MITYNG 07/217/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ZARZĄDZANIE SWOIM ŻYCIEM

Na początku mojej drogi w trzeźwość skarbnikiem na grupie została kobieta, która niezwykle rzetelnie i skrupulatnie rozliczała nasze datki. Pod koniec mityngu zawsze podawała dokładnie stan kasy, z informacją o przychodach, podziale kwot na poszczególne cele i jakie mamy saldo. Początkowo bardzo mnie dziwiła taka skrupulatność. Nawet czułam się nieco zawstydzona, bo z tymi pieniędzmi, to jakiś niezręczny temat. Po jakimś czasie oswoiłam się i czekałam na te krótkie chwile, gdzie informacja była taka konkretna i powiązana z rzeczywistością. Zaczęła mi się podobać taka przejrzystość, mijało zażenowanie. Zawsze miałam ambiwalentny stosunek do pieniędzy. Jak były - wydawałam, jak nie było - pożyczałam, potem oddawałam i tak w kółko. Rachunki, należności jakoś umykały mojej uwadze, jeśli czegoś nie zapłaciłam od razu, to później wypadało mi z głowy. Pod wpływem naszej skarbniczki zaczęłam inaczej myśleć o pieniądzach. Nawet zaczęłam robić jakieś plany finansowe. Ponieważ byłam bezrobotna, to nie bardzo miałam co dzielić. Ale już realnie zaczynałam widzieć swoje możliwości i braki. Bazując na doświadczeniu z grupy zaczęłam angażować się w finanse w swojej rodzinie, gdzie zawsze byłam odsuwana od decyzji o pieniądzach, na zasadzie: przynieś pensję, a ja będę dzielić. Bo ty przecież nie potrafisz. Trwało tak przez jakiś czas, aż musiałam się usamodzielnić, również finansowo. Była to bolesna lekcja dla osoby, za którą zawsze ktoś brał odpowiedzialność - co przez jakiś czas było wygodne i pozwalało żyć bez zmartwień. Kiedy chciałam coś tylko dla siebie, czy to były buty, ubranie czy choćby coś do jedzenia w czasie podróży, to ukrywałam i kombinowałam takie wydatki, bo wydawało mi się, że nie można ich ująć w preliminarzu, bo ja jestem nieważna. A teraz miałam pieniądze dla siebie i okazywało się, że jest ich jakoś przymało. Nierozsądne gospodarowanie doprowadziło do totalnej zależności: w banku zaproponowali mi kartę kredytową, ktoś dogodne raty na sprzęt itd. i okazało się, że nie wyrabiam się i wpadłam w spiralę zadłużeń. Miałam juzasiane ziarno samowystarczalności, o którym jest mowa w siódmej tradycji. Coraz bardziej nie podobało mi się bycie zależną od kaprysów innych lub presji wierzycieli. Zaczęłam myśleć jak to uporządkować, skoro chcę być samodzielna. W trakcie pracy na programie, przy oglądaniu moich wad wyszła i ta. Kolejny raz w życiu postanowiłam zrobić porządek z moimi pieniędzmi. Pomogła mi w tym siódma tradycja, która ciągle towarzyszyła mi w myśleniu, a jeszcze bardziej kontrolowanie wydatków na piśmie. Dzięki współpracy ze sponsorem trwam w tym starym/nowym postanowieniu. Reguluję należności bieżące, spłacam zaległe. Nie zaciągam nowych zobowiązań. Mam w tym niesamowite wsparcie, bo zawsze w trudnych momentach jest ze mną moja Siła Wyższa. Dzięki niej pozbyłam się lęku przed niepewnością finansową. Nie jestem z moim problemem sama. Wiem, że jeśli odpowiednio długo będę szła w jednym kierunku, nawet małymi kroczkami, to dotrę do celu jakim jest umiejętność zarządzania swoim życiem, w tym również pieniędzmi.



MOJA DROGA W AA

Gdy sięgam pamięcią wstecz, gdy patrzę na dzień dzisiejszy, przychodzi mi do głowy dość krótkie podsumowanie. To droga do Wiary, do Boga, do moich bliskich, do odkrywania na nowo siebie samego. Przyszedłem do Wspólnoty po którymś z kolejnych swoich upadków, obolały, odarty z poczucia własnej godności, z pokaleczonymi relacjami w Rodzinie, wystraszony. I wtedy, w tamtych dniach, naprawdę wydawało mi się, że ja chcę przestać pić, że ból kolejnego kaca jest tak silny, że wykonam ten krok i pójdę do "tych" z AA, bo nie widziałem już innego wyjścia. Wszywki na mnie nie działały, regularnie je zapijałem. Przysięgi, postanowienia, silna wola - wszystko brało w łeb. Próby "samouleczania się" na podstawie dostępnych w Internecie przeróżnych materiałów, portali dla alkoholików, pojedyncze próby podejmowania leczenia - również. Te próby, w moim przypadku, były po prostu groteskowe i miały służyć właściwie jedynemu celowi: chwilowej poprawie własnego samopoczucia i pozornemu uspokojeniu moich bliskich. Przeważnie kończyły się na jednorazowym spotkaniu i tłumaczeniu sobie i im, że... Że ten akurat lekarz lub terapeuta to nic nie wie i opowiada bzdury, że ja nie mam czasu aż tak się zaangażować, a tak w ogóle, to nie jest mi to znowu tak niezbędne, bo tym razem to już na pewno będzie inaczej i ja przestanę pić. Już wypowiadając te słowa, tak naprawdę sam w nie wątpiłem. Jedno spotkanie utkwiło mi w pamięci. To była godzinna rozmowa z terapeutą, który był, jak się później dowiedziałem, również Anonimowym Alkoholikiem, "po programie". To spotkanie utkwiło mi w pamięci na długie lata, bo on miał „to coś". Mówił spokojnym głosem, owszem mówił o konsekwencjach postępu choroby alkoholowej , ale w swojej opowieści o sobie bardziej skupił się na nadziei. Mówił, że jest rozwiązanie , że on też w to nie wierzył, ale teraz żyje mu się o niebo lepiej. Nauczył się żyć na nowo, bawić, kochać, odczuwać emocje itd. Że cieszy się i jest wdzięczny za to, że w ogóle żyje. Mówił na konkretnych przykładach z własnego życia i biła od niego taka szczerość, radość życia, autentyzm. Ale ja nie byłem jeszcze gotowy, aby powiedzieć alkoholowi dość, jeszcze musiałem trochę się pomęczyć, udowadniając sobie własną bezsilność. I gdy przyszedłem do Wspólnoty poczułem to samo uczucie nadziei, które czułem rozmawiając z nim. Ale... niestety, jeszcze wtedy w moim życiu zawsze było jakieś ale. Gdy przeszedł pierwszy mityng, przez parę tygodni w miarę systematycznie chodziłem. Słuchałem tego co jest czytane na mityngach, słuchałem wypowiedzi i słyszałem to, co chciałem usłyszeć. Że w "trzeźwienie" wkalkulowane są wpadki, że ja właściwie nic nie muszę oprócz dania czasu czasowi (oczywiście, najlepiej w bliżej nieokreślonym czasie), a tak w ogóle to jest jakiś tam program zdrowienia, ale to jest bardzo trudne, niewygodne, wymagające wyrzeczeń i tak naprawdę to w jakiejś formie „robi się” go na mityngach poprzez czytanie, słuchanie, mówienie na temat zadany przez prowadzącego. Takich postaw widziałem najwięcej, bo chciałem je widzieć, bo na tym etapie najbardziej mi odpowiadały. Dawały komfort i usprawiedliwiały moje lęki, wady. Dawały możliwość i wytłumaczenie do trzymania się kurczowo starego sposobu życia, do trzymania się mojego zakłamanego i chorego "ja". Były pomocne mojej postawie bezczynności i czekania – tylko na co? Chyba wtedy sam do końca nie wiedziałem na co. Przez ten czas regularnie, co parę miesięcy, zapijałem. Wracałem do wspólnoty skruszony, opowiadałem o zapiciu i dalej nie chciałem nic więcej z tym robić. Na szczęście byli również wokół mnie przyjaciele ze Wspólnoty, którzy z uporem maniaka powtarzali mi - jest rozwiązanie, poszukaj sponsora, zacznij "robić program" itp. Kolejne zapicia, gdy nie podziałały MOJE kolejne sposoby na AA, na życie, powoli obdzierały mnie ze złudzeń samowoli. I cały czas byli przy mnie Oni, którzy widząc jak się męczę wynajdując koło na nowo, cierpliwie wysłuchiwali kolejnych rewelacji na temat MOICH sposobów na trzeźwienie i opowiadali co im daje program, jak teraz zmienia się ich życie. Po którymś zapiciu, gdy zbolały próbowałem na mityngu opowiedzieć dlaczego tak się stało, podszedł do mnie jeden z przyjaciół i powiedział: zostaw to WŁASNE rozbieranie tego zapicia na wiedzę terapeutyczną. Na początku nie bardzo załapałem o co mu chodzi, przecież ja nie byłem na żadnej terapii. Ale głowę miałem całą nabitą informacjami z Internetu, dalej mamiłem się wizją samouleczenia. Bałem się, że gdy spróbuję wdrażać w życie program AA pod opieką sponsora, będę musiał naprawdę coś zrobić ze sobą, że z niektórymi moimi słabościami, z którymi wydawało mi się, że jest mi całkiem dobrze, będę musiał się pożegnać, że stracę coś, z czym nie do końca chcę się rozstawać - moje niektóre wady, słabości - a w ich miejsce wdrożyć uczciwość, prawdę, pozbycie się własnego "ja". BAŁEM SIĘ. Ale Bóg, w swojej mądrości i miłości do mnie, upartego ślepca, zakutego w kajdany własnych popędów i wad, działał przez innych ludzi. Dzięki Jego Miłości do mnie, poznałem ludzi z warsztatów w Woźniakowie, na których są realizowane "Kroki dla początkujących" na podstawie Wielkiej Księgi. To On zaprowadził mnie przez świadectwa innych ludzi na mityngi tzw. programowe, to On dał mi po drodze tych Przyjaciół, którzy byli przy mnie i swoim świadectwem pokazywali dobro płynące z programu. I zaczęło się dziać. Teraz czasem żałuję tylko, że tak późno. Tak widocznie musiało być, ja musiałem być gotowy. Po pierwszych krokach, gdy szczerze postanowiłem iść dalej z Nim, w moim życiu zaczęły dziać się CUDA. Tak, cuda, bo inaczej nie umiem sobie tego wytłumaczyć, inaczej wytłumaczyć się tego nie da. Wracając z pierwszych warsztatów, mając cały czas w pamięci modlitwę trzeciego kroku, poczułem potrzebę zmiany swojego postępowania w stosunku do moich najbliższych. Nie chciałem ich już więcej oszukiwać. Zrozumiałem jak wielką wartością są w moim życiu. Jak bardzo ich KOCHAM. Poczułem wielką wdzięczność do nich za to, że zawsze przy mnie byli, że nie zwątpili, gdy ja błądziłem. I rzecz dla mnie najdziwniejsza. Zrezygnowałem z niektórych swoich słabości, które jeszcze parę dni wcześniej uważałem za takie, z których rezygnacja jeżeli nawet przyjdzie, to będzie wymagała ode mnie nie wiadomo jakich wyrzeczeń i pracy. Pozbywając się w jednej chwili niektórych swoich wad, poczułem radość i ulgę. Teraz i wtedy, wiem to na pewno, otrzymałem OD NIEGO ŁASKĘ. Gdy ja postanowiłem szczerze zrobić ku Niemu zwrot w swoim życiu, On otoczył mnie swoją miłością. Parę tygodni później usłyszałem od swojej żony, w takiej zwykłej sytuacji, gdy jechaliśmy na zakupy: "wiesz, miłość miłością, ale ja czuję się tak, jakbym się w tobie na nowo zakochała". Po prostu uniosło mnie na siedzeniu samochodu. Moje małżeństwo, które przez moje picie nieraz wisiało na włosku, teraz odradzało się na nowo. I czy to nie są cuda? Dziś przykładów na działanie w moim życiu Siły Wyższej, programu, innych ludzi, nazbierałem dużo więcej, to po prostu działa. Tylko jest jeden warunek: Bóg działa, Program działa, gdy ja działam. Wiara bez uczynków jest martwa, a Wiara bez wiedzy prowadzi do fanatyzmu. Aby w moim życiu nie było martwej Wiary i fanatyzmu, jest mi potrzebny Sponsor, Wspólnota, Przyjaciele z AA. Abym znów siebie nie zakłamywał, abym znów nie popadł w szaleństwo własnego "ja" i nie stał się bogiem dla siebie. Program dwunastu kroków to program "My" - nie "ja". To program miłości do Boga, jakkolwiek Go rozumiem, miłości do drugiego człowieka. TO ROZWIĄZANIE, KTÓRE BÓG DAŁ LUDZIOM, DAŁ NAM ZA DARMO. I BĘDĘ ZDROWY, JEŻELI BĘDĘ JE STOSOWAŁ I DZIELIŁ SIĘ NIM.
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie,
coraz bardziej szczęśliwy Piotrek,
Anonimowy Alkoholik trzeźwiejący na programie.


KAPELUSZOWA OFIARA

Nie zapomnę dnia, kiedy pierwszy raz wszedłem do niewielkiego pomieszczenia w kościele, gdzie siedziało kilkanaście osób, kobiet i mężczyzn. Na stole były paluszki, ciasteczka. Ludzie pili kawę, herbatę. Nie wiedziałem, że jest to spotkanie anonimowych alkoholików, zwane mityngiem. Na początku spotkania wspólnie przeczytane było dwanaście kroków i dwanaście tradycji. Pod koniec pierwszej części mityngu pojawił się kapelusz. Zaczęto do niego wrzucać pieniądze. Poczułem się zakłopotany i głupio mi się zrobiło, bo nie miałem przy sobie nawet grosika. Nagle przyszła mi do głowy myśl: że jestem w sali w kościele i że jest to coś w rodzaju ofiary na tacę. Przypomniała mi się czytana wcześniej tradycja i pomyślałem, że każdy może przyczynić się do samowystarczalności grupy na ile go będzie stać i podpowiedź: „nie mam dziś, będę miał jutro”. Teraz wiem, że ta „kapeluszowa ofiara” jest potrzebna każdej grupie i nie tylko. Od tego zależy istnienie i funkcjonowanie całej Wspólnoty AA. To dobrowolna, niezobowiązująca, ale jakże potrzebna i przydatna pomoc.

Krzysiek


TRADYCJA SZÓSTA

Tradycja szósta tak jak inne lub pozostałe uczy mnie odpowiedzialności. Ale czy tylko chodzi o odpowiedzialność.. Zajeło mi bardzo dużo czasu, zanim znalazłem konkretny przykład w swoim życiu, który miał związek z Tradycją szóstą. Na przykład ten naprowadziła mnie nasza literatura i materiały archiwalne z naszego biuletynu Regionalnego Mityng. Pamiętam sytuację kiedy mój bliski przyjaciel miał problem z piciem alkoholu, nie potrafił przestać i postanowiłem, że mu pomogę. Pewnie nic w tym złego i intencje z pozoru były szczere, ale czy na pewno ?. Kiedy dzisiaj z dystansu z perstektywy czasu przypominam sobie tą sytuację mam co do swoich intencji dużo wątpliwości. Po pierwsze pojechałem do swojego przyjaciela z gotową receptą w imieniu całego AA w przekonaniu, że to co mu powiem uzdrowi go. Czy może być jeszcze większy obraz mojej PYCHY i własnych ambicji. Powiedziałem mu, że AA pomaga wszystkim bez wyjątku i skończą się jego problemy w pracy, kłótnie z żoną, nie będzie się złościł bez powodu itd... . Występowałem tak naprawdę w roli terpeuty, który zna rozwiązanie na jego problemy, chociaż na tamten czas byłem we Wspólnocie AA około roku i kompletnie nie znałem ani siebie z czym mam problem ja sam, ani nie poznawałem naszego programu. Poza tym chodziło o mój prestiż, ambicje, chęć pokazania się, dowartościowania się a nie o bezineresowną pomoc czy poświęcenie czasu. Najgorsze było to, tak dzisiaj myślę, że wykorzystywałem do tego celu same AA, które w samym założeniu służy przecież czemu innemu. Pokora nie idzie w parze z własnymi ambicjami, prestiżem, władzą czy pieniędzmi. Może dlatego nigdy nie zadziałało łączenie się AA z terapią, urzędem pracy, relgią czy czym kolwiek innym. Tradycja szósta przestrzega nie tylko mnie, ale wszystkich AA przed wykorzystywaniem imienia AA do swoich celów a nie niesienia posłania. Doświadczenie z początków istnienia naszej Wspólnoty pokazało, że odrywanie się od naszego głównego celu zakończyło się tragicznie. Mogę popełniać te same błędy lub być nauczalnym i wyciągać wnioski i korzystać z bolesnych doświadczeń naszych poprzedników. Kiedyś kolega przed mityngiem zapytał mnie czy wiem dlaczego jesteśmy Wspólnotą i nie potrafiłem odpowiedzieć. Usłyszałem od niego, że Wspólnotą jesteśmy dlatego, że mamy wspólny jeden cel, który nas łączy niesienie posłania. Jeżeli realizujemy swoje cele powstaje sztuczny twór naszych wygórowanych ambicji, który tylko dzieli a nie łączy. Mogę zostać sam ze swoimi chorymi ambicjami i swoją racją lub korzystać z prostych zasad wypracowanych przez AA, które są aktualne i działają do dzisiaj. Ból mojej pijanej samotności polegał na mojej chorej osobowości (pycha, przekora, nadwrażliwość, chore ambicje, zbyt wysokie mniemanie o sobie) a nie z samego picia alkoholu. Dlatego Tradycje w tym Tradycja szósta zabezpiecza naszą Wspólnotę przed takimi egoistami jak ja. Mam wybór mogę z tego doświadczenia korzystać lub być sam.


DOPADŁA MNIE WETERANOZA

Na minionej, XLII Konferencji Regionu AA Warszawa, zdałam służbę redaktorki biuletynu Mityng. Przyjechałam do Ożarowa i od razu bach! To mi się nie podoba, tamto bym poprawiła itd… A tu tylu nowych mandatariuszy! Istne żniwa – dzielić się z nimi swoim doświadczeniem, bo przecież szkoda, żeby się taka mądrość zmarnowała. Wzięłam oddech i… przeszło mi. Przypomniałam sobie, jak na początku mojej drogi, każde takie spotkanie było zachwycające. Tylu naraz, w jednym miejscu, ludzi, którzy podźwignęli się z upadku. Tyle radosnych twarzy, śmiechów, żartów, zachwytu nad szczęściem, że jestem wśród nich. A każdy chce nieść posłanie. Przecież po to się spotykamy, aby dawać sobie siłę i nadzieję. Wtedy niemal lewitowałam, tak wydawało mi się cudowne życie i trzeźwienie. Zawstydziłam się. Jaki przykład daję swoim malkontenctwem? Czy z takim nastawieniem potrafię obudzić nadzieję? Że można? Że warto? Szybko zrobiłam malutką inwenturę – w końcu Dziesiąty Krok zobowiązuje – i dąsy mi przeszły. Pomyślałam nad tym, co chcę powiedzieć na zakończenie mojej służby. Że było mi ciężko? Każdemu, kto zaczyna nowe jest trudno, po to jest służba, żeby uczyć się. Że jestem usatysfakcjonowana, bo dotrwałam do końca? Przecież taki miałam zamiar, aby zacząć, skończyć i oddać następcy. Była chwila, że kusiła mnie myśl, aby przedłużyć służbę. Już wiem co i jak, teraz będzie łatwiej. W dodatku wyjdzie na to, że jestem super odpowiedzialna, że nie zostawiam biuletynu na pastwę losu, bo brak następcy. No właśnie – ci, którym proponowałam kandydowanie, mieli dziwne miny, najwyraźniej nie chcieli i dziękowali. Chcieli się realizować w swoim życiu po swojemu, nie po mojemu. Dopadła mnie frustracja, że właściwie się nie sprawdziłam, bo przecież nikt nie chce być następcą. Zrobiłam przegląd, jakie intencje mi przyświecają? Niestety, nie wypadłam dobrze w swoim podsumowaniu. Zobaczyłam ile pychy jest w moich myślach. Jak bardzo chciałabym wypaść dobrze. Znów zastanowiłam się, czy naprawdę wypadam źle? Często pod moim adresem były kierowane kąśliwe, złośliwe i krytyczne uwagi. Zwłaszcza publicznie. Przykre. A jednocześnie, w spotkaniach twarzą w twarz ktoś mi mówił, że ten artykuł był fajny, a ten przeczytała żona i teraz patrzy inaczej. Inny poleca biuletyn nowicjuszom, bo nie tylko starzy i mądrzy piszą do biuletynu, ale tacy na samiuśkim początku też. Zadowolenie tych, których zachęciłam do spisania swoich opowieści i zobaczyli swoje doświadczenie z dystansu. Przyjemność z obcowania z ludźmi, którym chciało się poświęcić czas i umiejętności, pracy w redakcji. Saldo wypada mi na plus. A jeszcze moje korzyści, osobiste. Tyle ludzkich doświadczeń poznałam dzięki pracy w redakcji, wzruszeń, wspólnej pracy z autorami. Tyle radości, że ktoś wzruszył się, że zaczął czytać biuletyn, bo niesie fajny przekaz, daje siłę i nadzieję. Jeszcze wielu ważnych rzeczy dowiedziałam się o sobie. Nauczyłam się podejmować decyzje i uzasadniać je. Kierowałam się czasem intuicją, aby potem szukać potwierdzenia, czy na pewno to była dobra decyzja? Nieoceniony w mojej pracy był sponsor, który prócz tego, że przeprowadzał mnie przez Program, to jeszcze służył radą i czasem mówił o moich pomysłach: zastanów się, kobieto! Najważniejsze jednak co zyskałam: przekonanie, że nie jestem nieomylna, i to jest w porządku. Że nie wszystko i nie zawsze muszę zrobić sama. I to jest w porządku. Że są ludzie, którzy potrafią to, czego ja nie umiem i wystarczy ich poprosić, a pomogą. I to jest w porządku. Dowiedziałam się też, że potrafię coś, czego inni nie potrafią. I to jest w porządku. Że biuletyn będzie istniał również beze mnie, i to jest w porządku. Że Wspólnota przetrwa beze mnie. I to jest w porządku. Nauczyłam się trochę pokory. I to jest w porządku. Pozdrawiam i do spotkania na drodze „ku Szczęśliwemu Przeznaczeniu”.
Ewa


KONFERENCJA

Mam na imię Krzysiek i jestem alkoholikiem. Jest poniedziałek rano. Obudziłem się właśnie po dziewięciu godzinach snu. Byłem bardzo zmęczony, bo sobotę i niedzielę spędziłem w Ożarowie na konferencji Regionu Warszawa AA. Chciałem z jak najlepszym zrozumieniem i zaangażowaniem uczestniczyć w obradach, głosowaniach i warsztatach, a że to był mój debiut, pewnie kosztowało mnie to tym więcej uwagi i koncentracji. Teraz wyspany, popijając kawę chętnie napiszę czym chciałbym się podzielić. Nie piję od dziewiętnastu miesięcy. W dziewiątym miesiącu abstynencji mój sponsor, z którym właśnie rozpoczynałem pracę na krokach, zasugerował mi służbę mandatariusza. Znałem sugestie AA-owskie odnośnie dwuletniego okresu abstynencji do jej pełnienia. Grupa też je znała, niemniej jej sumienie powierzyło mi pełnienie tej służby. I tak, praktycznie już na wstępie mojej pracy na krokach, wyszedłem też na zewnątrz siebie i mojej grupy AA, zacząłem się interesować tym, co się dzieje we wspólnocie - w AA-owskim rozumieniu zacząłem poznawać tradycje. Szybko zorientowałem się, że spotkania intergrupy mają zupełnie inny charakter niż mityngi AA. Dużo więcej było tam o organizacji, przygotowaniach, sprawozdawczości. Od początku mojego bycia mandatariuszem toczyły się rozmowy na temat przygotowań do czerwcowej konferencji, tej, z której właśnie wróciłem. Dla mnie konferencja to była taka dużo większa intergrupa - bo Region to intergrupa złożona z dziewięciu intergrup. Nie dziwi mnie więc, że rozmiar tej intergrupy był dużo większy, inny był charakter rozmów, czego innego one dotyczyły, brali w niej udział przyjaciele z kolejnych niższych szczebli służb naszej wspólnoty, głosowaliśmy na służebnych reprezentujących nas tam. Wspomniałem wcześniej o dojrzewaniu w świetle tradycji. No właśnie na tej konferencji, po raz pierwszy dobrze poczułem znaczenie tradycji pierwszej i piątej - po co one są i że te wszystkie dyskusje i spory, czasami wyglądające na żenującą dziecinadę, te powtarzane głosowania, służą tak naprawdę naszej jedności, naszemu wspólnemu dobru, a to tak naprawdę jest potrzebne, żeby pomóc wciąż jeszcze cierpiącym alkoholikom czyli w niesieniu posłania. Mam też takie bardzo mocne poczucie i przekonanie wyniesione z pracy na krokach – Krzysiek, mniej mów, a więcej rób. Ewentualnie, jak nie chce ci się Krzysiek robić, to przynajmniej nie mów i nie wprowadzaj szumu. Jestem z natury pragmatykiem i bliskie było mi to, co powiedział Tadeusz z Londynu: że tamtejsze grupy zastanawiają się zawsze, czy z jakiegoś konkretnego pomysłu i działania będzie konkretny efekt w niesieniu posłania czyli, czy to działanie spowoduje, że chociaż jeden czynny alkoholik trafi do nas i rozpocznie swoją drogę trzeźwienia. Poza tym ta konferencja to ogrom zwykłej fizycznej pracy. Widziałem to i bardzo dziękuję - dziękuję organizatorom, dziękuję Jarkowi za ogromne zaangażowanie, prowadzącemu Jackowi. Mam po tej konferencji dużą jasność na czym polega służba mandatariusza - dopiero po tej konferencji. Jestem świadomy obowiązków mandatariusza i chyba tak naprawdę musiałem na konferencję przyjechać, żeby to pojąć. Mam takie wewnętrzne przekonanie, że w byciu mandatariuszem najważniejsza jest chęć i szczerość, a mniej sugerowany okres dwóch lat abstynencji, podnoszony w trakcie obrad przez jednego z przyjaciół. Mam poczucie, że bycie mandatariuszem i udział we wczoraj zakończonej konferencji, całkowicie zmieniło optykę mojego trzeźwienia, dało mi rozumienie, akceptację, osłabiło mój egoizm i egocentryzm. Bycie mandatariuszem bardzo służy mojemu trzeźwieniu.
Krzysiek, alkoholik