MITYNG 02/224/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



WIARA

Co to w ogóle jest? Na czym ta wiara polega? Co mi daje wiara? W czym ona mi pomaga?
To kilka pytań, które od dawna mnie nurtowały i nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi kiedy piłem. Wcześniej też nie. Od małego rodzice zmuszali mnie do chodzenia do kościoła. Często uciekałem z mszy na automaty, które mieściły się 3 przystanki dalej. Bierzmowanie „zaliczone”, bo przyda się do ślubu, a w dodatku, każdy w liceum był u bierzmowania. Moja wiara była słaba i chyba ja nie dojrzałem do niej. Tak prawdę mówiąc do niczego nie była mi potrzebna. Kiedy brałem ślub kościelny w wieku 28 lat to tylko dlatego, że założyłem się, że uda mi się załatwić ślub w 5 miesięcy a nie, że miałem taką potrzebę na spotkanie się z Bogiem. Napisałem Bogiem, bo tak na dziś widzę i czuję moją Siłę Wyższą. Ale nim to nastało, to było mnóstwo kłód pod nogami. W okresie picia wielokrotnie kłóciłem się z moją Siłą Wyższą. Często krzyczałem do Niej, próbując wymusić pomoc lub po prostu krzyczałem, bo byłem na Nią zły. Im więcej coś chciałem a nic nie dostawałem, tym bardziej oddalałem się od Niej. Nie modliłem się, nie chodziłem do kościoła. Nie interesował mnie kościół ani wiara w… no właśnie. Ja wtedy w nic nie wierzyłem. Chociaż zastanawiałem się nie raz, budząc się poobijany, jak to się stało, że tylko takie mam straty. W tamtym okresie, wierzyłem tylko w siebie i w butelkę, która miała być moim zbawieniem. To jej zaufałem i poddałem się bez końca. To o nią dbałem i trzymałem przy sercu. Ale wtedy się okazało, że ona zamiast mi pomóc, to tylko mnie oszukiwała i wykorzystywała. Płakałem nie mogąc zrozumieć, czemu tak się dzieje. Czemu mną tak manipuluje. Rozmawiałem z nią i jak mi jej zaczynało brakować walczyłem, aby ze mną była. Ależ to było upokarzające, gdy dziś o tym myślę. Nawet gdy już nie chciałem z nią być, to i tak nie szukałem innego wsparcia, pomocy, tylko popadałem w letarg. Będąc na odwyku, kiedy było mi już wszystko jedno, wybrałem się na mszę obok oddziału. Będąc tam nie wiedziałem tak naprawdę, po co tam jestem. Nie byłem gotowy na spotkanie się z moją Siłą Wyższą. Minęły 2-3 lata, kiedy nagle poczułem w środku chęć odnalezienia tej Siły. Na początku trzeźwienia tą moją Siłą była grupa alkoholików, z którymi pracowałem na terapii poszpitalnej, a także realizując program 12 Kroków AA. To u nich znajdywałem pomoc, wsparcie i chęci do zmian. To na mityngach obcy mi ludzie pytali mnie jak się czuję i czy potrzebuję pomocy. Podchodzili tak bezinteresownie i proponowali pomoc. Realizując Program 12 Kroków, poznawałem siebie, uporządkowywałem stare życia, aby zacząć coś od nowa. Nowy rozdział mojego życia. To na oddziale terapeutycznym poznałem słowa „Dezyderaty” i „Medytacje 24 godziny na dobę”. To na mityngu AA nauczyłem się „Modlitwy o Pogodę Ducha”, która do dnia dzisiejszego jest ze mną codziennie, która mi pomaga w czasie kryzysu i łagodzi moje poszarpane emocje. To wiara w drugiego człowieka pomogła mi uwierzyć, że nie ma dla mnie powrotu do picia, że nie ma dla mnie tego pierwszego kieliszka, jeśli chcę dalej żyć. Poznając Program AA, czytając literaturę aowską, rozwijałem się, a także rozwijałem swoją trzeźwość. To nie była już sama abstynencja, ale to była prawdziwa trzeźwość, która trwa do dziś i do dziś o nią codziennie dbam. I nie ważne, że już nie piję ponad 7 lat. Dzień w dzień pamiętam, kim jestem i co mam robić, aby było dobrze. Trzeźwiejąc odnalazłem też swoją Siłę Wyższą, która czekała na mnie cierpliwie tyle lat. Z boku przyglądając się mojej walce z alkoholem i ponownemu powrotowi do „żywych”. Dziś wiem, że Ona była przy mnie cały czas, tylko ja jej nie dostrzegałem. A tak naprawdę ta moja Siła Wyższa, czytaj Bóg, wielokrotnie uratowała mi życie. Moja wiara w Boga rosła jak kwiatek na słońcu. Potrzebowałem czasu, aby zrozumieć, do czego mi jest potrzebna i jak mogę z Niej „korzystać”. Dla mnie wiara to pewność bez dowodów. To wiara w drugiego człowieka, a także nie bycie samemu. Bo jak jestem sam, a wierzę w swoją Siłę Wyższą, to zawsze mogę się do Niej zwrócić. Mogę przystanąć na chwilę i pomodlić się. Poprosić o wsparcie, tak jak proszę drugiego człowieka, kiedy jestem w kryzysie. Ale też chcę brać udział w radości kogoś bliskiego i razem z nim przeżywać także swoje sukcesy. Wiara dała mi też możliwość wyboru. Dała mi umiejętność słuchania drugiego człowieka. Dała poczucie bezpieczeństwa, bliskości. Dziś wieczorem modląc się, dziękuję Bogu za to, że jestem trzeźwy i że miałem spokojny dzień. Dziś nie wymagam, dziś proszę grzecznie o pomoc, jak sobie z czymś nie radzę. Dziś oddaję się swojej Sile Wyższej wierząc, że mi pomoże, nawet jakby to nie było po mojej myśli. Bo wierzę, że tak ma być, że tam ktoś na górze miał takie dla mnie zadanie, które ja mam wykonać. Mam nauczyć się cierpliwości, a także pokory, bo wtedy będzie mi łatwiej w życiu. Dlatego życzę Wam wszystkim, abyście odnaleźli i uwierzyli w swoją Siłę Wyższą. Mnie jest po prostu łatwiej w życiu, wierząc, że nie jestem sam.

Marcin AA


KONCEPCJA DRUGA
czyli o tym, czym jest Konferencja

Konferencja Służb AA jest czynnym głosem  i skutecznym sumieniem całej naszej społeczności, dla prawie każdego praktycznego celu w jej światowych sprawach. Koncepcje Służb są wynikiem wielu rozważań opartych o rozmaite osobiste doświadczenia. Po koniecznym okresie prób stały się znakomitą pomocą dla zaangażowanych w swą trzeźwość alkoholików. O ile Koncepcja Pierwsza stwierdza: Ostateczna odpowiedzialność oraz najwyższy autorytet  służb światowych  powinien zawsze spoczywać w zbiorowym sumieniu naszej  Wspólnoty jako całości to Druga wyjaśnia, czym jest Konferencja Służby Krajowej jako wyraziciel tego Sumienia. Już sama nazwa podkreśla słowa Służba i Konferencja. Służba - to znaczy, że jako całość mamy swój cel - niesienie posłania cierpiącym alkoholikom. Cel sprawia, że życie nabiera sensu. Pustkę pijanych dni powoli wypełnia idea pomocy innym. Wielokrotnie spotkałem się z opinią i sam ją podzielam, że takie zaangażowanie pozwala uwolnić się od egoizmu i staje się ważnym składnikiem poczucia szczęścia. Zresztą idea pomocy jest wartością samą w sobie nierozerwalnie związaną ze szczęściem innych. Konferencja, konferowanie każe nam zastanawiać się, jak robić to lepiej, skuteczniej. Wymaga to porozumienia, a to z kolei zmusza do otwarcia na poglądy innych. Mamy świadomość, że tuż obok miejsc naszych spotkań są alkoholicy potrzebujący pomocy. Niesnaski nikomu nie pomogą. Osobnym rozdziałem są warsztaty Konferencji, gdzie uczestnicy wymieniają się poglądami w tematach ważnych dla wspólnoty. W tym roku takim tematem jest – Służyć po służbie. Usłyszymy, jak są wykorzystywane doświadczenia członków AA kończących wybieralne służby. Chodzi o to, aby ich entuzjazm i zapał nie były gaszone. Od zgasłej świeczki niczego już nie zapalisz. Na Konferencji bywa zazwyczaj gwarno. Delegaci, powiernicy, pracownicy BSK czy zaproszeni goście spotykają się aby przekazać opinie z Regionów na rozważane tematy, łącznie z ich własnymi pomysłami, które mogą być całkowicie odmienne. W poszczególnych komisjach konferencji poddaje się to wszystko gromadzeniu, analizowaniu, głosowaniu, w wyniku czego dochodzi do pełnego zrozumienia i zapisu jasnej propozycji. Konferencja, na posiedzeniu plenarnym, po kolejnej dyskusji przyjmuje zapis, wierząc, że przyczyni się on dla dobra Wspólnoty, a stąd dla każdego z nas. Czasami odrzuca, ale to już inny temat. Fakt, że tematy Konferencji pochodzą od uczestników, biorących udział w debatach sprawia, że na nich spoczywa odpowiedzialność za przyszłość i skuteczność wspólnoty. Do tej odpowiedzialności można przygotować się w  regionie. Z drugiej strony, jeśli służba delegata czy powiernika jest umocowana w służbach regionalnych, to pozwala nam, nawet poza strukturami konferencji, wypowiadać się w sprawie przyszłości AA. Sumienie członków AA poprzez swych przedstawicieli dociera na tyle blisko do sumień uczestników konferencji, że w rzeczywistości gwarantuje statutowy „autorytet". Unikając nakazów, wskazuje pożądany kierunek działań, a to świadczy, że jest praktyczne. Są tacy, co w słowie autorytet widzą słowo władza. Nie ma tu żadnej sprzeczności. Kto może cokolwiek nakazać innemu członkowi AA? Jedynie własne sumienie albo sumienie, w którym mamy swój udział. Do zadań Konferencji należy również wyłonienie delegatów narodowych. Daje to wspólnocie prawo do uczestniczenia w służbie na poziomie międzynarodowym. Następuje budująca wymiana. Wspólnota w Polsce, a nawet polskojęzyczna z całego świata, może korzystać z dorobku służb światowych jak również wnosić do tej skarbnicy swój wkład. Możemy korzystać z doświadczeń przekraczających wszelkie wyobrażenia. Wszystkie Koncepcje mówią o Służbie, lecz czym jest ona w istocie? Jest ona oczywiście trzecim ramieniem naszego aowskiego Trójkąta, a pozostałymi Jedność i Wyzdrowienie. Jak ogień wymaga ciepła, tlenu i paliwa, tak również AA potrzebuje wszystkich trzech składników. Jest przykre, ale wśród AA są tacy, którzy uważają Służbę za coś dla nadgorliwych lub tych, którzy mają wybujałe ego. Inni, choć wyrażają dla niej uznanie, są zbyt zajęci, aby samemu uczestniczyć w szczególnym doświadczeniu, które dostarcza Program AA. Niektórzy z nich mieli w AA długie okresy w bez alkoholu, są postrzegani jako weterani AA i wydawało się, że mają dużo do zaoferowania. Niestety tak nie jest. Do palpitacji serca doprowadza myśl, że wiele trzeźwości pozostaje bezużyteczne w wyniku takiego myślenia. Równocześnie, gdy zobaczymy, że ich siły motywacyjne znajdują się już poza wspólnotą, nie możemy oczekiwać jakiejkolwiek bliskości. Oczywiście, w konsekwencji zwykle kilku zapaleńców wykonuje zbyt wiele zadań, co nie wychodzi im na dobre ani w trzeźwieniu ani nie pozwala na wprowadzenie do służb świeżej  krwi. Możemy się spotkać z informacją, że 10% członków wspólnoty wykonuje 90% zadań. Następuje czas, aby słowo Służba zaczęło wreszcie kojarzyć się z miłością i odpowiedzialnością. Tego jest warte. Gdy patrzę na przyjaciół ze służb to serce otwiera się z podziwu. Zapytałem jednego z nich, dlaczego tyle wysiłku wkłada wraz z synem pomagając przy kolportażu książek a usłyszałem, że dla niego to szkoła odpowiedzialności za własne życie. - Gdybym nie nauczył się przebywać z ludźmi, dziś nie byłbym trzeźwy. Kto wie, czy bym jeszcze żył? - dodał. Wielu w rozsądny sposób będzie oponować mówiąc, że wykonuje służbę na poziomie grupy i to im wystarczy. Wykonują służbę w takim stopniu, jak daleko sami pragną. Oczywiście, dzięki im za to, choć moim zdaniem warto zadać sobie trud służby poza grupą. Są nawet tacy, którzy mówią, że trzeźwienie dopiero tam się zaczyna. Ktoś powie, służby i tradycje są przeżytkiem - wystarczy terapia, inny zapyta, czy są ważne? Zapewnie dla nich nie bardzo, ale strach pomyśleć, gdy te osoby chcą podejmować decycje o znaczeniu wspólnotowym. Służby mają praktyczne znaczenie. Są pomocne przy Kroku Czwartym. Na przykład mogą ujawnić do tej pory nie rozpoznane zalety. Szczególnie umiejętność dochodzenia do zgody przyda się na każdym poziomie życia i w każdych warunkach. Uczą tak postępować aby unikać stresów. Stają się specyficznym ćwiczeniem, aby w praktyce doświadczyć działania programu AA. Koledzy, przyjaciele, a nawet przeciwnicy będą stale przypominali, że wspólnota AA posiada swoje zasady czyli nasze Tradycje i Koncepcje. Wdrożenie ich we własne życie to kroki, którymi  się posługujemy. Jeśli mamy razem zrobić te kroki - a wierzę, że możemy - to znaczy, że rozpoczynamy podróż, której kresu nie znamy. Trudno bowiem zobaczyć kres duchowości. Więź jaka wytwarza  się we wspólnym wysiłku  służby to nowe spojrzenie na ludzi. Prowadzi do pojednania ze światem i Bogiem. To cały urok i moc naszego Programu. Jutro przyjaciel, który wyjechał za ocean obchodzi imieniny. Były między nami okresy zażyłej przyjaźni ale również wiele konfliktów. Dzisiaj nie ma to żadnego znaczenia. Wysyłam mu list z życzeniami. Jasne, że dla wszystkich członków nie ma miejsca w Intergrupie, Regionie, BSK czy Konferencji, jednak zawsze istnieje słuszna przyczyna, aby próbować. Spójrzmy, gdy piliśmy, nikt nam nie ufał - dzisiaj możemy zostać powiernikiem tysięcy ludzi. Ale tę drogę trzeba rozpocząć.  Gdy nowicjusz zapyta, czy muszę sprawować  służbę, czym jest służba, jak mam to robić - wtedy ktoś o dłuższym stażu proponuje - czy ktoś może przejąć część moich zadań?  Tak zaczynało wielu. Inną formą służby jest – SPONSOROWANIE – zachęcajmy do niego. Dobre sponsorowanie, rozpoczęte odpowiednio wcześnie, zapobiega rozwojowi  syndromu ONI i MY, z którym smutno to powiedzieć, tak często się stykamy. Wiele może być przyczyn takiego stanu – bojaźń, zazdrość, gniew, ignorancja, nietolerancja itp…  Trudno pomóc wszystkim chętnym ale zawsze pierwszeństwo mają ludzie podejmujący służbę dla AA. Zachodzi specyficzna duchowa wymiana. Nowy podejmuje wysiłki na rzecz wspólnoty i tym samym śmielej oczekuje pomocy dla siebie od przyszłego sponsora. Ktoś powie, zawsze były kłopoty i prawdopodobnie tak pozostanie, więc po co robić rwetes. Zastanówmy się. Czy czasem akceptacja zaniedbań  nie oznacza pozostawania w marazmie? Nie ujawnia beznadziejności? Jeśli zaniedbamy ustawicznego poszukiwania jedności, doskonalenia jakości trzeźwienia to obraz wspólnoty staje się wyjątkowo ponury. Może ktoś widział już taki ponury mityng? Ja widziałem. A nasze życie zależy przecież od jedności AA. Podkreślajmy przeto dobrodziejstwa służby zarówno dla jednostki jak i wspólnoty. Pewien słownik definiuje służbę jako dobry ruch, będący „dobrodziejstwem dla innych", a więc coś, co próbujemy robić dla naszego wyzdrowienia. Osoba, która wyciera podłogę po mityngu w równym  stopniu pełni służbę jak Powiernik – sprawą zasadniczą jest, że po prostu to robi. Za pewien czas będą stały przed nią stoją otworem inne zadania. Nasze zdrowienie polega na tym, aby przez kontakt z innymi poglądami uwolnić się od zgubnego myślenia. Cóż więc może być bardziej pomocne?  Koncepcje mówią nam, jak w praktyce stosować to, czego nauczyliśmy się poprzez 12 Kroków i 12 Tradycji. Ustanawiają prawo do uczestnictwa w służbie dla wszystkich członków AA, pokazują sposób pełnienia, a także dają szansę na ciągłe wzbogacanie służby. Upewniają, że już jesteśmy przygotowani do niesienia posłania na zewnątrz wspólnoty. Na koniec coś bardziej osobistego. Przychodząc do wspólnoty miałem wrażenie, że wstępuję do wspólnoty świętych. Szczególnie okres służby uwolnił mnie od takiego myślenia. Lecz na to miejsce pojawił się podziw, że miłość potrafi, mimo wielu wad i błędów osobistych pomagać cierpiącym. To cud wspólnoty. Ktoś powiedział: "Jeśli jakiś człowiek potrzebuje drugiego człowieka, aby ten powiedział mu potrzebne słowa, Bóg każe temu człowiekowi przyjść z drugiego końca świata”. W naszej wspólnocie to normalność. I za to jestem odpowiedzialny.
Marek - Warszawa 15 05 2005 r


DRUGI KROK

Tak to już jest w naturze, że po pierwszym kroku następuje drugi. Dzisiaj już wiem, że ja bałam się. Znając treść Drugiego Kroku zastanawiałam się, w jaką to Siłę Większą sponsorka (?) będzie kazała mi uwierzyć. Przecież przez cale lata picia to Ja byłam Siłą dla siebie. Własne ręce i głowa(?) były moją Siłą. Gdy podejmowałam próby abstynencji zaszywając esperal wierzyłam, że wygram z NIM. I tak go zapiję, a On nic mi nie zrobi. Wierzyłam, że jestem silniejsza od tych, którzy umierali, bądź zostawali kalekami. W trakcie pracy nad Pierwszym Krokiem, dotarło do mnie, jak błędne było moje rozumowanie. Niemniej jednak, ciężko było mi pozbyć się myśli, z którymi tak bardzo się zżyłam przez wszystkie lata. Gdzieś tam kołatała mi się myśl, że przecież ja mogę iść inną drogą do trzeźwości. Czyż nie napisał Mickiewicz: "Szukajcie źródła jasnego płomienia, Szukajcie nowych, nieodkrytych dróg"? Oczywiście wybrałam sobie to, co mi pasowało. Przestałam uczęszczać na mityngi, zostałam bez sponsora, na terapeutę buntowałam się, telefon zamilkł. A ja leżałam i szukałam NOWYCH, NIEODKRYTYCH dróg. W tym to właśnie czasie „wpadły” mi w ręce moje notatki i myśli z Kongresu AA. Już pierwsze słowa zatrzymały moje zbuntowane myśli. Otworzyły mi się oczy. Słowa te napisała moja ręka, myśli i uczucia też były moje własne. Gdy czytałam to po raz pierwszy, po kilku miesiącach, ścisnęło mnie coś za serce. Doznałam olśnienia. Sama napisałam: „Gdzie nie spojrzę, widzę uśmiechnięte twarze, życzliwość i serdeczność, aż wali mnie po oczach. To jest piękne. Podoba mi się ten świat. Jakaż OGROMNA SIŁA jest w tej masie szczęśliwych ludzi”. Skoczyłam do góry z radości. Przecież ja 1 lipca zobaczyłam Siłę Większą ode mnie. Było to dla mnie cudownym odkryciem. Już wtedy znalazłam SWOJE źródło jasnego płomienia, SWOJĄ nową, nieznaną mi DROGĘ. Odpadł ze mnie bunt. Wróciłam na mityngi, zaczęłam uważnie szukać sponsorki, całą sobą pragnęłam pracować dalej, ja - uwierzyłam, że Siła Większa ode mnie może przywrócić mi zdrowie. W trakcie pracy nad Drugim Krokiem zaczęły dziać się dziwne rzeczy w moim życiu. Może nie rzeczy w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaczęłam przeżywać sytuacje, które już kiedyś mnie spotkały. Teraz dane mi było przeżyć to jeszcze raz, od początku do końca. Gdy pojawiała mi się taka sytuacja nie mogłam sobie przypomnieć jak to się skończyło, wytłumaczenie na mój brak pamięci było tylko jedno. Ja po prostu upijałam się. A teraz cieszę się, że mogę przeżyć to wszystko na trzeźwo i powiększać swój KAPITAŁ DOŚWIADCZEŃ. Długo myślałam, że abym poczuła przyjemność, satysfakcję czy sympatię, to musi wydarzyć się coś WIELKIEGO. Dziś czuję satysfakcję, gdy moja 6-letnia córeczka tuli się do mnie i opowiada mi wrażenia z przedszkola. Czuję przyjemność, gdy słyszę od ludzi, że widzą duże zmiany we mnie.Czują zadowolenie i sympatię, gdy patrzę na uśmiechniętą twarz w lustrze. To jestem Ja. Właśnie taka, jaka jestem.
* przeżyłam na trzeźwo obłęd myślenia o błędzie, jaki popełniłam, że spowodowałam wypadek,
* przeżyłam chorobę córki i matki,
* przeżyłam odrzucenie,
* przeżyłam awarię, którą spowodowałam w pracy,
* przeżyłam krytykę
i wiele, wiele innych sytuacji, które kiedyś były dla mnie wspaniałym pretekstem do picia. Teraz ja - alkoholiczka, przeżyłam to wszystko bez alkoholu, od początku do końca. Jestem pełna podziwu dla siebie. Nie zawsze udaje mi się „wypolerować czarną myśl”, ale coraz częściej próbuję. Jedno robię na pewno i udaje mi się. Jeżeli chcę popatrzeć na czubki butów, (co robiłam, gdy zdarzało mi się nie pić przez kilka dni) to teraz takie buty stawiam na szafę.

Czarna - alkoholiczka

PS. Bardzo się cieszę, że jestem cząstką WSPÓLNOTY.



TRADYCJA II

Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się on wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”
Jedynym autorytetem w moim życiu był dla mnie mój ojciec. Miał w sobie cechy charakteru, które uważałem za wartościowe, mimo że miał problemy z utrzymaniem trzeźwości. Ja wtedy nie piłem, dlatego widziałem w nim te pozytywne cechy, które mnie interesowały. Przyszedł taki czas w moim życiu, że zabrakło mi ojca już na zawsze i od tej pory już nikt nie miał na mnie takiego wpływu jak on. Uważałem, że to ja wiem lepiej od innych jak mam żyć. Wraz ze śmiercią ojca przestał mieć znaczenie Bóg, religia, miałem na kogo obrazić się. Moja koncepcja Boga na tamten czas była dość prymitywna i niepraktyczna Według mnie to był dobry czas na szukanie Boga. Ja wtedy wybrałem tak, jak się pozornie wydawało: łatwiejszą drogę czyli samowolę, a w rzeczywistości była ona trudniejsza lecz w końcu doprowadziła mnie do poznania Siły Wyższej. Żyjąc w samowoli nabrałem przekonania, że bez niczyjej pomocy sam sobie dam radę i wiem, jak żyć. Sam stałem się dla siebie autorytetem, a alkohol pomagał mi utrzymać się w tej iluzji. Nawet, jeśli dostrzegałem w swoim życiu osoby, które mogły być dla mnie autorytetem, to nie chciałem w swoim życiu zastosować zasad, którymi one się kierują. Uznawałem, że są zbyt trudne dla mnie do zastosowania. Takim autorytetem była dla mnie moja pierwsza dziewczyna, teraz na moje szczęście żona. Wtedy ją odrzuciłem, bo jej zasady, jej odpowiedzialność nie były do zaakceptowania dla mnie. Teraz wiem, że należało się poddać, ale na tamten czas ja takich aktów nie robiłem. Taki „autorytet” jak ja, nie mógł się przecież poddać. I tak wiele lat bez autorytetów minęło, a ja się stoczyłem na dno. Przyszedł czas poddania się. Na mojej drodze stawali coraz częściej ludzie mi pomocni albo to ja zacząłem ich zauważać. Pierwszą osobą, która mi zaimponowała, był terapeuta alkoholik. Był niesamowity i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Miały dla mnie znaczenie jego sugestie. Mówił, że mam iść do AA i tak też zrobiłem. W AA każdy na początku był dla mnie autorytetem, każdy kto nie pił dłużej niż ja. To też i ja szybko stałem się autorytetem w niepiciu i na powrót znów nie musiałem słuchać innych. Szybko wrócił stary schemat myślenia tymczasowo poparty tym, że rzekomo jestem trzeźwy. Próbowałem rządzić grupą, często w dobrej intencji. Niespełnione zachcianki powodowały urazy. Chciałem, żeby wszyscy robili tak jak ja. Wtedy byłoby dobrze. Brakowało mi zgody na decyzje grupy, a służby brałem, żeby mieć większy wpływ na nią. Zmieniłem grupę, ale tam też nie chcieli takiego autorytetu. To wszystko było oznaką, że pomnik jaki sobie przy pomocy AA zbudowałem, zaczął kruszeć i na szczęście moje i innych runął. Ból zmusił mnie do szukania pomocy, nie przypuszczałem, że wśród Anonimowych Alkoholików znajdę swoje autorytety. Alkoholik-autorytet dość absurdalne mi się to wydawało. Kto jak kto, ale na pewno nie drugi alkoholik mógłby mi pomóc. Poznałem ludzi, którzy mieli rozwiązanie. Mówili zupełnie o czym innym niż to, czego ja dowiedziałem się w swoim kręgu i żyli tym o czym mówili. Wiedzieli, jak dokonać przemiany, że też nie dokonali tego sami. Dzięki nim nie pożegnałem się z AA, a samo AA nabrało dla mnie innego znaczenia. Okazało się, że drugi alkoholik może mi pomóc. Skorzystałem na tej pomocy. Pomogli mi zrozumieć samego siebie. Odnalazłem swoją Siłę Wyższą. Doszło do tego w końcu w moim życiu, że odwróciłem się do ludzi. Ciekawym spostrzeżeniem było to, jak zacząłem odkrywać autorytet w swojej żonie, jak bardzo jest dla nas cenna. Często wiedziała o mnie więcej niż ja sam. Dzisiaj zdanie innych nie jest bez znaczenia. Mam na to już wewnętrzną zgodę. Sumienie mojej rodziny to także zdanie naszych dzieci, którego tak łatwo można by nie brać pod uwagę, nie zapytać. W moim życiu są ludzie, którym zaufałem tak, jak zaufałem Sile Wyższej.
Arek

 PYCHA I SŁUŻBA

Jakiś czas temu dotarło do mnie, że kolejna służba, którą chcę podjąć jest przejawem mojej pychy. Tak, wiem, że służba ma mnie rozwijać i jest nieodłącznym elementem trzeźwienia, i że zwracam Wspólnocie dług wdzięczności oraz niosę w pewien sposób posłanie. To wszystko wiem, lecz w moim przypadku doszedłem do momentu, gdy to traciło wartość, bo to ja stawałem się najważniejszy, oczywiście w moim mniemaniu.Umiałem używać "uduchowionego" języka. Nabyłem tych zdolności poprzez służbę na grupie, intergrupie, regionie i w służbach krajowych. Byłem tak "mądry" i faktycznie miałem dużo doświadczenia, że wiele osób słuchało mnie z zaciekawieniem. Widziałem jak chłoną to co mówię. Tu właśnie zaczęła się pułapka, którą sam na siebie zastawiałem. Zastawiałem ją powoli, bo kolejne służby musiały trwać kolejne lata. Tak minęło mi ponad 6 lat. Gdy kończyłem kolejną służbę, nie byle jaką, (tak uważałem) bo krajową zaczęła we mnie powstawać pustka, co dalej? Doszedłem do momentu, gdy powinienem wrócić na grupę i tam pomagać jako jeden z wielu innym AA. Ja jednak poczułem ukłucie gdzieś w dołku. Brakowało mi tej całej atmosfery i otoczki. Jeszcze nie wiedząc o tym, byłem bardzo podekscytowany, gdy na kolejnej intergrupie zaproponowano mi jej prowadzenie. Z wyuczoną powagą i mądrą miną obiecałem rozważyć tą propozycję i dać odpowiedź na kolejnym spotkaniu. W duchu byłem "wniebowzięty", no bo kto jak nie ja byłem najlepszym kandydatem, kto jak nie ja ze swoim doświadczeniem najbardziej się na to "stanowisko" nadawał, no i w końcu nigdy nie prowadziłem intergrupy. Kolejne dni już nie były takie radosne. Coś mi w moim zachowaniu nie pasowało. Budziło to mój niepokój. Na nic nie zdały się tłumaczenia samemu sobie, że do tej pory nigdy nie zabiegałem o żadną służbę i byłem dumny z tego, że inni AA proponowali moją kandydaturę patrząc na moją pracę. W tym przypadku zabrakło mi tej radości. Do tej pory przed podjęciem kolejnego wyzwania zastanawiałem się czy podołam, teraz była bardzo niepokojąca pewność siebie. Nie poszedłem na kolejną intergrupę. Kto inny został wybrany, a ja poczułem znowu upragniony spokój. Tak, zrejterowałem przed wyzwaniem. Niektórzy mogą nazwać to tchórzostwem, lecz ja wiem, że w tym momencie wygrałem swoją trzeźwość, o której myślałem, że jest już nie zagrożona. Nie interesowało mnie co kto o mnie pomyśli. Po jakimś czasie pojawiłem się ponownie na spotkaniach. Gdy już myślałem o zwycięstwie nad samym sobą, zaproponowano mi kandydowanie na kandydata na powiernika w służbie krajowej. Wielu uważa, że jest to największe wyróżnienie i ukoronowanie służb. Na tamten czas i ja tak myślałem, lecz teraz wiem, że jest to taka sama służba jak inne. Mimo wszystko ponownie wróciły mi moje emocje tylko jeszcze większe i ze zdwojoną siłą. Moja pycha rosła do niebotycznych rozmiarów. Znowu pojawił się lęk. Takie stany miewałem, gdy piłem. Podjąłem decyzję i przez prawie 5 lat nie pojawiłem się na zespołach, ani na intergrupie. Wiedziałem, że jestem za słaby, aby nie ulec namowom. Przegrałbym walkę ze sobą. Przez te 5 lat chodziłem na grupę i podjąłem się sponsorowania mniej lub bardziej udanego. Wreszcie nadeszła chwila, gdy odważyłem się przyjąć służbę mandatariusza. Byłem zadowolony, gdy pojawiając się na intergrupie zostałem przyjęty jak nowicjusz. Zaledwie parę osób znało moją historię. Czułem się bezpiecznie. Postanowiłem również, że jeżeli włączę się w kolejne służby poza grupą, to ograniczą się one tylko do zastępcy lub członka zespołu. Jeżeli znajdą się osoby, które będą chciały skorzystać z mojego doświadczenia będzie to dla mnie wspaniałą zapłatą za lata pracy dla Wspólnoty. Już nie chcę być tym pierwszym. Zajęło mi to wiele lat i najadłem się sporo wstydu. 
Pozdrawiam,    
Anonimowy Alkoholik


WIARA

Wiara daje mojemu życiu mocny fundament, na którym mogę budować. Fundamentem tym nie są jednak poszczególne twierdzenia czy słowa, lecz moje przekonanie. Wierzyć oznacza dla mnie również ufać i z tej perspektywy w oparciu o zaufanie budować swoje życie. Polega to na tym, że nie trzymam się kurczowo samego siebie, lecz powierzam siebie Bogu, innym ludziom. Ufam, że chcą mojego dobra, i że znają drogę, która może mnie poprowadzić ku prawdziwemu życiu. Mocno wierzę w wartości, zasady. Gotów jestem ich bronić, ale jednocześnie potrafię je zmienić, jeśli inni ludzie czy nowe doświadczenia wykażą, że jestem w błędzie. Bez wiary nie mam podstaw do budowania codziennego, trzeźwego życia czyli normalnego funkcjonowania. Wierzyć, to znaczy być pewnym tego, czego się oczekuje, być przekonanym o rzeczywistym istnieniu także tego, czego się nie widzi. Nie widzę swojej Siły Wyższej, ale wierzę w Nią i jestem przekonany, że istnieje. Rozpoczynając proces mojego trzeźwienia musiałem przede wszystkim uwierzyć, że jestem alkoholikiem, uwierzyć w swoją bezsilność wobec alkoholu i w to, że nie jestem w stanie kierować własnym życiem oraz w istotę pozostałych kroków AA i przekonać o tym samego siebie. Ten proces trwał bardzo długo, przez większość mojego życia wbrew temu, co słyszałem od bliskich, przyjaciół ze Wspólnoty AA czy terapeutów. Trwało to tak długo, bo im nie wierzyłem. Odrzucałem prawdę. Trzeźwienie zaczęło się wtedy, gdy zrezygnowałem z zapatrzenia w siebie, swojego egocentryzmu. Przez wiele lat przypominałem zagubionego wędrowca na pustyni, który ma możliwość skorzystania z oazy z życiodajną wodą, ale nie chce tej pomocy, ponieważ uważa, że sam sobie poradzi. Wreszcie będąc u kresu sił wydaje mu się, że dotarł do celu. Widzi wspaniałe, malownicze otoczenie. A okazuje się, że to fatamorgana. W rzeczywistości nadal jest tylko piasek i bezdroża. Przestałem doświadczać tych złudzeń, gdy zatrzymałem się w oazie czyli we Wspólnocie i od tamtej pory wędruję nie omijając bezpiecznych miejsc i unikając tych niosących zagrożenie. Wierzę w moją Siłę Wyższą, jakkolwiek ją rozumiem. Wierzę w wartości, które mi przekazuje. To nie jest takie trudne, pod warunkiem, że jest to wiara bezwarunkowa. Jeżeli czasami będę wierzył w Boga; moją Siłę Wyższą, bliskich mi ludzi, a innym razem, w przypadku niepowodzeń odwracał się od nich, a nawet złorzeczył im, a tak postępowałem przez wiele lat, to nie ma mowy o wierze, trzeźwieniu i godnym życiu. Jak już wspomniałem najtrudniej było mi przekonać samego siebie do takiego postrzegania wiary, którą widziałem tylko i wyłącznie jako wiarę w Boga czyli pojęcie religijne. Dzisiaj oznacza to dla mnie również wiarę w autorytety i wskazaną przez nich drogę życiową oraz we wszystko to, co sprawia, że żyję na trzeźwo, a więc oprócz Boga i ludzi, także to, co dzięki nim zyskuję: wartości, miłość, przyjaźń, zainteresowania i wiele innych korzyści. Taką rolę nadal pełnią moi Śp. Rodzice, choć nie zawsze im wierzyłem. Dzielili się ze mną swoją mądrością, doświadczeniem życiowym, ale nic nie narzucali. Zostawiali mi wybór. Zmierzam do tego, że podobnie jest i dziś. Nikt: moi bliscy, przyjaciele z AA, terapeuci, nie wymaga ode mnie, abym w cokolwiek wierzył. Uwierzyłem i był to mój wybór. Proces kształtowania się wiary i mojego wyboru był bardzo długi i realizował się stopniowo. Obfitował w wiele chwil zwątpień czyli właśnie odsuwania się od przyjaciół i owej wspomnianej oazy. Dziś nie mam żadnych wątpliwości, także w trudnych chwilach, które w moim codziennym życiu również się zdarzają. W tym miejscu jeszcze jedna uwaga. Bardzo pomocna w umacnianiu mojej wiary jest otwartość na innych czyli umiejętność słuchania. Nie chodzi mi o posłuszeństwo, lecz o wysłuchanie innych. Każdy ma coś wartościowego do powiedzenia.  
Pozdrawiam, Wojtek AA, Warszawa


TRADYCJA JEDENASTA

Wszystkie zalecenia czy sugestie PROGRAMU AA prowadzą do POKORY. Tak też jest z Tradycją Jedenastą. Muszę sobie uświadomić, że nie jestem tak bardzo ważny, jak myślałem. Kiedy czasami ktoś mnie pytał, jak to się stało, że nie piję, opowiadam bardzo krótko, że to był przypadek. Z tego tytułu czułem jednak, jak rośnie moje Ego. Uważałem to za swoją zasługę, jako efekt chodzenia na mityngi AA. Na mityngach AA mówię czasami, że to łaska od Pana Boga; lecz mówię, bo tak wypada, aby ładnie brzmiało i aby pokazać, jaki jestem uduchowiony. Uczestnictwo w życiu Wspólnoty AA pokazało mi, że to co mówię, myślę i robię to czasami różne rzeczy. Do uczciwości wobec samego siebie często jest mi daleko jeszcze. Egoizm, egocentryzm daje o sobie znać. Jednak doświadczenia zawarte między innymi w naszych Tradycjach podpowiadają mi, abym nie lansował siebie, jako przykładu, bo jestem tylko alkoholikiem, który dopiero zaczyna korzystać z łaski i pomocy AA. Do dzisiaj z pomocy i doświadczenia AA skorzystało bardzo wiele osób i nie jestem jedyny, któremu się to udaje. Na takie refleksje naprowadziła mnie Tradycja Jedenasta, w myśl której ja mam być anonimowy, a nie samo AA czy jej Program. Jeszcze do dziś odzywa się we mnie chęć dowartościowywania kosztem innych, ale już daleko mniej niż dawniej. To dzięki Wspólnocie AA poznaję siebie, jaki jestem naprawdę, a nie jakim siebie chciałbym widzieć. Czuję, że się zmieniam. W tym pomaga mi krytyka ze strony innych ludzi, często spoza AA jak i samych alkoholików. Ktoś z boku widzi inaczej, bardziej obiektywnie, jaki jestem i czy faktycznie zmieniam się czy próbuję być mentorem górującym nad innymi. Najważniejszy jest osobisty przykład. Sens Tradycji Jedenastej dla mnie zawiera się we wskazówce: O AA mów, gdy pytają i żyj tak, aby pytali. Drugą ważną wskazówkę, jaką otrzymałem w postaci wypowiedzi na mityngu i także wziąłem do serca było pytanie: Co by się stało, gdybym przy swoim lansowaniu i mentorowaniu w końcu zapił? Co pomyśleliby o AA ci wszyscy, do których wymądrzałem się? Myślę, że ważna jest jedna rzecz. AA działa już wiele lat i skutecznie pomaga alkoholikom. Jeżeli w moim sercu pojawia się pragnienie trzeźwości i chęć korzystania z doświadczeń innych, to będę to robił bez szukania pochwał, jupiterów, sceny czy kamer telewizyjnych. Uczciwość wobec samego siebie dotyczy mnie cały czas i jest jednym z głównych warunków mojego trzeźwienia. Dzisiaj wdzięczność jest odpowiedzią za nową jakość życia. Jestem normalnym człowiekiem, który walczy ze swoimi wadami i kompleksami, a nie sztandarowym Anonimowym Alkoholikiem, który występuje w imieniu AA. Coraz częściej sprawia mi wielką satysfakcję, kiedy nie muszę być tak cholernie ważny, zauważony i doceniony w pracy przez szefa, w domu przez żonę, na mityngu przez innego alkoholika. Nie muszę szukać akceptacji wszystkich, znam swą wartość, chcę być sobą, a nie grać jakiejś roli. Nie muszę już być egoistą i egocentrykiem. Może, dlatego nie piję i żyję?
Mariusz AA


CZEŚĆ

Poniżej pragnę przedstawić swój głos, co do sytuacji w naszym Regionie. Trudno jest mi dyskutować nad szczegółami nie znając celu zmian. Nie widzę znaku równości pomiędzy propozycjami zmian, a pobudzeniem AA do działania. Może jestem za głupi. Grupa AA jest w stanie funkcjonować bez Intergrupy, Regionu, czy BSK. Intergrupa może działać bez Regionu i BSK itd. Aby była potrzeba powołania BSK, Regionu czy Intergrup musi być wola Grup AA. Grupy muszą widzieć potrzebę istnienia różnych poziomów organizacji. Byłem świadkiem (kilkanaście lat temu), gdy  Intergrupy się dzieliły, ponieważ grupy osób oczekiwały, aby struktury „spełniały oczekiwania” w nich pokładane. O wielu ówczesnych „działaczach” nikt już dzisiaj nie pamięta, z tym, że odbywało się to na poziomie Intergrup.Niektóre przedstawiane propozycje w prostej drodze prowadzą do tego, że sytuacja może się powtórzyć. Z dużą dozą prawdopodobieństwa nasz Region może się podzielić na dwa odrębne byty. Region Warszawa i np. Region Mazowsze. Obydwa będą w strukturach AA, a alkoholicy zmuszeni zostaną poprzez akces do postawienia się po którejś ze stron. Mądrość Wspólnoty polega na tym (Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość), że prędzej czy później Grupy AA wybiorą strukturę, którą uważają za swojego reprezentanta i tylko tą będą wspierały. Co się stanie z ludźmi w „porzuconych” strukturach, czy tak jak ich poprzednicy zostaną zapomniani? Przecież to nie nasz cel! Idąc dalej tym tokiem myślenia, za jakiś czas ktoś pomyśli o podobnych „reorganizacjach” (już toczą się dyskusje) na poziomie BSK i będzie tak jak w Rosji podział na AA i AA. Może ktoś wpadnie na pomysł, że skoro już mamy cała literaturę, to po co nam BSK, wszystko można załatwić na poziomie Regionów czy Intergrup. To co się dzieje powoduje, że mam wrażenie jakbym przytoczoną książkę czytał ponownie z tym, że od końca. W książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” przedstawione jest wzrastanie Wspólnoty i nabieranie odpowiedzialności wobec swoich obecnych i przyszłych uczestników. Zdarzenia w naszym Regionie dzieją się odwrotnie. Odnoszę wrażenie, że coś co zostało nam dane poprzez doświadczenia, jest w tej chwili rozmontowywane. Grupa AA jest w stanie funkcjonować sama, wszystkie inne powoływane „byty” muszą pamiętać o prostej zasadzie służenia grupom, które je powołały. Jeżeli ta zasada zostaje naruszona to odchodzą w niebyt. Ile krzywd zostanie wtedy wyrządzonych? Czy jesteśmy gotowi rozpocząć ten scenariusz, czy może rozsądniej jest najpierw usiąść i podyskutować. Glosowania przed dyskusjami rozpoczną niestety proces, który opisałem. Dużo trudniej będzie usiąść do jednego stołu, ponieważ podziały (głosowanie) staną się już faktem. Jak doświadczenie wskazuje wspólnota AA się nie rozpadnie. 
Pozdrawiam,
Piotr


DROGI MOJEJ WIARY

Byłem wychowywany w wierze chrześcijańskiej. Moi rodzice byli przykładnymi katolikami i tak mnie wychowywali. Nie stroniłem od praktyk religijnych, a i poniekąd wierzyłem, że w wielu wypadkach Bóg jest mi w stanie pomóc (jak choćby „wymodlony” rower). W Wierze ukończyłem szkołę średnią, poszedłem do pracy i w tym miejscu zaczął wygrywać inny Bóg, Bóg Alkohol. Im więcej piłem, a w zakładzie gdzie pracowałem, alkohol był na porządku dziennym, tym bardziej odsuwałem się od Boga, dobroci i miłości. Bardziej kierowałem na bezwzględność i brutalność. Jeszcze na chwilę powróciło do mnie ciepło i serdeczność, kiedy poznałem moją przyszłą żonę i kiedy planowaliśmy ślub. W planach rodzinnych otaczałem ją opieką, byłem przykładnym mężem, ojcem, głową rodziny. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Rozpiłem się jeszcze bardziej. Żona miała rodziców alkoholików, a mimo to nie stroniła od kieliszka. Mnie było to na rękę, pasowało mi takie beztroskie życie. O wcześniejszych planach szybko zapomniałem. Po roku urodził nam się syn, którego wychowaniem głównie zajmowała się moja mama. Jeszcze wtedy wierzyłem na swój wypaczony sposób, że takie życie jest mi pisane, że dobrze sobie radzę, że jestem dobrym człowiekiem, a Bóg takich kocha. Po następnych dwóch latach byłem już po rozwodzie i wtedy pogniewałem się na Boga na dobre. Wszystko złe, co mnie spotkało to jego sprawka – myślałem. Cały czas mści się na mnie nie wiadomo za co. To ja nie chcę mieć z takim Bogiem nic wspólnego. W co wtedy wierzyłem? Myślę, że wierzyłem w swoje Ego w to, że sam dam sobie radę, że jeszcze coś MU udowodnię. Nie zmieniło mojego podejścia do życia poznanie mojej obecnej żony, nie zmieniło urodzenie się upragnionej córki. Wierzyłem w siebie, wierzyłem, że świat jest brutalny i okrutny i że trzeba iść przez niego rozpychając się łokciami. W tym przekonaniu cały czas utwierdzał mnie nieodłączny alkohol. Piłem bardzo dużo i bardzo często. Mało interesowałem się domem, żoną, dzieckiem, w ogóle rodziną, bo przecież była jeszcze mama, która nie mogła patrzeć, jak jej ukochany syn coraz bardziej schodzi na psy. Przyszedł dzień, kiedy żona nie wytrzymała i postawiła mi ultimatum: albo się leczę, albo koniec naszego małżeństwa. W początkowej fazie terapii, na którą poszedłem, moje podejście do wiary trochę się zmieniło, trochę złagodniałem. Zobaczyłem, że są inni ludzie oprócz mnie, nawet są tacy, którzy chcą pomagać innym. Jednak moje ego szybko zweryfikowało te myśli; jeśli pomagać, to na zasadzie powielanie moich decyzji. Ja wiem najlepiej, co jest najlepsze, stosujcie się do moich rad albo spadać. W domu rodzina godziła się na te tortury, wychodząc z założenia „gódźmy się byle nie pił”. W pracy ludzie mnie unikali, a i ja nie pchałem się do nich, w końcu byłem najmądrzejszy. W takim stanie ducha wytrzymałem pięć lat, później wróciłem do picia. Tak było prościej, tak można było odreagować, tak przychodziła ulga. Wróciłem do picia na całe jedenaście lat. Jedenaście lat życia z przekonaniem, że dam sobie radę, że jeszcze ten raz i koniec. A końca nie było. Były za to dwie próby samobójcze, był szpital i odtruwanie, było wynoszenie z domu, by mieć na wódkę. I znów ultimatum i znów terapia. W moim przekonaniu byłem wtedy w stanie głębokiej depresji. Nie widziałem w tym rozwiązaniu żadnej nadziei. Byłem przecież już na terapii, wystarczyło jej na pięć lat. Teraz na ile wystarczy? Niewielka wiara wróciła, kiedy zanim poszedłem na pierwsze spotkanie, dostałem kartę mityngową obligująca do zaliczenia 24 mityngów. Właśnie te mityngi, ci ludzie ciepli i serdeczni zaczęli mnie przyciągać do siebie. Ja względem nich z początku byłem nieufny (taka dobroć to podejrzane - myślałem). W końcu w ciągu miesiąca byłem na wszystkich 24 mityngach. Nie możliwe, żeby w tylu różnych miejscach skrzykiwali się sami dobrzy ludzie z okolicy i to jeszcze alkoholicy. Coś w tym musi być. Zacząłem powoli czerpać od nich siłę, a i po trochu wiarę, że jednak jest Ktoś, kto może mi pomóc, że może kiedyś się pomyliłem. Moje myśli jeszcze bardziej się zagmatwały, kiedy moje pierwsze dziewięć miesięcy terapii spędziłem na przerabianiu pierwszych trzech Kroków z Programu AA. Bezsilność, niekierowalnie swoim życiem. Wiara w to, że jest siła, która może przywrócić mi zdrowie (cokolwiek by to nie znaczyło) i na koniec powierzenie swojej woli i życia opiece Boga. Tego nawet mama mi nie proponowała. A tu twierdzą, że nie jednemu to pomogło. Niejeden żyje i co najważniejsze cieszy się tym życiem. To dla mnie było zupełnie coś nowego. Coś, co nie do końca potrafiłem zrozumieć, bo przecież ja zawsze szukałem logicznego wytłumaczenia (moje nałogowe picie też potrafiłem nie raz logicznie wytłumaczyć). Po skończeniu pierwszego etapu terapii, miałem trzy miesięczny okres przerwy, który przeznaczyłem na intensywną pracę zawodową. Zaniechałem wtedy również uczęszczania na mityngi. I pod koniec tego okresu stało się coś, co niektórzy alkoholicy nazywają: „źle jak piłem, jeszcze gorzej, gdy nie pije”. Wpadłem w okres jakiejś bezradności, zagubienia, nie radziłem sobie z podstawowymi codziennymi czynnościami do tego stopnia, że wybuchałem niepohamowaną złością, nie potrafiłem tego opanować. Kiedy to mijało, przejmował mnie strach, lęk przed kolejnym dniem. Nie pomógł nawet powrót na mityngi. Do tego stopnia było to nie do zniesienia, że któregoś dnia zacząłem się modlić. Sam z siebie w akcie rozpaczy, samotności i beznadziei. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Niecały miesiąc później na jednym z mityngów znalazłem informację o warsztatach sponsorowania. Pojechałem tam i po paru godzinach wracałem (trochę nawet zły) ze sponsorem. Teraz mijają dwa lata jak „przerobiłem” program, mam już swoich podopiecznych, ale najważniejsze jest to, że odnalazłem swojego Boga, że dostałem z wiarą w Niego w pakiecie spokój, pogodę ducha, zrozumienie i tolerancję wobec drugiego człowieka. Jestem dobrym mężem (żona twierdzi, że jest ze mną szczęśliwa - to jej słowa. Pierwszy raz to usłyszałem rok temu, a jesteśmy razem od 30 lat), odbudowywuje zaufanie u moich dorosłych dzieci, którym nie wstydzę się powiedzieć, że ich kocham. To wszystko uczynił dla mnie On i czego bym sam nigdy nie osiągnął. O czym musiałem długo, bo prawie trzydzieści lat, przekonywać się. Teraz cieszę się każdym dniem, rozpoczynam go modlitwą i kończę modlitwą. Wierzę, że nie jestem sam. Wierzę, że to, co dam z siebie innemu człowiekowi, wróci do mnie w dwójnasób. Wiara pozwala mi przeżyć właściwie każdy dzień, godzić się z gorszymi momentami, z rozterkami i problemami. Cieszyć się z sukcesów i być dumnym z osiągniętych celów. Może była to dość długa droga do Wiary, ale zapewniam Was warto było iść tą drogą.
AA


ZZA KRAT
Mam na imię Wiktor, jestem alkoholikiem, narkomanem ogólnie uzależnionym i podatnym na wszelkie uzależnienia.


Jest dla mnie ogromnym zaszczytem móc podzielić się swoim doświadczeniem, jak i w ogólnym zarysie opisać swoją historię. Powiem, że długo się zastanawiałem, od czego zacząć i pomyślałem, że zacznę od początku. Od kiedy pamiętam zawsze byłem sam; mały zagubiony chłopczyk jeżdżący hulajnogą i zbierający butelki po mieście. To wychowywała mnie babcia, to dziadek a ogólnie ulica. Matka mnie zostawiła u obcej kobiety, od której zostałem zabrany do Bełchatowa przez rodzeństwo matki, gdyż jak powiedziała mi ciocia, byłem w strasznych warunkach. Pamiętam to uczucie samotności, które mi towarzyszyło od dziecka i by je zagłuszyć szukałem poczucia bezpieczeństwa na ulicy i u kolegów, dla których byłem w stanie zrobić wszystko, by być akceptowanym.
Nie miałem żadnego wzorca i jako dziecko nie zaznałem uczucia miłości, które jest jedyną „rzeczą” mogącą mi dać poczucie bezpieczeństwa i szczęście w dorosłym życiu. Już w wieku 6 lat można powiedzieć zacząłem kraść i pojawiły się ze mną problemy wychowawcze. Włamaliśmy się z kolegą do skupu makulatury i ukradliśmy kasetkę. Gdy w wieku 7 lat skończyłem pierwszą klasę podstawową w Bełchatowie, przyjechała po mnie mama i to pewnie tylko dlatego, że umarł mój dziadek, notabene na moich oczach, gdy miałem 6 lat. Prababcia miała zawał, a siostra mamy moja chrzestna wyleciała do USA i nie miał się kto mną opiekować. Teraz, gdy to piszę pamiętam to uczucie radości, jaka mi towarzyszyła, że jadę z mamą, którą czasem widywałem, gdy przyjeżdżała do Bełchatowa z Warszawy swoją jak na lata 80-te piękną Alfą Romeo. Byłem oczarowany, ale nie na długo, bo tylko dojechaliśmy do stolicy ulokowała mnie u pani Krysi na Bródnie, by się mną opiekowała i zniknęła. Po roku jak ukończyłem drugą klasę podstawówki zabrała mnie do siebie, bym z nią mieszkał i z jakimś Niemcem, z którym była. Ciągle czułem się, jak piąte koło u wozu. Pamiętam noce, gdy mama nie wracała i tę ciągłą niepewność, co stanie się za chwilę. Zaraz był już inny partner, z którym się związała i którego bardzo polubiłem. W sumie na początku lgnąłem do każdego, gdyż tak bardzo chciałem mieć tatę i być kochanym. Zbyszek, za którego wyszła za mąż adoptował mnie i dał mi swoje nazwisko, lecz czar szybko prysł, gdyż jak większość czynnych alkoholików był zimny, nieprzewidywalny i bardzo roszczeniowy, nie mówiąc już o bardzo niskim poczuciu wartości, przez które byłem poniżany. Znów byłem sam. W wieku 14 lat miałem pierwszy kontakt z alkoholem i stało się. Chciałem się czuć zawsze pewny siebie, bez umysłowych ograniczeń. Wodzirej towarzystwa, alkoholik od pierwszego wypicia. W wieku 15 lat przyszła do mnie mama i zapytała czy chciałbym napisać list do prawdziwego ojca, którego znałem z opowieści, nie zawsze dobrych. Pamiętam, że ktokolwiek kiedykolwiek o nim wspominał w moim towarzystwie nie chciałem o nim słyszeć, bardzo się buntowałem. W głębi duszy pragnąłem go poznać. Pamiętam, jak nie mogłem się zdecydować sparaliżowany lękiem przed kolejnym odrzuceniem, jak i rozterkę, czy nie zdradzam Zbyszka, który mnie adoptował. W końcu się zdecydowałem na napisanie: „Cześć Tato”. List wysłałem i czekałem na odpowiedź, a po tym, co mi powiedziała mama, miałem jechać do niego do USA. Nawet nie odpisał i znów byłem sam. W sumie nie do końca sam, gdyż miałem już alkohol, który mi towarzyszył, a w wieku 17 lat doszły narkotyki, konflikty z prawem, przygodny sex i tak żyłem następne 20 lat tj. do 34 roku życia. Nie liczyłem się z nikim i z niczym. Kradłem, ćpałem oszukiwałem itd. Gdy w wieku 26 lat mój komfort w Polsce się skończył, pomyślałem, że wyjadę do znajomego do Chicago w USA i wszystko się zmieni, znajdę pracę, poznam nowych ludzi, przestanę pić i ćpać, gdyż było już to męczące. Ale jeszcze widocznie nie na tyle, by coś się zmieniło, gdyż kolejne 8 lat w Stanach było już równią pochyłą w dół. Spadałem coraz szybciej. Zaraz po przyjeździe poznałem swojego ojca. Okazało się, że ku mojemu zaskoczeniu mieliśmy wiele wspólnego. Pamiętam jak 4 lata później w 2008 roku leżał w śpiączce w szpitalu, a ja chodziłem tam na pokaz, by zagrać dobrego syna. Zaraz po wyjściu od niego dzwoniłem do dilera po narkotyki, które wraz z alkoholem zabrały mi wszystko łącznie z uczuciami. Byłem gorszy niż zwierzę. Trwało to tak do 25 października 2012 roku. Wstałem po moich 34. urodzinach, które obchodzę 24 października i to był mój koniec. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, w jakim położeniu się znalazłem. Fizycznie, moralnie, duchowo byłem skończony, paradoksalnie robiłem wszystko przez ostatnie 20 lat, by nie być samotnym, a w tym momencie poczułem się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie. Nie było już nic. Nie było już nikogo obok mnie i zacząłem wyć, wyć do Boga, by zmienił moje życie, gdyż nie chcę już tak żyć. Biegałem po mieszkaniu prosząc, błagając, by skończył me cierpienie. Stało się coś jeszcze; w tym momencie nie zapowiadało nic szczególnego - zadzwonił telefon! Odebrałem. Dzwonił mój znajomy, by spytać, co słychać. A ja w tej rozpaczy i braku nadziei powiedziałem: „A co ja k...a mogę robić Michał, znów ćpam i mam dość!” On na to, czy może bym chciał pójść na mityng? Jakby od razu poczułem, że jest jeszcze szansa, że jestem uratowany, to nadzieja. Na drugi dzień poszedłem na swój pierwszy mityng, tj. 26 października do grupy QUO VADIS w Chicago. Przestraszony, ale pełen nadziei na ratunek. Pamiętam jak schodziłem po schodach na dół, bo mityngi odbywały się na dole, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem ludzi radosnych i pogodnych, klepiących mnie po ramieniu mówiących: „Nic się nie przejmuj, wszystko będzie dobrze, tam jest kawa”. Pierwszego mityngu nie pamiętam poza tym, że się popłakałem, kiedy przeczytano „Jak to działa” i opowieści ludzi, którzy się podzielili swoim doświadczeniem. Przecież oni mówili o mnie, opowiedzieli całe moje życie. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że nie jestem sam. Od razu wiedziałem, że to moje miejsce, moi ludzie. Pamiętam jak spytano, czy chcę od siebie coś powiedzieć. Zapłakany powiedziałem, że jestem alkoholikiem i w tym momencie stał się cud, jakbym zrzucił ciężar, ogromny ciężar ze swoich barków i maskę z twarzy. Niejedną maskę, gdyż miałem ich wiele i poczułem ulgę, nie jestem już sam, są ludzie tacy jak ja! Po wyjściu z mityngu wiedziałem, że nie jestem już tym samym człowiekiem, jakby coś się zmieniło w mojej głowie. Obsesja zażywania została mi odebrana. Po tym dniu zakochałem się w mityngach i w tym, co ma do zaofiarowania Program AA, jakby duchowość była tym, czego szukałem całe życie. Jakbym to wiedział przez całe życie tylko gdzieś to wyparłem. Przez pierwsze 7 miesięcy byłem na mityngu codziennie, potem zaangażowałem się w pełnienie służby, by za chwilę z kolegą Michałem, który do mnie zadzwonił założyć grupę wsparcia dla braci przy wielkim wsparciu przyjaciela. Po dwóch latach trzeźwości, gdy mój stan emocjonalny był stabilniejszy podjąłem decyzję o powrocie do kraju, za którym bardzo tęskniłem i naprawieniu spraw nieuregulowanych przed wyjazdem. Nim wróciłem do kraju dużo obietnic, jakie gwarantuje Program spełniło się, wiele pięknych chwil przeżyłem i spotkałem na swej drodze kobietę, która jest obecnie moją żoną, a w listopadzie jest termin porodu naszego kochanego synka. Z powodu tych nieuregulowanych spraw w tej chwili odsiaduję wyrok w ZK, lecz już na wszystko patrzę inaczej. Nie obwiniam nikogo lecz biorę odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje. Są to konsekwencje moich wcześniejszych czynów, za które muszę ponieść konsekwencje, by się uwolnić. Nabrałem odwagi i pokory, bo byłem zwyczajnym tchórzem. Mityng „U Jadzi” w Garbalinie jest dla mnie kolejnym doświadczeniem życiowym, z którego wyciągam, co najlepsze. Całe wcześniejsze życie zastanawiałem się, jaki jest sens życia. Dziś już się nie zastanawiam, bo wiem, że sensem życia jest po prostu ŻYĆ. Żyć godnie, a nie wygodnie. Najpiękniejsi ludzie, których znam, to ci, którzy znają smak porażki, poznali cierpienie, walkę, stratę, poznali swoją drogę na wyjście z otchłani. Ci ludzie mają wrażliwość i zrozumienie życia, które wypełnia ich współczuciem, łagodnością i głęboko kochającą troską. Piękni ludzie nie biorą się znikąd. Mam szczęście, że dane mi było ich poznać.
Wiktor alkoholik, narkoman