MITYNG 04/202/2014

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



POKOCHAJ  SIEBIE I INNYCH

Pokochaj siebie i innych, usłyszałem podczas jednego z mityngów. Niby nic trudnego, ale jak to zrobić, skoro były we mnie urazy i złość do wszystkich ludzi i samego siebie. A było tego sporo. Największe pretensje miałem do rodziców i rodzeństwa, bo to oni najbardziej piętnowali moje pijaństwo. Na mojej liście znalazło się też kilka instytucji państwowych, na przykład policja, bo często byłem zatrzymywany za zachowania pod wpływem alkoholu. Urazy miałem też do innych narodowości lub religii bez konkretnych powodów, po prostu tak sobie. Jednak najbardziej nienawidziłem siebie, nie miałem zgody na to, co czyniłem i jak żyłem. Porządkując swoją przeszłość, przy pomocy sponsora uwierzyłem, że życie z głębokim żalem jest puste i jałowe. W konsekwencji prowadzi do picia. Zrozumiałem, że nie mam innego wyjścia, jak wybaczyć. Odkryłem, w jakich sytuacjach krzywdziłem ludzi oraz jak raniłem samego siebie, kiedy nabierałem uprzedzeń. Zacząłem nabierać chęci do życia, świat wydawał się jaśniejszy  i bardziej przyjazny. Pewnego razu podczas mityngu stwierdziłem, że w zasadzie nie mam już uraz do innych ludzi i teraz to już wszystkich kocham, toleruję itp. Następnego dnia na ulicy spotkałem pewną osobę, do której „kiedyś” żywiłem głęboki żal. Tylko strach przed konsekwencjami prawnymi powstrzymał mnie, bym tej osoby nie udusił w środku miasta. Zobaczyłem wtedy, że jest poważna różnica między wybaczeniem, a mówieniem o tym. Wybaczenie jest procesem - nie mogłem tego zrobić na głowę, potrzebny był mi czas. W niektórych przypadkach stosowałem modlitwę za osoby, do których czułem gniew i choć wydawało mi się to dziwne, to rezultaty pozytywnie mnie zaskoczyły. Dziś coraz lepiej dogaduję się z rodzicami. Często ich odwiedzam i dobrze czuję się w ich obecności. Cieszę się z relacji jakie mam ze swoją siostrą. Podczas ostatniej wigilii spędziliśmy ze sobą kilka godzin i naprawdę bardzo cieszyliśmy się byciem razem. Jest jednak mały kamyk w moim ogródku. Pomimo kilku lat wciąż trudno mi wybaczyć samemu sobie kilku rzeczy z mojego życia. Ten proces wciąż trwa i potrzebna jest mi cierpliwość .

Alkoholik Robert



PISZĄC DO NAS, PISZEMY DO SIEBIE

Na początku mojego zdrowienia zdawało mi się, że do MITYNGU mogą pisać tylko wybrańcy. Że są to alkoholicy z bardzo dużym stażem niepicia, autorytety. Czytając artykuły utożsamiałem się w dużej mierze z ich autorami, biorąc ich doświadczenia zupełnie za darmo. Wielokrotnie chciałem napisać coś od siebie, ale wtedy mój wewnętrzny krytyk mówił mi – Jurek, daj sobie spokój, nikt cię czytał nie będzie, bo co ty możesz napisać? Że gdzieś tam pod Warszawą zacząłeś być prowadzącym, i że wiele ci to daje. Kogo to obchodzi? Lepiej daj sobie spokój, to nie ma sensu. Dziś wiem, że każde, choćby najmniejsze moje lub Wasze doświadczenie może drugiemu człowiekowi, alkoholikowi uratować życie. Tradycja Piąta mówi, że głównym celem grupy jest nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Ta tradycja nie dotyczy tylko grupy, czy też AA jako całości. Dotyczy też mnie, Jurka alkoholika. Sensem mojego życia jest nieść posłanie alkoholikowi i człowiekowi, który wciąż jeszcze cierpi. Oczywiście, mogę dziś powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że niosę to posłanie na różne sposoby: przez służby w grupie, czy też poza nią, przez chodzenie na detoks, czy spikerki na odwykach. Pracuję ze sponsorem, opiekuję się też pewnym nowicjuszem, którego poznałem na mityngu, na którym byłem spikerem. Niesienie posłania można porównać do siewu, im większe pole mam do obsiania, tym większa jest szansa, że posiane ziarenka wzejdą i kiedyś wydadzą owoce. Pisząc do MITYNGU jestem właśnie na tym ogromnym polu, a każde ziarno to nie tylko moje doświadczenie, ale doświadczenia wszystkich. Skoro ja, Jurek biorę ziarna od innych, to moim obowiązkiem jest je przekazać innym, może tym na ostatnich nogach.

Pogody Ducha Jurek AA



POCHYLIŁAM GŁOWĘ

Mam na imię Magda i jestem alkoholiczką. Dziś mówię to z przekonaniem i chylę głowę z pokorą, pewna swojej bezsilności wobec alkoholu. Całe lata, gdy piłam, tak nie było. Jak większość alkoholików nie widziałam swojego problemu, każda myśl o tym, że moje picie nie jest „normalne” była natychmiast wypierana. Idąc drogą alkoholowej samowoli osiągnęłam swoje dno. Dotarłam do punktu, z którego mogłam albo wejść na drogę totalnego zatracenia, albo pochylić głowę i poprosić – Boże pomóż mi. Wybrałam tę drugą opcję. Dziś wiem, że zanim ja sama oddałam się mojej Sile Wyższej, jaką jest dla mnie Bóg, On już był przy mnie i działał. Zanim trafiłam do Wspólnoty AA, na mojej drodze pojawił się przyjaciel – alkoholik, który swoim świadectwem trzeźwości, miłości i pokory pokazał i uświadomił mi, że ja też mogę wejść na tę drogę. Teraz czuję się częścią Wspólnoty, jestem pełna zaufania do niej. Jest we mnie głębokie przekonanie i wiara, że do mojej abstynencji i przede wszystkim trzeźwienia, uzdrowienia, jest mi potrzebny drugi alkoholik. Do mnie Bóg przemawia poprzez przyjaciół ze Wspólnoty. Każdy mityng jest moim małym świętem. Z wdzięcznością dziękuję codziennie Bogu za ofiarowaną mi pomoc i za to, że ja też mogę czuć się potrzebna drugiemu człowiekowi. Ale najbardziej jestem wdzięczna za dar wiary, za tę łaskę, którą Bóg mi ofiarował jako nową drogę życia. Drogę, z której już nie chcę zawrócić…Każdy dzień rozpoczynam od modlitwy o pogodę ducha i obietnicy, że dziś się nie napiję. I tych „dziś” już się uzbierało. Mam sponsorkę i jestem na Programie. Teraz robię bardzo ważny dla mnie Trzeci Krok. Nie jestem już pełna żądań i pretensji do losu. Dzisiaj powierzam swoje życie Bogu, ofiarowuję siebie Jemu wierząc, że On mnie przeprowadzi przez wszystkie rafy życiowe i daje mi miłość, spokój i zgodę na to, co dla mnie przygotował. Cieszę się, że mam wspaniałą, pełną ciepła sponsorkę. Wielką radością jest dla mnie uczestnictwo w życiu Wspólnoty i poznanie tylu wartościowych ludzi. Praca nad Programem jest dla mnie przyjemnością. Jestem szczęśliwa, że dziś potrafię powiedzieć z pełnym przekonaniem: „niech się dzieję wola Twoja, a nie moja”.

Magda AA



JESZCZE TROCHĘ PRZEDE MNĄ

Witam serdecznie, jestem alkoholikiem, mam na imię pAAweł. Chciałbym się z Wami podzielić przemyśleniami na temat wybaczenia. Zacznę od tego, że praca ze sponsorem i wprowadzanie programu w życie uwolniła mój umysł od uraz, żywionych do osób, które w moim mniemaniu wyrządziły mi krzywdę. Najbardziej znienawidzonymi osobami w moim życiu była moja najbliższa rodzina. Miałem bardzo duże pretensje, że swoim postępowaniem, zachowaniem doprowadzili w dużym stopniu do tego, że borykam się z chorobą alkoholową. Obwiniałem za to mamę, tatę i poprzednie pokolenia alkoholików w mojej rodzinie. Nie rozumiałem tego, że są to ludzie tak bardzo chorzy. Jest parę wydarzeń, które miały bardzo duży wpływ na moje dzisiejsze życie: śmierć taty alkoholika, gdy miałem trzy lata, samobójstwo starszego brata (alkoholika -narkomana). Choroba alkoholowa trawiła moją rodzinę od środka. Dorastanie w niej zostawiło piętno na moim życiu. Pamiętam jak sobie powtarzałem, że nigdy taki nie będę. Uważałem się za osobę na niższym poziomie. Wszędzie chciałem być zaakceptowany, a najbardziej przez najbliższych. W szkole miałem przez to same problemy. Nie umiałem wykazać się inaczej, jak tylko przez złe zachowanie, łobuzerkę. Niedawno na mityngu ktoś uświadomił mi, że pielęgnuję urazę do pani nauczycielki, która w czwartej klasie kazała mi czytać tekst na głos, przed klasą, a nie bardzo umiałem płynnie czytać. Cała klasa śmiała się ze mnie. Pamiętam to do dziś. Siedzi to we mnie głęboko, kiedy na mityngu mam głośno przeczytać jakiś tekst, to od razu się denerwuję, serce mi wali, martwię się czy dobrze przeczytam, czy będą się ze mnie śmieli. Wiem, że mityng to miejsce, w którym moje lęki mogę odczarowywać. Nienawidziłem brata za to, że ciągle mnie bił. Jak przechodził koło mnie to musiał uderzyć mnie z pięści w ramię, bo inaczej był chory. W pewnym momencie uodporniłem się na te uderzenia i nie robiły już na mnie wrażenia. Kiedy przechodził odruchowo kuliłem się. Pamiętam jak mama po pijanemu przychodziła do mojego pokoju w nocy i płakała jaki to ona ma ciężki los i tak trzy godziny. Takich sytuacji jest dużo więcej w moim życiu. Długi czas było to powodem użalania się nad sobą, był to także powód do wymówek np. przed sponsorem, że czegoś nie mogę zrobić, zrozumieć programu, skupić się nad programem. Płakałem na spotkaniu i kierowałem w stronę rodziny epitety, że nie dali mi tego, tamtego. Że jestem gorszy, nie rozumiem programu, nie rozumiem zwykłego tekstu. W pewnym momencie wszystko się zmieniło, program i praca na programie dały mi szansę odwrócenia uwagi od siebie, nie skupiania się na tym jaki to życiowy los był dla mnie srogi i ile dostałem od życia. Pozwala mi zamienić zły okres na dobry. Odwrócić kartę, nie płakać nad rozlanym mlekiem, nie biczować się tym całe życie, nie lamentować - co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Zostawić to zło i iść dalej. Kroki pozwalają mi, a w szczególności Krok IV, rozstać się z urazami do osób wymienionych w tym tekście. Dotarło do mnie, że są to osoby równie chore jak ja. Doznałem następnej ulgi wprowadzając program w życie. Zyskałem duży spokój. Jestem mi teraz lżej, nie rozpamiętuję tego. Jakiś czas temu wracałem z dyrektorem z podróży służbowej. Mieliśmy dużo czasu, rozmawialiśmy o wszystkim. Dyrektor jest wtajemniczony w moją chorobę więc rozmawialiśmy także i o chorobie. Tak bardzo chciałem mu wytłumaczyć jak bardzo mi jest ciężko w życiu, jak jestem nieprzystosowany do życia. Jak bardzo duży wpływ na moje teraźniejsze zachowanie miała rodzina patologiczna. Jak nadopiekuńczość mojej mamy dała mi się we znaki, jak wyprowadziłem się z domu, jak ciężko jest zaistnieć w normalnym świecie. Kiedy mama na poczuciu winy robiła za mnie dosłownie wszystko. Próbowałem wszystko to wytłumaczyć, lecz on za nic nie mógł tego zrozumieć. A bardzo chciał. Teraz dotarło do mnie, że hodowałem w sobie urazy, którymi mogłem się tłumaczyć, że czegoś nie wiem, że nie mam takich umiejętności. Teraz jak o tym myślę to już rozumiem, dlaczego dyrektor nie mógł mnie zrozumieć. Tak mi było prościej żyć, zastawić się nieumiejętnością. Podeprzeć to ciężkim dzieciństwem, ciężkim losem, ciężkim życiem (ha, ha, ha) Jak to piszę, to aż się uśmiecham. Jakże jest łatwiej mi żyć, nie obwiniając innych za to co mam w życiu. Ostatnio na spikerce przyjaciółki usłyszałem, żebym zamieniał urazy na wdzięczność – jeszcze trochę przede mną ale jest nadzieja na lepsze jutro.

24H i pogody ducha pAAweł



PRAWDZIWY PRZYJACIEL

„Prawdziwi przyjaciele są z nami we wszystkich chwilach - tak samo dobrych jak i złych”. Miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. - Tak w dużym skrócie mogę opisać moją relacje Bogdanem z Jastrzębia. Choć nasza znajomość trwała zaledwie kilka lat i spora między nami była różnica wieku, to odnosiłem wrażenie, jakbyśmy wychowali się na jednym podwórku. Dla mnie Bogdan był człowiekiem mówiącym „językiem serca”. Tym co robił, pokazywał jak kocha Wspólnotę. Widziałem go jako osobę skromną, wielkiego człowieka. Znam zaledwie kilka osób, którym pomógł, a zapewne jest ich wiele. Na jednym z naszych spotkań powiedział: „Wiem, że nie wszystkich w AA lubisz, że niektórzy Cię denerwują. Widzisz, jak czasem postępują inaczej, niż mówią, ale nie potępiaj ich, bo „każdy ma swoją opowieść”. Starasz się zrozumieć i nie osądzać, nie krytykować... Masz kochać wszystkich. Nie oznacza to, że wszystkich masz lubić. Kochać, to wybaczać, nie krzywdzić, nie mścić się, akceptować odmienność innych. Żyć tak, żeby dawać żyć innym”. Te słowa są dla mnie nadzieją, że kiedyś i ja, stając obok Bogdana będę mógł powiedzieć: „Miałeś rację”. Swoimi darami dzielił się na łamach naszych biuletynów. Pisał w liście do siebie: „Winien jesteś wdzięczność, ale nie okazuj jej w słowach, to za mało. Okaż swoją wdzięczność Bogu i Wspólnocie AA niosąc wartości AA każdemu kto jeszcze cierpi, działaj na rzecz tych którzy cię potrzebują”. Ja jestem świadkiem, że te słowa wypełnił do końca. Odszedł w dniu moich urodzin 25.02.2014r. Tego dnia mieliśmy się spotkać. Już nie odebrał telefonu. Po paru godzinach dowiedziałem się, że odszedł. Nie zdążyłem dojechać. Gdy wróciłem do domu, zacząłem czytać nasze maile i artykuły, które przesyłał. Poczułem Jego obecność. W chwili pisania tych słów jest ze mną i będzie tak dopóty, dopóki będę korzystał z Jego doświadczeń, które zapisał w tak wielu tekstach. Wspólnota Anonimowych Alkoholików daje szansę na bycie dobrym człowiekiem. Ja też taki chcę być. Bogdan pokazał mi, że moje własne cierpienie nie jest wytłumaczeniem, by nie pomagać innym. Czasami wystarczy wysłuchać, porozmawiać. Spojrzeć w głąb samego siebie.

Piotr AA



TRZEŹWIENIE W SŁUŻBACH

Mam na imię Janeczka i należę do zespołu finansowego Zlotu 40-lecia. Od trzech lat razem ze przyjaciółką podliczamy wpływy z kasy, wyciągi z konta oraz przygotowujemy kolejne wersje kosztorysu organizacji Zlotu. Jesteśmy we dwie, bo dzięki temu mamy pewność, że jak któraś zachoruje lub nie będzie mogła, to zawsze ta druga ją zastąpi. Dla mnie to ważne, czuję, że przez to jestem bardziej odpowiedzialna i przewidująca. Do naszych obowiązków należeć będzie także zbieranie kopert z wpłatami z kapelusza ze wszystkich mitingów odbywających się podczas Zlotu oraz zbieranie wpłat z kas. Musiałyśmy również zebrać ok. 15 osobową grupę, która będzie obsługiwała te kasy. Całą służbę w zespole finansowym Zlotu 40-lecia zakończymy sprawozdaniem finansowym zawierającym szczegółowe rozliczenie, zarówno wszystkich wpływów, jak i kosztów związanych z organizacją całego przedsięwzięcia. Podjęłam się tej służby dlatego, że po pierwsze z zawodu jestem księgową, więc mogę podzielić się moimi umiejętnościami zawodowymi we wspólnocie, a po drugie pełniłam wcześniej funkcje skarbnika regionu i delegata w krajowej komisji finansowej. Trzy lata temu, kiedy byłam na intergrupie spytano mnie oraz koleżankę, z którą teraz razem pracujemy w zespole, czy nie podjęłybyśmy się tej służby. Choć przyszło to do mnie nieoczekiwanie, zgodziłam się. Widocznie tak miało być. Jest jeszcze jeden, najważniejszy powód, dla którego podjęłam się tej służby, jak i wszystkich wcześniejszych we wspólnocie – dzięki temu nie piję. Od samego początku jak tylko wstąpiłam do wspólnoty, chciałam mieć służby. Musieli mnie trochę przystopować. Jak tylko zdmuchnęłam pierwszą świeczkę zostałam skarbniczką. Później byłam mandatariuszką, sekretarzem na intergrupie, sekretarzem w regionie, skarbnikiem w regionie i równolegle delegatką w krajowej komisji finansowej. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak – miałam 10 lat trzeźwości. Dzięki służbom uczyłam się odpowiedzialności, ale początki bywały różne, czasem zabawne. Na jednej z pierwszych rad regionu, kiedy byłam sekretarzem, po 3 godzinach zaczęłam pospieszać prowadzącego. Byłam umówiona na brydża, więc chciałam, żeby już kończył. Później poprosił mnie, żebym nie planowała niczego innego w tym terminie. Służąc uczyłam się też pokory. Pamiętam jak byłam na pierwszej Konferencji regionu. Zobaczyłam sekretarza, który siedział przy stoliku razem z prowadzącym i rzecznikiem regionu. Pomyślałam, że też kiedyś chciałabym pełnić tę służbę. Kiedy później sama zostałam sekretarzem regionu, siedziałam, gdzieś z boku i notowałam. Wiedziałam, że jest to służba jak każda inna i ktoś musi ją po prostu wykonywać. Nie miałam już w sobie tej potrzeby bycia na świeczniku. Czasem się śmieje, że dzięki służbie w AA zostałam zmuszona do szybszej nauki obsługi komputera. Jako sekretarz intergrupy długo opierałam się i pisałam wszystko ręcznie. Ciekawe, że nawet mój adres mailowy założyłam pełniąc służbę skarbnika. Do tej pory się nim posługuje, już w zupełnie innych sprawach. Dzięki służbom poznałam też masę ludzi. Jako delegat krajowy spotykałam się z ludźmi z całej Polski. Teraz bardzo mnie cieszy, że wspólnota się odmładza. Coraz więcej ludzi wstępuje do wspólnoty w młodym wieku. Część z nich chce brać służby. Co dalej, jak skończy mi się służba w zespole finansowym Zlotu 40-lecia? Myślę, że jest wiele rzeczy, które mogłabym robić we wspólnocie. Na przykład, nie byłam nigdy na mitingu w więzieniu. Jeżeli tylko będzie zdrowie i czas to na pewno coś nowego znajdę.

Janeczka



JESTEM SZCZĘŚLIWA, BO JESTEM TRZEŹWA

Przez cały okres swojego picia nie uważałam się za alkoholiczkę. Sądziłam, że nie mam problemu z piciem. Przecież piję jak inni, nie śpię po rowach, w domu zawsze posprzątane, obiad ugotowany, a dzieci zadbane. Zawsze myślałam, że alkoholik to osoba brudna, zaniedbana i szlajająca się od rana do wieczora gdzie popadnie. Byłam w błędzie! Kiedy zwracano mi uwagę, że mam problem z alkoholem, wpadałam we wściekłość. Mówiłam, że inni piją więcej niż ja, lecz tylko mnie się czepiają. Uwagi opieki społecznej, asystenta rodziny, kuratora, a nawet policji miałam gdzieś. Gdy wspominali mi, żebym poszła na zamknięte leczenie odwykowe, odpowiedziałam, że sama dam sobie radę, że nie jestem żadną alkoholiczką, a na leczenie to oni mogą pójść, nie ja. Zaczęłam pić coraz więcej. Piłam rano, po południu, wieczorem, a nawet w nocy. Nic mnie nie interesowało. Zaczęły się interwencje policji, ograniczono mi władzę rodzicielską nad czwórką dzieci. Pojawiły się ogromne długi, którymi zajął się komornik. Nawet te wydarzenia nie dały mi do myślenia, ani nie skłoniły do podjęcia stosownej decyzji o leczeniu. Dowiedziałam się o poważnej chorobie mojego syna, więc przyrzekałam, że przestanę pić. Jednak nie udawało mi się, chęć napicia się była silniejsza. Byłam trzeźwa tylko wtedy, gdy leżałam z synem w szpitalu. Kiedy wróciłam do domu, nadal piłam. Moje życie toczyło się wokół alkoholu, był on na pierwszym miejscu. Po ostatnim zapiciu, kiedy ponad trzy dni piłam, założono mi niebieską kartę i wystosowano pismo do sądu o rodzinę zastępczą dla moich dzieci. To był najgorszy dzień w moim życiu. Płacz i krzyk dzieci, że nigdzie beze mnie nie pójdą. Trzymali się mnie rękoma i nogami. To było straszne i tak bardzo bolało. Właśnie w tym momencie dotarło do mnie, że muszę coś ze sobą zrobić, bo tak dalej być nie może. Zgodziłam się pójść na zamknięte leczenie odwykowe. Stwierdziłam, że jednak jestem alkoholiczką, gdyż bez alkoholu nie umiałam żyć, byłam wobec niego bezsilna, nie umiałam pić kontrolowanie. Postanowieniem sądu teściowa została rodziną zastępczą dla moich dzieci na okres mojego leczenia. Teraz wszystko zależało ode mnie. Było to dla mnie długie ośmiotygodniowe leczenie, ale naprawdę było warto. Ogromna tęsknota za domem... Zrozumiałam wiele ważnych rzeczy i to, co jest dla mnie najważniejsze. Dziś nie żałuję decyzji o leczeniu. Jestem zadowolona i dumna, że mi się udało, że nadal jestem trzeźwa. Nie piję już dziesięć miesięcy – to niby niewiele, a jednak bardzo wiele! Dzięki mojej silnej woli i trzeźwości odzyskałam dzieci, są razem ze mną. Niebieska karta została zamknięta. Udało mi się spłacić długi. Odzyskałam szacunek i zaufanie dzieci. Uczęszczam na spotkania z terapeutką oraz na mityngi AA, gdzie znalazłam wsparcie i pomoc trzeźwiejących alkoholików. Wśród nich jest moje miejsce. Nikt mi nigdy nie mówił, że trzeźwienie będzie łatwe. Jest ciężko, jednak daję radę. Teraz wszystkie swoje sprawy, problemy załatwiam na trzeźwo. Nie wstydzę się powiedzieć, że jestem alkoholiczką. W końcu jestem naprawdę szczęśliwa, bo jestem trzeźwa.

Pozdrawiam. Sylwia alkoholiczka



AL-ANON
WOLNOŚĆ

Najtrudniejsze (jeszcze tego nie zrobiłam) jest zrobienie listy osób, które skrzywdziłam, choć zdaję sobie sprawę, że to robiłam i robię. Teraz zwykle nieświadomie, bo nigdy nie wiem, co kogoś może urazić. Staram się żyć tak, aby nie krzywdzić innych. Moją dewizą jest, że to co daję, wraca do mnie, a ja chcę samego dobra, miłości, zrozumienia i na tyle, na ile jestem w stanie, staram się dawać to innym, ale jednocześnie nie pozwalam się krzywdzić. Na początku swojej drogi w Al-Anon układałam sobie w myślach, kogo skrzywdziłam i kogo mam przeprosić. Były na liście moje dzieci, rodzice, później zrozumiałam, że mąż i teściowa też powinni się tam znaleźć, a na końcu inni: znajomi, sąsiedzi. Ale nigdy nie było na niej mnie. Słuchając innych zrozumiałam, że najwięcej krzywdy wyrządziłam sobie, przez swoją nieświadomość, niewiedzę i pychę. Przypomniałam sobie, że mówimy we wspólnocie:zacznij od siebie” – więc zaczęłam. Było mi trudno, bo jak przeprosić samą siebie? Szłam jednak krok po kroku do przodu, uczyłam się być dobra dla siebie i nie katować się myślami,co złego zrobiłam w przeszłości. Przecież robiłam wszystko najlepiej, jak potrafiłam…Z czasem wybaczyłam sobie, a wtedy nastąpił przełom w moim życiu, przestałam obwiniać innych za pijanego męża i za swój zły los. Zaczęłam przepraszać tych, których skrzywdziłam. Najpierw dzieci, rodziców przeprosiłam swoimi czynami, nie chciałam, nie mogłam inaczej, bałam się, że nie zrozumieją. Kiedy odeszli, modlę się za nich. Mojego męża nie przeprosiłam i nie wiem czy kiedykolwiek to zrobię. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że go nie widuję. Ale też boję się, że on może przeprosiny uznać za moją słabość, za przyznanie, że to była moja wina, że pił przeze mnie, może to wykorzystać przeciwko mnie, mimo że nie jesteśmy tyle lat ze sobą. Jak krzywdziłam innych? Na różne sposoby: kłamałam, oszukiwałam, zatajałam prawdę, obgadywałam, oczerniałam, obwiniałam... Dziś żyję dniem dzisiejszym, jeśli kogoś skrzywdzę, przepraszam na bieżąco. Jeśli tego nie zrobię, czuję ciężar na żołądku, coś mnie „gniecie”, jestem smutna i przygnębiona. Po magicznym słowie „przepraszam” wszystko znika, czuję się lekka jak ptak.

Ania, Warszawa



POPRZEZ SŁUŻBĘ DO NORMALNOŚCI

Jestem w Naszej Wspólnocie już prawie pięć lat. Moje początki nie były ani łatwe, ani też trudne. Było jakoś pośrodku. Średnio na jeża. Od samego początku czułem bardzo dużą chęć służenia, miałem marzenia, że założę swoją grupę. To było takie jeszcze chore, ale myślę że szczere. Nie mając jeszcze doświadczenia, oprócz kilku suchych tygodni, chciałem sam tworzyć, coś o czym nie miałem pojęcia. Czułem wielką chęć przynależności, ale po swojemu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to jest AA, bo znałem tylko terapię. Mądrzy są ci, którzy mówią by nie terapeutyzować mityngów. Albo jedno, albo drugie. Pomimo tego, że terapeuci nakazywali mi chodzenie na mityngi, ja broniłem się przed nimi jak tylko mogłem. A to mi czasu brakowało, a to zmęczony byłem, a to za gorąco, albo deszcz pada. Kurcze tylko jak piłem to nic mi nie przeszkadzało, nawet brak pieniędzy(mogłem zawsze napić się na sępa). W końcu zacząłem chodzić regularnie na AA, i spodobało mi się to. Zobaczyłem wreszcie ludzi uśmiechniętych i bardzo życzliwych. Na terapii miałem do czynienia raczej z ludźmi smutnymi, albo przemądrzałymi (podobnie jak ja zresztą). Uwierzyłem, że można nie pić przez kilkanaście lat i nie cierpieć. Uwierzyłem, bo zobaczyłem to na własne oczy i rozmawiałem z tymi szczęśliwcami. Zauważyłem też, że najbardziej otwarci są ci, którzy służą AA. Pomyślałem, że może i ja zacząłbym jakąś służbę. Skończyło się tylko na myśleniu, bo lęk nie pozwalał mi podnieść ręki do góry, kiedy była okazja by służyć. Miałem bardzo niskie poczucie własnej wartości, nie miałem odwagi. Oczywiście w swoich myślach i marzeniach byłem tym kimś, kto prowadzi mityng, ta służba mi się podobała. Może dlatego, że nie znałem innych służb. W końcu usłyszałem na którymś mityngu, że moja grupa macierzysta prosi o wsparcie na swoich spotkaniach. Zaniepokoiłem się i pojechałem tam. Okazało się, że grupa potrzebuje nowego prowadzącego. Miałem wtedy 9 miesięcy abstynencji i dużo lęku w sercu. Nie podniosłem jednak ręki do góry, ale za to po mityngu podszedłem do prowadzącego i zapytałem czy moje 9 miesięcy wystarczy. Odpowiedź była pozytywna. Nie było żadnych wyborów ani głosowań, grupa poza tym nie miała żadnych innych służb. Prowadzący był wszystkim. Myślałem, że to tak musi być. Służbę podjąłem z początkiem roku, zima była bardzo ostra, a sala zimna. Przychodziło nas kilku, jak było pięć osób, to był tłok. Mój pierwszy raz w służbie to były dopiero emocje, ręce mi się trzęsły jak na kacu gigancie. Jednak z mityngu na mityng było coraz lepiej. Zacząłem się uczyć słuchać innych i patrzeć w oczy tym, którzy się wypowiadali. Mówili do mnie, i po pewnym czasie dostrzegłem że też o mnie. Zacząłem poznawać tym sposobem naszą literaturę, szczególnie kroki i tradycje. O tradycjach to długo myślałem, że są w ogóle zbędne, bo to przecież tylko jakieś dawne historie bez racji bytu w obecnej rzeczywistości. Dziś wiem w jakiej wielkiej byłem nieświadomości. Zauważyłem, że dzięki pełnieniu tej służby staję się bardziej otwarty w rozmowach z kolegami z AA, z kolegami w pracy, a przede wszystkim z własną rodziną. Przestałem się bać swojej pani kurator i pracowników opieki społecznej. Moje życie stawało się inne, może nie lepsze ale po prostu inne. Przestałem się bać swoich problemów i zacząłem je próbować rozwiązać. Oczywiście do tej pory popełniam wiele błędów, ale nie tyle co wcześniej, no i nie takich strasznych. Powoli skończyłem swoją terapię. Widziałem wyraźnie, że mam z AA i swojej służby więcej profitów duchowych i spokoju wewnętrznego niż moi koledzy tylko „terapeutyczni”. Zacząłem iść po szczeblach służb, biorąc na siebie coraz większą odpowiedzialność. Dzięki temu poznaję ciągle nowych ludzi, którzy w dziwny sposób, dzieląc się ze mną swoim doświadczeniem, dają mi wiele rozwiązań, nie tylko moich problemów osobistych. Mogę też zmieniaćswoją osobowość. Myślę, że gdybym był chory na jakąś inną, może i mniej wstydliwą chorobę to nie miał bym szansy na rozwój swojej osobowości i duchowości. Zrozumiałem, że moje życie to jedna wielka nauka i przygoda. Pomimo, że w tej chwili nie mam pracy, to mam pogodę ducha i wciąż staram się nieść posłanie alkoholikowi który wciąż jeszcze cierpi.

Jurek AA



ODROBINĘ LEPSZEGO CZŁOWIEKA

Jestem alkoholikiem na imię mam Zbyszek. Zanim dotarłem do AA miałem konflikt z sąsiadką z ulicy. Nasyłała na mnie policję gospodarczą, była rewizja i wielki szok dla mnie i rodziny. Domyśliłem się, że to ona i w swym zaślepieniu knułem plany zemsty, moja żona też. Byłem wtedy już na rozdrożu swej drogi alkoholika. Ciężko mi się żyło z piciem, a bez picia nie wyobrażałem sobie życia. Jednak coś się stało i czy to ze strachu przed odwetem czy z lęku stanięcia twarzą w twarz i powiedzenia sąsiadce o wszystkim, zostawiłem plany zemsty i nawet żonie zakazałem robienia jakichkolwiek odwetów. Poczułem się taki dobry, że jestem taki sprawiedliwy i wspaniałomyślny w oczach sąsiadów. Pomimo swej pychy i dumy, czułem się lepiej i zacząłem dostrzegać jakiś spokój. Gdy zniewolony i unurzany błotem alkoholizmu trafiłem do wspólnoty, zauważyłem, że główną przeszkodą w rozwoju duchowym moim i innych jest poczucie krzywdy i zachowywane, a nawet pielęgnowane urazy do ludzi.Całe moje dawne życie polegało na użalaniu się jaki to świat jest zły i ludzie mnie krzywdzący. W czwartym kroku ze swoim przewodnikiem po programie (sponsorem) poznałem samego siebie i okazało się, że to nie ludzie, tylko ja byłem porąbanym człowiekiem. To, czego całe życie w głębi serca szukałem to miłość, której mi brakowało. A ta miłość to głównie wybaczanie innym i zrozumienie drugiego człowieka, tolerancja, pomoc innym, dawanie siebie w jakiejkolwiek postaci drugiemu człowiekowi, który stanie na mojej drodze. Ten stan spokoju, ta pogoda ducha, która mi dziś towarzyszy, dzięki temu, że nie czuję urazy, a różne zachowania wobec mnie traktuję jako drogowskazy na nowej drodze ku lepszemu życiu, powoduje, że ja już innego życia, niż życie na programie miłości nie chcę. Pamiętam jak kiedyś powiedziałem koledze, że robienie kawy w czasie trwania mityngu mi przeszkadza. On odpowiedział, żebym się nie spóźniał, to nie będzie mi to przeszkadzać. Jak on tak śmiał , przecież ja się spóźniam bardzo rzadko, He He, dziś bardzo rzadko zdarza mi się gniewać się na kogoś. Mam przecież krok dziesiąty, który pozwala uwolnić się od uraz, umożliwia spojrzenie w głąb siebie natychmiast i poczuć się lepiej. Dziś wiem, że ideałem nie jestem, ale mogę być odrobinę lepszym dla innych i dla siebie, bo akceptuję siebie takiego jakim jestem. Tego nauczyło mnie AA i program. Dziś pragnę trzeźwieć z krokami, tradycjami i służbą a nie tylko żyć w abstynencji. Abstynentem czasami w pijackim życiu bywałem, lecz lepszym człowiekiem nigdy. Dziś choć nie jestem doskonały, to odrobinę tego lepszego człowieka we mnie jest.

Pozdrawiam szczęśliwy alkoholik Zbyszek.



TRZECIA TRADYCJA

Wersja krótka: "Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia." Wersja pełna: "Nasza Wspólnota powinna obejmować wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Przynależność do AA nie powinna być uzależniona od posłuszeństwa czy pieniędzy. Nawet dwóch czy trzech alkoholików spotykających się w celu utrzymania trzeźwości może określić się jako grupa AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnych innych celów ani powiązań." Mam na imię Basia i jestem alkoholiczką Kiedy po raz pierwszy pojawiłam się we Wspólnocie AA (w kwietniu 2002 roku), nowo przybyłych pytano: czy masz problem z alkoholem i czy chcesz przestać pić? Musiałam i ja na nie odpowiedzieć, drżącym głosem, jak najciszej, zupełnie nieświadomie, a najpewniej fałszywie. Wówczas sądziłam, że nauczę się pić bez konsekwencji, lub uda mi się zmienić tylko model picia. A gdy w październiku 2002 roku po zapiciach wróciłam do Wspólnoty, nikt mi niczego nie zarzucał, nie wypominał i nie domagał się ode mnie żadnych obietnic ani deklaracji. I w tym momencie po raz pierwszy zetknęłam się w praktyce z Trzecią Tradycją Oznaczało to dla mnie, że ja w AA nic nie muszę, oprócz niepicia. Dlatego ja również przez wiele lat przyjmowałam nowicjuszy do Wspólnoty AA, a usuwałam z mityngu tych, którzy byli pod wpływem alkoholu. Nie miałam wówczas świadomości, jak bardzo łamałam tę Trzecią Tradycję. Dziś kiedy po 10 latach bycia na Wspólnocie, poprosiłam sponsora, żeby pomógł mi wdrażać w życie Program 12 Kroków i 12 Tradycji, widzę, że nie miałam prawa do stawiania innym jakichkolwiek warunków, zadawania jakichkolwiek pytań i na podstawie odpowiedzi podejmować decyzji o przyjęciu albo nieprzyjęciu do AA. Na szczęście, dzięki świadomości nie uzurpuję sobie prawa do dysponowania czyimś życiem. Czasami, kiedy byłam na mityngu i słuchałam wypowiedzi innych uczestników, zdarzało mi się na podstawie takiej wypowiedzi „skreślić” kogoś poprzez uznanie w myślach, że ten lub ta nie ma szans na wytrzeźwienie. W ten sposób też odbierałam im prawo do przynależności do AA, wynikające z Trzeciej Tradycji. Dziś realizuję tę Tradycję w gotowości niesienia posłania, pomocy, dając wsparcie AA alkoholikowi, bez względu na wygląd, płeć, przekonania, stanowisko, zarobki. Dlatego podejmuję się służenia innym jako sponsorka, mandatariusz, prowadząca itd. W ten sposób uwalniam się od swego egocentryzmu i zwracam się ku potrzebom innych. Dlatego hasła: „w AA nic się nie musi” i „daj czas czasowi” rozumiem inaczej. Tradycja ta chroni Wspólnotę przede mną samą. To znaczy, że na przykład moje pomysły na zdrowienie mam zachować dla tych, którzy są zainteresowani pisaniem Programu i wdrażaniem go w życie, ale na nic zda się przykładanie mojej miary zdrowienia do kogokolwiek. Lepiej dla mnie, bym nie próbowała przykładać tej miary, nawet w myślach, czy żeby nawet nie przyszło mi do głowy, że mój model trzeźwienia jest uniwersalny i przydatny dla każdego, a tym bardziej, że powinien być obowiązkowy. Tradycję tę traktuję jako wskazówkę przydatną także w życiu poza AA. Odczytuję ją tak, że każdy ma prawo być na tym świecie. Każdy! Chętnie więc włączam się do życia mojej rodziny i służę swoją osobą mojej córce oraz przyjacielowi, z którym jestem w nieformalnym związku. Z przyjemnością, wspólnie robimy zakupy domowe, często pytam domowników, co mogę zrobić dla ich bezpieczeństwa, ale i daję im żyć. A jeszcze do niedawna „pielęgnowałam” urazy do córki, że nie spełnia moich oczekiwań i nie jest prymuską w szkole. Także w stosunku do moich przyjaciół spoza Wspólnoty AA jestem bardziej aktywna. I to ja do nich dzwonię z propozycją zrobienia czegoś, a choćby z pytaniem jak się dziś czują, a nie oczekuję aby to oni do mnie zadzwonili. Jako babcia często poświęcam swój wolny czas na opiekę i zabawę z moimi wnuczkami, chętnie zabieram je na plac zabaw, na spacer i to sprawia mi największą przyjemność. W pracy jestem członkiem niewielkiej wspólnoty pracowniczej. Z wdzięcznością wykonuję swoje obowiązki. Nadobowiązkowo wykonuję wszelkie czynności, aby być przydatną dla moich koleżanek. Dziś zgadzam się, że każdy człowiek ma prawo do życia we wspólnocie zwanej ludzkością i dlatego z szacunkiem traktuję bezdomnych, a nawet awanturujących się sąsiadów. Bo są ludźmi, tak jak i ja.

Pozdrowienia z Kozienic