MITYNG 08/218/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



REZULTATY

Tyle lat marzyłem o tym, żeby żyć tak jak obecnie. Marzyłem aby nie mieć dylematów: iść do sklepu po wódkę czy nie iść ? Sięgać po alkohol teraz czy może jutro ? Doczekać do końca pracy czy zwolnić się wcześniej aby się napić ? Uporczywe myślenie nad ranem jak uzasadnić swoją nieobecność w pracy abym mógł kontynuować ciąg ? Jak dostosować picie do codziennego funkcjonowania i jego wymogów, które najczęściej wykluczały alkohol? Czy rano wypić aby móc jakoś funkcjonować, czy też nie i cierpieć z powodu zespołu abstynencyjnego ? Czy wyglądam tak, że mogę pokazać się wśród ludzi, czy lepiej zawiadomić kogoś z pracy, że mnie nie będzie i myśleć nad kolejnym kłamstwem uzasadniającym moją nieobecność ? Czy jest możliwe o odłożenie różnych zajęć i zobowiązań aby mieć wolny dzień czy zmusić się do tego aby im podołać i podjąć ten ogromny wtedy wysiłek ? Wszystkie te rozterki to ciągła, ciężka walka z samym sobą. Walka, którą zawsze przegrywałem bo przegrywałem z alkoholem. Walka, która powodowała cierpienie, bezradność, rozgoryczenie, tęsknotę, samotność, rozdrażnienie, złość, nienawiść, wrogość. Szczególnie gdy zmuszony byłem zrezygnować z alkoholu, nawet na kilka godzin, ale także wtedy gdy sięgałem po alkohol. Wtedy dochodziły jeszcze poczucie totalnej porażki, poczucie winy i zazdrość. Właśnie zazdrość. Idąc ulicą mijałem przechodniów. Jednych roześmianych, zajętych rozmową, innych eleganckich wybierających się do teatru lub na inne wydarzenie, o uroczystym charakterze lub zmierzających bez pośpiechu na spacer. Ja natomiast do najbliższego sklepu po alkohol. Patrzyłem na nich nieprzyjażnie, z wrogością, a tak naprawdę zazdrościłem im. A po wypiciu krótkotrwała ulga, póżniej użalanie się nad sobą, poczucie porażki, samotności, beznadziejności, że nie jestem trzeźwy tak jak oni, następnie znowu zazdrość i znowu picie. Ale jednocześnie cierpienie, pustka. Wydawało mi się, ze życie bez alkoholu, trzeżwe życie jest dla mnie nieosiągalne. Równie dobrze mógłbym marzyć o locie W kosmos. Byłem pewien, że przegrałem wszystko: zdrowie, sumienie, miłość rodzinę, własną przyszłość. Trzeżwość była dla mnie wtedy takim kosmosem. I byłoby tak nadal gdybym wreszcie nie zaufał Wspólnocie AA. Trzeżwość daje szanse na realizację celów, planów życiowych, marzeń co niedawno było zupełnie niemożliwe. Miłość, czułość, serdeczność, życzliwość, sympatię, przyjażń takimi uczuciami darzę bliskie mi osoby i bardzo chciałbym być obdarzany takimi samymi, Warunkiem jest odbudowanie uczciwości, szacunku, zaufania wobec samego siebie czyli przyznanie i przypominanie sobie samemu o swojej bezsilności wobec alkoholu i powierzeniu się Sile Wyższej. Wiara w miłość i wszystko co się z nią wiąże również może rozwijać duchowo, kształtować wspomniane wartości i być motywacją do godnego życia. Taką rolę mogą pełnić również marzenia. Można wymieniać w nieskończoność uroki takiego życia. I to stało się realne. Romantyczność to też jest duchowość, tyle, że nie w religijnym rozumieniu. Wiara w marzenia może również pełnić podobną rolę co wiara W Boga. i być kołem napędowym do życia w trzeźwości. Wtedy bowiem negatywne uczucia: egoizm, zazdrość, zarozumiałość, niechęć, uprzedzenia, chowanie uraz zostaną zastąpione przez, wyrozumiałość, tolerancja, wybaczanie, szacunek, a właśnie dominacja tych pierwszych odczuć ( szczególnie gdy się nawarstwiły ), a brak tych drugich powodowały picie. bezradność, odrzucenie, osamotnienie, poczucie porażki, rozpacz. W lipcu minie 6 lat, życia, które wydawało się nieosiągalne, a jest teraz normalnością To co wydawało mi się niewiarygodne okazało się być realne i dostępne także dla mnie. W maju opowiadałem o sobie na mitingu spikerskim na ul. Nowowiejskiej. Pamiętam bardzo dobrze gdy przed kilku laty słuchałem innych spikerów, mając kilka tygodni abstynencji i ze łzami w oczach zastanawiałem się czy moje życie też nabierze takiej jakości o jakiej opowiadali i czy w ogóle będzie to możliwe. Oni mają rację to jest możliwe, a obecność we Wspólnocie i udział w mitingach tę jakość polepsza i ugruntowuje Jest okres urlopowy. Czekam na niego z nadzieją, radością,. Wierzę, że taki będzie. Z rodziną, bliskimi, przyjaciółmi, oddawaniem się zainteresowaniom, wzruszeniem, ciepłem rodzinnym po prostu z duchowością w każdym rozumieniu tego słowa. Tak jest od kilku lat i wierzę, że taki będzie i w tym roku. Pozdrawiam wszystkich

Wojtek Warszawa


OBIETNICE AA


Obiecywanie to był nieodłączny składnik mojego pijanego życia. Gdy kończyłem ciąg to obiecywałem, że „nigdy więcej”. Gdy zaczynałem pić obiecywałem, że będę uważał, że tym razem skontroluję siebie, że nie urwie mi się film. Moje życie było usiane złamanymi obietnicami, a ja ciągle obiecywałem i piłem. Najłatwiej było obiecać, szczególnie pod wpływem wstydu w rozpaczliwym stanie ciała i finansów. Gdy przyszedłem do Wspólnoty i nauczyłem się słuchać (co trochę trwało), usłyszałem wzmianki o obietnicach AA. Pomyślałem wtedy, że Kroki i Tradycje to coś konkretnego, wymagającego działania. Ale Obietnice? Były zbyt ulotne, mogły się nie zrealizować. Miałem zagwarantowane, że jeżeli nie wypiję pierwszego kieliszka, to się nie upiję tylko to było pewne. W AA poradzono mi, abym nie zajmował się rzeczami którymi nie chcę, ale zachował je w pamięci na przyszłość. Dziś po latach we Wspólnocie, coś z Obietnic zaczyna do mnie docierać. Nie wypiłem pierwszego kieliszka i jestem trzeźwy to się spełniło. Obietnice AA mówią mi dziś, że trzeźwość może oznaczać: „nową wolność i nowe szczęście”. Wolność od lęku. Wolność wyboru. Wolność bycia sobą i radość zaakceptowania swojego człowieczeństwa. Wolność bycia tym, kim chcę być, bez udawania. Szczęście czystego trzeźwego życia. Nie uwolnienie od bólu i smutku, nie wolność od problemów i kłopotów ale wolność pokonywania ich i szczęście wynikające z faktu, że nie muszę być doskonały i nic nikomu udowadniać. Mogę powierzyć swoje życie Bogu i dzięki temu rozwiązać problemy i uzyskać odpowiedź na wątpliwości. Wolność by zejść z drogi do samozniszczenia. Szczęście, że jest się użytecznym członkiem społeczeństwa. Radość przekazywania posłania nadziei. „Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi”. Gdy przebrnąłem przez Krok Czwarty zauważyłem, że w stosunku do siebie czuję nie tylko wstyd, lęk, użalanie nad sobą, poczucie winy i bezwartościowości, ale także zadowolenie z tego kim jestem. Zaakceptowałem swoją przeszłość jako część mnie samego i dzisiaj jestem w stanie lubić siebie, a nawet kochać. Moją przeszłość widzę jako kuźnię, w której wykuwało się to kim jestem. ,,Pojmiemy sens słów pogoda ducha i zaznamy spokoju”. Cisza w oku cyklonu. Pewność, że nawet najgorsze minie, i , że cokolwiek ci się zdarza , może przynieść dobro. Dni rozpaczy i lęku przed wszystkim to już przeszłość. „Bez względu na to jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni”. Pragnienie by służyć innym zrewolucjonizowało moje życie. Nawet z tak głębokiego dna na jakie ja spadłem mogłem wnieść swój znaczący wkład: moje unikalne doświadczenia, siebie. Nie muszę się porównywać, zastanawiać czy spadłem dostatecznie nisko moje doświadczenie pomaga innym. Wystarczy, że znajdzie się choć jeden alkoholik, któremu pomogę poradzić sobie z chorobą. ,,Zaniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą”. Bezużyteczność? Rozczulanie nad sobą? To trucizny które mogą pojawić się w mym umyśle, ale dziś potrafię je zidentyfikować i nie nurzać się w nich. Są dla mnie sygnałem i znakiem ostrzegawczym, mówiącym, że z moim myśleniem jest coś nie w porządku. „Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi”. Poprzez dawanie siebie, dzielenie się doświadczeniem buduję skarbiec miłości. Paradoksem Wspólnoty jest to, że mogę w niej cokolwiek otrzymać jedynie gdy daję to innym. Zdolność do współczucia w (bólu, ale i w radości) chroni mnie przed egocentryzmem, koncentracją na własnych sprawach i utratą kontaktu z Bogiem jakkolwiek Go pojmuję. ,,Zniknie egoizm”. Każdy dzień przeżyty w zgodzie z programem AA poszerza mą wiedzę o tym, kim jestem i kim chciałbym być .Szukając i ucząc się odnajduję w sobie dawno zagubione dziecko . ..Zmieni sie cały nasz stosunek do życia”. Gdy piłem, to byłem w stanie zauważyć butelki w połowie puste. Dziś korzystam w pełni z życia. Jestem wolny od zamroczenia. Odnajduję swoje zdolności. Widzę moje życie jako nieustanne uczenie się, wzrost duchowy przygotowujący do innego życia po fizycznej śmierci. Ładne skarby ziemi nie wystarczą, by nasycić w pełni moją duszę - i nie jest to dla mnie próba pocieszenia się, ale radosna pewność! . Jak na byłego ateistę to dość radykalna zmiana. „Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną”. Tak jak kiedyś, ciągle żyję wśród ludzi, a moja przyszłość materialna nie jest wcale pewna. Ale dziś nie ma we mnie lęku. Jeżeli jestem winien pieniądze w banku, to, ostatecznie, bank ma większy problem niż ja! Płacę tyle ile zdołam i przecież nikt mnie za to nie zamorduje. Pewnie, że kłopoty materialne nie są przyjemne Ale nie przejmuję się nimi. Problemy finansowe stają się proste gdyż, nie działając pod wpływem paniki nie podejmuję już złych decyzji. A lęk przed ludźmi? Uczę się kochać ludzi, a gdzie jest miłość, tam nie ma lęku. „Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać”. To była wielka sprawa uwierzyć swojej intuicji. Długo nie mogłem i nie chciałem słuchać wewnętrznego głosu. Nieustannie i wielokrotnie analizowałem swoje decyzje i działania, i w ten sposób popadałem w paraliż, nie mogąc wykonać ruchu. Dziś nie boję się popełniać błędów. Ufam swoim motywacjom i intuicjom. Nic mnie nie blokuje. Gdy nie wiem jak postąpić radzę się innych. Modlę się o przewodnictwo i powracam do Trzeciego Kroku. „Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić”. W moim życiu ta świadomość pojawiła się rzeczywiście nagle. Spojrzałem na te wszystkie lata przez które powstrzymywałem się od picia nawet przed wstąpieniem do AA, i zobaczyłem jak nieustannie byłem prowadzony i chroniony. AA uratowało mi życie. Dało nowe spojrzenie i cel istnienia. Wierzę, że to Bóg, takjak Go rozumiem, poprzez członków Wspólnoty pracował nade mną i doprowadził do dzisiejszego dnia, do poczucia przynależności, zadowolenia z życia we własnej skórze i z własnym umysłem. Dziękuję Bogu i Wam wszystkim za to, że tu jestem. Kocham Was.
Pełen wdzięczności członek AA.


JAKOŚĆ TRZEŹWOŚCI

Jest takie powiedzenie, często - i dobrze, że często - powtarzane w AA: ,,w trzeźwieniu, ważniejsza jest jakość niż ilość”. Nowicjusz z paromiesięczną abstynencją może być w znacznie lepszym stanie umysłowym i emocjonalnym niż stary wyjadacz, zapominający często o mityngach, rzadko zaglądający do literatury i poświęcający minimum uwagi AA. Dla niego czas stanął parę miesięcy lub lat po przyjściu do AA: jest „suchy”, nie pije, ale nie jest trzeźwy, gdyż dla nas alkoholików, trzeźwość to nieustający, radosny marsz do przodu w kierunku wskazywanym przez 12 Kroków. Z moich doświadczeń wynika, że jakość naszej trzeźwości ma wpływ na jakość mityngów. Przez lata obserwuję, że najlepsze mityngi, na które trafiam to te, na które chodzą alkoholicy najbardziej trzeźwi. Emanuje od nich energia życiowa, koncentracja fizyczna i umysłowa, a ich radosna, postępująca trzeźwość rzutuje na mityngi. Jest również powiedzenie, że ,,nie ma złych mityngów”, ale jest to uproszczenie. Zapytajcie jakiegokolwiek desperacko czepiającego się programu nowicjusza, co wynosi z mityngu, na który wszyscy ciągle się spóżniają, gdzie ciągle jest kłopot z prowadzącym, gdzie trudno o parę chwil skupienia na rozpoczęcie, gdzie dyskusja zaczyna się od ostatniej ligowej kolejki lub polityki i poprzez tematy związane z AA dryfuje często znów do spraw początkowych. Może to skrajny przykład, ale bywałem na takich mityngach. Jakże inaczej jest na mityngach rozpoczynanych punktualnie, gdzie prowadzący podaje temat, każdy ma prawo wypowiedzieć się bez przerywania przez określony czas, a mityng kończy się modlitwą. Mimo tego, że potem, przy kawie jest czas na pogadanie o sporcie i polityce - to większość woli kontynuować temat z mityngu. To jest AA W najlepszym wydaniu i Bogu dzięki, że większość mityngów tak Wygląda. Idąc następnym razem na naszą grupę zapytajmy się siebie: jaka jest jakość naszej trzeźwości? Czy uczestniczymy W grupie konstruktywnie, czy tylko czekamy, co zrobią inni? Czy jesteśmy gotowi poświęcić nieco czasu przed mityngiem na wybór tematu, który pomoże nie tylko nam, ale całej grupie? Czy pamiętamy, że nowicjusze mogą mieć zamęt w głowie i gorączkowo pragną poznać program? Czy wtedy jesteśmy gotowi zrezygnować z popisów retorycznych i zapomniawszy na chwilę o sobie w prostych słowach wyjaśnić ich wątpliwości? Jednym słowem: czy wiemy, że jakość naszej osobistej trzeźwości odbije się na poziomie mityngów, W ktrych uczestniczymy? Jeśli tak, to każdy z tych mityngów będzie dobry.

AA


"...JEŚLI NAD NIMI PRASUJEMY"

Nienawidzę prasować. Stanie przy desce z gorącym żelazkiem w ręku zawsze kojarzyło mi się z rozmemłanym facetem, co to jest pantoflarzem, a nie kowbojem, jakim kiedyś chciałem być snując się po knajpach wracając do domu o świcie. Za każdym razem, gdy mam zabrać się za prasowanie bierze mnie cholera. Wściekam się sam na siebie i myślę sobie: „Czyś ty zdurniał do reszty? Czy ci odbiło? Czy nie lepiej legnąć na kanapie i ćwiczyć mięsień kciukowo-pilotowy zmieniając kolejne kanały?”. Mimo niechęci i złości na samego siebie za nakładane na siebie dobrowolnie „tortury” jednak staję przy tej wstrętnej desce i pracuję. Czemu? Bo gdy po kilku latach trzeźwej drogi po raz kolejny robiłem (tak na porządnie, z kartką i długopisem w łapie, dokładnie według wskazań Wielkiej Księgi) Krok Czwarty  dotarło do mnie, że ten pień moich wad, instynktów, moich rozbuchanych siedmiu grzechów głównych wijących mi się wokół kostek u nóg, że ów pień, czyli ,,egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie”, to zasadnicze źródło moich problemów (jak mogłem się doczytać w naszym „Big booku”) dalej jest we mnie piekielnie aktywny. Tylko inaczej... W ten sposób, że łażę sobie na mityngi, a potem gdy jestem w domu, to leniwie spoglądam na krzątającą się W nim moją żonę, której pot perli się na czole. Ja jednak. .. Zupełnie, jakbym uważał, że moja trzeźwość jest jakimś rekordem świata, mistrzostwem, za jakie ona powinna po stopach całować, w domu po prostu... odpoczywam. Właściwie przestałem jej pomagać, znowu zostawiając dom na jej głowie, a samemu zajmując się jakimiś drobiazgami, dla ,,ściemy” (wyniosę śmieci i mam spokój). Czyli - Wrócił ten sam system pt. JA - od wielkich spraw, ONA - od ziemniaków. Po kolejnym przerabianiu Kroku Czwartego i Piątego, powziąłem w skrytości ducha decyzję dla mnie ,,straszną” - że w ramach Kroku Dziewiątego zajmę się w domu właśnie tym, co jest dla mojej żony najtrudniejsze. Wiedziałem co to, bo skarżyła się na to, od wielu lat, odkąd właściwie pamiętam. To właśnie to nieszczęsne, to dokuczliwie i „przerażające” ha, ha.... prasowanie. Ona tego nienawidzi, tak samo, jak ja. Tak samo jak ja stoi za deską z miną cierpiącego kota. Tylko, że ona to robi od piętnastu lat, a ja? Ja nie zrobiłem tego NIGDY. Przez piętnaście lat małżeństwa, moja ,,hrabiowska” rączka nigdy nie splamiła się wzięciem żelazka do ręki. Może dlatego, że alkoholizm to „choroba duszy”, a w starych żelazkach była ,,dusza”? ;-) Na koniec tylko wam opowiem, że zrobiłem tak: 1. podjąłem decyzję o prasowaniu 2. postanowiłem nie mówić tego Jej samej, ani nikomu innemu, bo znowu bym się chwalił planami, zaczął prasować, a po dwóch tygodniach by mi się znudziło. 3. Gdy żony nie było W domu, wyjąłem z szafy deskę. 4. Rozłożyłem ją w salonie. 5. Włączyłem telewizor, żeby się nie nudziło. 6. Włączyłem żelazko. 7. Zacząłem prasować (perfekcyjnie układając stosiki). 8. Czekałem na powrót żony w napięciu. 9. Cieszyłem się jej zdziwionymi oczami podnosząc z ziemi jej upadłą szczęką. 10. Potem prasowałem po raz drugi, z mniejszym entuzjazmem. 11. Po raz trzeci, czwarty, piąty, szósty.... W końcu zacząłem modlić się o wytrwałość, bo zacząłem czuć, że już mi się nie chce. 12. Z pomocą Boga trwam w prasowaniu, bo sam już dawno bym to rzucił, po popisach. Dodam, że w czasie prasowania zacząłem odczuwać głęboką miłość do osób, dla których prasuję. Np.: prasuję małe rękawki jakiejś koszuli synka i czuję, że wtedy właśnie go kocham. Patrzę, jak ten rękawek nabiera gładkości i myślę sobie, że On potem będzie go nosił na sobie i będzie mu miło. Wierzę W obietnice AA. One mnie niosą przez trzeźwość. Wierzę w Nową Wolność i Nowe Szczęście. Obietnice kończą się wskazaniem, iż ONE materializują się, „jeśli nad nimi pracujemy”. Jeśli nad nimi prasujemy - dodałem sobie już na własny użytek - pochylony nad deską.
Anonimowa ,, niewidzialna ręka ”


SPOTKANIE Z BOBEM D .

W sobotni słoneczny poranek wraz z dwoma przyjaciółmi wyruszyliśmy do Bełchatowa na spotkanie z weteranem wspólnoty AA. Wcześniej nie brałem udziału w takiej imprezie, było to W historii polskiego AA pierwsze takie spotkanie z weteranem Bobem D. człowiekiem który nieprzerwanie trwa w trzeźwości od 38 lat .Byłem ciekaw, co ma do powiedzenia , jak wygląda, o czym będzie opowiadał. Czułem się jak pionierzy wspólnoty w pierwszych jej latach istnienia którzy nierzadko przemierzali wiele mil aby wziąć udział w większym mityngu AA. Po dotarciu na miejsce ukazała nam się wspaniała hala sportowa która okazała się idealna na tego typu spotkanie. Przyjechało nas 550 osób, spotkałem przyjaciół i znajomych z różnych części kraju. Był to dodatkowy bonus tego wyjazdu spotkania z dawno nie widzianymi trzeźwymi ludźmi. O wyznaczonej godzinie po krótkich prezentacjach Bob rozpoczął swoją opowieść, słuchałem z zaciekawieniem .Pierwsze co do mnie dotarło to, że alkoholicy na całym świecie są tacy sami, zabójczy jest dla nas pierwszy kieliszek. To z czym mogłem się jeszcze utożsamić to, że większość moich problemów w życiu było spowodowane moim egoizmem. Kolejne ważne rzeczy które do mnie dotarły, po tak wielu latach trzeźwości bardzo ważny jest codzienny kontakt z Bogiem. Podczas krótkich przerw na gorąco wymienialiśmy się swoimi odczuciami i spostrzeżeniami ze spikerki Boba, oraz dyskutowaliśmy na różne wspólnotowe tematy. Jedną z ważniejszych rzeczy z której mogłem skorzystać dotyczyło VI Kroku, coś co słyszałem już wiele razy, ale czasami trzeba usłyszeć coś po raz ,,enty” by dotarło. Ważna jest gotowość do pozbycia się swoich przywar a jeśli jej brakuje to nie należy się o to obwiniać, tylko prosić swojego Stwórcę aby taki czas nadszedł. Nasunęło mi się tez pewne porównanie, być może niesłuszne, ale słuchając Boba odniosłem wrażenie że w Stanach terapia jest dodatkiem do AA u nas w Polsce czasami mam wrażenie że jest odwrotnie. Ogromne znaczenie w uzyskaniu i utrzymaniu trzeźwości według słów Boba odgrywa sponsorowanie , dzielenie się swoim doświadczeniem z nowicjuszami .Z radością słuchałem tego jak wielu ludzi trafia do AA i nie mają oporów do przyjęcia pomocy sponsora oraz podejmowania się prostych służb już od pierwszych dni trzeźwości. Ciekawie spędzony czas mijał szybko i nawet się nie spostrzegłem jak upłynęło kilka godzin i nadszedł koniec spotkania. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych ,,Misiaków”, uścisków życzeń pogody ducha, oraz do zobaczenia na szlaku, kilka pamiątkowych zdjęć i mogliśmy wracać do domu. Myślę że każdy z obecnych usłyszał to co było mu potrzebne na dany czas, wracałem do domu bardzo zadowolony i wcale nie czułem zmęczenia jeśli będę miał okazję wziąć udział w podobnym spotkaniu to dołożę wszelkich starań aby się tam zjawić. Pozdrawiam Wszystkich serdecznie
Robert AA


MOJE ODCZUCIA Z POBYTU NA KONFERENCJI SŁUŻB REGIONU AA WARSZAWA.

W dniach 13 - 14 czerwca 2015 roku w Ożarowie Mazowieckim czynnie uczestniczyłem w spotkaniu roboczym służb naszego regionu jako pełniący obowiązki sekretarza. Było to moje trzecie spotkanie ze służebnymi na Konferencji. Wcześniej przyjeżdżałem jako mandatariusz. Pamiętam, że jak zostałem wybrany do pełnienia służby mandatariusza to starałem się na ten temat jak najwięcej dowiedzieć. Uczestniczyłem w warsztatach, szukałem infonnacji w literaturze oraz pytałem przyjaciół ze Wspólnoty na czym właściwie ta służba polega. Jak zbliżała się Konferencja to na Intergrupie Wars omawialiśmy wnioski oraz pobrałem od łącznika intemetowego biuletyn ze sprawozdaniami i innymi istotnymi infonnacjami. Materiały te przeczytałem uważnie ponieważ pragnąłem przyjechać na Konferencję jak najlepiej przygotowany. Mimo moich szczerych starań wiele sytuacji i tematów na Konferencji było dla mnie nowym doświadczeniem. Podobnie było i w tym roku, jedna trzecia mandatariuszy przyjechała po raz pierwszy i jak się okazało nie wszyscy wszystko rozumieli. Na szczęście w programie Konferencji były bardzo ciekawe warsztaty między innymi na temat służby mandatariusza. Zaproszeni goście podzielili się swoim doświadczeniem i myślę że wszyscy dużo skorzystali z naszego wspólnego pobytu W Ożarowie. Dla mnie osobiście bezcenne są rozmowy w tak zwanych kuluarach, na przerwie czy późnym wieczorem po zakończeniu pierwszego dnia Konferencji. Można wtedy osobiście porozmawiać ze spikerami i innymi służebnymi, dopytać się o szczegóły czy po prostu podzielić się swoim doświadczeniem z pełnionych przez nas służb. Jak zwykle nie obyło się bez spomych dyskusji, wymiany swoich racji oraz emocji. Ja wierzę, że nasza wspólnota jest pod opieką Siły Większej i że wszyscy chcemy naszego wspólnego dobra. Chociaż czasami się różnimy w swoich poglądach to zawsze potrafimy wspólnie wypracować odpowiednie na daną chwilę formy wspólnego działania na rzecz naszej wspólnoty oraz w celu jak najlepszego niesienia posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Uważam, że AA nie lubi rewolucji i musimy w sposób ewolucyjny, małymi kroczkami dojrzewać do nowych wyzwań jakie kolejne lata nam przynoszą. Wierzę, że ciągle się rozwijamy i z roku na rok jesteśmy coraz doskonalsi w naszych działaniach. Czasami jednak popełniamy błędy ale zawsze można złożyć wnioski na następne takie spotkanie i za rok ponownie rozpatrzeć dany problem. Bywa, że w grę wchodzą nasze osobiste ambicje lub zachwycamy się rozwiązaniami w innych regionach i chcemy natychmiast wszystko zmieniać bo tam jest lepiej, bo tak powinno być itp. Myślę, że różnorodność naszej Wspólnoty jest naszym wielkim bogactwem a poszczególne Regiony mają swoją specyfikę i chociaż dążymy do wspólnych rozwiązań zawsze będziemy się od siebie różnili szczegółami. Wybraliśmy nowych służebnych do służb Regionu, ja też kandydowałem i zostałem obdarzony zaufaniem do służby sekretarza. Mam nadzieję, że poradzimy sobie z naszymi obowiązkami i będziemy Wspólnie się wspierać W naszych działaniach. Wpłynęły nowe wnioski na następną Konferencję i wierzę, że Bóg jakkolwiek go pojmujemy obdarzy nas mądrością i dokonamy właściwych wyborów kierując się naszym wspólnym dobrem.
DarekAA


WIELKA KSIĘGA STRONA 72...

Do AA przyszłam na chwilę, na kilka miesięcy. Nie wierzyłam w ówczesną terapię, a zapragnęłam umrzeć na trzeźwo, to znaczy bez procentów we krwi. Nic więcej. Bo umierałam - to pewne. Umierałam nie tylko na alkoholizm, ale również zdiagnozowano u mnie inną śmiertelną chorobę - nowotwór. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Zatem skoro nie potrafiłam wyleczyć się sama ani z jednej, ani z drugiej choroby, to z pierwszą poszłam do specjalisty lekarza, a z drugą do specjalistów z AA. Mała dygresja - Na stronie 72. W książce ,,Anonimowi Alkoholicy” wypisane są pięknie, malowniczo i przekonywająco zdania, które alkoholicy w AA nazwali OBIETNICAMI PROGRAMU. Ja je też tak nazywałam i nazywam, szczególnie wtedy, gdy na mityngu, na zakończenie czytam ten urywek wydrukowany i laminowany na papierze A4. Ta fonna OBIETNIC funkcjonuje na mityngach i jest sprzedawana przez BSK. A co ze mną? Przewrotnie mogę napisać - nie osiągnęłam rezultatów, po które przyszłam do AA: nie umarłam DO TEJ PORY. I nie wiem, czy umrę na trzeźwo. Jestem pewna jednak, że nie piję alkoholu od ponad 10. lat i nie mam żadnych innych uzależnień. Z nikotynizmem też sobie poradziłam. Zawiązałam trwałe przyjaźnie W AA. Jak prawdziwi przyjaciele - wspieramy się w najtrudniejszych momentach naszego życia, niezwiązanymi z uzależnieniem, ale równie groźnymi chorobami, wielkimi problemami. Opiekujemy się sobą nawzajem, wspieramy. Zaczęłam odróżniać DOBRO OD ZŁA. Korzystam z tej wiedzy przy wyborze osób, którym pozwalam być przy sobie blisko. Zrealizowałam swoje marzenia i skończyłam studia, zrobiłam specjalizację w zawodzie, w którym mogę pomagać innym. Bóg da -to jeszcze mogę długo pomagać. Nie boję się ludzi, którzy są mi nieprzyjaźni - potrafię stawiać granicę i nie pozwalam nikomu ich przekraczać. Od czwartego miesiąca uczestnictwa w AA pełnię różnorakie służby w AA i pracuję jako wolontariusz poza Wspólnotą. To mi pozwala pozbyć się użalania nad sobą i lęków przed złymi ludźmi. Takim, którzy wciąż krzywdzą i psychicznie i fizycznie. Są tacy wokół. Najważniejsze jednak, że znam siebie. Uporządkowałam swoje życie duchowe i materialne. Zajęło mi to więcej niż kilka miesięcy. Dziś mówię teraz mogę odejść, dołączyć do przyjaciół na Wiecznym Mityngu. Czy to źle? Na pewno nie! Dobrze, że krok po kroku, pracując ze sponsorką, słuchając tych życzliwych i tych nieżyczliwych poznałam Program AA i wiem na pewno: OBIETNICE spełniają się, jeśli nad nimi pracuję, UCZCIWIE pracujemy. Tak jest W moim przypadku. Uczciwość W SOBIE I W INNYCH CENIĘ NAJBARDZIEJ. Z nieuczciwością dziś mi nie jest po drodze. Cenię odwagę u innych, bo sama jestem odważna. Cenię uczciwość, bo sama jestem uczciwa. Cenię miłość, bo wiem, jak ona jest ważna, by żyć, by być wśród ludzi. Pozdrawiam,
„Marta ” z Warszawy


MOJA DROGA DO WSPÓLNOTY, A WŁAŚCIWIE
MOJA DROGA DO WOLNOŚCI

Przepiękny sobotni ranek. Dzisiaj jestem wdzięczny za to, że żyję. Słyszę, oddycham, widzę, obserwuję otaczający mnie świat, po prostu żyję. To nie jawa, to rzeczywistość. Jest lipiec 2015 roku.Wracam myślami do czwartku i spotkania z przyjacielem ze Wspólnoty w PIK-u na Brazylijskiej, który zaproponował mi napisanie paru słów do ,,Mityngu”. Pojawia się myśl, a może stać mnie na napisanie tych kilku zdań. Pamiętam, że było to w ubiegłym wieku- 1997 lub 1998 rok. W moje ręce wpadła książka pt. „Nie piję” autorstwa Dicka Selviga i Dona Rileya wydana przez PARPA W 1994 roku. Na jednej ze stron przeczytałem napis: „Poradnik dla Alkoholików, ich rodzin, przyjaciół i bliskich”. O kurczę, to nie dla mnie, to nie ja, jaki ze mnie alkoholik. Jest praca, idę po szczeblach drabiny zawodowej szybko i pewnie. Nawet Bóg mi w tym pomaga stawiając na mojej drodze ludzi, dzięki którym awansuję zawodowo. Jest to poparte moją kreatywnością i umiejętnością odnalezienia się w danej chwili tam, gdzie trzeba. Pojawiają się jednak małe, cienkie, wręcz niewidoczne ryski. Wówczas ich nie dostrzegam. Gdy czytam wspomnianą książkę, na stronie 302-tej dochodzę do treści ,,Dwunastu Kroków AA”. Autor pisze ,,Sformułowane są tak pięknie, a zarazem tak prosto, że nie ma w nich, co mogliby krytykować i czemu mogliby zaprzeczać alkoholicy niealkoholicy”. Czytam kroki, które nic mi nie mówią, a jeszcze ci ,, alkoholicy”. Jednak zwracam uwagę na dopiski autorów obok każdego kroku. I tak kolejno przy kroku pierwszym - utrata wolności, przy kroku drugim- alkohol jest wielkim problemem. To nie dotyczy mnie, jaki ze mnie alkoholik, skoro jestem wolny jak ptak. Robię to, co chcę, żyję według swojego uznania i cały świat mam przed sobą. Wracam do rzeczywistości, do życia, pewny siebie i swoich sukcesów. Mijają lata, jeszcze siłą rozpędu moje życie obfituje w pozytywy. Hucznie Witam XXI Wiek, oczywiście z alkoholem, który coraz częściej mi towarzyszy. Nie tylko w dni wolne od pracy, ale także po pracy i w pracy. Na początku świetnie się kamufluję, wykorzystując swoje zdolności. Jest rok 2001, a może 2002 i dla mnie katastrofa- śmiertelna choroba mojej mamy. Dzisiaj wiem, że alkoholizm-moja choroba- też jest chorobą śmiertelną. Diagnoza lekarzy jest ostateczna i nieodwracalna. Ja już piję, właściwie moja pijacka karuzela nabiera tempa. W maju 2003 roku umiera moja najukochańsza mama, a ja piję. Chodzę na cmentarz pijany i tam płaczę. Karuzela rozpędza się, W 2006 roku tracę bezpowrotnie moją ulubioną pracę. Jestem już W ciągu od wielu miesięcy. Odsuwam się od rodziny, i po prostu życia. Spadam w otchłań, gdzieś w niebyt. Nawet nie pomagają mi modlitwy do Boga. Jest koniec 2006 roku- ja ,,na dygocie”, ciśnienie 220/120, już bez alkoholu. Pierwszy raz W życiu proszę o pomoc teściową, żonę ,,pomóżcie, bo ja sam nie daje rady”. Odbywam wizytę w przychodni zdrowia. Jestem po rozmowie z panią psycholog. Mówię, że chcę się dostać do Instytutu na Sobieskiego do Woronowicza. Gdzieś, kiedyś o nim słyszałem albo czytałem. Niestety pani psycholog mówi, że ,,nasz rejon” to Pruszków. Ja? Do Pruszkowa? Do czubków? Siedzę na korytarzu po rozmowie z panią psycholog i pojawia się myśl. Przecież 200 metrów stąd jest sklep z piwem. Raz, dwa, trzy i będę na miejscu. Wypiję jedno, może dwa piwa i szybko wrócę. Żona się nie zorientuje i będzie wszystko dobrze. Dziś wiem, jak działa moja choroba. Jest styczeń 2007 roku, spotkania, co czwartek w Ośrodku Terapii Uzależnień przy ul. Sobieskiego w Warszawie. Dodatkowo mam zaliczyć pięć mityngów i je opisać. Mroźny wieczór, chodzę bez celu i sensu po dworze. Tak po prostu, chyba dla oderwania się od rzeczywistości. Kiedyś w dzieciństwie lubiłem gołębie, pomagałem nawet starszemu koledze w ich hodowli. Na jednej z uliczek widzę stojących męźczyzn przy gołębniku. Nie znam tych ludzi, nie wiem dlaczego, ale do nich podchodzę. Mówię, że lubię gołębie i czy mogę od czasu do czasu podejść i popatrzeć. Jeden z nich zgadza się na moje wizyty przy gołębniku, mimo że mnie nie zna. Cieszę, że będę mógł wrócić do dziecięcej pasji. Idę we wtorek na 18:00 na swój pierwszy mityng w związku z zaleceniami z OTU, żeby dostać się na terapię. Schodzę po schodach do podziemia Kościoła. W pewnym momencie zaczynam się cofać, ale jakiś chłopiec, chyba ministrant, widząc moje wahania i niepewność mówi, że mityngi to właśnie tutaj, schodami na dół i za drzwiami w lewo i jeszcze raz w lewo. Wchodzę do sali, a tam na mityngu siedzi mój nowo poznany hodowca gołębi. I tak 16 stycznia 2007 roku rozpoczęła się moja przygoda ze Wspólnotą. W środę popielcową w 2007 roku jestem pierwszy dzień na terapii w OTU na Sobieskiego. W Wielki Piątek opuszczam „Biały Domek” z dyplomem ukończenia terapii. Od tamtej pory regularnie chodzę na mityngi AA, czytam literaturę, rozmawiam ze sponsorem i oczywiście pełnię służby we Wspólnocie.
PS. Dzisiejszego ranka odnalazłem książkę, W której pierwszy raz przeczytałem o Dwunastu Krokach Anonimowych Alkoholików. Hodowca gołębi to od kilku lat mój sponsor i mój najlepszy przyjaciel.
Mirafiori Alkoholik


MITYNGI

Chciałbym Wam napisać na temat mityngów. Co mi daje chodzenie na nie i jak zaczynałem przygodę ze wspólnotą AA. Na początku terapii chodziłem na mityngi na Kolskiej bo tak miałem zapisane w kontrakcie a nie bo chciałem. Siedziałem nie kumając o co chodzi. Słuchałem ale nic mi nie wchodziło w głowę. Zastanawiałem się po co mnie tam wysyłają. Obskurna sala w piwnicy i mnóstwo osób. Po co mam słuchać jak gadają alkoholicy, jak sobie zmarnowali życie przez gorzałę. I jeszcze w przerwie się uśmiechają do siebie. Jakaś chora akcja, myślałem wtedy. I dopiero mityng spikerski na Nowowiejskiej zmienił moje podejście. Wielka sala, mnóstwo osób i gość, który mówił o mnie. Słuchałem jak zaczarowany jak opowiadał o swoim życiu. Wtedy dostałem strzałem wspólnoty AA. Pamiętam jak wychodziłem z mityngu, czułem jakbym brał udział w jakimś czary mary. Czułem lekki strach ale też nadzieję. Pomyślałem „cholera jak koleś mógł wyjść z takiego bagna to ja też mogę”. Jak wróciłem na odział wieczorem opisałem to zdarzenie w dzienniczku uczuć. To był dla mnie moment zwrotny w sprawie mityngów. Wychodząc po 8 tygodniach z terapii, wracałem na mityngi na Kolskiej. To tu była moja grupa. To tu byli moi znajomi, którzy tak jak ja po skończeniu terapii na Kolskiej wracali na nią. Mityngi na Kolskiej to też moje torty rocznicowe, które obchodziłem. Bo tort to jest nie tylko dla mnie. To też nadzieja dla innych, że można żyć bez alkoholu a ja dmuchając kolejną świeczkę, jestem dowodem na to. Takim co można dotknąć, pogadać. Przyznam się, że nadal spotykam tego gościa z Nowowiejskiej na mityngach. Patrzę na Niego z boku i przypominam sobie co mówił. Jakby wtedy ten mityng był tylko dla mnie a On wystąpił i mnie zaczarował. Pozytywnie. Oczywiście, zdarza mi się, że jakaś wypowiadająca się osoba mnie denerwuje. Wtedy takie wypowiedzi mityngu uczą mnie pokory i cierpliwości. Pamiętam jak nie lubiłem wręcz jednego kolesia, który swoją wypowiedzią potrafił mnie zagotować w środku. A później jak się okazało, życie tak się potoczyło, że poznałem go bliżej, razem pracowaliśmy na krokach i teraz jesteśmy bliskimi kumplami. Zdzwaniamy się, składamy życzenia świąteczne i rocznicowe. Mityngi pozwalają mi na pozbycie się negatywnych emocji, wypowiadając się na mityngu. Ale też słuchanie i tylko siedzenie wokół znajomych z AA daje mi spokój. Tak wkręciłem się w mityngi, że z znajomymi z terapii utworzyliśmy dodatkową środową grupę na Kolskiej, gdzie mityngi odbywają się o 17.30. Z dumą przychodzę tam. Bo to jest moja grupa, moja obskurna sala . Jedno wiem. Każda terapia się kiedyś kończy i wtedy zostają mityngi i znajomi z AA. To podstawa trzeźwości. I jak nie chce się Wam iść na mityng na początku swojej drogi to zmuszajcie się aby pójść. Bo nie wiadomo kiedy, pojawi się osoba, usłyszycie coś co Was przekona do mityngów. Ja zostałem trafiony i zarażony. I wiem, że jak mi się coś dzieje to mam gdzie pójść i powiedzieć o tym. Dostać wsparcie. A najważniejsze jest to to, że nikt nie zrozumie mnie alkoholika lepiej jak drugi alkoholik.
Marcin alkoholik