MITYNG 03/225/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



KSIĄŻĘ I ŻABA

Często słyszę od mężczyzn o potrzebach kobiet i wtedy ogarnia mnie pusty śmiech, ponieważ my kobiety jesteśmy tak skonstruowane, iż do końca same nie znamy swoich potrzeb, a już na pewno nie można nas mierzyć jedną miarką. Jednak każda z nas bez względu na wiek, wykształcenie, urodę, inteligencję potrzebuje dużo czułości, miłości, bliskości i ciepła, i jeśli któraś twierdzi inaczej, to uważam, że oszukuje samą siebie. Niestety kobiety alkoholiczki w swoim życiu zaznały chronicznego braku tych uczuć, dlatego też, gdy ktoś im je okazuje, łapią się na to jak muchy na lep. Mało to każda kobieta i tu chyba też nie ma wyjątków, marzy o swoim księciu na białym rumaku? Dlatego też kobiety, gdy wstępują lub powracają do Wspólnoty AA jak ja, widząc tylu facetów zaczynają głupieć i szukać wśród nich księcia zapominając, po co tu właściwie przyszły. A panowie z AA chętnie niosą takim paniom „posłanie”, ubierając to najczęściej w przyjaźń. Często też w pierwszym roku trzeźwienia kobiety zawierają toksyczne związki, które ranią albo ich oboje, a już na pewno kobietę, która po pewnym czasie zdaje sobie sprawę, że to nie ten książę z bajki. Nie twierdzę tu, że nie ma przyjaźni między kobietą a mężczyzną we Wspólnocie. Owszem, sama jestem w takiej przyjaźni. Ani też nie twierdzę, że nie ma udanych związków w AA, bo też sama w takim jestem, ale jednego czy drugiego na pewno nie można zawierać w pierwszym roku trzeźwienia. Nie bez Kozery napisałam we wstępie tak ogólnikowo, ponieważ mimo wszystko miałam dużo szczęścia i ten problem właściwie mnie o minął. Przez pierwsze półtora roku trzeźwienia byłam jeszcze z moim pijanym mężem, którego bardzo kochałam i nie wyobrażałam sobie, bym mogła go zdradzić. W tym też roku dwóch kolegów, których prawie na tamten czas nie znałam, uprzedziło mnie o tak zwanym niesieniu posłania przez „trzynasty krok”. Pierwszym razem poszłam do klubu abstynenta na dyskotekę. Tam kolega podszedł do mnie i powiedział: „Dziewczyno powiedz, ile masz na koncie i jakim samochodem jeździsz, a narzeczonego znajdziesz tu szybko”. Zaczęłam się śmiać i powiedziałam, że w takim razie, to go tu nie znajdę i nie po to tu przyszłam. Po tym dniu byłam bardziej czujna i non stop przypominałam sobie o tym, po co jestem w AA. Za drugim razem pojechałam na zabawę rocznicową i znów podszedł do mnie kolega (już inny) i powiedział, że jestem fajną dziewczyną, ale bym uważała na siebie, bo tu jest bardzo wielu, którzy patrzą, by „coś wyrwać”. O prawdzie dowiedziałam się bardzo szybko, gdy wracając z zabawy kolega, który mnie tam przywiózł spytał czy jedziemy do niego czy do mnie. Zdziwiłam się trochę, bo tak pięknie mówił jak kocha żonę, więc miałam do niego zaufanie. Asertywnie poprosiłam o powrót do domu. Z mężem już nie współżyłam, więc wyobraźnia też mi szalała. Pamiętając, że do AA przyszłam trzeźwieć, wciąż odganiałam myśli o jakimkolwiek związku czy romansie. Choć nie powiem, pociągał mnie nie jeden mężczyzna w AA. Jeszcze póki byłam z mężem, było łatwe, ale gdy się rozstaliśmy przeżywałam prawdziwy koszmar. Mało, że nie miał kto mnie przytulić, okazać czułości, to na dodatek te puste ściany i głucha cisza w domu. (Dziś tę cisze bardzo lubię i szanuję). Co jakiś czas, jakiś facet ze wspólnoty źle rozumiejąc moją wypowiedź lub z jakiegoś innego powodu, coś tam mi proponował. Na początku byłam przerażona, ale później zaczęło mnie to bawić. Chyba najbardziej byłam rozbawiona, te propozycje dostawałam, kiedy już byłam ze swoim partnerem. Szczególnie, gdy on stał gdzieś w pobliżu. Acha muszę zaznaczyć, że nie wszyscy wiedzieli, iż jesteśmy w związku, ponieważ partnerami jesteśmy po za salą mityngową, a na tej sali jesteśmy alkoholikami. Dlatego też na mityngu między nami nie ma żadnego przytulania czy miziania tylko trzeźwienie i niesienie posłania innym alkoholikom. Dziś, gdy patrzę na kobiety w AA, które zapominają, po co tu są i usilnie szukają we wspólnocie swojego księcia, jest mi ich żal, ponieważ tu są tylko chorzy alkoholicy. A jeśli chcesz zrobić z niego księcia, to musisz zaakceptować go takim, jakim jest, a nie próbować go zmienić. Naprawdę, nie jest to łatwe. Ja próbowałam i nic mi z tego nie wyszło. W końcu, kiedy zaakceptowałam żabę, mam i swojego księcia. Zdaję sobie sprawę, że czasami działa to odwrotnie: czyli kobiety robią „trzynasty krok”, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę też wyrządzają sobie krzywdę. Ja przeszłam jeszcze pijąc przez etap zemsty na facetach poprzez zaliczanie ich. Było to coś okropnego – mało, że cierpiałam ja, to na pewno i nie jeden z nich. Dziś dziękuję Bogu za to, że na mojej drodze postawił tych dwóch kolegów, i że zrozumiałam, że trzeźwienie stoi na pierwszym miejscu, ponieważ dzięki temu mam to, czego mi tak długo brakowało czyli: miłość, czułość, bliskość, ciepło. Czuję się potrzebna. A książę? Cóż jest zwykłym trzeźwiejącym alkoholikiem, którego zaakceptowałam takim, jakim jest i nie próbuję już go zmieniać.
Kobieta AA


KONCEPCJA TRZECIA
PRAWO DECYZJI CZYLI  O ZASADZIE WZAJEMNEGO ZAUFANIA
 
Najpierw kilka słów wyjaśnienia. Kilka lat temu wpadło w moje ręce parę numerów angielskiego biuletynu SHARE a w nich artykuły na temat Koncepcji Służb Światowych. Był to zupełnie nowy temat. Postanowiliśmy w redakcji MITYNG przetłumaczyć dostępne artykuły aby przybliżyć sobie i chętnym sens Dziedzictwa Służby. Zrobiliśmy to i zamieściliśmy je w dawniejszych numerach MITYNGU. Już pierwsze tłumaczenia były dla nas trudne, stąd nie dziwi, że na kilka lat praca utknęła. Kolejne Koncepcje dotyczyły spraw zupełnie nam nieznanych i niezrozumianych. Mimo to wysiłek się opłacił. Do dziś pamiętam cytaty: „Przestań analizować - stosuj!”  "Jeśli myślisz, że masz 100% racji, to oznacza, że będziesz prawdopodobnie w niezgodzie tylko z 50% wspólnoty" czy ”Musimy pamiętać, że nawet trzeźwi, nadal mamy umysły alkoholików - dopóki nie zmieni nas duchowa pokora”. A co jak co, to pokory brakowało mi wiele. Zrozumiałem natomiast, że jak nic innego, służby pomogą mi poznać siebie. Staną się motorem do zmian postawy tak, by nauczyć się współpracy we wspólnocie i rodzinie; aby kiedyś zszargane więzi mogły ponownie się pojawić. W ubiegłym roku powróciliśmy do tematów Koncepcji, ale tym razem naczelnym zadaniem było przybliżenie ducha Koncepcji Światowych w oparciu o warunki, z jakimi możemy spotkać się w Polsce, a w szczególności w Regionie Warszawa. Powstało 10 felietonów lecz zabrakło dotyczących Koncepcji Trzeciej i Czwartej. Należało to uzupełnić. Ale, że od początku roku organizowaliśmy specjalne warsztaty w PIKu przy ulicy Berezyńskiej na temat Koncepcji, to zapiski z tych warsztatów stają się pomocą w niniejszym felietonie. W ten sposób każdy z uczestników warsztatów będzie mógł czuć się jego współautorem. Przez kilka lat samodzielnie pełniłem funkcję redaktora MITYNGU. Było mi czasami bardzo ciężko. Szczególnie, gdy nie było z kim przedyskutować wątpliwości. Dopiero wstąpienie do redakcji nowych przyjaciół pozwoliło na uwolnienie się od ciężaru kontrolowania wszystkich etapów produkcji kolejnego numeru. Gdy drukarz miał prawo samodzielnego doboru koloru okładki albo redaktor techniczny wstawiał jakichś rysunek wtedy z większym zainteresowaniem oczekiwałem na nowy numer a i współpracownicy mieli "swój kawałek", który sprawiał im zadowolenie a nawet stanowił inspirację do nowych pomysłów. Tak powstały "górki", czyli specjalna literatura nad górnym marginesem. Dla wybierającego te cytaty są pamiątką aktualnego stanu trzeźwości i zachętą do dalszego czytania naszej literatury. Dla mnie przypominają fragmenty, na które sam nie zwróciłem uwagi. A więc korzyść jest obustronna. Rozwija się wdzięczność, szacunek, zaufanie. W czasie warsztatów w PIKu uczestnicy zwrócili uwagę na służbę skarbnika w grupie, który choć często samodzielnie podejmuje decyzje o zakupach to winien zapytać bardziej doświadczonych członków grupy o sugestie w sprawie wydatków; a potem przedstawić grupie szczegółowy raport. 12 Koncepcji Ilustrowane tak wyrażają tę myśl: „Bill ostrzega przed użyciem „Prawa do Decyzji” jako wymówki za brak właściwych raportów z podjętych działań; albo za brak konsultacji z właściwymi ludźmi przed podjęciem ważnej decyzji”. Ta myśl bierze początek w grupie, ale odnosi się do służb na każdym poziomie aż do światowych. Kierując się zaufaniem i praktycznym podejściem do problemów wspólnota daje możliwość podejmowania decyzji w zgodzie z sumieniem członków / II Tradycja /, przypominając równocześnie aby liczyć się z tym, że ktoś  może posiadać większą świadomość lub doświadczenie. Szczególnie dotyczy to naszych Powierników. Do nich docierają doświadczenia z całego świata. Jednak zdarza się, że mniej aktywni albo wygodni członkowie grupy wywierają presję na mandatariusza, aby na Konferencji Regionu Warszawa głosował zgodnie z ich instrukcjami. Z jednej strony jest to objaw braku zaufania wobec mandatariusza a z drugiej łatwo prowadzi do demoralizacji i przerzucania odpowiedzialności. Można wtedy usłyszeć słowa mandatariusza - robię tak jak oni chcieli, ja za nic nie odpowiadam. On sam nie jest właściwie zainteresowany wydarzeniami na Konferencji. Tak na marginesie trudno oczekiwać, by opinia pojedynczej grupy w kwestiach służby światowej, krajowej czy regionalnej mogła być ważniejsza od opinii Konferencji. W praktyce, prawie zawsze pożądana jest pełna konsultacja z członkami komisji, zespołów i delegatami. Ponadto „poinstruowany" delegat, który nie może na Konferencji głosować zgodnie ze swoim sumieniem przestaje być „zaufanym sługą", jest po prostu posłańcem. Instruowanie również nie zdaje egzaminu, gdy mandatariusz spotyka się z nową, do tej pory nie przewidywaną sytuacją. A tak się zdarza.
Podstawowym dokumentem regulującym relacje między Powiernikami a delegatami Konferencji Krajowej jest Karta Konferencji oraz regulamin Rady Powierników. Podobnie Karta Konferencji Regionu Warszawa opisuje relacje między grupami, intergrupami, Powiernikiem oraz służbą redakcji biuletynu MITYNG a Konferencją. Jest ona niezastąpionym źródłem odniesienia, bez którego nie wyobrażam sobie  funkcjonowania Regionu. Niemniej jednak, nawet najbardziej klarowne zapisy Karty Konferencji, nie są w stanie same z siebie zapewnić sprawnego funkcjonowania i właściwego przewodnictwa na tych poziomach służb, których dotyczą. Najlepsze procedury nie zastąpią ducha współpracy. Kiedy górę wezmą chęci dominowania nad pozostałymi członkami Konferencji jest kłopot. Konferencja ma prawie całkowitą praktyczną władzę nad Powiernikami. Ale cóż, kiedy delegaci Konferencji zaczną wydawać Powiernikom/ Radzie Regionu nieprzemyślane zalecenia w sprawach, z którymi Powiernicy są dużo lepiej obeznani, co wówczas? W stosunku do płatnych pracowników Powiernicy mają władzę ostateczną; mogą zatrudniać i zwalniać pracowników. Ale jak rozwiązać problem w Regionie, gdzie nie ma płatnych pracowników? Odpowiedzią może być tylko zaufanie dla naszych przywódców; musimy wybierać najlepszych. Obdarzyć ich zaufaniem i oczekiwać odpowiedzialności.  Ta zasada, na wszystkich poziomach służby pozwoli stale zapewniać właściwe relacje między władzą i powierzoną odpowiedzialnością. Ostatnio zaobserwowaliśmy, że intergrupy powoli zaczęły delegować członków do zespołów regionalnych, aby w ich imieniu brali udział w przygotowaniu wniosków do Rady Regionu i Konferencji. Możemy też oczywiście odrzucić wszystkie zbiorowe karty, regulaminy, zakresy obowiązków a każdy z zaufanych sług postępowałby według własnych wyobrażeń. Czy nie jedynym skutkiem byłaby wtedy anarchia? Mamy już doświadczenia, gdy wybrany do służb zainteresowany był tylko realizacją swojej wizji w całkowitej sprzeczności z wolą wybierających. Z drugiej strony jeśli postąpimy odmiennie odmawiając przywódcom jakiejkolwiek swobody, będziemy zmuszeni stworzyć olbrzymią ilość instrukcji, zasad, procedur. To zaś prowadzi do przerostu biurokracji. Właściwe dla AA rozwiązanie znajduje się w drugiej części Tradycji Drugiej, która mówi o "zaufanych sługach". Naprawdę oznacza to, że nasi przywódcy będą korzystać ze swojej władzy zgodnie z zaistniałymi potrzebami przyjmując na siebie odpowiedzialność za pomyślność wspólnoty. Ten rodzaj zaufania jest esencją „Prawa Decyzji” na każdym poziomie służby. Jeśli Konferencja nie funkcjonuje właściwie, grupy mogą wysłać lepszych delegatów. Jeśli Powiernicy mocno zboczą z właściwej drogi, Konferencja może ich skrytykować, lub nawet zreorganizować. Jeśli działalność BSK pogorszy się, Powiernicy mogą zatrudnić lepszych pracowników. Te środki zaradcze są wystarczające i bezpośrednie. Ale tak długo jak nasze służby będą w zasadzie dobrze funkcjonować - a nigdy nie wolno nam zapominać o życzliwości przejawiającej się pobłażaniem dla sporadycznych błędów - tak długo „zaufanie" ma być naszym hasłem. W przeciwnym przypadku skończymy bez przywódców.
Praktycznie "Prawo Decyzji" można zastosować w następujący sposób:
A. Konferencja zawsze powinna być w stanie decydować, którymi sprawami zajmie się we własnym zakresie, a z którymi zwróci się do grup AA
B. Podobnie, członkowie Rady Powierników /Rady Regionu/ powinni zawsze decydować, kiedy będą działać na własną odpowiedzialność, a kiedy poproszą Konferencję o wskazówki, akceptację lub rekomendację.
C. W ramach normalnie wykonywanych obowiązków członkowie służb mają  prawo do samodzielnego decydowania, lub przekazania sprawy następnemu, wyższemu szczeblowi władzy.
Omawiane "Prawo Decyzji" nigdy nie powinno stać się wymówką za porażkę podjętych działań; nie powinno być nigdy użyte jako powód ciągłego przekraczania wyraźnie określonych kompetencji, ani też jako usprawiedliwienie. Program AA opiera się całkowicie na zasadzie wzajemnego zaufania. Ufamy Bogu, ufamy AA i ufamy sami sobie nawzajem. Dlatego nie możemy uczynić nic innego, niż wierzyć naszym przywódcom. "Prawo Decyzji", które im proponujemy, jest nie tylko praktycznym sposobem pozwalającym działać i skutecznie przewodzić, lecz jest to także symbol naszego bezwarunkowego zaufania.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa poniedziałek wielkanocny 17 IV 2006 r


JESTEM KOBIETĄ

Jestem kobietą, niewątpliwie atrakcyjną, dziś wiem o tym. Znam swoją wartość choć nie zawsze tak było, zwłaszcza jeszcze kilka lat temu. Dziś siebie akceptuję. Taka jaka jestem. Nie tylko zewnętrznie ale i wewnętrznie, z całym tym pokręceniem w środku, z całym dziewczęcym urokiem i niedojrzałością emocjonalną, nad którą nieustannie pracuję. Minęło jednak kilka lat zanim tak się stało. Musiałam przeżyć też kilka bolesnych doświadczeń. Trudne miałam początki w kontaktach z mężczyznami, zwłaszcza ze Wspólnoty AA. Takie doświadczenia otwierają oczy i zmuszają do pozbycia się idealistycznych poglądów. Przez wiele lat myślałam, a nawet w to wierzyłam, że ktoś kto nie pije kilka czy kilkanaście lat, pracuje na programie, pięknie i składnie wypowiada się na temat swojego trzeźwienia, jak to doskonale sobie radzi w życiu, a w dodatku jeszcze pomaga innym, kosztem własnego czasu – musi być ideałem. Niestety to tylko złudzenia. Jest takie powiedzenie we Wspólnocie AA – „żeby kogoś poznać wejdź do jego domu, zobacz jak mieszka, jak traktuje rodzinę”. Bardzo adekwatne, ale praktycznie niewykonalne. I bynajmniej nie z powodu strachu przed oceną, mieszkania oczywiście, ale najczęściej w tym domu jest żona i rodzina, … ale przecież w separacji, więc to się nie liczy... Kłamstwo? Jakie kłamstwo? Nie pytałaś. Zaufałam takiemu mężczyźnie, wierząc, że taki ideał nie może być nieuczciwy. Po kilku miesiącach prawda wyszła na światło dzienne, bo zaczęłam wymagać, naciskać. Okazało się, że mój idealny mężczyzna i tak się mną znudził, bo już kolejna ofiara piękna, młoda i równie naiwna co ja na początku drogi, pojawiła się na horyzoncie. Plułam sobie w brodę, że byłam tak naiwna i ufna, że wpuściłam do domu, poznałam z rodziną i troszczyłam się, a tak naprawdę zostałam wykorzystana. Najgorsze jest to, że jedno kłamstwo rodziło kolejne. Sama zaczęłam kłamać wierząc, że tak trzeba. Nie można mówić o tym nikomu, bo będą plotki i to dla mojego dobra wszystko. Nie można nigdzie się pokazać razem, bo nikt nie zostawi na Tobie suchej nitki. Jeśli spotkania to w domu, najlepiej u mnie, bo na mieście może nas ktoś zobaczyć razem. Publicznie jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, żadnych czułości, uścisków, obściskiwania. Tak było. Bolało, ale lęk przed samotnością i tęsknota za uczuciem, ciepłem były silniejsze niż zdrowy rozsądek. Do czasu jak to zwykle bywa. Ktoś może pomyśleć, że to niemożliwe, jak można być tak naiwnym. Sama się temu dziwię nadal. Ale tak było i co najgorsze nadal takie zachowania są akceptowane we Wspólnocie. Doświadczyłam ogólnie panującej zmowy milczenia. Z jednej strony plotki a z drugiej strony mur, przez który żadna informacja nie dotrze do takiej naiwnej alkoholiczki jaką byłam. Ktoś mógłby takiego swojego przyjaciela poklepać po plecach i powiedzieć – Stary co Ty wyprawiasz? To jest Twoje trzeźwienie? Ale nie powie, ponieważ musiałby być uczciwy w każdym calu i na pewno naraziłby się na krytykę i ocenę. Program nie gwarantuje niczego, dopóki sama nie zechcę być uczciwa. Jeżeli ciągle wchodzę w „stare buty” i nadal krzywdzę innych swoim zachowaniem, i pracuję na Programie, to robię to z pełną świadomością i na to nie ma żadnego wytłumaczenia. Dla tego typu mężczyzn to właśnie program jest przykrywką. Mówią: „Mam sponsora przecież, jestem na Programie, a w domu bałagan w każdym rogu”. Czy naprawdę tak trudno jest być uczciwym i postawić sprawę jasno? To jedno z pytań, na które odpowiedzi mam szukać we własnym sumieniu.
 Kobieta alkoholiczka.


WIARA

Urodziłam się i wychowywałam w rodzinie katolickiej, chociaż moi najbliżsi nigdy nie byli konserwatystami tej religii. Zostałam ochrzczona, przyjęłam komunię i bierzmowanie. Na tym mój kontakt z Kościołem się zakończył. Dzisiaj wiem, że tak do końca nie wierzyłam w Boga, chociaż jeszcze do niedawna powtarzałam „że jestem wierząca, ale nie praktykująca”. Nic bardziej mylnego. Kiedy piłam, to w nic nie wierzyłam, chociaż nieraz prosiłam: „Boże daj”, „Boże zrób”. Wiadomo: „Jak trwoga, to do Boga”. Pierwszy raz uwierzyłam, kiedy po ponad miesięcznej śpiączce, po ciężkiej chorobie obudziłam się i usłyszałam, że Bóg mnie zostawił na poprawę. Uwierzyłam, że ktoś silniejszy ode mnie nie chciał, abym jeszcze odchodziła z tego świata. Postanowiłam zmienić swoje życie. Poszłam na terapię, skończyłam szkołę i znalazłam pracę. Jednak nadal nie powierzyłam się mojemu Bogu i próbowałam kierować własnym życiem. Skończyło się to tym, że po ponad sześciu latach utrzymywania abstynencji zapiłam. Opamiętanie przyszło po tygodniu. Dziś jestem trzeźwa od ponad trzech lat i co jest ważne uwierzyłam. Powierzyłam się mojej Sile Wyższej, którą jest Bóg. Wiara w niego pomaga mi w moim trzeźwym życiu. Modlę się do Niego na kolanach rano i wieczorem i dzisiaj moja modlitwa nie polega tylko na „Boże daj, Boże zrób”, ale przede wszystkim na podziękowaniach. Dzisiaj jestem „Wierząca – praktykująca” i nie wstydzę się tego.    Wiem też, że wiara to nie tylko Bóg, ale trzeba również uwierzyć drugiemu człowiekowi oraz samemu sobie. Gdybym nie uwierzyła na samym początku swojej drogi w siebie, nie poszłabym na terapię i nie skończyłabym szkoły. Od ponad trzech lat chodzę regularnie na mityngi, gdzie słucham ludzi i wierzę, że to im pomaga tak samo, jak i mnie. Mam służbę na jednej z grup w moim mieście i wierzę, że służąc pomagam drugiemu alkoholikowi. Od pięciu miesięcy pracuję na programie 12 Kroków ze sponsorką, której uwierzyłam i zaufałam. Wierzę, że wiara w Siłę Wyższą, w drugiego człowieka, jak i samą w siebie, jest dla mnie bardzo ważna.
Agnieszka AA



ALKOHOLIZM TO CHOROBA, MOJA CHOROBA...
„…Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu…”(Preambuła AA)
Jestem jedną z wielu milionów alkoholików. Trzeźwych alkoholików. Dziś nie piję. Udało mi się swoje picie zatrzymać. I dziś wiem, że alkoholizm to choroba, moja choroba. Nie chciałam na nią zachorować. Początkowo alkohol pomagał mi oswoić moją wrodzoną nieśmiałość. Potem piłam, bo…”wszyscy pili” – na imieninach, weselach, chrzcinach. Tylko, że jedni kończyli po kilku kieliszkach, a ja zaczynałam kilkoma kieliszkami picie wielodniowe. Nie potrafiłam przestać. No nie potrafiłam!!! Wszystko zaczynało kręcić się wokół alkoholu - dom, praca, rodzina. Pamiętam nie tylko o tym, że przy pomocy alkoholu robiłam z siebie pośmiewisko, że dopracowałam się rozmaitych konsekwencji zdrowotnych, psychicznych, rodzinnych i materialnych. Alkohol zabrał mi radość życia, odsunął od ludzi i od samej siebie. Lęki, strach, wstyd, poczucie winy były nie do zniesienia. Powoli stawałam się potworem – nie byłam podobna do kobiety, matki i żony. A alkohol potrafił zakryć te uczucia, pozwalał stawać się kimś lepszym – najlepszym! Udawał przyjaciela, by podstępnie dzień po dniu mnie zabijać. Zbudowałam w sobie nienawiść do ludzi. Jedyną przyjaciółką była butelka lub puszka z alkoholem. Dotarłam w swym szaleństwie do czarnego punktu – żyć bez alkoholu nie mogłam, życie z alkoholem było piekłem. Pamiętam jaka byłam, by nie przyszło mi do głowy, że już jestem zdrowa, że mogę bezkarnie pić. Nie. Moja choroba jest nieuleczalna. Zostanie ze mną do końca życia. Ale dowiedziałam się, że jest sposób. Że mogę tę chorobę zatrzymać. Że nie muszę żyć w upokorzeniu. Dowiedziałam się o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Wiedziałam a jednak nie szłam po pomoc. Bałam się! Wstydziłam! Myślałam, że dam radę sobie sama… Nie udawało się. A moje myślenie wciąż było takie:
Kobieta alkoholiczka? To niemożliwe!!! Alkoholik – to FACET! AA, to mnóstwo facetów. Facetów alkoholików. Jak miałam wyjść z tej swojej pijackiej jaskini, gdzie ostatnie lata piłam samotnie i samotnie połykałam łzy? Jak? Miałam iść do jakiś tam facetów i prosić ich o pomoc, bo sama już nie daję rady ze swoim piciem? Panicznie bałam się mężczyzn. Bałam się i nienawidziłam. Od dzieciństwa żyłam w poczuciu krzywdy. Krzywdy, którą wyrządzali mi ONI. Chciałam przestać pić. Pokonałam swój strach i… całkiem niedawno - jakby wczoraj - na swoim pierwszym mityngu AA w trakcie przywitania trzymałam za rękę kobietę. Mocno. Kurczowo. Jakby to była klamka od drzwi, za którymi jest moja wolność. Przez cały czas trwania mityngu płynęły po moich policzkach łzy. Z każdą łzą czułam ulgę. Pomyślałam – „Dotarłam! Wreszcie tu dotarłam! I tak naprawdę to już ode mnie zależy czy nacisnę tę klamkę, otworzę drzwi i przekroczę próg do wolności.” Zostałam. Okazało się, że nie jestem sama. Alkoholicy, to nie tylko mężczyźni. To też kobiety – matki, żony, siostry. Ta choroba może dotknąć każdego. Tak jak każda inna – grypa, nowotwór, cukrzyca, malaria. Dziś czuję się wolna, potrafię uśmiechać się. Dzieci mówią, że mnie kochają. Przytulają się, chociaż już są dorosłe i mają własne rodziny. Są dumne ze swojej mamy. Dziś nie piję. Czuję przynależność, czuję wsparcie. Ale…By przestać pić, jednak musiałam poprosić drugiego człowieka o pomoc. O pokazanie drogi. Poszłam na swój pierwszy mityng Anonimowych Alkoholików – rozdygotana i zalękniona. Nie piłam całe 9 dni!!! Weszłam do sali i… zobaczyłam, że nie jestem sama. I znów pojawili się w moim życiu inni ludzie. Ja sama nie potrafiłam, to inni mi pomagali – swoimi wypowiedziami o sobie, własnych doświadczeniach, samą swoją obecnością, podaniem herbaty, otworzeniem sali. I słowami: „Dobrze, że jesteś!”. Inni zajmowali się sprzedażą literatury AA. Mogłam ją kupić. Mieć doświadczenia alkoholików o ich drodze do trzeźwości spisane i mogłam do nich zaglądać przez całą dobę. Doświadczenia Anonimowych Alkoholików, którym udało się i którzy opisali sposób w jaki to zrobili. Po co oni to opisali? No właśnie – pomyślałam - chyba dla mnie. Pisali 70 lat temu dla alkoholiczki, której nawet nie mogli poznać, nie mieli pojęcia, że kiedyś urodzę się i zostanę jedną z nich. Tak, na pewno dla mnie! Pokazali mi Program 12 Kroków i 12 Tradycji. Napisali jak służyli innym alkoholikom i jak im to pomagało w utrzymaniu własnej trzeźwości. „Trwać w trzeźwości i pomagać innym w jej osiągnięciu” – po latach pracy nad Programem AA zauważyłam coś takiego u siebie – jeśli moje myślenie i działanie jest skierowane na pomoc innym w utrzymaniu trzeźwości (nie na zmianę ich myślenia, zachowania – na to nie mam wpływu), to uśmiecham się, cieszę się kolejnym swoim krokiem ku trzeźwości poprzez radość z trzeźwienia innych alkoholików. Moje matczyne serce pamięta to wspaniałe uczucie, gdy moje własne dzieci stawiały pierwsze, chwiejne kroczki. Łapki wyciągnięte do przodu, pupa w majtasach z pieluchą, wciąż za ciężka, by chodzić. Czasami pojawiał się jakiś guz na głowie, jakiś siniak na kolanie. Czasami płacz, gdy kolejny raz lądowały na podłodze. Ale też pamiętam, ich roześmiane buzie, gdy udało się zrobić pierwszy krok, potem drugi, trzeci… Łzy szczęścia w moich oczach. I to ciepło, które rozpływało się wokół mojego serca. To uczucie towarzyszy mi dzisiaj, gdy pójdę z kimś na jego pierwszy mityng a on zostaje i trzeźwieje razem z nami. Stawia swoje pierwsze kroki. Kroki do nowego życia. Życia bez alkoholu. Dziś dobrem innych nie jest ich bogactwo, nie wspaniałe osiągnięcia w rozmaitych dziedzinach życia lecz trzeźwość jaką uzyskują dzięki Programowi AA i to, że wspólnie możemy nadal służyć tym, którzy przychodzą po to samo, co kiedyś oni, my, ja … a może i Ty. Może i Ty przyjdziesz, spróbujesz przestać pić a potem krok po kroku spróbujesz odbudować swoje życie. Alkoholizm to choroba, ale można z nią żyć. Można żyć i nie pić. Cieszyć się każdym dniem.
Z nadzieją – Anonimowa Alkoholiczka

 
BYĆ KOBIETĄ W AA

Jestem alkoholiczką, mam na imię Agnieszka. Długo nie mogłam zaakceptować tego „przydomka”. Ja, taka dobra matka, żona takiego niedobrego męża, pracująca tyle lat w swoim zawodzie czy mogłabym tak źle siebie określać? Dlatego nie lubiłam czytać Kroków i Tradycji na początku każdego mityngu, bo trzeba było podać swoje imię i określić się jako „alkoholiczka”. Słuchałam z zazdrością, kiedy niektórzy, a szczególnie inne kobiety mówiły o sobie np. „uzależniona” albo „mająca problem z alkoholem”. A ja od razu mówiłam o sobie – „alkoholiczka!”. Właśnie tak przedstawiałam się, ale nienawidziłam tego a przy okazji siebie za to, że tak muszę o sobie mówić i myśleć. Ale, … ale ja i tak nienawidziłam siebie już dużo wcześniej. Tak w ogóle. Na mityngi mnie ciągnęło. Tam poznawałam ludzi, którzy akceptowali siebie i to, że są alkoholikami. Spotykałam ładne, zadbane kobiety i to powoli pomogło mi akceptować tę nową sytuację, w której się znalazłam. Córki, a mam ich dwie, cieszyły się, że mam coraz więcej znajomych, i że wychodzę z domu czysta, zadbana na mityng. Mityngi traktowałam i nadal traktuję poważnie tak, jak kiedyś wielkie uroczystości rodzinne, te najważniejsze. Długo myślałam o tym artykule: Czy chcę się podzielić w nim swoimi rozterkami? Myślałam, że są może zbyt banalne, że być może wielu nie zrozumie, o czym piszę, co czuję. Próbuję mierzyć się ze swoimi przeżyciami i słabościami charakteru. Zastanawiam się, dlaczego kobietom we Wspólnocie AA jest tak trudno: Bo są bardzo emocjonalne? Bo inaczej przeżywają życiowe sytuacje niż mężczyźni? Czy brakuje mi jakieś „chemii”? Czy pomysłów na siebie? Myślę o tym, jak bardzo jestem nieporadna. Część mojej osoby ucieka od siebie samej. Czuję się jako kobieta osamotniona. Mam dużo kolegów, przyjaciół mężczyzn, a brakuje mi rozmów z kobietami. Bo przecież one też przeżyły różne problemy związane z porodem, macierzyństwem, związkiem z mężczyzną i innymi tak zwanymi „kobiecymi sprawami”. W wypowiedziach mężczyzn często słyszę opowieści wracające do przeszłości, w której pili alkohol, a mało mówią, co się dzieje w ich życiu teraz. A dla mnie ważne jest to, jak sobie teraz radzą ze swoimi związkami, swoimi dziećmi, pracą. Bo to stanowi dla mnie teraz problem, jak mam układać swoje życie na trzeźwo w tym materialistycznym, często nieprzyjaznym, trudnym dla mnie Agnieszki-alkoholiczki świecie. Mój los tak się ułożył, że problemy z dzieciństwa, młodości związane z relacją z mamą są w tej chwili przeszkodą do dobrych kontaktów z innymi kobietami. Mam nadzieję, że ten artykuł pomoże mnie samej a może też innej kobiecie, która go przeczyta, która jest we Wspólnocie, może gdzieś obok, a nie miałyśmy okazji porozmawiać. Uczę się siebie, uczę się ufności. Zdobywam ją małymi kroczkami. I to nawet dzięki tej kobiecie, która pomaga mi pisać ten artkuł. Dzięki służbom wchodzę w te lęki, rozmawiam z kobietami na przykład na dyżurach telefonicznych. Poznaję coraz więcej kobiet. Przestaję się ich bać.
Agabe


DZIĘKI WAM UWIERZYŁAM

Ludzie często mylą wiarę z religią. Kiedyś i ja tak myślałam - wiązałam wiarę tylko z kościołem katolickim, bo w takiej religii byłam wychowana. Jednak pamiętam słowa księdza na lekcji religii, gdy miałam czternaście lat: „Nie ma ludzi niewierzących”. Wtedy nie rozumiałam, o co mu chodzi, bo każdy kto nie chodził do kościoła, nie obchodził świąt był dla mnie osobą niewierzącą. Musiałam zostać trzeźwiejącą alkoholiczką, „obić się” o dwie religie, by spojrzeć na to nie z perspektywy religii, ale poprzez pryzmat moich doświadczeń; zobaczyć, że wiara nie jest związana z religią. Dziś zgadzam się z tym twierdzeniem, ponieważ nawet ateiści wierzą, że Bóg nie istnieje. Zawsze gdzieś tam wierzyłam w to, że Bóg istnieje, ale myślałam, że o mnie zapomniał, ponieważ przez cały czas byłam krzywdzona i odrzucana przez ludzi. Myślałam, że i przez Niego. Czułam się zawiedziona i oszukana, ponieważ ten dobry Bóg miał się mną opiekować, gdy będę grzeczna, a życie pokazywało co innego. Znalazłam wtedy innego boga czyli butelkę. Wierzyłam w to, że ona mnie nie zawiedzie. Na początku wydawało mi się, że tak jest - zawsze była kiedy ją potrzebowałam. Przy niej zapominałam o wszystkich problemach. Mogę powiedzieć, że byłam „szczęśliwa”. I tak małymi kroczkami ze swoim pseudo –bogiem dążyłam do samozagłady. Gdy moje uzależnienie pogłębiło się do tego stopnia, że pomału zdawałam sobie sprawę z tego, że z moim piciem jest coś nie tak. Wyrzuty sumienia były coraz gorsze. Kac moralny nie dawał mi spokoju i jedynym lekarstwem, by nie pamiętać było upicie się. To wtedy zaczęłam po pijanemu lub na kacu modlić się do Boga z mojego dzieciństwa o zaprzestanie picia. Tylko że na tamten czas, gdyby sam Bóg chciał mi zabrać kieliszek, to za nic bym go nie oddała. W ten sposób pogrążałam się dalej w samozagładzie. Alkohol był najważniejszy wszystko inne nie było ważne. Moją dewizą stało się wypić, pożalić się przy kieliszku nad samą sobą, zapomnieć i zasnąć. W międzyczasie wierzyłam, że antykol, esperal czy terapia lub inna religia mogą mi pomóc, ale one działały u mnie na krótko. W końcu i mój szklany bóg też mnie zostawił i przestał działać. Kace moralne nie przechodziły nawet po wypiciu dużej ilości alkoholu chociaż już i tak dużo nie mogłam w siebie wlać. Sen ogarniał mnie na godzinę lub dwie i budziłam się, by się napić i zasnąć, ale wtedy on nie przychodził. Nawet, gdy zasnęłam to budziły mnie koszmary nocne związane z moją rodziną. Dochodziło do tego, że nie mogłam oddychać pod wpływem koszmaru, a gdy się obudziłam, to ogarniał mnie paniczny lęk przed ponownym zaśnięciem. Uważałam, że prawdziwy Bóg jak również ten pseudo mnie oszukali, zostawili. Czułam ból, samotność, rozgoryczenie, odrzucenie i paniczny lęk przed dalszym piciem ale też przed życiem. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że przestałam pić. Wiem jedno, że tego dnia zapragnęłam innego życia, bardziej wartościowego. Tylko jak to zrobić, kiedy nie wierzyłam już w nic co by mi mogło pomóc ani w Boga, ani w terapię, ani w religię, ani w AA (bo też się o nie obiłam), a co chyba najważniejsze - nie wierzyłam we własne siły, że mi się uda. Ponieważ w to, że przestanę pić zwątpili już wszyscy moi bliscy i to mi wmawiali. Ponadto ja nigdy nie brałam odpowiedzialności za swoje życie. Zawsze wisiałam na innych i byłam taką małą dziewczynką, za którą odpowiadają inni: najpierw babcia, potem mąż a potem chciałam w to wkręcić synów. Sama nie umiałam żyć i dbać o siebie. Mimo to chciałam spróbować jeszcze raz. Wróciłam na terapię i do Wspólnoty AA i o dziwo, gdy słuchałam tych ludzi, którzy nie pili rok, dwa, góra trzy zaczęłam pomału wierzyć, że i mi się uda. Mało tego: ci ludzie, których nie znałam, wierzyli też w moje siły i dodawali mi otuchy, gdy słabłam. Dzięki ich wierze odzyskałam i ja wiarę. Do dziś słyszę ich słowa: „Dasz radę”. Czasami opadałam z sił, ale ktoś wierzył w to, że dam radę, więc dawałam i nie dlatego, by nie stracić przyjaciół czy pokazać, że jestem lepsza - bo nie jestem. Tylko dlatego, że ich wiara mnie przepełniała. Dzięki tej wierze umiałam rozstać się z mężem, wyrzucić dorosłych synów z domu, by wzięli odpowiedzialność za swoje życie. Dzięki tej wierze ukończyłam dwie szkoły i podjęłam naukę w trzeciej. A przede wszystkim dzięki tej wierze nie poddałam się drugiej ciężkiej, nieuleczalnej chorobie, której niestety nie zatrzymam, jak choroby alkoholowej. Ona cały czas we mnie rozwija się. Ja ją po prostu zaakceptowałam. Żyję, jakby jej nie było. Pamiętam, aby dbać o swoje zdrowie i kontrolować jej rozwój. Uwierzyłam też, że moją Siłą Wyższą jest Bóg który mówi do mnie przez drugiego człowieka, jak również poprzez swoje dzieła czyli góry, morza, łąki, lasy, jeziora itp. i wśród nich czuję jego obecność a nie w kościołach tego świata. Uwierzyłam też, że Bóg daje każdemu talent i do czegoś go stwarza. Jeśli robimy to, do czego zostaliśmy powołani, to wykonujemy to z sercem. Dzięki temu myślę, że pomału odnajduję swoją drogę, której przez całe życie szukałam. Uwierzyłam też, że Bóg wysłuchuje próśb. Nie wtedy kiedy ja chcę ale wtedy kiedy On uważa to za słuszne. Ja przez dziesięć lat prosiłam o trzeźwość i w końcu ją dostałam. To jest dowód, że Bóg mnie wysłuchał. Na koniec powiem, żeby nie było tak słodko i abym nie wyszła na chodzący ideał: Jak każdy człowiek mam chwilę zwątpienia i wtedy jest mi ciężko. Jednak i tu Bóg mi dał wyjście. Idę tam gdzie ludzie mają gorzej niż ja czyli do tych, co są na początku drogi. I moja wiara wraca jak bumerang.
 J.G


KOBIETY W AA

Jestem alkoholiczką, mam na imię Renata. We Wspólnocie Anonimowych Alkoholików jestem od czternastu lat. Wczoraj, 26 stycznia minęła czternasta rocznica od mojego pierwszego mityngu. Niewiele z niego pamiętam merytorycznie, ale pamiętam doskonale ciepło, które emanowało od większości uczestników i pamiętam kobietę, która w czasie przerwy rozmawiała ze mną przez chwilę; pocieszała i mówiła o sobie. Od początku w AA poczułam się swojsko, dobrze, bezpiecznie. Tak jest do dzisiaj, chociaż samo bycie w AA bywa różne. Był czas kiedy aktywnie uczestniczyłam w życiu wspólnoty lokalnej i był też czas mojej „jazdy na gapę”, ale bez lęku, że tam może mi się cokolwiek stać. Na gapę, bo nic albo niewiele robiłam, a bardzo wiele dostawałam. Zwykle lepiej się czuję, gdy daję niż biorę, ale tu jest taka specyfika, że branie, to życie. Wielokrotnie zapijałam, ale wiedziałam od początku, że jedynym lekarstwem, jedyną drogą, jedyną nadzieją są ludzie w AA. Tacy sami jak ja i tacy inni. Poczucie wstydu, które towarzyszyło mi za każdym razem, kiedy wracałam po zapiciu i nigdy nie zaryglowało przede mną drzwi wspólnoty. Wszystko jest piękne we wspólnocie, dla mnie. Trzeba to tylko zobaczyć, poznać, poczuć i żyć tym, co oferuje Program, co oferują ludzie. W naszej lokalnej społeczności, ok 20 tysięcy mieszkańców, uzależnionych od alkoholu, trzeźwiejących we Wspólnocie AA jest ok 30 może 40 osób w tym, w porywach może 5 kobiet. Z ubolewaniem patrzę na to, co dzieje się dookoła mnie. Jest wiele kobiet wokół mnie, które są alkoholiczkami po terapii, ale w wielkim oporze, jeśli chodzi o skorzystanie z naszego cudownego AA. Dlaczego? Różne przychodzą mi odpowiedzi do głowy. Jesteśmy w mniejszości, ale tylko chyba już oficjalnie, bo nieoficjalnie, to już jest nas tyle samo pewnie uzależnionych kobiet co mężczyzn. Kultura, w której żyjemy nie jest przyjazna dla nas, trzeźwiejących kobiet, nie wspomnę już o tym jak traktowane są kobiety jeszcze nie radzące sobie z problemem - pijące. Wciąż jest to grzechem a nie chorobą w opinii większości ludzi zdrowych. Kobieta, która przestała pić nazwana została kiedyś w mojej obecności przez inną kobietę: „Wreszcie się suka ogarnęła!”, natomiast o mężczyźnie, który przestał pić powiedziała: „Chwała mu za to, porządny gość, jaką ma silną wolę!”. Tak, tak bywa, ale mnie osobiście to nie zaburza mojego poczucia własnej wartości, wiem jednak, że wiele nowicjuszek nie skorzysta z pomocy AA, między innymi z lęku przed oceną, szczególnie w takiej malej społeczności. Odbierają sobie możliwość zmiany i swobodnego dobrego życia w gronie życzliwych i serdecznych AA. Model picia kobiet jest nieco inny niż mężczyzn w wielu przypadkach, a blokada nie pozawala wielu wyjść z tej coraz głębszej ciemności, beznadziei, rozpaczy... Dlatego uważam, że naszym zadaniem, zadaniem kobiet będących we Wspólnocie jest wychodzenie na zewnątrz ze swoim sukcesem. Anonimowi ale nie niewidoczni! To przesłanie urzeka mnie za każdym razem. Moim obowiązkiem jest mówić o sobie wszem i wobec, wszystkim, którzy o to pytają. Ja nie wstydzę się dzisiaj mówić o sobie w kontekście uzależnienia. To jest moja tożsamość. Nikomu nie pomogę ani nikt nie pomoże mnie, jeśli  wszystko, co posiadam zostawię w swoim wnętrzu. Dzielę się swoimi doświadczeniami, a mam czym. Radosnych i bolesnych doświadczeń mam równie dużo, wszystkie są moje, wszystkie wydarzyły się w moim życiu i wszystkie są dla mnie cenne. Jeśli miałabym coś zachęcająco-zapraszającego powiedzieć do tych kobiet, które jeszcze cierpią, to powiem tak: Różne są drogi trzeźwienia, ja wybrałam tą w AA. Wypróbowałam inne, żadna się w moim przypadku nie sprawdziła tak, jak droga w AA. Tutaj jest bezpiecznie. Jesteśmy w tym jednym względzie tacy sami, zarówno mężczyźni jak i kobiety, łączy nas tutaj jeden problem, uzależnienie od alkoholu. NIKT nie zrozumie nas tak, jak drugi alkoholik. Ta droga, jest drogą dobrego życia. Nie oznacza to, że wolnego od trosk i wyzwań, ale z całą pewnością uczymy się tutaj żyć prawdziwie , uczciwie i pożytecznie. Pogody ducha.
Renata AA


JESTEM KOBIETĄ

Odkąd jestem we Wspólnocie AA nauczyłam się słuchać, obserwować i rozmyślać. Analizuję wszystko czego doświadczam, co mi się przytrafia i co spotykam na swojej życiowej drodze. Gdy przyszłam do Wspólnoty AA bałam się wszystkiego; słów które usłyszę, spojrzeń innych, podania ręki. Nie rozumiałam uścisków na powitanie i całusków, które budziły we mnie obrzydzenie. Powoli zrozumiałam, dlaczego tak jest, ale od samego początku byłam bardzo ostrożna w relacjach z innymi. Bardzo chciałam zrozumieć dlaczego ze mną jest „coś nie tak” i szybko wzięłam się za Program. Tylko był jeden problem: brak kobiety, która by mi pomogła. Szukałam i nie znalazłam, rozejrzałam się i zobaczyłam, że w naszej Wspólnocie jest naprawdę mało kobiet. Pamiętam, jak na początku bardzo się wstydziłam, że naokoło tylu chłopa a nas dwie, trzy na mityngu. Zauważyłam też jak „ciekawe” jest traktowanie nas we Wspólnocie. Uśmieszki, żarciki, komplementy, flirtowanie a czasami wręcz adorowanie ze strony płci męskiej jest na porządku dziennym. Tylko czemu to ma służyć? Czy ktokolwiek kiedyś zastanowił się nad tym, że takie zachowania są wstydliwe, krępujące? Jestem kobietą, która nie przyjmuje komplementów, zawstydzają mnie takie sytuacje i od razu szukam podtekstu seksualnego. Tak się bronię przed  skrzywdzeniem siebie. Na samym początku bycia we Wspólnocie, może było to pół roku, przeżyłam szok. Podszedł do mnie chłopak i prosto w oczy powiedział, że mnie kocha. Nie rozumiałam, dlaczego taka sytuacja zaistniała. Przecież nie widzę go często, nie siadam obok niego, mało rozmawiam, a jak już to w sporym gronie osób, w moim odczuciu nie dałam mu żadnych powodów do zakochania. I dopiero kiedy zapytałam „dojrzałego Aowca”, wytłumaczył mi, że dla alkoholika wystarczy uśmiech, poprawienie włosów, dotknięcie przez przypadek lub nawet sam zapach, ale nie perfum tyko „mój” zapach. Odbierane jest to jako sygnał. Nie rozumiałam tego, bo sama tak się nie zachowuję, u mnie działa to odwrotnie. Dało mi to bardzo dużo do myślenia i moja ostrożność dziś jest na najwyższym poziomie. Czasami odnoszę wrażenie, że jesteśmy traktowane przedmiotowo, kiedyś też usłyszałam: „taka do schrupania jesteś”. Boże! A co ja chips jestem?! Może dlatego jak kobiety przychodzą do AA, to za chwilę ich nie widać. Towarzyszy mi do dziś lęk przed skrzywdzeniem, a takie zachowania nie są dobre. Ale czego można wymagać od ludzi z chorymi głowami, pragnących miłości, zrozumienia, tolerancji, chcących kochać i być kochanym. Do tego grona i ja należę. Pragnę zrozumieć zachowania ludzi, marzy mi się mityng gdzie będzie coraz więcej kobiet. Kobiet, które będą się wspierały, na które będą się gapić mężczyźni, ale nie dlatego, że są atrakcyjne, tylko dlatego, że są fajnymi kumplami. Jestem kobietą, człowiekiem jak inni na tej planecie. I pragnę być traktowana jak człowiek. Doświadczyłam też zazdrości ze strony kobiet, tylko dlatego, że potraktowano mnie niegrzecznie. Usłyszałam kiedyś: „konkurencja przyszła”. Roześmiałam się tylko i pomyślałam, że żal mi tej dziewczyny. Zrezygnowałam też z jeżdżenia na różnego rodzaju imprezy towarzyszące mityngom uroczystym. Ponieważ jestem singielką, inne kobiety traktują mnie jak wroga. Zaobserwowałam to na wielu imprezach. A ponieważ mam dbać o własne wnętrze, nie uczestniczę w takich spotkaniach. Co do Sponsorowania – znalazłam Opiekunkę duchową, wspaniałą kobietę, z którą mogę o wszystkim porozmawiać, zwierzyć się i czerpać wiedzę. Sama też mam Podopieczną, której staram się przekazać to, co już mam. Mam też koleżankę, przy której bardzo dobrze się czuję.  Poznajemy się, wspieramy i szanujemy. I chyba o to w tym wszystkim chodzi. O szacunek do drugiego człowieka, nie traktowanie jak przedmiot, nie krytykowanie, że jedna ładniejsza, a druga nie. Nie obmawianie i wymyślanie historyjek kto, z kim, gdzie i dlaczego. I nie dotyczy to tylko mężczyzn ale i nas kobiet. Szanujmy się kochani! Bo nie ma większej wartości jak szacunek do drugiego człowieka, jak zrozumienie i tolerancja. Zawsze, gdy patrzę na inną osobę, czy rozmawiam z nią staram się postawić w sytuacji tej osoby. Wtedy przychodzi mi akceptacja tego, co słyszę, widzę i czuję. Gdy jest szacunek jest i wsparcie, a tego mi najbardziej w życiu brakowało. Dziś to wszystko mam, dzięki ciężkiej pracy nad swoim charakterem, dzięki programowi, który zmienił moje myślenie i w końcu dzięki ludziom, którzy mi w tym pomogli.
Jestem alkoholiczką,
jestem kobietą,
na imię mam Agnieszka.


SAMOTNY, BIAŁY ŻAGIEL CZY...?
(kobiece zapiski ze sponsoringu)

Po czterech pierwszych miesiącach uczestnictwa w mityngach AA (trochę ponad 10 lat temu) i wsłuchiwania się  w słowa Anonimowych Alkoholików, zaczął wyłaniać się obraz magicznego słowa – „Program”. W konfrontacji z wiedzą, jaką już miałam z literatury, był jakby mało wyraźny, zamazany. Jak to „ugryźć”? No i ciągle brakowało mi informacji o bardzo ważnej osobie wśród alkoholików, opisywanej w książkach – o SPONSORZE. Dla mnie: o SPONSORCE. Gdy jej szukałam, pytałam najczęściej w odpowiedzi słyszałam: Nie mam sponsora, sponsorki, nie sponsoruję. A ja... tak, jak uwierzyłam wcześniej, że sama nie dam rady przestać pić, tak też byłam przekonana, że potrzebuję kogoś, aby wziął mnie za rękę i pomógł zrozumieć, jak mam żyć w zgodzie z Dwunastoma Krokami, jak służyć i jak dbać o jedność AA – tylko po to (a może „Aż”!), by uzyskać tak bardzo upragnioną przeze mnie trwałą trzeźwość, o której pisał Bill W. No i, aby nie wrócić do picia. Strach przed powrotem do picia był paraliżujący. I to ten strach kazał mi pytać przyjaciół na mityngach, czy nie znają kobiety w AA, która podjęłaby się sponsorowania nowicjuszce takiej, jak ja. Czekałam, słuchałam, obserwowałam i znów pytałam. Mijały miesiące – dobiegałam roku abstynencji. Od kobiet spotykanych na mityngach słyszałam wciąż to samo: Nie mam sponsorki, nie sponsoruję. (Mantra jakaś, czy co?) Kilku mężczyzn napomknęło, że pracuje ze sponsorem. Kilku. Ich głos brzmiał bardzo słabo, zanikał w tłumie. Po pewnym czasie byłam skłonna zrezygnować z poszukiwań – włożyć między bajki możliwość pracy ze sponsorką. Przychodziła mi też myśl, by prosić któregoś z tych nielicznych mężczyzn o sponsorowanie, chociaż wiedziałam, że takie rozwiązanie nie jest zalecane. (patrz: Życie w Trzeźwości, broszura: Sponsorowanie. Pytania i odpowiedzi – wyd. BSK AA). A potem… potem stał się kolejny cud w AA! Dostałam informację od przyjaciela, że rozmawiał z osobą, która zgodziła się poświęcić swój czas – mnóstwo czasu. Na początku pojawił się we mnie lęk – nie znałam tej kobiety. Minęło znów kilka tygodni – pycha czy źle rozumiana pokora przeszkadzała mi wyraźnie poprosić ją o pomoc, o sponsorowanie? Przełamałam się. Tym bardziej, że przy okazji „próby ucieczki” poprosiłam drugiego mężczyznę… aby pomógł mi znaleźć sponsorkę. Wskazał mi dokładnie tę samą osobę, co poprzedni. No tak – teraz już byłam przekonana, że pracę czas zacząć. Wskazana ta sama osoba przez dwu różnych kolegów z AA, to nie mógł być przypadek! Spotykałyśmy się regularnie. Rozmawiałyśmy o moich trudnościach w trzeźwieniu, pracowałyśmy na Programie 12 Kroków i 12 Tradycji. Nigdy nie namawiałyśmy się (jedna drugiej) do przyjęcia tej samej wizji Boga, czy własnej religii. Sposobu modlenia się czy … nie modlenia. Trzeźwość i jej zachowanie w naszych relacjach było i jest najważniejsza. Przyjaźnimy się. Dziś moja sponsorka jest mi bardzo bliską osobą. Dziś czuję wdzięczność za jej mądrość, cierpliwość, wyrozumiałość. Prowadziła i prowadzi mnie przez zakręty moich emocji, równocześnie pozwala stanąć mocniej na własnych nogach. Zawsze mogę do niej zwrócić się z wielką ufnością. Dobrze, że jesteś MOJA SPONSORKO. Czas było oddać, co dostałam. Przez kilka lat sponsorowałam kobietom. Bywało też tak, że prosili mnie mężczyźni o sponsorowanie. Dla żartu? Czy z innych powodów? Zawsze odmawiałam i odmawiam. Mogę podzielić się z kolegami sposobem, jaki stosowała w sponsorowaniu moja sponsorka i jaki ja stosuję. To wszystko - czyli podzielić się doświadczeniem w sponsorowaniu i nic więcej. Jestem przekonana, że trudno mężczyźnie byłoby zrozumieć moje „babskie fanaberie” chociażby związane z cyklem miesiączkowym. Druga kobieta, która przeżywa fizjologię tak samo jak ja, jest w stanie powiedzieć: Wiem, co czujesz. Niestety, gdy przy mężczyznach na mityngu wypowiadałam się o trudnościach emocjonalnych z tym związanymi, oni zawsze kwitowali dwoma powodami: Jesteś w nawrocie! Zaraz pójdziesz pić! Albo „To te wasze babskie fochy”. Nie przyszło im do głowy, że jesteśmy inaczej zbudowani fizycznie i psychicznie, że inaczej odczuwamy emocje i co innego jest w stanie nas, kobiety determinować do działania. To tylko jeden przykład na różnicę płci i różnicę przeżywania powrotu do zdrowia z uzależnienia. Nie chcę przytaczać tu więcej przykładów. Wiem jednak, że pracując nad kolejnymi Krokami: IV, V, VI… podejście mężczyzn i kobiet różni się. Mając równocześnie na względzie to, że nie jesteśmy w sponsorowaniu profesjonalistami, możemy nieświadomie krzywdzić się nawzajem. Nie wyobrażam sobie pracy z facetem, który przerzuca na mnie swoje frustracje związane z nieudanymi związkami z kobietami czy z żalem do matki i córek. Może też się zdarzyć, że to ja zobaczę w podopiecznym faceta, któryś mnie kiedyś bardzo skrzywdził i nie będę mogła z nim uczciwie pracować. W AA jesteśmy osobami o różnych poziomach radzenia sobie z psychiką. To też są powody, dla których nie mam zgody na sponsorowanie „w parach mieszanych”. Mądrość pierwszych alkoholików, gdy jeszcze kobiet na grupach AA nie było lub była to nieliczna grupka szybko przekonała nas o tym, że taka pomoc mieszana może przynieść więcej szkody niż pożytku. Dziś, gdy jest nas, kobiet dużo więcej. Nie widzę powodu, by nie trzymać się tej zasady. Mogę podać jeszcze taki przykład: Jakiś czas temu inna Anonimowa Alkoholiczka poprosiła mnie o to, abym została jej sponsorką. Poznałyśmy się, zaprzyjaźniłyśmy… Nigdy wcześniej nie miała przyjaciółek. Nie ufała kobietom. I tak też było w AA. Uważała, że faceci lepiej ją rozumieją. Poprosiła o sponsorowanie mężczyznę. Spotykali się i nawet rozmawiali czasem o Programie. Niestety. Została przez niego wykorzystana w sposób, jak tylko podle może mężczyzna wykorzystać kobietę. Do ran odniesionych w pijanym życiu musiała dołożyć smutek, ból jaki otrzymała od sztucznego przyjaciela i sponsora. Gdy zerwała tę znajomość, „kolega” pochwalił się innym „kolegom”, jaki to z niego amant i kogo to w AA nie uwiódł. Ona od tej pory zaczęła w przerwach mityngów otrzymywać niewybredne, a czasem wulgarne propozycje od innych mężczyzn. Chętnych do romansu? Wykorzystania? To nie tylko „złe, niegodne” zachowanie – to zwyczajna podłość. Takie zachowania nie są odosobnione. I prób i działań do poniżania pod pretekstem pomocy jest wiele. Jak wiemy, sponsoring odbywa się w cztery oczy. Zatem ostrożności nigdy dość. Wracając do mojej sponsorowanej. Zaufała mi. Jestem jej za to wdzięczna. Pracujemy na Programie. Staram się towarzyszyć jej w zdrowieniu wg Programu AA. Wiem, że kobiety, między którymi stoję w łańcuszku sponsoringu są dla mnie wyjątkowe, są podporami – wspaniałymi i bardzo ważnymi. Cudownie by było, gdyby ten łańcuch miał wiele, wiele mocnych takich ogniw. Ale to tylko zależy od samych, od kobiet w AA: Czy chcemy przyjąć pomoc drugiej alkoholiczki i swoją pomoc dawać kolejnej? Czy wolimy iść za manipulacją i racjonalizowaniem: „facet też może sponsorować kobiecie”? Czy zaufać kobiecie i nie oszukiwać się, swojego lęku przed pracą nad sobą nie przenosić na innych? A może… płynąć przez Program jak samotny, biały żagiel? Hmmm... Byli śmiałkowie, którzy nawet ziemię opłynęli sami – to wielki wyczyn. Ale czy z przyjaciółką nie łatwiej, nie przyjemniej, nie bezpieczniej i nie prościej? Ja już wiem, znam odpowiedź.
Pozdrawiam M.B.
2015, Warszawa


DZIĘKUJĘ

Koledzy z Intergrupy SAWA po raz kolejny zorganizowali w Niegowie warsztaty. Tematem grudniowego , dwudniowego spotkania było „12 OBIETNIC Anonimowych Alkoholików”. Zebrała się nas niecała trzydziestka; z różnych miast i okolic: Piszu, Suwałk, Ełku, Orzysza, Serocka, Warszawy, Radzymina, Białegostoku, Mińska Mazowieckiego, Łochowa… O różnym stażu abstynencji – od kilku dni do ponad dwudziestu pięciu lat – i o różnym doświadczeniu. Praca na warsztatach, to wydobywanie z siebie za każdym razem czegoś nowego, innego, a przez to wzrastanie w rozwoju duchowym Mieliśmy różne zdania na temat wolności, a praca programowa, to dojście do wolności, bo bez wolności nie ruszę niczego. Efektem pracy jest Pogoda Ducha, która objawia się wewnętrznym spokojem i harmonią na wielu płaszczyznach. To stan, który pozwala mi przyjmować to, co niesie życie w spokoju. Żeby ją odczuwać, musiałam przekroczyć barierę lęku emocjonalnego. Ale żeby ją zachować – muszę ciągle pracować. Muszę – bo dla mnie alkoholiczki, bez ciągłego rozwoju – nie ma spokoju. Bez ciągłej pracy będę wracała do czarnej dziury w środku i cierpienia. Opuścił mnie strach, bo… rozliczyłam się z ludźmi i już nie boję się ich reakcji. Zmieniło się moje nastawienie do życia, które wynikło z przemiany, w wyniku poznania i stosowania Programu. Zmieniło się moje wewnętrzne podejście do osób, rzeczy, zdarzeń. Ta zmiana nie dokonała się sama z siebie, tylko przez Program, z udziałem drugiej alkoholiczki.
To ja mam dawać – a nie tylko mnie.
To ja mam kochać – a nie tylko mnie.
To ja mam odsuwać przeszkody - a Bóg mi w tym pomoże.
Ten warsztat był dla mnie podsumowaniem pewnego etapu mojej pracy, ważnego bardzo – skończyłam pracę na 12 Krokach ze sponsorką, a zaczynam „robić” z Nią Tradycje. Zobaczyłam w którym jestem miejscu. Obietnice zapisane w WK na stronie 72 już się dla mnie spełniły. Wszystko zaczęło się ponad 2 lata temu. Przyszłam do AA -  już na emeryturze. Chciałam się wiele dowiedzieć, poznać, wysłuchać, zrozumieć, dopytać, przeczytać, a przez to szybciej wyzdrowieć. Chodziłam z zeszytem i zapisywałam, co robią ludzie i gdzie jeżdżą, żeby nie pić. Usłyszałam na mityngu o warsztatach Tradycji w Niegowie i wyruszyłam. Była ostra zima. Wiało. Sypał potężny, mokry śnieg. Na krętej, wąskiej drodze była szklanka, a w samochodzie ułamała się wycieraczka z przodu. Jej wymiana była nie lada wyzwaniem, ale udało się. Zielone tablice informacyjne przy drodze były całe zaklejone grubą warstwą śniegu. Jechałam tą drogą pierwszy raz i nie miałam nawigacji. Na tamten czas bałam się każdej podróży. Jechałam bardzo długo. Nie wiedziałam, gdzie jestem ani jak dojechać do celu. Strach było zjechać na pobocze. Mocno trzymałam kierownicę, żeby nie wylądować w rowie, inni co kawałek tam kończyli jazdę. Zrezygnowana, skręciłam z trasy i zjechałam na pierwsze szersze pobocze. Nareszcie mogłam się zatrzymać. Miałam sztywny kark a łzy, jak z księgi Guinnessa zalały mi płaszcz. Zadzwoniłam do kolegi, który już powinien być w Niegowie, ale nie odebrał. Nie było chyba zasięgu. Zadzwoniłam do organizatora, że nie dojadę, żeby nie czekali na mnie, bo nie wiem gdzie jestem, i że zacznę szukać drogi powrotnej do domu. A przyjaciel uspokoił mnie, odwiódł od powrotu i zorganizował pomoc.  Gdy zmieniłam kierunek jazdy, to tablice były już zielone i informowały jak trzeba. Kolega przez telefon instruował mnie jak mam jechać i czekał na światłach awaryjnych przy drodze. Dziękuję. Szczęśliwie dotarłam i przez 3 dni słuchałam Tradycji I – VI. Słuchałam, słuchałam, słuchałam i zapisywałam. Przecież nic o Tradycjach nie wiedziałam. Za 3 miesiące już bez takich trudów dotarłam do Niegowa na 3 dni z Tradycjami VII – XII. Potem były warsztaty Kroków, a potem Duchowość 1, potem Duchowość 2. Poznałam fantastycznych ludzi, niepijących alkoholików; spontanicznych, wrażliwych. I za wszystko Im DZIĘKUJĘ. Cały czas poznawałam też siebie. Jak się zastanowiłam, to ta akcja ratunkowa mnie ze  śnieżycy, pokazała mi po raz pierwszy potęgę Wspólnoty. I dziękuję za to. Doświadczam tej potęgi na co dzień, choć nie zawsze jest to tak widoczne. I za to też dziękuję.
AA -  La


MAM NA IMIĘ ANIA I JESTEM ALKOHOLICZKĄ.

Do AA trafiłam dzięki terapii w OTU w Warszawie i gdyby nie był ten warunek kwalifikacji do przyjęcia na oddział, to chyba jeszcze długo koszmarny wstyd trzymałby moje picie w ukryciu. Choć w moim małym miasteczku jest oddział leczenia uzależnienia od alkoholu, to nie byłam w stanie skorzystać z terapii na miejscu. Pamiętam, jak osoba, która mnie przyjmowała zapytała o to, a gdy odpowiedziałam, spojrzała na mnie i spytała kim jestem. Zdziwiło mnie to, bo nie czułam się nikim ważnym, nie było we mnie pychy, ale właśnie jako kobieta, która pije w czterech ścianach własnego domu, podświadomie bałam się oceny społecznej. Było to 11 lat temu i dziś uważam, że gdyby nie terapia i AA, to nie miałabym szans na to, aby zmienić swoje życie. Mam wrażenie, iż mimo tego, że coraz więcej kobiet ujawnia swój problem z alkoholem i więcej mówi się o tym głośno, to jednak kobiecie trudniej przełamać koszmarny wstyd i zacząć się leczyć. Odbiór społeczny jest nadal bardziej naganny i alkoholizm kobiet spotyka się z surową oceną. Dlatego myślę, że kobiecie jest trudniej wyjść z ukrycia. W moim przypadku tak było. Małe miasteczko, na pozór przyzwoita rodzina, na pozór szczęśliwe dzieciństwo, ale moi rodzice nie dobrali się. Mama wrażliwa, krucha, po śmierci pierwszego męża i dziecka wyszła po raz drugi za mąż. Ojciec prymitywny, zaborczy, z jakąś ukrywaną wstydliwą tajemnicą. Jako dziecko czułam się zagubiona, przypadkowa, niepotrzebna, nieważna, zaplątana w kłótnie rodziców. I tak zaczęły kształtować się moje wady charakteru, brak pewności i poczucia własnej wartości, jakiś wstyd bycia sobą, lęk przed życiem. Potem koszmarne pierwsze małżeństwo, gdzie doświadczyłam przemocy fizycznej, psychicznej, bezradność, strach, ogromne poczucie krzywdy. Znów wstyd, który długo nie pozwalał ujawnić, że byłam bita- nawet wtedy, gdy było to widoczne na mojej twarzy. Długa faza picia towarzyskiego i coraz częstsze sięganie po alkohol w samotności pozwalał zapomnieć o krzywdzie, lęku i smutku. Nie upijałam się, prowadziłam dom, wychowywałam dziecko, dbałam o siebie i rodzinę. Znów na pozór wszystko w porządku, ale w moim życiu mnie nie było. Butelka wina lub piwa musiała być zawsze ukryta, nawet, gdy byłam sama, poczucie winy paraliżowało, wstyd obezwładniał. Bo jakże kobieta może pić?! Kobieta powinna być zawsze w porządku, dawać przykład, dbać o rodzinę, być spokojna, miła, ciepła, elegancka, mieć wspaniały dom i uśmiech dla powracającego męża. To musi być zawsze dobra matka, żona, córka. Nie mogłam długo pokonać tego toksycznego wstydu i poczucia winy, aż po 13 latach małżeństwa poczułam, że jak czegoś nie zrobię, to znajdę się w szpitalu psychiatrycznym. Zdecydowałam się na rozwód, ale alkohol już na poważnie wkroczył w moje życie. Był to model popijania w weekendy, na pozór nie szkodzący nikomu oprócz mnie. Poznałam drugiego partnera. Wzajemna miłość dała mi siłę do walki z chorobą alkoholową. Miałam też szczęście, że trafiłam na dobrego terapeutę. Pojawiły się koszmary, bezsenność, depresja i tak po 10 latach nowego związku trafiłam jednak na oddział ogólny szpitala psychiatrycznego aby przepracować przeszłość. Po alkohol w domu sięgałam coraz częściej, prowokowałam imprezy. Terapeuta zasugerował, że widziałby mnie na oddziale leczenia uzależnienia od alkoholu w Warszawie, na którym miał kiedyś praktykę. Czułam, że jeżeli nie zgłoszę się na leczenie, to stracę wszystko co mam, siebie, miłość najbliższych. Po terapii, którą wspominam niesamowicie pozytywnie i z ogromną wdzięcznością dla osób, które mi pomogły - trafiłam już na dobre do AA. Najpierw 30 km od mojej miejscowości, bo wstyd jeszcze bardzo „wisiał mi na plecach”, a potem wreszcie dotarłam dna i na grupę na miejscu. Odnalazłam ludzi, których chyba przez całe życie szukałam. Serdeczność, pomoc, ciepło, które ogrzewało duszę i serce i wreszcie kogoś, kto mnie słuchał, a nie oceniał. To było niesamowite uczucie, lęk przed oceną minął, a Program 12 Kroków zaczął działać w moim życiu. Będąc w AA czuję, że jestem wśród wybranych. Dziś myślę, że to ogromna łaska, że trafiłam do AA. Cieszę się, że na mityngach jest coraz więcej kobiet, że wychodzą z cienia, pokonują tak, jak ja swój wstyd, poczucie winy, lęk przed oceną i potępieniem. Przywracają swojemu życiu sens i wypracowują poczucie własnej wartości. W pierwszych latach trzeźwienia służba, wspólne zloty i radość z pracy nad sobą, odczuwana jako mój mały cud przemiany w wartościowego człowieka, wychodzenie z kompleksów i nauka. AA nauczyło mnie jak budować zdrowe relacje z ludźmi i jak okazywać uczucia. Wreszcie poczułam, że odnalazłam siebie! Pamiętam, gdy byłam w Zakroczymiu, we wspólnym pokoju poznałam starszą panią, która nie umiała o swoim problemie mówić tak otwarcie jak ja. Dała do zrozumienia, że wcześniej prawie piętnowano kobiety mające problem z alkoholem. Miałam wrażenie, że ona dotąd nie wyszła z cienia. Myślę, że panowie dostają społeczne przyzwolenie na picie, a kobietom nie wybacza się tego tak łatwo, dlatego ujawnienie się i leczenie kobiet wymaga dużej siły i nie każda umie pokonać ten próg. Kiedy spotykam nową dziewczynę na mityngu, zawsze staram się jej uzmysłowić, że jest kolejnym ocalonym „cudem” i pomóc w odnalezieniu samej siebie, a AA jest najlepszym miejscem w którym to się może dokonać. W życiu wygrywa tylko ten, kto pokonał samego siebie. Kto pokonał swój strach, wstyd, swoje lenistwo, swoją nieśmiałość i jeszcze  wiele swych nienazwanych demonów
Pozdrawiam Ania AA
Gostynin



TOMASZ O KOBIETACH
Na imię mam Tomek. Dzisiaj świadomie mówię, że jestem alkoholikiem.

Zacznę od tego, że na pierwszy swój mityng trafiłem po przeczytaniu biuletynów MITYNG, ZDROJU i WARTY. Przysłał mi je do zakładu karnego dawny kolega, który podczas mojego pobytu poszedł do AA i opisał mi krótko w liście, jak to dzięki temu zmienia się jego życie. Po przeczytaniu postanowiłem, że i ja spróbuję, chociaż wcale wiary nie miałem, że mi się uda. Zawsze uważałem, że jestem na straconej pozycji i to, że siedzę w więzieniu, piję, ćpam, to już jest takie moje życie, że mam już tak je skończyć. Natomiast stało się to tak, że po 6 latach po wyjściu z więzienia przyszedłem na mityng. To był czas, gdy straciłem mieszkanie, straciłem wszystkich bliskich, kontakt z rodziną, ze wszystkimi. Zostałem sam. Potem, jak już wyszedłem, nie wiedziałem gdzie pójść. Dostałem adres z więzienia od wychowawcy penitencjarnego do ośrodka, do patronatu dla bezdomnych więźniów opuszczających zakład karny. I tak się zaczęła moja droga. Przyszedłem do Wspólnoty AA. Byłem witany we Wspólnocie w dwudziestą rocznicę trzeźwości alkoholika, dzisiaj mojego przyjaciela. Na mityngu przyjęli mnie ci ludzie bardzo ciepło. Byłem w szoku, że oni przyjęli mnie, jakbyśmy znali się od dawna. Powiedzieli mi, że dobrze by było, „gdybyś zrobił Tomek 90 mityngów w 90 dni”. Dali mi książeczkę adresową i „pakiet startowy (ulotki o AA przyp. red) Powiedzieli: „Masz tę książeczkę, ale co z nią zrobisz, to twoje”. Wziąłem tę książeczkę i poszedłem. Chodziłem na te mityngi, chodziłem, aż w pewną niedzielę poznałem dwie fantastyczne dziewczyny, które od samego początku bardzo mnie zaskoczyły. Spodobało mi się, gdy opowiadały o tym, w jaki sposób stosują one program w życiu, z czego one wychodziły. Powiedziałem sobie od tamtej pory: „ja też tak chcę, tak jak one”. I tak zacząłem podążać ich śladami. Bałem się do nich podejść, aby zapytać o cokolwiek, bo tak naprawdę miałem bardzo przykre doświadczenia z kobietami. Miałem w swoim życiu tylko dwie dziewczyny. Z jedną zacząłem spotykać się w wieku 15 lat i byłem z nią przez 6 lat. Byłem w niej bardzo zakochany. Ona zrywała ze mną, gdy poznała kogoś innego. Pobawiła się nim i wracała do mnie. Ja na to pozwalałem, bo kochałem ją. Czułem się bardzo oszukany. Później ja zacząłem coraz więcej pić. Drugiej dziewczynie, z którą byłem, nie dałem się oszukiwać ani manipulować sobą. Robiłem odwrotnie niż w tamtym związku: piłem, ćpałem, zostawiałem ją we własnym domu na całe dnie. Rano wychodziłem do wspólnika, do kompana od kieliszka, od narkotyków. Późną nocą przychodziłem pijany, naćpany i ona nie miała prawa nic mi powiedzieć. To ona mieszkała u mnie. Bazowałem na tym, bo ona z rodziny dostała eksmisję i nie miała gdzie iść. Mieszkała u mnie. Musiała robić, co ja mówiłem. Musiała godzić się z tym, co robiłem i uważałem na tamten czas, że ona ma gdzie mieszkać, a ja będę miał zabawkę do łóżka. Potem, gdy zobaczyłem te dziewczyny w AA zacząłem wierzyć w to, że skoro dziewczyny mogą wyjść z takiego życia, o którym one opowiadały, a nie miały łatwo na pewno - dzisiaj to wiem. Uważałem je za dużo, dużo słabsze od faceta. Ale skoro one to zrobiły, to i ja dam radę. Dzień po dniu, dzień po dniu przychodziłem na te mityngi. I nadal nie mogłem do nich podejść. Układałem sobie w głowie projekt co sobotę, jak ja do nich w niedzielę podejdę, jak z nimi porozmawiam. I tylko wchodziłem na grupę, patrzyłem na nie i nie miałem odwagi do nich podejść. Tak minęło coś około 3 miesięcy. Wcześniej witała mnie we Wspólnocie inna kobieta. Która otoczyła mnie na początku mojej drogi, a która była niełatwa, szczególną opieką. Kiedy w pierwszych miesiącach mojego niepicia zapił się na śmierć mój brat, to ona była dla mnie wielkim wsparciem. Pierwsze, co zadzwoniłem do niej, porozmawialiśmy. Dzisiaj jestem jej bardzo wdzięczny, że jest i towarzyszy mi w mojej drodze, bo uważam tę kobietę za bardzo mądrą i chciałbym trochę tej mądrości, co ona ma na temat Programu, na temat Wspólnoty AA. Pamiętam jak podchodziłem do tej samej kobiety i pytałem: „Znasz te dziewczyny z tamtej grupy? Jak mógłby do nich podejść, zapoznać się. A może powiedz im, żeby one podeszły do mnie”. A ona mi powiedziała: „Tomek, podejdź sam, pogadaj z nimi o Programie AA”. No to sobie znów poukładałem w głowie, że pójdę teraz w niedzielę i porozmawiam z nimi. No i wyszło tak samo… jak zawsze. Nie podszedłem. Tylko je zobaczyłem, znów nie miałem odwagi. Bo pomyślałem: „Czy ładne, mądre, inteligentne kobiety mogą chcieć rozmawiać ze mną?”. Minął jakiś czas. Udało mi się w końcu porozmawiać z jedną z nich na ognisku, które było organizowane przez aowców w Wesołej. I gdy opowiedziałem jej o tym, jak bardzo bałem się podejść do niej, aż się popłakała dziewczyna. Powiedziała: „Tomek, ja jestem taką samą alkoholiczką jak ty, jestem takim samym człowiekiem. Czego się bałeś?” I od tej pory jesteśmy przyjaciółmi, wspiera mnie, pomaga mi w służbach i rozmawiamy na temat Programu AA. Od niedawna pracuję na Programie AA ze sponsorem. Gdy mam problem, jak zacząć jakiś temat zadany przez sponsora, zawsze do niej dzwonię i pytam: „podpowiedz, jak to zacząć?”. I ona mi mówi według swojego doświadczenia: „No, ja zaczynałam tak…, tak…”. I zaczyna mi tłumaczyć, jak to u niej wyglądało. To mnie naprowadza, to i mnie otwiera się coś w głowie. I piszę o sobie. I pamiętam też, jak zawsze mówiła: „Tomaszku, mów o sobie, mów szczerze, prawdę, bo to tylko pomoże Ci w zdrowieniu”. Jestem uczciwy. Uczciwie mówię to, co czuję, to co myślę, bo jeżeli to ma mi pomóc w zdrowieniu, ja chcę tak. Bo nie chcę już wrócić do tej samotności, gdy sam chodziłem po ulicach. Z tej samotności piłem, płakałem, a później budziłem się zasikany w krzakach. Dzisiaj bardzo się cieszę z tego nowego życia. Bo udało mi się też nawiązać znajomość z tą drugą dziewczyną. Prosiłem Boga, abym spotkał ją tak na sam. Pomyślałem sobie, że jak podejdę do niej na mityngu, ona powie, że nie mamy o czym rozmawiać. Będzie mi przykro. A tak jak mnie odrzuci sam na sam, to nikt nie będzie wiedział, że nic się takiego nie stanie. I był taki moment, że jechałem z nią autobusem i porozmawiałem z nią o swoim lęku przed rozmową. Nigdy nie miałem takich koleżanek jak ona. I ona powiedziała to samo co tamta: „Tomek, ja jestem takim samym człowiekiem jak Ty, jestem normalną dziewczyną. Czego się bałeś?”. Do dzisiaj mamy kontakt ze sobą. Bardzo cenię sobie tę przyjaźń, bo bardzo dużo mogę od tych ludzi dowiedzieć się. Łatwiej mi teraz. Wcześniej nie miałem kontaktu z takimi kobietami, które chciały mi ze szczerego serca pomóc. Łatwiej mi otworzyć się przed kobietą i porozmawiać z nią. Nie wiem na co liczę? Może na to, że mnie przytuli i powie: „Tomek będzie dobrze”. Może dlatego, że przed facetami całe życie musiałem grać. Nawet w więzieniu trzeba być takim twardym. Dzisiaj wiem, że ja nie jestem taki twardy. Ja w więzieniu grałem twardziela, bo nie miałbym życia. Wcześniej tak myślałem, że przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną musi skończyć się seksem, łóżkiem, że prawdziwej przyjaźni nie ma. Dzisiaj uważam, że przyjaciółka jest przyjaciółką, że nie musi się to kończyć w ten sposób. Dzisiaj po rozmowie z koleżanką doszedłem do wniosku, skoro wyszedłem z więzienia to będę tak jak ona i inni chodził od nowego roku do zakładu karnego tam, gdzie miałem okazję spędzić parę lat. Chcę dawać wsparcie ludziom, którzy potrzebują tej nadziei. Przypominam sobie cały czas to, jak siedziałem na celi i tam, i w innym zakładzie karnym. Spotykałem chłopaków, którzy byli w takiej samej sytuacji co ja. Całe noce siedzieliśmy i rozmawialiśmy, co zrobić by w naszym życiu zaczęło nam się układać. I żaden z nas nic sensownego nie mógł wymyśleć. Pamiętam, jak obiecywaliśmy sobie po raz ostatni, z chłopakami pod celą, gdy siedzieliśmy przy nocnej kawie. Debatowaliśmy przez całą noc. Obiecywaliśmy sobie, że gdy wyjdziemy, będziemy trzymać ze sobą kontakt i nie wrócimy do tego starego towarzystwa. Nie wracamy do picia i ćpania, bo znowu pójdziemy siedzieć. No niestety, tych dwóch nie dotrzymało słowa. Widziałem jednego i drugiego. Nie dotrzymali słowa... Jeden pije i ćpa, drugi tak samo. Z tej trójki zostałem trzeźwy tylko ja. I dzięki temu, że przyszedłem do Wspólnoty, zostawiłem stare towarzystwo, ale za to mam naprawdę wartościowych ludzi tutaj, wokół siebie. Dzisiaj widzę, że bardzo dużo mi pomogli w moim życiu dając mi wiarę, Bo ja już nie wierzyłem sam w siebie. I chcę podążać tą drogą. Chcę wspierać innych ludzi. Bo dzisiaj wiem, że tak jak ja zostałem otoczony opieką tak i ja chcę to robić, bo bardzo dużo ludzi potrzebuje pomocy, takiej jak ja wtedy. Dzisiaj, gdy ludzie mi dziękują za wypowiedź, to im odpowiadam: „Ja przecież po to jestem, by o tym mówić. Żeby dać wam wiarę, bo i ja potrzebuję was tak jak i wy mnie”. Dowiedziałem się też fajnej rzeczy od jednej z kobiet w AA, że wspólnota bez niej będzie, ale ona bez wspólnoty już nie. Dzisiaj rozumiem i wiem, z czym mam do czynienia. Alkoholizm to choroba śmiertelna, nieuleczalna, ale można z nią żyć. Jeżeli człowiek bardzo chce, może żyć z tym i nie pić. Bo jest to do zrobienia, tylko trzeba chcieć. W moim życiu pojawiła się kolejna kobieta. po półtora roku jak nie piłem i byłem we Wspólnocie, poszedłem na dyskotekę aowską i poznałem dziewczynę, która była na samym początku swojej drogi. Z początku myślałem, że pomogę jej odsunąć się od koleżanki, z którą piła i pomogę jej, by przestała pić. Pomyślałem sobie, że zrobię w ten sposób 12 Krok. Pomyślałem: „Zajmę jej czas, by odciągnąć ją od koleżanki, a potem przekażę ją w ręce doświadczonych dziewczyn z AA. Żeby one już zaopiekowały się nią”. Bo mówią we Wspólnocie, że alkoholicy nie powinni ze sobą wiązać się, by jedno drugie nie ściągało na dno. Ja z początku chciałem do tego zastosować się, ale wyszło całkowicie inaczej. Mieszkamy razem. Dzisiaj patrząc na tamto moje życie, wiem, że lepiej mieć długotrwałą przyjaźń niż dziesięciominutową przygodę. I staram się, przyjaźnie zachowywać się do kobiet. Wróciła mi wiara. Bardzo chętnie chodzę z posłaniem na detoksy i pójdę do zakładu karnego tam mówić ludziom o nadziei, wspierać ich. Znam smak tamtego chleba. Opowiem, jak wyszedłem, jako bezdomny z więzienia, i stanąłem w ciągu 3 lat na nogi. Nie pijąc. Dzięki tej wierze od ludzi i temu wsparciu. Zawsze mogę zadzwonić do znajomych, których mam wokół siebie, poprosić o pomoc. Bez tego nie dałbym sobie rady. Tak naprawdę, żeby nie Wspólnota AA, to jakbym się nie zapił czy zaćpał, to siedziałbym w więzieniu.
Pogody Ducha
Tomek