MITYNG 03/201/2014

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


JAK SIĘ POWIERZAM ?

Trudne pytanie, trudna odpowiedź. Trudne dla mnie pytanie, jeszcze trudniejsza odpowiedź. Ciągle się zastanawiam, co to znaczy powierzyć – czy stać się bezwolny, czy wszędzie szukać sygnałów od Siły Wyższej jak postępować? Opiszę tu swoje przemyślenia, i to, co staram się robić w tej kwestii. W moim pijanym życiu sądziłem, że to ja decyduję, co i jak mam robić. To postępowanie doprowadziło mnie do całkowitego bankructwa, utraciłem rodzinę, dom, pracę, która dawała mi satysfakcję finansową i ambicjonalną. Uciekałem przed odpowiedzialnością i problemami. Tą ucieczką był alkohol, według mojego mniemania, lek na wszelkie kłopoty. Wówczas moim powierzeniem była zasada, że jak mam co wypić – to JAKOŚ to będzie. Nie brałem pod uwagę konsekwencji takiego życia. I, o dziwo, jakoś to było, bo moja Siła Wyższa jednak czuwała nade mną. Oszczędziła mi poważnych uszczerbków na zdrowiu: nie miałem żadnego wypadku jeżdżąc po pijanemu, uchroniła przed więzieniem, kiedy kradłem materiały budowlane lub oszukiwałem finansowo znajomych czy współpracowników. W tamtym okresie Siła Wyższa doprowadziła mnie do samotności i degradacji psychicznej. Ciągłe lęki, omamy słuchowe czy depresje, na które alkohol już nie pomagał, a przymus fizyczny i psychiczny nie pozwalał na zaprzestanie picia wódki. Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, zachował mi możliwość myślenia. Stan, w którym zdawałem sobie sprawę, że już nie potrafię żyć zarówno z alkoholem, jak i bez niego, doprowadził mnie do próby samobójczej. I właśnie Siła Wyższa czuwała wówczas nade mną. Połknąłem 15 tabletek relanium, popiłem je ćwiartką wódki i przeżyłem . Był to przełomowy dla mnie moment – synowie zawieźli mnie do szpitala na odtrucie, a potem żona przetrzymała mnie przez trzy tygodnie w domu. Czy to nie było działanie mego Boga? Widzę to dopiero teraz, gdy moje zmysły i myślenie zaczęły w miarę prawidłowo funkcjonować. Wiem, że jest Ktoś, kto czuwa nade mną. Oddaję się pod Jego opiekę. Staram się wsłuchiwać w Jego wskazówki, które są przekazywane mi przez słowa innych ludzi (głównie alkoholików) i ich doświadczenie. Mam odczucie, a nawet pewność, że postępując zgodnie z normami społecznymi (dla katolików to jest 10 przykazań), spełniam Jego wolę wobec mnie. Gdy tak postępuję, to życie staje się łatwiejsze i mam pogodę ducha. Jeśli nawet zdarza się, że mam problem i postępuję zgodnie ze wskazówkami Siły Wyższej, a efekt jest nie taki, jak bym chciał, to godzę się z tym. Wiem, że pomimo moich wszelkich starań, efekt nie zależy ode mnie. Powierzam to Bogu, jakkolwiek Go pojmuję, bo to On decyduje o moim życiu. On wie, co jest dla mnie dobre. Na przykład, gdy wdałem się w związek z kobietą, bo znów zwyciężyły moje instynkty i egoizm, Siła Wyższa spowodowała, że został on zakończony, zanim skrzywdziłem tę kobietę i siebie. Mój stan psychiczny powrócił do równowagi. Kluczem do tego jest moja pokora wobec otaczającej mnie rzeczywistości i świadomość, że jestem trybikiem w całym społeczeństwie (nie najważniejszym, ale potrzebnym). Wspólnota Anonimowych Alkoholików, służba dla niej i Siła Wyższa pozwala mi na godne życie i utrzymanie mojej trzeźwości. I za to Wam dziękuję.

Sławek AA


MAM TU COŚ DO ZROBIENIA

Nie wiem dokładnie, kiedy i jak się to stało, że najpierw uwierzyłem w Siłę Wyższą, przeze mnie nazywaną STWÓRCĄ, a później oddałem moje życie w jego ręce. Pierwszy raz usłyszałem we wspólnocie o Bogu na moim pierwszym mityngu. Pamiętam, że bardzo mi się to nie podobało, tak jak inne rzeczy, które zobaczyłem na spotkaniu – świeczka, kapelusz i Bóg! Pomyślałem – co jest do cholery, JA tu przyszedłem na spotkanie alkoholików, a tu mowa jest o Bogu. Na domiar złego, mityng odbywał się w sali parafialnej przy kościele. Stwierdziłem wtedy, że Bóg, świeca, kapelusz (czytaj: pieniądze) mnie nie obchodzą. Będę słuchał tylko tego, co mówią alkoholicy o niepiciu. Z biegiem czasu moje pierwsze oburzenie na temat Boga zmniejszyło się. Choć jak słyszę na mityngu o tym, jak AA jest łączone z jakąś religią, to mnie to rusza. Mam jeszcze trochę pracy nad tym tematem, choć już bardziej rozumiem, że każdy alkoholik ma swoją drogę i swoje sposoby odnajdywania Boga. Chodząc na mityngi i słuchając historii przyjaciół, zacząłem zdawać sobie sprawę, że gdyby nie STWÓRCA, wcale tego tekstu mógłbym nie pisać. Uświadomiłem sobie, że moja Siła Wyższa wyciągnęła mnie z opresji wiele razy. Takimi znamiennymi przykładami są jazdy po alkoholu samochodem, niekiedy nie umiałem powiedzieć, gdzie i jak przejechałem 100 czy 200 km!? Rozbiłem po pijanemu służbowy samochód, swój i kierowcy, który stanął na mojej pijanej drodze. Nie był to jedyny taki przypadek, w tamtym złym okresie mojego życia. To tylko wola STWÓRCY, że uchronił mnie od konsekwencji spowodowania wypadku, np. więzienia. Pisząc te słowa, poczułem wdzięczność do Boga (jakkolwiek Go pojmuję). On zawsze przy mnie był, a ja nie zawsze o nim pamiętałem. Nie bardzo mogę powiedzieć kiedy i gdzie zmienił się mój pogląd na Boga. Z biegiem czasu moje lodowate serce zaczęło topnieć. Zacząłem rozumieć, że On wcale nie chce dla mnie źle. Któregoś razu na mityngu zrozumiałem taką prostą prawidłowość – Bóg pozostawił mnie na tym świecie, bo mam tu coś do zrobienia i ta myśl towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Zaczęło do mnie docierać, że życie moje i moich bliskich nie jest wcale zależne od tego, co ja zrobię. Wszystko jest w rękach STWÓRCY. Nie ma we mnie obawy o mnie i bliskich, powierzyłem Mu los mój i mojej rodziny. Żona niekiedy źle to odbiera. Kiedy, na przykład, jesteśmy w szpitalu z którąś z naszych pociech, żona biega od lekarza do lekarza i martwi się, jak wyjdą badania. A ja spokojnie czekam, jaka jest wola Boga w tym temacie. Wiem o tym, że nawet jak podskoczę do sufitu to nic to nie zmieni. Jedynie Stwórca jeden wie, co dla mnie i rodziny teraz jest najlepsze. Zastanawiam się niekiedy, czy nie jest to czasem ślepa wiara, ale przypominam sobie wiele sytuacji z mego życia, w których, gdyby nie On, to by było ze mną źle. Na co dzień staram się rozmawiać z Nim poprzez modlitwę, proszę Go o pomoc na dziś. Od niedawna program zgiął mi kolana. Jeszcze jakiś czas temu moja modlitwa brzmiała tylko tak: „Boże użycz mi…” podczas drogi samochodem do pracy, niekiedy zapominałem albo myślałem już o pracy. Dzisiaj proszę Go o wskazówki na dany dzień, żebym jak najlepiej mógł wypełniać Jego wolę. Dostałem u Niego dobrą posadę i chcę wypełniać obowiązki powierzane mi przez Niego. Modlę się w domu, na spokojnie, bez pośpiechu. Zamykam oczy i myślę tylko o rozmowie ze Stwórcą (na kolanach). Gdyby nie Jego dobra wola i łaska dalej męczyłbym się z butelką w ręku. To On dał mi możliwość trzeźwienia. Do niedawana myślałem, że to JA jestem taki wspaniały i to ja podjąłem decyzję o tym, że pójdę na pierwszy mityng. Bzdura! On przemawia przez ludzi wokół mnie, podsuwa mi rozwiązania, ja tylko z pokorą muszę ich wysłuchać i nie tylko na mityngu! Teraz częściej dostrzegę przekaz Stwórcy na mityngu, niż gdzie indziej. Mam nadzieję, że jeżeli Go tylko o to poproszę, to niedługo dostrzegę więcej. Długo trwało, żebym zrozumiał Jego intencje wobec mnie. Z nadzieją i pokorą czekam na następne zadania, cele, wskazówki. Wierzę, że moja relacja z Pracodawcą będzie się pogłębiać, choć to, co mam, to już jest bardzo dużo. Daje mi to duży spokój, wiem, że On opiekuje się mną i moją rodziną. Nie muszę się już martwić, muszę tylko nie pić, pracować na programie, spotykać ze sponsorem, iść na mityng, czytać naszą literaturę i modlić się! Służyć Bogu i drugiemu człowiekowi.

pAAweł


JESTEM WDZIĘCZNY ZA ZŁE WYBORY

Jestem już po pracy ze sponsorem i dziękując mojej Sile Wyższej i dobrym ludziom, oddaję to, co dostałem, drugiemu człowiekowi. Przede wszystkim staram się żyć tym programem i stosować go we własnych poczynaniach. Nikt mi nigdy nie obiecywał, że będzie to łatwe, miłe i przyjemne. Ale powiedzieli mi, że zobaczę świat z innej perspektywy. Nie tylko tak, jak kiedyś, z perspektywy butelki lub innych środków zmieniających nastrój. I teraz już dostałem w prezencie możliwość wyboru i to ode mnie zależy, w jakim kierunku pójdę i co z tym zrobię. Wiesz, kiedyś dostałem SMS od przyjaciela, który pisał że 10 przykazań jest dla ludzi, którzy nie chcą trafić do piekła, a dwanaście kroków jest dla ludzi, którzy z tego piekła wychodzą. Ja nie chcę tam wracać, więc mam być odpowiedzialny za to, co mówię i za to, co robię. W Kroku trzecim powierzając swoje życie i swoją wolę opiece BOGA, jakkolwiek pojmuję i rozumiem moją Siłę Wyższą, było mi dane zrzucić z pleców ciężar,jaki sobie sam zaaplikowałem na własne życzenie i oddać to wszystko i powiem ci, jest mi o wiele lżej żyć i cieszyć się tym, co odkrywam i co posiadam. Nie są to pieniądze, nie jest to nowe BMW pod domem, ale doświadczenia, jakie dostaję od ludzi ze wspólnoty. To wszystko jest dziś moim bogactwem. Powierzyć, oddać. Ja zaufałem, choć nie wiem, nie widziałem, ale zaufałem. Często powtarzam te słowa: dzięki BOGU i dobrym ludziom żyję i mogę się cieszyć tym, co jest mi dane. Odkrywać w sobie samym siebie samego. Mam możliwość zmieniać się i dzielić się tym z drugim człowiekiem. Dzięki temu wszystkiemu zacząłem lubić swoja chorobę i mam szansę zdrowienia, choć wiem, że to choroba śmiertelna i nieuleczalna, mam szansę dzięki niej stawać się odrobinę lepszym człowiekiem. Nie jestem ani nie będę idealny, ale mam możliwość zmiany swojego postępowania i toku myślenia i mogę podążać tą drogą z moją Siłą Wyższą i innymi ludźmi. Nie ja jestem najważniejszy, nie ja jestem pępkiem świata i nie zrobiłem nikomu żadnej łaski przestając pić. Uratowałem tylko własne życie. Ale dziś wiem, że to Bóg nade mną czuwał. Nawet kiedy wydawało mi się, że jestem sam, jestem bezdomny, jestem nikim – dla niego zawsze bylem kimś ważnym i on mnie kochał za to, że po prostu jestem i popełniam błędy. Nawet te błędy, które popełniałem czy popełniam, były mi dane po coś. Abym się uczył i szukał, odkrywał i poznawał siebie takiego, jakim jestem naprawdę i kiedy siedziałem na swoim pierwszym spotkaniu AA w szpitalu psychiatrycznym, zrozumiałem albo było mi dane zrozumieć, że mam być uczciwy najpierw wobec siebie samego, a potem będzie mi dane być uczciwym wobec innych. Wiem, że nie umiem ładnie pisać ani nie znam się na ortografii, bo byłem leniem, to i tak jestem wdzięczny BOGU i wam wszystkim za to, co do mnie dotarło i co było mi dane zrozumieć wiele lat temu, kiedy bylem jeszcze młodym człowiekiem. Moja kochana babcia często powtarzała mi: synu, bez BOGA ani do proga. Nie słuchałem tych słów, nie chciałem ich zrozumieć, odpychałem je od siebie i wyrzucałem z mojej świadomości, bo uważałem, że wiem lepiej, że sobie poradzę, bo jestem młody i silny. A tu pac, moja Siła Wyższa pozwoliła mi dokonać kilku złych wyborów, abym zrozumiał, że nie tędy droga i abym mógł spojrzeć na siebie inaczej. I dziś za te złe wybory jestem wdzięczny, bo gdyby nie one, to bym już nie żył.

POZDRAWIAM Piotr Irlandia


POWIERZENIE. KROK TRZECI

Uwierzyłem, ale nie od razu. Potrzebowałem swoich przykrych doświadczeń. Kiedyś nazywałem swoją Siłą Wyższą alkoholików z naszej Wspólnoty. Pewnego dnia przyszedł na mityng znany mi wcześniej człowiek, który nie pił już ponad 10 lat. Dla mnie „świeżaczka” był wzorem do naśladowania. Był tak wzburzony zachowaniem swojej żony w domu, że myślałem, że zaraz dostanie zawału serca lub udaru. Pomyślałem sobie w wielkim skrócie: „o kurczę, a jeżeli po mityngu z tego wzburzenia pójdzie się napić, albo zrobi komuś krzywdę?”. Kiedy indziej usłyszałem historię alkoholika, który mówił, że „nie pił już kilkanaście lat i zdrowiał, ale przyszedł dla niego trudny czas, ból związany ze śmiercią jego matki i zaczął pić, tłumacząc sobie, że nigdy nie będzie zdrowy”. Byłem przerażony i zniechęcony. Jak to? To nie mam szansy na normalne życie? Czy widmo zapicia musi mi towarzyszyć przez całe życie? Pomyślałem, że ludzie ze wspólnoty nie zawsze i nie o każdej porze dnia będą ze mną. Z różnych przyczyn – mają swoje rodziny, swoje prywatne życie, pracę, wyjazdy służbowe, itp. Co będzie jak zostanę sam bez kontaktu z drugim alkoholikiem? W jaki sposób obronię się przed pokusą wypicia pierwszego kieliszka? Przypomniało mi się, jak mój przyjaciel, który przyprowadził mnie na pierwszy mityng, pożyczył mi „Codzienne Refleksje” i powiedział, żebym czytał codziennie ten jeden, mały kawałek, który jest w danym dniu. Powiedział: „mi to pomaga”. Kiedy wracaliśmy do domu, spytałem się "..wiesz, w tych refleksjach, jest trochę za dużo o Bogu i podporządkowaniu się Jemu". Kolega uśmiechnął się i powiedział: „przyjdzie czas, że zrozumiesz i sam będziesz uważał, że to jedyna droga powrotu do trzeźwego życia”. Był to pierwszy dzień mojej trzeźwości, 17 lipca.„Codzienne Refleksje – Podporządkowanie się i samopoznanie” jeszcze tego nie rozumiałem. Na szczęście takie dylematy nie trwały zbyt długo, ponieważ trafiłem na warsztaty w Woźniakowie. Tam usłyszałem słowa, które po dziś dzień pamiętam, że żadna ludzka siła nie obroni Cię przed pokusą wypicia, że „ta obrona musi przyjść od Siły Wyższej (od Boga)”. Są to słowa, które napisali nasi prAAojcowie w WK, oraz „że jest to Program Uzdrowienia z Alkoholizmu”. Tylko dlaczego, kiedy sam czytałem WK, to nie zwróciłem na te cytaty uwagi? Spytałem się, co robić? Jak to, co? Przede wszystkim sponsor, Program i modlitwa do Boga – jakkolwiek Go pojmujesz. Ale ja przecież już kiedyś się modliłem i to nic nie dawało, tłumaczyłem sponsorowi. Nie wspomniałem, że modliłem się tylko wtedy, kiedy coś chciałem lub jak przysłowiowa trwoga, to do Boga. Moja dotychczasowa modlitwa bardziej przypominała „koncert moich życzeń i roszczeń”. Dopiero przy realizacji Trzeciego Kroku zrozumiałem sens modlitwy, sens powierzenia się i prośby o opiekę. Przez pierwsze dni zapominałem o niej. Ale zacząłem dostrzegać pewną prawidłowość, że jeżeli codziennie rano nie przeczytam „Codziennych Refleksji” i nie powierzę się w modlitwie Bogu, to w ciągu dnia jestem częściej zdenerwowany, a wieczorem zapominam o popatrzeniu na siebie z dystansu i podziękowaniu za każdą trzeźwą chwilę. Nie dostrzegam miłości, która jest wokół mnie, bo bardziej jestem zainteresowany samym sobą niż innymi. Kiedy zaś rano poświęcam czas na czytanie, zastanowienie się, oraz modlitwę (moją ulubioną Trzeciego Kroku), to dzień jest bardziej radosny, po prostu dobry. Wtedy pamiętam o tym, że drugi człowiek jest w moim życiu bardzo ważny, że żona natrudziła się w domu przy codziennych swoich obowiązkach domowych, że moje dzieci mają własny rozum i oczekują ode mnie wsparcia i miłości, a nie nakazów i zakazów. Moja postawa przestaje być roszczeniowa, sprawia mi radość bycie pomocnym innym ludziom. Wieczorem patrzę sobie w twarz i dziękuję Bogu za to, co dzisiaj od Niego otrzymałem. A otrzymałem spokój, radość z trzeźwego życia i zdrowy rozsądek. To Bóg postawił na drodze mojego życia Wspólnotę AA i mojego sponsora, który pomógł mi w realizacji i zastosowaniu Programu Dwunastu Kroków zawartych w WK, w moim życiu . Sam bym nie dał rady. Program pomógł mi uwierzyć i powierzyć swoje życie i swoją wolę opiece Boga – jakkolwiek Go pojmuję. Codziennie dziękuję Bogu – za wszystko, co od Niego otrzymałem – za to, co mi odebrał i za to, czego mi oszczędził. Nie chcę już powrócić do starego życia, w którym byłem nieuczciwy i polegałem tylko na sobie, moim bożkiem były osiągnięcia materialne, a chełpiąc się nimi, próbowałem być lepszym niż inni. Czy mogę powrócić do starego życia? Pewnie, że tak, jeżeli zachłysnę się w swoim samouwielbieniu i zapomnę,że przecież to nie wagony zabijają, tylko lokomotywa. Kiedy dopuszczę szaloną myśl, która powstaje w mojej głowie o napiciu się pierwszego kieliszka, który tym razem będzie dla mnie bezkarny. Jestem alkoholikiem, który potrzebuje drugiego alkoholika i wiary w Siłę Wyższą, aby móc cieszyć się nowym trzeźwym życiem. Taka jest wola Boga względem mnie. Stosowanie codziennie Kroku 10,11,12 ustawia mnie co rano na odpowiednim kursie, aby przypadkiem w główce mi się nie powywracało.

AArtur z Wawy


MOJA SZANSA

Zaczęłam pić jako dziecko. Pierwszą oznakę problemu alkoholowego przeżyłam, gdy miałam 14 lat – Pierwszy urwany film. Wracałam z dyskoteki, w ogóle nie pamiętam drogi powrotnej do domu. Alkohol uważałam za swoją najlepszą przyjaciółkę. Pomagał mi praktycznie w każdej sytuacji. Gdy miałam 27, może 28 lat często mówiłam, że jak tak dalej będę piła, to wyląduję w AA. Nawet nie wiedziałam, co ten skrót znaczy, tylko kojarzył mi się z alkoholem. Wyobrażałam sobie, że są tam ludzie starzy, że nic im już nie zostało, tylko to AA i śmierć. Myślałam wtedy, że jestem zbyt młoda na jakieś tam AA. Piłam, robiłam tak naprawdę, co chciałam. Stawiałam się w miejscu Boga i że mogę sobie jeszcze pogrzeszyć! W swoim życiu dotknęłam tego wszystkiego, o czym potem przeczytałam w literaturze AA – siedziałam w więzieniu, miałam obsesję picia i umarła prawie moja dusza. Tak bardzo dbałam o swoje potrzeby cielesne, a nie duchowe. Aż przyszła chwila, kiedy poległam całkowicie. Straciłam prawie wszystko: rodzinę, pracę, pieniądze, wygląd, szacunek do samej siebie. Ale żyłam!!!! Gdy miałam 38 lat zetknęłam się z wspólnotą AA i sama przyjęłam się do niej. Moja dawna mrzonka o AA rozmyła się, gdy na mityngu zobaczyłam kobiety i mężczyzn w różnym wieku – młodzi, starsi i starzy. Dziś wiem, że to „miejsce”, o którym kiedyś myślałam, że to jeszcze nie dla mnie, to jest moje miejsce. Wspólnota Anonimowych Alkoholików dała i daje mi poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia. Poczucie wartości,przekonanie, że nie jestem sama, nie jestem ta gorsza. Są to tacy sami ludzie jak ja, łączy nas ta sama choroba, jaką jest alkoholizm. Dzięki AA zaczęłam życie na nowo, zarówno fizyczne, jak duchowe. Moja duchowość wzrasta, a ja staję się coraz silniejsza i mam poczucie, że jestem lepszym człowiekiem. Mimo beznadziejnego tamtego życia – dziś chce mi się żyć. Chcę poznawać siebie i korzystać z tego, co przynosi mi każdy nowy dzień. A nadzieję dali mi Ci, którzy skorzystali z szansy na nowe życie: programu AA i obecności drugiego człowieka. Ich doświadczenia są moimi doświadczeniami.

Kasia


AL-ANON
WOLNOŚĆ

Kiedy przyszłam do Al-Anon, byłam zagubiona i zrozpaczona. Po wielu latach powracania do Stopnia Pierwszego odzyskiwałam wolność. Dzieje się to powoli. Pomaga mi w tym prosta modlitwa do Boga i powierzenie mu swych spraw. Uwalnia mnie to od ciężaru zamartwiania się o wszystko i o wszystkich. Program Al-Anon sugeruje, że bezsensem jest ponowne branie w swoje ręce problemów, wobec których byłam bezsilna. Nie mogłam uwierzyć, że Al-Anon może być dla mnie drogą do osobistej wolności. Zmieniałam swoje nastawienie, uwalniając siebie od rozpaczy i rozczarowań. Wątpliwości, które wciąż istnieją, może nie uwolnią mnie całkowicie od martwienia się i trosk, ale przez nadzieję, którą daje mi Al-Anon, rozwijam swoją osobowość, a przez to wzmacniam swoją wolność. Zostawiam innym ich życie. Jestem odrębną jednostką, która ma prawo być sobą i żyć własnym życiem w spokoju i radości. Mój mąż przestał pić. To była moja pierwsza wolność. Przestałam się bać i zaczęłam czerpać radość z życia. Uczyłam się jej. Rozwijałam się duchowo Mogłam wreszcie dokonywać wyboru dzięki sugestiom zawartym w programie Al-Anon. Powoli odzyskiwałam swoją godność, którą utraciłam podczas walki z pijącym mężem. W Al-Anon dzięki pomocy innym zmieniam swoje życie. Nie od razu wierzyłam we wszystko, co usłyszałam i przeczytałam. Nie mogłam pogodzić się z tym, że moje zabiegi o to, by mąż przestał pić skończyły się na niczym. Zaznajamiałam się z pokorą, która pomalutku odkrywała mnie samej sobie. Poznawałam siebie, jaka jestem naprawdę. Dzieliłam się swoimi doświadczeniami, które kiedyś rujnowały moje wnętrze. Przeżywałam radość, ulgę. Z pomocą Siły Wyższej, której wszystko powierzam, mogę uczynić dla siebie jeszcze więcej. Nabrałam zaufania do ludzi. Uczę się akceptacji nowej rzeczywistości życia. Siła Wyższa zadbała o moje zdrowie stawiając na mojej drodze Al-Anon.

Dana z Wrocławia


COŚ O NAS

Chciałbym coś napisać o nas. O mnie i mojej żonie. Poznaliśmy się na mityngach, na których spotykaliśmy się. Zaiskrzyło, postanowiliśmy spróbować poznać się bliżej. Po roku wzięliśmy ślub. Wcześniej słyszałem, że dwoje alkoholików nie powinno być ze sobą na stałe. My postanowiliśmy spróbować. Jeden z alkoholików powiedział, że jest to możliwe, że też ma żonę alkoholiczkę i są ze sobą szczęśliwi. Ale jest jeden warunek: 12/12. Cały czas powinniśmy być na programie. Przyjęliśmy to z uśmiechem. A raczej ze śmiechem, jak się oddalił. Ale miał rację, nie byliśmy oboje gotowi. To się okazało po jakimś czasie, gdy minęła już fascynacja i zaczęło się normalne, codzienne życie. Ale nie dla nas. Przypłaciliśmy to nasze małżeństwo zdrowiem. Wtedy dopiero mogłem ujrzeć siebie w prawdzie. Pijane zachowania, silne emocje. Działaliśmy na siebie bardzo toksycznie. Byliśmy strasznie poranieni oboje, nieustępliwi. Kłóciliśmy się o błahe sprawy, raniliśmy się strasznie. Bałem się, że żona może się napić. Ja jakoś nie bałem się, że się napiję, tylko bałem się, że zwariuję. Moje zdrowie załamało się. Nie było innego wyjścia, trzeba było pójść na ustępstwa. Już nie krzyczeliśmy do siebie, tylko prowadziliśmy dialog. Nic innego nam nie pozostało. Wiedzieliśmy to oboje. I pomogło. Zaczęliśmy, a raczej uczyliśmy się ze sobą rozmawiać.Co nas boli. Z czym się nie zgadzamy. Co mogłoby nam pomóc. Już nie było Ja, Ty, tylko MY . Decyzje podejmowaliśmy razem. Zacząłem chodzić częściej na mityngi. Do kościoła co tydzień, spotykać się z osobami duchownymi, psychologami. Pomału dochodziliśmy oboje do zdrowia. Znalazłem sponsora chociaż wcale nie było łatwo. Gdy usiedliśmy do szczerej rozmowy, poczułem od nowa, że jestem wartościowym człowiekiem. Poczułem gotowość, by wreszcie zacząć 12/12 ze sponsorem. Wcześniej próbowałem sam, na głowę. Tylko zapomniałem, że na głowę to ja jestem chory. Poczułem się tak, jakbym budził się z głębokiego amoku. Mamy z żoną już swój wiek, ale ciągle okazujemy sobie uczucia. Jesteśmy oboje trzeźwi i szczęśliwi ze sobą. Dzięki temu, że spotkaliśmy się i zostaliśmy małżeństwem, zrozumiałem jak ważny jest dla mnie i naszego małżeństwa program Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji.

Alfred


ZZA KRAT

Mam na imię Stanisław, jestem alkoholikiem. Obecnie przebywam na terapii w Nowym Wiśniczu i cieszę się z tego bardzo, gdyż na nowo mogę sobie przypomnieć wszystkie wiadomości, które już kiedyś przerabiałem i dowiedzieć się, gdzie popełniłem błąd, że po tak długim czasie, przez alkohol znów trafiłem za kratki. Długo mógłbym opisywać, co straciłem przez alkohol, wręcz to nie ja kierowałem swoim życiem, postępowaniem, charakterem, tylko alkohol mną kierował. Gdy miałem 17 lat popełniłem pod wpływem alkoholu przestępstwo, za które trafiłem na cztery lata do więzienia. Wtedy całe moje życie runęło. Mając 19 lat trafiłem na terapię, na której dowiedziałem się, na co jestem chory. Wtedy po raz pierwszy obiecałem sobie, że po wyjściu nigdy nie wezmę alkoholu do ust, gdyż zniszczył on moje najmłodsze lata, zaczął rujnować relacje z rodziną, i wszystko co było dla mnie ważne. Wtedy też uznałem swoją bezsilność wobec alkoholu, pogodziłem się z chorobą. W ZK uczęszczałem na mityngi AA, po pewnym czasie sam prowadziłem mityng, z czego byłem bardzo szczęśliwy, jednakże potrzebowałem dużo czasu, żeby się w końcu przełamać i opowiedzieć o swoim pijanym życiu, zawsze byłem zamknięty w sobie, nikomu nie ufałem. Przed terapią obwiniałem wszystkich o swoje niepowodzenia, dużo we mnie było nienawiści do całego świata. Ale tamta terapia sporo zmieniła, pomocne okazały się mityngi, stosowanie programu HALT, 24 godzin. Dzisiaj patrząc na to wszystko, znów uczestnicząc w terapii, wiem gdzie popełniłem błąd, ponownie wpadłem w wir alkoholu. Przez swoje picie znów trafiłem do więzienia. Moje błędy polegały na tym, że przestałem chodzić na mityngi,przestałem stosować wszystkie zalecenia terapeutów i te, o których dowiedziałem się w AA, nie do końca uwierzyłem w swoją Siłę Wyższą czyli Pana Boga. Pijąc, myślałem, że mam Go na zawołanie, gdy coś złego mi się przytrafi. Obecnie znowu pracuję nad sobą, znalazłem i uwierzyłem w swoją Siłę Wyższą. Dla mnie jest to Bóg. Pomocne też okazuje się czytanie Nowego Testamentu. Zacząłem inaczej patrzeć na życie. Dla mnie jedynym i głównym celem w życiu jest niepicie alkoholu i wiara w to, że Bóg mi w tym pomoże, a ja po wyjściu na wolność zrobię wszystko, z całych swoich sił, żeby sytuacja już się nie powtórzyła. Ja nie chcę pić z całego serca, dla mnie jeden kieliszek to za dużo i dobrze, że zdaję sobie z tego sprawę. To tyle, co chciałem napisać o sobie i swoim pijanym życiu. Dzisiaj przebywając w ZK cieszę się z każdego ranka gdy wstaję trzeźwy i nie mam kaca. Gorąco pozdrawiam i życzę wytrwałości w trzeźwieniu.

Trzeźwiejący Staszek

Z zasobów biuletynu Zdrój


AKCEPTACJA

Mam na imię Grzegorz i jestem alkoholikiem. Tak się przedstawiam od sześciu lat, uczestnicząc w mitingach AA. Teraz, po sześciu latach trzeźwienia, mogę nie tylko powiedzieć tak na mityngu, ale mogę nawet napisać i nie wstydzę się tego. Akceptuję swoją chorobę z jej uciążliwościami, ograniczeniami i przywilejami. Akceptacja, to słowo – hasło usłyszałem pierwszy raz będąc w terapii, od mojego terapeuty św. pamięci Henryka. Stało się ono dla mnie, alkoholika, kluczem do nowego lepszego życia. Analizując swoje życie, postępowanie, zachowania, emocje doszedłem do wniosku, iż brak akceptacji samego siebie, mojej rodziny i otoczenia był powodem moich kłopotów, przyczyną obsesyjnego picia. Nie wiem, z czego to wynikało, ale poczynając od wczesnego dzieciństwa negowałem wszystko, nie akceptowałem nawet swoich zalet. Byłem ponadprzeciętnie uzdolnionym chłopakiem. Nauka nie sprawiała mi żadnych problemów, bez wysiłku wchodziło do mojej głowy wszystko to, czego wymagała szkoła, a potem studia. Mój talent i zdolności matematyczne nie były dla mnie powodem do dumy. Ja chciałem być taki, jak większość moich kolegów. Chciałem być silny, szybki, cwany, przebiegły, łobuzowaty. Wyniki w nauce były drugorzędną sprawą, liczyła się pozycja w grupie. Bardzo dobry z matmy – to żaden powód do dumy. Durnowate dowcipy robione nauczycielom, prym we wszelkich rozróbach i bójkach – z tego byłem dumny. W ósmej klasie zacząłem pić alkohol – podłej jakości wino, wypijany w kiepskim towarzystwie. Najważniejsze było upić się do nieprzytomności. W mojej chorej głowie upijanie się było powodem do dumy. Dawało odskocznię od rzeczywistości, od nieakceptowanego ojca, który, w mojej ocenie, był wieśniakiem ubabranym w gnoju, wiecznie tylko narzekającym i goniącym mnie do roboty w polu czy w gospodarstwie. Muszę to napisać: nie akceptowałem swoich rodziców, ciężko pracujących rolników, którzy widzieli tylko pracę i obowiązki. Nie akceptowałem swojego chłopskiego pochodzenia. Gdybym mógł zamienić swój duży wygodny dom z łazienką, centralnym ogrzewaniem (jedyny taki w całej wsi), ciepły i czysty, ładnie urządzony, w którym każdy miał swoje obowiązki, ale i prawa, na spelunę lub norę swoich kolegów, gdzie nikt nie miał obowiązków,ale było wesoło i zabawnie, gdzie na co dzień był alkohol, wybrałbym to drugie. Nie widziałem relatywnego dobrobytu w jakim wzrastałem, wstydziłem się swojego pochodzenia. W szkole średniej nie zaprosiłem do domu żadnego kolegi ani koleżanki, bo wstydziłem się, że mój tata nie dość, że jest rolnikiem, to jeszcze na dodatek sołtysem – wstydziłem się własnego ojca. Nie akceptowałem swojego wyglądu. Na trzecim roku studiów zacząłem intensywnie łysieć, z tego powodu nie mogłem na siebie patrzeć. Jednak widok przekrwionej, opuchniętej twarzy po trzydniowym piciu nie budził zastrzeżeń. Tylko na pierwszym roku dobrze zaliczona sesja była dla mnie powodem do dumy. Później liczyło się szpanowanie kasą, urządzanie alkoholowych libacji, mocna głowa, to były powody do dumy. Gdy miałem 33 lata dotarło do mnie, że mam problem z alkoholem. Trafiłem do poradni, przez tydzień dostawałem anticol, bo bałem się, że znowu będę pił. Po miesiącu znalazłem pracę, taką wymarzoną, dobrze płatną, dającą szansę na robienie kariery. Nie piłem, ale nie zaakceptowałem swojej choroby. Alkoholizm zamieniłem na pracoholizm. Pierwsze niepowodzenie, bankructwo firmy i znowu piłem i to tak na full, kasacyjnie, tak że po trzech tygodniach nie bardzo wiedziałem jak się nazywam. Tutaj opatrzność czuwała nad moim losem. Wyhamowałem znalazłem nawet lepszą pracę, ale dalej nie pogodziłem się ze swoim uzależnieniem. Wróciłem do pracoholizmu, robiłem szybką karierę. Po trzech latach abstynencji, w których zbudowałem podstawy bytu materialnego dla rodziny zakochałem się, założyłem rodzinę i oczywiście w dzień po swoim weselu napiłem się. Nie mając zgody na swoją bezsilność wobec alkoholu sprawdziłem czy po trzech latach abstynencji jestem wyleczony. Wkrótce okazało się, że nie jestem zdrowy, dalej mam alergię na alkohol, tak o sobie mówiłem znajomym i kolegom z pracy. Potrzebowałem jeszcze 12 lat i kilkunastu przerw w życiorysie, aby wreszcie ze strachu przed utratą rodziny, strachu przed samotnością trafić do AA, a potem po kilku miesiącach ponownie podjąć terapię. Za brak akceptacji zapłaciłem wysoką cenę. Moja kariera zawodowa legła w gruzach. Sile Wyższej zawdzięczam pogodzenie się ze swoją bezsilnością wobec alkoholu, zawdzięczam akceptację zarówno swoich wad jak i zalet, a przede wszystkim akceptację ograniczeń wynikających z mojej choroby.

Grzegorz