pomyślałem: „czuję się wolny”. Podchodzę, do kogo mi się podoba i rozmawiam, z kim chcę. To było wspaniałe uczucie, ale jeszcze nie potrafiłem się śmiać. Przez ostatnie lata alkohol decydował, gdzie, kiedy i z kim będę. Dzięki ludziom, którzy przychodzili na mityngi z wolności, dowiedziałem się, że z czasem zacznę się uśmiechać. Kiedy po ponad dwóch latach wychodziłem z ZK Żytkowice spotkało mnie chyba najgorsze. Niezrozumiałe uczucie – otworzyła się brama i sparaliżował mnie strach. Powinienem się cieszyć wychodząc na wolność, a ja się nie cieszyłem. Co dalej? Nie mam pracy, kolegów, o dziewczynie nie wspomnę, a w mieście, gdzie mieszkam, pewnie będę wytykany palcami. Byłem tym, co nieraz żebrał o dwa złote. Obiecywałem sobie, że się nie napiję, ale czułem, że to jedyne, co potrafię robić, że nie dam sobie rady. Dziś wiem, że to była próba Pierwszego Kroku, wiedziałem już, że nie uda mi się pić kontrolowanie. Ale przecież ja na trzeźwo nic nie potrafię! Co zrobić?! Zadzwoniłem do przyjaciela z AA jeszcze z dworca, a na drugi dzień byłem na mityngu. Niedługo będę obchodził 5-tą rocznicę. Mam wspaniałą kobietę, a dwa miesiące temu urodził mi się syn, założyłem własną działalność, nareszcie mam wspaniałych przyjaciół, spełniły się chyba wszystkie moje marzenia.Dziś wiem, że jedno piwo po wyjściu przekreśliłoby wszystko, znowu byłbym nieszczęśliwym więźniem – o ile bym żył.


Na imię mam Radek,

jestem alkoholikiem.



ZZA KRAT

NIESPODZIANKI, ROZCZAROWANIA I OLŚNIENIA

Kiedyś usłyszałem na mityngu, a później ze zdziwieniem sam przeczytałem w „12x12”, że Krok Szósty „…oddziela ludzi dojrzałych od dzieci”. Potem z pomocą sponsora napisałem ten Krok, a wtedy jeszcze bardziej się zdziwiłem, bo ujrzałem prawdę o sobie samym. Była inna niż moje oczekiwania i wyobrażenia. Poznając Program 12 Kroków AA stale napotykałem niespodzianki, rozczarowania i olśnienia. Moje wyobrażenia o Programie i o sobie samym szybko legły w gruzach. Zdałem sobie sprawę z własnych iluzji i zakłamania. Od dzieciństwa towarzyszył mi alkohol. Wstydziłem się swojej rodziny i tego, że pochodzę z miejsca, gdzie wokół wszyscy piją. Początkowo piłem, by przypodobać się kolegom; od nich oczekiwałem pochwał i akceptacji. Później już nie potrzebowałem zachęty. Byłem gotów wyrzec się godności dla kieliszka alkoholu. Tak naprawdę mój charakter i osobowość ulegały wypaczeniu. Nie przyjmowałem żadnej krytyki, nadwrażliwy, zapatrzony w siebie, z góry patrzyłem na innych pełen arogancji i buntu. Wszelkie zasady społeczne i innych traktowałem z pogardą. Ta postawa zaczęła w końcu przynosić konsekwencje. Po śmierci Babci, która mnie wychowywała, okazało się, że nie umiem nawet zapłacić rachunków za prąd, Nie potrafiłem samodzielnie żyć, bo zawsze Ona płaciła za moją samowoli, nieodpowiedzialność, ignorancję. Pod wpływem alkoholu degradował się i w błyskawicznym tempie wypaczał mój charakter. W wieku 17 lat po raz pierwszy trafiłem do ZK. Przez skłonność do kradzieży,przy braku jakiegokolwiek celu w życiu, raz za razem trafiałem do ZK pogłębiając swoją demoralizację. Nie skończyłem szkoły, zostałem bez pracy, przyjaciół i kolegów.Czułem do siebie pogardę, a dodatkowo w głębi duszy wzrastała zawiść do innych ludzi za to, że oni coś osiągnęli, a ja nie. Jako rozkapryszone trzydziestoletnie egoistyczne i egocentryczne DZIECKO nie chciałem „żyć według poznawanych zasad”. Miałem w sercu żal, urazy i wrogość. To mnie nie zbliżało do ludzi i Boga. Moje konsekwencje egoizmu i nieuczciwości doprowadziły do wieloletniej bezdomności. Pamiętam, jak 13 lat temu stałem w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu i ze łzami w oczach zastanawiałem się, dlaczego ten świat jest taki niesprawiedliwy. Dlaczego jestem bezdomny, głodny, nie mam domu, pracy, rodziny,do tego tak cholernie samotny w tym wielkim mieście. Stałem zagubiony niczym dziecko, które żąda, nie dając z siebie odrobiny wysiłku. Nie chciałem pogodzić się z rzeczywistością. A równocześnie marzyłem o życiu innym niż dotychczasowe. W 2009 roku stał się cud Przymusowo trafiłem na terapię do ośrodka dla bezdomnych na Marywilskiej. Przeżyłem to jak porażkę życiową. Ja, zawsze samowolny, dumny i pyszny, pełen arogancji i pogardy do świata miałem poddać się rygorowi ośrodka – to był dopiero pierwszy strzał w moje chore ego. Na terapii otrzymałem informację, że mam chodzić na mityngi AA. Tam stał się kolejny cud. Na drugim mityngu ktoś z weteranów wkręcił mnie w parzenie herbaty. Odpowiedzialność, pokora i systematyczność, niezbędne przy tej służbie, były mi zupełnie obce, ale szybko zacząłem czuć się potrzebny w grupie. Nabierałem szacunku do siebie, a także dla innych. Dyscyplina na terapii oraz życzliwość alkoholików w AA okazały się dobrym lekarstwem na moją chorą duszę i myślenie.Kiedy przestałem pić, ujawniły się moje problemy. Okazało się, że mam 40 lat, a nie potrafię żyć, że mam problemy ze emocjami. Czułem się tak, jak wtedy na Krakowskim Przedmieściu, zupełnie zagubiony. Chodziłem na mityngi AA, bo taki był wymóg terapii. Dzięki służbie, w którą zostałem wkręcony, poczułem się członkiem grupy i to było lekarstwem na moje niskie poczucie wartości, odrzucenie i tak cholernie dobrze mi znaną samotność. Podejmowałem się kolejnych służb i kontynuowałem terapię. Wzajemnie to się uzupełniało. Na grupie AA, gdzie chodziłem, poznałem swojego sponsora. Kiedyś wiele spraw załatwiała za mnie Babcia, która okazała mi wiele serca, dlatego w AA pomyślałem, że taką rolę będzie teraz spełniał sponsor i Bóg. Wysłuchiwałem opinii, że ze sponsorem jest lżej, a ja chciałem lżej – czyli na skróty. Niestety, zobaczyłem, że sponsor dzieli się swym doświadczeniem, a nie coś wykonuje za podopiecznego. To był kolejny cios, tym razem w moje lenistwo, nieodpowiedzialność i nieuczciwość. Ale jednak naprawdę nieświadomie dojrzewałem. Podejmowałem się kolejnych służb, ucząc się porozumiewania z innymi ludźmi. Sponsor podpowiedział mi, żebym wziął udział w dyżurze telefonicznym w PIK-u, żebym uświadomił sobie, że poza moją grupą jest jeszcze AA na całym świecie. Otworzyłem zakutą głowę. Zrozumiałem, że doświadczenia świata są większe niż tylko mojej grupy. Zacząłem słuchać alkoholików, a kiedy popełniałem błędy w służbach, spotykałem się z życzliwą krytyką oraz chęcią pomocy. Przekonałem się, że nie jestem wcale ani taki zły, ani taki dobry, jak mi się wydawało. A co najważniejsze – nie jestem sam jeden, jedyny i wyjątkowy. Jestem jednym z wielu, który powraca  do normalnego życia, wykorzystując przychylny poligon AA. Przełamując lęk przed poprowadzeniem pierwszego mityngu otworzyłem sobie dalszą drogę. W tym miesiącu kończę Liceum Ogólnokształcące i myślę o dalszej nauce. Byś może te szklanki, które myłem nauczyły mnie trochę pokoryi wytrwałości. Zaakceptowałem swoje miejsce w życiu i przestałem być pępkiem świata. Może Zespół do spraw literatury spowodował to, że tę literaturę czytam i z niej korzystam poznając Program. Może rozmowy ze sponsorem uczą mnie tego, że to, co myślę o sobie warto konfrontować z innymi. Już dość życia w iluzji. Mam świadomość jak bardzo liczne wady odgradzały mnie od ludzi i Boga. Wczoraj w pracy szef, którego krytyki się boję, zapytał mnie czy zrobiłem to, o co mnie prosił, Niestety zapomniałem. Nie ochrzanił mnie. Poczułem szacunek do szefa, bo jestem wobec niego i siebie uczciwy. Dzięki temu poczułem radość ze zmiany postawy. Mogę być lepszym człowiekiem. Następnym razem będę bardziej odpowiedzialny. Przyjaźń i wrażliwość, które spotkałem w AA obudziły moje sumienie. Może dlatego czasami potrafię sam okazać serce drugiemu alkoholikowi, chociażby sponsorując w służbach. W tych dniach dopadła mnie konsekwencja dawniejszych działań. Mam komornikowi spłacić długi. Stając się bardziej odpowiedzialny, dokonałem niezbędnych uzgodnień i bez uników przystąpiłem do spłat. Któregoś dnia spłacę. Wierzę w to głęboko.
Z pogodą ducha, Mariusz
P.S. Za kilka miesięcy matura