MITYNG 02/212/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



DAR TRZEŹWOŚCI 

W kroku drugim otrzymałem zapewnienie, że Siła Większa przywróci mi zdrowy rozsądek, jeśli tylko w nią uwierzę. Niby proste zadanie, a jednak okazało się skomplikowane. Trudno było mi zaakceptować, przyznać się, że moja poczytalność, na skutek choroby alkoholowej była w znacznym stopniu ograniczona. Bałem się, że niektóre osoby zaczną postrzegać mnie, jako chorego umysłowo. Wydawało mi się to barierą, z którą nie byłem w stanie sobie poradzić, a proste sugestie, by mieć otwartą głowę i wykazać odrobinę pokory, wydawały mi się zupełnie oderwane od rzeczywistości. Zadawałem sobie pytanie, jak uzyskać tę wiarę? Pewien człowiek powiedział kiedyś, że wiara rodzi się ze sluchania. Więc chodziłem na mityngi i słuchałem, co mówili inni. Na początku uwierzyłem ludziom, bo to, co mówili, zaczęło się sprawdzać. „Dziś nie pij, chodź na mityngi” pozwoliło mi utrzymać suchość, ale wciąż prześladowała mnie obsesja picia i pijane zachowania. Dopiero, gdy do tych działań dołożyłem czytanie literatury i pracę ze sponsorem, podejmowanie służb, zacząłem tak naprawdę stosować w życiu Kroki, Tradycje i służbę (patrz Trzy Legaty), moje zachowania zaczęły się zmieniać. Zniknęła obsesja picia. W życiu rodzinnym, zawodowym, towarzyskim coraz częściej kierowałem się innymi wartościami: uczciwością, tolerancją, wyrozumiałością - wcześniej mi nieznanymi. Pozwoliło mi to na lepszy kontakt z otoczeniem. Spokój i pogoda ducha zaczęły zastępować paniczny lęk przed życiem. Dziś mam przekonanie i wierzę w to, że Dobry Bóg, tak jak ja Go pojmuję, uczynił dla mnie to, czego nie był w stanie zrobić żaden inny człowiek na świecie, ani ja sam. Ofiarował mi dar trzeźwości. Ale to do mnie należy, by o niego dbać i pielęgnować, by go nie stracić. Dostałem wskazówki, co mam robić, by tego nie zmarnować. Jak długo będę ich przestrzegał, tak długo będę po dobrej stronie Mocy.

Robert AA


ZAWDZIĘCZAM BOGU...

Przez szereg lat swojego picia i wszystkich prób zaprzestania nie chciałam udowodnić sobie, że picie kontrolowane nie istnieje. To już wiedziałam od pierwszej terapii W 1996 roku, a lata późniejsze tylko to potwierdziły. Udowadniałam sobie, że jestem inna niż moja matka. Mamę pamiętam jak przez mgłę. Miałam jedenaście lat, gdy zmarła. Ze zdjęć wiem, że była piękną kobietą. Nigdy mnie nie wychowywała - była alkoholiczką i babcia wzięła mnie do siebie, by bronić przed Jej chorobą. Doskonale jednak pamiętam chwile, kiedy była pijana. Kiedy tata się z Nią kłócił. Jak nie było nie do jedzenia, gdy przychodziłam do Niej. Jak chciała się pogodzić z rodziną na święta, wzięła pieniądze i zniknęła. Kiedy w dniu swojej śmierci uderzyła mnie w twarz, poczułam wtedy nienawiść do tej kobiety. Uczucie to, mimo, że je skrywałam, towarzyszyło mi przez większość życia. Miałam żal do Niej i obwiniałam za to, że nie miałam normalnego domu, że krzywdziła mnie, siostrę i tatę. Ja nie chciałam być taka sama, a jednak też krzywdziłam swoich bliskich. W moim domu było jedzenie dla dzieci, tylko byłam zbyt pijana, aby im je przygotować. Były awantury spowodowane moim piciem. Widziałam też nienawiść w oczach moich synów, kiedy piłam. Nie wiem jak skończyłoby się to, gdyby ponad pięć lat temu Bóg nie uczynił dla mnie tego, czego sama nie potrafiłam. Przestałam pić, poszłam na terapię, zaczęłam pracę na Krokach, a moi synowie mnie kochają. Bóg zrobił jeszcze więcej. Na moją mamę popatrzyłam przez pryzmat jej i swojej choroby. Teraz Ją zrozumiałam i pokochałam. Nigdy wcześniej nie uwierzyłabym, że alkoholizm może połączyć dwie osoby. I choć moja mama nie żyje czterdzieści lat, to bardzo mi jej brakuje i nie obwiniam Jej już za nic.
J.G


NIE POTRZEBA MI ŻADNEJ MĄDROŚCI

,,Nie różníliśmy się od was niczym. Też byliśmy o wiele za mądrzy, niż potrzeba dla własnego dobra" 12x12, str. 31
W sobotę zadzwonił do mnie ojciec, który od czterdziestu lat jest cierpiącym, czynnym alkoholikiem. Miesiąc temu zwrócił się do mnie o pomoc, i jak to określił, „tylko ty jesteś w stanie przerwać mój ciąg alkoholowy”. Miesiąc temu był w stanie przyznać, że jest bezsilny wobec alkoholu. Dziś przypomniał mi moje poglądy, oceny, sposób myślenia, postawę pełną arogancji, błędne przekonania, gdy miałem czterdzieści lat. Czułem się tak, jakbym rozmawiał z samym sobą z tamtego czasu. Na przykład ojciec wypowiedział się na temat Wspólnoty AA, choć na mityngu był aż godzinę. Nie miał odwagi podnieść ręki, by się przedstawić i wspomnieć, że jest po raz pierwszy. Dziś przez telefon, na podstawie tej jednej godziny, przedstawił kilka argtunentów, dlaczego AA nie jest dla niego. Odparłem, że to są moje argumenty na „nie” i dlaczego mnie plagiatuje? Zdążyłem dopowiedzieć, że z całą swoją „inteligencją” i „mądrością” nie byłem w stanie mieć dwóch dni abstynencji i ciekawe, że dziś po prostu nie piję od dwudziestu miesięcy. Odłożył słuchawkę. Chciałem dodać, że z takimi właśnie ,,rozumnymi” przekonaniami funkcjonowałem przez dwadzieścia lat z butelką w ręku. Po tej rozmowie, anty-rozmowie dotarło do mnie, że kocham ojca i nie irytują mnie jego poglądy. Nie wiadomo, kiedy Bóg odebrał mi przekonanie, że gdyby ojciec był inny, to i ja byłbym inny. Uczynił dla mnie coś, czego nie byłem W stanie zrobić dla siebie przez czterdzieści lat. Cud. A przecież, gdy ogłosiłem bezsilność, pomogło mi, że wyrzekłem się zaklęcia - wiem wszystko, jestem wybitnie inteligentny, wszystko sam zrobię, ponaprawiam, że sobie poradzę. I taki skromny wniosek - sam z siebie nie przyznałbym się, że fatalnie pojmuję znaczenie słów ,,Własne dobro”.
Sławek
alkoholik i hazardzista


TRADYCJA DRUGA

Ostatnio przeczytałem zdanie, które pomogło mi bardziej zrozumieć i poczuć sens Drugiej Tradycji: „Miłujący Bóg, to człowiek, z którym się spotykam”. Kiedy zastanawiam się, jak traktuję drugiego alkoholika, swoich kolegów, swoich najbliższych, swoich sąsiadów - mam odpowiedż jak traktuję Boga. Czy jest u mnie pragnienie porozumienia, zrozumienia, życzliwości? Czy raczej jestem zbyt dumny, zarozumiały, arogancki? Czy przypadkiem sam nie próbuję być autorytetem dla innych. Jeżeli zadaję sobie te proste pytania, mam odpowiedż co jest dla mnie autorytetem, co jest dla mnie ważne, czym się kieruję w życiu. Kiedy podjąłem się służb we Wspólnocie AA, nie zastanawiałem się nad jakimiś zasadami, Bogiem czy programem. Byłem przekonany, że to co robię i co myślę jest jedynie słuszne i to inni mają się do tego dostosować. Tak jak w życiu, byłem skupiony na sobie. Nie zdawałem sobie sprawy, że podejmując się służby w AA mam poznawać zasady, wedle których mam żyć na co dzień. Nie trafiało to do mnie, byłem zbyt dumny aby pytać o to innych lub poznawać nasze Tradycje, czy poznawać samego siebie poprzez Kroki AA. Kiedyś sponsor podpowiedział mi, żebym zaczął poznawać siebie i wtedy mogę się zmienić. Ale jak mogę zmieniać swoje nastawienie do innych, skoro unikałem prawdy o sobie i unikałem innych ludzi, alkoholików, odwracam się od nich. Nie chciałem uczestniczyć w życiu Wspólnoty w zbiorowym sumieniu. Lepiej było stać z boku, obojętnie krytykować innych poprawiając sobie nastrój. Lepiej siedzieć z boku, plotkować i oceniać bez wysiłku ze swojej strony. Prawdę o sobie zacząłem dopiero poznawać, jak zacząłem parzyć herbatę, prowadzić mityng, jeżdzić na spotkania Intergrupy jako mandatariusz i pisać kolejne kroki naszego Programu AA. To co ja myślałem o sobie różniło się od tego, jaki byłem naprawdę. Mimo że nie piłem, zachowywałem się podobnie jak kiedyś, czyli byłem dalej pijany. Inni alkoholicy denerwowali mnie, bo w nich widziałem samego siebie, traktowałem wielu z pogardą i lekceważeniem, bo pogardę czułem do siebie. Musiałem nabrać pokory i godności, aby zmieniły się moje zachowania i relacje. Byłem przewrażliwiony na swoim punkcie i nie przyjmowałem krytyki, tego, że ktoś ma inne zdanie niż ja. Zaczęły ze mnie wyłazić najgorsze cechy charakteru i osobowości. Znalazł się sposób na poznanie siebie, ale czy to wszystko. Czy tę prawdę, którą codziennie poznaję o sobie, chcę zmienić? Czy jest we mnie pragnienie bycia innym, lepszym człowiekiem? Lepszym dla innych, a nie od innych. Czy u mnie jest pragnienie Boga? Jeżeli odpowiedziałem sobie tak, to właśnie zacząłem szukać, słuchać i pytać co to jest nasz program i jak go stosować. Kiedy trafiłem do Wspólnoty AA nie byłem święty i teraz też nie jestem. Ale to najlepszy dowód na to, że jestem normalnym człowiekiem, a nie Bogiem, za którego się uważałem. To także dowód na to, że moi koledzy z mityngu też nie są święci, moja żona, mój szef w pracy i sąsiedzi. Jestem ułomnym człowiekiem - tak jak oni - i często tak na nich patrzę. Mają prawo popełnić błąd, mylić się, złościć, krytykować, myśleć i czuć po swojemu. Okazało się, że nie jestem panem tego świata. Jeżeli będę kierował się takim nastawieniem, nie obrażę się na grupę, że chce przegłosować taki a nie inny wniosek na mityngu. Nie będę udowadniał złośliwie swoich racji, bo zostanę z nimi sam. I nie będę rozmawiał z żoną z pozycji wyższości. Bo zawsze w tym wszystkim, tak jak kiedyś, zostanę sam, bez Boga i ludzi. Kiedy szukam porozumienia w życzliwości, to szukam Boga. Nie wiem jaka siła czuwa nad Wspólnotą AA, jak sprawiła, że nie piję i żyję. Ale wierzę, że ta siła jest i to ona sprawia, że pierwszy wyciągam rękę do zgody z kolegą, z żoną i z tym alkoholikiem na mityngu, którego nie lubię. To ta siła jest dla mnie autorytetem. A co dopiero kiedy takich wewnętrznych nakazów jest kilka tysięcy, a po kłótni trzymamy się za ręce. To jest dopiero siła!
Mariusz


KOLPORTAŻ LITERATURY AA, 
CO MNIE DO TEGO PCHNĘŁO?

Może zabrzmi to gómolotnie, ale myślałem, że dzięki mnie więcej ludzi zacznie czytać i będą mieli szansę zapoznać się z Programem AA i historią naszej Wspólnoty. Niestety - w kąciku literatury trzęsienia ziemi nie było, więc po paru tygodniach ochłonąłem. Podczas służby spotykałem się z różnymi opiniami na temat książek: „po co one są potrzebne, jak Program AA mam na mityngu”, „to zwykłe nabijanie kasy”. Były też pozytywne reakcje: ,,to jest niesienie posłania”. I właśnie do tych opinii przywiązywałem wagę. Więc robiłem swoje, wykładałem książki i czekałem. Zauważyłem, że nowicjusze częściej kupują te pozycje, które czytane są podczas mityngu, nabywcy szukający konkretnych książek stanowili mniejszość. Nie wiem czemu, małym zainteresowaniem cieszyły się ulotki. Może dlatego, że kojarzone są z materiałami dla nowicjuszy i służą do rozdawania. A można się z nich dowiedzieć wielu wartościowych rzeczy np.: w zabawny sposób opisane są tradycje, w jaki sposób zapewnić sprawne funkcjonowanie grupy, co powinno cechować dobrego sponsora, jakie są jego kompetencje, co mówić i jak zachowywać się mówiąc o AA poza AA i wiele, wiele innych rzeczy, pożytecznych nie tylko dla początkującego aowca, ale i dla uczestnika o dłuższym stażu. W grupach populame były biuletyny, zarówno nasz regionalny, jak i krajowy. Po wydaniu nowego numeru kilka osób mówiło, co ciekawego można w nim znaleźć. Spełniali rolę swego rodzaju marketingowców, co przekładało się na większe zainteresowanie biuletynami. Z przykrością stwierdzam, że dziś ten dobry obyczaj w większości grup zanika. Może warto do niego wrócić i nie wstydzić się tego, że czytamy biuletyny. Pomocne w pełnieniu służby okazały się dla mnie ogólnopolskie i regionalne warsztaty. Mogłem tam skonfrontować swoje doświadczenia z innymi kolporterami. Wymienialiśmy się pomysłami, jak lepiej docierać do potrzebujących, porównywaliśmy, które pomysły się sprawdzają, a które mniej. Prawdziwa kopalnia doświadczeń. Przyszedł czas kończyć służbę i przekazać ją następnym, tak jak kiedyś i mnie zaufano. Wspominam ją ze szczególnym sentymentem, dzięki niej uczyłem się obowiązkowości, odpowiedzialności, komunikacji z drugim człowiekiem, dokładności, a przede wszystkim cierpliwości, co w moim przypadku jest bardzo istotne. Ku mojemu zadowoleniu przybywa grup, które prowadzą kolportaż, więc nowicjusz ma łatwiejszy dostęp do literatury, ale wiele jeszcze pracy przed nami i dobrze, bo następni też będą mieli co robić i nie będą się nudzić.
Pozdrawiam - alkoholik Robert


WSPÓLNOTA I SŁUŻBA BUDUJE
MNIE JAKO CZŁOWIEKA

Nie piłem już długo i kolejny raz byłem mandatariuszem. Na którymś spotkaniu Intergrupy padło pytanie o chętnych do służby łącznika z zespołem informacji publicznej. Ktoś zaproponował mnie, zgłosiła się też jakaś dziewczyna, ale później zniknęła. Wybrałem się na spotkanie zespołu, aby sprawdzić czy chcę i dam radę. Byłem na trzech spotkaniach i ciągle nie wiedziałem o co chodzi - myślałem, że będę musiał chodzić po urzędach i nagabywać ludzi. Mało też wiedziałem o strukturach wspólnoty. Powoli dowiadywałem się więcej o różnych rodzajach mityngów informacyjnych: ze studentami, z profesjonalistami. Słuchałem i obserwowałem tych, którzy już mieli doświadczenie. Coraz bardziej wciągały mnie te mityngi i wyjazdy. Zwłaszcza ze studentami: żywy kontakt, pytania, jak sobie radzę. Odpowiadanie im było wyzwaniem dla mnie. Przygotowywałem się na podstawie pytań z ankiet, które wypełniali uczestnicy na zakończenie. Każdemu spotkaniu towarzyszyły silne emocje. Kiedy szedłem na spotkanie czułem dreszczyk niepokoju. Ale już na sali - jak na mityngu - gdy uruchamiałem się, byłem swobodny, oczyszczałem się. Przekazywałem swoje doświadczenie, aby im pomóc. Opierałem się również na swoich przeżyciach z moimi dorosłymi dziećmi, które wniosły niesamowity wkład w moje życie na trzeźwo. Teraz uczę się również od wnuka - ten trzylatek potrafi sprowadzić mnie do parteru swoim postrzeganiem świata. Przekazuję to tym młodym ludziom. Ich zainteresowanie, zgoda na przyjęcie mojego doświadczenia i uśmiech powodują, że znika skrępowanie. Nie muszę koloryzować. Staję w prawdzie i czuję radość. Dzięki temu nabieram odwagi do świata i ludzi. Ja, który nigdy nie podniosłem ręki w szkole, staję przed gromadą ludzi i mówię o sobie. Przełamuję moją nieśmiałość i ograniczenia. Dawniej załatwiał mi to alkohol. Teraz mówię: zebrałem baty, otrząsnąłem się i idę do przodu. Te spotkania dają mi odwagę wychodzenia do ludzi, poznawania ich, prezentowania siebie w prawdzie. Profesjonaliści na spotkaniach oczekują recept na rozwiązanie konkretnych problemów: co zrobić, aby alkoholik przestał pić, jak go do tego zmusić. Mądrość, której nabyłem na mityngach korzystając z doświadczeń wspólnoty pozwala mi odpowiedzieć profesjonalistom. Nie zawsze satysfakcjonuje ich moja odpowiedź, ale pozbawia ich złudzeń. Mają jasny, klarowny przekaz. Przecież każdego uzależnionego trafia co innego w odpowiednim czasie. Nie oczekuję, że polecą za mną tłumy. Po takim spotkaniu nie wiem czy pomogłem komuś. Nie zastanawiam się nad tym. Zrobiłem to, co powinienem, na tyle, na ile potrafiłem i moja rola się kończy. Nie biorę na siebie odpowiedzialności za to, czy ktoś z tego skorzysta. Robię swoje. W życiu daje mi to lepszy kontakt z ludźmi we wspólnocie i poza nią. Na Intergrupach gdy przekazuję informację, spotykam się z życzliwością i zrozumieniem. Wiem, że buduję coś wartościowego. Buduję w ten sposób siebie. Nabyłem odwagi, której mi zawsze brakowało. Jest to dla mnie cenne doświadczenie. Nie dotyczy tylko wspólnoty, to jest coś głębszego. Te relacje ze światem poza wspólnotą ułatwiają mi normalne życie. Bardzo poważnie traktuję wspólnotę i podejmowane służby. Nie jestem fanatyczny, ale jest to niezwykle ważny element trzeźwienia. Te puzzle które układam dają takiego człowieka, jakim jestem. Szanuję wspólnotę i rodzinę. Mam radość z bycia we wspólnocie. Jestem szczęśliwy w rodzinie. Rodzina jest szczęśliwa ze mną: każdego dnia czuję ich troskę i miłość. Mam niesamowity kontakt z żoną, dziećmi, synową, zięciem. Teraz wspólnie przeżywamy oczekiwanie na narodziny wnuczki. Mam to dzięki wspólnocie i służbie. To mnie buduje jako człowieka.
Artur


AL-ANON
WSPÓŁUZALEŻNIENIE. TO SIĘ LECZY.

Jak pomóc alkoholikowi? Było to pierwsze zdanie, które wpisałam w wyszukiwarkę intemetową, gdy mój ojciec trafił na detoks szpitala psychiatrycznego z objawami delirium tremens. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ekranie monitora pokazał się termin Współuzależnienie. Kliknęłam na niego, ale że mój system iluzji i zaprzeczeń działał bez zarzutu, więc od razu wyeliminowałam wszystkie symptomy, które przecież miałam... Minęło kilka lat i termin ten pojawił się w moim życiu po raz drugi. Tym razem w dużo bardziej bolesnych okolicznościach. Na terapię współuzależnienia trafiłam w depresji i zupełnej rozsypce emocjonalnej. Zasugerował mi ją psychiatra, chociaż ja w ogóle nie chciałam na nią pójść. Niby, po co?! Dlaczego?! Przecież to nie ja potrzebuję leczenia, tylko mąż! - myślałam. Na pierwszym spotkaniu grupy, między szlochami udało mi się wypowiedzieć tyle, że jestem bardzo sceptycznie nastawiona do leczenia, bo ja uciemiężoną kobietą nie jestem i nigdy nie byłam. Bo alkoholikiem, to owszem, jest mój ojciec, ale nie mąż! Jestem niezależna, wykształcona i absolutnie nic mnie przy nim nie trzyma, tylko miłość. Ale... czy na pewno tylko miłość, a jeśli już, to czy zdrowa? Po miesiącu mojej terapii mąż przyszedł do domu pijany, z umową pożyczki w kieszeni. Pomyślałam - basta! tak bawić się nie będziemy! Pomimo, że emocjonalnie nie byłam gotowa, spakowałam jego ubrania i wywaliłam z domu na zbity pysk. Oczywiście uprzednio upewniłam się, że jego rodzice go przygarną. Byłam przekonana, że to będzie jego dno. Przecież zabrałam mu skarb największy - mnie! Mąż się trochę przestraszył. Poszedł na odwyk. Było cudownie..., ale do czasu. Zapił, zaciągnął kolejną pożyczkę, obiecał poprawę, wszył esperal, znowu zapił... Moje życie było, jak jazda na rollercoasterze: raz górka, raz dołek i tak w kółko. I nie skończyłoby się to, gdybym nie zmieniła mojego magicznego myślenia, że jakoś to będzie, gdy tylko on... Zdałam sobie sprawę, że mój chory umysł poszukuje argumentów za toksycznym związkiem, bo mi tak łatwiej, paradoksalnie - bezpieczniej. Oczywiście, sama do takich genialnych wniosków nie doszłam. Bardzo pomogła terapia, fachowa literatura, wiedza o chorobie alkoholowej, ale przede wszystkim... trzeźwy od kilkunastu lat alkoholik, na stałe związany ze Wspólnotą AA. Człowiek, który pokazał mi, że to ja czerpałam profity z życia z alkoholikiem. Że współuzależnione bardzo często nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życie, stawiają się w roli ofiary i użalają nad sobą, twierdząc, że to partner zmarnował im całe życie. Że próbując nieudolnie pomagać, stają się nieświadomymi pomocnikami w rozwoju jego choroby. W końcu, powolutku coś do mnie zaczęło docierać. Zrozumiałam, że życie i szczęście uzależnione od etanolu jest patologią, na którą nie można się godzić. Źródło tegoż szczęścia jest we mnie, a nie w drugim człowieku. Wówczas zaczęłam zmieniać siebie i swój stosunek do życia i ludzi. I to było to...
Pelagía
Gdańsk, 27.12 2014


ZZA KRAT
BÓG UCZYNIŁ DLA NAS TO, CZEGO SAMI NIE

BYLIŚMY W STANIE ZROBIĆ DLA SIEBIE.

Myślę, że Bóg uczynił dla mnie to, że po odbytej terapii w Z.K znalazłem się we Wspólnocie AA i dużo z niej czerpię i zaczynam rozumieć błędy, które popełniłem na wolności pijąc alkohol. To, że krzywdziłem innych, nie brałem innych ludzi pod uwagę, myślałem tylko o sobie. Krzywdziłem bliskich, chociaż nie byłem tego świadomy. Chciałbym do końca wyroku uporać się z moją przeszłością, by zrozumieć błędy, które w życiu popełniłein i móc je naprawić. Przynajmniej te, które się da, by po opuszczeniu Z.K zacząć życie, jako nowy człowiek. Myślę, że to wszystko zasługa Boga, żebym wreszcie wszystko przemyślał, spojrzał na to z trzeźwego punktu widzenia i zrozumiał, że alkohol prowadzi donikąd.
Joshua, 27 lat


PODNIOSŁAM SIĘ!

Jestem alkoholiczką, upadałam i wstawałam niejeden raz. Pijąc traciłam wszystko, lecz wtedy nie zważałam na to, aż do dnia gdy utraciłam wolność. Oto minęło pięć lat jak przebywam w Z.K. i tu dopiero, po dwóch latach, zaczęłam myśleć inaczej, po prostu trzeźwo. Zaczęłam od tego, że postawiłam sobie cel, jaki chcę osiągnąć. Zrozumiałam ile wyrządziłam zła, bliskim i sobie. Teraz wszystko chcę naprawić i robię to cały czas. Przede mną jeszcze trochę wyroku, ale nie poddaję się i patrzę pozytywnie na świat. Poznałam faceta w Z.K. Zaczęliśmy pisać na stopie koleżeńskiej. Widywaliśmy się przelotnie. Gdy opuściłam Z.K., w którym przebywaliśmy razem, przeżyłam chwilowe załamanie, poczułam że coś znowu tracę. Po prostu pokochałam go i było mi smutno. Przyjechałam tu, do Z.K. w Warszawie i nadal piszemy do siebie. Mój wyjazd nam nie przeszkodził, tylko wzmocnił. mój facet wie, że jestem alkoholiczką i bardzo we mnie wierzy, że po opuszczeniu Z.K. będę trwać w trzeźwości. On będzie przy tym moim wsparciem, moją podporą. W Wigilię 2014 r dostałam list, w którym zostałam poproszona o rękę. Zgodziłam się i zamierzamy się pobrać w Z.K. Wierzę, że damy radę, obydwoje jesteśmy po przejściach. Piszemy do siebie bardzo dużo, a co najważniejsze, że jest to szczera prawda. Budujemy nasz związek na szczerości i zaufaniu. Dziś po pięciu latach odbywania kary, mimo, że jestem w takim miejscu, mogę z pewnością powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Chce mi się żyć, czuję, że dostałam szansę od Boga, którą już wiem, jak wykorzystać. Chcę zacząć żyć na nowo, a przede wszystkim w trzeźwości. Teraz wiem, że warto. Wystarczy chcieć i uwierzyć w siebie. Każdy z nas zasługuje na kolejną szansę. Spotkania AA dają mi duże możliwości otwarcia się do ludzi, na świat. Już na zawsze pozostanę członkiem grupy AA. A po opuszczeniu Z.K. tym bardziej będzie mi to potrzebne. Zostawiłam teraz wszystko w rękach Boga. Oczywiście nie znaczy to, że nie robię nic. Przeciwnie staram się każdego dnia dawać coś z siebie innym, choćby dobre sowo, a dla niektórych to tak wiele. Chcę się jeszcze podzielić informacją, że rzuciłam palenie, a mówiłam zawsze, że tutaj to jest niemożliwe. A jednak chcieć to móc. Znalazłam miłość, szczęście, zaczynam nowe życie. Życzę wszystkim czytelnikom wiary w siebie i nie traćcie nadziei!
Beata


W KROKU DRUGIM OTRZYMAŁEM ZAPEWNIENIE

W kroku drugim otrzymałem zapewnienie, że Siła Większa przywróci mi zdrowy rozsadek, jeśli tylko w nią uwierzę. Niby proste zadanie, a jednak okazało się skomplikowane. Trudno było mi zaakceptować, przyznać się, że moja poczytalność, na skutek choroby alkoholowej była w znacznym stopniu ograniczona. Bałein się, że niektóre osoby zaczną postrzegać mnie jako chorego umysłowo. Wydawało mi się to dość sporą barierą, z którą nie byłem w stanie poradzić sobie, a proste sugestie by mieć otwartą głowę i wykazać odrobinę pokory wydawały mi się zupełnie oderwane od rzeczywistości. Zadawałem sobie to pytanie - jak uzyskać tę wiarę. Pewien człowiek powiedział kiedyś, że wiara rodzi się ze słuchania. Więc chodziłem na inityngi i słuchałem co mówili inni. Na początku uwierzyłem ludziom, bo to co mówili, zaczęło się sprawdzać. "Dziś nie pij, chodź na inityngi" pozwoliło mi utrzymać suchość, ale wciąż prześladowała mnie obsesj a picia i pijane zachowania. Dopiero, gdy do tych działań dołożyłem czytanie literatury i pracę ze sponsorem, podejmowanie służb, tak naprawdę stosować w życiu kroki, tradycje, służbę (patrz Trzy Legaty) moje zachowania zaczęły się zmieniać. Zniknęła obsesja picia. W życiu rodzinnym, zawodowym, towarzyskim coraz częściej kierowałem się innymi wartościami: uczciwością, tolerancją, wyrozumiałością - cechami wcześniej mi nie znanymi. Pozwoliło mi to na lepszy kontakt z otoczeniem. Spokój i pogoda ducha zaczął zastępować paniczny lęk przed życiem. Dziś mam przekonanie i wierzę w to, że Dobry Bóg, tak jak ja go pojmuję, uczynił dla mnie to czego nie był w stanie zrobić żaden inny człowiek na świecie, ani ja sam. Ofiarował mi dar trzeźwości. Ale to do mnie należy by o niego dbać i pielęgnować, by go nie stracić. Dostałem wskazówki co mam robić, by tego nie zmarnować .I o ile będę ich przestrzegał tak długo będę po dobrej Stronie Mocy.
  Robert AA


NIE JA JESTEM NAJWAŻNIEJSZY

Tradycja druga pokazuje mi, że to nie ja jestem najważniejszy i nie ja mam decydować o tym, co dzieje się we wspólnocie, czy w moim życiu poza nią: w rodzinie, pracy, otoczeniu. We Wspólnocie bardzo często na początku mojej drogi krytykowałem osoby pełniące służby na grupie. Uważałem, że ja zrobiłbym to lepiej i na wiele spraw miałem swój pomysł. Dotyczyło to choćby sposobu prowadzenia mityngu czy zasad obowiązujących na nim. Sam jednak nie za bardzo chciałem podejmować się jakiejkolwiek służby. Z czasem zaczęło się to zmieniać, dzięki poznawaniu literatury i korzystaniu z doświadczeń innych alkoholików. Sam zacząłem pełnić służby i powoli rozumieć, że to właśnie Bóg pozwala każdemu z nas dołożyć cegiełkę do naszego wspólnego dobra i że właśnie sumienie grupy wyraża wolę Boga. Zrozumiałem jak ważne jest wspieranie drugiego człowieka i zaufanie mu w pełnieniu służb. Moje podejście do nowicjuszy bywało różne, zdarzało się, że lubiłem się popisywać i brylować na grupie. Do weteranów to raczej miałem szacunek, choć zdarzały się wyjątki i nie szczędziłem im słów krytyki. Twierdziłem, że mimo tylu lat niepicia, tak naprawdę nic nie robią i żyją jedynie W abstynencji. Zmieniło się to, gdy zrozumiałem, że szacunek i autorytet jakim darzę jednego z nich to jasny znak, abym zabrał się w końcu do pracy. Zacząłem pracę na Programie AA i przyszły zmiany. Tradycja druga pokazała mi, abym przestał oczekiwać pochwał za to, co robię we Wspólnocie. Jeżeli na grupie prowadzimy dyskusje dotyczące naszego wspólnego dobra, przestaję obstawać przy swoim, tylko uznaję rację sumienia grupy, bo wiem, że tak będzie lepiej dla nas wszystkich, a nie dla mnie i mojej pychy. We wspólnocie autorytetem jest mój Sponsor, który pomógł mi przejść przez Program 12 kroków. Mam też inne autorytety związane ze Wspólnotą - mój terapeuta, alkoholik, sama Wspólnota, duchowni czy osoby piszące o AA. Autorytetem poza Wspólnotą jest chociażby mój mechanik samochodowy czy lekarz, który po wypadku postawił mnie na nogi (przez miesiąc jeżdziłem na wózku). Zrozuiniałem, że chodzi o autorytet w danej dziedzinie, a niejako całość. Moiin błędem było to, że myliłem autorytet osobisty z władzą we Wspólnocie AA. Tradycja druga wyraźnie mówi mi o tym, że w AA to nie człowiek, jednostka zarządza, ale Bóg chociażby poprzez sumienie grupy. Zrozumienie tego pozwala mi na normalne funkcjonowanie na mityngu, lntergrupie czy pełnieniu służb we Wspólnocie AA. To samo dotyczy mojej rodziny, pracy czy życia codziennego. Jeśli w tych obszarach mojego życia za autorytet stawiał będę wolę Boga i decyzje będę podejmował zgodnie z Jego wolą to życie mojej rodziny będzie szczęśliwe i prawe. W domu w wielu sprawach (prowadzenie domu, finanse) to moja Małgosia jest dla mnie autorytetem i wcale mi to nie przeszkadza. Ja w nim wykonuję po prostu swoje obowiązki: m. in. sprzątam, myję naczynia itp.. Myślę jednak, że jest przede wszystkim ważne na gruncie rodzinnym, w pracy i na co dzień. Pokazuje, abym nie był tym za kogo uważałem się dawniej-czyli gościa, który wie najlepiej i wszyscy mają słuchać tego co powie. Poprzez praktyczne stosowanie Tradycji drugiej po prostu lepiej mi się żyje i o to chyba chodzi. Pozdrawiam serdecznie.
Tomek ze Stalowej Woli.


MOJE MYŚLENIE

Swoją drogę w kierunku trzeźwości zacząłem na terapii zamkniętej. W tamtej chwili w mojej świadomości Siłą, większą niż ja sam, byli profesjonaliści, specjaliści wykształceni W tym jak pomagać alkoholikom. Po terapii zamkniętej udałem się do poradni i moje leczenie trwało około dwóch lat. W tym czasie uczestniczyłem już również w mityngach AA. Słyszałem na terapii, aby szukać mityngu dla siebie. Terapia zakończyła się, a ja odnalazłem się na jednej z grup. Szybko zostałem obdarzony zaufaniem i powierzono mi służbę herbatowatego. Z roku na rok obejmowałem nowe służby i bardzo mi to pomagało w zdrowieniu. Lecz ciągle czegoś brakowało mi. Brakowało mi czegoś, czego nawet do końca nie umiałem nazwać. Przyjaciele podpowiedzieli, abym poszukał sponsora. Nikt mi nie powiedział dokładnie jak i gdzie mam go znależć. Wpatrywałem się w jednego z przyjaciół na mityngu, bo bardzo mi się podobały jego wypowiedzi. W pewnym momencie coś mnie pchnęło i podszedłem do niego. Zapytałem go, czy zostanie moim sponsorem? Nawet nie wiedziałem o co chodzi w tym sponsorowaniu. Na pierwszym spotkaniu sponsor mi to wyjaśnił, a ja przystałem na jego warunki. Pod wpływem pracy na programie, przebudziłem się z duchowego letargu, stałem się nowym, pożytecznym człowiekiem. Człowiekiem uczciwym, otwartym na świat i ludzi. Przestałem się bać innych, bo wiem, że ten ważny to też po prostu człowiek. Kiedy kontaktuję się z kimś, nie muszę kontrolować tego co mówię, bo jestem po prostu szczery i nie obawiam się, że coś pokręcę. Nie przybieram masek. Wiem, że nie każdemu się podobam i nie wszyscy mnie lubią Jeśli ktoś nie chce ze mną być, to nie jest to dla mnie dramatem. Zwyczajnie przyjmuję to do wiadomości. Zobaczyłem siebie w innym świetle. Poznałem swoje słabe i mocne strony i umiem z nich korzystać. Jestem świadomy tego co mogę, chcę i potrafię. Ciągle jeszcze zmieniam się, bo nie przerobiłem i nie przerobię programu, tylko wciąż z nim pracuję i mam plan pracować tak dalej. Czyli chodzę na mityngi, uczestniczę w służbach intergrupy i regionu. Spotykam się ze sponsorem, sam jestem sponsorem. Uczę się przez to odpowiedzialności i systematyczności. Kiedy spotykałem się ze sponsorem, swoją pracę wykonywałem w ostatniej chwili przed spotkaniem. Kiedy przygotowuję się do spotkania z podopiecznym, rozkładam pracę na kilka dni. Ostatni temat naszej wspólnej pracy: drugi krok. O Sile, większej niż ja sam. Dzisiaj wiem, że Siłą, większą ode mnie jest program 12 kroków, sponsor, wspólnota AA, mityngi, służba. Ta Siła, z każdym dniem przywraca mi zdrowie. Od początku drogi w trzeżwieniu moja świadomość zmieniała się od profesjonalistów, terapii, do mityngów, służby, sponsora. Dziś każdemu spotkanemu na mojej drodze nowicjuszowi polecam mityng, służbę, sponsora. Przyglądając się tym, którzy skorzystali z mojej sugestii, widzę niewiarygodne zmiany w ich postępowaniu i zachowaniu. Kiedy jeden z nich zapytał mnie, czy to nie za wcześnie na sponsora, zasugerowałem mu, żeby od początku wziął się za pracę i tak zrobił. Widzę, że na dobre mu to wyszło. teraz on przekazuje sugestie dalej. Tak, jak się zmieniała moja świadomość o Sile, większej ode mnie, tak samo w wyniku codziennej pracy zmieniam myślenie o sobie. Od pogardy do tego pijanego gościa do człowieka, na którego można liczyć. Myślę o sobie z szacunkiem.
Anonim


MOJA ZGODA NA ŚWIAT

Długi czas żyłam jak w tunelu, nie widząc świata, tego, że rzeczy dzieją się beze mnie. Nie umiałam się pogodzić z tym, że ja sobie poukładałam wszystko, a ktoś zdecydował, że zrobi po swojemu. Złość, a może spróbuję narzucić swoją wolę podniesionym głosem, argumentami nie do odparcia? tylko to, co miałam na udowodnienie swojej racji, jakoś wcale nie było ważne dla innych. A nawet przeciwnie. Im bardziej się upierałam, tym większa bariera powstawała, wręcz przepaść nie do przebycia między mną i resztą świata. Nie mogłam tego zrozumieć - przecież mam rację. Mam, i co z tego? I tak będzie inaczej niż ja bym chciała. Kiedyś walczyłam ze swoją grupą, próbując ich przekonać do tego, co wiem i co jest słuszne. A oni - nie i nie. Bo nie. Nawet pojechałam na intergrupę pożalić się, że grupa nie chce korzystać z mojej wiedzy i doświadczenia. A przecież wiem i mam rację. Więc dlaczego? Spodziewałam się, że ktoś mi poda przepis jak skutecznie sterować innymi, aby przeprowadzić swoją wolę. A dowiedziałam się, że "nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą". Zdenerwowałam się. Przecież...Znów usłyszałam: daj grupie czas, aby dojrzeli, zrozumieli, byli gotowi. Ale ja nie miałam czasu ani chęci czekać. Obraziłam się. Po roku moja największa oponentka przyszła zapytać, jak załatwić to, co proponowałam rok temu? Ale byłam ciągle pełna gniewu i powiedziałam, że skoro ja znalazłam to niech sobie sami szukają. Znaleźli. Dużo czasu jeszcze minęło, nim potrafiłam zrozumieć tą sytuację i swój błąd. Swój, nie ich. Bardzo trudno było mi przyznać, że Wiele błędów popełniłam i popełniam dalej, tylko dlatego, że nie umiem przyjąć czyjegoś doświadczenia, rady, pomocy. Potrzebuję czasu aby zaakceptować rozwiązanie, które jest sprawdzone, ale inne niż "ja bym chciała". Wymagające ode mnie przeżycia poczucia klęski, goryczy porażki. Jak to? To ja taka mądra, nie poradzę sobie? Każdemu potrafię wsadzić palec w oko i pokazać na czy jego błąd polega i nawet powiem co ma zrobić, aby było dobrze. I oczekuję, że właśnie tak się zachowa. Ale kiedy ktoś, pytany czy nie, zwróci mi uwagę, że można inaczej to denerwuję się. Aż kiedyś spotkałam człowieka. który powiedział "potraktuj tą sytuację jako doświadczenie. Spróbuj zrobić tak, jak Ci mówią, nie upieraj się i spróbuj. Zobacz co z tego wyjdzie. Spróbowałam. Nareszcie stało się to, czego szukałam  tak długo. Poczułam ulgę, jakiej nie czułam od dawna. Nie poczułam za to upokorzenia, którego się spodziewałam. Wręcz przeciwnie, ogamął mnie spokój. Przekonanie, że teraz będzie już dobrze. I jest. Nie układa mi się w życiu tak, jak próbuję zaplanować. Spotykają mnie zdarzenia nieoczekiwane. I przynoszą spełnienie moich pragnień. Zawsze wtedy dziwię się: przecież nawet nie musiałam się wysilać, tak po prostu przyszło i jest. Stałam się łagodniejsza, bardziej wyrozumiała. Ostatnio przyjaciółka powiedziała mi, że nawet ton głosu mi się zmienił i otacza mnie aura spokoju. Mam pogodę ducha. Pogodziłam się z tym, że jest jakaś Siła. Większa niż moja własna. Ona przywraca właściwą proporcję rzeczom i zmienia moje myślenie. Z anty na pro. Teraz, gdy ucieknie mi autobus, siadam na przystanku, dziękując za to zatrzymanie w pędzie. Poświęcam chwilę na rzeczy najważniejsze - dziękczynienie i medytację. Na modlitwę. Wsiadam w następny spokojna.