MITYNG 10/220/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


CZY WYZBYŁAM SIĘ EGOIZMU?

Mam na imię Zojka. We Wspólnocie AA jestem od pięciu lat. Poznawałam ludzi ze Wspólnoty, uczyłam się od nich lepszego dobrego życia. Słuchałam ich czasami oceniałam. Pracując na programie 12 Kroków padło pytanie: czy wiem, czym jest egoizm? Owszem, wiedziałam, ale myślałam, że on mnie nie dotyczy - Zojki alkoholiczki. Przecież jestem dobrym uczynnym człowiekiem, kocham męża, rodzinę. Martwię się o nich oraz bliskich. Egoizm mnie nie dotyczy, to nie moja wersja. Krok po kroku pracując na programie poznawałam swoje wady i zalety. A więc znalazłam w sobie wadę egoizmu, swoją zazdrość o męża. Czyż   to nie egoizm? Mieć go na własność za wszelką cenę? Liczyłam się ja, tylko ja i to ja. To nic innego jak egoizm. Ciągłe podejrzenia. Czasami były słuszne, czasami nie. Kontrolowanie go, nie dawanie mu swobodnego życia. Cóż, że kochałam szaloną miłością, jeśli byłam wobec niego nieufna? Zrozumiałam to w pracy nad krokami. Postanowiłam to zmienić. Zaczęłam z nim rozmawiać, mówić otwarcie, czego chcę. Przestałam kontrolować go i darzyć zaufaniem. Zaczęłam rozumieć nie tylko jego i siebie samą. Dziś nie zazdroszczę nikomu, że żyje mu się lepiej niż mnie oraz to, że ktoś ma większe cele niż ja. Cieszę się, że komuś coś się udaje, że twardo stąpa po ziemi . Pozbycie się egoizmu było bolesne. Musiałam na nowo uczyć się żyć bez niego. Postanowiłam dać mu wolność i uwolnić się od podejrzeń; ja mam zmieniać siebie nie jego i wszystkich. Wyciągam swą dłoń do pomocy, gdy o tą pomoc mnie poprosi, staram się dzielić dobrym słowem, odpłacam podziękowaniem pomocą i uśmiechem. Tak myślę, a nawet jestem pewna, że egoizmu się pozbyłam, choć czasami kusi, ale go odrzucam, zadając sobie pytanie: po co? I co mi on da? Wolę być z ludźmi, w zgodzie i miłości do nich, chociaż jest to trudne, ale nie poddaję się, bo wiem, że warto być dobrym dla innych, że dając swoją miłość i wsparcie otrzymam to samo ze zwiększoną ilością. Wiem, bo tego doświadczyłam już nie raz. Cieszę się nawet z małych błahych rzeczy jak też cieszy mnie to, co inni mają i również cieszą się z tego. Nie zazdroszczę niczego nikomu tego, co osiągnął. Widocznie na to zasłużył. Umiem zrozumieć czyjąś rozpacz i ból. Czasami wolałabym nie widzieć i nie słyszeć innych problemów, bo czuję się z tym źle, dziś nie narzekam, że jest mi chwilami ciężko, biorąc życie takie, jakie jest - ze zrozumieniem go, tłumacząc sobie: inni maja gorzej i nie narzekają. Pozbywając się egoizmu jest mi lżej, mam więcej przyjaciół oraz serdeczności od nich. Spotyka mnie coraz więcej dobra, życzliwości i uśmiechu od bliskich mi osób, dlatego warto było pozbyć się egoizmu i stać się lepszą nie tyko dla siebie, ale i innych.

Pozdrowienia od Zojki AA

MOJE WDZIĘCZNOŚCI

Dziś jestem wdzięczna za wiele rzeczy, choć nigdy nie przypuszczałam, że tak będzie. Świat, w jakim kiedyś żyłam nie dawał mi nadziei na jakąkolwiek wdzięczność i za cokolwiek – tak kiedyś myślałam. A dziś jest inaczej na szczęście. Dziś jestem wdzięczna przede wszystkim za łaskę trzeźwienia, za łaskę odebrania mi obsesji picia, a raczej myślenia o napiciu się, a potem picia. Dziś już nie boję się swoich myśli, ale kiedyś było inaczej. Mówiłam – żeby tyko nie pomyśleć – i pomyślałam, i już było za późno, po stoczonej walce z samą sobą, przymus picia wygrywał. Racjonalizacja początkowo niewielka potem już bez znaczenia i wyjście do sklepu. Wdzięczna jestem mojemu Bogu, za wiarę, za moc modlitwy i ufność. Dostałam dar trzeźwego życia i mądrości. Mogę pomagać sobie i innym. Wdzięczna jestem rodzicom, pomimo, że byli dysfunkcyjni i krytyczni, a ojciec całe moje życie pił. Dziś jestem im wdzięczna za to, kim jestem, bo jestem wreszcie i żyję pełnią życia, świadomie, a mogłam zostać tą małą niedorozwiniętą emocjonalnie dziewczynką, zawstydzoną, bojaźliwą i naiwną. Wdzięczna jestem za całą moją rodzinę, która walczyła o mnie i udało im się mnie „uratować”. To dzięki ich determinacji i dzięki temu, że byli przy mnie, choć nie chciałam tego widzieć. Dziś jestem człowiekiem, kobietą, matką, córką, siostrą, wnuczką, przyjaciółką... Dzięki ich miłości, choć nie chciałam w to wierzyć. Dziś jestem wdzięczna mojemu synowi, który jest cudownym młodym, choć zbuntowanym człowiekiem i który musiał sobie radzić w rodzinie alkoholików. Za to, że sobie radzi z życiem lepiej niż ja w jego wieku, że się śmieje i ma przyjaciół, którzy go kochają. Za to, jaki jest. Dziś jestem wdzięczna mojemu szefowi, za to, że wierzył we mnie i ufa mi i jest tolerancyjny. Za to, że nauczył mnie wierzyć w siebie. Kasiu nawet nie wiesz jak jestem Tobie wdzięczna, że mnie wywaliłaś z roboty za picie. Dałaś mi szansę na nowe życie. Żyję nim teraz. Jestem tak szczęśliwa jak nigdy dotąd. Oczywiście sobie też jestem wdzięczna za odwagę zmierzenia się ze wstydem i lękiem, kiedy wróciłam do pracy, z której mnie wyrzucili. Za tę właśnie pracę też jestem wdzięczna, bo ją uwielbiam, ale ostatnio za dużo na nią narzekam a ona trwa już ćwierć wieku i daje mi cały czas satysfakcję, radość i byt dla mojego dziecka i mnie. Dziś jestem wdzięczna też za drugą bliską osobę i wszystkich ludzi, którzy stanęli na mojej drodze. Dzięki Wam wszystkim mogę zobaczyć swoje własne wady i cechy charakteru, mogę poznawać siebie samą i przede wszystkim zmieniać się. Dziękuję za, czasem twardą szkołę, jaką mi pokazujecie, za te przepłakane chwile w poduszkę, za wszystkie słowa, które przynosiły ból, ale i wytchnienie, i ile przemyśleń i zmian spowodowały, nawet chyba nie jestem w stanie ich opisać wszystkich, ile we mnie się zadziało, ile poczułam, ile mogę podziałać dzięki temu, że dostałam bolesną lekcję przyjaźni czy miłości. Nawet za to jestem wdzięczna, że „wszystko wraca”, bo wiem to już, sprawdziłam i mnie to mobilizuje do dbania o relacje z innymi. Łatwo nie jest, ale dobrze, bo gdyby było to wiem też, że nie byłoby to takie cenne i wartościowe. Dziś moja trzeźwość, moje dojrzewanie, dorastanie i uczenie się jest dla mnie najważniejszą wartością.
Wdzięczna Alkoholiczka Ula


MÓJ EGOIZM

Przy pracy nad krokami zdałem sobie sprawę, że me postępowanie było podporządkowane zaspokajaniu swoich instynktów i chciejstw. Robiłem to często egoistycznie, aby je zrealizować. Liczyło się tylko moje JA i tylko dla mnie. Nie liczyłem się z uczuciami czy potrzebami innych, raniłem i krzywdziłem ich. Nawet, gdy pomagałem lub robiłem coś dla kogoś, było to egoistyczne z mojej strony, gdyż liczyłem na uzyskanie jakiś korzyści dla siebie – czy to materialnej, uczuciowej czy po prostu akceptacji. W miłości liczyły się tylko moje potrzeby, podobnie było z seksem. Praca nad 12 Krokami i terapia pokazały mi, kim byłem i jak obecnie powinienem postępować i żyć. Poznałem, co to jest zdrowy egoizm i asertywność. Obecnie jestem egoistą w sprawach dotyczących mej trzeźwości czy sytuacji alkoholowych. Tu nie uznaję kompromisu liczę się tylko ja. Często stosuję tu zachowania asertywne. W życiu codziennym jednak jeszcze postępuję nie raz w sposób egoistyczny, gdyż moją dewizą życiową jest mieć święty spokój. Zdarza się, że racjonalizuję sytuację tłumacząc sobie i inny, że to może zagrażać mej trzeźwości, a w rzeczywistości wychodzi moje lenistwo lub ucieczka od odpowiedzialności. W wyniku procesu trzeźwienia złagodziłem swe instynkty i nie realizuję ich po „trupach”. Zauważam potrzeby innych i nie ranię ich uczuć. Lubię pomagać bezinteresownie, co wprowadza mnie w dobry nastrój i czuję się potrzebny. Chętnie pomagam ludziom na ulicy czy w autobusie. Staram się, też swym postępowaniem nie ranić innych i brać pod uwagę dobro innych przy realizowaniu własnych potrzeb i pragnień. Tego nauczyła mnie służba w AA i pomoc innym trzeźwiejącym alkoholikom. Czeka mnie jeszcze praca nad usunięciem swoich braków lenistwa, co zmniejszy mój egoizm jak również wypełniania woli Siły Wyższej, ale też muszę bronić swych granic bezpieczeństwa w sposób asertywny. Cieszę się, że zauważam innych ludzi i ich odmienność i potrzeby, a nie tylko własne. Te zmiany zawdzięczam pracy nad 12 Krokami i wprowadzaniu ich w życie codzienne.

Sławek AA


NIE WIEM JAK ZACZĄĆ, NIE WIEM OD CZEGO...

Tyle tego wszystkiego w moim życiu się wydarzyło. Wszystko ważne, bo każdy dzień był skutkiem poprzedniego i przyczyną następnego. Może, zatem najpierw od końca. Mam na imię Dorota i jestem alkoholiczką. 18. Kwietnia minęła trzynasta rocznica mojego trzeźwienia i dziś, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, ze jestem człowiekiem pełnym radości i chęci do życia, a co dla mnie równie ważne – szczęśliwą, spełnioną kobietą. A teraz od początku. Muszę w tym miejscu napisać parę słów o swoim dzieciństwie, bo mimo, że było długo przedtem, zanim odkryłam zbawienną moc alkoholu – tak naprawdę zaważyło na większości tego, co nastąpiło potem... Urodziłam się w tzw. dobrej rodzinie, w której nie było alkoholu, przemocy, żadnych patologii, ale… nie było także miłości – nie było jej dla mnie… Jedynym moim zadaniem było nie przeszkadzać, nie sprawiać kłopotów, nie zajmować nikogo swoim istnieniem. Moja matka chorowała na SM i w związku z tym miała bardzo poważne problemy przy moich narodzinach. Opowiadała mi często jak powitała mnie na tym świecie słowami: Boże! Tyle się namęczyłam i dziewczyna - brrrr !!!... Śmiała się przy tym. Ja tez się wtedy śmiałam. Dziś nie jest mi do śmiechu, gdy myślę, jak inaczej mogłoby wyglądać moje życie bez tej ustawicznej walki pomiędzy moją bezsprzecznie kobiecą naturą, a pragnieniem zasłużenia na akceptację matki i to nawet na długo po tym, gdy umarła. Podświadomie wyszukiwałam dowodów, na to, że nie jestem taka jak inne dziewczynki, a potem inne kobiety. Doprowadziłam w końcu do tego, że przez większość życia miałam ogromny problem z tożsamością. Konflikt wewnętrzny rozpoczęty od niemożności utożsamienia się z płcią, z czasem opanował pozostałe sfery mojego życia. Czułam się jakoś tak „pomiędzy” albo „nigdzie”. Z jednej strony pragnęłam gdziekolwiek przynależeć, zaś z drugiej – miałam wieczne poczucie, że nigdzie tak do końca nie pasuję. Łasiłam się do ludzi, biegłam wszędzie, dokąd mnie zawołali, nie zastanawiałam się, czy czyjeś towarzystwo mi pasuje, czy jest dla mnie odpowiednie – jedynym kryterium wyboru był fakt, że mnie chcą; nieważne dlaczego i po co.W wieku 15 lat po raz pierwszy spróbowałam alkoholu – zaczęłam od razu od wódki. Nigdy nie zapomnę tego fantastycznego, wypełniającego mnie uczucia ulgi, jakiego doznałam już po pierwszym kieliszku. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ustąpiło całe napięcie, żal, gorycz i smutek - przestałam być „inna”. To był przełom – właśnie odkryłam lekarstwo na wszystkie moje bóle! Wiele lat później poznałam ludzi, którzy po latach udręki spowodowanej uzależnieniem są trzeźwi i szczęśliwi. Mawiają oni m.in.: Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem… No właśnie. Tamtego lutowego dnia, kierowanie moim życiem (pośrednio lub bezpośrednio) przekazałam na wiele, wiele kolejnych lat wódzie, tylko, że wówczas nie miałam o tym pojęcia. Wydawało mi się, że panuję nad tym wszystkim, tylko rzeczywistość mnie przerasta, że na trzeźwo po prostu nie dam rady znieść losu, jaki przypadł mi w udziale. Byłam przekonana, że wszystko, co mnie spotyka jest wynikiem jakiegoś horrendalnego pecha, pasma nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Piłam, bo byłam nieszczęśliwa, Piłam bo byłam samotna. Piłam, bo nikt mnie nie rozumiał. Piłam, bo „ktoś” zabrał mi moje życie i siłą wepchnął mnie w jakieś inne – nie moje. Piłam, bo urodziłam się w nieodpowiednich czasach, w nieodpowiedniej rodzinie. Piłam, bo nie wyglądałam jak dziewczyny z bilbordów. Piłam, bo nikt mnie nie kochał. Piłam bo, bo, bo... - nie wystarczyłoby papieru na wypisanie tych wszystkich powodów… Moja samoocena, poczucie własnej wartości były na tak niskim poziomie, że chyba nie znalazłyby się na żadnej skali. A z drugiej strony, gdzieś w głębi duszy, czułam się dobra, szlachetna, pełna pozytywnych wartości, zdolna do miłości, poświęcenia, altruizmu, itd., itd. Miałam jednak przeświadczenie, że nikt mnie nie potrzebuje takiej, jaką jestem, że to, co mam do zaoferowania jest niewystarczające do zrównoważenia tych wszystkich moich niedostatków, wad, niedoskonałości. Przekonanie, że tak strasznie nie pasuję do tego świata, ze nie mam na nim własnego miejsca ani nikogo, dla kogo byłabym ważna, potrzebna, niezastąpiona – powodowało cierpienie, którego nie mogłam ukoić niczym poza alkoholem. Zresztą – dość szybko przestałam szukać jakiegoś innego sposobu na odzyskanie spokoju i radości życia. Myślałam po prostu, ze cokolwiek zrobię, to i tak nie zda się na nic, bo taka już widać moja karma – cierpieć z powodu okrutnego losu, niedoceniona przez podłych, bezdusznych ludzi. Nie chciałam już niczego więcej, jak tylko przetrwać, nie cierpieć, nie czuć bólu (z czasem wręcz fizycznego). Wódka była w zasięgu ręki, a co najważniejsze – działała natychmiast. Nigdy nie przemknęło mi przez głowę, że wszystkie te rzeczy, które brałam za przyczyny – były w rzeczywistości skutkami, że każdy kolejny kieliszek pogłębia pustkę, niezgodę, izolację, ból i samotność. Beznadziejnie czekałam, że coś się zmieni, że stanie się cud, że zjawi się jakiś przysłowiowy książę na białym koniu i zabierze mnie z tego bagna, które mnie otacza. Kompletnie nie kojarzyłam, że bagno jest częścią mnie, jest we mnie, a nie na zewnątrz, że moje życie w doskonały sposób wypełnia najkrótszą definicję obłędu „robisz w kółko to samo, a oczekujesz zmian”. Ta moja choroba, alkoholizm, działa tak, że paradoksalnie – w krótkich przebłyskach świadomości, gdy docierało do mnie, co ja wyprawiam, jak po kolei rujnuję wszystko, co kiedyś było ważne (dom, rodzina, dzieci, mąż, praca, szacunek, godność, moralność, wiara, uczciwość, przyjaźń, zaufanie, odpowiedzialność, etc) – byłam tak zdruzgotana i przerażona, że nie mogłam tego znieść i … musiałam się napić, żeby przeżyć. Moje wyobrażenie alkoholiczki nie odbiegało znacząco od powszechnego stereotypu – brudnej, zaniedbanej, śmierdzącej pijaczki, śpiącej byle gdzie i z byle kim, pijącej denaturat albo tanie wina. A ja cóż? Nie spałam na dworcu, nie kradłam po sklepach, nie byłam w areszcie, w izbie wytrzeźwień, nie „dawałam” za flaszkę, nie straciłam rodziny, pracy, domu…. itd., itd… Bardzo długo nie mogłam dostrzec, że od dawna jestem już na dnie, którym była kompletna i całkowita ruina mnie samej, mojego wnętrza i relacji bliskimi. W jakimś momencie z przerażeniem stwierdziłam, że wszyscy ważni dla mnie ludzie przestali już interesować się tym czy piję, czy nie piję i w ogóle, co się ze mną dzieje Spełnił się koszmar, przed którym przy pomocy wódki chciałam uciec. Przestałam istnieć, przestałam mieć znaczenie…Dziś wiem, ze wszystko to, co mieści się w stereotypie brudnej pijaczki – było także dla mnie tylko kwestią czasu, gdybym któregoś dnia nie dostąpiła łaski uwolnienia od obsesji picia. Stał się cud, o którym pisałam wcześniej, tylko, że nie książę na białym koniu był jego sprawcą, a szarpiący sięw delirium pijak przypięty pasami do łóżka na detoksie w Ząbkach. To dziwne i niewytłumaczalne, ale właśnie tak było. Nagle, w jednej chwili zrozumiałam, poczułam całą sobą kim jestem. I co dziwniejsze, zamiast przygnębienia, moje utożsamienie się z tym „menelem” (tak wtedy myślałam o tamtym człowieku) przyniosło mi niespotykaną wcześniej ulgę. Tak – w końcu byłam kimś naprawdę, w 100%, bezapelacyjnie, niepodważalnie. Po tych wszystkich latach, kiedy nie byłam tak naprawdę ani kobietą, ani matką, ani żoną, ani pracownikiem, koleżanką (chyba nawet człowiekiem już przestałam się czuć) – nagle miałam coś, czego mogłam się uchwycić. I tak właśnie zrobiłam. Niedługo po wyjściu z detoksu podjęłam terapię na Oddziale Dziennym na ul. Zgierskiej. Dowiedziałam się tam bardzo wiele o chorobie alkoholowej, o jej mechanizmach, o tym dlaczego żyłam… właśnie tak, jak żyłam. Zrozumiałam, że piłam nie dlatego, że jestem zła, podła czy głupia, ale dlatego że jestem chora na alkoholizm, który tak właśnie się objawia – utratą kontroli nad piciem dokładnie w chwili sięgnięcia po pierwszy kieliszek.Terapia pozwoliła mi odzyskać moje życie, ale także wziąć za nie odpowiedzialność – bo z niejakim zdumieniem dowiedziałam się, że to nie „ktoś”, nie los ani nie zbiegi okoliczności odpowiadają za to jak myślę i co czuję, tylko ja sama. Pamiętając o tym, co stało się z moim życiem, ze mną samą, a też i o tym, że alkoholizm jest chorobą przewlekłą i postępującą i śmiertelną, nie sięgam dziś po ten pierwszy kieliszek. W terapii dostałam wszystkie potrzebne „narzędzia” do radzenia sobie z problemami bez używania alkoholu. No i radzę sobie. Coraz lepiej sobie radzę. Cały czas pracuję nad tym, by się wzmacniać i rozwijać. Dużo czytam, spotykam się i rozmawiam z ludźmi podobnymi do mnie, korzystam z ich doświadczeń. Mam przyjaciół – kilku, ale za to prawdziwych, przez duże P. Nie czuję się już inna, wyrwana z kontekstu. Czuję jak moje wnętrze, które przez tamte poprzednie lata stało się wypaloną, pustą „czarną dziurą” powoli zapełnia się kolorami, uczuciami. Żyję. Po prostu żyję.
Dorota


PODRÓŻY DO MOŁDAWII C.D.

Niemal do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, kto pojedzie, czym pojedzie, jak pojedzie. Kiedy bowiem zaczynało się już wszystko układać - w sobotę dowiedziałem się, że jest chętna osoba i ma auto, to w poniedziałek zostaliśmy poinformowani, że jednak musi się wycofać. Razem z przyjacielem, który był wcześniej w Mołdawii i nawiązał kontakt z tamtejszą Wspólnotą byliśmy praktycznie jedynymi zdecydowanymi na jazdę tamże, niezależnie od okoliczności. Kryterium filtrującym sposób dotarcia były oczywiście możliwości finansowe. We wtorek wróciliśmy więc do usilnych poszukiwań komunikacyjnych, bo przecież we czwartek planowaliśmy wyjechać. Udało nam się kupić bilety na autobus, ale jedynie do Lwowa. No i w ten czwartek wieczór ruszyliśmy. Podróż - koszmar. Rano we Lwowie rozpoczęliśmy poszukiwania dalszego środka lokomocji. Najbardziej odpowiednia wydała nam się marszrutka czyli taki mini bus, ze względu na cenę oraz to, że miała ruszać lada chwila. Spędziliśmy w niej ponad 9 godzin, tłukąc się drogami (???!!!), no dobra, bezdrożami południowo wschodniej Ukrainy. Jeśli o mnie chodzi, to widoki skompensowały mi całkowicie duchotę i niewygodę tego środka komunikacji. Widok Kamieńca Podolskiego - bezcenny. Zresztą bieda i bród przeplatane wszechobecną coca colą nie robiły na mnie wielkiego wrażenia. Przed laty podróżowałem po Rumunii i tychże właśnie krańcach byłego Związku Sowieckiego. I prawdę powiedziawszy jest tam coś czego nie znalazłem nigdzie indziej, coś czego nie potrafię nazwać. Coś co umyka moim umiejętnościom opisu. Jedynym chyba znanym mi (nie osobiście) człowiekiem, potrafiącym oddać tamtejszy klimat jest Andrzej Stasiuk. Miałem jego twórczość przed oczyma (duszy) w tym zapchanym, śmierdzącym, podskakującym na niewyobrażalnych wertepach mercedesie. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejscowości Mohylew Podolski czyli miasta granicznego. Samą granicę opartą o dniestrzański most pokonaliśmy nieśpiesznie na piechotę, chyba tylko po to by dowiedzieć się, że ostatnia marszrutka do Kiszyniowa odjechała 15 minut wcześniej. Z niepokojem zerkałem na mojego towarzysza, ale to osoba zaprawiona w podróżach i takie drobnostki mu nie straszne. Próbowaliśmy jeszcze szczęścia z pociągiem odchodzącym z położonego kilka kilometrów dalej dworca, ale okazało się, że w tym dniu nie kursuje. Mimo, że dotarcie na ów dworzec kosztowało nas kilka groszy, nie ma tego złego... Skoro nie było pociągu taksówkarz zabrał nas do znajdującej się w sąsiedztwie restauracji. Soljanka i pierogi. Wiecie o czym mówię? Rewelacja. Podczas posiłku mieliśmy okazję z jego ust dowiedzieć się jakie są poglądy polityczne tutejszej ludności. Generalnie - komuno wróć. Zupełnie inaczej niż w stołecznym Kiszyniowie. Nocleg w tanim, ale skromnym hotelu zakończyliśmy o 3.45 bo 4.15 ruszyliśmy pierwszą marszrutką w dalszą drogę. Moja ulubiona część każdej podróży, czyli gapienie się przez okno była możliwa dopiero pod koniec trasy w okolicach Kiszyniowa, bo wcześniej... było za ciemno. Z tej części wyprawy utkwiło mi w pamięci brzęczące w mej głowie pytanie: po co kilka kobiet jedzie o tej porze z małymi dziećmi? co je gna? Wizyta u lekarza? Żebry? Co może skłonić do podróży o czwartej rano z dziećmi w wieku 2-4 lata? A., czyli nasz kontakt w Mołdawii odebrał nas z dworca. Zrobiliśmy rundkę po mieście, po czym zatrzymaliśmy się na kawę w parku. Zieleń rozświetliła miasto, bowiem większość ulic i budynków przypomniała mi widziany przed wieloma laty Przemyśl. Miasto, dla którego wówczas najodpowiedniejszym określeniem było "zapyziałe". (Kocham zapyziałe miejsca). Niebawem ruszyliśmy w dalszą drogę, do oddalonego kilka kilometrów od Kiszyniowa miejsca pełnego ośrodków wypoczynkowych, budek z lodami, zabawkami i tysiącem rzeczy powstałych zapewne tylko po to by za nie płacić. A. Pokazał nam jeszcze prawie wykończony budynek, w którym chce rozpocząć terapię dla osób uzależnionych. Okazało się, bowiem, że jest on lekarzem stykającym się na co dzień z alkoholikami. Dodatkowo jest w trakcie zdobywania uprawnień terapeuty uzależnień w Rumunii. W Mołdawii nie ma bowiem czegoś takiego jak terapia. Pomocy udziela się jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia, czyli są tam miejsca przypominające nasze detoksy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zakwaterowano nas w trzypokojowym domku letniskowym. Jeden pokój był dla nas. Ponieważ było jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia spotkania poszliśmy na plażę. Nie darowałem sobie okazji i niezwłocznie wykąpałem się w Dniestrze. Nigdy nie robiłem tego w równie ciepłej rzece. O 14.00 rozpoczęło się spotkanie, które właściwie przebiegało według znanego wszystkim scenariusza. Następnego zaś dnia czyli w niedzielę, również około 14, dzięki uprzejmości A., który zawiózł nas do Kiszyniowa ruszyliśmy już bezpośrednio busikiem do Warszawy, bo obaj mieliśmy być w poniedziałek w pracy. Ta podróż przez Czerniowcy, Tarnopol, Lwów, Przemyśl była już znacznie szybsza i bardziej komfortowa. Miejsca była dość wygodne i mogliśmy wyciągnąć nogi. Warto jednak wspomnieć, że trafił nam się kierowca, który zapewne w Ameryce Łacińskiej miał- by pseudonim Loko. Dopóki nie dojechaliśmy do Polski kilka razy o mało nie spadłem z siedzenia, a raz uderzyłem się w głowę o sufit. Nie potrafię określić z jaką jechał prędkością, a w zestawieniu z wspomnianą już wcześniej jakością dróg powiedzieć, że robiło to wrażenie, to powiedzieć za mało. Nie będę tu opisywał wszystkiego po co tak naprawdę tam pojechaliśmy. Doskonale zrobił to M. i pozwalam sobie dołączyć jego wspomnienia. Na koniec dodam jedynie, że w pełni świadomi tego co robimy zaproponowaliśmy naszym mołdawskim przyjaciołom możliwość rozszerzenia kręgu sponsorów (mamy chętnych władających używanym tam rosyjskim), możliwość zorganizowania warsztatów z polskimi spikerami na dowolny wybrany przez nich lub zaproponowany przez nas temat oraz jeszcze raz potwierdziliśmy zaproszenie dla ich przedstawicieli na listopadowe spotkanie w Polsce. Reszta, póki co już nie w naszych rękach.
Pogody ducha Robert AA


WITAJCIE, NAPISZĘ WAM, JAKI MAM
STOSUNEK DZIŚ DO ŻYCIA

Zacznę od mojego krótkiego życiorysu: Urodziłam się na wsi, miałam sporo rodzeństwa, oraz pijącego ojca. Mama nie piła. Moje życie w tamtym czasie było koszmarem, mimo to czułam się na swój sposób kochana. Obiecywałam sobie, że jeśli wyjdę za mąż, to ja nie zgotuję sobie i swoim dzieciom życia z alkoholem. Wówczas miałam wstręt do alkoholu, lecz w pewnym momencie moje życie zaczęło nabierać innego wyglądu. Wyprowadziłam się z domu, zaczęłam dorosłe życie. Zaczęłam pracować. Poznałam chłopca, za którego wyszłam za mąż. Okazało się, że był alkoholikiem, a moje życie z nim stało się koszmarem. Zostawiłam go. Wróciłam do rodziny z dzieckiem i w drugiej ciąży. W tym czasie mój mąż zapił się na śmierć. Mama zaopiekowała się moim dzieckiem, ja wróciłam do miasta, by ułożyć sobie życie na nowo. Wróciłam do pracy. Drugie dziecko zmarłego męża urodziłam przed czasem. Maleństwo po 3. godzinach dołączyło do aniołków. Żyłam w bólu i rozpaczy. Minął czas żałoby i poznałam nowego chłopca, za którego wyszłam za mąż. No cóż, życie mnie nie szczędziło. Ponowny dramat, kolejny mąż, jak poprzedni lubił sobie wypić. Gdy zaszłam z nim w ciążę, zaczął mu ten fakt przeszkadzać. Byłam bita, zmuszana do seksu i alkoholu. Trwałam w tym związku ze strachu o swoje życie. Po urodzeniu dziecka moje życie nie uległo polepszeniu lecz z dnia na dzień pogarszało się: byłam bita już nie tylko ja, ale i moje dziecko. Mimo tego koszmaru, żyłam z nim nadal i urodziłam jeszcze dwójkę dzieci. Koszmar nie poprawiał się, lecz pogarszał. Wtedy zaczęłam pić nie zmuszana lecz dla ukojenia bólu i rozpaczy, w której żyłam. Czułam się wtedy silniejsza i odważniejsza. Umiałam się przeciwstawić swojemu mężowi, mimo odbywających się scen. W końcu rozstaliśmy się na dobre. Sama zaczęłam wychowywać dzieci i utrzymywać dom. Byłam dla nich i ojcem, i matką. Po dziesięciu latach życia i wychowywania dzieci w samotności czułam się źle. Czułam się niechciana, niekochana. Czułam wstręt do samej siebie i do ludzi, którzy mnie otaczają. Tak powoli - krok po kroku - sięgałam po alkohol. Zaczęłam coraz częściej popijać. Najpierw szukałam towarzystwa, a gdy poznałam następnego „wybawcę”, myślałam, że to ten jedyny. Że będę wiodła przy nim słodkie życie, które jak się okazało również stało się koszmarem. Mój kochany lubił sobie wypić, a ja już na ten czas również popijałam razem z nim. Wyszłam za mąż za niego, mimo sprzeciwu dzieci. Nie akceptowały tego, że on pije i rozpija mnie. Zwracały mu uwagę i wtedy dochodziło między nimi do awantur. Zaczynały się kłótnie. Dzieci zaczęły mnie unikać i radzić sobie same. Ja, aby pokazać im, że jestem dobrą mamusią, swoją nieobecność z nimi opłacałam pieniędzmi. Nie zwróciłam uwagi, jak oddalają się ode mnie, ponieważ alkohol i towarzystwo męża, który pił było w tym czasie dla mnie najważniejsze. Ja piłam „sprytnie”. Tak, by nie wylecieć z pracy. Zawsze znalazłam sposób, by napić się poza obrębem pracy i po pracy. Natomiast mój ukochany mąż pił i zaczął mnie jawnie zdradzać z koleżanką z pracy. Było to zbyt bolesne dla mnie: być wśród nich wiedząc o tym wszystkim. Nie będę pisać o tym obszernie, bo nie o to chodzi. Ważne, że zaczęłam wtedy pić w samotności. Nie radziłam sobie z tym problemem. Wtedy to targnęłam się na swoje życie, lecz Bóg na to nie pozwolił bym odeszła z tego świata i postawił na mojej drodze człowieka, który mi pomógł. Wytłumaczył, że nie warto sobie odbierać życia, by spróbować innej metody. I wiecie co? Wymyśliłam szantaż, który stał się rzeczywistością, i który odmienił moje życie. Zażyczyłam sobie, by mój mąż zaprowadził mnie do Wspólnoty AA. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego nawet „kosztem” mojego niepicia. „Jeśli on nie pije, to mogę i ja też nie pić” - pomyślałam. Powiedziałam mu, że nie daję sobie rady, że odbiorę sobie życie, i że musi coś ze mną zrobić, a wszystko to po to, by być blisko niego. Więc znalazłam się we Wspólnocie AA dzięki szantażowi i dzięki miłości, którą darzyłam wówczas męża. Na początku nie byłam ufna do Wspólnoty. Pomyślałam: „To pranie brudów, brudy pierze się w domu, a nie przed ludźmi”. Razem poszliśmy na Warsztaty 12. Kroków, mimo że już nie mieszkaliśmy razem. Na warsztatach tych poznawałam Program krok po kroku. Po prostu zaczynałam żyć nimi, czyli wdrażać je w swoje życie. To na warsztatach tych poznałam wartość życia i jego sens. Poznałam nowych przyjaciół i z dnia na dzień stawałam się ufniejsza do ludzi. Znalazłam sobie sponsorkę. Pracowałyśmy na Programie AA. Potem poszłam na warsztaty duchowości. Udzielałam się, jak mogłam. Brałam służby na grupach. Czułam, że zaczynam być lubiana i doceniana. Zaczęłam sponsorować sama i dokładnie wprowadzać Program AA również w swoje życie razem z podopieczną. A co dała mi Wspólnota i Program AA? Dostałam możliwość służenia. Służby, które pełniłam takie jak: służba łącznika do spraw 40-lecia, służba kolportera, skarbnika, prowadzącego mityng spikerski i sekretarza na Intergrupie – proste, ale jakże skuteczne, pozwoliły mi przede wszystkim poznać sens własnego życia, radość, spokój, odpowiedzialność, zaufanie, zrozumienie bólu i problemu drugiego człowieka. Nie sposób wymienić tego wszystkiego tu na tym papierze. To trzeba przeżyć i tym żyć. Otrzymałam nowe lepsze życie. Dziś nie boję się problemów, nie płaczę do poduszki. Dziś potrafię rozwiązywać swoje problemy, a jeśli nie radzę sobie z czymś, proszę o pomoc innych. Umiem powiedzieć proszę, dziękuję oraz docenić czyjąś chęć pomocy. Staram się nie oceniać, nie krytykować. Idę prostą drogą, jaką pokazał mi Program i Wspólnota AA. Nie zazdroszczę nikomu, że ma coś, na co go stać, a mnie nie. Cieszę się, że on ma. Z tego radość, dla mnie najważniejsza, abym wiedziała, że nie mogę i nie muszę wszystkiego mieć. Bóg da mi tyle, na ile zasługuję a dostałam od niego bardzo wiele. Dziś mam dla siebie jedyne rozwiązanie: cieszyć się życiem i brać je garściami, dokąd jeszcze mogę i dzielić się tą radością z innymi. Poprzez dzielenie się swoim doświadczeniem na przykład poprzez spikerki czy w służbach. Będąc we Wspólnocie wiem, co mam robić, gdy dopadnie mnie głód alkoholowy. Mam w zanadrzu na to sposób - telefon do przyjaciela bądź zająć się czymś, co rozproszy moje myśli o głodzie. Często udaję się w zaciszne miejsca i medytuję sobie, wyciszam się, słucham głosów ptaków, szelestu wiatru, podziwiam piękno natury, wsłuchuję się w głos serca. Słucham, co ono mi dyktuje. Wiem, że to głos od Boga, lecz by to przeżyć muszę dostrzec to piękno i umieć w nim żyć. Ja wiem, że moim obowiązkiem jest żyć w zgodzie z naturą, bo ja jestem częścią jej. Wiem, by nie zmieniać tego, co jest dobre. To samo dotyczy naszego Programu AA: mam nim żyć takim, jakim został utworzony dla nas. Wolę radosne biedne ale szczęśliwe życie, mieć przyjaciół wszędzie tam, gdzie jestem. Nie wybiegam w przeszłość ani w przyszłość - żyję dniem dzisiejszym i cieszę się tym, co mam na dany dzień, a najważniejsze co mam, to moja wiara. Jest to wiara, że jest ktoś potężniejszy, mądrzejszy ode mnie i jemu powierzam mój los. Nie oznacza to, że jestem beztroska i nic nie robię. Robię to, co potrafię i najlepiej, jak potrafię a rzeczy niemożliwe dla mnie do wykonania powierzam Sile Wyższej a po mojemu Bogu. On wie najlepiej. co z tym zrobić i da mi tylko tyle, ile potrafię udźwignąć. Moje życie jest i smutkiem, i radością. Dziś godzę się z tym dzięki Wam i Programowi 12. Kroków AA i za to Wam wszystkim dziękuję.
Pogody ducha każdego dnia życzy Zojka AA z Warszawy


MARCIN: CZY WYZBYŁEM SIĘ EGOIZMU?

Bardzo długo zabierałem się do napisania tego artykułu. Powód był jeden. Nie wiedziałem, jak zabrać się za to, bo wiem, że nie wyzbyłem się do końca egoizmu. W sumie to chyba nawet i dobrze. Ale jestem w stanie mój egoizm podzielić na szkodliwy i nie szkodliwy albo dobry i zły. I sądzę, że nigdy się go nie wyzbędę, ponieważ trochę go potrzebuję. Potrzebuję go, aby stawiać granice. Granice, gdzie jest moja wolność.Kiedy szukam spokoju i relaksu, kiedy dbam o swoje trzeźwe życie. Przykładów mogę podać sporo. Aby było jaśniej podam jeden. Kiedy do mnie przychodzą koledzy na mecz, to wiedzą, że u mnie piwa nie pija się. Postawiłem właśnie granicę, aby strzec mojej trzeźwości. I jak na razie od kilku lat ci, którzy przychodzą, przestrzegają tego. Jednak gdyby trafiła mi się osoba, która chciałaby złamać tę zasadę, poprosiłbym, aby nie piła. Dlatego piszę, że mój egoizm nadal istnieje. Może się ktoś nie zgodzić ze mną. Ale egoizm szkodliwy to taki, kiedy ja krzywdzę innych swoim zachowaniem, wiedząc o tym i robię coś, bo mi się tak chce albo jest mi tak wygodnie. Egoizm dobry dla mnie oznacza zadbanie o siebie. Tak jak pisałem z przykładem meczów. Wiem, że każdy z Was inaczej widzi egoizm i inaczej funkcjonuje. Ale najważniejsze dla mnie, aby nie robić innej osobie krzywdy. Bardzo istotną rzeczą jest, aby ten egoizm zobaczyć i poznać. To jest realizacja programu 12 Kroków. Dzięki programowi dostrzegłem, co robię źle i jak powinienem postępować, aby zminimalizować swój egoizm. Pamiętam jak po wyjściu z odwyku i półrocznej terapii podjąłem decyzję o opuszczeniu rodziny, tylko po to, aby być trzeźwym. Wiedziałem i czułem, że nie dam rady tak dalej funkcjonować i wcześniej czy później mogę zapić. Bardzo tego nie chciałem. Rozmawiałem z terapeutą na ten temat. Rozmawiałem z rodziną. Każdy mówił co innego. Rodzina to nawet za głowę się łapała, co ja wyprawiam. Prawie krzyczała, że jestem wstrętnym egoistą, że jak moja była żona po raz kolejny dała mi szansę, ja zostawiłem ją z dzieckiem, aby samemu żyć. A ja po prostu chciałem być trzeźwy. Bo tylko w trzeźwości widziałem szansę na dalsze życie. Na to, aby wrócić do normalnego życia i próbować wszystko odbudować. Byłem wtedy egoistą. To prawda. Ale dziś mogę być odpowiedzialnym ojcem, synem. Dziś rodzina może na mnie liczyć. Dziś ja sam sobie ufam. Dziś mam kontakt z synem, razem jeździmy na wakacje, czytamy książki, chodzimy na basen, gramy na komputerze. Jestem blisko niego i on może na mnie liczyć chociaż nie mieszkamy razem. To jest minus mojego ówczesnego egoizmu. Chodząc na mityngi słyszę, jak sobie inni alkoholicy radzą z egoizmem. Słucham uważnie i jak jestem w stanie, próbuję wprowadzać to w swoje życie. Bo wiele razy to, co usłyszałem na mityngu pomagało mi w moim życiu. A egoizm tak jak pisałem na początku był, jest i pewnie będzie we mnie. Ale ja dziś staram się nie robić krzywdy innym swoim zachowaniem. Oczywiście nie jestem święty, bo jestem alkoholikiem. Człowiekiem, który ma jeszcze nie do końca ułożone życie emocjonalne. Często wybucham, kłócę się. Ale powoli potrafię powiedzieć przepraszam. To jest słowo, którego jeszcze jakiś czas temu nie było w moim słowniku. Jak nie potrafię powiedzieć słowa przepraszam, to potrafię napisać. Nie powiem, walczę ze sobą, aby to zrobić ale przełamuję się i jestem później z tego bardzo zadowolony. Na dziś wiem, że warto słuchać innych, warto pomagać i warto mówić przepraszam.
Marcin AA



WOJTEK: CZY WYZBYŁEM SIĘ
EGOIZMU?

W okresie picia egoizm był motorem wszelkich moich działań. Choć wtedy tak nie uważałem. Kierowałem się tylko i wyłącznie własnymi potrzebami, a raczej zachciankami, co nie znaczy, że własnym dobrem czy interesem, ponieważ picie, a temu były podporządkowane moje ówczesne potrzeby i poczynania, nie służyło ani mojemu dobru, ani nie leżało w moim interesie. Ja tego nie dostrzegałem. Uważałem, że moi bliscy, przyjaciele wtrącają się w moje sprawy, a powinni pilnować swoich. Liczył się tylko mój własny system wartości. Dziś potrzeby, oczekiwania innych są dla mnie ważne. Nie patrzę na nie przez pryzmat własnego „JA”. Jest jednak pewne „ale”… Do tej pory mam problemy z odróżnieniem, czy określenie swoich granic, a więc zadbanie o siebie, nie jest równoznaczne z egoizmem. Mam przy tym świadomość, że zajmowanie się bardziej innymi niż sobą, zadbanie o innych moim kosztem czyli nadmierne i nieuzasadnione poświęcenie nie służy niczemu dobremu. Tak samo jak dbałość o moje potrzeby, kosztem innych jest nie do przyjęcia. Idealnym rozwiązaniem byłoby właściwe wypośrodkowanie mojego myślenia, moich reakcji i zachowań. Ale z tym właśnie mam problemy. Konkretny przykład: zastąpiłem jednego z kolegów na sobotnim dyżurze w pracy, ponieważ musiał odwieźć żonę do szpitala, a ja miałem wtedy inne plany. Nie spełniłbym jednak jego prośby, gdyby jej powodem była chęć pójścia z żoną do kina. W takim przypadku moje plany byłyby dla mnie ważniejsze. To nie jest teoretyzowanie. Spotykam się czasem z próbami nadużywania mojej życzliwości czy uczynności. Właśnie, jeżeli w moim przekonaniu ktoś jej nadużywa, choć to względne pojęcie i nie zawsze jego ocena jest obiektywna, to wtedy jestem egoistą. W kwietniu miałem kilka problemów związanych z remontem mieszkania. Nie mogłem sobie dać rady, więc poprosiłem o pomoc sąsiada. Spędził u nas kilka godzin do późnej nocy. Dziękując mu usłyszałem: „Nie ma sprawy w odwrotnej sytuacji również pomógłbyś”. To mnie bardzo podbudowało i dowartościowało bo to fajne uczucie być postrzeganym jako ktoś, na kim można polegać. Mam przy tym świadomość, że to również zobowiązuje. Reasumując: Bywa, że w codziennym życiu jestem egoistą. Moim zdaniem zależy to od okoliczności i reakcji otoczenia. Nie mam natomiast żadnych dylematów myślowych, gdy w grę wchodzą zakłócenia w procesie mojego trzeźwienia i naruszenia mojego obecnego systemu wartości. Poddawanie w wątpliwość pracy nad sobą. Np.: propozycje spędzenia wolnego czasu w inny sposób niż na mityngu, na który się wybierałem: spacer, zakupy itp. i propozycje w rodzaju „jak czasem nie pójdziesz na mityng to nic się nie stanie, teraz możesz już sobie na to pozwolić”. Czyli generalnie krytykowanie wybranej przeze mnie drogi, a bywa, że i ośmieszanie. W takich przypadkach reaguję bardziej emocjonalnie. Zwłaszcza wtedy, gdy ta krytyka dotyczy również osób, a mam do nich bardzo osobisty stosunek, bez których moim zdaniem moje trzeźwienie byłoby niemożliwe. Choćby przyjaciół z AA. Spotykając się z takimi reakcjami innych wzrasta moja determinacja. W takich wypadkach nie ma miejsca na jakiekolwiek kompromisy. Jest miejsce natomiast na egoizm. Zdrowy egoizm. Podsumowując: Codzienne życie weryfikuje i określa, czy kieruję się egoizmem czy też nie. Podobnie jak w przypadku uczciwości, przyzwoitości i innych wartości. Nie zawsze ta weryfikacja jest dla mnie pomyślna. Wyzbycie się egoizmu wymaga również pokory. Ja pojmuję ją, jako rozpoznanie i akceptację własnej słabości, ograniczeń oraz na akceptację słabości innych. Moim zdaniem pokora wcale nie przeciwstawia się poczuciu własnej wartości czy szacunku do samego siebie. Przeciwstawia się natomiast fałszywej dumie czy nadmiernym wymaganiom stawianym sobie i innym. A to się ściśle wiąże ze zrozumieniem innych, tolerancją, cierpliwością. Mam nad czym pracować.
Pozdrawiam,Wojtek AA, Warszawa


ZZA KRAT

Mam na imię Robert i jestem alkoholikiem. W ZK przebywam od lutego 2009 r. To mój trzeci pobyt za kratami. Swoją „karierę” w „puszce” zacząłem w 1996r. Otrzymałem wtedy wyrok 3 lata za demolkę, pobicie i kradzież. W 2003 r. pobiłem kolegę, który w skutek pobicia zmarł. Miałem dużo szczęścia, bo dostałem tylko 6 lat oraz 1 rok i sześć miesięcy mi odwieszono. W lutym 2009 r. spowodowałem wypadek samochodowy, w którym zginęła rowerzystka. Zostałem skazany na 6 lat plus 2 lata warunkowego z poprzedniego wyroku. Mam żonę i troje dzieci, które rodziły się, kiedy ja siedziałem w areszcie. Dzieciaki znają mnie ze zdjęć i widzeń. Gdy żona była 7 miesięcy w ciąży, trafiałem do więzienia a mimo to dostałem szansę. Żona mnie nie opuściła i nie odeszła. Rodzice też są przy mnie, chociaż wiele razy próbowali wyrzucić mnie ze swoich serc. Moja przeszłość, to pijackie meliny, szare interesy, cierpienie, nienawiść i złamane serca, bijatyki z ojcem, oszukiwanie wszystkich w około i samego siebie, zemsta, strach itd. A jedyne „lekarstwo” na wszystko to alkohol. Żeby się napić alkoholu, potrafiłem wynieść z domu ostatnie pieniądze, okraść, zmanipulować, zastraszyć. Nie pomagały prośby, groźby, terapie, więzienia, zawsze byłem najmądrzejszy i wrogo nastawiony do ludzi, którzy niejednokrotnie dwoili się i troili, żeby mi pomóc. Były takie momenty, że mogłem zginąć, a mimo to nic do mnie nie docierało. Nawet, kiedy byłem na wolności, to byłem uwięziony przez swoje obsesje. W 2005 r. na terapii w K. Zrobiłem sobie jaja z wszystkich, byłem dumny z siebie, że oszukałem terapeutów i dostałem dobrą opinię, dzięki czemu szybko otrzymałem warunkowe zwolnienie i wyszedłem na wolność. Niestety życie szybko zweryfikowało moje szydercze podejście do wszystkiego, co mnie otacza. Szybko powróciłem do więzienia na kolejne lata. Później na szczęście nieudane plany samobójcze, kolejna terapia i olśnienie. W 2011 r. na terapii w Garbalinie zaczęło docierać do mnie, że marnuję życie sobie, bliskim i wielu innym ludziom. Posłuchałem terapeutów, którzy poradzili mi, abym udał się na mityng AA. Nie poszedłem tam z jakąś wielką chęcią, ale poszedłem. Najpierw trochę się podśmiewałem, później zaczęły mnie te mityngi denerwować, następnie zainteresowałem się faktem, że coś w tym musi być skoro mnie irytuje, a po jakimś czasie czekałem na środę, bo w tym dniu są do dziś mityngi w ZK Garbalin. Wreszcie się odważyłem poprowadzić mityng. Zacząłem się wypowiadać. W tym czasie było mi dane pojechać na mityng wolnościowy, na zlot radości do Łęczycy. To było to, ale jeszcze czegoś mi brakowało. W 2011 r. przed świętami Bożego Narodzenia przyjechałem, na „Sikawę”, gdzie jestem do dziś. Poszedłem na mityng i nie byłem zadowolony, bo moim zdaniem nic się nie działo. Zrobiłem sobie przerwę, ale szybko dostrzegłem, że zaczynam wracać do starych zachowań. Wzrastała we mnie agresja, manipulacja, po prostu czar prysł. Pewna terapeutka w rozmowie telefonicznej powiedziała mi, że jeśli się nic nie dzieje na tych mityngach, to mam coś zrobić, żeby się działo. Poszedłem na ten mityng z myślą, że jeśli się teraz coś nie wydarzy w moim życiu, to już nie ma dla mnie ratunku, ale się wydarzyło. Ujęła mnie wypowiedź Robercika z Łodzi byłem gotów słuchać i wierzyć, że Wspólnota AA może uratować mi życie. Na kolejnych mityngach poznałem kilku nowych przyjaciół, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Dowiedziałem się też o sponsorowaniu i Programie 12 Kroków, zrozumiałem, po co czytamy te wszystkie Kroki, Tradycje, fragmenty z Wielkiej Księgi. Poprosiłem o pomoc dwa lata temu i dwa lata temu zacząłem realizować na Program 12 Kroków. Z Programem zapoznawałem się na widzeniach, bo Zakład Karny nie dysponował innymi pomieszczeniami, w których mógłbym spotykać się ze sponsorem. Nie było łatwo czytać i rozmawiać przy pełnej sali odwiedzających i odwiedzanych, ale dało się. Dziś dziękuję Bogu, że zdecydowałem się na ten krok a raczej 12 Kroków. Po otrzymaniu sugestii trochę mnie zamurowało: modlitwa, dzwonienie o tej samej porze refleksji, „opinia lekarza” też codziennie - po co? A zresztą nie da się. Dało się - po co? Po to, żeby ratować moje życie, żeby żyć i dać żyć innym, żeby rozliczyć się z przeszłością i pogodzić się z nią, żeby przeprosić ludzi, których przez wiele lat skrzywdziłem, żeby żyć uczciwie, a za nieuczciwość ponosić konsekwencje i rozliczać się z niej żeby codziennie powierzać się Sile Wyższej, dzielić się doświadczeniem z innym alkoholikiem i pomagać alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi. Po to, żeby być mężem, ojcem i synem, przy-jacielem, a nie dostarczycielem nieszczęść. Codziennie proszę Siłę Wyższą o zabranie moich wad, żeby być przydatnym i nie krzywdzić innych, ale to nie wszystko, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Zrobiłem w więzieniu Dziewiąty Krok z księdzem i jestem szczęśliwy, bo ojciec po 5 latach odwiedził mnie i mogłem go przytulić i powiedzieć, że go kocham. Wszystko dzięki sugestiom sponsora i „Wielkiej Księdze”. Jeśli nie mogę się spotkać, to piszę list. Na widzeniach rozmawiałem z żoną, mamą, starszym synem, który na moje przeprosiny zareagował tak „Tato ja Ci przebaczam, ale proszę wracaj szybko do nas”. Dostałem też dar od Boga w postaci czterech podopiecznych. Czytaliśmy Wielką Księgę, Krok Czwarty i Ósmy na spacerze, w celi, na korytarzu, na świetlicy. Do przekazania Programu 12 Kroków jest mi potrzebny drugi alkoholik, nic więcej. Jeden z podopiecznych wyszedł z więzienia przeszło rok temu, wrócił do rodziny pracuje ile może. To działa i jest szczęśliwy. Przyjeżdża też do naszego zakładu, bo ma tu podopiecznego. Byłem też na kilku spikerkach w Radomiu, Łodzi w ZK Przytuły koło Ostrołęki i wszędzie spotykam byłych osadzonych w ZK. W obecnej chwili korzystam z przepustek, pracuje też na grupie zewnętrznej, czyli trzy razy w tygodniu opuszczam mury ZK i udaję się do pracy. W czasie przepustek kontaktuję się z przyjaciółmi ze Wspólnoty AA, bywam na mityngach, warsztatach itp. Dużo czasu poświęcam rodzinie, poznaję żonę, dzieciaki. Stosunki z rodzicami też są poprawne. Ostatnio pojechałem z rodziną do podopiecznego i jego rodziny i spędziliśmy wspólnie dwa dni. Spełniło się moje marzenie, żeby spotkać się i razem pomodlić. Znaleźliśmy też czas, żeby pojechać i podzielić się doświadczeniem na intergrupie. Jestem szczęśliwym człowiekiem i nie oglądam się za siebie, bo nie boję się życia, nie wstydzę się stanąć twarzą w twarz z innym człowiekiem. Zrzuciłem zbroję zimnego twardziela i obsesje zniknęły jestem ostrożny, bo wiem, że jestem chory. Nadal nie umiem żyć, ale mam sposób i dzięki temu dzień po dniu uczę się. Dziś nie piję, dziś jestem wolny i szczęśliwy. Dzięki Wspólnocie AA, Programowi AA odnalazłem Siłę Wyższą, odzyskałem rodzinę, mam przyjaciół. Wiem, co mam robić. Mam cierpliwość, potrafię wybaczać, jestem uczynny i nie oczekuję poklasku, bo kiedyś oczekiwałem szacunku nie szanując, zrozumienia nie rozumiejąc, żądałem prawdy kłamiąc. Nie wiedziałem albo nie chciałem wiedzieć, co to bezinteresowność, uczciwość miłość, zaufanie, troska, wdzięczność, tolerancja itd. Program 1 2 Kroków dotarł do mnie w więzieniu. Nigdy nie przypuszczałem, że przeżyję w więzieniu tyle wzruszeń, szczęścia i radości, ale przeżyłem. Poczułem się wolnym człowiekiem mając kilka lat do wyjścia. Dziękuję Bogu, że znalazłem się w więzieniu. To tu znalazłem Wspólnotę AA i Program AA. To tu dotarło do mnie, co straciłem, co mogę stracić, co mam. Jestem wdzięczny też Bogu za szansę na nowe życie. Dziękuję, że słyszę i rozumiem, co mówi do mnie drugi człowiek, a często słyszę tak: „Nie życzę takiego syna najgorszemu wrogowi”. Usłyszałem to kiedyś od ojca. Przykre, ale nie dziwię się i nie gniewam, bo kocham. Słyszę też od sześcioletniej córki „Tato kocham Cię na cały świat i Hiszpankę”- przyjemne, wzruszające, ciekawe, cieszę się, bo też kocham. Przyjaciele życzę wytrwałości i pogody ducha do zobaczenia na szlaku.
Robert alkoholik „Sikawa”
09.07.2015 r. Łódź