MITYNG 03/213/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


PRZEMIANA

Gdy ponad cztery lata temu przyszedłem do AA, po blisko dwudziestoletnim piciu, byłem człowiekiem pokonanym, świadomym swej porażki. Gotów byłem obarczyć winą za swoje życiowe klęski wszystkich, tylko nie siebie. Moje rozgoryczenie brało się z błędnego przekonania, że piłem gdyż miałem problemy; niewyobrażalne dla przeciętnego człowieka, a moje picie było wyjątkowe. Te problemy, o ile w ogóle były, gdyż w większości sam je sobie stwarzałem lub wymyślałem, były przeze mnie rozdmuchane do gigantycznych rozmiarów. Na ostatnim detoksie usłyszałem od terapeuty, bym nie podejmował żadnych ważnych decyzji w pierwszym roku abstynencji. A byłem gotów rozwieźć się z żoną – głównym „winowajcą” mojego nałogu i upadku. On również ukierunkował mnie na podjęcie terapii i pójście na pierwszy mityng AA. O ile na terapię zapisałem się zaraz po wyjściu z detoksu, to na swój pierwszy mityng trafiłem dwa tygodnie później za namową przyjaciół. Dziś jestem im za to wdzięczny, bo sam potrafiłem wymyślać tysiące powodów, aby nań nie trafić, zupełnie jak wtedy, gdy usprawiedliwiałem swoje picie. Siła Wyższa sprawiła, że na pierwszym mityngu spotkałem alkoholika, który zaopiekował się mną, a po jakimś czasie został moim sponsorem. To dzięki niemu i pracy na programie zobaczyłem jak błędne i pokrętne było moje myślenie. Ujrzałem czarno na białym jak łatwo przychodziło mi tłumaczenie mojego picia przed sobą i innymi. Dostrzegłem, że za wszystkie moje złe wybory i decyzje potrafiłem obarczyć innych. Byłem mistrzem kłamstwa, manipulacji i racjonalizacji swojego, najbardziej nawet nikczemnego, postępowania. Toteż wielkim dla mnie szokiem było odkrycie, że nie piłem z powodu kłopotów, a właśnie przez picie je miałem. Myślałem inaczej, gdy dawno temu, wskutek wieloletniego picia, po raz pierwszy trafiłem do szpitala z ostrym zapaleniem trzustki. Po kilkudniowym pobycie miałem rozmowę z lekarzem. Po przedstawieniu mi wyników badań, po wywiadzie lekarskim jasno przedstawił mi obraz sytuacji. Z jego słów, gdy mówił o alkoholizmie, że to choroba, że można z tym normalnie żyć pod pewnymi warunkami, że są terapie, grupy wsparcia, że jest jakaś wspólnota ludzi, którzy nawzajem się wspierają, wynikało, że chyba widzi u mnie problem. On tak, ja nie. „Czekaj ty”-pomyślałem-”Już ja ci powiem dlaczego piłem. Zrozumiesz to i wczujesz się w moje beznadziejne położenie”. Rozpocząłem swoje zwierzenia opowiadając jaki to ja biedny, nieszczęśliwy, żona mnie nie kocha, a pewnie i zdradza, dzieci nie okazują szacunku, teściowa stara wiedźma, pracodawcy nie poznali się na moim geniuszu itd. Jakież było moje zdziwienie, gdy facet zamiast mi współczuć rzucił mimochodem -„przedstawiłem panu sytuację, jak pan będziesz pił, to umrzesz”, po czym zabrał się i wyszedł. Wtedy nie dopuszczałem do siebie myśli, że on ma rację. Był kolejnym, nieczułym człowieczkiem na mojej drodze. Piłem coraz bardziej samotny, wciąż użalając się nad sobą... Po kilku latach i kolejnym upadku, zawitałem w końcu do AA. Ilekroć na początku drogi czy to na mityngu czy na spotkaniu ze sponsorem, próbowałem użalać się nad swoim losem, szybko dostawałem „zwrotkę” i stawiano mnie do pionu. Dziś wiem, że zarówno lekarz lata temu jak i Wy drodzy przyjaciele po prostu nie daliście się zmanipulować. I za to jestem Wam wdzięczny... Przyszedłem do AA z zamiarem zaprzestania picia. Byłem pyszny, nieufny i rozgoryczony. Szybko zrozumiałem, że samo niepicie nie wystarczy, zapragnąłem zmienić siebie i swoje życie. Byłem zakłamany na punkcie własnej osoby. Powoli odkrywałem przed sobą, Bogiem i drugim człowiekiem jaka jest prawda o mnie. Mówiłem jaki jestem naprawdę, czego nie umiem, a udawałem że umiem, czego się boję, a czego po prostu nie wiem. Dziś nie boję się zapytać, poprosić o pomoc, nie udaję że wiem, gdy nie wiem, a już na pewno nie muszę dziś wiedzieć najlepiej. W AA powracam do Boga. Wierzę że jest Bóg i wiem, że to nie ja nim jestem. Przestałem się użalać nad sobą, zacząłem słuchać innych, w szczególności w domu i najbliższym otoczeniu. Nie narzucam swojej woli wszystkim dookoła, mam prawo do błędu i to samo prawo daję innym. Powróciłem do dawnych zainteresowań, które gdzieś zatraciłem, pojawiły się też nowe. Podjąłem służby we wspólnocie, które pozwalają mi się rozwijać i przełamywać moje lęki i bariery. Mam kontakt ze sponsorem, sam też sponsoruję. Poznaję wciąż nowych ludzi i dzięki służbom czuję się potrzebny. Przestałem być bezużyteczny i z optymizmem patrzę na świat.
Adam


KAŻDA SŁUŻBA COŚ MI DAJE

Moja pierwsza służba, po półtora roku trzeźwości, to była służba prowadzenia mityngu. Trzeba do niej dorosnąć, bo prowadzący w jakiś sposób jest odpowiedzialny za spojenie grupy w całość. Będąc prowadzącą myślałam o sobie, że jestem najważniejsza na grupie. Dopiero z czasem zrozumiałam, że jestem od tego, aby utrzymać porządek na mityngu. Do tego potrzebowałam dużo pokory. Nauczyłam się słuchania. Po paru miesiącach służby zobaczyłam, że jestem w euforii i rośnie moja niezdrowa ambicja. Zrezygnowałam. Wzięłam w to miejsce służbę herbatkowej, parzyłam herbatę i myłam szklanki. Dopiero teraz poczułam się naprawdę potrzebna drugiemu człowiekowi i tu odnalazłam się. Nareszcie byłam blisko z ludźmi. Ta służba dała mi poczucie przynależności, a tego mi zawsze było brak. Gdy ją zdałam, podjęłam się obowiązków skarbnika grupy. Nie było chętnego do tej służby i propozycja wyszła od grupy. Poczułam się obdarzona zaufaniem, wyróżniona. Aby stanąć na wysokości zadania i nie zawieść, zaczęłam uczyć się gospodarowania przede wszystkim swoimi własnymi pieniędzmi. Dzięki temu nauczyłam się odpowiedzialności zarówno za cudze, powierzone, jak i za swoje pieniądze. W międzyczasie mandatariusz naszej grupy zaprosił mnie do przygotowania się, abym przejęła po nim służbę. Obserwowałam go, jak zdawał sprawozdania. Kiedy trafiłam na intergrupę zdziwiłam się, że jest tu całkiem inaczej niż na mityngu. Okazało się, że mogę się dowiedzieć o wspólnocie i trzeźwieniu dużo więcej. Byłam zdziwiona, że są takie struktury, których istnienia, będąc na grupie, nawet nie podejrzewałam. Poszerzyły się moje horyzonty. Zobaczyłam, że mogę się rozwijać w ramach wspólnoty w różnych kierunkach, taka szkoła życia na trzeźwo. Służbę mandatariusza połączyłam z samozwańczym kolportowaniem literatury. Na intergrupie spotkałam kolportera, który powierzył mi zestaw książek. Zaniosłam je na swoją grupę, na której spodobała się moja inicjatywa. Zaczęłam również dostarczać literaturę na inne grupy, co znowu wpłynęło na polepszenie jakości mojego trzeźwienia. Po czasie, kolporter intergrupy powiedział, że zaproponował mi to zajęcie, bo niepokoił się o mnie. Dzięki temu, że zajęłam się książkami rozładowałam napięcie, które we mnie narastało, nawet do tego stopnia, że bywałam agresywna. W ten sposób służba uratowała mnie przed zapiciem. Następnym etapem było objęcie służby skarbnika intergrupy. Dostałam tą propozycję w zaufaniu, że nadaję się do niej. Ponieważ pomyślnie przeszłam służbę na grupie, ja również miałam do siebie zaufanie, że podołam. Upłynęła moja kadencja, i mimo, że niektórzy mi odradzali, podjęłam się skarbnikowania na poziomie regionu. Gdybym wiedziała, czego ta służba ode mnie wymaga, to bym się w życiu jej nie podjęła. Na tym poziomie służba skarbnika to już jest mała księgowość. Ale dałam radę, wytrwałam. Korzystałam z nabytych umiejętności dla własnych potrzeb i robię to do dziś. Z rozpędu poszłam dalej i zostałam delegatem w Komisji Finansowej Służby Krajowej. Poznałam wielu ludzi, nie tylko związanych z finansami wspólnoty. Zdobyłam nowe doświadczenia. Okazało się, że umiem się dogadywać z ludźmi. Zobaczyłam prawdziwą wspólnotę Anonimowych Alkoholików.Mieliśmy wspólny cel i wszyscy pracowaliśmy dla wspólnoty, o której na każdym etapie więcej się dowiadywałam. I za każdym razem moje trzeźwienie było pełniejsze i bogatsze. Po skończeniu kadencji w Komisji Finansowej, miałam rok przerwy od służb. A potem przyjęłam obowiązki rzecznika intergrupy. Nauczona dotychczasowym doświadczeniem, miałam do siebie zaufanie, że podołam nowemu wyzwaniu. Ku mojemu zaskoczeniu, gdzieś za plecami słyszałam: ona nie powinna brać tej służby, nie da rady. A potem, w oczy "przyjaciele" klepali mnie po ramieniu i deklarowali pomoc. Było to niezwykle przykre. Ale wiedziałam, że jeśli się podjęłam, to wytrzymam. Bardzo się denerwowałam, trzęsły mi się ręce, drżał głos. Czasem trudno było mi sklecić zdanie z nerwów. Gdzieś w połowie kadencji, doszłam do wniosku, że moim obowiązkiem jest utrzymywać porządek na spotkaniu i załatwiać problemy zgłaszane z grup. Przybywało chętnych do pomocy, a moi "przyjaciele" coraz mniej mi dokuczali. Powoli nabierałam pewności siebie, coraz lepiej radziłam sobie z obowiązkami. Odeszła ode mnie złość, ręce przestały mi się trząść ze zdenerwowania. Nauczyłam się tolerancji i akceptacji. Nabrałam ogłady i odwagi. Zaczęłam konkretnie formułować i ładnie wyrażać swoje myśli. Ze wszystkich pełnionych służb, ta była najtrudniejsza. Na niej najwięcej się nauczyłam. Dzięki niej zdobyłam się na uporządkowanie swojego życia osobistego. W każdej służbie dbałam o to, aby mieć cienia, który po mnie przejmie służbę. Mój następca obejmując służbę już wiedział co do niego należy i miał we mnie wsparcie, tak długo jak tego potrzebował.
Tereska


NA SZCZĘŚCIE JESTEM ALKOHOLIKIEM

Jestem alkoholikiem, mam na imię Marcjusz. Ale jeszcze trzy miesiące temu pewny byłem wyłącznie tylko tego, jak mam na imię. Nawet nie przypuszczałem, że jestem alkoholikiem. Bo piłem co prawda przez trzydzieści lat, a od dwudziestu w sposób nieumiarkowany, bardzo duże ilości wódki, ale przecież alkoholik to ktoś bez domu, rodziny i pracy – myślałem. Gdzie tam ja! Ja się nie upijałem – kilkugodzinne przerwy pomiędzy kolejnymi dwusetkami powodowały, że tylko utrzymywałem pewien stan. Nie straciłem pracy, mam kochającą żonę... I żyłem w takiej iluzji. Jak bardzo się myliłem! Dziś już to wiem. Trzy miesiące temu zgłosiłem się na terapię zamkniętą. Nie od razu byłem w stanie przyznać, że jestem alkoholikiem. Wypierałem tę myśl, wykręcałem się. Ale dotarło do mnie, że jestem nim pełną gębą. I całe szczęście, że dotarło! Bo przecież bez tej świadomości nie ma mowy o pierwszym kroku, a bez niego nie ma szansy na trzeźwienie. Piłem nie wiedząc dlaczego piję. I piłem nie wiedząc co jest przyczyną mojego smutku. A smutny byłem z roku na rok coraz bardziej. Miałem potworną świadomość mojej bezużyteczności. Czułem na co dzień bezsens mojego życia, bezcelowość wszelkich działań i ogarniała mnie apatia. No i czułem żal do siebie i losu, że tak się dzieje. Zdarzało mi się wejść do kościoła (będąc niestety po alkoholu) i modlić się długo ze łzami w oczach. A dziś już wiem, że było to użalanie się nad sobą, a nie prawdziwa modlitwa. Dzięki terapii wszystko zaczęło się zmieniać. Powoli, ale systematycznie. Poznałem tę straszną chorobę. A poznanie jej to punkt startowy w leczeniu. Bo wyrostek mogą mi wyciąć, kiedy śpię. Ale z choroby alkoholowej muszę leczyć się samemu i świadomie, tylko korzystając z pomocy innych. Choć – rzecz jasna – sama wiedza to zdecydowanie za mało. To dopiero początek. Zrozumiałem, że poczucie bezsensu wzięło się z koncentracji mojego życia wokół picia, że nie radziłem sobie z emocjami, więc smutek i użalanie się nad sobą były tego naturalną konsekwencją. Ale przede wszystkim poczułem, że nie jestem osamotniony. Że inni mają dokładnie tak samo, że cierpienie jest wspólne. I najważniejsze – przestawałem być bezradnym. Bo wcześniej myślałem, że tak już musi być, że jestem nieszczęśliwy, że to jest niezależne ode mnie. Ale dzięki terapii, a chyba przede wszystkim dzięki mityngom zobaczyłem, że jest rada na to wszystko – trwanie w trzeźwości! Takie to proste, ale jakoś sam przez tyle lat na to nie wpadłem. Słuchanie innych na mityngach otwiera mi oczy. I co najdziwniejsze, choć wydawało mi się, że już je otworzyłem, każdy kolejny mityng coś mi daje. Nawet nie samą wiedzę, ale emocje, które utwierdzają mnie w trzeźwieniu i dają siłę. I pogodę ducha też! Jeszcze nie jestem na Programie. Po zakończeniu terapii zamkniętej kontynuuję ją w przychodni. Ale wiem, że niebawem przyjdzie pora na Kroki. To dzięki trzeźwiejącym alkoholikom z mityngów mam tę wiedzę i pewność. Usłyszałem kiedyś od terapeutki, że uzależnienie to jedyna choroba przy leczeniu której przy okazji leczy się duszę i serce. I właśnie dlatego taki przewrotny tytuł tego tekstu. Na szczęście jestem alkoholikiem, bo na szczęście właśnie to ta choroba była przyczyną mojego smutku, a nie jakieś problemy z charakterem czy psychiką. I na szczęście lecząc się i trwając w trzeźwości widzę, jak zmienia się moje życie, jak nabiera sensu i wartości, jak znika mój smutek i poczucie bezradności. Wiem, że chcę być trzeźwy do końca moich dni. Oby było to jak najdłużej. Bo podoba mi się trzeźwienie!
Marcjusz, alkoholik


TRADYCJA TRZECIA

Kiedy przychodziłem na swoje pierwsze mityngi AA i był przyjmowany nowicjusz, myślałem, że to grupa i prowadzący przyjmują go do Wspólnoty. Moja świadomość wyglądała w ten sposób, że ma odpowiedzieć na pytania twierdząco i wtedy jest przyjęty do AA. W mojej głowie po powierzchownej ocenie nowo przybyłego pojawiała się myśl - nadaje się lub nie. Oczywiście jeżeli według mojego mniemania lub mojej woli nadawał się do AA i naszej grupy okazywałem mu chwilową życzliwość i zainteresowanie. Jeżeli okazywał obojętność, lekceważenie i był zbyt pewny siebie od razu wzbudzał moją antypatię, a nawet złość. Nie zdawałem sobie sprawy, że powinienem być mu wdzięczny, bo to w nim widzę samego siebie. Lekceważącego, obojętnego z roszczeniową postawą i z góry patrzącego na innych. Moja postawa na pewno nikogo nie przyciągała do AA, a raczej odwrotnie. Trudno się dziwić, że moje relacje z innymi ludźmi, poza AA, wyglądały podobnie. Przecież oprócz tego, że nie piłem nic się nie zmieniło. Pycha i duma rozpierała mnie na wszystkie strony a moje chore przekonania odgradzały wciąż od kolegów z pracy i na mityngach a także terapii w której jeszcze uczestniczyłem. Kiedy po dłuższym już okresie, poprosiłem już o sponsorowanie alkoholika, który sam pewnie przeszedł ten okres w nie piciu, buntu na poznawanie jakichkolwiek zasad i zmiany swojego myślenia i nastawienia. Pojawiła się wola słuchania, poszukiwania, tego co inni robią w AA, co to jest AA, czym jest program, co mam zmienić, jak itp...Bardzo mi pomogło zasugerowane pytanie sponsora, czy przypadkiem nie jest tak, że na swoich kolegów z terapii, którzy przychodzą na mityng patrzę z pogardą. Na początku wydawało mi się to niemożliwe, ja taki uduchowiony miałbym patrzeć na kogoś z pogardą?! Kiedy napisałem czwarty krok, opowiedziałem uczciwie o sobie w piątym, nie miałem wątpliwości. Nie miałem wątpliwości, że jestem egoistą, egocentrykiem pełnym pogardy i lekceważenia do samego siebie, życia, innych ludzi i jakichkolwiek zasad. Najpierw pojawił się szok i ból. Prawda zawsze boli i przede wszystkim zawsze jej unikałem, nie chciałem poznać, zaakceptować. Pojawił się ból, ale i ulga, że nie muszę już udawać kogoś, kim nie jestem. Mogę zdjąć tą maskę i zacząć się zmieniać, nie jestem bezradny. Inni alkoholicy przede mną byli w podobnej sytuacji. Nie jestem wyjątkiem, mam wybór, mogę nie pić i czekać na cud, albo zmieniać siebie poprzez nasz program. Nie muszę już nikogo karać, bo to nie ja jestem ofiarą, tylko ja krzywdziłem i krzywdzę, mimo to, że nie piję. Także tego drugiego alkoholika, na którego patrzę z góry. Żonę, kolegę w pracy i sąsiada. Kiedyś na samym początku swojej drogi w AA, nasz program kojarzyłem tylko z kolejnymi Krokami, do Tradycji nie przywiązywałem wagi. Nie były mi do niczego potrzebne, lekceważyłem je. Kiedy, dzięki sponsorowi, zacząłem się nad nimi zastanawiać i poznawać ich sens, okazało się, że do stosowania ich nie tylko we Wspólnocie AA, ale w życiu, dużo mi brakuje. Nasze Tradycje powstały w oparciu o błędy, które popełniali alkoholicy kiedy powstawała Wspólnota jeszcze bez doświadczenia. Dzisiaj mogę z nich korzystać i nie popełniać tych samych błędów, nie tylko w AA, ale w domu, w pracy, wśród przyjaciół, znajomych. Ostatnio w pracy kolega powiedział do mnie - „tak proszę Pana, Pan jest od rozkazywania, a my od sprzątania...“ Zajmujemy się tymi samymi obowiązkami w pracy, natomiast mój kolega jest w firmie od niedawna, nie wie wszystkiego i nie ma doświadczenia. Czasami trzeba mu coś podpowiedzieć, wytłumaczyć, pokazać i życzliwie zwrócić uwagę, nie z pozycji wyższości, arogancko, odburkując w formie rozkazu. A może tak jak ja, nie lubi jak ktoś mu rozkazuje, jest nadwrażliwy, zbyt dumny i przekonany, że on wie lepiej co ma robić. Może jest zagubiony i trudno mu się odnaleźć wśród nowych ludzi i nowych obowiązków. Ja przynajmniej tak się czułem i taki byłem i czasami jestem i w pracy i w AA. Nie ja jestem od tego aby decydować za szefa, czy kolega nadaje się do naszej firmy, czy nie. A może on sam zdecyduje i po wielu błędach nauczy się czegoś lub nie. Nie jestem też od tego, aby przyjmować kogoś do Wspólnoty AA lub nie. On sam decyduje o tym i to - „ bez względu na gwałtowność charakteru, czy usposobienia“. Gdyby ktoś na pierwszym mityngu kazał mi wypić kawę, przez swoją przekorę i dumę wypiłbym herbatę. Może dlatego zostałem w tym całym AA, bo na początku ktoś okazał mi zainteresowanie, życzliwość, zrozumienie i dopiero to zadziałało. Może dlatego pojawiło się u mnie pragnienie przynależności, choć na początku nie rozumiałem co mnie odgradza od innych ludzi. Zrozumieć mnie może tylko drugi alkoholik, bo sam to przeszedł. Bunt, walka z wiatrakami, przekora, fałszywa duma, lekceważenie, arogancja. Może dlatego dzisiaj nie piję i żyję. Bo miałem wolny wybór. Przy okazji Trzeciej Tradycji jest jeszcze jedna ważna sprawa. Jest wielu alkoholików w Zakładach Karnych, którzy być może pragną lub chcą przestać pić, ale nie wiedzą jak. Dlatego tak ważne jest, abym aktywnie uczestniczył w AA. Bo AA umożliwia tym, którzy chcą inaczej żyć i nie pić, to z czego ja już skorzystałem. Więc skoro oni nie mogą przyjść do nas, my pójdziemy do nich. Oprócz Zespołu d/s ZK istnieje Zespół Informacji Publicznej i współpracy z Profesjonalistami, który informuje co to jest AA, czym się zajmuje. Taki kurator, policjant lub pani z Opieki Społecznej albo wychowawca w Zakładzie Karnym może podpowiedzieć swojemu klientowi lub podopiecznemu, że AA istnieje, działa i pomaga tym, którzy chcą. Może na stu trafi się jeden, któremu uratuje to życie, bo mi uratowało. A co on lub ona zrobi z tą informacją to nie moja sprawa. Wyboru dokonuje każdy sam i dzięki Bogu, że on jest.
Mariusz


JAK UKLĘKNĄĆ?

Przez dłuższy czas swojego życia, zarówno trzeźwego jak i pijanego, uklęknięcie było dla mnie niewyobrażalne. Zawsze kojarzyłem je z cechą ludzi słabych, którzy w akcie desperacji zwracają się do jakiegoś zabobonu. Przecież równie dobrze można modlić się do swojego Boga stojąc, idąc, siedząc lub leżąc. Sama idea uklęknięcia była dla mnie głupia, upokarzająca i żenująca. Modliłem się do swojej Siły Wyższej w każdej możliwej pozycji, tylko nie na kolanach. Znajdowałem setki powodów dlaczego nie muszę i mogę tego nie robić. Kiedy rozpocząłem pracę ze sponsorem na Programie, wizja mnie - modlącego się na kolanach była, delikatnie mówiąc, denerwująca i nieprzyjemna. Moja pycha i egoizm nie pozwalały mi na takie „poniżenie”. Jednak, kiedy w jednej z bardziej akceptowalnych wtedy przeze mnie pozycji, rozmawiałem ze swoją Siłą Wyższą, zacząłem używać swojego pokrętnego racjonalizowania w odpowiedni sposób. Myślałem sobie, że skoro nie było mi wstyd pić samemu w zamkniętym pokoju, to dlaczego wstydzę się uklęknąć, żeby się pomodlić, skoro i tak to robię? Pomyślałem również, że gdyby ktokolwiek w trakcie mojego pijanego życia powiedział mi, że jeśli dwa razy dziennie uklęknę i porozmawiam z Bogiem przez kilka minut, będę bliżej szczęścia niż po wypiciu kilku butelek czy kieliszków, to byłbym gotów klęczeć i modlić się nawet kilka godzin. Nagle, jeden po drugim, zaczęły pojawiać się powody, dla których mogę, czy nawet powinienem chociażby spróbować klęknąć. Dzisiaj twierdzę, że tylko klęcząc mogę odczuć prawdziwą siłę i przewodnictwo mojej Siły Wyższej. Mało tego, w trudnych momentach w pracy czy poza nią staram się znaleźć miejsce, w którym mógłbym uklęknąć i porozmawiać z Nią. Kiedy uklęknąłem zdarłem z siebie kolejną płachtę pychy i egoizmu oraz odsłoniłem przed sobą kolejny aspekt głęboko zakorzenionej i obłudnej „dumy alkoholika”, stając się dzięki temu krok bliżej jedności z moją Siłą Wyższą.
Michał-alkoholik


NIE PIJĘ OD MIESIĄCA

To, że jestem uzależniona, docierało do mnie konsekwentnie po studiach. Czasami sobie myślę, że w całym swoim zachwianiu emocjonalnym ucieczka w alkohol była świadomym wyborem. Przypominam sobie, że z premedytacją mówiłam sama do siebie, że teraz na złość całemu światu zostanę alkoholiczką. Wiązało się to z wieczną potrzebą buntu, ekstremalnych doświadczeń i bezkarności. Już wtedy, oprócz bujnego picia towarzyskiego, piłam w samotności, mówiąc, że pocieszam się po nieudanym związku. W tym samym czasie, gdy koiłam swój ból w kolejnych czterech piwach wypijanych wieczorem, zaczęłam czuć strach, że niszczę swoje życie. Podczas prywatnych wizyt u psychologa szukałam ratunku wobec coraz potężniejszej siły alkoholu. Mój problem był jednak całkowicie ignorowany przez terapeutkę; znacznie bardziej profitowe okazało się jednak dłubanie w moim dzieciństwie. Psycholog problemu nie rozwiązał, zaczęłam więc szukać informacji i pomocy w Internecie, na forach. W 2009 roku poszłam na swój pierwszy mityng AA – pomyliłam drzwi i pierwszą połowę spędziłam z anonimowymi seksoholikami, z każdą minutą otwierając coraz bardziej oczy ze zdziwienia. Spotkanie z AA było przełomem – uznałam, że jestem wśród swoich, przyznałam przed sobą i światem, że jestem alkoholiczką. Krótko potem zrobiłam sobie półroczną przerwę w życiorysie, podróżowałam, a tak naprawdę przemierzałam kolejne mile na kacu, tak aby wieczorem pić od nowa – w nowym miejscu i towarzystwie. Pod względem moralnym osiągałam kolejne poziomy dna, było to tym bardziej niemiłe, gdyż wiedziałam już o swoim uzależnieniu. Po powrocie do kraju kolejne pół roku z mniejszą lub większą beztroską piłam, byłam panią życia, znalazłam lepszą pracę, świetnie wyglądałam, planowałam założenie rodziny z nowym partnerem. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że znów się okazywało, że nie potrafię kontrolować picia, że zaczynam niszczyć związek i karierę. A więc po co piję, skoro jestem (nie)szczęśliwa? To pytanie przebudziło mnie na nowo więc zapisałam się na terapię. Po siedmiu miesiącach okazało się, że jestem w upragnionej ciąży, a dodatkowo dostałam nową wymagającą pracę i terapię przerwałam. Na mityngi też przestałam chodzić. W ciąży i przez pierwszy rok karmienia problem nie istniał. Zbyt bardzo byłam zachłyśnięta szczęściem i małym człowieczkiem, który pojawił się u nas w domu. Okazało się, że mogę być odpowiedzialną mamą, żoną i robić karierę. Po co miałabym zajmować się terapią. Koniec karmienia to było już ostre kombinowanie: kiedy alkoholu już nie będzie w mleku, ile pokarmu odciągnąć. Niepostrzeżenie zaczął się dobijać do mnie mój wewnętrzny głos: napij się, już możesz, tyle czekałaś, już umiesz, dasz radę, zrób sobie nagrodę. Zaczęłam wychodzić towarzysko na piwo, a w podróży – tylko z moim mężem – bardzo już dała znać moja koncentracja życia wokół picia. Ostatnie półtora roku to praktycznie jeden ciąg. Samotne wieczory, czekanie aż dziecko pójdzie spać, wychodzenie po kolejne dwa piwa do nocnego, zwlekanie się do pracy na kacu. Wstyd, poczucie winy, samotność. Nienawidziłam samej siebie, że mogę to robić dziecku, na które tak bardzo czekałam. Chciałam przestać, ale nie mogłam. ale byłam z tym sama. Pół roku temu wszyłam sobie esperal, który i tak zapiłam po miesiącu. Moje małżeństwo okazało się wielkim toksycznym niewypałem, mężowi nie zależało na moim leczeniu, nikt oprócz niego o niczym nie wiedział. Nie mogłam pić, nie mogłam żyć z samą sobą, ale też z tym człowiekiem. Na początku grudnia powiedziałam dość i poszłam ze skuloną głową, po pięciu chyba latach, do AA. Poszłam prosić o pomoc. Mój związek zakończył się z wielkim hukiem. Mąż się wyprowadził. Mimo, iż świat rozpadł mi się na kawałki, nie napiłam się. Ja już wiedziałam, że chcę żyć, nie chcę stracić dziecka i że alkohol nie rozwiąże żadnych moich problemów. Wiedziałam, że muszę wyjść do ludzi. Dzięki Sile Wyższej, przyjaciołom z AA, rodzinie, terapeutom, godzinom spędzonym na telefonie przetrwałam najgorsze chwile. Dziś chodzę na terapię, mityngi, zaczęłam rozumieć program. Widzę, że nie ma drogi na skróty. O czym teraz myślę kończąc swoją krótką opowieść? „Bądźcie nieustraszeni i gorliwi od samego początku.”
M.



SŁUŻBA ZADANIOWA

Gdy już wszystkie służby – które mogłem pełnić na grupie – wypełniłem tak, jak mogłem najlepiej, a dalsze struktury we Wspólnocie wydały mi się jeszcze nieosiągalne, postanowiłem znaleźć coś, w czym mógłbym być dalej pożyteczny. Tak się składa, że w naszej okolicy brakowało takiej formy związanej z naszym zdrowieniem jak warsztaty. Zacząłem drążyć temat z przyjaciółmi z pobliskich grup AA. Udało mi się ich tym zainteresować. Ale trzeba było jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce, gdzie moglibyśmy się spotykać. No i podjąłem się tego zadania. Pierwsze warsztaty – które dotyczyły Tradycji – udało się nam zorganizować w grudniu 2011 roku i trwały dwa dni. Dlatego dwa, by oprócz dzielenia się doświadczeniem w realizacji Tradycji na grupach, był czas na rozmowy, które pozwolą nam lepiej się poznać i zintegrować. Rozstawaliśmy się w pogodnym nastroju i z myślą, że będziemy te spotkania warsztatowe kontynuować. Niestety, w kolejnym roku nie można było skorzystać z tego samego miejsca ze względu na brak wolnych terminów. I znowu przede mną zadanie do wykonania. Znaleźć nowe. Wymagało to nieco wysiłku, ale w końcu się udało. I do tej pory korzystamy z tego nowego miejsca. Tematy naszych warsztatów dotyczą Kroków, Tradycji, służby we Wspólnocie i Duchowości. Ustalamy je wspólnie przez głosowanie. Realizowany jest temat, który otrzyma najwięcej głosów. I pomimo tego, że frekwencja na naszych warsztatach jest różna (od sześciu do trzydziestu osób), do tej pory udało się nam zrealizować wszystkie tematy w przewidzianych terminach. Z zadaniem polegającym na organizacji warsztatów nie jestem związany na stałe. Ostatnim razem, gdy sytuacja rodzinna nie pozwoliła mi w ogóle wziąć udziału w spotkaniu, przekazałem pieczę nad organizacją warsztatów przyjacielowi ze Wspólnoty. Poradził sobie znakomicie. A ja zrozumiałem, że nie jestem niezastąpiony. To dla mnie pozytywne doświadczenie. Ale przecież to nie jedyne doświadczenie, które wyniosłem z tych warsztatów. Ważna była też nauka odpowiedzialności za powierzone mi zadanie, umiejętności kontaktowania się z innymi ludźmi, cierpliwość i spokój w rozwiązywaniu napotkanych problemów oraz radość i wdzięczność za pomoc tych, którzy biorą udział w tych warsztatach. Bo bez Was by się nic nie odbyło. Toteż serdecznie zapraszamy na najbliższe warsztaty, które odbędą się w Niegowie w dniach 13-15 marca.
Grzegorz AA