MITYNG 12/222/2015

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



SKARBIEC

Nie piję i trzeżwieję od ponad 6 lat. Przez wiele lat nie odróżniałem abstynencji od trzeźwienia. Uważałem, że utrzymywanie abstynencji oznacza bycie trzeźwym i trzeźwe życie. Takiego myślenia nie zmieniały również terapie, których kilka przechodziłem. Nie trafiały do mnie zalecenia czy proste prawdy innych trzeźwiejących alkoholików i terapeutów. Dlatego zawsze po krótszym lub dłuższym okresie (z upływem czasu coraz krótszym) wracałem do picia. Dopiero przed sześciu laty zrozumiałem, co oznacza praca nad sobą, rozwijanie swojej osobowości, praca nad wartościami i kierowaniu się nimi w codziennym życiu. Zrozumiałem też, że sama abstynencja to podstawa, na której dopiero można budować trzeżwość. Jeżeli nie będę odrzucał tych prostych i dzisiaj oczywistych dla mnie prawd, to mam duże szanse nie wrócić do picia i wieść trzeżwe tzw. normalne życie bez alkoholu. Warunkiem jest również całkowite przekonanie, że wspomniana praca nad sobą nie kończy się po wyjściu z oddziału odwykowego, zakończenia grupy terapeutycznej albo „zaliczeniu”, tak to kiedyś określałem, kilku mityngów. Ta praca trwa nadal. Przede wszystkim na mityngach, ale także na różnych formach warsztatów. Jeżeli potraktuję moje trzeźwienie jako zakończony proces i nabytą wiedzę odłożę do szuflady w przenośni i dosłownie (np. notatki, literaturę), to skończy się to tylko i wyłącznie abstynencją, a potem piciem czyli będzie to proces odwrotny do tego pielęgnowanego przez sześć ostatnich lat. Dlatego nadal uczestniczę w mityngach i w różnych formach zajęć. Opowiadając o sobie przy każdej sposobności mówię o tym, co teraz jest dla mnie oczywiste, a przez wiele lat było niezrozumiałe. To tak jak z tabliczką mnożenia. Dwa razy dwa zawsze będzie cztery a nie pięć. A ja chciałem tworzyć własną teorię. Mityngi to dla mnie kopalnia wiedzy o ogromnych zasobach, praktycznie niewyczerpanych. Jest to także skrócony program 12. Kroków. Tak je odbieram biorąc udział we wspólnym czytaniu. Często również tematy i wypowiedzi nawiązują do kroków AA. Czyli przychodzę na mityngi również po wiedzę i umiejętności ułatwiające życie, trzeźwe życie. Podobnie na warsztatach terapeutycznych. Zatem jest to wymiana doświadczeń, poznawanie siebie, swojej osobowości: poczucie własnej wartości, radzenie sobie ze złością, w trudnych sytuacjach, relacje z innymi ludżmi, system wartości (np.odpowiedzialność, empatia ), asertywność, umiejętność proszenia o pomoc bez poczucia wstydu, zażenowania, zrozumienie dla innych, tolerancja, akceptacja odmienności innych, komunikacja. To tylko niektóre tematy, w których uczestniczyłem lub zamierzam wziąć udział. Takie spotkania dają mi możliwość przyjrzenia się sobie, moim reakcjom i innych osób, postrzeganiem mojej osoby przez innych. Możemy przyjrzeć się sobie nawzajem. A to są dla mnie bardzo cenne spostrzeżenia. To również okazja usłyszenia od innych czegoś, co może być mi przydatne w codziennym życiu, wzajemnego podzielenia się swoimi problemami. Wyniesione z nich refleksje, przemyślenia mają ogromny, korzystny wpływ na wspomniane już relacje z innymi i moje codzienne zachowania. Dlatego zawsze biorę aktywnie udział w mityngach i innych zajęciach, nie tylko słuchając, ponieważ chcę również dorzucić jak najwięcej do owego wspólnego skarbca wiedzy i doświadczeń. A wszystkie te zasoby są naszym wspólnym dobrem i wartością. W pierwszym okresie trzeźwienia, przed kilku laty byłem przekonany, że systematyczny udział w zajęciach trudno będzie pogodzić z innymi sferami życia: rodzinnym, osobistym, zawodowym. Okazało się, że tak nie jest. Uczestniczenie w mityngach, terapiach, warsztatach wcale nie odbywa się kosztem innych obszarów życiowych. Przeciwnie jeszcze je wzbogaca np. życie rodzinne o wartości wyniesione z tych zajęć. Czasami biorę udział w szkoleniach zawodowych. Jest to pogłębienie lub przypomnienie już posiadanej wiedzy, czasem nabycie nowej, co sprawia, że rośnie moja wartość jako pracownika. Podobnie jest w przypadku mityngów i innych zajęć mających na celu mój rozwój osobisty. Korzyści z nich wyniesione to po prostu sposób na życie, trzeźwe życie. Dodam jeszcze, że mityngi AA i zajęcia typowo terapeutyczne wzajemnie uzupełniają się. Wcale nie jest to mieszanka wybuchowa. Przeciwnie bardzo motywująca do czerpania radości i satysfakcji z codziennego życia. Udział w takich zajęciach to również rozwój duchowości, niekoniecznie w religijnym rozumieniu tego słowa - np. marzenia. Znaczna ich część jest realna. Wiara w marzenia, miłość, zainteresowania czy romantyczne usposobienie to też duchowość i jest kołem napędowym do życia w trzeźwości. W trzeźwości, nie tylko w abstynencji. Takie zajęcia to również okazja dla mnie do spotkania przyjaciół, z którymi mogę porozmawiać na tematy osobiste czy wynikające ze wspólnych zainteresowań. Na zajęciach i poza nimi. A to uczy mnie również bycia z ludżmi, a nie izolowanie się tak, jak w okresie picia. Wtedy bardzo odczuwałem samotność. Ludzie są mi potrzebni, nie tylko trzeźwiejący alkoholicy. Tę potrzebę również wynoszę z mityngów, Programu 12. Kroków, warsztatów i innych zajęć.

Pozdrawiam
Wojtek AA WarszawaA


Z MOJEGO DOŚWIADCZENIA KORZYSTAJĄ INNI

Z początku przychodząc na mityngi siadałem i wydawało mi się, że słuchałem. Wypiłem kawę, wrzuciłem coś do kapelusza (albo i nie) i wychodziłem. Byłem nastawiony na branie (zupełnie jak w pijanym życiu), na branie recepty na abstynencję, a z czasem na trzeźwość. Z biegiem czasu naprawdę słuchając dowiadywałem się, że aby do abstynencji dołączyć trzeźwienie, trzeba coś dać od siebie, trzeba oddać, aby dostać. Kolejna zagadka. Lecz szybko udało mi się ją rozwiązać. Dzięki sponsorowi i innym AA. Okazało się, że "tym czymś" jest moje doświadczenie na drodze do trzeźwienia. Doświadczenie, którym się dzielę z innymi jest zarazem nadzieją i siłą do dalszego działania, do rozwiązywania spraw, poprawy relacji z bliskimi, do pokonywania trudności na drodze do szczęśliwego życia. To co słyszałem, że nie mogę się podzielić czymś czego jeszcze nie mam, dzięki Bogu jakkolwiek Go pojmuję, długo szczególnie na początku mnie blokowało w “pomocy” innym. Lecz po kilku miesiącach we Wspólnocie zobaczyłem, że przychodzą nowi przyjaciele, z którymi mogę się podzielić swoją krótką historią zdrowienia. Więc te pierwsze wypowiedzi na mityngu były moim pierwszym niesieniem posłania, jak się póżniej dowiedziałem od “starszych” stażem przyjaciół. W miarę upływu czasu, gdy pierwsze obawy powoli ustępowały miejsca odwadze i zdecydowaniu,podjąłem się innej formy niesienia posłania, czyli spikerki, do której zmotywował mnie, zapraszając na swoją grupę jeden z przyjaciół. Pracowałem wtedy nad VI Krokiem ze sponsorem, więc podzieliłem się tym, jak wygląda moja droga na programie i co aktualnie robię dla swojego tzreżwienia, bo po wielu rozmowach z przyjaciółmi nauczyli mnie że, lepiej opowiedzieć o tym niż znowu snuć kolejny “kiwawy” piciorys. W tym samym czasie uczęszczałem już na dyżur przy telefonie, ale nie odbierałem sam telefonów, dopiero po wysłuchaniu wielu rozmów przeprowadzonych przez mojego sponsora i przyjaciół. Po przysłychaniu się, jak oni niosą posłanie przez telefon, odważyłem się podnieść słuchawkę i wypowiedzieć te proste, ale jak ważne zdanie: "Anonimowi Alkoholicy w czym mogę pomóc?". Zatem miałem kolejną możliwość dzielenia się swoim doświadczeniem na każdym dyżurze. Nawet jeśli telefon milczał, ja czekałem. Uczęszczanie na mityngi, służba, dyżur przy telefonie, mijający czas i co najważniejsze "postawienie" Dwunastego Kroku ze sponsorem, otworzyło mi drogę do kolejnej formy i możliwości niesienia posłania i dzielenia się swoim doświadczeniem, czyli do sponsorowania. Niedługo po tym pojawił się na mojej drodze trzeżwienia przyjaciel, który chciał wejść na drogę programu 12 Kroków i nie mogąc trzymać tej recepty na trzeżwość tylko dla siebie, zaczęliśmy wspólną pracę, bo jest to praca dla obu stron i wzajemne dzielenie się swoim doświadczeniem. Takie niesienie posłania i dzielenie się doświadczeniem przez wypowiedzi na mityngu, służbę, spikerki, dyżur to wspaniała sprawa. Uważam, że nie można popaść w w rutynę (jak ja popadłem), dlatego trzeba podejmować kolejne wyzwania na drodzę do trzeźwości. Mówię o tym dlatego, że przynajmniej dla mnie rutyna w niesieniu posłania objawia się spadkiem zaangażowania, chęci do robienia czegokolwiek, a to jest dla mnie najprostszą drogą do wycofania się, izolacji a w efekcie końcowym do nawrotu. Po jednym z takich nawrotów, Bóg jakkolwiek Go pojmuję, postawił mi na drodze przyjaciółkę koordynującą niesienie posłanie na detoksie i sprawa była oczywista...”rób coś. , to ci przejdzie.Zapisałem się na dyżur na detoksie. Co z tego wyjdzie zobaczę, ale mam nadzieję że z mojego doświadczenia skorzystają inni, bo ten program działa, jeśli ja działam...Taka niby banalna prawda, a jednak żeby ją zrozumieć, potrzebowałem trochę czasu i potrzebowałem się nauczyć jak działać.
AA Łukasz


OPOWIEŚĆ LESZKA

Przez 5 i pół roku uczęszczałem na mityngi AA, podejmowałem się służb we Wspólnocie, utrzymywałem kontakt z innymi alkoholikami i żyłem w przeświadczeniu, że tak to ma właśnie wyglądać. W domu było w miarę spokojnie. W pracy i życiu towarzyskim również. Uwierzyłem w slogany w stylu „daj czas czasowi” czy ,,w AA nic nie musisz”. Żyłem w przeświadczeniu, że wszystko się jakoś samo ułoży. Ja mam tylko nie pić. Wówczas urodził się mój pierworodny, wyczekiwany syn. Wielkie szczęście i radość wstąpiła w moje serce. Do tych uczuć wkrótce dołączyła frustracja, lęk i poczucie bezradności i bezużyteczności. Moja wspaniała żona przestała obchodzić się ze mną jak ze zgniłym jajem. Całą uwagę przekierowała na juniora. Gdy skończył pół roku, nie wiedziałem już, co się ze mną dzieje. Biegałem od mityngu do mityngu. Coraz częściej. Ładowałem w ten sposób swój akumulator, a on... coraz szybciej się rozładowywał. Dochodziło do tego, że wracałem w wyśmienitym nastroju z mityngu, by zaraz po przekroczeniu progu mieszkania pragnąć z niego uciekać. W ogóle nie wiedziałem, jak mam żyć. Wszędzie robiłem dobrą minę do złej gry, a gdy byłem sam płakałem z bezsilności. W końcu przyszedł dzień, w którym ból emocjonalny był nie do zniesienia. Nie chciałem pić, a nie potrafiłem żyć na trzeźwo. W końcu poprosiłem drugiego człowieka o pomoc. O sponsorowanie na Programie 12 Kroków. Dostałem ,,sugestie” i po kilku dniach „zalecenia” do Kroku I. Zacząłem na siłę modlić się,pisać listy wdzięczności i uraz, dzwonić o wyznaczonej porze do sponsora. Kroki II i III, które kiedyś wydawały mi się całkiem zbędne do egzystencji, okazały się kamieniami milowymi w moim zdrowieniu. Pomogły mi wyzbyć się uprzedzeń do kościoła, religii, duchownych i wiernych, a przede wszystkim do obrazu Boga wyniesionego z dzieciństwa. Zrozumiałem i zaakceptowałem fakt - Bóg istnieje i ja nim nie jestem! Zapragnąłem przestać kierować się samowolą, która mi nie służyła i powierzyć swoją wolę Jego opiece. Jakkolwiek Go pojmuję. Od tego momentu życie stało się prostsze. Zacząłem podejmować działania bez oczekiwań konkretnych efektów. Wszystko od tej pory zwróciłem Jemu. To On jest szefem, a ja podwładnym. Ja mam tylko robić swoje. ,,To Pan czyni dzieła”. Nie ja! W tym momencie okazało się, że zrobienie gruntownego i odważnego obrachunku moralnego nie jest niewykonalne. Tak samo zresztą jak wyznanie Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istoty moich błędów, czyli wad, które oddzielały mnie od mojej Siły Wyższej i innych ludzi. Gdy już rozpoznałem te braki mego charakteru, to zapragnąłem się ich pozbyć. Uwierzyłem, że Bóg może mi w tym pomóc, tak samo jak odebrał mi obsesję picia. To, że przestałem pić przestało być moją zasługą. Wiem, iż dostałem dar łaski i tak samo może się stać z każdym innym z moich defektów. Pod warunkiem, że Go o to będę prosił, równocześnie bezustannie podejmując działania by stać się lepszym człowiekiem. Tak jak wiara bez uczynków jest martwa, tak Program bez działania nie przynosi efektów. Gdy wybaczyłem wszystkim moim "prześladowcom" i zadośćuczyniłem osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe życie nabrało sensu i stało się wspaniałe. Cieszę się każdą chwilą, jaką mogę spędzić z moim dziś już ponad sześcioletnim synkiem i żoną. Staram się przekazywać Program dalej, służyć Wspólnocie i innym ludziom. Mój Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, chce bym był dobrym człowiekiem. Bym pomagał bliźnim, wspierał ich i w ten sposób dawał świadectwo Jego miłości i miłosierdzia. Nie potrafiłbym tak żyć nie uporządkowawszy najpierw swojej przeszłości i relacji z innymi ludżmi. Tego z kolei nie zrobiłbym nigdy bez wiary w Stwórcę. Wierzę, że nic nie dzieje się przypadkiem. Bóg dał mi alkoholizm, bym mógł z Jego pomocą wyleczyć swoją duszę. Duszę, która była pokaleczona i zagubiona już w dzieciństwie. Dziś nie szukam ulgi w alkoholu, hazardzie, kompulsywnych zakupach czy pornografii. Szczęścia dostarcza mi bycie użytecznym ojcem, mężem, synem, bratem, kolegą w pracy czy przechod-niem na ulicy. W każdej chwili mam niepowtarzalną okazję okazania Jemu i wspólnocie wdzięczności za ocalenie życia. Za dar zdrowia fizycznego, psychicznego i emocjonalnego. A że nie mogę pić? Po pierwsze nikt mi nie zabroni, a po drugie ja już tego nie chcę i nie potrzebuję. Mam alergię na alkohol - i dobrze. Mogło mnie już nie być na tym świecie, a jestem zdrowym człowiekiem. Pierwsze pięć lat "na sucho" to piekło. Samo zaprzestanie picia niczego nie zmieniło. Nic się samo nie ułożyło. Dopiero uczciwa praca na Programie 12 Kroków ze sponsorem i Wielką Księgą dała efekty. Jedynym warunkiem zdrowienia jest uwierzenie Bogu jakkolwiek go pojmuję i uporządkowanie przeszłości i głoszenie dobrej nowiny. Zycie jest piękne.
Leszek AA


DOŚWIADCZENIE, SIŁA I NADZIEJA

Døświadczenie jest dziś dla mnie siłą i nadzieją na trzeżwe zycie. Potrzebowałem wielu lat picia i upadania, aby uwierzyć w doświadczenie drugiego człowieka, że można zmienić swoje życie i żyć na trzeżwo. Nie było to dla mnie takie łatwe. We Wspólnocie AA spotykałem róznych alkoholików o rozmaitych zachowaniach, lecz przyszedł taki czas, kiedy dostrzegłem potrzebę zachowania spokoju, równowagi emocjonalnej, ciepłego uśmiechu i życzliwości ludzkiej. Dostrzegłem doświadczenia przyjaciół we Wspólnocie tych, którzy to, co mówili było przykładem ich życia w miłości. Zacznę może od tego, że Wspólnota AA potrzebowała dwudziestu lat własnych doświadczeń, aby przekazać nam program w 1955 r na drugiej międzynarodowej Konwencji AA w St. Louis. Bill W. powiedział wtedy: „Oto nasze trzy legaty Zdrowienie - Jedność - Służba. Przekażcie to dalej”. Do Wspólnoty AA na swój pierwszy mityng trafiłem w 2004 r , ale wtedy jeszcze nie uwierzyłem. Odszedłem i powróciłem po roku. Zacząłem słuchać doświadczeń moich braci i sióstr alkoholików. Doświadczenia te były dla mnie wiarą na lepsze jutro. I tak się zaczęło. Pierwsze moje lata w AA były bardzo burzliwe. Nie piłem, chodziłem na mityngi, czytałem literaturę, ale w moim życiu był chaos i bardzo sobie sam wszystko komplikowałem. Dziś wiem, dlaczego tak się działo. Ponieważ samo słuchanie nie wystarcza mi, muszę uwierzyć i działać. To wcale dla mnie nie było takie proste. Byłem pełen egoizmu i robiłem po swojemu. Miałem jednego, drugiego i trzeciego sponsora. No, nie piłem, ale w moim życiu było ciagle pełno problemów i praktycznie mało co sobie z nim radziłem. Po siedmiu latach bycia w AA, chodzenia na mityngi, służenia spotkałem przyjaciela, który przekazał mi swoje doświadczenie i to stało się dla mnie siłą i nadzieją. Ale co najważniejsze w tym doświadczeniu, to to, że pokazał mi swoje trzeźwe życie oparte na miłości, spokoju, tolerancji a także pokazał mi swoją szczęśliwą rodzinę. Poprosiłem przyjaciela o pomoc. Zaczęliśmy pracę. Już na samym początku usłyszałem, że program AA to Trzy Legaty i tylko stosowany w całości daje właściwy efekt duchowej egzystencji. Program AA to dwadzieścia lat doświadczeń Wspólnoty. W życiu mam się kierować tymi doświadczeniami, bo one są sprawdzone. W tej dwudziestoletniej historii pierwsze były kroki, które służą do mojego osobistego zdrowienia, lecz to było za mało, bo aby to zdrowienie było pełne, trzeba w miłości przekazać je dalej. Doświadczenia pokazały nam, że musimy zbudować jedność naszego posłania. Tradycje rodziły się w bólu naszych doświadczeń i ostatni legat Służba. To posłanie 12 Kroku. Przyjaciel wbił mi do głowy, że trzeba służyć w grupie, Intergrupie, Regionie, Służbie Krajowej i jako sponsor. Ozdrowiały alkoholik to taki, który pokomie zdrowieje i służy drugiemu człowiekowi i Wspólnocie AA we wszystkich swoich poczynaniach. Bóg obdarza mnie talentami, a ja mam służyć oddając te talenty. Po przez prace na 12 Krokach, Wielkiej Księdze i literaturze AA. Otrzymałem miłość. Doświadczenia mojego przyjaciela były zawsze prawdziwe i mogły służyć jako przykład z Wielkiej Księgi i naszej literatury. Omawialiśmy także 12 Tradycji AA dzięki, którym poczułem jedność, przynależność i tolerancję. Tradycje AA hamują moja pychę i egoizm. Do służby potrzebuję 12 Koncepcji AA, bo to jest pełnia mojej wdzięczności. Dziękuję Bogu, że na mojej drodze postawił człowieka z przykładem doświadczenia i stosowania Trzech Legatów AA. To jest moje doświadczenie zdrowienia i spokoju ducha, które przekazuje drugiemu człowiekowi służąc mu jako duchowy przewodnik po programie AA. Służba sponsora jest dziś dla mnie najważniejsza, bo umacnia moja trzeźwość. Dziś wiem, że to nie ja jestem najważniejszy i jak będę się koncentrował na tym co jest dla mnie najważniejsze, to mój egoizm mnie zabije. Więc muszę służyć w grupie, intergrupie, regionie i służbie krajowej, bo to jest służba dla Wspólnoty i drugiego człowieka. Bez tych służb nie będzie grupy. Nie będzie Wspólnoty. I nikomu nie zaniosę posłania AA, bo i mnie tez nie będzie. Dziś w swoich doświadczeniach spostrzegam sponsorów z kilku miesięcznym okresem nie picia, którzy nie służą w grupach, a zajmują się uzdrawianiem nowicjuszy po przez przekazywanie 12 Kroków i cytatów z Wielkiej Księgi. Nakazywaniem im, co mają robić! Sami są jeszcze emocjonalnie niepoukładani, nie znają Tradycji AA i nie maja pojęcia o strukturach służb. Więc co przekazują? Nic! Sposób na własne egoistyczne zdrowienie. Zostawiając na boku dobro grupy, Wspólnoty, jedności i służby. To już AA przerabiało na początku lat czterdziestych. Takie są moje doświadczenia, ale i doświadczenia innych AA są bardzo podobne. Pierwsze dwadzieścia lat doświadczeń AA pokazały, że do pełnego zdrowienia i służby drugiemu człowiekowi są potrzebna wszystkie Trzy Legaty. Dziś chodzę na mityngi dwa razy w tygodniu, czytam literaturę, sponsoruję i służę Wspólnocie AA. Mam poukładane życie osobiste, kocham moją rodzinę i dla nich żyję. Staram się żyć w zgodzie z Trzema Legatami AA. To co powiedział Bill W. w 1955 r i to przekazuje dalej. Jestem wdzięczny pierwszym Anonimowym Alkoholikom, że Bóg tak pokierował i to wszystko się nie rozpadło. Przekazuję swoim podopiecznym te doświadczenia i nic im nie nakazuję. Bo w tym wszystkim najważniejsze jest moje życie i zachowanie. Bo w jaki sposób mogę pomóc drugiemu człowiekowi, jeśli sam tego nie będę posiadał? Tylko mu zaszkodzę! To wszystko przekazuję nie tylko na fragmentach „Wielkiej Księgi”, ale również na podstawie całej literatury AA oraz na naszej osiemdziesiąt letniej, bogatej w doświadczenia historii. Program AA stał się dziś dla mnie bardzo prosty i skuteczny. Staram się żyć w zgodzie z Dwunastoma Krokami, budować jedność we Wspólnocie i życiu osobistym opartą na Dwunastu Tradycjach oraz wyrażam wdzięczność i poczucie ogromnej miłości, służąc stosując dwa-naście koncepcji AA we wszystkich swoich poczynaniach. To doświadczenie pomaga moim podopiecznym i mnie samemu. Ponieważ cieszą zmiany zachowań, życia, odbudowane rodziny, spokój emocjonalny, zaangażowanie w służbę i pogodne oblicza. Odzyskane człowieczeństwo i prosta życzliwość ludzka. Wspólnota AA potrzebowała dwudziestu lat własnych doświadczeń aby przekazać Program duchowego dziedzictwa wszystkim tym, którzy jeszcze cierpią. W moim przypadku potrzebne było siedem lat, a dziś moi podopieczni potrzebują około dwóch lat, aby w pełni ozdrowieć i przyjąć Trzy Legaty AAjako sposób życia w miłości. To bardzo cieszy. To jest ogromna wdzięczność. Chcę aby moje doświadczenie było proste i wypełnione językiem serca. Kocham was całym serduchem i gorąco pozdrawiam.
Adam L. AA


ALKOHOL - UCIECZKĄ OD UZALEŻNIENIA

Jestem uzależniony(na) jest potwierdzeniem nieutożsamiania się z alkoholikami. Jestem inna, inny. Potwierdzenie tego odnalazłem w literaturach fachowych. Byłem w tym roku na trzech pogrzebach ludzi, którzy eksperymentowali na swoje sposoby. Wszyscy skończyli pijąc alkohol, uciekając od odpowiedzialności za swój los, od odpowiedzialności za swoje życie, szukając złotego środka chodzenia na skróty. Ja też tak błądziłem w latach 1985-1991. Rok 1992 stał się dla mnie przełomem i doświadczeniem łaski od Boga, mojej Siły Wyższej i Większej dzięki nadziei, która dała mi odpowiedzialność i akceptację choroby alkoholowej, na którą zachorowałem na własne życzenie. Po 30 latach zmagań przestałem walczyć i szukać wszędzie poza sobą. Byłem blisko śmierci, która zaglądała mi w oczy za każdym powitaniem alkoholu, jako złotego środka na ból i cierpienie. Cierpiałem, bo chciałem, a myślałem inaczej. Próbowałem utrzymać abstynencję, ale się nie dało, bo wymykała się ciągle spod kontroli. Walka i porażki były coraz mocniejsze i trudniejsze. O trzeżwości nic nie wiedziałem, bo kojarzyła mi się z rezygnacją z życia. Jak żyć bez alkoholu, w który uwierzyłem? Kiedy uwierzyłem wreszcie w to, że jestem alkoholikiem, to walka przestała istnieć. Bo utrzymanie trzeżwości jest tylko możliwe bez walki. Wróciłem do Wspólnoty AA, jako alkoholik i byłem gotowy na zmiany. Zmieniał się bez walki mój sposób myślenia i nawet mowa stawała się bardziej zrozumiała. Mogłem już robić to, co robili inni i nie traciłem czasu na eksperymenty. Utrzymanie trzeźwości stało się proste i zadawalające dzięki współpracy z Bogiem i z drugim alkoholikiem. Słowo alkoholik stało się przyjazne i nie byłem już sam, bo uwierzyłem innym alkoholikom. Współpraca stawała się owocna w działaniu na rzecz Wspólnoty AA. W służeniu grupie, intergrupie i regionowi tworzymy krąg ludzi o tych samych przekonaniach i potrzebie dla AA. Przez cały czas w działaniu odnajduję drogę do wolności duchowej. Wspólnie jest lżej i nie ma ucieczki w jednoosobowość. Uzależniony byłem wtedy, gdy myślałem o inności. Zmiana myślenia jest spowodowana dzięki uwierzeniu a bycie alkoholikiem jest wstępem do wolności od obsesji myślenia, o inności i mówienia inaczej niż Wspólnota AA. Mówienie "JESTEM ALKOHOLIKIEM" jest według mnie otwartością na innych alkoholików i ich potrzeby. We Wspólnocie AA mam swoje miejsce i radość w przynależności do AA. Tu wszystko można, bo nic nie muszę. Nie muszę walczyć, a mogę pomagać i dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją. Moja wiara i miłość jest w zdrowieniu, jedności i służbie. Tajemnica odkryta dla wierzących. Życzę wytrwałości i poświęceniu dla AA
Andrzej AA


OSOBISTE WYZNANIE

Mam na imię Marcin, urodziłem się 35 lat temu w tym mieście, gdzie się wychowałem. Pochodzę z rodziny robotniczej. Mama pracowała w sklepie spożywczym, a ojciec w większości życia był palaczem w Browarze, do czasu zwolnienia z pracy. Potem pracował tylko dorywczo i łapał się czego popadnie. Teraz jestem pewien, że był i jest alkoholikiem. W wieku około 16 lat miałem pierwszy kontakt z alkoholem, zaczęło się od dnia wagarowicza, czyli w pierwszy dzień wiosny. Połączywszy dwie klasy poszliśmy do lasu z zamiarem ogniska, koledzy kupowali różne piwa i jakiś rodzaj wina, który został zakupiony po drodze. Pewna ilość koleżanek też bardzo chętnie poszła z nami na rzekome ognisko. Tego dnia w ogóle się nie przejmowałem konsekwencjami picia alkoholu, bardzo się upiłem, nawet ciężko mi stwierdzić, ale było mi bardzo ciężko dotrzeć do domu. Raczej na pewno taka mieszanka piwa i wina nic dobrego nie wróżyła, zwymiotowałem chyba wszystko, co było w moich kiszkach. Ten alkohol, który wypiłem na ognisku dał mi jakąś dziwną obojętność z konsekwencji, które były jednoznaczne, od Ojca, który zawsze załatwiał takie sprawy paskiem od spodni. Poczułem odwagę, pewność siebie i poczucie jakiejś pełnoletności łączące się z satysfakcją. Teraz wiem, że to wtedy się wszystko zaczęło czyli mój alkoholizm. Będąc w szkole byłem przeciętny, niezbyt wysoki i niezbyt niski. Swoje niedoskonałości pokazywałem, a raczej zamieniałem na grę w piłkę, co mi nieźle wychodziło. Bardzo mnie interesowali starsi koledzy, chociaż nie jestem do końca pewien dlaczego. Czyżby dlatego, że miałem brata starszego o trzy lata? Interesowałem się zawsze ich zainteresowaniami, które mogli mi pokazać. Jak palą papierosy, spożywają alkohol i nie wymiotują. W jakimś stopniu chciałem dostosować się do nich, ale nie było to takie łatwe. Z przeciętnego ucznia robiłem się coraz gorszy, nie myślałem o tym, co będzie w późniejszym czasie. Starsi koledzy strasznie mi imponowali. Palili papierosy, pili alkohol, chciałem być taki jak oni. Swoje kompleksy ukrywałem przed sobą, zacząłem być agresywny w odpowiedziach i do osób mi bliskich, zacząłem palić i pić alkohol. W szkole ledwo co mi szło, w klasie siódmej nie zdałem z niewiedzy, tylko z powodu częstego opuszczania lekcji. Z roku na rok byłem skoncentrowany bardziej na alkoholu, zabawie, dziewczynach, na imprezkach, na których lał się alkohol. W niedługim czasie urodził mi się syn, ale w moim życiu nic się nie zmieniło. Po dwóch latach pobiłem bardzo teścia, za co zostałem skazany na dwa lata pozbawienia wolności. Zona mnie zostawiła. Po wyjściu bardzo to przeżywałem i topiłem smutki w alkoholu i kobietach. Tak przez wiele lat byłem przekonany,że już nie ma innego rozwiązania, gubiłem się aż do dnia, kiedy mnie zatrzymali za kradzież z włamaniem. Wyrok był i jest do tej pory zarazem karą jak również moim jedynym ratunkiem. Dzięki temu wyrokowi pierwszy raz miałem kontakt z AA. Od 2014 roku, od marca uczęszczam na mityngi i poznałem tutaj bardzo dobrych i życzliwych ludzi. Dzięki nim jak i terapeutkom z terapii, którą ukończyłem w 2014 roku od września do grudnia, teraz każdy dzień spędzam w gronie przyjaciół z AA i grupy Mokotów, która z wolności do nas przyjeżdża, za co im bardzo dziękuję. Bardzo chciałbym podziękować Arturowi i życzyć mu Pogody Ducha, jak i wszystkim, którzy jesteście przy mnie. Żałuję, że setki tysięcy ludzi w Polsce nie bierze tego wspaniałego nowego życia, które jest podane na wyciągnięcie ręki na każdym mityngu AA.  
Marcin

ZZA KRAT

Na imię mam Dzidek, mam 36 lat, pochodzę z rodziny alkoholowej. Pamiętam ciągłe awantury, strach, lęk, który nawet dziś jest przy mnie, chodź już nie tak straszny. Ciągłe oczekiwanie, kiedy ojciec przyjdzie pijany i będą awantury. Wtedy przyrzekłem sobie, że ja taki nie będę nigdy; nie uderzę kobiety ani dziecka, a tym bardziej nie będę pił. Dwa z tych postanowień prawie dotrzymałem, nie uderzyłem kobiety, no i raz dałem dziecku klapsa, ale z trzecim mi się nie udało. Pierwszy świadomy kontakt z alkoholem miałem na weselu brata mojego ojca. Drużba zrobił mi dwa drinki, miałem 13 lat. Było fajnie. Tańczyłem z siostrą mojej cioci, nie pamiętam, żebym miał kaca. Później parę razy w podstawówce, na dyskotekach, nie raz z kumplami wypijaliśmy parę win, ale też nigdy się nie upiłem. Bałem się tego, co ojciec by mi zrobił. W wieku 17 lat zacząłem chodzić na dyskoteki, żeby dobrze się bawić trzeba mieć odwagę, a ja jej nie miałem. Było na to lekarstwo: alkohol. Zarywałem dziewczyny, nie zbyt lubiłem się bić, to bójek unikałem, ale jak kumple wołali, to miałem odwagę stanąć z nimi. W tym czasie poznałem dziewczynę, z którą póżniej zamieszkałem. Zrezygnowałem ze szkoły na poczet pracy, bo w domu nigdy się nie przelewało, doszedłem do wniosku, że lepiej będzie zarabiać na siebie. Wtedy też pierwszy raz postawiłem się ojcu. Oczywiście nie byłem trzeźwy. Zrozumiałem, że to ja jestem panem swojego życia i mogę robić w nim, co mi się podoba. Zacząłem pracować u kamieniarza. Zyskałem przychylność szefa, bo byłem pojętnym uczniem. Szybko nauczyłem się pracować na wszystkich maszynach. Nie było ich zbyt dużo i były proste w obsłudze. Oprócz obróbki kamienia nauczyłem się w tej pracy pić, ale znów nie za dużo, żeby mnie nie zwolnił. Zresztą on trochę przymykał oko i jak była zrobiona norma, to się nie czepiał. Jeździłem też do dziewczyny na weekend, bo miała swoje mieszkanie. Ojciec jej kupił na osiemnaste urodziny. Nie pamiętam, żebym do niej przyjechał trzeźwy, ale ona to tolerowała. Mówiłem, że po całym tygodniu pracy należy się odpoczynek. Tyle, że ona nie wiedziała, że cały tydzień piłem, a powodów do picia nie musiałem szukać. W poniedziałek - bo po weekendzie i tak dzień po dniu, żeby wyleczyć kaca. W końcu przepiłem 16 lat z małymi przerwami. Zwolniłem się z pracy, zamieszkałem u dziewczyny. Powstał problem nie mogłem pić tak, jak lubiłem, ale dawałem radę. Nie raz przyjeżdżałem do domu sam, bez niej. Okłamywałem ją, że jadę do ojca pomóc w polu czy w lesie, wtedy nadrabiałem w piciu. Mieszkając z dziewczyną znalazłem pracę w delegacjach; wyjeżdżałem w poniedziałek, a wracałem w piątek. Znowu pijany, bo trzeba odpocząć. Znów kłamałem, że cały tydzień nie piłem, ale było odwrotnie. Pomagałem wujkowi kłaść płytki, no to sobie popijałem, nie za dużo, by mnie nikt nie zauważył. Pieniędzy z pracy przywoziłem mało, bo niby wujek słabo płacił i trzeba się utrzymać, a prawda była taka, że ja wszystko przepijałem. W tygodniu piłem, a weekend aniołek: nie piłem i byłem grzeczny. Nie raz robiłem nawet obiady. Rodzice mojej dziewczyny byli zamożni, wiec nas wspomagali. Praca się skończyła, zaczęliśmy być razem przez cały czas, do siebie już nie jeżdziłem sam, a że nie chciałem jej stracić, robiłem wszystko czego chciała, ale w końcu nie wytrzymała i kazała mi się wyprowadzić i tak zakończył się związek moich marzeń o rodzinie, dzieciach. Wróciłem do domu i wtedy zacząłem pić, ale nie zawsze było za co. Zacząłem kraść najpierw drobne rzeczy np. złom, aż w końcu włamałem się do domu, gdzie ktoś był i to było za dużo. W 2003 r. w styczniu wylądowałem w więzieniu, pierwszy raz. Nazywam się dzieckiem szczęścia, zawsze mi się udawało. Nawet w więzieniu trafiłem na dobrą celę, gdzie mi pomógł taki chłopak. Póżniej mu się odwdzięczyłem. Przez cały trzyletni wyrok użalałem się nad sobą, obwiniałem wszystkich wokół, tylko nie siebie. Postanowiłem, że jak wyjdę, nie będę tak pił jak wcześniej. Podczas wyroku wychowawca proponował mi terapie, ale udało mi się wymigać. W 2006 r. wyszedłem na wolność. Pierwsze kroki skierowałem na piwo. Wypiłem pół, bo było ohydne, ale póżniej już poszło. Dzień po dniu zapominałem o swoim postanowieniu. Cały czas na rauszu i znów miałem szczęście; znalazłem pracę w delegacji, więc mogłem pić. Nie trzeźwiałem chyba przez następne cztery lata. Na budowach nie było szefa, praca szła, więc można pić, ale nie za dużo, chyba, że po pracy. Szef przeniósł mnie na bazę i tam miałem pracować jako kierowca. A jak mieszkałem z dziewczyną, to udało mi się zrobić prawko. No i tu był problem, bo parę razy nie pamiętam, jak przyprowadziłem auto. Dzięki Bogu nie miałem wypadku, ani nikogo nie zabiłem. Szef zwolnił mnie za pijaństwo. Pracowałem trochę na budowach, ale wszędzie piłem, więc mnie zwalniano, aż na którejś budowie zżyłem się z moim obecnym wspólnikiem, z którym razem wylecieliśmy za alkohol. Ostatnie pięć miesięcy przed pójściem do więzienia tylko piłem i kradłem. Miałem kuratorkę, którą poprosiłem, żeby odwiesiła mi wyrok 10 miesięcy, bo miałem już dość takiego życia, nie byłem już w stanie pić. W międzyczasie miałem wypadek i trepanację czaszki, leżałem w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala od razu się upiłem. Dostałem ataku padaczki i znów wylądowałem w szpitalu, ale i to mnie nie powstrzymało, znów piłem. A kuratorka nie chciała mi odwiesić, bo to znajoma ode mnie ze wsi i ,,co ludzie powiedzą?”. A więc dalej kradłem i piłem, aż w końcu zatrzymali mnie. I znowu w więzieniu, lecz teraz raczej szczęśliwy niż załamany, a że za kradzież złomu liczyłem, że dostanę mały wyrok, to się przeliczyłem. Dostałem trzy i pół roku i odwiesili mi 10 miesięcy, co dało niezły wyrok 4 lata i 4 miesiące. Do końca miałem 3 i pół roku, jak dostałem się na terapię. Wychowawca kazał mi chodzić na mityngi AA, doszedłem do wniosku, że mityngi są dobrowolne, więc nikt mi nie będzie kazał chodzić, no to przestałem. Uczestnicząc w terapii zauważyłem w sobie zmiany, to co mówił terapeuta pasowało do mnie. W tym samym czasie na terapii był ze mną taki chłopak, który powiedział mi, że jeśli chcę coś ze sobą zrobić, to żebym się nie okłamywał, a dla mnie nie było to takie proste. Całe życie kłamałem i teraz miałem przestać?. No i tak zacząłem układać układankę nowego życia. Nie wiedziałem, że może ona być taka piękna. Terapeutka zasugerowała mi żebym zaczął chodzić na mityngi, to zacząłem . Słuchałem ludzi, często mówili o jakimś Programie 12 Kroków i 12 Tradycji. Mówili, ile ten program daje siły i jak bardzo może pomóc. Jestem z natury ciekawski i lubię czytać. Czytałem wszystko, co jest związane z Programem, Tradycjami. Słyszałem też o sponsorowaniu. Myślałem, że może chodzi o pomoc finansową, ale tu chodzi o przewodnika duchowego. Sponsor, to kogoś kto może przeprowadzić przez program, kto pokaże, jaką drogą mogę podążać, mając zawsze wybór, bez nakazów i zakazów. Powstała nowa grupa terapeutyczna, stworzona przez terapeutów, dla osadzonych, którzy utożsamiają się z alkoholizmem. Zacząłem na nią chodzić. Było nas 6 osób. Była to praca dotycząca emocji. Było na niej trzech chłopaków, którzy pracowali na Programie 12 Kroków, w tym mój obecny sponsor. W tym czasie siedziałem na grupie pół otwartej i podjąłem decyzję, że jak dostanę się na grupę otwartą tam, gdzie jest mój sponsor, to poproszę go o przeprowadzenie przez Program 12 Kroków. Na mityngach zacząłem bardziej utożsamiać się z alkoholikami. Zacząłem poznawać nowych przyjaciół z wolności którzy przychodzili do nas na mityngi. Skończyła się grupa terapeutyczna, zaczęło mi czegoś brakować, wszystko zaczynalo mnie drażnić. Przełamałem się i zadzwoniłem do przyjaciela z wolności. Dał mi sugestie, żeby od jego podopiecznego wziąć codzienne sugestie i spróbować się do nich stosować. Nie było to takie proste. Jedna z sugestii mówiła o modlitwie na kolanach, choć jestem wierzący nie było to łatwe. Nie dość, że wytykali mnie palcami, że alkoholik to jeszcze modlitwa na kolanach, ale zacząłem nad tym poważnie myśleć, zaryzykowałem. Nie zapomnę swojej pierwszej modlitwy, po 22 w toalecie, gdzie nie ma zbyt dużo miejsca, ledwo udało mi się uklęknąć, drzwi zamknięte od środka żeby mnie nikt nie zauważył. Kolejny raz spróbowałem przy stole, ale w końcu, żeby nikt nie widział, raz, drugi, trzeci, aż się przyzwyczaiłem i mogłem się skupić na modlitwie. W tym czasie nastąpił przełom, rzuciłem palenie, wiem że to moja Siła Wyższa - Bóg - mi dopomógł. Od tej pory prawie zawsze modlę się na kolanach. Wiem, że to nie ja żądzę swoim życiem. Już próbowałem i gdzie wylądowałem? Przeszedłem na grupę otwartą i do głowy przyszedł mi pomysł, że przejście przez Program w więzieniu jest zbyt łatwo, bo nie ma tu dostępu do alkoholu. Lepiej będzie to zrobić na wolności. Porozmawiałem z przyjacielem. Pozostawił mi prawo decyzji i tak zostało. Nadal modliłem się na kolanach. Nie zapomnę rozmowy z jednym chłopakiem, który mówił mi, że można modlić się w każdej pozycji, a nie na kolanach, bo tak robią tylko słabeusze (ale czy ja nim nie jestem?).Pamiętam, jak ktoś przechodził i niby potknął się o moje nogi, jak zaczęli coraz głośniej gadać, żebym nie mógł się skupić, ale czym bardziej utrudniano mi, tym bardziej się modliłem. To mnie wzmacnia, robię to do dziś. Po jakimś czasie poszedłem na mityng i po przedstawieniu się dwóch przyjaciół z wolności ,,Ja alkoholik” coś zrozumiałem: kogo ja znów oszukuję? Tyle czasu obiecywałem sobie, że wejdę na program, a teraz co? Znów się oszukuję! Postanowiłem poprosić o sponsorowanie, bo chciałem przełamać dwie bariery: braku zaufania i lęku. Jak tu więzień może zaufać komuś? Wcześniej nie ufałem nikomu, a tu miałem opowiedzieć wszystko o sobie komuś, kogo znałem dopiero pół roku. Pomału zacząłem nabierać zaufania, towarzyszył mi jednak lęk, że on to póżniej wykorzysta przeciwko mnie. Spotykaliśmy się codziennie. Nie raz nie było zbyt dużo czasu, żeby przeczytać „Codzienne refleksje”. Jednym z zadań do wykonania były telefony do przyjaciół z wolności. Na początku miałem obawy, jak zareagują, co powiedzieć, jak zacząć. Dzięki temu zacząłem poznawać nowych przyjaciół, bardzo mi się to spodobało. Bo naprawdę są fajni ludzie, nigdy przedtem takich nie spotkałem. Udało mi się jechać z nowymi przyjaciółmi, na mityng wolnościowy. Zabrałem nawet głos. Nie wiem, czy mówiłem dobrze czy nie, nikt mi nie zwrócił uwagi, we Wspólnocie nikt nie ocenia. Wracając z tego mityngu, czułem tyle radości i szczęścia, jak nigdy dotąd. Tyle tam było uśmiechniętych i miłych twarzy. Tyle spokoju i radości, że nie mogłem w to uwierzyć. Zacząłem ze sponsorem robić Pierwszy Krok. Nie bardzo wiedziałem, jak będzie wyglądała nasza współpraca. Wiem, że do Programu jest potrzeba paru rzeczy, determinacja, uczciwość wobec siebie i drugiego człowieka, pokora. Wszyscy nas obserwowali, czułem się dziwnie, teraz stałem się „nawiedzony”, bo tak mówili na chłopaków z AA którzy wypowiadali się na mityngach. Podczas rozmów ze sponsorem, zaczynalo do mnie docierać, że to jest moje życie i ja o nim decyduję, nikt za mnie go nie przeżyje. Na mityngach w więzieniu nie zabieralem glosu, aż do momentu, kiedy sponsor zaproponował mi, żebym poprowadził mityng. Z jednej strony chciałem, z drugiej się bałem; Myślałem: a jak się pomylę to wszyscy się będą ze mnie śmiali. Mityng odbył się bez większego echa. Tylko ja miałem pięć tysięcy myśli, co do oceny. Pierwszy Krok nie był zbyt łatwy, doszedłem do wniosku, że to nie ja kierowałem swoim życiem, tylko, że tego nie wiedziałem. Potrzebna mi była druga osoba, żeby mi pokazać, że alkohol miał nade mną władzę. Drugi krok zacząłem już robić w celi, gdy nikogo nie było. W pewnym sensie, ten krok stawiałem dużo wcześniej, wtedy gdy zacząłem się modlić, wtedy też powierzyłem się Bogu (Krok Trzeci). Zrozumiałem, że nie jestem „dzieckiem szczęścia”, że to Bóg nade mną czuwa, tylko ja tego nie widziałem. Dopiero sponsor otworzył mi oczy. Było we mnie pełno radości, dzwoniłem i dzieliłem się swą radością, ale na mityngach nic nie mówiłem. Pewnego razu sponsor zapytał, czy nie przytrafiło mi się coś fajnego, podziel się i tak zacząłem zabierać głos. Na początku niezbyt mi to wychodziło, ale z czasem było coraz lepiej. Napisanie Kroku Czwartego nie było takie trudne, gorzej było z Krokiem Piątym. Zastanawiałem się, czy wszystko o sobie mówić. Przypomniały mi się słowa chłopaka z terapii: „nie okłamuj siebie”. Nie było to łatwe . Przed czytaniem Piątego Kroku byłem rozkojarzony, ale dałem radę i znów pojawia się pytanie: Czy dobrze zrobiłem? Czekam na ocenę, której się nie doczekałem. Krok Szósty i Siódmy były jakby przyklepaniem tego wszystkiego, ale w Kroku Szóstym powstał mały problem, byłem gotowy, aby Bóg uwolnił mnie od moich wad, tylko że na to potrzeba czasu i to dużo, a ja chciałbym od razu, ale tak się nie da. Przez tyle lat pielęgnowałem niektóre wady, a teraz one mają tak po prostu zniknąć? Modlę się o zabranie ich codziennie i pewnie nigdy nie przestanę, tego nie wiem, to wie tylko moja Siła Wyższa. Ósmy Krok mówi o tym, że zrobiliśmy listę osób których skrzywdziliśmy. Zrobiłem listę. Z gotowością, która dostałem od Boga, będę umiał spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć, że go okradłem, tym bardziej, że ta osoba mi ufała i była przyjacielem i wiele osób które skrzywdziłem już nie żyje, wielu nawet nie znam i nie widziałem na oczy. Sponsor podsunął mi sugestię, że do tych, co nie żyją mogę napisać list i komuś zaufanemu przeczytać, pomagać innym bezinteresownie. Jak ja mam robić coś za darmo? Nie bardzo mi się to spodobało,ale zobowiązalem się, że zrobię wszystko, aby zmienić moje zycie, no to trzeba to robić, jest mi z tym dobrze widzę ile radości można sprawić komuś w prosty sposób nie oczekując nic w zamian. To jest już krok dziewiąty, zadośćuczynienie, jak tylko jest to możliwe. Krok Dziesiąty zacząl się na sugestiach, żeby na początku programu nie popelnić bledu, w tym kroku zobaczylem jaki naprawdę jestem dla innych ludzi, zajrzalem w gląb siebie. Zobaczylem moje wady, nie wiedzialem, ze jest az tyle. Jak sponsor pokazal mi listę wad to nie moglem uwierzyć, że można tyle mieć. W Kroku Jedenastym coraz bardziej powierzalem się BOGU, nazwalem go moim PRZYJACIELEM. Doszedlem ze sponsorem do Kroku Dwunastego. Zacząlem nieść poslanie innym alkoholikiem; po prostu pomagać i dzielić się tym co mam, rozmawiać i szukać, ciągle dzialać. Będąc tu, gdzie jestem też się da. Jest terapia, od czasu do czasu znajdują się jacyś zainteresowani i to z nimi trzeba rozmawiać, bo alkoholik gdy jest sam, to jest w zlym towarzystwie. Będąc na Programie od dziesięciu miesięcy moje życie zmienilo się o 180 stopni. Stalem się wolnym czlowiekiem, na ile w więzieniu można być wolnym. Teraz widzę, jak bardzo bylem zniewolony. Ale dzięki Bogu i Wspólnocie AA uwolnilem się i teraz już ode mnie zależy czy chcę żyć, tak jak żyję czy znów będę chcial wrócić do krainy ciemności i rozpaczy, czyli do picia. Tym wszystkim, którzy jeszcze szukają wolności życzę, aby ją znaleźli.
Pogody Ducha
Dzidek alkoholik z Sikawy