MITYNG 11/221/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO


JAK ROZWIĄZUJĘ TRUDNE SYTUACJE ŻYCIOWE

Przez  wiele  lat  uważałem,  że alkohol  jest  najlepszym  lekarstwem  na  kłopoty,  problemy, trudne sytuacje, zmartwienia. Takie  przekonanie  tkwiło  we  mnie już wtedy, gdy nie piłem jeszcze w sposób uzależniony. W późniejszym okresie ten sposób myślenia jeszcze  bardziej  się  we  mnie  zakorzenił  i  był  też  jednym  z  najczęstszych i w moim przekonaniu usprawiedliwionym  pretekstem do picia. Przez następnych wiele lat nie docierało do mnie, że sięgając  po  alkohol  nie  pozbywam się problemów i trudności życiowych. Prawda była taka, że tylko odsuwałem je od siebie, a właściwie to ja uciekałem od nich, a kłopoty pozostawały,  były  jeszcze  bardziej  widoczne i spiętrzone, bo oprócz istniejących pojawiały się następne, spowodowane  piciem,  gdy  alkohol  przestawał działać.  Zatem  znowu  piłem,  żeby  się od nich „uwolnić”, wierząc przy tym, że tym razem bezpowrotnie. I tak „dookoła wojtek”, czyli krótsze lub dłuższe ciągi. Trudności, jakie niesie codzienne życie powodują  sytuacje  lub  ludzie.  Zdarza się też, że sam sobie przysparzam kłopotów. W takich sytuacjach bardzo pomaga mi „modlitwa o Pogodę ducha”. Znam  ją  od  lat,  ale  długo  nie  mogłem zrozumieć jej istoty. Na wiele wydarzeń rzeczywiście nie mam wpływu, ale tego nie  rozumiałem  i  usiłowałem  zmieniać ich przebieg. Także wtedy, gdy było to niewykonalne.  I odwrotnie.  Rezygnowałem z działań, które mogły przynieść korzystne  efekty,  ponieważ  uważałem, że  jestem  bezradny.  Nie  docierało  do mnie,  że  bezradność  może  dotyczyć danej  chwili,  ale  przyjdzie  czas,  że po  przemyśleniach  czy  zwróceniu  się o pomoc znajdę lub znajdziemy sposób na  moje  kłopoty.  Łatwiej  i  wygodniej było sięgnąć po kieliszek. Óbecnie często modlę się o Pogodę ducha. Nie tylko na mityngach. Także w codziennym życiu. W  obliczu  trudnych  sytuacji jak i „bez okazji”. Ogromne znaczenie ma również  mój  stan  emocjonalny  i  uczuciowy.  Był  czas,  gdy  łatwo  popadałem w  rozdrażnienie,  gniew  przechodzący w nienawiść czy wrogość, a także rozgoryczenie, poczucie krzywdy, użalanie się nad sobą. Taki stan bardzo utrudniał lub wręcz uniemożliwiał radzenie sobie z  codziennymi  trudnościami.  Istniały tylko dwa bieguny. Wyolbrzymiałem je lub lekceważyłem. W obydwu przypadkach  rezygnowałem  z  jakiegokolwiek konstruktywnego i twórczego działania. Trudno  za  takie  uznać  picie.  Dlatego obecnie  bardzo  pracuję  nad  stabilnością  uczuć  i  emocji.  Przede  wszystkim nie kumuluję ich w sobie tylko mówię o  tym.  Bardzo  dobrą  okazją  ku  temu są  mityngi.  Dlatego  często  chodzę  na spotkania  z  innymi  alkoholikami.  Nie tylko  dlatego,  żeby  być  trzeźwym,  ale również  w  celu  usłyszenia  czegoś,  co może być przydatne w codziennym życiu,  czyli  po  wsparcie  -  przeważnie  je dostaję. Rozmowy z bliskimi czy przyjaciółmi również mają dla mnie wartość czyli  otwartość,  a  nie  zamykanie  się w  sobie.  Tak  dochodzimy  do  relacji z  innymi.  Izolacja  nigdy  nie  przyniosła mi nic dobrego. Dlatego np. pytania małżonki: „jak było w pracy?” czy zaprzyjaźnionego sąsiada:, „co słychać?” Nie traktuję tylko i wyłącznie, jako kurtuazji. to samo dotyczy przyjaciół z AA.
Reasumując: Nie  ma  takiej  sytuacji  życiowej,  która byłaby warta tego, abym się napił alkoholu. myślę też, że działanie należy do mnie, ale jego rezultaty nie zawsze. O tym też muszę pamiętać. Powyższe  stwierdzenia  w  połączeniu z  „modlitwą  o  Pogodę  ducha”  i  pracą nad emocjami, stanowi obecnie mój sposób na życie, w tym także na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Pozdrawiam
Wojtek z Warszawy


ZAPROSZENIE DO SŁUŻBY W ZESPOLE DYŻURNYCH
TELEFONICZNYCH I INTERNETOWYCH W PUNKCIE INFORMACYJNO-
KONTAKTOWYM AA W REGIONIE WARSZAWA
„Służba jest naszym Trzecim Legatem, podczas gdy Zdrowienie
i Jedność to Legat Pierwszy i Drugi”

Ileż razy my, alkoholicy, pogrążeni w rozpaczy i udręczeni nałogiem, pragnęliśmy zwrócić się do kogoś o pomoc i nie wiedzieliśmy do kogo? Ileż razy nasi bliscy, po wielu nieskutecznych próbach naprostowania nas bądź usiłowaniach odnalezienia samych siebie w wywołanej naszym nałogiem matni szukali „wyciągniętej ręki”, za której dostępność my alkoholicy jesteśmy dziś odpowiedzialni? Punkt Informacyjno- Kontaktowy AA wychodzi naprzeciw takim potrzebom, będąc jednocześnie dla nas samych jednym ze sposobów realizacji 12. Kroku czyli niesienia naszego posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią . Służba w Regionalnym PIK polega na cierpliwym oczekiwaniu na telefon lub obsłudze dyżuru internetowego, ewentualne na przybycie osoby potrzebującej, a później na udzieleniu jej najprostszych informacji na temat mityngów AA , Al-Anon, Alateen oraz w przypadku konkretnych pytań, dostępności leczenia odwykowego. Pamiętajmy jednak: Nie jesteśmy terapeutami. Nie udzielamy porad. Naszym zadaniem jest jedynie podzielenie się podstawowymi informacjami i własnym doświadczeniem. Zdobycie takich informacji jest nierzadko prawdziwym ratunkiem dla wielu naszych wciąż jeszcze czynnie uzależnionych towarzyszy niedoli. Umożliwia im to podjęcie pierwszych decyzji prowadzących ku trzeźwieniu. Punkty Informacyjno-Kontaktowe AA są sprawdzoną formą niesienia posłania 12. Kroku, działającą w wielu krajach, a także w innych większych miastach Polski. W duchu naszych tradycji lokal, telefon i Internet utrzymywane są wyłącznie z naszych dobrowolnych datków i z tego powodu służą tylko do niesienia posłania AA . Zapraszamy Grupy AA , a także indywidualnych Przyjaciół z AA do włączenia się w niesienie pomocy, pamiętając o Deklaracji Odpowiedzialności: „Gdy ktokolwiek, gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcę, by napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA. I za to Jestem odpowiedzialny”. Służba innym i Wspólnocie przypomina nam, że naszą trzeźwość zawdzięczamy wysiłkowi wcześniejszych uczestników AA oraz, że jej ciągłość może zależeć od tych setek tysięcy, które nawet nie poznały Wspólnoty. Ich udział w jej działaniach może stanowić część naszej przyszłości. Na 41. Konferencji Służb Regionu AA Warszawa został powołany Zespół Dyżurnych w Punkcie Informacyjno -Kontaktowym przy ul. Brazylijskiej w Warszawie. Spotkania organizacyjne zespołu odbywają się w pierwszą środę miesiąca o godz. 19:00 w Warszawie przy ul. Brazylijskiej 10 w Punkcie Informacyjno-Kontaktowym. Zapraszamy na to spotkanie wszystkie osoby, które chcą nieść posłanie AA w PIK poprzez dyżury telefoniczne oraz internetowe.


DO DZIEŁA! (dyżur telefoniczny)

Na początku nie chciałem, bałem się chodzić na dyżury telefoniczne. Może dlatego, że namawiano mnie usilnie. Wreszcie, jak to alkoholik, z ciekawości pomyślałem: „Zobaczę”. Mimo, iż na dyżurze było kilka: 2-5 telefonów czułem się przez te 5 godzin bardzo potrzebny. Pokazywałem drogę do AA i mówiłem o różnych możliwościach trzeźwienia dla osób uzależnionych. Na każdym dyżurze poznawałem kogoś nowego osobiście lub przez telefon. Nie żałuję tego. Mimo, iż nie zawsze udawało mi się przekonać ludzi do pójścia na spotkanie AA , jednak zdarzały się wyjątki. Jaką radość czułem wtedy, tylko ja wiem! Podczas krótkich rozmów słyszałem historie, jakich na mityngu nie usłyszę. Dawało mi to obraz, czego ja uniknąłem, czego mam się wystrzegać, jak nie postępować, aby nie krzywdzić nikogo i siebie też. Pomyślcie, czy nie warto skorzystać z tego, co oferuje nam Wspólnota AA ? A oczywiście, to decyzja każdego z Was. Ja chętnie spotkam się z kimś nowym w naszym Punkcie Informacyjno Kontaktowy (PIK ) na dyżurze telefonicznym.
Rysiek Alkoholik


AKCEPTACJA

Po południu pojechałem z żoną na mityng na Kolską. Buzia śmiała mi się jak zbliżaliśmy się do budynku. Bo tu jest moja obskurna piwnica, do której tak chętnie wracam. Bo tu są moi znajomi, którzy witają się ze mną mając uśmiech na twarzy. Ale wychodząc z mityngu już nie było mi do śmiechu. Wyszedłem przybity i w środku zdenerwowany. Po raz kolejny zobaczyłem, ile zmarnowałem sobie życia i czasu, aby zaakceptować, że przegrałem z alkoholem. A było tyle przykładów na to, że sobie nie radziłem i minęło sporo czasu zanim się to zmieniło. Przegrywałem walkę z gorzałą każdego dnia, padając na pysk, często nie pamiętając tego, co się działo, co robiłem. Dzień po dniu traciłem wszystko, co można było stracić. I nie chodzi mi o pieniądze, pracę, prawo jazdy. Traciłem swoje człowieczeństwo. Swoje morale, uczucia. Po prostu życie. W dodatku wtedy miałem wszystko to gdzieś. Butelka była najważniejsza i chociaż z nią  w ręku, dzień po dniu, staczałem się na dno, nie chciałem tego przerwać. Na detoks nie chciałem pojechać, bo nie widziałem potrzeby. Zostałem tam dostarczony. Będąc na izbie wytrzeźwień, nadal myślałem, że jest lepszy niż ci, którzy leżeli obok mnie na pryczy. Terapia była, bo mnie ktoś namówił. Skończyłem ją, bo co miałem zrobić. Nie miałem do czego wracać. Terapia poszpitalna to też „dupościsk”, bo nie chciałem zaakceptować tego, że nie będę mógł pić. Łatwo mi było zaakceptować, że jestem alkoholikiem, ale że nie będę już więcej pił, to już nie. Nawet gdy na mityngu, mówił do mnie koleś i mówił o mnie, to ja na głowę to brałem, ale w środku nie byłem gotowy. Miało być tak pięknie jak nie będę pił. A tu gówno prawda. Teraz wiem, że przez pierwszy rok, może półtora, tylko, dlatego nie zapiłem, bo się bałem. Bałem się, że jak ruszę, to się zapiję na śmierć. Nie piłem, a życie nadal dawało mi po palić. Awantury z eks-żoną, nerwy, straszne wahania emocjonalne. Miałem wszystkiego dosyć. Inaczej sobie wyobrażałem życie w trzeźwości. Nie miałem jednak pomysłu na ratowanie siebie. W sumie miałem; były mityngi, grupa, terapeuta, ale ja nie chciałem pomocy. Z jednej strony chciałem, a z drugiej nie do końca ja przyjmowałem. Dlatego nie układało mi się z indywidualnym terapeutą. Nastawiłem się, że on jest kiepski i co może mi powiedzieć jak nie pił tak, jak ja i nie przeżył tego, co ja. Ten pierwszy rok to straszna walka każdego dnia, aby przeżyć. Aby nie zapić. Później rozwód. I szukanie pomocy. Nie chciałem pić, ale byłem bardzo blisko tego. Stchórzyłem. I dziś cieszę się, że tak się stało. Żałowałem, że tak długo zajęło mi zaakceptowanie, że nie będzie alkoholu w moim życiu jak chcę być trzeźwy. Krok 1 i bezsilność, to była podstawa mojej dalszej pracy. Ta praca trwa do dziś. Chociaż minęło już trochę czasu, nadal widzę jak mogę być bliski dnia, gdy znowu mogę wrócić do picia. Muszę uważać, dbać o siebie i swoją trzeźwość. Dziś, to jest numer jeden w moim życiu. Reszta to dodatek. Wiem, że może nie każdy się z tym zgodzi. Ale jak nie będę trzeźwy, nic nie będę miał. Boli mnie to. Boli mnie strata tylu lat. I niech boli, bo wiem, co mam robić, aby było lepiej i abym nie wrócić do tego co miałem. Nie chcę już być pijanym i prowadzić pijane życie. Bardzo mi podoba się teraz moje życie. I dobrze, że dziś byłem na Kolskiej. W mojej obskurnej piwnicy. Bo po raz kolejny zobaczyłem i usłyszałem, jak łatwo jest wrócić do picia, a jak trudno jest być trzeźwym. Po raz kolejny zobaczyłem i poczułem siłę Wspólnoty AA . Spotkania mityngowe prostują mój kręgosłup trzeźwości. Chociaż wyszedłem dziś z mityngu zły i z bólem, to wierzę, że wszystko wyjdzie mi później na dobre. Dziś akceptuję się, jakim jestem. Oczywiście nie raz jestem ze sobą na nie, ale każde takie spotkanie siebie w rozkroku daje mi siłę do pracy. Dziś swoją niemoc staram się zamieniać na siłę do trzeźwienie. Bo mi alkoholikowi dziś ta siła jest potrzebna. Bo kiedy przychodzi kryzys, chce mi się wyć, wtedy szukam w sobie tej siły. Jak jej nie mogę znaleźć, proszę o pomoc. Najpierw Pana Boga, później drugiego człowieka. Realizuję Program 12 kroków w swoim życiu. Ten program miał mi pomóc być trzeźwym, a stał się wskazówką na normalne życie. Drogą, aby być lepszym, szczęśliwszym i radosnym. A przede wszystkim trzeźwym. Dziś nie robię nic sam. Bo samemu to ja już próbowałem i nic mi się nie udawało. Mając pomocną dłoń czy to bliskich, czy Wspólnoty, czy drugiego alkoholika przełamuję wszystko, co mnie boli, bo tak jest łatwiej. Życie jest tak krótkie, że nie chcę znowu stracić nawet tego jednego trzeźwego dnia.
Marcin AA


MITYNG, MODLITWA I DZIAŁANIE

Jak sobie radzę z trudnościami? Przez cały okres picia uważałam, że nikt nie ma więcej problemów niż ja. Tylko ja miałam problemy finansowe, pijącego męża, który nie dbał o mój rozwój, więc od razu założyłam, że mnie nie kocha, no i oczywiście za mało dawał kasy, więc nie starczało na nic. Tylko ja miałam dzieci z problemami wychowawczymi i oczywiście musiały mnie nie kochać, przeciwnym razie byłyby grzeczne. Pracodawcy też byli do niczego, ponieważ ja wiedziałam lepiej od nich, jak prowadzić firmy. I tak dziewczyna po podstawówce piła i użalała się nad swoim losem mówiąc, że jutro będzie lepiej, ale nic nie robiła, by było lepiej. Problemy i trudności rosły, a ja czułam się coraz bardziej samotna i bezradna z tym wszystkim. Więc używałam jedynego lekarstwa, które znałam: po prostu piłam szukając zapomnienia. Byłam już na takim etapie, iż uodporniłam się tak na ten lek, że przestał działać a moja dusza wyła z bólu, ponieważ nie mogłam zapomnieć o tym, co mnie dręczy. Ponad sześć lat temu, gdy ponownie trafiłam do wspólnoty i na terapię. Nie wierzyłam nikomu i w nic, co by mi pomogło. Bałam się dalszego życia, ale mimo to postanowiłam, jak hazardzistka, postawić wszystko na trzeźwość. Bardzo szybko, że Pierwszy Krok mówi nie tylko o bezsilności wobec alkoholu, ale również o bezsilności wobec życia. W pierwszym roku mojej trzeźwości nagle moi wierzyciele zaczęli upominać się o długi. W pierwszym momencie byłam zrozpaczona i nie wiedziałam, co mam robić. Mój mąż dawał coraz mniej pieniędzy - jakieś grosze. Ja najpierw pracowałam za najniższą krajową, ale zaraz straciłam pracę. Synowie nie kwapili się, by podjąć pracę. Wierzyciele nie chcieli się zgodzić na małe raty. Odchodziłam od zmysłów, więc zaczęłam robić to, co mówili ludzie tacy jak ja przegrani. Chodziłam na mityngi. Tam wylewałam swoją złość, rozpacz, żal i rozczarowanie, bo miało być tak pięknie, gdy przestanę pić. I modliłam się. Nagle któregoś dnia zrozumiałam, że na dzień dzisiejszy tej bariery nie przeskoczę i muszę się pogodzić z tym, że moje długi rosną, a ja nie mam, z czego ich płacić. Pamiętam jak niejednokrotnie potępiano moje postępowanie, że nie trzeźwieję, ponieważ jestem nieuczciwa nie spłacając swoich długów. Choć bolało mnie to, byłam innego zdania. Bardzo wierzyłam, że moja Siła Wyższa, jeśli przyjdzie na to czas pozwoli mi na spłatę zadłużeń. I przyszedł ten czas. Jaką radość miałam na początku roku, gdy spłaciłam swój pierwszy dług - spłacałam go przez dwa lata. W tej chwili jestem w trakcie spłacania dwóch następnych. Konsekwencją mojego picia i zarazem tego, że nie miałam, z czego spłacać długów jest to, że mogę zostać bezdomna, mimo że jestem osobą niepijącą i pracującą na rzecz swojej trzeźwości. Cóż, jeśli tak będzie, przyjmę to z pokorą. Natomiast ja znów wykorzystałam trzy rzeczy, które pomogły mi za pierwszym razem: modlitwę, mityngi i moje działanie. Dziś te trudności czy problemy są tylko sprawami do załatwienia. Acha, na koniec. Pomogło mi też bardzo wchodzenie w swoje lęki. Uwierzcie, strach ma naprawdę tylko wielkie oczy.
J. G.


ZAPIŁEM...?

Ze Wspólnotą AA spotkałem się w trakcie terapii w szpitalu MSWiA w Otwocku, dokładnie 14.04.2013 r. Czystość od alkoholu zachowałem od 14.02.2013 r. do 29.08.2015 r. Szczegółów mojego trzeźwienia opisywać nie będę, bo nie o tym pragnę podzielić się z Wami. Podzielić się pragnę moim doświadczeniem z sytuacji, jaka mnie spotkała. Po pół roku mojej trzeźwości zaproponowano mi, abym przyjął służbę prowadzącego na grupie. Zgodziłem się, chociaż nie miałem bladego pojęcia, na czym polega taka służba. Z tego też powodu zacząłem dokładniej interesować się zasadami, krokami, tradycjami i wszystkim tym, co do tej pory wpadało mi w ręce. Odkąd przyjąłem służbę, moje życie zaczęło bardzo się zmieniać we wszystkich moich poczynaniach. Czasami bałem się tego, co się ze mną dzieje. Nie miałem i nie mam przecież wpływu na otaczający mnie świat. Teraz wiem, dlaczego tak jest i modlę się, abym tylko nie próbował. Wcześniej na spotkania AA chodziłem bardzo nieregularnie. Raz w tygodniu, a bywało i tak, że przerwy między spotkaniami były dłuższe. Odkąd zacząłem służyć, moje kontakty z AA robiły się coraz częstsze, moje znajomości z innymi uczestnikami ciągle się powiększają. Zacząłem coraz bardziej wchodzić we Wspólnotę, zacząłem żyć Wspólnotą. Zacząłem jeździć na różne spotkania AA : rocznice grup, 40-lecie AA w Polsce, 35-lecie AA w Warszawie. Zacząłem chodzić na spotkania AA na inne grupy, służę na dyżurach w PIK . Nie zrozumcie mnie źle, proszę. Nie mam zamiaru okazywać tutaj swojej pychy i egoizmu. Jednak we wszystkich moich poczynaniach staram się żyć zgodnie z Programem AA . W żadnych moich poprzednich pijackich marzeniach nie spodziewałem się, że moje życie może wyglądać tak, jak wygląda dziś, tu i teraz. Moje spotkania z AA przerodziły się w moją codzienność. Prawie codziennie jestem na spotkaniu, a jeśli z jakichś życiowych powodów być nie mogę, to duchem jestem ze Wspólnotą. Jestem bardzo wdzięczny za Biuletyn MITYNG i dziękuję wszystkim przyjaciołom za pracę, jaką wkładają w to, aby poprzez to pismo podzielić się ze mną swoim doświadczeniem, siłą i nadzieją. Piszą kim byli, co się z nimi stało i jacy są obecnie. Być może nigdy w życiu się nie zobaczymy i nie poznamy, mimo wszystko kocham Was za Waszą pracę włożoną w pisanie o sobie dla mnie. Bardzo dużo siły w moim trzeźwieniu otrzymuję właśnie dzięki literaturze i dzięki moim rodakom. Mimo iż AA trafiło do nas z zagranicy, to najbardziej dla mnie ważne jest TU i TERAZ . Często bywa tak, że kiedy przychodzi do nas nowicjusz w moich oczach pojawiają się łzy i nie zawsze rozumiem, czy są to łzy szczęścia. A może nadziei? Miłości? Myślę, że wtedy wszystko jednocześnie pojawia się we mnie. Staram się powstrzymywać krytykę przed starszymi z AA . Wiem, że nikogo poza sobą zmienić nie mogę i staram się tego nie czynić. Ale… W sobotę, 29 sierpnia 2015 r. pojechałem z przyjaciółmi na 19. rocznicę pewnej grupy. Cała impreza łącznie z Mszą Świętą odbywała się w Ośrodku Kultury. Nawet mi to pasowało, bo nie trzeba było przemieszczać się po mieście. Od innych przyjaciół słyszałem, że grupa w sposób bardzo swobodny podchodzi do Tradycji AA , ale przecież krytykować nie powinienem, przepraszam. Zaczęło się od uroczystości religijnych. Ja jestem osobą wierzącą lecz odniosłem wrażenie, że brakuje mi ducha wśród uczestników duchowego spotkania. kapłan zachęcał do śpiewania, bardzo pięknie wygłosił kazanie i wszystko byłoby super ale… No właśnie „ale”… Straciłem czujność. Moja wina, nikogo o to nie winię, bo nie mam prawa. Tylko to „ale”. W czym ono jest? Wśród samych swoich (dosłownie tak - sami swoi), uroczystość w intencji trzeźwości i kolejnej rocznicy grupy, a w mojej gębie pojawił się alkohol. Dosłownie zbaraniałem! Pierwszy raz w życiu nie ja sam sobie go tam umieściłem. Nie wiedziałem, jak się zachować. Wspólnie z innymi uczestnikami przystąpiłem do Sakramentu Eucharystii (Eucharystia od słowa greckiego „eucharistein", co znaczy „dziękować"), skrzyżowałem ręce na piersiach, otworzyłem gębę, powiedziałem „Amen” i poczułem na moim języku i na moim podniebieniu ogień, a w nosie woń nie do zniesienia, którą znałem z dawnych czasów, woń alkoholu. Zbaraniałem. Nie wiedziałem, co mam zrobić? Wypluć? Połknąłem. Poczułem, jak pali mnie w gardło. Przyjaciółka miała wodę w butelce, więc szybko popiłem, ale jeszcze długi czas czułem niesmak w gardle i na języku. Zdezorientowany spojrzałem na przyjaciela obok, on równie wystraszony spojrzał na mnie, wymieniliśmy się wystraszonymi minami. Msza się skończyła. Podszedłem do księdza i pytam: „Proszę Księdza, czy to, w czym maczał ksiądz hostię to alkohol?” A on ze zdziwioną miną odpowiada mi tak: „To wino mszalne”. Ja pytam: „Czy chce mnie ksiądz zabić? Ja jestem alkoholikiem i dla mnie alkohol w każdej postaci jest trucizną!” Przykro mi się zrobiło, gdy zobaczyłem jego minę, więc od razu go przeprosiłem mówiąc: „Przepraszam, to nie księdza wina. To ja nie zachowałem odpowiedniej czujności”. Po mszy na rocznicowym mityngu, podzieliłem się ze wszystkimi obecnymi moim „zapiciem”. Mniej więcej tak: „Jestem alkoholikiem, na imię mam Grzesiek, pragnę się z Wami podzielić tym, że nie zachowałem czujności i zapiłem. Ja jestem alkoholikiem, wiem czym dla mnie był alkohol i wiem czym on dla mnie nadal jest. Nie obawiaj się wroga , który Cię atakuje ale uważaj na przyjaciół , którzy Ci sprzyjają. Kochani moi, nie wiem jak mam się zachować i co powiedzieć, ale naprawdę wśród samych swoich, wśród przyjaciół z AA w mojej gębie poczułem smak alkoholu. Modlę się, aby tylko na tym się to skończyło, bo ja wiem, że mam do czynienia z wrogiem, podstępnym, potężnym i przebiegłym”. Nie interesuje mnie, co o mnie myśleli wtedy, tamci ludzie, ale widziałem ich wystraszone twarze. Było też kilka osób z politycznych i administracyjnych struktur tego miasta. Widziałem to osłupienie. Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Wiem, że Boga oszukać się nie da i nie chcę, nie chcę nikogo oszukiwać. W trakcie zabawy rozmawiałem z kolegą z tamtej grupy i zapytałem go, co on o tym myśli? Odpowiedział, że u nich to normalne, bo to jest Krew Chrystusa. I znowu zbaraniałem. Alkoholik z kilkunastoletnim stażem trzeźwienia, co rok robi na mityngu tortową rocznicę swojej trzeźwości, mówi do mnie, że wino mszalne to Krew Chrystusa. Znam księży alkoholików i wiem, że zamiast wina do celebracji używają wody. Pogodziłem się już z tym. „Zapiłem” - znam zasady. Teraz wiem, że mogłem tego uniknąć. Mogłem poprosić księdza, aby dał mi suchą eucharystię. Nie robiłem swoich pysznych rocznic tortowych i cieszę się z tego. Jestem uczciwy i pokorny. Najbardziej mi żal tego, że uśpiłem swoją czujność. Zgodnie ze swoim honorem i uczciwością, zawieszę swoją działalność w służbach AA . Tak mi podpowiada moje sumienie. W moim przekonaniu: zapiłem.
Pogody Ducha życzę i do zobaczenia na
spotkaniach AA .
Alkoholik Grzesiek


TRADYCJA DZIEWIĄTA

Kiedy zastanawiałem się nad sensem Tradycji Dziewiątej, czyli nad tym, dlaczego AA nie może stać się organizacją lecz powinna wykazać sie odpowiedzialnością wobec tych, którzy mi zaufali i wybrali, abym ich reprezentował w służbie. Przypomniała mi się obecna sytuacja w naszej polityce. Obserwuję czasami z przymrużeniem oka, co się dzieje, i co słyszę w obietnicach przedwyborczych. Wzajemne oskarżanie się, kłótnie, obietnice bez pokrycia, własne wizje rzekomego dobrobytu. A gdzie w tym wszystkim wspólne dobro lub wspólny cel a przede wszystkim, gdzie w tym wszystkim drugi człowiek? Liczy się tylko, kto dojdzie po trupach do władzy bez względu na sposób. I przecież tak lub w podobny sposób funkcjonują inne organizacje. Tam jest nieuczciwa rywalizacja, pieniądze czyli władza nad innymi, narzucanie własnego zdania, groźby i kary za nielojalność, własny interes, brutalny egoizm. Dlatego myślę, że AA jest fenomenem w dzisiejszych czasach. Bo jest zorganizowana, choć nie jest organizacją. Bo ci, którzy podjeli się służb są odpowiedzialni wobec tych, którzy im zaufali. Bo chodzi o to, aby służyć pomocą tym, którzy na tę pomoc czekają. I często wynika to nie tylko z wdzieczności, ale ze zdrowego rozsądku, aby utrzymać własną trzeźwość. Bo tak to działa. Wyzbywając się własnego egoizmu w służbach lepiej funkcjonuję w domu i w pracy. Łatwiej mi się porozumieć z kolegami których nie lubię i nie próbuje walczyć o swoje. Pamiętam, kiedy dzięki Bogu i sponsorowi pojechałem pierwszy raz na Konferencję Służb Regionu jako mandatariusz. Trafiłem na warsztat “Służba mandatariusza a moja odpowiedzialność”. To tam ze zdziwieniem dowiedziałem się, że spotykamy się w jednym celu. Rozmawialiśmy o tym, jak w naszym Regionie poprawić lub zmienić działanie różnych zespołów, biur, komisji, aby dotarła informacja, że AA istnieje, działa i pomaga. Dowiedziałem się, że jestem łącznikiem grupy z całym AA w przekazywaniu takich informacji. I chyba najważniejsze, że grupa, każda grupa także Konferencja ma tylko ten jeden cel - zorganizować poprzez służby formy przekazania informacji alkoholikowi, który stoi jeszcze pod sklepem lub włóczy się bezdomny, jak ja kiedyś. Że AA istnieje i może pomóc mu, jeżeli chce nie pić i chce inaczej żyć. Myślę, że własnie Tradycja Dziewiąta stoi na straży i przestrzega alkoholików i grupy aby nie popełniali tego błędu i nie tworzyli organizacji. Bo to nie przetrwa próby i pokusy władzy, wydawania poleceń, których żaden alkoholik nie będzie słuchał, prestiżu, własnych interesów. Najzwyczajniej AA nie przetrwa tego. Przeczytałem w naszej literaturze, że w naszej Wspólnocie AA nie może być ducha władzy, tylko powinien być duch służby. Pięknie to brzmi. A jak tego ducha wzbudzić? Ja tego ducha znalazłem na tej pierwszej Konferencji, na którą mnie zabrał sponsor. To tam zaczęło do mnie docierać, że istnieje zasada duchowej wymiany. Jeżeli mi ktoś poświęcił trochę czasu w AA to muszę to przekazać dalej innym. Tym właśnie którzy jeszcze włóczą się pijani i może bezdomni szukją jakiegoś sposobu, żeby coś zmienić w swoim życiu lub już nie szukają, bo stracili nadzieję. Ja tą nadzieję odnalazłem dzieki właśnie AA . To na tej Konferencji dotarło do mnie, że za niesienie tej nadzieji jestem odpowiedzialny. I to na tej Konferencji podjąłem decyzję, że ja za to chcę być odpowiedzialny. Chociaż obecnie nie mogę aktywnie uczestniczyć w życiu Intergrupy i Naszego Regionu ze względu na swoją sytuację i rodzinną, i zawodową istnieje wiele innych form odpowiedzialności i służby. To na tej pierwszej mojej Konferencji rozpoczeła się moja podróż w kierunku odpowiedzialności za swoją trzeżwość i odpowiedzialność wobec tych którzy mi zaufali i wybrali na mandatariusza. Zaufanie traciłem wiele razy, kiedy piłem alkohol, może dlatego tak pragnąłem, aby nikogo z grupy nie zawieść. Może dlatego to tak działa, że nie będąc organizacją bez jakiegoś bogactwa finansowego i władzy istniejemy i potafimy sie paradoksalnie organizować, aby pomagać innym i sami trwać w trzeźwości?
Mariusz


ZZA KRAT
TO JEST OPOWIEŚĆ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZROZUMIAŁ I ... ŻYJE NA TRZEŹWO, A BYŁO BEZNADZIEJNIE:

Być może moje słowa umrą śmiercią naturalną w więziennej rzeczywistości, ale dopóki jest nadzieja, że trafią do choćby jednego alkoholika wiem, że warto… Mam na imię Sebastian i jestem alkoholikiem. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem: „mam na imię tak i tak i jestem alkoholiczką…”. Jednak o tym później. Postaram się opisać 24 lata mego życia dość krótko. Jednak nie obiecuję, że wszystkie wspomnienia uda mi się ułożyć chronologicznie. Lata picia i ćpania zrobiły swoje. Moje alkoholowe doświadczenie zacząłem zbierać bardzo szybko. Pierwszy raz upiłem się mając jakieś trzynaście lat, a nim skończyłem 14 lat wiedziałem, co znaczy wino, kobiety i śpiew. Bardzo mi się ten stan podobał, bo przecież na trzeźwo nie umiałem nic. Kiedy zaś się napiłem byłem władcą świata. Pierwszy ciąg alkoholowy? - pojęcia nie mam, kiedy nastąpił. Pamiętam ten, który przerwał mi kryminał. Miałem wtedy 19 lat i rok picia za sobą. ZK to miejsce gdzie masz mnóstwo czasu na „baniowanie”, co się dzieje z Twoim życiem. Mnie też tego czasu nie brakowało. Tam zrozumiałem, że to moje picie to jednak normalne nie jest i całe życie w moim przypadku wiąże się z gorzałą. Będąc jeszcze na „Smutnej” zacząłem szukać pomocy. Tam trafiłem na spotkanie z AA. Była to grupa edukacyjna i mityngi. Wszedłem na salę, zobaczyłem wypicowaną kobietę obwieszoną złotem i jakiegoś gogusia w koszuli bielszej niż z reklamy proszku do prania. „Wolnościowcy”- co oni mi tu głupoty będą pieprzyć, skoro nie wiedzą jak jest tutaj. Wtedy pierwszy raz usłyszałem od odpicowanej laluni – „mam na imię…. I jestem alkoholiczką” – hmm. Pamiętam, że długi czas zastanawiałem się, jaką kasę im płacą za pieprzenie takich farmazonów, że, np. kilkanaście lat nie piją i są szczęśliwi? Następne hm… A mimo to coś mnie do nich ciągnęło. Po kilku miechach zostałem zawieziony do Sieradza i tam również odbywały się mityngi AA , na które coraz chętniej uczęszczałem. Wcale nie byłem zachwycony tym, co tam znalazłem, ale wiedziałem dwie rzeczy - dobrze to wygląda do wokandy i jakoś tak inaczej się czuję po tych spotkaniach AA . Mimo to jednak czułem, że to nie dla mnie. Za dużo gadania o Bogu i innych rzeczach (bolało), za wiele starszych ludzi, a ja przecież byłem młody żagiel. Z Sieradza postarałem się o transport do Warszawy na oddział terapeutyczny i ta forma leczenia bardziej przypadła mi do gustu. I w końcu wolność. Po siedmiu dniach na wolności czułem, że cosik ze mną nie dobrze. Poleciałem biegusiem do Abakusa w Łodzi, bo pamiętałem, że właśnie stamtąd przychodzili „Wolnościowcy” na Smutną. Działało 1,5 roku. Potem obraziłem się na grupę i poczułem się na tyle silny, by samemu radzić sobie z moim alkoholizmem. I po dwóch, albo trzech miesiącach znowu chlałem na umór. Jak długo to trwało nie umiem powiedzieć. Oprócz chlania doszła jeszcze amfa i cały syf z tym związany. W końcu moja była żona zagroziła mi rozwodem i znowu ruszyłem zadek na terapię. Szału nie było, tym razem dałem radę 10 miesięcy. Znowu kocioł. Za każdym razem, kiedy wracałem do chlania i ćpania robiłem wokół siebie gorszy syf. Trzeci raz próbowałem trzeźwieć, kiedy pod wpływem alkoholu pobiłem swoje dziecko i mimo tego, że na szczęście nie doznał dramatycznych fizycznych urazów, nic tego draństwa nie usprawiedliwia. To był trzeci raz, kiedy próbowałem przestać. Z premedytacją podkreślam „próbowałem”. Trwało to tym razem jeszcze krócej, bo tylko osiem miesięcy. I znowu powrót do chlania. Dramat. Pamiętam, jak dzień po rozwodzie obudziłem się na ciężkim kacu. Już dawno nie mieszkałem z byłą żoną, oboje byliśmy w nowych związkach, a ja swojej nowej wybrance gotowałem ten sam los, co jej poprzedniczce. Tamtego dnia właśnie coś się zmieniło. Tak w środku, we mnie. Kiedy obudziłem się taki przechlany poczułem, że ja już tak nie chcę żyć, że nie żyję na próbę, to i trzeźwieć na próbę nie będę. Poczułem, że albo biorę się za to poważnie, albo nie zawracam sobie i innym dupy. Od tamtego czasu minęło siedem lat. Dziś ja jestem takim „Wolnościowcem”, co wali farmazony ile już to nie pije i wiecie co?- Nikt mi za to nie płaci. Dbam o swoją trzeźwość w oparciu o Program 12 Kroków i 12 Tradycji AA już 7 lat. Nie zawsze jest łatwo, lekko i przyjemnie i nikt mi nie obiecywał, że tak będzie, ale mi obiecano, że warto. Dziś to wiem WARTO . Widzę to każdego dnia, kiedy wracam po pracy do domu, a moja partnerka patrzy z dumą a nie trwogą, w jakim jestem stanie. Widzę to, gdy mój najmłodszy synek tuli się do mnie i ufa mi bezgranicznie. Widzę to, gdy spotykam się ze starszymi dziećmi z pierwszego związku, które na mój widok nie chowają się za matkę ze strachu, tylko cieszą się na mój widok. Dostrzegam to wychodząc na ulicę nie zastanawiając się, czy powiedzieć sąsiadowi dzień dobry, czy go unikać, bo wczoraj dostał ode mnie w pysk. Widzę to, kiedy budzę się rano i pamiętam, co robiłem wczoraj, kiedy idę do pracy i nie muszę unikać przełożonych, bo jestem nie świeży. Jestem tego pewien, kiedy robię poranną toaletę spoglądam w lustro i nie mam ochoty napluć na odbicie które widzę. …bez względu na to jak trafiłem do więzienia, jakiego gnoju narobiłem w swoim życiu wiem, że z każdego łajna można wyjść. Jeśli tak naprawdę, szczerze się chce. Ja zechciałem siedem lat temu. Ty czytelniku dokonasz wyboru sam.
Pozdrawiam.
Sebastian alkoholik


WSPOMNIENIE ANDRZEJA J. "STOLARZA"

[*] [*] [*]
Dziś rano, 12.09.2015r. odszedł na „wieczny mityng” po długiej, ciężkiej chorobie Andrzej „Stolarz” z Rembertowa. Dla wielu był rozpoznawalny po czarnych, bawełnianych rękawiczkach, które musiał nosić ze względu na alergię na klej stolarski. Taka to choroba zawodowa. Dla wielu był rozpoznawalny po szczerym uśmiechu i energii, która mu towarzyszyła zawsze, gdy działał na rzecz drugiego alkoholika. Ukochał trzeźwe życie i służbę dla Wspólnoty AA . Pełnił wszystkie możliwe służby na grupie, pisał i rysował do Biuletynu MITYNG , był koordynatorem dyżurów telefonicznych, opiekunem PIK – ratował, co się dało, gdy woda zniszczyła książki zebrane w Regionie. Starał się o nowy lokal, gdy poprzedni nam wymówiono. Poruszył niebo i ziemię – a punkt znalazł znamienity. Opiekował się PIK -iem jak własnym mieszkankiem. Był Rzecznikiem Regionu AA Warszawa, gdy nasz region zaczynał przygotowania do obchodów 40-lecia AA w Polsce. Ostatnia jego służba, to Delegat Służby Krajowej do Komisji Finansowej. Nie dokończył jej. Choroba mu już nie pozwoliła. Brał udział w niezliczonej ilości mityngów informacyjnych niosąc informacje o AA do profesjonalistów. Kochał ludzi i Wspólnotę. Był przyjacielem dla trzeźwiejących alkoholików i dla tych, którzy jeszcze nie dotarli do AA . Niósł posłanie cierpiącym uczciwie i konsekwentnie. Nie było dla niego żadnych przeszkód, by do cierpiącego dotrzeć również na izbie wytrzeźwień, detoxie. Na prośbę rodziny przekazuję wiadomość wszystkim tym, którzy mają Go w sercu i wiecznej pamięci. Dziś prośba o wspomnienie, wspomożenie myślą rodziny oraz ci, którzy mogą, proszeni są o modlitwę w intencji duszy Andrzeja J. Dziś już nie cierpi, raduje się wolnością, odszedł trzeźwy. Pogrążona w smutku i w pustce, jaką zostawił w moim życiu i sercu Andrzej. Był moim przyjacielem, Wielkim Przyjacielem.
Gosiali
[*] [*] [*]
Poznałem Andrzeja wiele lat temu na jednym z Jego pierwszych mityngów. Od tamtej pory nasze drogi bardzo często się przeplatały nie tylko w służbie, ale i w życiu osobistym. Przez ten cały czas był osobą służebną dla Wspólnoty AA i każdego z potrzebujących jej członków. Mam nadzieję, że tak jak Andrzejowi było dane i ja w trzeźwości będę mógł kiedyś wybrać się na wieczny mityng.
 Piotr
[*] [*] [*]
W moim sercu pozostaniesz na zawsze jako pasjonat Wspólnoty. Oddany Jej duszą i ciałem. Dziękuję, że przez te kilkanaście lat byłeś razem ze mną na tej samej ścieżce. Twój uśmiech, ciepło bijące od Ciebie dodawało otuchy wielu osobom, również i mnie. Gdyby nie służby, prawdopodobnie nie bylibyśmy ze sobą tak blisko. Kiedy zachorowałam na drugą śmiertelną chorobę dzwoniłeś do mnie i podtrzymywałeś mnie na duchu. Znając Ciebie wiem, że tam na górze działasz na Wiecznym Mityngu i kiedy przyjdzie mój czas będziesz tam serdecznie mnie witał. Nasza modlitwa uczy, żeby godzić się z tym czego nie można zmienić. W Twoim przypadku jest to dla mnie bardzo trudne. Do zobaczenia.
Grażyna
[*] [*] [*]
Będę Cię pamiętał Andrzeju, jako tego, który zawsze gasił moje nie zawsze przemyślane zapędy Aowske. Dostałem na drugą rocznicę od Ciebie w prezencie naszą Wielką Księgę z wpisem „Darku bądź zawsze z nami, uwierz a wszystko się ułoży”. No i zostałem, uwierzyłem no i pomału wszystko się układa. Dzięki za to Andy i do zobaczenia na wiecznym mityngu.
Dario
[*] [*] [*]
Drogi Andrzejku pozostaniesz w moim sercu i pamięci na zawsze. Będę Cię pamiętać jako człowieka pogodnego z poczuciem humoru, ciepłego, życzliwego, oddanego Wspólnocie AA czego świadectwem była Twoja postawa i służby, które pełniłeś do końca. Pamiętam, kiedy na początku mojej drogi przyszłam na pierwszy mityng w Rembertowie dużo rozmawialiśmy, sprawiłeś, że poczułam się bezpiecznie. Na każdym mityngu dzieliłeś się doświadczeniem z którego czerpałam bardzo dużo a przede wszystkim wiarę i nadzieję, że dam radę, że będzie dobrze. Słuchałam i działałam choć czułam ogromny lęk. Wspierałeś mnie w służbie. Za to wszystko jestem Ci wdzięczna i z całego serca dziękuję. Byłeś dla mnie jak starszy, kochany brat. Do zobaczenia Andrzejku
Dorota
Podziękowania za kondolencje Dziś odebrałam telefon od Córki śp. Andrzeja J. „Stolarza”. Ponieważ w trakcie uroczystości żałobnych wzruszenie i ból po stracie był tak silny, że trudno było wypowiadać słowa, zostałam poproszona i upoważniona przez nią do przesłania podziękowań w imieniu całej rodziny wszystkim tym, którzy mają Jej Ojca w życzliwej pamięci i w modlitwie, tym, którzy uczestniczyli w uroczystościach pogrzebowych, w ostatniej Jego ziemskiej drodze oraz wspólnej Modlitwie o Pogodę Ducha w kręgu nad jego grobem. Cała rodzina dziękuje za uczestnictwo i piękne kwiaty. Córka i Syn przesyłają szczególne podziękowania i wyrazy wdzięczności wszystkim, którzy byli przyjaciółmi dla ich Ojca w ostatnich latach jego życia. Wspierali go w zdrowiu, w Jego działaniach oraz w ostatnim okresie, gdy ciężko zachorował. Córka prosiła mnie również, abym przekazała informację, jak bardzo byliśmy potrzebni i pomocni w przeżywaniu trudnego momentu ich żałoby. Przekazuję również pozdrowienia i życzenia Pogody Ducha na drodze zdrowienia dla wszystkich z AA od Córki i Syna Andrzeja „Stolarza” – kiedyś pełniącego m.in. służbę Rzecznika Regionu AA Warszawa. Dzieci Andrzeja chcą również przekazać pamiątki po ojcu związane z jego działaniami do archiwum AA . Mają nadzieję, że komuś jeszcze te książki, broszury, notatki będą potrzebne.