MITYNG 09/219/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



JAKI MAM DZIŚ STOSUNEK DO ŻYCIA

Wielokrotnie zastanawiałem się, jakie jest moje zdrowienie jakie jest obecne, codzienne życie. Czym się różni się od tego z przed kilku lat? Ostatnich kilka lat uzmysłowiło mi i na każdym kroku znajduję tego potwierdzenie, że trzeźwe życie wcale nie jest trudne, przeciwnie nie wymaga wyszukanych rozwiązań, ale właśnie prostoty, czyli bezwarunkowego przyjęcia przesłań Programu Dwunastu Kroków i stosowania ich w codziennym życiu. Wtedy to nie będzie ciągła walka, aby się nie napić, a tak widziałem, traktowałem trzeźwienie czy raczej abstynencję. Po raz pierwszy również dostosowałem życie osobiste, zawodowe do programu i procesu zdrowienia, a nie odwrotnie tak, jak dotychczas, gdy pracę nad sobą i swoim zdrowieniem często odkładałem na bok. Okazało się, że mogę żyć godnie, uczciwie, co daje mi dużo radości i spełnienia, a udział w mityngach i służba w AA wcale nie zakłócają innych obszarów mojego życia, co przez wiele lat było moim koronnym argumentem, że zdrowienie i praca nad sobą w różnych formach (Wspólnota AA, terapie) są nie do pogodzenia z pracą zawodową czy życiem rodzinnym. Są i jeszcze je wzbogacają. O wartości, które były dla mnie obce. Efektem jest to, że postrzeganie mnie przez innych, przede wszystkich najbliższych, mój dotychczasowy wizerunek egoisty człowieka zakłamanego, bezwzględnego, bez skrupułów, który tworzyłem przez tyle lat zmienia się, (choć to powolny proces). A te cechy charakteru, uczucia, wartości, które ujawniały się bardzo rzadko, teraz są normą. Np. pół roku temu spotkałem swojego dawnego szefa, który zwolnił mnie za picie oszczędzając mi dyscyplinarki, a wobec którego zachowałem się podle. Staruszek jest na emeryturze. Przeprosiłem go, podziękowałem za życzliwość. Pamiętam jego i moje wzruszenie. Osób, które widzą mnie teraz zupełnie inaczej jest coraz więcej.. Sam sobie też mogę spojrzeć bez obaw, wstydu, niechęci w twarz. Dziś minęło ponad 6 lat od mojego ostatniego picia. Wymienione przed chwilą wartości wracają, bo są istotą mojego życia, które bez nich nie miałoby sensu. Na razie nie męczy mnie głód alkoholowy ani kac. Nie zaczynam dnia od picia. Nie podkradam i nie chowam alkoholu jak ostatni męt. Nie przemykam się chyłkiem jak złodziej do sklepu. Nie odstraszam swoim wyglądem i zachowaniem innych. Nie ukrywam się, jak tchórz nie otwierając drzwi i nie odbierając telefonów. Nie poświęcam przyjaźni, uczciwości i innych wartości dla alkoholu. Mogę natomiast każdemu śmiało spojrzeć w oczy. Budzę się każdego ranka z uczuciem ciepła, pogody ducha i radości, że nie jest mi potrzebny „klin”. Jest natomiast zadowolenie, pewność, ciekawość, co przyniesie nowy dzień. Mam plany, zamierzenia. To podstawowy warunek, aby realne stały się inne moje marzenia. Przede wszystkim jednak konieczne jest wyjście z izolacji, a nie odrzucanie, bo moim zdaniem nie będę trzeźwym, a więc dojrzałym i szczęśliwym człowiekiem bez pomocy ze strony innych ludzi. Potrzebuję kontaktu z nimi, a przede wszystkim z tymi, którzy z cierpliwością wskazują mi rozsądną drogę postępowania, którzy uczą mnie mądrze myśleć. Potrzebuję tych, którym mój los nie jest obojętny. Którzy potrafią z dystansu popatrzeć na moje postępowanie i życzliwie, ale stanowczo przestrzegą, gdy się zagubię i wskażą błędy. Obecnie bardzo istotna, a wręcz decydująca o jakości mojego życia jest duchowość. Tylko w sferze duchowej mogę odkryć sens swojego życia i godną hierarchię wartości. W przeciwnym wypadku (a tak było przez większość mojego życia, gdy piłem) byłbym nadal niewolnikiem ciała, popędów, emocji, a w konsekwencji alkoholu, nie wiedząc przy tym, kim jestem i po co żyję. Czasami spotykam się z przyjacielem. Niezbyt często z uwagi na nasze odległe miejsca zamieszkania. Jest również alkoholikiem. Wyjaśnił mi, że jedną z najważniejszych części składowych duchowości jest wspomniany już system wartości, a w nim odpowiedzialność. Jest to oczywiście ponoszenie konsekwencji za swoje czyny, uczciwość, dotrzymywanie słowa i wiele innych. Ale to również przewidywanie tych konsekwencji i niedopuszczanie do nich. To również przewidywanie uczuć, jakie wywołuję u innych swoim postępowaniem, czyli po prostu empatia. A bywa, że o tym zapominam. Znamienny jest przykład z ostatnich tygodni. Któregoś dnia czekałem na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. Ulica była pusta, żadnego samochodu. Miałem zamiar przejść. W tym momencie do przejścia zbliżyła się grupa dzieci pod opieką wychowawczyni. Poczekałem na zielone światło. Opiekunka uśmiechnęła się sympatycznie Zaskoczony odwzajemniłem uśmiech i po chwili zrozumiałem w czym rzecz. Przecież przekazuje im także bezpieczne zasady poruszania się na ulicy. Zatem moje zachowanie było potwierdzeniem słuszności jej pracy wychowawczej, a nie zaprzeczeniem w wypadku gdybym przebiegł przez ulicę na czerwonym. Stąd to podziękowanie, z czego w pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy. Zmierzam do tego, że egzamin z duchowości, odpowiedzialności uczciwości, empatii i wszystkiego, co się z tym wiąże zdaję na każdym kroku w codziennym życiu. W różnych miejscach: na ulicy, w sklepie, w rodzinie czy w miejscu pracy. Czasem zadaję go pomyślnie, jak w opisanym zdarzeniu, ale bywa, że jest inaczej. Nie znaczy to, że jestem dla wszystkich życzliwy, sympatyczny. Mam jasno określone swoje granice. Nie jest mi po drodze z tym, kto je przekracza, ale nie czuję do takich ludzi uraz czy nienawiści. Po prostu mówię im o tym. Na zakończenie chcę przedstawić kilka zasad, którymi chciałbym się kierować:

Oczywiście, to zbyt wyidealizowany wizerunek mnie, jako człowieka i mojego stosunku do życia. Na pewno taki nie jestem, ale jest we mnie gotowość do dokonywania zmian, aby takim być. Widzę w tym pewne analogie do Szóstego i Siódmego Kroku AA. Na pewno nikt nie usunie wszystkich moich wad i braków, ale jestem na to gotowy. Z tym ściśle wiąże się pojęcie pokora. W moim obecnym życiu nie obniża poczucia mojej wartości, a tak właśnie uważałem przez wiele lat. Przeciwnie dowartościowuje mnie. Ale o tym napiszę przy innej okazji.

Pozdrawiam wszystkich Wojtek



JUŻ W POŁOWIE DROGI ZADZIWIŁY MNIE OSIĄGNIĘTE REZULTATY

Nie należałam do tych szczęśliwców, którym udało się wytrzeźwieć za pierwszym razem. Na terapię i do wspólnoty trafiłam 20 lat temu i po ośmiu miesiącach abstynencji znów zaczęłam pić. Po siedmiu latach picia z małymi przerwami na lepsze samopoczucie pojawiły się myśli samobójcze. Uważałam, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie i że tak naprawdę jestem sama w tym złym świecie, przez co życie straciło dla mnie sens. Moja Siła Wyższa miała jednak inny plan wobec mnie. Znów trafiłam na terapie i mitingi i znów próbowałam wytrzeźwieć jednak po roku piłam odnowa. Sześć lat temu myślałam, że ten kołowrotek nigdy się nie skończy. Nie wierzyłam w cokolwiek i w kogokolwiek na ziemi i w niebie, że może pomóc mi w zaprzestaniu picia. Mimo to zapragnęłam innego bardziej wartościowego życia jednak wiedziałam, że żeby je mieć muszę odstawić alkohol. Tylko jak to zrobić? Postanowiłam spróbować jeszcze raz drogi AA i drogi terapii. Muszę przyznać, że ten powrót jest bardziej bolesny niż poprzednie. Na terapii i mitingach usłyszałam, że mam pokochać siebie. Słyszałam to wcześniej, ale cały czas z tym walczyłam uważałam to za zbyt egoistyczne przecież do kochania mam rodzinę. Gdy zaczęłam pracować nad pokochaniem siebie byłam pełna buntu, ale też bałam się, że powrócę do picia. Zaczęłam od patrzenia w lustro i przekonywania siebie, że jestem wartościową dziewczyną póki nie sięgnę po pierwszy kieliszek. Później z Aśki stałam się Asią i bardzo o to walczyłam by tak do mnie się zwracano. Dziś pomału staję się Joanną, czyli dorosłą kobietą a nie skrzywdzoną dziewczynką, którą byłam przez całe życie. Praca nad sobą pokazała mi też jak mam niskie poczucie wartości. Dla mnie osoby, którą rodzina traktowała jak drugi gatunek człowieka i która przez całe życie nosiła piętno córki mordercy znalezienie zalet graniczyło z lotem w kosmos. A jednak pomału, gdy zaczynałam coraz bardziej kochać siebie to zaczęłam odkrywać w sobie zalety niestety jeszcze trudno mi się do nich przyznać, ale wiem, że to kiedyś nastąpi. Wady swoje, gdy je odkrywam powierzam Sile Wyższej nie zastanawiając się czy są mi w tej chwili przydatne. Natomiast wierzę, że jeśli przyjdzie czas Ten na Górze się nimi zajmie. Dziś wiem, że pokochanie siebie to jest egoizm, ale w najczystszej swojej postaci. Ponieważ dzięki temu mogę pomału sobie wybaczać i zadośćuczynić a bez tego ani nie dam miłości moim bliskim ani nie wybaczę nikomu jak też nie będę potrafiła zadośćuczynić innym za wyrządzone im krzywdy. Dzięki włożonej w siebie pracy jestem potrzebna nie tylko swoim bliskim, ale również cierpiącym alkoholikom i znalazłam sens i cel życia, którego wcześniej nie miałam. Życie nabrało dla mnie wartości a przecież nie przeszłam nawet połowy drogi i rezultaty już widzę

Warszawa 17.07.2015 J.G


PRZESTAĆ PIĆ? TO BYŁO NAJPROSTSZE!

Nie będę opisywał swojej historii od początku, swojego pierwszego kieliszka, czy pierwszego kontaktu z alkoholem. Ten etap każdy z nas – alkoholików, ma bardzo podobny. Ja też. Mam wrażenie, że pod tym względem „jesteśmy kserokopiami”. Gdy ktoś mówi: jestem alkoholikiem, to właściwie wszystko pozostałe o nim wiem.  Może i nie upiłem się od pierwszego razu, może zacząłem późno, bo ok. „19”. Nie byłem w więzieniu i nie byłem bezdomny. Przeciwnie zawsze dużo i ciężko pracowałem, nie byłem w stanie przepić pieniędzy, które zarabiałem. Byłem nieśmiertelny, bardzo pewny siebie, boski. Nikt z moich znajomych nie orientował się w moich problemach. Los pozwalał mi osiągać wszystkie cele. Miałem bardzo dobrze prosperującą działalność, piękną żonę i fajne dobrze rozwinięte dzieci. Tak było. Ale była też ciemna strona mojego życia, o której wiedziała moja żona i coraz bardziej dorastające dzieci. W wyniku nacisków żony, (mojej znienawidzonej al-anonki) tak wówczas myślałem, przestałem pić. Poddałem się terapii, a potem przez wiele lat uczestniczyłem czynnie w życiu AA. Przyświecała mi chęć oddania i przekazania tego, co dostałem od Was. Nie chcę tu wymawiać swojej służby, ale chyba oddałem z nawiązką. W moim pojęciu, służba dla AA, pozwoliła mi też zadośćuczynić to, czego nie mogłem zadośćuczynić osobiście. Wiem, że wielu kolegom się to nie spodoba, ale tak uważam. Wypełniłem wszystkie służby w grupie, kilka w intergrupie i kilka w Regionie. W służbach Krajowych AA też miałem swój udział. Zaangażowanie i nakłady zaowocowały wzrostem mojej odpowiedzialności i pogłębienia wiedzy o sobie. Moje „niechciane” cechy pokazały się w pełnym świetle, a dobre, te dobre zostały docenione i wypolerowane krytyką i oceną. Dziś mogę Wam podziękować za to. To właśnie gorzkie słowa, może czasem i niesprawiedliwe, nauczyły mnie pokory. Te przykre były najbardziej uzdrawiające. Żadna terapia pogłębiona czy nie, nie nauczyła mnie tak wiele zasad, których nie sposób pominąć w drodze do trzeźwego życia. Różne zdarzenia sprawiły, że odsunąłem się nieco w cień od służb, dając miejsce innym AA. Może zbyt nagle to nastąpiło? Tak musiało być! Dobrze się stało! Od czasu do czasu chodzę na mityng AA, jak na mszę, cały obrzęd jest mi wiadomy, teksty, wypowiedzi, celebracja i banalne i doskonałe jednocześnie. Najbardziej potrząsają mną wypowiedzi tych, którym bardzo ciężko żyć, są na początku drogi do trzeźwości, stracili wiele, trudno mi sobie wyobrazić jak ja bym sobie teraz poradził. Dziękuję za te słowa. Mnie niczego nie brakuje. Mam wszystko, czego potrzebuję. Uratowałem zdrowie, mam dochód pozwalający godnie żyć, jestem sprawny i czuję się wolny od nałogu. Zapytasz być może – jak długo nie piję? Ilość lat nie ma istotnego znaczenia. Tak długo jak piłem! Taka miara, dzisiaj wydaje mi się najbardziej wymierna. Zapragnąłem, żyć pełną piersią jak przeciętni ludzie. Stać się na powrót pełnowartościowy. Zauważyłem, że mogę rozwijać dawniej zaniedbane pasje. Sport, rekreację, sporty ekstremalne, taniec i turystykę. Zupełnie niechcący, niezauważalnie głęboko w to wszedłem. Nie zerwałem zupełnie kontaktu z AA, ale spostrzegłem, że poza AA istnieje piękny i barwny świat, interesujących zajęć, ludzi, wykształconych i wartościowych (o wiele bardziej niż ja). Realizujących się zawodowo, piastują prestiżowe i odpowiedzialne stanowiska. Biegają do późnego wieczora na różniste zajęcia rekreacyjne i dokształcające. Chapią to życie, aż miło popatrzeć. Próbuje naśladować ich. Gdzie ja rozum miałem, kiedy byłem młody? Jedyne, co przychodziło mi do głowy wówczas to „zabawić się” (napić). Choć większość moich dzisiejszych znajomych nie pije, nie jest alkoholikami, niektórzy zupełnie symbolicznie zażywają alkoholu. Ja to nadal zauważam, wiecie dlaczego? Bywam na weselach i w środowiskach gdzie alkohol występuje, nie zauważyłem jednak, aby ktoś przesadzał jak ja dawniej. Ja o sobie i swojej przeszłości mówię niechętnie. Nie chwalę się „jestem alkoholikiem”, nie uważam, że to mój wielki sukces, nie sikać w spodnie. Oczywiście używam tu wielkiego skrótu, metafory. Nie czuję potrzeby obwieszczania swojej choroby wszem i wobec. Nie demonstruję też swojej wiary czy przynależności religijnej. To moja sprawa. Kogo to obchodzi? Nikt nigdy nie zapytał mnie, dlaczego nie piję. Po prostu „nie” i koniec sprawy. Normalni ludzie nie pytają - dlaczego! Niestety konsekwencją mojej choroby i jej objawów jest brak rodziny. Kilka lat temu rozwiedliśmy się z żoną. Dzieci wydoroślały i poszły w tak zwany świat. Czasem dokucza mi samotność. Wiele z tego żałuję. Nie da się cofnąć czasu i żyć inaczej! Teraz z perspektywy umniejszam „winę żony”. Próbuję sobie układać życie na nowo. To jednak nie takie proste. Dopiero teraz wiem, co miał na myśli aowiec 20 lat temu - mówiąc: „co jeszcze musisz stracić żebyś zrozumiał?” Nie ma, moim zdaniem tzw. „normalnych” i „nienormalnych” jak to się czasem u nas mówi. Np: kobiety spoza al. anon są po prostu inaczej pogmatwane! Co za różnica? W prawo czy w lewo? Nie narzekajcie, możecie trafić gorzej! Jestem alkoholikiem. To bardzo utrudnia sprawę w nowym związku. Wcześniej czy później pojawia się stwierdzenie z tej „drugiej strony”: „mam wrażenie, że nie wszystko o sobie mówisz, coś ukrywasz, że czegoś nie dopowiadasz”. Ta kobieca intuicja! Raz spróbowałem powiedzieć, źle poszło! Nie czuję potrzeby picia! Nie. Ale po weselu miałem suchego kaca przez 3 dni! (nie ma zmiłuj) Szkoda mi czasu i zdrowia na chlanie. Jest tyle interesujących zajęć, których bym chętnie jeszcze spróbował, Co to za pytanie - pić, czy nie pić? Poza tym chyba bym się nie spodobał „nowym” znajomym - pijany. Wielu z tych pozaowskich kolegów i koleżanek jest o połowę ode mnie młodszych. Mimo różnicy wieku bardzo dobrze się dogadujemy. Bardzo mnie to cieszy, że jeszcze nie stetryczałem. Gdybym mógł cofnąć czas? Ech! To naprawdę fajni ludzie. Bardzo miłe jest, gdy gdzieś na ulicy, przypadkiem, piękna para podchodzi do mnie, wita się pozdrawia, jak kolegę i przyjaciela. Ale ty masz koleżanki i kolegów, powiedziała z zazdrością moja przyjaciółka. Ano mam. Dobrze, że nie widziała poprzednich! Nauczyłem się żyć i mieszkać sam, co dawniej mnie przerażało, ciągle sprawiają mi trudność zakupy spożywcze. Nie znoszę prasowania, ale to robię, nie będę przecież „wygnieciuchem”! Nie nauczyłem się gotować, chodzę do barów. Trudno dla jednej osoby zrobić mielonego z połową jajka! Czyszczę i sprzątam mieszkanie, choć to nie łatwe! Zmorą jest zabałaganiony stół, na który rzeczy chyba same wyłażą z szuflad. Wobec bałaganu na stole ogłaszam bezsilność! Białe prania wychodzą ostatnio bez kolorowych łat! Jest dobrze! Wiele trudu wkładam codziennie w zwykłe bytowe czynności, które dawniej żona załatwiała. Nie doceniałem tego. Czasem włącza mi się tęsknota za sielanką rodzinną. Najtrudniejszy jest okres świąt. Jest jednak coś, co wszystko wynagradza! Dziś nie piję, cieszą mnie pasje, jeżdżę na wakacje, od rana do wieczora mam spokój, aż nadto. Marzę żeby wyjechać na Wyspy Zielonego Przylądka. Mimo różnych niedogodności bycia samemu, ostatnie 4 lata są najlepszymi dotąd w moim życiu. Zacząłem normalnie żyć, o własnych siłach i na swój rachunek. W AA było łatwo, wszyscy znali „12 zasad”. Tu w życiu „cywilnym” codziennie dostaję wycenę, ile jest warta moja trzeźwość. Kogo tu obchodzą jakieś tradycje? „Albo pasujesz do otoczenia, albo wyjazd z baru i znowu jesteś sam”! Nikomu łaski nie robisz, że jesteś! Życie w trzeźwości, wśród przeciętnych ludzi jest dla mnie trudne, czasami ogranicza mnie uzależnienie, ale za to jest bardziej kolorowe, różnorodne. Być alkoholikiem, to nie jest najgorsze, co mogło mi się przytrafić!

Pozdrawiam czytelników Mityngu – anonimowo



STOSUNEK DO ŻYCIA

Po skończeniu terapii moje podejście do życia diametralnie się zmieniło. Nagle zacząłem zauważać takie drobiazgi w życiu, że sam się dziwiłem. Jednym z tych drobiazgów był sen. Okazuje się, że potrafię przespać całą noc bez wspomagania. Później to wstąpienie do wspólnoty AA. Tam otrzymałem wsparcie, zrozumienie i pomocną dłoń. Program Dwunastu Kroków okazał się nie tylko sposobem na nie picie, ale także moim nowym sposobem na życie. Ludzie z AA mówili mi, abym oddał się temu programowi a wkrótce zobaczę zmiany. Zaufałem i po woli krok po kroku dokonywałem zmian i widziałem, jakie robię postępy. Następnie okazało się, że dając dobroć dostaję ją też i często nie spodziewając się tego. Dzięki temu, że nie piję, swojej pracy na programie AA i pracy z terapeutą zmieniło się moje życie osobiste. Spotkałem na swojej drodze przyszłą swoją żonę. Potrafiłem założyć na nowo rodzinę i wychowywać syna tak jak potrafię najlepiej, chociaż nie mieszka on ze mną. Moje życie na trzeźwo okazało się czymś nowym, ale bezpiecznym i dającym satysfakcję. Tak jak na początku bałem się żyć bez wódki teraz ona mi była nie potrzebna. Oczywiście cały czas pamiętam o niej, ale już jako o czymś, co warto mieć w pamięci, aby uważać do czego mnie doprowadziło moje picie. Będąc w terapii i realizując program AA po woli odzyskiwałem siebie, swoje wartości moralne oraz szacunek. Rodzinie mogłem spojrzeć w oczy a jak coś obiecałem byłem w stanie dotrzymać słowa. Radość w oczach mojej mamy była najlepszym przykładem na zmiany jakie zachodziły we mnie. Ja sam widziałem jak się zmieniam. Na nowo poznawałem uczucia, na nowo uczyłem się je nazywać i przeżywać. Bardzo dużą pomoc uzyskałem też od żony. Była moją równoważnią. Jak wchodziłem na wysokie obroty, pomagała mi wyhamować. Nie raz ustępowała dla naszego dobra i po opadnięciu emocji tłumaczyła mi, co źle zrobiłem. To ona chodziła ze mną na mityngi i na spotkania świąteczne organizowane w budynku na Kolskiej, gdzie skończyłem terapię. To ona też namówiła mnie na to, abym chodził na detoks z posłaniem i mówił o sobie i swojej drodze ku trzeźwości. Dziś nie wyobrażam siebie swojego życia bez jej pomocy. Wielu osobą jestem wdzięczny za pomoc i wskazówki, jakich mi udzielali na początku mojej trzeźwości a także udzielają teraz. Poznałem wielu przyjaciół alkoholików, którzy są bardzo blisko mojemu sercu. Kiedyś bym nawet nie pomyślał, że będę znał takie osoby a co mówić o tym, że byłem w stanie się przed nimi otworzyć i pokazać swoje całe życie. Praca na programie Dwunastu Kroków, pokazuje mi jak mam żyć. Niekiedy nawet przeszkadza, ale w dobrym tego znaczeniu. Jak chcę pójść na skróty, od razu łapię się na tym i staram się nie kombinować. Nie oszukuję, aby nie mieć problemów. Dużo biorę teraz na serce a nie na głowę. A jak coś mi się nie układa i nie mogę sobie z tym poradzić, chociaż próbowałem zostawiam to i ufam mojej Sile Wyższej, że mi pomoże. Pomoże, ale nie zrobi za mnie. Dziś patrzę na swoje życie z uśmiechem i radością. A kiedy przychodzą słabsze dni i chce mi się płakać, nie szukam ucieczki tylko proszę o pomoc. Bo życie bez alkoholu, chociaż wydawało mi się nie możliwe, jest bardzo realne i prawdziwe. Nie zamazane, szare, smutne i szczątkowe tylko kolorowe, wesołe i pełne niespodzianek. A ja chcę żyć i brać z życia jak najwięcej, dzieląc się przy okazji swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją.

Marcin AA


MÓJ STOSUNEK DO ŻYCIA 

Z niechęcią wracam do tego, co było. Czasem jest mi to potrzebne, żeby zobaczyć, z czego zostałam wyrwana. Moje życie było brudne, obelżywe, bez miłości, pełne strachu. Widziałam świat szary i zawężony. Kiedy poznałam ludzi z AA, dali mi nadzieję na życie i to lepsze życie. Byłam pełna obaw, mimo to podjęłam decyzję, że spróbuję żyć bez alkoholu. Dostałam od AA wsparcie, jakiego wcześniej nie miałam – prawdziwe wsparcie. Moje oczy coraz lepiej widziały, gdy zaczęłam zmieniać siebie. Świat stawał się kolorowy, ludzie milsi, a ja polubiłam siebie. Moje konsekwencje picia już mnie tak bardzo nie przerażały. Pozbyłam się strachu. Pojawiło się dużo otuchy i chęci do dalszego działania i zmian. Określiłam swoją Siłę Wyższą. Był nią Bóg. Zobaczyłam Jego działanie w moim życiu: Tyle było i jest do naprawy. Były i są łzy. Idę dalej. Nie rezygnuję. Czasem słyszę od ludzi, że nie podoba się im ta moja przemiana. Ja zaczynam coraz bardziej podobać się sobie. Moje chęci do życia zamieniły się w pragnienie stania się lepszym człowiekiem. Życie ze słonego zmienia się na słodsze, choć problemów mi nie brak. Rano wstaje słońce, dla mnie świeci. Ptaki śpiewają, a ja mam chęć krzyknąć całemu światu: WITAM WAS, TO JA! Nie jestem szczęśliwą alkoholiczką. Wierzę jednak, że do szczęścia niedużo mi brakuje. Od kiedy przestałam pić nie wszystkie decyzje podjęte przeze mnie były dobre. Nie przejmuję się już tak, jak kiedyś. Wiem, że nie jestem i nie będę doskonała, lecz mam dążyć do doskonałości. I co najważniejsze – już nie jestem sama. Jest ze mną Bóg i Wy.

Dziękuję. A KASIA A


PODRÓŻ DO MOŁDAWII 

Ostatnio byłem na Konferencji AA w Mołdawii. Zasugerowano mi, że dobrym pomysłem byłoby napisanie artykułu na ten temat i sądzę, że to dobra sugestia. Artykuł poniżej, wiem, że to nie na temat wiodący, ale być może się przyda. Słowa, że ja bez AA sobie nie poradzę, ale AA beze mnie owszem są w moim wypadku jak najprawdziwsze. Jak również to, że Program działa, kiedy my działamy. Gdy tylko odsunę się od kontaktu z trzeźwiejącymi alkoholikami, przestanę żyć Programem i przekazywać to, co otrzymałem. Moje stare nawyki, schematy myślenia i zachowania wracają bardzo szybko. Odkryłem, że kocham podróżować. Szczególnie na Wschód, choć od mojego języka rosyjskiego bolą mnie ręce, picie jest tam powszechne i popularne, a alkoholizm traktowany jako społeczne wykluczenie, nie choroba. Teoretycznie nie najlepsze miejsce dla  trzeźwiejącego alkoholika, ale cóż. Żeby nie być nieszczęśliwym na własne życzenie, podczas swoich podróży szukam jakiegokolwiek kontaktu ze Wspólnotą. Podczas swojego ostatniego wyjazdu udało mi się poznać AA w Mołdawii, które pomimo tego, że ma 24 lata, dalej jest w początkowej fazie rozwoju. Wspólnota liczy zaledwie kilkadziesiąt osób na 4 miliony mieszkańców, są dwie grupy i to w jednym mieście, zapicia są częste, mało kto chce wchodzić na Program. Taki stan rzeczy oraz to, że dostałem zaproszenie na ich konferencję zmotywowało mnie do działania. Po powrocie do Polski miałem wielkie poczucie misji, które na szczęście zostało zweryfikowane przez rzeczywistość. Zamiast 50-60 osób, jak sobie to wyobrażałem, pojechało nas dwóch (jak się później okazało, Ten Na Górze wiedział ilu ma nas jechać). W międzyczasie były momenty kiedy chciałem odpuścić i zrezygnować, ale miałem odczucie, że powinienem tam być. Podróż była męcząca. Kiedy wjechałem dziurawą drogą o brzasku do stolicy, zastanawiałem się, po jaką cholerę ja tutaj wróciłem. Delikatniejsze, ale podobne odczucie miałem będąc już na konferencji - wszyscy mówią po rosyjsku, prawie nikt po angielsku, nie mam z kim porozmawiać, niby fajnie że tu jestem, ale równie dobrze mogłoby mnie tu nie być. Mój Przyjaciel miał dać spikerkę na dowolny temat, ja z wielką chęcią powymieniałbym doświadczenia, ale nie mam z kim. Wieczorem dzień przed wystąpieniem Przyjaciela dowiedziałem się, że ja też będę miał spikerkę po angielsku, która będzie tłumaczona. Lęk, poczucie misji, żądza aprobaty i podziwu - wszystkie te uczucia zaczęły naprzemiennie mnie opanowywać. Projektowałem, planowałem, analizowałem swoją przyszłą wypowiedź. W pewnym momencie powiedziałem „stop!” i poprosiłem moją Siłę Wyższą, aby była przy mnie jutro. Nie pamiętam dokładnie swojej wypowiedzi, wiem, że była dłuższa niż planowano, ale nikt mi nie przerywał. Wiem też, że robiłem przerwy na tłumaczenie w odpowiednich momentach. Mój język był prosty i jasny. A moja wypowiedź harmonijna, spokojna i inspirująca. Skąd to mogę wiedzieć? Bo to nie ja mówiłem, powierzyłem się zupełnie mojej Sile Wyższej i to Ona przeze mnie przemawiała. Jestem pewien, że gdybym odsłuchał swoją spikerkę nie uwierzyłbym, że to moje słowa. Słyszałem ludzi, którzy mieli takie doświadczenie i nie chciałem im wierzyć. Dopóki tego nie doświadczyłem. Kiedy wracałem do Polski tą samą drogą, już wiedziałem, po co tam pojechałem i czułem w sobie to, co daje dobrze postawiony Dwunasty Krok.

Pozdrawiam i pogody ducha, Michał.


ZADZIWIAJĄ MNIE OSIĄGNIĘTE REZULTATY 

Kiedy zostałem przywieziony na detoks, a następnie poszedłem na 8 tygodniową terapię zamkniętą zostawiłem za sobą zgliszcza swojego dotychczasowego życia. Stoczyłem się na dno, rozpadło się moje małżeństwo, prawie straciłem kontakt z synem, zaszyłem się, brałem anticol, mieszałem alkohol z prochami, spędziłem noc na izbie wytrzeźwień, straciłem prawo jazdy za jazdę po alkoholu. Byłem samotny z wyboru i w samotności piłem, tracąc po kolei resztki zaufania, szacunku rodziny, bliskich. Budziłem się w miejscach nic nie pamiętając, okradziony, poobijany i w okropnym stanie. Oszukiwałem wszystkich, kradłem, kłamałem na zawołanie zmyślając niestworzone historie, aby tylko nie była moja wina. Moje wartości moralne były zerowe i nie obchodziło mnie co mówią inni, ponieważ mnie interesowała wtedy tylko moja butelka. Ona była najważniejsza na świecie i nie wyobrażałem sobie bez niej życia. Brałem ją wszędzie i dbałem, aby zawsze przy mnie była i chociaż były dni, gdzie już nie mogłem jej pić to i tak walczyłem, abyśmy mogli się połączyć. Terapia pokazała mi, co to jest choroba alkoholowa, jak ona działa i jak mogę spróbować zatrzymać ją. Po wyjściu z terapii zacząłem pracę na programie Dwunastu Kroków a także chodziłem na mityngi. W między czasie realizowałem terapię poszpitalną podpartą różnego rodzaju warsztatami. Powoli odnajdywałem w sobie pokłady wartości, które były zapite. Zacząłem od nowa uczuć się poznawać uczucia, nazywać je i w końcu samemu je dawać drugiemu człowiekowi. Na nowo poznawałem co to bliskość, zrozumienie, pomoc. Przełamywałem się prosząc o pomoc i sam też jak mogłem pomagałem innym. Na mityngu usłyszałem, że jak będę dawał dobroć to i ta dobroć kiedyś wróci do mnie. Moje życie zaczęło się zmieniać. Po woli kroczyłem do przodu, uważając na wszystkie niebezpieczeństwa czuwające na mnie. Przestrzegałem zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików i uwierzyłem, że nie warto sięgać po pierwszy kieliszek. Moi znajomi z terapii, którzy jednak sięgnęli, wrócili do poprzedniego życia a dla mnie to był dowód na to jak przebiegła jest ta choroba. Ważnym też odkryciem moim było to, że to trzeźwienie i kontynuacja terapii jest dla mnie a nie dla syna, rodziców czy bliskich. Będąc w wspólnocie AA poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy są dla mnie oparciem w ciężkich chwilach mojego życia. To dzięki im, ich doświadczeniu krok po kroku robiłem postępy. Nawet ponad 2 letnia walka rozwodowa, nie była taka straszna, bo miałem mnóstwo wsparcia. Nagle okazało się, że alkoholicy to bardzo przyjaźni i pomocni ludzie, którzy pomagali mi z przyjemnością i bezinteresownie. Będąc trzeźwym udało mi się normalnie funkcjonować, łączyć pracę z życiem osobistym. Mogłem spotykać się z synem, chociaż nie mieszkamy razem a nawet, co rok wyjeżdżać z nim na wakacje. Odzyskałem zaufanie najbliższych i uśmiech na buzi moich rodziców. Po odbyciu kary, zapisałem się na kurs prawa jazdy i zdałem egzamin. Znowu się zakochałem i od roku jestem szczęśliwym „młodym mężem”. Każdego dnia rano budzę się obok kochanej osoby. Nawet jak boli mnie głowa lub źle się czuję, wiem, że to za jakiś czas minie a nie, że muszę znowu uzupełnić alkohol we krwi. Będąc alkoholikiem nawet nie wiedziałem, że się tak rozwinę emocjonalnie i będę głodny wszystkiego, co straciłem pijąc alkohol. Teraz jak wyjeżdżam z żoną na wakacje to interesuję się kulturą i obyczajami, jakie panują w danym kraju. Poznaję nowe miejsca, które wcześniej znałem tylko z filmów przyrodniczych. Jestem w szoku, co straciłem pijąc nad polskim morzem przez tydzień w knajpie lub na plaży. Ale chyba najważniejszym i najbardziej cennym osiągnięciem moim jest powrót do wiary i codziennej modlitwy. Modlitwa dodaje mi poczucia bezpieczeństwa i możliwość pracy na programie Dwunastu Kroków. Dziś nie kłócę się ze swoją Siłą Wyższą tak jak kiedyś jak piłem. Dziś dziękuję jej za to, że jestem trzeźwy i że mogłem spokojnie przeżyć kolejny dzień z mojego życia. Dziś nie żądam tylko proszę. A jak nie spełnią się moje prośby to się nie wściekam tylko tłumaczę sobie, że widocznie muszę jeszcze poczekać. Oczywiście nie czekam aż samo mi spadnie z nieba tylko pomagam. Bo aby być tym, kim jestem dziś, musiałem dokonać prawie nie możliwych rzeczy. Ale jak widać można było i warto było. Dziś jestem szczęśliwym i uśmiechniętym małżonkiem. Dobrym i czułym ojcem a także kochającym synem dla moich rodziców.

Marcin alkoholik


DRUGI CIERPIĄCY

Mam na imię Darek jestem alkoholikiem i narkomanem. Początek mojego trzeźwienia zaczął się od detoksu w szpitalu, bo nie mogłem sam wyhamować. Przyszli tam alkoholicy z AA i powiedzieli, że jakiś czas już nie piją i wiedzą, jak żyć na trzeźwo. Nie ufałem im, ale wyczerpałem już wszystkie znane mi sposoby, więc pokornie, bardziej z lęku przed powrotem do dawnego życia, zrobiłem, co mówili. Po detoksie i ośmiomiesięcznej terapii, częściowo zamkniętej, zacząłem trzeźwieć od mitingu do mitingu. Po około pół roku pozazdrościłem moim przyjaciołom-weteranom tego niesienia posłania na detoksie i zapytałem czy ja mogę. Były głosy, że to może za wcześnie, ale ja byłem uparty i się udało. Wigilię już tego roku spędziliśmy we dwóch: z moim sponsorem na detoksie. Trochę później przyjaciół alkoholików, którzy chodzą do Aresztu w Kielcach terapeutka opiekująca się narkomanami w tym samym zakładzie poprosiła o pomoc. Wiedząc, że mam krzyżowe uzależnienie, spytali mnie czy mogę? Mieszkam w Warszawie – pomyślałem - to świetnie, mając w pamięci Wigilię na detoksie. Bez wahania zgodziłem się. Przecież Ci ludzie cierpią i szukają rozwiązania. Chodziłem tam z przyjaciółmi-alkoholikami z podobnym do mojego doświadczeniem uzależnienia krzyżowego raz w miesiącu. Mówiliśmy o tym, że znaleźliśmy rozwiązanie na Programie Dwunastu Kroków AA i pracy ze sponsorem. Z czasem przyszła refleksja, że to robota bardziej dla przyjaciół z AN. W Kielcach takiej nie było, więc pojechałem na konferencję AN w Krakowie. Przyjaciele uzależnieni przyjęli tę możliwość entuzjastycznie. Słyszałem, że teraz na tym oddziale jest zdrowienie Dwanaście Kroków AN i praca ze sponsorem. Jestem wdzięczny Bogu i alkoholikom, że mogłem doświadczyć takiej drogi. Mało chwil z mojego trzeźwego życia mogę przyrównać do Wigilii na detoksie i pierwszej wizyty w areszcie kieleckim. Cierpiący w tych miejscach mówią o naszej chorobie w taki sposób o jakim zapominam w swojej pysze. Sprowadzają mnie na ziemię, za co jestem im szalenie wdzięczny. Teraz, kiedy te moje „ważne” sprawy potrafię odłożyć na bok i pójdę na detoks, czy do więzienia, to za każdym razem dostaję od nich, to, czego nigdy bym się spodziewał dostać, gdybym pierwszy raz do nich nie poszedł.

Darek AA.


...O WIZYTÓWCE 

Pomysł wizytówki zrodził się na Zespole ds. Literatury; jakiś czas temu. Idąc za przykładem innych regionów, które takowe wizytówki już posiadają zastanawialiśmy się, czy i w naszym regionie byłaby ona przydatna. Musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie:, Do kogo ma być skierowana i jak ją przekazać by najlepiej spełniła swoje zadanie? Po jakimś czasie otrzymaliśmy sygnały, że w środowisku profesjonalistów-terapeutów, byłaby ona bardzo mile widziana, że na coś takiego czekają. Przy tworzeniu ostatecznego kształtu wizytówki zasięgnęliśmy również opinii Zespołu Informacji Publicznej. Tak przygotowany projekt uzyskał akceptację Rady Regionu i oddaliśmy go do druku. Dziś przekazujemy wizytówkę Wam Drodzy AA, ufając, że z odpowiedzialnością przekażecie ją tam gdzie znaleźć się powinna. Myślimy tu o terapeutach, lekarzach, kuratorach, MOPS. dzielnicowych itp. Chcemy poprzez ten tekst przekazać Wam informację, że jako Region mamy takie narzędzie, jakim jest wizytówka, i że każdy AA, który ma możliwości dotarcia z nią do ww. środowisk może z tego skorzystać. Mówcie o tym na grupach, intergrupach, zespołach. Liczymy na Waszą odpowiedzialność, aby dotarła ona do tych profesjonalistów, a za ich pośrednictwem do jak największej ilości alkoholików, którzy wciąż jeszcze cierpią, aby mieli oni tą samą wspaniałą szansę, z której my dziś korzystamy. Ufamy, że w niektórych sytuacjach stanie się praktyczniejszym narzędziem niż niebieska ulotka informacyjna czy książeczka adresowa albo stanie się narzędziem równoległym do nich. Świadomie zdecydowaliśmy się, by druga strona pozostała pusta. Może być w ten sposób wykorzystana do zanotowania numeru telefonu lub „namiarów” na najbliższy mityng. Wierzymy, że zostaną wykorzystane w celu, dla którego powstały, dlatego zdecydowaliśmy, by były dostępne u kolporterów intergrup bez opłat.

Zespół ds. Literatury Regionu Warszawa


ZZA KRAT 
W WIĘZIENIU ZACZĄŁEM ZNOWU CHODZIĆ NA MITYNGI AA

Moje pierwsze próby picia alkoholu zaczęły się gdy miałem 13 lat. Było to po śmierci mojej mamy i to właśnie wtedy zaczęły się w moim młodym życiu bardzo duże problemy; w większości przez picie alkoholu. Chodziłem wtedy jeszcze do szkoły podstawowej i nieraz opuszczałem lekcje, aby pójść i zarobić lub komuś coś pomóc w zamian za parę groszy, aby mieć na najpotrzebniejsze rzeczy, gdyż na ojca nie mogłem liczyć. Ojciec mój był i jest czynnym alkoholikiem. Wiele razy, gdy wracałem ze szkoły do domu zastawałem ojca z kolegami, jak urządzali sobie libacje. Miałem bardzo trudno się uczyć i odrabiać lekcje. Nie miał mnie kto dopilnować, więc powoli przestawało mi się chcieć uczyć. Potem zacząłem kraść ojcu alkohol, aby się upić i o wszystkim zapomnieć. Gdy już skończyłem szkołę podstawową i więcej się już nie uczyłem, zacząłem pracować i coraz więcej pić. Miałem też kolegów, którzy mi sprzyjali. Mówili, że niby wszystko jest ok. i nic przecież nie mam do stracenia, bo jestem sam. Tak moje życie się toczyło: z dnia na dzień, praca, picie itd. Aż do 21 roku życia. Wtedy pamiętam jak przez cały rok piłem: dzień po dniu do nieprzytomności. Dosłownie wszystko co popadło, razem z „wynalazkami”. Do tego stopnia, że całkowicie mi na niczym nie zależało. Wtedy myślałem, że i tak nie mam po co żyć. Dużo znajomych mi tłumaczyło, żebym się wziął w garść i trochę się ogarnął, a przede wszystkim tak nie pił, bo skończę pod sklepem albo dwa metry pod ziemią. Potem jeden znajomy mi powiedział, że jeśli chcę, to może mi dać parę wskazówek. Powiedział, żebym poszedł do psychologa lub do jakiegoś lekarza, bo być może mi pomogą: „Szkoda, żebyś w takim wieku zmarnował życie”. Po przemyśleniach: „za i przeciw”, stwierdziłem, że może warto coś z tym zrobić. Przecież to mi nie zaszkodzi, a może tylko pomóc. Za jakiś czas wziąłem się garść i poszedłem do psychologa, który mi powiedział, że mam problem z alkoholem, i dobrze by było, abym zaczął chodzić na mityngi AA. Psycholog powiedział mi, gdzie są takie mityngi i mniej więcej na czym one polegają. Wtedy się posłuchałem i poszedłem na swój pierwszy mityng. Na początku byłem trochę w szoku. Patrzę, a tu siedzi parę osób przy stoliku, na którym pali się świeczka. Przedstawiłem się i powiedziałem, że mam problem z alkoholem, i dlatego tu przyszedłem. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy mnie bardzo serdecznie przywitali. Wytłumaczyli mi, na czym polega taki mityng. Posłuchałem paru historii ludzi, którzy tak jak ja mają problem z alkoholem. Później przez pewien czas chodziłem na mityngi. Dużo słuchałem, rzadko się wypowiadałem. W wieku 26 lat poznałem swoją (dziś już byłą) żonę. Wtedy zaświeciło dla mnie słońce byłem bardzo szczęśliwy. Niedługo po tym, jak się poznaliśmy wzięliśmy ślub cywilny. Powoli w moim życiu zaczęło się wszystko układać. Po niespełna dwóch latach urodziła nam się wspaniała córeczka. Od tego czasu zamieszkałem u żony. Poszedłem do normalnej pracy, a żona zajmowała się dzieckiem. Gdy tylko miałem okazję, starałem się chodzić na mityngi AA. Dzięki nim przestałem pić i stanąłem na nogi. Przez cztery lata było wszystko bardzo dobrze. Po tym okresie zaczęły się kłótnie z teściami, z żoną i z babcią. Najczęściej o mieszkanie. Że u nich mieszkam. W końcu chciałem z żoną zamieszkać u mnie lub coś wynająć, ale i takie rozwiązanie nie odpowiadało żonie i teściom. Z tego wszystkiego popadłem w coraz większe nerwy, bo nie wiedziałem, co mam robić; i tak było źle. Czy w jedną stronę, czy w drugą - to zawsze coś nie grało. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem pić od nowa. Straciłem pracę, ciągle się kłóciliśmy i w końcu żona mnie wyrzuciła z domu. Powiedziała, że nie będzie mieszkać z alkoholikiem i wariatem, że jak przestanę pić i zacznę się leczyć, to zastanowi się, czy chce być ze mną. Ja sobie z tego nic nie robiłem. Postępowałem tak samo, aż w końcu wzięliśmy rozwód. Potem bardzo tego żałowałem, że nic z tym nie robiłem, jak miałem szansę uratować małżeństwo. Nie minęło dwa lata od rozwodu i trafiłem do więzienia za przestępstwo po alkoholu. Teraz w więzieniu wiele myślę o tym, co robiłem, a co mogłem robić, żeby życie potoczyło się inaczej. W więzieniu zacząłem znowu chodzić na mityngi AA i zacząłem rozumieć swoje błędy popełnione przez picie alkoholu. Próbuje pomału rozumieć i analizować `Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji. Czytam dużo naszej literatury i codziennie modlę się do Boga o Pogodę Ducha i oto, aby Bóg dał mi taki dar, żebym również po wyjściu nie pił alkoholu. Mam nadzieje, że po wyjściu będę innym człowiekiem.

Życzę wszystkim zdrowiejącym alkoholikom powrotu do zdrowia i Pogody Ducha. Daniel z Mazowieckiego.



TO BYŁ DZIWNY DZIEŃ 

Pogoda podobna do dzisiejszej, słonecznie i ciepło. Przepity, nie mogłem wyjść ze stanu emocjonalnego rozbicia, byłem bardzo roztrzęsiony. Piłem bez pamięci któryś tam dzień. Nie umiałem zatrzymać tej karuzeli. A w kieszeni miałem karteczkę – 23.07.1996 godz. 10 - Spotkanie z terapeutą. Postanowiłem - pójdę, przecież obiecałem... Niech mnie wypędzą, przecież jestem jeszcze pijany, a takich nie przyjmują... Oni mnie odprawią. Pójdę dalej pić - to proste. Mam już gotowy plan. Resztkami sił myję się - ubieram w czyste rzeczy i w drogę. Kierunek Saska Kępa, „Centrum Odwykowe”. Jazda autobusem odbiera resztki sił, myśli kotłują się w głowie - kac coraz większy. Może wysiąść, bo i tak jestem jeszcze na procentach? – „Oni” mnie nie przyjmą. Jednak jadę do celu, na szczęście nie mam żadnych przesiadek. Uff wysiadam, i dosłownie i w przenośni. Papierosy i guma do żucia kupione w kiosku. Trzeba zapalić i odświeżyć oddech. Słabiutko jest, wewnętrzna rozsypka coraz większa. Po drugiej stronie ulicy sklep - mają tam piwo. Nagła myśl: muszę wypić piwo, bo się rozsypię. Już jestem przy ladzie - kupuję dwa. Piwo - papieros. I poprawka. Wraca energia, ale natłok myśli trwa. Do Ośrodka już niedaleko, parę set metrów do przejścia. Iść, czy wrócić do sklepu?!? Idę - teraz to już na pewno mnie wyrzucą, pieniądze przygotowane, plan picia coraz bardziej realny... Jestem pod Centrum Odwykowym, a tu niespodzianka terapeuta i pani doktor siedzą tym razem przy stoliku na zewnątrz przed wejściem. Witam się grzecznie i czekam na reakcję. Słyszę: - siadaj. Pani doktor wchodzi do budynku. Patrzymy na siebie. Jacek terapeuta-alkoholik mówi: - „Jak się od dzisiaj nie napijesz, to widzę cię na terapii za trzy tygodnie. Potrzebne są aktualne badania. I twoja obecność na grupie wstępnej przed terapią”. Nie wiem, co jeszcze powiedział - dał mi kartkę z datą następnej wizyty i terminem grupy wstępnej. Za chwilę miałem już skierowania na badania. Na drugi dzień robiłem prześwietlenie klatki piersiowej, a za parę dni badanie krwi... Nie napiłem się od tamtej rozmowy. Później myślałem - co takiego się stało i co mi takiego powiedział Jacek?·Dzisiaj wiem na pewno, że kluczem do tego, że podjąłem decyzję i działania w kierunku zmiany było to, że zostałem przyjęty w stanie, w jakim wówczas byłem, czyli pijany i roztrzęsiony. Później wykorzystałem wszystkie szanse żeby nie wrócić do picia. Piszę o tym, bo wiem, że wtedy terapeuta nie stawiał mi żadnych warunków. Ten fakt przypomina mi PIĄTĄ TRADYCJĘ AA: Dał mi wybór - terapia, czy "mój plan". Wybrałem to pierwsze i dzisiaj mija godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku - 19 lat

Pozdrawiam Wszystkich Paweł „Przy Trakcie”