MITYNG 09/207/2014

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



CZY WYSTARCZY TYLKO NIE PIĆ ?

Na początku swojej drogi bez wahania odpowiedziałbym: TAK! Lecz jak wyglądałoby moje życie, gdybym tylko przestał pić? Przecież miałem krótkie okresy, kiedy nie piłem, po to tylko, żeby zamydlić oczy rodzinie, szefowi w pracy po tym, co nawyrabiałem po pijanemu. Jak wyglądało moje codzienne życie w domu, pracy i w drodze: ciągłe uczucie wstydu, strachu, niepewności i wyczekiwanie na następną okazję do wypicia. I tak w kółko. Aż wreszcie straciłem pracę, zaufanie i szacunek bliskich i samego siebie. Nienawidziłem się. Ciężko mi się z tym żyło, ciągle niezadowolony, ciągle czegoś brak. Tylko, czego? Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Kiedy ukończyłem terapię i chodziłem na mityngi zaczęło się zmieniać w moim życiu. Przede wszystkim zrozumiałem, że alkoholizm to choroba, która mnie dotknęła bardzo wcześnie. Zawsze, od najmłodszych lat, czułem się inny: samotny, nieśmiały, wystraszony, zawsze gdzieś z boku. Nienawidziłem siebie, zazdrościłem rówieśnikom, ich swobody, wszystkiego. Kiedy pierwszy raz napiłem się alkoholu, poczułem przypływ mocy, poczułem się lepiej, nawet rówieśnicy inaczej zaczęli na mnie patrzeć. Pomimo potężnego kaca, wymiotów, byłem dumny z siebie. Coraz lepiej zaczęło mi się wszystko układać w pracy, w domu. Z zewnątrz było wszystko ok, ale w środku cały czas pustka. Na mityngach usłyszałem o Dwunastu Krokach, programie dla AA. Zapragnąłem pracy na Programie. Słuchałem na mityngach, ile radości daje rozliczenie z przeszłością i o tym, że dużo lepiej się żyje dzięki Programowi. Znalazłem sponsora i zaczęła się ciężka praca, a zarazem podróż w głąb samego siebie. Krok Pierwszy zajął mi najwięcej czasu. Odnalazłem swojego Boga, jakkolwiek Go pojmuję, zrozumiałem, że On był zawsze ze mną. Pamiętam, gdy jeszcze piłem, prosiłem Go o dwie rzeczy: żeby dał mi odwagę odebrać sobie życie albo wskazał drogę do życia normalnego i godziwego. Wysłuchał mnie i dziś żyję godnie. Dzięki pracy ze sponsorem odkrywam i poznaję siebie, swoje wady, zalety. Dzięki Programowi mogę stawać się lepszym, uczciwszym człowiekiem. Ważnym elementem w moim trzeźwieniu jest chodzenie na mityngi i służba. Służba uczy mnie odpowiedzialności za podjęte zobowiązania. Jest motywacją abym poszedł na mityng, nawet jak mi się nie chce. Mityngi AA uczą mnie bycia z ludźmi i słuchania ich. Naresz-cie czuję się dobrze wśród innych i ze sobą. Wiem, czego chcę od życia.
Robert alkoholik


NIE CHCĘ CZY NIE MOGĘ ?

Miałem takie przekonanie – wystarczy nie pić, a wszystko w życiu się ułoży. Niestety, dawno legło w gruzach. Kiedy zacząłem poznawać, co to jest Program AA, zauważyłem, że nie wystarczy chodzić na mityngi i słuchać tego, co mówią inni. Myślę, że w Dziesiątym Kroku przychodzi surowy egzamin, czy świadomość, którą pozyskałem jest tylko zgrabną teorią czy się stała praktyką na całe życie. W szkole można zdać egzamin z wysłuchanej wiedzy i pracować w innym zawodzie, zaś we Wspólnocie chodzi raczej o stosowanie jej każdego dnia i przez cały dzień w miarę poznawanych w służbach zasad. Program wymaga ode mnie wysiłku poprzez służbę, czytanie literatury i rozmowę ze sponsorem. („…Nie wracają do zdrowia ludzie, którzy nie mogą lub nie chcą całkowicie poddać się temu prostemu programowi” – czyli czemu? A może jestem zbyt dumny, aby się poddać, albo ułomny?) Powoli zaczęły się ujawniać cechy mojej choroby.Przede wszystkim lenistwo i lekceważenie zasad. Brakuje mi też dziecinnej ufności i wiary. Za to w głowie mam chaos i wiele fałszywych przekonań. Muszę to zmienić. Zadałem sobie pytania, czy chcę się zmieniać? Czy wierzę w ten Program czy jest u mnie pragnienie bycia lepszym dla innych, a może tylko dla siebie, czy dalej chcę stosować grę uników i pozorów? Odpowiedzi nie zawsze były oczywiste. W codziennych refleksjach, które czytam co rano wkładam sobie czasami jakiś cytat lub zdanie, żebym nie zapomniał, bo jest dla mnie ważne. Ostatnio wyrwałem kartkę z kalendarza i przeczytałem, „kto lekceważy małe rzeczy, stopniowo popadnie w poważniejsze kłopoty”. Bardzo mi się spodobało to zdanie, bo uświadomiło mi, jak bardzo lekceważę z pozoru nieistotne zdarzenia w ciągu dnia, zapominam o nich, a później niestety powracają. Codzienny bilans dnia pozwala mi nie popełniać tych samych błędów. To najlepsza szkoła – można się uczyć lub teoretyzować, wystarczy wyciągać wnioski i to jest najlepsza szkoła dla mnie, moje błędy. Pamiętam jak kiedyś dzwoniłem do sponsora z poczuciem porażki, kiedy po raz kolejny na emocjach w pracy powiedziałem coś niepotrzebnego do szefa. Chciałem się odgryźć i zaraz potem tego żałowałem. Usłyszałem wtedy prostą zasadę, zanim coś zrobisz lub powiesz w złości, powiedz sobie w myślach "raz, dwa, trzy", żeby pohamować język. Chwila refleksji często działa cuda. Za którymś razem nie dzwoniłem już do sponsora, bo zamiast strzelać jak z automatu aroganckimi słowami bez przemyślenia, powiedziałem sobie "raz, dwa trzy" i mogłem odpuścić. Jest to moją wyuczoną zasadą do dziś. Zanim coś powiem lub zrobię, zastanowię się, skąd się biorą moje emocje, które impulsywnie chcę okazać.Bardzo często okazuje się, że problemem nie było to, co powiedział szef, ale to, że jestem nadwrażliwy na swoim punkcie, dumny i mściwy, a więc problemem jestem ja sam, a nie zachowanie szefa. Codzienny bilans dnia, refleksja nad sobą, kiedy się złoszczę, boję lub użalam, pozwala mi zmieniać swoje i myślenie i zachowanie. Łatwiej i pogodniej żyje się wśród innych, kiedy mam świadomość, że zmieniam siebie a nie innych. Ostatnio na Intergrupie próbowałem udowadniać swoje racje, że w AA powinno być tak, a nie inaczej, że zachowanie jednego z alkoholików nie jest związane z AA. Zostałem sprowadzony do parteru. Usłyszałem, że powinniśmy posługiwać się językiem serca, a nie udawać ortodoksyjnych urzędników na stanowiskach. Jeżeli w tym, co robię w mojej służbie dla innych nie ma życzliwości i serca, to wszystko jest nie w tym kierunku, do niczego. Chwila refleksji nad swoimi intencjami wystarczyła, aby dojśćdo wniosku, że kierowałem się własnymi ambicjami, a nie językiem serca, wspólnym dobrem, raczej chciałem zwrócić na siebie uwagę i pobłyszczeć. Chwila prawdy o sobie jest mi potrzebna cały czas, pozwala zmieniać mój wypaczony, zwichrowany, pijacki charakter i osobowość. Jeżeli chcę się zmieniać, jest mi potrzebny 10 Krok naszego Programu zdrowienia. Nie przez teoretyzowanie, ale do stosowania przeze mnie każdego dnia i przez cały dzień. Jest jeszcze ważna rzecz, którą próbuję pominąć, bo jest cholernie niewygodna dla mnie. Skoro popełniłem błąd, nie wystarczy, że się przyznam przed sobą, wypada powiedzieć przepraszam, a i przepraszam nie wystarcza, bo czasami nie załatwia sprawy. Pozostają magiczne i niewygodne słowa: co mogę zrobić, abyś mi wybaczył? Oczywiście muszę to zrobić.
Mariusz


JESZCZE JEDNO CHCĘ

Dostałam zadanie – napisać do „Mityngu”. Przez ładnych parę dni zastanawiałam się i odkładałam to na jutro. Myślałam, co by tu na zadany temat napisać. Leniwa jestem, a i zabłysnąć bym chciała i pomądrzyć się trochę… Dzisiaj już wiem, i oby to się już nigdy nie zmieniło, że mi nie wystarczy tylko nie pić. Myślę, że już umiem nie pić, ale życie ciągle mnie zaskakuje nowymi wyzwaniami. Trochę lepiej mi się żyje, ale od życia chcę czegoś więcej. Chcę spokoju w sercu. Chcę uśmiechu na buzi. Chcę,żeby podobało mi się moje życie. Chcę być, tak po prostu szczęśliwa. I aby to osiągnąć, a potem utrzymać, muszę mieć sponsorkę, czyli przewodnika, przyjaciółkę, co wiernie będzie przy mnie i pomoże mi w trudnych chwilach oraz w pracy nad sobą na Programie 12 Kroków AA. Program i praca ze sponsorską to wszystko mi gwarantuje. Opieszała, leniwa, a może trochę bojaźliwa jestem, bo zajęło mi kilka lat, nim zrozumiałam i przyjęłam to dla siebie. A więc teraz jeszcze jedno: „chcę” pracować i zmieniać się pod wpływem Programu. Nawet pracując na mityngach i warsztatach zmieniłam się pod wpływem AA i Programu. Z trzęsącego się o byle co kłębka nerwów, stałam się pogodniejszym i lepszym człowiekiem. Z chaosu i zamętu w głowie wyłaniają się coraz dojrzalsze i spokojniejsze myśli. Mam przyjaciół, których lubię. Mam czasami i pogodę ducha. Mam coraz większą zgodę na to, co przynosi mi los. Uczę się żyć i cieszyć się tym, co mam. Czy wystarczy tylko nie pić? Może niektórym wystarczy. Mnie nie wystarcza. Zawsze byłam pazerna na wszelkie dobra, szczególnie na alkohol. Byle dużo, dużo… Teraz jestem pazerna na trzeźwość i fajne życie.
Margolcia


WIDZĘ TO TAK

Owszem, to ja podjąłem decyzję o zaprzestaniu picia i Bóg czuwa nade mną. Rano wychodzę z domu z postanowieniem, że dzisiaj nie wypiję. I tak jest. Ale to dzięki Wam, z AA, zdecydowałem się iść na detoks. Dopiero po odtruciu jest inaczej. Przed detoksem, wychodząc rano, prosiłem, żeby udało mi się zarobić na alkohol i udawało mi się. Lecz po detoksie – a nie piłem przez ten czas – po mityngach, wychodząc rano prosiłem, żeby się udało. Ale nie żeby zarobić na alkohol, tylko o wytrzymanie dnia bez picia. I też się udało. Bez alkoholu. I tak jest codziennie. Wieczorem dziękuję za dzisiejszy dzień bez alkoholu i proszę, żeby jutrzejszy był taki sam. Tak jest od wyjścia z detoksu. Moje postanowienie, Jego pomoc w tym postanowieniu. Tak jest i dzisiaj. Już trzy tygodnie.
Krzysiek


PROGRAM WIARY I DZIAŁANIA

Mam na imię Janusz. Jestem niepijącym od kilkunastu lat alkoholikiem. Przez piętnaście lat byłem pacjentem przychodni uzależnień, gdzie byłem leczony farmakologicznie (anticol i esperal). W tym czasie, kiedy kontrolowałem podawany mi anticol, miałem setki zapić. Przy każdej wizycie w poradni słyszałem od pań, które tam pracowały: „Panie Januszu, pan nie może pić”, a ja w duchu odpowiadałem: „a ja wam pokażę, że mogę.” Nic wtedy nie wiedziałem (teraz wiem, że nie chciałem wiedzieć) o terapii czy też o Wspólnocie AA. Były okresy dwuletniej, wymuszonej abstynencji – choroby, zaszyty esperal, którego nigdy nie zapiłem. Był to czas oczekiwania i odliczania, kiedy znów zasiądę do popijawy. Tak bardzo wierzyłem w działanie pastylki, że nie widziałem, co się ze mną dzieje. Coraz trudniej tłumiona złość, agresja, niezgoda w pracy i rodzinie. Żona i córka proszą: Janusz, zrób coś ze sobą, jest grupa AA. Idź na mityng, może to coś zmieni. A ja mówię: same idźcie na mityng, jak jesteście chore. Wszystko pękło w 1996 r. Po ciągu gigancie, dałem się namówić na terapię zamkniętą. Przekonały mnie konsekwencje tego ciągu: groźba rozpadu rodziny, wyrzucenie z pracy z art. 52, po trzydziestu latach przepracowanych w jednym zakładzie. Skończyłem terapię i wstąpiłem do AA. I tu nastąpił zwrot w moim zdrowieniu. Nie piłem, ale już nie „na zacisku”. Zacząłem czytać i słuchać o Programie 12 kroków i 12 Tradycji. Stałem się czynnym uczestnikiem działania grup AA. Podejmowałem się służb we Wspólnocie. Z moimi koleżankami i kolegami staraliśmy się nieść posłanie „tym, co jeszcze cierpią” na detoksach, oddziałach odwykowych i w więzieniu. To pozwoliło mi rozwijać się duchowo i pomagać innym. Dzisiaj wiem, że nie wystarczy tylko nie pić. Zakręcenie butelki nic nie daje. Program 12 Kroków jest programem wiary i działania. Tylko żywy kontakt z innymi alkoholikami i oddawanie tego, co dostałem przez te lata, pozwala mi żyć spokojnie i godnie. Mityng AA i niesienie posłania odgrywają ogromną rolę w procesie mojego zdrowienia. Praca nad sobą na programie 12 Kroków zaczęła przynosić efekty. Zacząłem coraz częściej stosować drugą część dwunastego kroku w domu, w rodzinie. Nastąpiło wielkie ocieplenie w relacjach Ja – moja Żona – Córka i siostry. Zacząłem się stosować do zasady – najlepszym miernikiem mojego zdrowienia jest moja rodzina. Moja żona zaczęła chodzić ze mną na mityngi i chodzi do dzisiaj, moja córka skończyła studia wyższe w temacie uzależnienia od alkoholu. Podoba mi się taki stan rzeczy w mojej rodzinie. Ofiara (moja żona) pomaga swojemu katu (czyli mnie) od kiedy zacząłem pojmować, że nie jestem pępkiem świata. To są efekty pracy nad sobą, dbania o siebie i swoich bliskich na zasadach programu. Kończąc pozdrawiam i do zobaczenia na Mityngach AA. Pogody ducha życzę.
Janusz AA Piastów


PO WARSZTATACH ZESPOŁU FINANSOWEGO

Jestem alkoholikiem, a choroba czasem mi podpowiada, że najwygodniej i najłatwiej, byłoby gdyby ludzie robili różne rzeczy za mnie. Jednakże od czasu, gdy przestałem pić, we Wspólnocie zacząłem uświadamiać sobie, że trzeźwieć, to znaczy działać, a w AA działanie oznacza służbę. Moim głównym wrogiem przed jej podjęciem jest strach przed „nieznanym” i niedoinformowanie, które mogę przełamać jedynie słuchając bardziej doświadczonych przyjaciół, mających takie służby za sobą i wykorzystując wsparcie sponsora w służbie. Aby dobrze pełnić swoją służbę i wzrastać w niej, warto czasem wybrać się na warsztaty organizowane przez intergrupę lub konkretną grupę. Na takie właśnie warsztaty, na te- mat „Skarbnik strażnikiem VII tradycji” wybrałem się do PIK-u w jedną z lipcowych sobót, za sugestią mojego sponsora. Prowadził je przyjaciel, mający duże doświadczenie w wielu służbach, a jako skarbnik Intergrupy i regionu był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu, aby dzielić się swoim doświadczeniem ze służby skarbnika. Obecni byli również inni skarbnicy/skarbniczki, goście oraz delegat Komisji Finansowej AA, która swoją służbę już zakończyła, objaśniająca obecnym podstawy sprawowania kontroli finansowej nad BSK. Na wstępie przypomnieliśmy sobie, jak bardzo ważny jest sugerowany podział kapelusza (60/40) i ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się, że są jeszcze grupy, które go nie stosują, zapominając że pieniądze z kapelusza są pieniędzmi Wspólnoty, a nie pieniędzmi grupy. Podział ten jest przejrzysty i prosty do zrozumienia, jeśli tylko skarbnik wyjaśni na grupie, jakie jest przeznaczenie każdego procenta i że każda złotówka wpadająca do kapelusza staje się naszym wspólnym dobrem, wykorzystywanym do niesienia posłania. Sam do wyjaśnienia tej kwestii na grupie, stosuje fragment ulotki „AA płacą za swoje wydatki” znajdujący się w „Zeszycie Skarbnika”, który bez problemu można pobrać z naszej strony (www.aa.org.pl/main/download.php). W wyniku wymiany doświadczeń okazało się, że z 60% pozostających na grupie priorytetem dla skarbnika jest czynsz, aby „drzwi mitingu” były zawsze otwarte. W następnej kolejności kupowane są ulotki i książeczki adresowe do „pakietu startowego”, w razie konieczności odkładane są systematycznie niewielkie kwoty, aby wysłać mandatariusza na konferencję, a na końcu kupowana jest kawa, herbata, paluszki, które są ważne, ale nie niezbędne. Niezbędne natomiast jest, aby skarbnik dokładnie prowadził swój „Zeszyt Skarbnika”, a nie jakiś przypadkowy zeszycik, zawsze, a nie tylko na wezwanie grupy, dokładnie i głośno mówił o finansach. Dla niektórych pieniądz jest wyzwalaczem i skarbnik nie powinien mieszać pieniędzy Wspólnoty z pieniędzmi prywatnymi, wrzucając te pierwsze do swojego portfela, a o dziwo takie sytuacje się zdarzają. Taka sytuacja może być niebezpieczna dla samego służebnego. W dalszej dyskusji usłyszałem jak ważne jest 40% pieniędzy z kapelusza idących do Intergrupy (20%), Regionu (10%) i BSK (10%), gdyż z nich finansowane są: druk ulotek i literatury, niesienie posłania w ZK, utrzymanie PIK-u, organizacja mitingów informacyjnych oraz współpracy z profesjonalistami, organizowanie konferencji i wszystkie inne aspekty związane ze Wspólnotą i niesieniem posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi w kraju i na świecie. Kolejną ciekawą informacją, jaką usłyszałem na tym warsztacie, było to, że jedynie 5 osób jest „zatrudnionych na pensji” w AA, są to: dyrektor BSK, księgowy, sekretarka, kolporter krajowy i informatyk. Dzięki tym osobom możemy być widoczni w kontaktach z ludźmi na zewnątrz. Ważne to jest w różnych sytuacjach, możemy dla przykładu wynająć Torwar na nasze święto, możemy mieć działającą stronę internetową, drukować literaturę i wiele innych. Jednym z ważniejszych aspektów wielu wypowiedzi przyjaciół z warsztatów, było to, że służba nauczyła ich odpowiedzialności i dobrego gospodarowania, które przenoszą na życie codzienne. Osobiście nauczyłem się systematyczności, dokładności i przejrzystości w prowadzeniu swoich własnych rachunków, co w dawnym życiu było mi obce.
Pogody Ducha
Łukasz


ŻYJ I DAJ ŻYĆ

Pierwsza część naszego hasła zachęca, by żyć pełnią życia; uwolnić się do przymusu kontrolowania życia innych ludzi i skupić się na życiu własnym. No cóż, w rodzinie z problemem alkoholowym nawet spełnienie tej części hasła nie jest ani oczywiste, ani łatwe. Początkowo sądziłam, że kiedy nie będę zajmowała się życiem męża, dam mu jasny dowód mego egoizmu i słusznie będę oceniana przez niego jako ta, która złamała przysięgę małżeńską. Przecież obiecywałam trwać z nim w cierpieniu i chorobie. Dopiero po pewnym czasie odkryłam w Al-Anon wskazówkę, że to ja powinnam się zmienić. To ja nie panuję nad niczym, choć tak bardzo się staram. To ja żyję życiem innych ludzi, przytłoczona nadmiarem spraw i zdarzeń, których przebieg i tak nie zależy ode mnie. Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie żyję naprawdę, uwikłana w różne zależności od tego, co zrobią inni, podążam za tym, co oni uczynią i nie mam żadnego planu własnego życia, ani własnego celu. Spróbowałam odkryć dla siebie ów cel. Początkowo nawet nie znałam siebie i nie wiedziałam, jakie są moje zalety czy zdolności, co mogłabym ciekawego robić w życiu, uwolniona od nieustannej kontroli. Nagle odczułam ulgę i jednocześnie zagubienie; tyle możliwości otwierało się przede mną! Najpierw brakowało mi odwagi i zdecydowania, potem jedno odkrycie poprzedzało drugie. Znalazłam ludzi, którzy zachęcali mnie do rozwoju; do nauki czegoś nowego, do pomocy bez narzucania własnych rozwiązań, do rozwijania talentów i uzdolnień. Nagrodą było dla mnie przeświadczenie, że wreszcie oto żyję naprawdę, a bliscy odetchnęli z ulgą. Okazało się, że sami mają pomysły rozwiązań trudnych spraw, potrafią na własny sposób zagospodarować sobie czas wolny, mają więcej radości z życia, bowiem często mogą powiedzieć z dumą: „ja to zrobiłam(łem)”. Dziś jeszcze zdarza mi się oceniać w myślach innych ludzi i ich życie, choć wiem, że dobrze byłoby się tego pozbyć. Na szczęście już nikogo nie uszczęśliwiam wypowiadaniem głośno tych opinii. Raduje mnie mój rozwój, który zawdzięczam programowi Al-Anon. Bez grupy i mityngów wciąż jeszcze radziłabym pytana i niepytana. Dziś mówię na poły żartobliwie: A ja Ci radzę, rób jak uważasz! I uśmiecham się dobrotliwie. Mój uśmiech też się zmienił. Dodaje sił i łagodzi różne sytuacje, wspiera poczynania innych, czasem zamiast słów. Wówczas powtarzam sobie w myśli nasze hasło: Żyj i dać żyj…
Anna Danuta


ZLOT WDZIĘCZNOŚCI

Kiedy popatrzyłem na wypełnione trybuny Torwaru, pomyślałem: po co tu wszyscy jesteśmy? I wtedy przyszło słowo WDZIĘCZNOŚĆ. Pewnie większość tych ludzi była kiedyś, tak jak ja, pełnymi pretensji do świata, przegranymi, niedocenianymi i skrzywdzonymi ludźmi. A dziś oklaskują jedni drugich, śmieją się i cieszą z życia. Pewnie, tak jak mnie kiedyś, ktoś ich wysłuchał, docenił, zrozumiał i wskazał powody do wdzięczności. Choćby tylko za to, że przetrwałem ten zły czas. Kiedyś, po wysłuchaniu wielu opowieści innych AA, zorientowałem się, że najwięcej pretensji mogę mieć do siebie, że przegrywałem na własne życzenie, że nie doceniałem swoich zalet, korzystając tylko z wad, że to ja krzywdziłem i byłem powodem krzywdzenia siebie. Tak rodziła się wdzięczność, aż ona w końcu przesłoniła ciemne strony życia. Dostrzegłem też, że wdzięczność jest zaraźliwa. Wystarczy, że uśmiechnę się do np. pani w okienku na poczcie a staje się milsza i odpowiada podobnie. Kiedy naszą wdzięczność wzajemną z mityngów zacząłem okazywać w domu, w pracy itp. ludzie jakby stali się inni. Kiedy zorientowałem się, że WSZYSTKO co mam, co wiem, co umiem, zawdzięczam w większości INNYM, to stałem się pokorniejszy, a w rezultacie pogodny, wesoły, nie narzekający i szczęśliwszy. A świat zachowuje się jak ja – jak mi ktoś za coś dziękuje, mam chęć dać mu jeszcze więcej. A ten zlot nazwałem sobie ZLOTEM WDZIĘCZNOŚCI. Mirek A służby, wierzę, że robią to (z niekoniecznie mi znanych powodów), co niezbędne. A tak naprawdę moje imię i nazwisko dane w akredytacji mówią komukolwiek tylko to, że jestem uczestnikiem zlotu, nie rozróżniając czy jestem alkoholikiem, profesjonalistą czy przyjacielem AA. Nie są te dane również udostępniane do prasy, radia, filmu więc gdzie tu łamanie tradycji? Za to nie słyszałem uwag krytycznych do błyskających fleszy” na ceremonii otwarcia mimo wyraźnego apelu prowadzących, aby nie robić zdjęć. Ale te uwagi i pretensje, w tym i mój artykuł, to też urok naszej Wspólnoty i nawet one już jej nie zaszkodzą, a my się jednak zmieniamy. Jest nas coraz więcej, a radość i tak wygra.
Mirek A


NALEŻĘ DO WIELKIEJ RODZINY

Moje trzeźwienie we Wspólnocie AA nie trwa długo. Wcześniej byłam jedynie uczestnikiem grupy. Traktowałam to jako jeden z wielu sposobów, aby się leczyć. Żaden nie okazał się dość skuteczny i prędzej czy później kończył się powrotem do nałogu. Dopiero kilka miesięcy temu uwierzyłam w Siłę Wyższą i zaczęłam dostrzegać pomoc wśród ludzi, których Bóg stawiał na mojej drodze. Rozpoczęłam pracę nad sobą wraz ze sponsorem, realizując sumiennie program 12 kroków. Moje życie stało się dużo mniej skomplikowane i pozbawione lęków. Zrozumiałam, że aktywność i zaangażowanie służy nie tylko mi, ale także ludziom, którym staram się pomagać. Pewnie podobnie myślą ci, wśród których byłam na warszawskim Torwarze z okazji 40-lecia AA w Polsce. Poczułam, że jestem wśród „elity” Alkoholików. Poznałam wielu wartościowych i nieprzeciętnych ludzi. Pozytywna energia i radość jest we mnie do tej pory. Największym przeżyciem było dla mnie „odliczanie”. Spośród kilkutysięcznego tłumu stojących alkoholików siadali po kolei ci, którzy byli wyczytywani w kolejności okresu swojej trzeźwości. Ja byłam wśród tych, którzy usiedli mając 8 miesięcy abstynencji. Z wielkim uznaniem i wzruszeniem oklaskiwałam tych, którzy jeszcze stali. Byłam zaskoczona, że ogromna większość uczestników dołączyła do mnie po odliczeniu dopiero dziesiątej rocznicy. Mogłam podziwiać ludzi cieszących się trzeźwością ponad 40 lat. Poczułam w sercu ogromną nadzieję i uwierzyłam, że jest to możliwe. Drugiego dnia, na jednym z mityngów, pierwszy raz w życiu odważyłam się poprosić o głos przed tak wieloma słuchaczami. Byłam jedyną kobietą, jaka zgłosiła się do wypowiedzi. Kiedy na koniec dostałam gratulacje i podziękowania, nie mogłam opanować łez. Teraz będzie mi dużo łatwiej dzielić się swoim doświadczeniem. Od Wspólnoty otrzymałam wielką pomoc. Pomału zaczynam się rewanżować. Na Święcie Radości poczułam się członkiem wielkiej, serdecznej Rodziny. W moim mieście uczestniczę w spotkaniach dwóch grup AA – w Zgorzelcu i w Görlitz. Cieszę się, że będę mogła przekazać tam moje duchowe przeżycia. Mam nadzieję, że na kolejny zjazd pojedziemy w jeszcze większym gronie. Czuję się zdrowsza i jestem wdzięczna Bogu i Wspólnocie za nową drogę w moim życiu.
Ulka

ZZA KRAT


Nazywam się Tomasz, jestem alkoholikiem, mam 25 lat. Obecnie przebywam w Zakładzie Karnym. Pragnę podzielić się myślą, która dotyczy tematu: czy wystarczy tylko nie pić. Moim zdaniem zdecydowanie nie wystarczy tylko nie pić, ponieważ samo nie picie nie prowadzi do tego, aby „żyć i dawać żyć innym”. Prócz nie picia mam pragnienie Trzeźwości. To jest praca nad sobą która wyzwala mnie od chęci napicia się, proces dzięki któremu jestem szczęśliwy, odpowiedzialny i przede wszystkim wolny wewnętrznie. Przebywając w więzieniu, pragnę pozostać we Wspólnocie. O to proszę Boga. Dzięki Wspólnocie każdego dnia budzę się z jeszcze większą radością i chęcią do życia. Aktualnie jestem po terapii i nie wyobrażam sobie, by coś dla mnie było ważniejsze niż pójście w sobotę na mityng. Bardzo bym chciał, aby mityngi były co tydzień. Ja mam co dwa tygodnie. Ale cieszę się z tego co mam, na inne sprawy nie mam wpływu. Na dzień dzisiejszy trzeźwość jest u mnie na pierwszym miejscu, bo to ona ratuje mnie przed błędami i porażkami, a nawet śmiercią. Samo nie picie nie powoduje we mnie żadnej zmiany, a ja jej pragnę. Pragnę żyć i dawać innym żyć. Nigdy nie myślałem, że zapragnę nie pić, a co więcej trzeźwieć. Dziękuję Bogu za ten dar, którym jest trzeźwość i pragnienie, które jest w moim sercu i które mnie nie opuszcza. Życzę sobie i Wam, by każdego dnia wypełniało nasze serca „pragnienie życia w trzeźwości”.
Tomasz