MITYNG 02/200/2014

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


MOJE DOŚWIADCZENIE W SŁUŻBIE

Chciałbym podzielić się doświadczeniem, jakie zmiany zaszły we mnie, od kiedy podejmowałem się służb. Pierwsza moja służba to skarbnik – herbatkowy. Czułem się taki ważny, potrzebny. Obdarzono mnie, alkoholika zaufaniem. Dostałem klucze. Przychodziłem kilkadziesiąt minut wcześniej, a wychodziłem po mityngu, też trochę później. Służba ta uczyła mnie odpowiedzialności. Ciężko mi było przestawić się na inne tory. Do tej pory mamusia zawsze, wszystko podawała mi pod nos, do łóżka. Nawet jak byłem pijany, karmiła mnie w łóżku, jak człowieka obłożnie chorego. Dlatego służba wywoływała we mnie emocje, bunt. Mimo to systematycznie chodziłem na mityngi. Przed rozpoczęciem mityngu musiałem poustawiać na stołach. Spytać się grzecznie, co podać. Na koniec mityngu zdać relację, ile jest w kapeluszu. Nikt mnie nie sprawdzał czy mówię prawdę. Decydowałem, co kupię na następny mityng. Choć uczucia miałem mieszane, pomogła mi ta służba niesamowicie. Zmniejszył się mój niepokój, że nie podołam. Uczyłem się też odpowiedzialności w codziennym życiu. Uczyłem się gotować, prać, sprzątać, robić opłaty. Wracając do grupy, gdzie zostałem obdarzony zaufaniem. Byłem jej współzałożycielem. Skarbnikiem i herbatkowym byłem też na innych grupach. Zawsze byłem tam, gdzie powstawały grupy i uczestniczyłem w ich tworzeniu. Na paru grupach prowadziłem mityngi i było to coś nowego. Kupiłem literaturę, bo przecież wcześniej zawsze musiałem się przygotować czytając jej fragmenty. Ta służba pomogła mi osiągnąć większą dojrzałość. Uczyła pokory, szczerości i miłości. Wszędzie, gdzie zdawałem jakąś służbę, to wcześniej upatrywałem swego następcę. Bo widziałem, że coś się z nim dzieje. A nie słyszałem, żeby służenie drugiemu alkoholikowi komuś zaszkodziło. To jest coś pięknego, obserwować swojego następcę jak się zmienia, dorośleje, z tygodnia na tydzień staje się innym człowiekiem. Rozmawiałem z pewnym alkoholikiem na początku tego roku. Ktoś polecił mu prowadzenie mityngu. Mogłem z nim o tym porozmawiać. Tak samo jak ja kiedyś, miał mieszane uczucia, mówił, jaki jest zagubiony. Jak się zdenerwował, bo pomylił kolejność w czytaniu formułek. Niby coś błahego, ale nie dla alkoholika. Też coś podobnego przeżywałem i podzieliłem się z nim swoim doświadczeniem. Chciałem też powiedzieć coś o służbie kolportera, którą zawsze mile wspominam. Zbyt na literaturę był wtedy bardzo duży, bo tworzyło się coraz więcej grup. Przyjeżdżałem nieraz i dwa razy w tygodniu po literaturę na Berezyńską, bo jakiejś pozycji zabrakło. Ludzie dzwonili, pytali o jakąś książkę. Często jeździłem z literaturą na różne grupy. Trwało to dwa lata. Przekazałem swoją służbę następcy. Mówiłem na mityngach, ile ta służba daje mi satysfakcji, jak uczę się pokory, tolerancji. Że poprzez służbę postępuje mój rozwój duchowy. Mój następca był zainteresowany, a zarazem bał się czy podoła. Moim obowiązkiem było go w tą służbę wprowadzić. Dobrego miałem następcę. Pełnił tę służbę z bardzo dużym zaangażowaniem. Kiedy widziałem ten zapał, błysk w oczach, uśmiech na twarzy... Nie tylko jemu, ale i mi przybywało siły i wiary. Miałem dużo czasu. Mogłem go poświęcić drugiemu alkoholikowi - zwracali się do mnie moi dawni koledzy. Kilku przestało pić. Niektórzy wracali do picia, ale byli i tacy, którzy podobnie jak ja, coś robili dla Wspólnoty. Oni zostali i wspieramy się wzajemnie. Możemy zawsze na siebie liczyć. Wymieniamy numery telefonów. Bardzo to jest miłe, gdy ktoś poprosi o numer telefonu. Zawsze mówię, że jakby któryś z nich czuł się zagrożony, zawsze może na mnie liczyć. Miałem już parę telefonów o późnych porach. Jeździłem na dyżury telefoniczne - na szczęście tylko kilka razy, bo na tę służbę na Chmielnej było dla mnie jeszcze za wcześnie. Od zeszłego roku chodzę na dyżury telefoniczne do Punktu Informacyjno-Kontaktowego. Dzwonią osoby uzależnione, współuzależnione. Ludzie, którzy chcą pomóc swoim bliskim uzależnionym od alkoholu. Moja rola - żeby nie mówić za długo, tylko krótko i na temat. Dodawać im otuchy. Żeby wstąpiła w nich nadzieja. Sam do tej pory nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak strasznie cierpią ci, którzy mają w domu alkoholików. Przychodzą do PIK-u ludzie szukający pomocy. Mogę z nimi dłużej porozmawiać. Są bardzo zagubieni, próbując zrozumieć, dlaczego tak zachowuje się ich alkoholik. Strasznie zagubieni. Przedstawiam się, zapraszam ich do pokoiku, proponuję herbatę. Zachęcam do rozmowy. Nieraz krótko mówię swój piciorys, oczywiście przedstawiając się, że jestem alkoholikiem. Po dłuższej rozmowie widzę ich zdziwienie, ale też wstępuje w nich spokój, to się czuje. Nie da się opowiedzieć słowami, co czuję, gdy widzę uśmiech na ich twarzach.

Alfred



MOJA WIĘŹ Z ALKOHOLIKAMI

Witam mam na imię Piotr i jestem alkoholikiem. Życzę wszystkim Pogody Ducha i kolejnych 24 godzin. Kiedy w 1994 roku nie potrafiłem już żyć z alkoholem, ani nie dawałem sobie rady bez niego, w lipcowy gorący dzień, gdy stałem pod sklepem i kolejny raz próbowałem wyłudzić pieniądze od przechodniów na alkohol, podszedł do mnie człowiek i powiedział krótko: stary, widzę, co robisz i jak to robisz. W najlepszym przypadku trafisz do piachu, a w najgorszym trafisz do więzienia albo do psychiatryka i spędzisz tam resztę swojego życia. Miałem wtedy 24 lata, nie rozumiałem niczego, nie dopuszczałem do siebie myśli, że moje życie mogłoby albo może inaczej wyglądać. Nie radziłem sobie już z niczym. Ten człowiek zasiał we mnie ziarenko jakiejś tam nadziei. Nie wiedziałem, co to było, ani czym to się je, ale czułem, że ma dla mnie coś, czego nigdy nikt mi nie dał. Ot tak, po prostu, za nic. Inni zawsze coś chcieli: abym komuś zrobił krzywdę albo kogoś okradł, a koleś powiedział, co powiedział i po prostu poszedł sobie. Nie chciał nawet łyka tej berbeluchy, którą piliśmy. Rozszarpany wewnętrznie i poobijany w środku tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie kilka miesięcy, wróciłem na melinę, tam, gdzie wydawało mi się, że mam przyjaciół, ziomali, herbatników i kompanów. Ale nie dały mi spokoju słowa tego człowieka. Po dwóch dniach poszedłem do przychodni alkoholowej po skierowanie i tak zaczęła się moja droga. Po psychozach, omamach i tym wszystkim, co wtedy przeżyłem, trafiłem na detoks, tak jak stałem. Nie posiadałem nic własnego. Nawet buty i koszulka były kradzione. Dostałem piżamę i łóżko na sali, którą nazywali akwarium. Byłem pod stałą kontrolą i kroplówkami i nie czułem żadnej więzi. Jedyne, co czułem, to strach, ból, złość i niechęć do innych. W głowie kołatała mi się myśl: co ja tu k... robię, po co dałem się zamknąć na własne życzenie. Przecież dawałem sobie radę. Byłem bezdomny, ale dawałem sobie radę – kradnąc, oszukując, wyłudzając i bijąc, więc jestem chojrak, dam sobie radę. A druga strona mojej osobowości mówiła mi: zostań, szukaj pomocy, bo będzie tak, jak powiedział ten koleś – trafisz do piachu. Opieka lekarzy  i pielęgniarek sprawiła, że wyszedłem z tego stanu. Dziś wiem, że czuwała nade mną moja Siła Wyższa. To była ta więź, której nie potrafiłem zrozumieć, ale trzymała mnie tam, gdzie byłem i dopiero, gdy z tego akwarium, jak je nazywano, przeszedłem na salę, zobaczyłem, że jest nas więcej. Ci ludzie zaczęli mi pomagać – a to podając kubek z herbatą, a to ktoś dał mi maszynkę do golenia, abym mógł spróbować się ogolić, tylko, że nie szło mi to najlepiej. Ale wszystko powoli, pomaleńku wracało do normy. Zauważyłem, że to przecież są tacy sami ludzie jak ja i powiem wam, że z jednym z nich,z tego szpitala utrzymuję kontakt do dziś: dzwonimy do siebie, cieszymy się z sukcesów i dzielimy się kłopotami i porażkami, jakie przeżywamy. Było mi dane też, w tej mojej piżamce, trafić na swoje pierwsze spotkanie AA. Tam też nie wierzyłem tym ludziom, że można przestać pić, że jest to możliwe. Nie ufałem im, wydawali mi się podejrzani: uśmiechnięci, ogoleni, pachnący. Kurde, czego oni ode mnie będą chcieli? A tu masz, dają jeszcze kawę i mówią: siadaj chłopie, fajnie, że jesteś i tak się zaczęło. Terapia, mozolna nauka uczciwości. Oj, jak mi to było nie w smak, jak się ociągałem i targało mną na wszystkie strony świata. Ja, łobuz, złodziej, mam być uczciwy. Kurde, co gorsza nikt nie mówił, że mam być uczciwy wobec nich wszystkich, mam zacząć być uczciwy wobec siebie samego. To już była paranoja, jak to, przecież sobie nie będę kłamał. Jednak prawda była inna. Kantowałem siebie samego, jak tylko mogłem najlepiej, udając, że wszystko jest ok. A to, co się ze mną stało, kiedy piłem, nie było takie straszne. Przecież wracam już do zdrowia, już nie widzę delfinków, już nie zakładam domu dla dzieci bezdomnych na melinie, wyrzucając wszystkie sprzęty przez okno, wybijając wszystkie szyby i to na dodatek nie u siebie w mieszkaniu – ale jest ok. Słysząc wypowiedzi innych myślałem, przecież ze mną nie jest jeszcze tak najgorzej, ja nie przeżyłem tego, co oni. A tu podchodzi koleś i mówi: jak sięgniesz po pierwszy kieliszek, to wszystko przed tobą i siadłem zupełnie na d.... Kiedy po 4 miesiącach wyszedłem ze szpitala, czułem, że już nie jestem sam. Ale to jeszcze do mnie nie dotarło. Nie było we mnie zgody na moja chorobę, nie było akceptacji. Potrzebowałem upadku, aby dojrzeć, zrozumieć, przetrawić to wszystko raz jeszcze. Takich momentów jak sięgniecie po pierwszy kieliszek było trzy, każdy z nich coraz gorszy. Dziś czuję więź z wami wszystkimi, dziś potrafię ją opisać i cieszyć się kolejnym dniem, który jest mi dany bez alkoholu, ale tylko dziś nie chcę pić. Dziś nie piję, teraz wiem, że alkoholizm jest choroba śmiertelną, dziś wiem już również, że jestem bezsilny, ale nie bezradny. Mam Siłę Wyższą, mam wspólnotę. Idę tą drogą ze sponsorem i z wami wszystkimi, gdziekolwiek jesteście. Nie mam wykształcenia, bo byłem leniem, nieukiem i łobuzem, ale dziś dziękuję Bogu i wszystkim wam za to, że dzielicie się ze mną tym, co macie najcenniejszego i to jest moje bogactwo, to jest moja więź. Wy sobie dacie radę beze mnie, ale ja sobie nie poradzę bez was. Kiedy przestałem pić było mi dane uratować własne życie i nie zrobiłem nikomu żadnej łaski. Dziś staram się zrozumieć i proszę moja Siłę Wyższą, abym zrozumiał, że mam na imię Piotr i jestem tylko alkoholikiem. Nie terapeutą, nie psychologiem, nie poradnią rodzinną, ale alkoholikiem, który tylko dziś nie chce pić. Mam się zająć tym, co nas łączy, a nie szukać tego, co nas dzieli.


Pozdrawiam, Piotr


ZWRÓCIŁEM SIĘ W POKORZE

Od kilku dni zastanawiałem się, jak zacząć pisać Siódmy Krok, o co chodzi w tym wszystkim. Jak mogę zmienić swoje myślenie, przekonania, fałszywe iluzje i dziecinne, niedojrzałe oczekiwania? Sponsor podpowiedział mi, że być może problem leży w moim perfekcjonizmie, że oczekuję od siebie bezbłędnego wykonania zadania. Mam zacząć, a później tylko poprawiać. Kiedy usiadłem do pisania przed komputerem wyświetlił mi się komunikat z zapytaniem, czy zezwalam na usunięcie złośliwego oprogramowania. Odbiegłem myślami. Pomyślałem przez chwilę, że moje nastawienie do ludzi i Boga jest takie, że to ONI mają usuwać swoje wady charakteru, a moimi zajmie się BÓG; przecież Go o to poprosiłem. W tym momencie uświadomiłem sobie, że jeżeli nie podejmę decyzji i działania, to nikt inny tego za mnie nie zrobi. Złe oprogramowanie będzie działać dalej, dlatego, że mówię NIE programowi naprawy. Miałem dobrą informację, ale nie chciałem z niej korzystać. W postawie arogancji i lekceważenia trudno zobaczyć odrobinę pokory. Musiałem to zmienić. Przypominają się słowa Modlitwy Siódmego Kroku z naszej Wielkiej Księgi: „Boże, Stwórco mój, oddaję Ci w posiadanie to wszystko, co jest we mnie dobre i złe. Modlę się i błagam, abyś raczył usunąć ze mnie wszystkie braki mego charakteru, które przeszkadzają mi być użytecznym dla Ciebie i mych współbraci. Udziel mi siły, abym od tej chwili czynił Twoją wolę”. Oczywiście szybko usunąłem złośliwego wirusa w komputerze. Niestety, w życiu jest mi trochę trudniej. Nadal spotykają mnie niepowodzenia, kłopoty. Po czterech latach trzeźwości odnalazł mnie komornik i muszę spłacać teraz cenę dawniejszego życia. Z godnością przyjmuję trudne wyzwanie. Płacę swoje zobowiązania. Na pytanie, czy chcę być oszustem i złodziejem jak dawniej, odpowiedziałem sobie, że nie chcę wracać do dawnych lat, kiedy bez jakiejkolwiek odpowiedzialności żyłem iluzjami i fantazjami, kiedy inni ludzie interesowali mnie tylko, jako ofiary moich poczynań, kiedy czułem się dumny ze swej nieprawości. Wtedy jeszcze Bóg w moim życiu nie odgrywał żadnej roli. Już początki pokory uświadomiły mi, że rzeczywistość nie jest taką jak JA bym chciał widzieć. Trudno było w pracy zaakceptować fakt, że nie wiedziałem jak przesunąć fotel w samochodzie, wstydziłem się brakiem tej umiejętności. Fałszywa duma nie pozwalała też zapytać kolegi, bo obawiałem się, że stracę prestiż w jego oczach. Kiedy przełamałem pychę i poprosiłem o pomoc okazało się, że on także nie wie. Ale wspólnie szybko znaleźliśmy rozwiązanie i udało się. Bóg nam pomógł. Myślę, że powoli Bóg wkracza do mego serca. Krok Siódmy zachęca do bardziej osobistych relacji i JA mam spełniać Jego wolę, a nie oczekiwać, aby spełniły się moje zachcianki. Tę wolę wobec siebie muszę najpierw poznać. Często w rozmowie z drugim człowiekiem szczerze przyznając się do swoich zamierzeń mogę spotkać się z oporem, albo akceptacją. Wtedy mam możliwość, żeby coś zmienić lub nabrać większego zaufania do zamierzeń (…gdy dwaj zgodnie o coś prosić będziecie..Mat, 18.19).O ile kiedyś POKORĘ kojarzyłem ze słabością, z utratą prestiżu w oczach innych, to dzisiaj przełamując swoje słabości nabieram szacunku do siebie. Zaczynam być wdzięczny swoim krytykom za informacje o mnie. Mam też świadomość, że jeszcze brakuje mi ufności i wiary i o to codziennie proszę w swoich modlitwach. Proszę, a nie żądam. Pokora daje siłę do nowego życia.

Mariusz


WCZORAJ, DZIŚ, JUTRO

Czasem jest tak ciężko żyć, że trudno złapać oddech. Wtedy szukam wsparcia wszędzie. I przypominam sobie, choćby o najważniejszym dniu....
Są dwa dni w tygodniu, o które nie powinniśmy się martwić, dwa dni, które powinny być wolne od lęku i niepewności. Jednym z tych dni jest WCZORAJ, ze swoimi błędami, kłopotami, ze swoimi bólami i cierpieniami. Wczoraj minęło już na zawsze i nie mamy nad tym kontroli. Żadne pieniądze na świecie nie wrócą dnia wczorajszego. Nie możemy zmienić ani jednego słowa, które wypowiedzieliśmy wczoraj. Wczorajszy dzień przeminął. Drugim dniem, o który nie powinniśmy się martwić jest JUTRO, z możliwością niepowodzeń i ciężarów, z wieloma przyrzeczeniami i słabym ich dotrzymywaniem. Dzień jutrzejszy jest również poza zasięgiem naszej kontroli. Słońce dnia jutrzejszego wzejdzie w blasku, albo zza chmur, ale wzejdzie. Dopóki to nie nastąpi, dzień jutrzejszy nie należy do nas. Pozostaje nam jeden dzień – DZISIAJ. Każdy człowiek jest zdolny staczać bitwy jednego dnia. Tylko wtedy gdy dodamy ciężary tych dwóch strasznych wieczności – dnia wczorajszego i jutrzejszego – możemy się załamać. Nie przeżycia dzisiejszego dnia doprowadzają człowieka do utraty rozsądku, ale wyrzuty sumienia i rozgoryczenie za coś co stało się wczoraj i lęk przed tym co stanie się jutro.

DLATEGO WIĘC ŻYJMY JEDNYM DNIEM


AA PO GODZINACH

Stało się. Po 3 latach we Wspólnocie, 2 latach trzeźwienia wybrałam się w końcu na AA-owską dyskotekę. Tego wieczoru miałam pójść na kawę lub do kina z koleżanką ze Wspólnoty. Rano po wyjściu z mityngu w Areszcie Śledczym na Chłopickiego odebrałam od niej sms: „Hej Mika, a może dyskoteka?“. „Idealnie“ – odpisałam. Tego nauczyłam się w AA – jak coś do mnie samo przychodzi, to mam brać i korzystać. Na tej zasadzie zaczęłam między innymi pisać do „Mityngu“, dałam dwie spikerki i prowadzę mityng. Sama bym się pewnie nie zdecydowała, albo zajęłoby mi to więcej czasu. Nie tańczyłam na żadnej publicznej zabawie dwa lata. Kiedy zdarzało mi się wpadać do miejsc, w których widziałam pijane, tańczące dziewczyny, odwracałam się na pięcie i uciekałam. Zażenowana, zawstydzona i przygnębiona odnajdywałam w ich zachowaniu siebie. A przecież dla mnie-kobiety muzyka, śpiew, taniec jest bardzo naturalnym sposobem wyrażania uczuć, przekazywania emocji, opowiadania historii. Nie bez powodu w tym roku udało mi się zrealizować inne marzenie – zaczęłam uczyć się tradycyjnego śpiewu. Jednak tańca od dawna mi brakowało. Ożarów - remiza strażacka, wspólna rocznica lokalnych grup, uroczysty miting, na zakończenie potańcówka. Do dużej sali na piętrze powoli wchodzą przyszli uczestnicy zabawy. Kiedy rozbrzmiewa pierwszy utwór wszyscy ruszają od razu do tańca, nikt nie podpiera ścian, nikt się na nikogo nie ogląda, nie potrzebuje alkoholowego rozbiegu. Ja również nie potrzebuje specjalnej zachęty. Mam ochotę tańczyć, więc tańczę. Czuję radość, niesamowitą życzliwość w stosunku do otaczających mnie w większości zupełnie nieznanych mi ludzi. Mam ochotę się bawić, ale nie gwiazdorzyć na parkiecie, tak jak kiedyś, lub zapadać się w tańcu, izolować w jakimś dziwnym locie w rytm muzyki. Wokół siebie widzę uśmiechniętych, niezwykle malowniczych ludzi, którzy mogli by być modelami do zdjęć najlepszych światowych fotografów – starsza pani w białej sukience i eleganckich butach do tańca w parze z mężczyzną w koszulce bez rękawów, spod której widać tatuaże na całych plecach i ramionach, kobieta w cekinowej obcisłej kiecce z tiulowym trenem, znajomy w białych spodniach w kant i koszuli w hawajskie wzory, jakiś facet w kowbojskim kapeluszu, którego mu od razu pozazdrościłam. Jednym słowem: Absolutna stylówa! Co najważniejsze miałam wrażenie, że patrzę na ludzi, którzy mają luz, poczucie własnej wartości i pewności siebie, której nie zastąpi nawet najlepszy ciuch i najrówniej przystrzyżony wąs. Obserwując to wszystko, bawiąc się kilka godzin razem ze wszystkimi zdałam sobie sprawę jak dobrze czuję się we własnej skórze. Wreszcie! Nie muszę ani się chować po kątach, ani sztucznie dodawać sobie animuszu, żeby wyróżniać się i błyszczeć. Mogę po prostu być sobą. Około 22 poczułam lekki niepokój, przerwałam zabawę i uważnie rozejrzałam się po sali. Normalnie o tej porze w miejscach, w których bawiłam się po alkoholu, już zaczynały się dziać dziwne rzeczy. Pojawiało się coś niepokojącego, jakiś mrok – ktoś komuś chciał dać w mordę, ktoś na kogoś krzywo patrzył, zaczynały się dziwne interesy i chodzenie na boki. Tu nic takiego, wszyscy dalej się bawią coraz bardziej uśmiechnięci, a jeżeli ktoś kogoś przypadkiem potrąci od razu słychać: Przepraszam. Muszę przyznać, że chyba najbardziej do mnie przemawiają banalne przykłady i proste przekazy. Największą różnice w jakości pomiędzy tą a dawnymi imprezami odczułam w damskiej toalecie. Przez chwilę stałam w niej pośrodku sama, widząc swoją roześmianą twarz w lustrze na ścianie. Dlaczego? Oto kilka prostych, ale dla mnie bardzo znamiennych różnic: czysto, pusto, nikt się nie drze, nikt się nie barykaduje, z sobie tylko znanego powodu, w toalecie, nic nie jest zarzygane, nic nie jest rozwalone, jest mydło w płynie, są papierowe ręczniki, jest papier toaletowy w kabinach, a jego zapas piętrzy się na parapetach. Organizatorzy – jak rozumiem trzeźwiejący alkoholicy, o wszystko zadbali. Warto było czekać dwa lata i zobaczyć tę zmianę jakości To co? Do zobaczenia na mitingu i na parkiecie!

MikAA


AL-ANON
NASZE PROGRAMY RÓŻNIĄ SIĘ NAPRAWDĘ NIEWIELE

Mam na imię Magda i jestem w Al-Anon. Pełna nazwa naszej wspólnoty brzmi Grupy Rodzinne Al-Anon. Trafiłam do niej po trzech latach od momentu, kiedy mój mąż wyraził chęć zaprzestania picia. Na początku jego drogi w AA wydawało mi się, że teraz wszystko będzie w porządku. Zniknął przecież główny problem naszej rodziny – alkohol. Mój ukochany mąż ciężko nad sobą pracował, starał się zadośćuczynić nam za te wszystkie pijane lata, był serdeczny i wyrozumiały, ale ja… czułam się coraz gorzej. Byłam kłębkiem nerwów. Wiedziałam, że powinnam zacząć chodzić na mityngi Al-Anon, ale jak obserwowałam codzienną pracę nad sobą Tomka, to po prostu mi się nie chciało. Bałam się wysiłku i tego, że będę musiała zrobić ze sobą porządek. Łatwiej było mi podążać utartym szlakiem manipulacji i użalania się. W dodatku usłyszałam gdzieś, że w Al-Anon spotykają się kobiety po to, żeby sobie pogadać na „tych okropnych mężów”. Jednak moje złe samopoczucie psychiczne wzięło górę, wiedziałam że nie mogę dłużej czekać, bo nawet dzieci zaczęły dziwnie na mnie patrzeć. Poszłam na swój pierwszy mityng Al-Anon i odnalazłam drogę do prawdziwego, dobrego, radosnego życia. Na mityngach nikt nie narzekał na złego męża, zły los czy niedobre okoliczności. Podzielono się ze mną doświadczeniem, siłą i nadzieją, a teraz ja dzielę się tym z innymi. Uczę się też od mojego męża, gdyż nasze programy różnią się naprawdę niewiele. Al-Anon wywodzi się przecież z AA. Cieszę się, że możemy iść razem przez życie i nieść rodzinne posłanie potrzebującym.


AL-ANON
ZWYKŁE, DOBRE WIECZORY

Jest napisane w naszej literaturze, że my, pijacy mamy jakieś niesamowite szczęście do „kobiet aniołów”, które cierpliwie znoszą długie lata naszego picia. Czyli – współcierpienia. Czasem osoby z Al-Anon przedstawiają się, jako współuzależnione. Też tak myślałem, gdyż sądziłem, że to ja tylko jestem „cierpiącym alkoholikiem”, do którego było skierowane posłanie AA. Gdy przestałem pić, cierpienie duchowe nie ustępowało, bo abstynencja nie leczy choroby ducha. Nadal byłem pełen lęków, uraz i wad charakteru. Raniłem wszystkich dookoła i siebie. Dzięki Programowi AA dotarłem jednak do Boga i gdy na kolanach poprosiłem Go u uzdrowienie, On zaczął mi je dawać. Każdego dnia, dzień po dniu. Jednak moja żona nadal cierpiała. Widziałem to. Czułem się z tym źle, bo wiedziałem, że to przez MOJĄ chorobę ona się źle czuje sama ze sobą. Cierpi. Próbowałem ją na siłę skłonić do tego, żeby zaczęła chodzić na mityngi Al-Anon. Jednak dopiero wtedy, gdy dałem jej spokój, odczepiłem się od niej i tylko zacząłem się modlić w jej intencji, ona odnalazła swoją drogę. Dzisiaj jestem szczęśliwy. Tworzymy Trzeźwą Rodzinę. Kochamy się. Mieliśmy kolejne piękne Święta w domu. A gdy przytulamy się czasem, nasz pies, który od niedawna jest z nami przychodzi bliżej i patrzy na nas, machając ogonem. Ten psiak nie zaznał miłości. Był w schronisku. Ale gdy patrzy na nas i widzi naszą miłość, cieszy się. Widzę to w jego oczach. A potem kładzie sie przy choince i śpi wdychając jej zapach. Kiedy my czytamy książki i pijemy herbatę. Te zwykłe, dobre, piękne wieczory zawdzięczamy oboje z żoną temu samemu Programowi. I dwóm bliskim sobie wspólnotom. Łączy to wszystko jedno, wielkie, silne spoiwo – Miłość


ZZA KRAT
MAM NA IMIĘ ROMAN I JESTEM ALKOHOLIKIEM

W szkole podstawowej uczyłem się bardzo dobrze do czwartej klasy. W piątej spróbowałem alkoholu i niestety wszystko się już wtedy rozegrało. Zacząłem palić papierosy, pić tanie wina, zaczęły się też kradzieże i różne awantury. Szkołę podstawową ledwo skończyłem. Poszedłem do zawodówki. Tam też piłem tanie wina i mocniejszy alkohol. Zacząłem łamać prawo, dostałem pierwszego kuratora i oczywiście pierwsze wyroki w zawieszeniu. Szkołę skończyłem, ponieważ nauczyciele przepychali mnie z klasy do klasy. Dzięki temu jakoś zdobyłem zawód stolarza. Do wojska mnie nie wzięli, bo byłem karany i miałem wyroki w zawieszeniu. Poszedłem do pracy na budowę i tam dopiero zacząłem chlać. Na budowie było 11 brygad. Z każdej mnie wyrzucali, ponieważ kradłem sprzęty budowlane i chlałem. Przestałem pracować, zacząłem balować. A jak balować, to wiadomo, że musiałem też kraść. Wszystkie kradzieże popełniałem pod wpływem alkoholu. Na trzeźwo nigdy niczego nie ukradłem. Po pijanemu dochodziło do rozbojów, kradzieży samochodów, a także do jazdy pod wpływem alkoholu rowerem i samochodami. Oczywiście były też wypadki samochodowe, za które też byłem karany i trafiałem do więzienia. Byłem na trzech terapiach. Jedną odbyłem na wolności, a dwie w więzieniu. Obecnie odsiaduję długoletni wyrok w Warszawie. W zakładzie karnym przebywam od 20.04. 2011 r. Tam od razu zgłosiłem się na terapię, którą z powodzeniem ukończyłem. Od tamtej pory zacząłem chodzić na mityngi Anonimowych Alkoholików. Bardzo dobrze się tam czuję. bo właśnie mityngi, które odbywają się w ZK na Rakowieckiej uświadomiły mi, że jestem osobą chorą, czyli alkoholikiem. Po roku poznałem tam przyjaciela, który jest alkoholikiem niepijącym. Nie pije już 15 lat, a także nie siedzi w więzieniu, na mityngi do więzienia przychodzi z wolności. Wyciągnął do mnie pomocną dłoń, został moim sponsorem. Spotykam się z nim na mityngach,a także raz w miesiącu na spotkaniach indywidualnych w ramach sponsorowania. Przyjaciel dużo mi pomaga, wspiera, daje różne wskazówki. Doradza, co mam robić, żeby być trzeźwym. Nie są to łatwe spotkania, ponieważ trzeba rozgrzebać przeszłość i mówić o całym swoim pijackim życiu. Chciałbym nadmienić, że uwierzyłem w swoją siłę, ale i w Siłę Wyższą, ponieważ pomaga mi realizować Program i czuję, że coś się we mnie zaczęło dziać i zmieniać, Z chęcią chodzę na każdy mityng, uważnie słucham, zacząłem zabierać głos i udzielać się. Dzięki temu moje trzeźwienie w zakładzie karnym nabiera sensu. Mam do wyjścia jeszcze 3 i pół roku i zamierzam kontynuować swoje leczenie razem ze sponsorem. Chcę zmienić swoje życie i po wyjściu na wolność żyć jak normalny człowiek. Oczywiście wiem, że muszę zostać we wspólnocie AA, ponieważ tam się czuję bezpieczny i wierzę w cele i działanie wspólnoty.

Roman, Anonimowy Alkoholik,
ZK Mokotów


PRZEBUDZIŁEM SIĘ PO LATACH

Tak, spałem wiele lat w pijackim śnie. Naprawdę nie budziłem się w ogóle, byłem w jakiejś kapsule egoizmu, do której zabrałem swoje przyjemności, alkohol, nikotynę, psychotropy, seks, bujanie w obłokach. Inteligencję, której mi, jak wiele osób mówiło, nie brakowało, badałem rzeczywistość i stwierdzałem, że wszystko jest nie tak, że nic nie kontroluję, świat mi się wali a właściwie to wszystkie siły są mi przeciwne. Po długich ciągach pijackich, gdy dochodziłem do siebie fizycznie,wołałem, że nigdy więcej się nie napiję. Niestety moje perpetuum mobile trwało dalej. W wieku 40 lat, pierwszy raz ocknąłem się i zobaczyłem, że są ludzie, którzy nazywają siebie alkoholikami. Mówili oni o tym ,że jest sposób na to by nie pić alkoholu. Poznałem I Krok programu AA. Rytuał czytania kroków na mitingach, przez wiele lat nie pozwolił mi się ruszyć dalej. Może przez jakiś czas wierzyłem, o zgrozo, że mogę robić12 krok, pomagać innym. O! jak było to złudne. Przecież cały czas szukałem tylko ulgi dla siebie. Użalanie się i jakaś forma pokory, ale wobec kogo? Utrzymywałem abstynencję, ale paliłem dużo papierosów, brałem leki przeciwdepresyjne, wynalazki, np. Kudzu, czytałem książki o znamiennych tytułach „Jak pozbyć się lęku”,”Toksyczny wstyd”, „Wewnętrzne przebudzenie” i co? I nic się nie zmieniło. Cud nie następował, znowu schowałem się za lekami i po chwili za alkoholem. Zapiłem po 10 latach abstynencji od alkoholu. To musiało nastąpić. Drugi raz przyszedłem na mityng, ale jakoś inaczej. Przede wszystkim z otwartością i gotowością, choć wtedy nie potrafiłem tego nazwać. Zacząłem szukać siły większej niż ja sam, wstąpiłem do kościoła, modliłem się tam po swojemu, ja stary ateista. Byłem zdeterminowany, poszedłem na terapię do Poradni Leczenia Uzależnień, później na terapię grupową z psychologiem, to wszystko też było mi potrzebne. Najważniejsze nastąpiło jednak gdy pojechałem kilka razy na spotkanie Intergrupy. Usłyszałem coś nowego, trafiłem na warsztaty sponsorowania . Tam otworzyłem oczy na program AA, znalazłem mojego pierwszego sponsora i poprosiłem go o pomoc w pracy na programie 12 Kroków. Pragnąłem postępu duchowego. Zacząłem się zmieniać. Komputer w mojej głowie zresetował się, zacząłem wierzyć i czuć co mam robić, a nie myśleć jak układać puzzle w swojej głowie. Poczułem, że nie jestem sam, Bóg jest ze mną i działanie jego czuję przez innych ludzi. Zobaczyłem ludzi uśmiechniętych i przychylnych mi. Oni wcześniej też byli, tylko ja ich nie widziałem. Przebudziłem się, co jest niewątpliwie łaską, którą otrzymałem od Siły Wyższej. I co dalej? Co otrzymałeś, darmo oddaj innym, tak mniej więcej jest napisane i to już wiem, rozumiem co mam robić. Nie mogę na powrót zamknąć się w kokonie egoizmu. Modlę się, żyję programem AA, porządkuję życie osobiste, otwieram serce na innych, słucham intuicji - to wszystko pomaga mi dawać miłość. Niedługo minie 7 lat, jak drugi raz przyszedłem na mityng prosząc o radę innych alkoholików. Otrzymałem dużo więcej niż sobie mogłem wyobrazić i za to jestem wdzięczny. Bez pierwszego mityngu nie byłoby drugiego mityngu i tych samych, szczerze witających mnie alkoholików. Skąd to wiem? - obudziłem się!

Janusz alkoholik