MITYNG 04/214/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


DZIĘKUJĘ

Pomóżmy odchodzącym chwilom, by jutro warte były wspomnień (ze złotych myśli). Boże, dziękuję za ulgę, którą daje mi dystans do zdarzeń i emocji. Cudowne uczucie uwolnienia i przepływającej swobodnie radości. Uwolnienie i ulga, której szukałam tak długo i zawile. Piłam, paliłam, zatracałam się w tańcu i w życiu. Zanurzałam się do utraty tchu w niestosowanych związkach. Zawsze za szybko, za blisko, za bardzo. Zawsze zostawała pustka, ból głowy, wstyd. Gorycz odrzucenia, dramat porażki. Znowu zawiodłam. Innych ludzi. Siebie nie, bo o sobie wiedziałam, że się nie nadaję, że jestem nieudana. Więc skąd rozpacz? Marzyłam, aby było inaczej. Żebym budząc się rano czuła, że wspaniale jest budzić się do nowego dnia. Czuć spokój i radość z życia, jakiekolwiek by nie było. Abym przeglądając wczorajszy dzień nie płonęła ze wstydu. Abym nie musiała szukać usprawiedliwień, że to przecież nie ja, tylko … Zrobiłam listę moich uraz, zranień i lęków. Potem przejrzałam to, co zrobiłam sobie sama. Paskudne to było. Konsekwencje ponoszę do dziś i to nie tylko ja. Aż przyszedł czas, gdy zobaczyłam to, co ja zrobiłam innym. Krzywdy wyrządzone chcący i niechcący. Czemu tak robiłam? Przecież chciałam kochać a raniłam? Jak się uwolnić od tyranii wspomnień i idącej za tym pustki? Czy będę mogła popatrzeć sobie w oczy i uśmiechnąć do siebie z przyjaźnią, zrozumieniem i sympatią? Czy będę jeszcze człowiekiem z jakim chce się być? Egoizm, egocentryzm, nieuczciwość, tchórzliwość. Robię swój obrachunek moralny więc odkładam ocenę i udział innych. Robię wykaz własnych wad. Aby sobie ułatwić sięgam do wykazu grzechów głównych. Świetna ściąga, aż przejmująco do mnie pasuje. Już mam za sobą uznanie Siły, większej i Wyższej. Dla uproszczenia nazywam Ją Bogiem. Korzystam z podpowiedzi zawartych w Wielkiej Księdze. Co prawda sama też mogę wymyślić parę rozwiązań, ale jak to się dla mnie dotąd kończyło, oj! Dla eksperymentu, nie będę przez chwilę dyskutować, tylko zrobię to, co jest napisane: poproszę Boga o tolerancję wobec tych, do których mam pretensje. Znajdę oparcie w ufności i poleganiu na Bogu. Poproszę go o siłę, aby przezwyciężyć swoje wady, o opiekę w każdej sytuacji, o trzeźwość umysłu i mądre postępowanie. Kiedy to robię, zaczyna mi być łatwiej. Nie wiem, nie rozumiem na czym polega i skąd bierze się moja siła, zupełnie nowe rozwiązania. Uwalniam się od myślenia, które mnie pętało. Przeszłość już nie ma wagi kamienia u szyi, a coraz bardziej jest doświadczeniem, które mogę wykorzystać dla dobra swojego i innych: moja przyjaciółka ma odkrywczy pomysł na rozwiązanie swoich kłopotów, a ja go już zastosowałam. Opowiadam jej o tym, co zrobiłam i jak to się dla mnie skończyło. Dzięki temu możemy sprawdzić czy idea wzięcia kolejnej pożyczki albo zrobienia awantury to jedyne wyjście z sytuacji. Jeśli nie, szukamy wspólnie dalej. I znajdujemy. Moja przeszłość, głupio zmarnowane szanse, niewykorzystane okazje dziś są dla mnie nauką jak nie robić. Są dla mnie motywacją, aby eksperymentować korzystając z doświadczeń innych. Zdetronizowałam się i dzięki Bogu, już nie jestem sama w zmaganiach z życiem. Jestem wolna, swobodna, radosna. Mam dystans i pogodę ducha. I o to właśnie mi chodziło.


DOSTAŁEM WIĘCEJ NIŻ SIĘ SPODZIEWAŁEM

Każda nowa służba we wspólnocie – w kolejnych strukturach w dół – jest dla mnie jakimś etapem rozwoju. W dół to znaczy poza grupą: na intergrupie i w regionie. Bo najwyższa jest zawsze służba na grupie. Większość moich służb była związana z literaturą, a zaczynałem od bycia kolporterem. Dobrym poligonem doświadczalnym było uczestniczenie w regionalnym Zespole Literatury. Brał w nim udział ówczesny delegat Komisji Literatury i Publikacji Służb Krajowych, który przekazywał informacje z Komisji. Intrygowała mnie możliwość zobaczenia naszej wspólnoty w szerszej perspektywie. Już wiedziałem jak to wygląda na poziomie grupy, intergrupy i w regionie. Byłem ciekaw, jakie możliwości dają służby krajowe. Wziąłem udział w kilku spotkaniach KLiP jako obserwator i wtedy podjąłem decyzję o kandydowaniu. Pewnym utrudnieniem było to, że przez ponad rok w regionie nie mieliśmy delegata i nie miał kto przekazać mi informacji i materiałów nad którymi obecnie pracowała Komisja. Mogłem wybrać jakim obszarem prac Komisji się zajmę. Miałem kilka możliwości: kolegium redakcji Zdroju, zbieranie materiałów do Biblioteczki Zdroju oraz udział w nowo powstałym zespole ds. zbierania historii osobistych. I na ten właśnie się zdecydowałem. Podjąłem energiczne działania w celu pozyskania jak największej liczby historii z naszego regionu. Współpracowałem z kolegami z Regionu Łódź, Radom oraz Zachodniopomorskiego. Praca w tym zespole wydawała mi się dość prosta i nie wymagająca trudu. Spodziewałem się, że na następną Komisję każdy z delegatów przywiezie po kilka historii. Było inaczej – nie było żadnej historii. Chcąc zainspirować innych do działania sam zebrałem kilka. Na każdym spotkaniu, grupie, konferencji czy zespole mówiłem o tym, że zbieranie takich historii jest potrzebne. Starałem się dotrzeć do ciekawych ludzi i prosić ich o spisanie swoich doświadczeń. Wspólnym wysiłkiem zespołu gromadziliśmy kolejne materiały. Bardzo mi się przydały umiejętności i cechy, które zdobyłem w dotychczasowych służbach: pokora, cierpliwość, pracowitość i wytrwałość. Były one niewątpliwie efektem pracy na programie AA i pracy w służbach – wcześniej tego nie miałem. Kiedy byłem delegatem, przez jakiś czas oczekiwałem, że intergrupy same będą zapraszać mnie do dzielenia się doświadczeniem i informacjami. Kilka razy faktycznie tak było. Dopiero potem zrozumiałem, że to ja powinienem wykazać aktywność i na kolejne spotkania prawie się wpraszałem. Uważam, że to jest obowiązek jaki niesie ze sobą służba delegata: udzielać informacji na intergrupie i grupach AA. Inicjatywa ma leżeć po mojej stronie. Każda grupa ma prawo zadawać pytania skierowane do Konferencji Służb Krajowych AA i o tej możliwości informowałem na spotkaniach. Wsłuchiwałem się również w głosy grup, bo ważna jest komunikacja w obie strony. Ostatnio, podczas prywatnej rozmowy, moja rozmówczyni zwróciła uwagę, że jestem otwarty na ludzi i poradzę sobie w trudnej sytuacji. Jest to skutek służby i namacalna korzyść jaką odnoszę w życiu prywatnym. Nowym doświadczeniem okazał się udział w Konferencjach Służb Krajowych, gdzie w komisjach podsumowujemy swoją pracę z minionego roku, wyznaczamy kierunki działania oraz staramy się wypracować odpowiedzi na pytania, jakie do nas skierowano. W ostatniej Konferencji w naszej komisji brali udział goście z zagranicy. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie. Ostatniego dnia Konferencji podczas wystąpień delegatów zagranicznych głos zabrała przedstawicielka Ukrainy. Dziękowała nam, Polakom i polskiemu AA za pomoc jaką im okazujemy, dzieląc się swoim doświadczeniem i sponsorowaniem w służbie. Poczułem dumę, że jestem Polakiem i członkiem AA. Jestem częścią światowej wspólnoty Anonimowych Alkoholików! Moja służba powoli zbliża się do końca. Przed nami Konferencja Regionu, na której zostanie wybrany mój następca. Zapraszam chętnych do wspaniałej przygody, aby spróbowali swoich sił w łańcuszku światowych służb AA.
Robert


POCZĄTEK MOJEJ DROGI

Moja styczność z Pierwszą Tradycją, a właściwie z Tradycjami to początek mojej drogi w AA. Pierwsze mityngi. Niestety, byłem wtedy zbyt zajęty sobą, „zdobywaniem” swojej abstynencji, aby w ogóle zainteresować się ich duchem. Kontakt z Tradycjami sprowadzał się do ich odczytania na mityngach. Zacząłem się zapoznawać z literaturą AA, czytać teksty znalezione w internecie, podejmowałem się służb i zgłębiałem 12 Kroków ze sponsorem, aż uznałem za koniecznie, bliżej przyjrzeć się Tradycjom AA. Przede wszystkim musiałem określić czym jest wspólne dobro AA, które Tradycja I stawia najwyżej. Wspólne dobro to dla mnie wszystko, co wypracowała Wspólnota AA w ciągu okresu swojego trwania. Przede wszystkim cały Program AA tj. Kroki, Tradycje i Koncepcje, ale również cały zasób literatury, który został przez nią zaaprobowany. Książki, ulotki, biuletyny, strony internetowe, wszystko to co służy informowaniu o AA, co pomaga zapoznać się z istotą, ideą Wspólnoty. Wspólne dobro dla mnie to również wypracowane kontakty z otoczeniem zewnętrznym tj. urzędnikami, duchownymi, terapeutami itp., którzy współpracują z AA. Czuję się odpowiedzialny za to, aby przez swoje uprzedzenia np. wobec duchownych nie psuć tych kontaktów, bo wiem, jak wiele od nich zależy dla ogółu AA. Wielokrotnie łapałem się na krytykowaniu potrzeb współpracy z otoczeniem zewnętrznym. Wygodniej mi się żyło w ciepłej salce mityngowej, samolubnie i naiwnie sądząc, że kto ma trafić do AA ten sam trafi, nie muszę wykazywać żadnej inicjatywy, aby komuś to ułatwić. Jak już trafi, to wtedy zaopiekuję się nim. Wspólne dobro chciałem tak naprawdęzachować dla siebie i ewentualnie dla kilkudziesięciu wybrańców uczęszczających na mityngi w moim mieście. Dziś wiem, że jestem zobowiązany, aby wspólne dobro było dostępne dla innych zarówno w sposób bezpośredni jak pośredni. Jedność AA w tym, tak przeze mnie rozumianym, wspólnym dobru pozwala mi wyzdrowieć z alkoholizmu, daje szanse innym wykorzystać doświadczenie AA w celu powrotu do zdrowia psychicznego. Przekazywanie istoty AA na mityngach, czyli miłości i służby, do których dochodzę poprzez analizę, zrozumienie i stosowanie całego Programu AA, czytanie wszelkiej literatury AA, polecanie jej, wspieranie działań mojej grupy, intergrupy i dalszych służb struktury jednoczy mnie z całą Wspólnotą AA. Rozumiem też różnicę pomiędzy jednością dla wspólnego celu wyzdrowienia z alkoholizmu a jednakowością. Aby być zjednoczonym w danym celu wcale nie musimy być (i na szczęście nie jesteśmy) jednakowi. W swej formie grupy różnią się od siebie np. inaczej prowadzą mityngi, i to jest w porządku, o ile różnice uwzględniają nadrzędność wspólnego dobra całej wspólnoty. W odniesieniu do mnie ta Tradycja, jak zresztą wszystkie pozostałe, pomaga w zrozumieniu, że nie ja jestem najważniejszy. Przy podejmowaniu decyzji, w dyskusji, powinienem przede wszystkim uwzględniać dobro wspólnoty, a nie przeć jak koń z klapkami na oczach do forsowania swoich pomysłów, w myśl zasady, że „moja racja jest racja najmojsza” albo „kto nie ze mną, ten przeciwko mnie”. Muszę przyznać, że wielokrotnie we Wspólnocie AA, ale również w rodzinie i pracy stosowałem te godne pożałowania zasady, co zawsze kończyło się dla mnie wyrzutami sumienia, serialem użalania się nad sobą i w konsekwencji na horyzoncie majaczyła butelka wódki. Obecnie moje pomysły staram się konfrontować z doświadczeniem AA zawartym w literaturze, jak również z doświadczeniem otrzymanym od innych alkoholików, poprzez między innymi uczestnictwo w warsztatach, spotkaniach służb na różnym poziomie struktur, aby moje ego nie stawało naprzeciw ducha, słowami zawartego w tej Tradycji, jak i w pozostałych. Dokładnie w taki sam sposób próbuję budować relację w życiu rodzinnym i tam gdzie jestem w grupie ludzi, którzy gromadzą się w danym celu. Nie jest to dla mnie łatwe ze względu na moje zatwardziałe ego, ale warte wysiłku aby to zmienić. Dowiedziałem się również jak zmienić innych - wystarczy zmienić siebie.
Radek z Włocławka


OFERTA DLA NOWICJUSZA

Czwarta Tradycja mówi o odpowiedzialności grupy za to, z jakim AA spotka się nowicjusz. Czy trafi na grupę, na której mówi się o ofercie jaką AA ma dla alkoholików, czyli o rozwiązaniu problemu alkoholizmu, czy też trafi na grupę gdzie będzie słuchał jak inni uczestnicy opowiadają o tzw. radościach i smutkach, nic nie wspominając o rozwiązaniu. Trzeba postawić sobie pytanie: Do czego służy mityng AA? W Preambule AA stwierdza się, że mamy dzielić się doświadczeniem z… realizacji Programu AA czyli ze stosowania kroków i tradycji w swoim życiu. To bowiem dotyczy AA jako całości. AA istnieje po to, żebyśmy mogli wytrzeźwieć i trzeźwość utrzymać przekazując Program podopiecznym i dzieląc się tym doświadczeniem na mityngach. Preambuła stwierdza również, że AA nie jest związane z żadnym wyznaniem. Jeśli nie jesteśmy związani z żadnym wyznaniem to skąd pomysł mityngów opłatkowych? Przeszkadzały mi nawet w okresie gdy byłam praktykującą katoliczką, nie chciałam się obściskiwać z nieznajomymi ludźmi. Czułam jakiś zgrzyt, bo byłam krótko w AA, ale wiedziałam, że to nie jest wspólnota religijna, a tu opłatki, jajka…. To był pierwszy rok mojej abstynencji, okres Bożonarodzeniowy był dla mnie szczególnie trudny, potrzebowałam mityngów, pewnie więcej niż jednego, ale poszłam w tym czasie na jeden. Poszłam na grupę, o której wiedziałam, że tej tradycji nie przekracza. W okresie Bożonarodzeniowym odbył się normalny mityng, a członkowie grupy po mityngu zjedli ciasteczka, które niektórzy przynieśli, złożyli sobie życzenia i poszli do domu. AA jako całości dotyczy też to na jaki scenariusz mityngu grupa się zdecyduje. Czy będzie zadawać pytania decydujące o przyjęciu kogoś do AA co jest naruszeniem tradycji trzeciej czy grupa zdecyduje się zadbać o interes AA jako całości i będzie czytała literaturę zatwierdzoną przez Wspólnotę. Tradycja IV nie została sformułowana po to, żeby usprawiedliwiać samowolę pojedynczych Grup AA, ale jest raczej wezwaniem do odpowiedzialności. Ostatnie zdanie rozszerzonej wersji tej Tradycji mówi o tym, że „nasza wspólna pomyślność jest absolutnie nadrzędna”. Wspólna pomyślność Anonimowych Alkoholików jest zatem ważniejsza od niezależności pojedynczej grupy. W jaki sposób mogę odnieść tą tradycję do życia w rodzinie? Na czym polega ta wspólna pomyślność np. w związku? Na pewno prowadzi do niej porozumiewanie i uzgadnianie różnych kwestii z partnerem. Związek rozwija się pomyślnie kiedy nie upieram się przy swoich racjach i uzgadniam ze swoim partnerem różne kwestie, które dotyczą naszego związku. Ta sama zasada dotyczy w zasadzie wszystkich moich relacji z bliskimi. Dopóki pamiętam, że jestem częścią jakiejś całości i dla dobra tej całości zanim podejmę jakieś decyzje dotyczące nas wszystkich powinnam je uzgodnić z innymi, których one dotyczą. Czy mogę w jakiś sposób skorzystać z tej Tradycji w środowisku pracy? Mogę. Tradycja ta mówi bowiem o konsultowaniu i uzgadnianiu z innymi różnych spraw. W tym tygodniu np. nie przekazałam swojej szefowej informacji dotyczących kandydata, którego przyjmujemy do pracy i przez to postawiłam ją w niezręcznej sytuacji podczas rozmowy z prezesem. Wpłynęło to również na postrzeganie naszego działu jako całości. W swoim działaniu kierowałam się swoją niezależnością, niestety nie wzięłam pod uwagę interesu całości. Dzisiaj już wiem, że mogę z tej tradycji skorzystać również w pracy.


MOJA WOLNOŚĆ TO ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Mam na imię Basia i jestem alkoholiczką. Przez wiele lat, będąc członkiem Wspólnoty AA, wydawało mi się, że Czwarta Tradycja broni przede wszystkim niezależności i autonomii pojedynczej grupy AA (trochę na zasadzie: wolnoć Tomku w swoim domku), ale od momentu pracy ze sponsorem na programie 12 Kroków i obecnie 12 Tradycji, zaczęłam przyglądać się grupom i funkcjonowaniu Wspólnoty AA, to w chwili obecnej mam na temat tej tradycji swoje przekonania i wiem, że broni ona raczej Wspólnotę przed nieodpowiedzialnością, egocentryzmem, egoizmem, pragnieniem popisania się, potrzebą uznania, czy akceptacji niektórych anonimowych alkoholików (w tym przede mną). Bywało, że ja w dobrej wierze tworzyłam (czasami używając manipulacji) jakieś konkretne zasady na spotkaniach swojej grupy, konkretny wizerunek grupy, co często dla nowoprzybyłych niestety oznaczało wizerunek całego AA. Z Tradycją tą zwykle miałam zwykle do czynienia, gdy omawialiśmy sposób prowadzenia mityngu, czyli: czytania podczas mityngów AA literatury nie aowskiej (chodzi o 24 Godziny na dobę, Dzień po dniu) oraz podjętych przez grupę decyzji w kwestiach np. urządzania świąt (tzw. mityngi „opłatkowe”). Oznaczało to, że każda grupa może robić co chce, więc inni niech się nie wtrącają do naszych pomysłów, ale zapomniano, że za zdaniem o wolności pojedynczej grupy jest umieszczony bardzo istotny warunek! Jeśli to nie dotyczy innych grup, lub AA jako całości. Jako nowicjusz uważałam, że sposób prowadzenia mityngu przez moją grupę jest właściwy dla całego AA. Nie wiedziałam, że inne grupy działają inaczej. Moja macierzysta grupa miała własny scenariusz mityngu, własny kanon literatury. No przecież było nam wolno! Czytaliśmy Dezyderaty, Orędzie serca, 24 Godziny na dobę czy Dzień po dniu. Pracowaliśmy na programie „radości i smutków”, a nie na programie  12 Kroków. Wprawdzie jako cierpiąca alkoholiczka, zamiast rozwiązania swojego problemu, dostałam to, co wówczas było dla mnie istotne, czyli wywaliłam swoje frustracje i „dostałam” ładnie brzmiące i wzruszające teksty literackie. Moja grupa urządzała na mityngu święta i rocznice, bardzo huczne, niczym wesela. Czy wolno nam było? No, wolno, skoro sumienie grupy tak ustaliło i skoro ma prawo do niezależności. Ja chętnie brałam udział w tych mityngach, bo były życzenia, uściski, często towarzyszyła podniosła, pełna powagi atmosfera religijna. Było cudownie, miło. Tylko jak to się ma do podstawowych zasad AA zawartych w Preambule? Teraz, kiedy moja świadomość jest inna i opowiadam się za poszanowaniem zasad, to często myślę o tych, którym to „jajeczko”, czy ten „opłatek”, czy czytanie lirycznych tekstów być może zaszkodziły, bo ich w grupie zwyczajnie nie ma, i ci alkoholicy nie zdążyli się dowiedzieć o sposobie i nadziei na wyzdrowienie, bo my byliśmy zajęci dzieleniem się opłatkiem, jajeczkiem, czy tortem, i nowicjusz oczywiście nie zdążył znaleźć swojego Boga, który jako jedyny mógł mu uratować życie. Dziś wiem, że niezależność jest przywilejem, ale i odpowiedzialnością. Póki swoją postawą i decyzjami nie krzywdzę innych, mogę robić co chcę. Bo któż może mi cokolwiek zakazać lub nakazać? Może to zrobić tylko nagle przebudzone sumienie sumienie grupowe, pobudzone pytaniem: czy nasze działania, nawet dokonywane w dobrej wierze nie wpływają negatywnie na wizerunek AA jako całości? I ostatecznie ważne są wybory i decyzje: wolność czy samowola, zasady czy osobiste ambicje. Ja, jako alkoholiczka mogę się mylić, ale głęboko wierzę w zbiorową mądrość AA i wypracowane przez Wspólnotę zasady. Dlatego każde naruszenie Tradycji godzi w dobro grupy i bezpieczeństwo innych alkoholików, a szczególnie tych, którzy się dopiero w AA pojawią. Tę tradycję mogę wykorzystać w codziennym życiu. Kieruję się zasadą wolności, która dla mnie oznacza przede wszystkim odpowiedzialność, a nie samowolę i dążenie do zaspokajania własnych zachcianek. Jestem cząstką rodziny, grupy pracowniczej, sąsiedzkiej, i dziś wiem, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mojej córki, przyjaciela, koleżanki czyli innego człowieka. Nie oznacza to, że moja wolność przestaje się liczyć. Oznacza to również szacunek dla drugiego człowieka. Dlatego, gdy goście u mnie dłużej zabawią, to po 22.00 nasze rozmowy cichną. Żyjąc w mieszkaniu z dorastającą córką i przyjacielem, muszę brać pod uwagę ich wolność w moich pomysłach i decyzjach. Tradycja Czwarta w tym wypadku jest bardzo zbieżna z Tradycją Pierwszą i moją uważnością na „nasze wspólne dobro”.
Pozdrowienia z Kozienic
Basia


SZACUNEK I WRAŻLIWOŚĆ

Ostatnio z Żoną mieliśmy do podjęcia ważną decyzję dotyczącą naszej przyszłości. Podjęliśmy ją wspólnie, po uzgodnieniu i rozmowie. Tego dnia, kiedy Żona miała załatwić i sfinalizować naszą decyzję w Urzędzie bardzo się denerwowałem i cały czas myślałem czy załatwi to dobrze. Czy będzie wiedziała co powiedzieć, czy urzędnik jej nie oszuka, czy nie będzie zbyt naiwna itd... . Zacząłem do niej wydzwaniać i mówić co i jak ma powiedzieć, na co ma zwrócić uwagę, żeby przypadkiem nie popełniła błędu. Myślę, że to moje przejmowanie to nie było nic złego, ale przeświadczenie, że ja wiem jak to załatwić najlepiej i jedynie słusznie to już tak. Także świadomość, że gdybym ja był przy tej rozmowie z urzędnikiem to wiedziałbym najlepiej jak rozmawiać i o co zapytać. Doszedłem do wniosku w największym skrócie, że Żona jest głupia a ja mądrzejszy i wiem lepiej. Nie mam żadnego doświadczenia w rozmowach i załatwianiu spraw w urzędach, często się gubię i o czymś zapominam, nie znam procedur i przepisów i prawie zawsze popełniam jakiś błąd. Jednak dzięki temu czegoś się uczę i z czasem łatwiej mi cokolwiek załatwić. Oczywiście powodem moich emocji była, tak jak pisze w naszej literaturze, moja egocentryczna indywidualność. Sam wiem co i jak zrobić najlepiej, i co byłoby dla nas z Żoną najlepsze. To, że podjęliśmy decyzję wspólnie to sukces, ale kim ja do cholery jestem, żeby wiedzieć co jest dla nas najlepsze i jak to zrobić, aby nie popełnić błędu. Często w pracy powodem moich emocji jest to, że kolega z którym pracuję popełnia błędy, nie robi tego co moim zdaniem powinien w takiej a nie innej kolejności. Czasami wydzieram się na niego i obrażam, zamiast pozwolić mu popełnić błąd, tak jak mi pozwalał na to szef. Bo dopiero wtedy coś zapamiętałem i nauczyłem się. A może, mimo, że on pracuje krócej, to znajdzie lepszy, skuteczniejszy sposób na wykonywanie powierzonych obowiązków. Będzie to być może i z korzyścią dla nas i dla firmy. „Prawo do błędu” to czasami jedyny i skuteczny sposób, przynajmniej dla mnie, abym czegoś się nauczył i zdobył doświadczenie. Pod warunkiem, że będę z tych błędów wyciągał wnioski. Tradycja czwarta uczy mnie szacunku i wrażliwości na drugiego człowieka. Często denerwuję się na Żonę, że znowu zapomniała coś kupić, że sama podjęła jakąś decyzję i nie zapytała mnie. A czy ja jestem taki święty i o wszystkim pamiętam, czy mi to się nie zdarza. Przecież jestem normalnym człowiekiem, więc dlaczego wymagam aby inni byli nienormalni i nie popełniali błędów. Pamiętam moment, kiedy prowadząc mityng doszedłem do wniosku, że najlepiej dla naszej grupy będzie to, aby tak jak wszędzie była przerwa, a nie 1,5 godziny bez żadnej przerwy. Ktoś to zaproponował ja podchwyciłem bez zastanowienia, kierując się własnymi ambicjami a nie dobrem grupy. Chciałem jakoś zaistnieć, zwrócić na siebie uwagę. Podczas głosowania tylko jedna osoba się wstrzymała od głosowania. Przegłosowaliśmy i w moim mniemaniu podjęliśmy jedyną słuszną decyzję. Mityng od tej pory trwał dwie godziny z przerwą 10 minut, tak jak jest wszędzie. Po mityngu usłyszałem jedną ważną rzecz, że głosując za tym wziąłem odpowiedzialność za swoją decyzję. Okazało się, że już od drugiego mityngu po przerwie zostawało tylko kilka osób. Przypomniałem sobie bardzo szybko, że nasza grupa to w dużej mierze pacjenci terapii uzależnień, którzy przychodzą bo taki jest wymóg terapii. Po przerwie wszyscy wychodzili, uciekali. Czy decyzja była słuszna, nie wiem. Nauczyło mnie to jednego: że to co ja uważam za słuszne dla innych, w rzeczywistości nie do końca jest słuszne. Czasami warto z kimś porozmawiać, zapytać o zdanie i polegać na doświadczeniu innych, nie na własnej egocentrycznej, złudnej nieomylności. Grupa sama decyduje co dla niej jest najlepsze, a nie ja. Natomiast za przestrzeganie pewnych zasad, w tym między innymi Tradycji, jestem odpowiedzialny ja i nie mogę i nie chcę tego narzucać innym.


RECEPTA NA SZCZĘŚCIE

Mam na imię Jacek, jestem alkoholikiem. Wdzięcznym i trzeźwiejącym, uczącym się żyć. Jeszcze dwa lata temu byłem ruiną, bez poczucia jakiejkolwiek wartości, z ogromną dziurą po utracie tego co miało dla mnie największą wartość - mojego JA. Sam tego nie widziałem. Gdy piłem, byłem tak zamroczony, że nie dostrzegałem tego, że już wtedy miałem swoją siłę wyższą: alkohol, narkotyki i kumpli, którym trzeba było zaimponować. Poczucie wartości załatwiałem sobie wyśmiewając i krytykując innych. Wydawało mi się, że jestem lepszy od każdego. Jestem głęboko wdzięczny mojej aktualnej Sile Wyższej za to, że dała mi poturbować się na tyle, abym się obudził. Zrealizowałem ze sponsorem, i każdego dnia wdrażam w życie, program Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików A tu chciałbym napisać co nieco o kroku czwartym, jednym z najtrudniejszych dla mnie do strawienia. Sponsor przekazał mi tabelę czwartego kroku, która miała być narzędziem do sporządzenia obrachunku moralnego. Jedna z kolumn dotyczyła moich wad charakteru. Byłem świadomy, że jakieś wady mam, ale zapytany pewnie nie byłbym w stanie wymienić pięciu, a dostałem listę kilkunastu, z zaznaczeniem, że mogę ją śmiało rozszerzyć. Ku mojemu zdziwieniu nie znałem nawet znaczenia wielu z nich, a niektóre rozumiałem opacznie. Był to dla mnie kolejny przykład tego, jak bardzo byłem oderwany od rzeczywistości. Zanim przystąpiłem do pracy na Programie czułem się jak Bóg, który utracił moc. Jakim uwolnieniem było dla mnie to, że dzięki czwartemu krokowi dowiedziałem się, że nie tylko nigdy tej mocy nie miałem, ale też nigdy Bogiem nie byłem i nie będę, że jestem człowiekiem najbardziej jak się da, z mnóstwem wad i przywar. Z czasem uświadomiłem sobie, że moim zadaniem nie jest zbawienie całego świata, pracuję jedynie dla własnego zbawienia i trzeźwości, owszem poprzez pomaganie innym i pracę z drugim alkoholikiem, ale nie musi to być każdy napotkany człowiek i z pewnością nie mogę zrobić tego na siłę. Moja Siła Wyższa, którą zaakceptowałem i w którą uwierzyłem przy drugim kroku, której powierzyłem swoje życie w kroku trzecim, stawia każdego dnia na mojej drodze ludzi, którym mogę pomóc, nie muszę już ich szukać oni sami do mnie przychodzą. Jedną z głównych wad, która kierowała moim zachowaniem była zawiść i zazdrość, notabene nie potrafiłem ich rozróżnić. Wszystko to, co wyśmiewałem u innych, okazało się być wartościami, których tak bardzo potrzebowałem, a które wypierałem uciekając od siebie w alkohol i inne używki. Ja po prostu bardzo pragnąłem mieć to wszystko, tylko nie potrafiłem tego osiągnąć. Przede wszystkim brakowało mi spokoju, poczucia bezpieczeństwa, akceptacji i miłości. Oczekiwałem, że dostanę je od drugiego człowieka, że znajdzie się ktoś, kto mi to da. Dzięki wartościom jakie znalazłem w Programie Dwunastu Kroków, dzięki uczuciu zaopiekowania jakie dała mi Siła Wyższa odnalazłem swój własny spokój. Zacząłem dawać innym to, czego sam oczekiwałem i jakimś cudem to do mnie wracało. Paradoks, ale działa. Już nie pytam jak, teraz po prostu to robię. Tytułową receptą na szczęście okazała się być dla mnie wdzięczność. Kiedy dostałem od mojego Sponsora sugestię, żeby codziennie napisać kilka rzeczy, za które jestem wdzięczny nie bardzo rozumiałem dlaczego, komu i za co mam być wdzięczny. Byłem przekonany, że nic nie mam. Nic bardziej mylnego. Sponsor zasugerował mi, żebym zaczął od prostych spraw. Dziękowałem za pracę, za ręce, nogi i inne części ciała, za to, że kolejny dzień nie piję. Jak zwykle oczekiwałem natychmiastowych rezultatów i nie bardzo podobało mi się, że powinienem robić to codziennie, ale gdzieś w głębi czułem, że jest to właściwe. Praktykuję wdzięczność od półtora roku. Efekty są niewymierne, po prostu czuję się szczęśliwy i nie jest to haj, jaki miałem po alkoholu czy narkotykach. To prawdziwe i dla mnie bardzo realne uczucie szczęścia w środku, które mnie nie opuszcza, niezależnie od nastroju. Codziennie w moim życiu pojawia się odrobinę więcej wdzięczności. Codzienna praktyka w pewnym momencie przestała mi przeszkadzać, a wręcz polubiłem to robić. Przyszedł moment, że zacząłem dziękować za takie rzeczy jak długi, złe samopoczucie, za to, że uciekł mi autobus, spóźniłem się do pracy itp. Wszystkie te zdarzenia straciły swoją moc, nie powodują już tyle negatywnych odczuć. Co dla mnie ważne, przestałem też zazdrościć i znika we mnie zawiść, uczę się doceniać to co mam. Coraz bardziej dociera do mnie, że nie potrzebuję tego, czego nie mam, bo mam wszystko co jest mi potrzebne. Co nie znaczy, że nie zasługuję na to, żeby od czasu do czasu sprawić sobie przyjemność, spełniając jakąś swoją zachciankę. To recepta którą dostałem poprzez sponsora i innych ludzi, jak ja wierzę, od mojej Siły Wyższej. Dostałem ją zupełnie za darmo, za darmo puszczam dalej i jest czad :)
Jacek - alkoholik i uzależnieniec.