MITYNG 04/226/2016

DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO



ZACHOWAJMY TO W PROSTOCIE

Temat przewodni naszej konferencji, jakże trudny do wykonania w moim życiu, zwłaszcza tym pijackim i nawet trochę w trzeźwym. Wiecznie coś komplikowałem, zaciemniałem, coś wydawało mi się za proste by mogło być możliwe. Mój mózg zaprogramowany był na zaciemnianie sytuacji, w następstwie tego faktu czułem nieprzepartą potrzebę użalania się nad sobą, co a następstwie tego prowadziło do kolejnej wypitej butelki do kolejnego zmarnowanego wieczoru. Wtedy nic nie było proste, a większość rozwiązanych sytuacji postrzegałem, że znowu jakoś się udało. Później, kiedy przyszło opamiętanie, kiedy dotknąłem dna i poczułem, co to bezsilność, komplikacjami przysłaniałem swoje lenistwo i niechęć. A to nie jestem jeszcze gotowy, a to potrzebuje szerszego wytłumaczenia, a to w końcu wcale nie jest takie proste. Było oczywiście i użalanie się nad sobą, obwinianie innych z tym, że nie było efektu końcowego w postaci butelki. Życie zaczęło mnie przerastać, problemy kumulować, sytuacje przerażać. Brak cierpliwości, chęć poznania i rozwiązania wielu spraw doprowadzał mnie do wybuchów złości i wiecznego gniewu. Do czasu.  To było na jednym z mityngów, kiedy wylałem z siebie cały ten mój galimatias życiowy, tą rozpacz i cierpienie z braku postępu. Przyjaciel niby to opowiadając swoje doświadczenia stwierdził pierwszy prosty fakt: „małą łyżeczką też można się najeść”. To proste zdanie obecnie jak słyszę bardzo niepopularne i często wyśmiewane ( action, action… to, co jest teraz cool), dla mnie było właśnie wtedy ucieczką od komplikacji, prostym rozwiązaniem na moją niecierpliwość, początkiem do powierzenia pewnych spraw, sytuacji Sile Wyższej. Mijały kolejne miesiące i w moim otoczeniu specjalnie nic się nie zmieniało, chodziłem do pracy, w domu próbowałem być odpowiedzialny, chodziłem na mityngi. To wszystko było takie skomplikowane, na nic nie mogłem znaleźć czasu, coś mi zawsze umykało. Może, dlatego, że łapałem wiele srok za ogon, że dużo chciałem nauczyć się na raz, nadrobić „stracony czas”, dorosnąć w trybie natychmiastowym. Dopiero, kiedy ukończyłem terapię, kiedy kończyłem pracę na Krokach ze sponsorem, kiedy zacząłem pracę ze swoimi podopiecznymi, zaczęło do minie docierać, że wszystko ma swój czas i ułożone jest we właściwym porządku, że nie ma skomplikowanych spraw tylko moje myślenie w większości przypadków potrafi mocno skomplikować każdą sytuację. „Zachowajmy to w prostocie” gdyby Bob nie wypowiedział tego zdania do Bila, może zupełnie inaczej wyglądałaby Wspólnota, albo w ogóle by jej nie było. Zniknęłaby pod stertą przepisów, rozporządzeń i paragrafów. Może było by tak – nie wiem. Wiem, że dzisiaj jeszcze potrafię nie jedną rzecz skomplikować tylko, dlatego, żeby moje było na wierzchu, żebym to ja był twórcą, tym, którego zdanie się liczy bez względu na ogólne dobro. A wystarczy bym tylko – jak w przypadku pracy ze sponsorem zastosował się do sugestii – wtedy nie było by tysięcy różnych scenariuszy tylko ten, który sugeruje BSK zaaprobowane przez Konferencje Służby Krajowej, wtedy nie było by mityngów „programowych” i „staropolskich”, wtedy nie tworzyłyby się podziały a jedność byłaby nadrzędną sprawą.  Byle tylko bym nie komplikował. Byle tylko bym próbował zachować to w prostocie. To ode mnie tylko zależy jak wyglądać będzie przyszła Wspólnota, tak jak ode mnie zależy przyszłość mojej rodziny czy miasta, kraju, w którym mieszkam. Jeśli będę się stosował do ogólnie przyjętych zasad, jeśli skorzystam z wypracowanych doświadczeniem doświadczeń innych, spokojnie, bez komplikacji a przede wszystkim odpowiedzialnie będę kroczył przez życie.
                                                                                                                                                              Rysiek AA


TO CO PROSTE BYWA SKOMPLIKOWANE

Prostota programu 12 Kroków AA polega przede wszystkim na tym, by mógł on służyć każdemu z nas, każdemu z AA. Słyszałam o tym na wielu mityngach. Z biegiem lat jednak sama doświadczyłam, że nawet tak prosty program można skomplikować. To co mnie, alkoholiczce, wydaje się za proste musi być podejrzane, bo to przecież niemożliwe, żeby to było tak proste. Szukam wtedy drugiego dna i włączam swój mózgowy komplikator. Czasem najprostszą decyzję potrafię tak skomplikować, że nie widzę rozwiązania, które mam dosłownie pod tzw. nosem. Ile się przy tym umorduję i namęczę, ile „nakręcę sobie filmów” i różnych wersji tego samego zdarzenia, to ja tylko wiem. Kiedy wreszcie nie mogąc znaleźć rozwiązania padnę na twarz ze zmęczenia psychicznego i fizycznego, uszarpana ze sobą samą, wówczas przychodzi decyzja i pojawia się zdziwienie – Jak to? To już? To było takie proste? Zamiast przyjąć Program taki jakim, jest szukam przysłowiowej dziury w całym. Uczę się tego cały czas. Staram się wyciągać wnioski z własnych błędów i nie komplikować życia sobie i innym. Każdy ma jednak swoją drogę. Słucham na mityngach innych, jak sobie radzą z różnymi trudnymi sytuacjami i mam wrażenie, że różnie to wygląda. Nie ma też znaczenia ilość lat trzeźwienia czy abstynencji. Może dlatego właśnie powstało tak wiele mądrych powiedzonek, funkcjonujących w naszej Wspólnocie? „Żyj dniem dzisiejszym” albo „Zostaw i oddaj to Bogu” i wiele innych. Dla mnie te dwa najprostsze budzą chyba najwięcej kontrowersji, zwłaszcza przeniesione wprost do rzeczywistości i życia. Życie tylko dziś, TU i TERAZ jest fantastyczne, nie martwię się o jutro, nie planuję, budzę się każdego ranka i myślę sobie, co też dzisiaj dzień mi przyniesie. To naprawdę dobre, ale wtedy kiedy ma się lat naście, kochających rodziców, bezpieczny dom i kiedy nie muszę martwić się o nic i nikogo. Ale kiedy jestem osobą dorosłą, mam rodzinę, męża czy partnera, pracę i masę innych obowiązków, jak to w życiu, i staram się być odpowiedzialna, takie podejście okazuje się dość trudne. Jasne, że będąc alkoholiczką i stosując program 12 Kroków AA w życiu codziennym liczą się dla mnie najbliższe 24 godziny, ale bez przesady. Co do mojej choroby owszem, ale co to ma wspólnego z planowaniem najbliższej przyszłości? Załóżmy, że żyję 24 H więc, jak mam zaplanować w niedzielę spotkanie z przyjaciółką, np. w środę. Praktycznie to byłoby niemożliwe, gdyby Program w tym zakresie stosować dosłownie. Dajmy na to np. wyjazd na wakacje - w życiu bym nigdzie nie wyjechała nie planując, wyszukując i płacąc nawet na kilka miesięcy wcześniej. Chyba, że last minute, a jak się nie uda to zawsze mogę powiedzieć przecież, że widocznie tak miało być – bo to też bardzo popularne powiedzenie. W mojej opinii często służące usprawiedliwieniu tego, że coś mi się nie udało. A może coś zaniedbałam, nie dopilnowałam... Po takim jednak usprawiedliwieniu nie jest już tak istotne, co zrobiłam niewłaściwie. Nie zajmuję się tym, więc i nie szukam przyczyn, bo po co. Przecież Bóg tak chciał! Tak po prostu miało być! A może warto jednak zobaczyć, w którym miejscu popełniłam błąd, co mogłabym poprawić, zmienić? Powiedzmy tak na przyszłość, by nie popełniać tych samych błędów, by wyciągnąć wnioski, by się uczyć w końcu na własnych błędach, by ruszyć zadek z kanapy i coś robić ze sobą, a nie poddawać się lenistwu umysłowemu, zazwyczaj fizycznemu też. Niestety nauka i robienie „czegoś ze sobą” wymaga wysiłku a z tym już gorzej. Bardzo często zatem, i jak mi wygodnie, lub też niewygodnie, bo też tak bywa, stosuję sobie życie dniem dzisiejszym, w zależności od celu i zamiaru jaki chcę osiągnąć. Tylko czy to o to chodzi? Czy umawiając się na randkę powiem – spotkam się z Tobą, ale dziś jeszcze nie wiem czy to będzie jutro, ponieważ dla mnie liczy się tylko dziś. Oczywiście, że tak nie powiem, bo inaczej nie umówi się ze mną wcale, nie wspominając o tym, co sobie o mnie pomyśli. Jak dla mnie to czysta manipulacja i w dodatku nie tylko sobą. Spotykam się niestety z taką interpretacją 24 H i naprawdę przykro jest tego słuchać, zwłaszcza, kiedy uważam taką osobę za przyjaciela. Zapominamy w tych wszystkich naszych aowskich mądrościach o zdrowym rozsądku i założeniu, że po prostu możemy uczciwie powiedzieć i porozmawiać, zamiast taki czy inny slogan traktować jako pretekst do nic nierobienia. Podobnie ma się sprawa z odpuszczaniem czyli „Zostaw i oddaj to Bogu”. Sama wiem ile razy to powtarzałam jako usprawiedliwienie, pretekst do tego, by nie szukać sponsorki i nie pracować nad sobą. A kiedy wreszcie podjęłam taką decyzję i zaczęłam szukać, usłyszałam od innej alkoholiczki, żebym się modliła, a Bóg mi ją postawi na drodze. To się modliłam i nic. I minął tak kolejny rok. Dopóki nie zaczęłam działać i rzeczywiście szukać. Sama modlitwa na niewiele się zdała. Bóg za mnie nie załatwi moich spraw, to ja mam się ruszyć i coś robić. Mam szukać rozwiązań, nawet kiedy są one trudne i bolesne, ale są moje. Nawet wtedy, kiedy popełniam błędy mam nadal działać, uczyć się i z pokorą przyjmować to, co w ich wyniku się zdarzy. Tego oczekuje ode mnie moja Siła Wyższa. Samo się nie zrobi ani samo się nie załatwi. Samo się nawet nie błyska i nie grzmi, jak śpiewał znany polski piosenkarz. To ja muszę podziałać, żeby coś się zmieniło. Bóg dał mi rozum bym z niego korzystała i rozwijała się dla siebie i innych ludzi.
Kobieta i alkoholiczka


TE CKLIWE SLOGANY
 
Spiesz się powoli. Najważniejsze najpierw. Zostaw, oddaj Bogu. Jeżeli to działa, nie zmieniaj tego. W sanatorium szukamy równowagi i harmonii, zdrowego ciała, umysłu i ducha. Przygnębia obserwacja facetów z AA, poddających się życiu w znośnym trudzie i niewygodzie, zamiast cieszyć się życiem, które jest „szczęśliwe i pożytecznie pełne”. My alkoholicy możemy z pewnością wypocząć i zrobić niewłaściwy użytek ze słusznych zasad. Często nowicjusze a nawet weterani cytują slogany, aby uzasadnić i usprawiedliwić niezdrowe a nawet destrukcyjne wybory życiowe. Np. weźmy slogan: „Spiesz się powoli". Wiele osób w najlepszych intencjach używa go, jako licencji na próżniactwo lub bierność. Bardzo podobna do tego jest idea: „Jeśli to działa, nie zmieniaj tego". Jest to pewną oznaką defektu. Wierzę, że jest to usprawiedliwienie letargu i przyczynia się do braku postępu w leczeniu. „Żyj dniem dzisiejszym” jest często mylone ze znaczeniem: „Nie planuj na przyszłość, jakoś się ułoży”. Do jakiej to prowadzi katastrofy! Neofita zwykle pada płasko na twarz i kończy wierząc, że „program”, lub Siła Wyższa zawiodły. Zapominamy, że Bóg dał nam do użytku rozsądek, i że jesteśmy odpowiedzialni za wysiłki prowadzące do zdrowej i bezpiecznej przyszłości dla nas i dla naszej rodziny. „Zostaw, oddaj Bogu” prowadzi do strasznej duchowej konfuzji i wypaczenia. Jest tendencją do oglądania się na Boga, żeby wszystko za nas zrobił. To, co powinniśmy zrobić sami. Zapominamy, że „najlepszym miejscem dla modlitwy o kartofle jest koniec motyki”, a Bóg pomaga tym, którzy sobie pomagają. Następnie „Najważniejsze, najpierw”. Jak smutno, kiedy ludzie budują swoje życie wypaczając ten slogan. Łatwo jest myśleć: „Tak długo jak nie piję, wszystko będzie dobrze”. Znam dobrego przyjaciela we Wspólnocie AA, który był trzeźwy przez dłuższy czas. Aktualnie otrzymał diagnozę „poważnej dolegliwości w oddychaniu”. Był on palaczem przez wiele lat, a kiedy lekarz zalecił zdecydowanie, aby pozbył się tego nawyku, odpowiedział: „Jest to jedna z przyjemności, która mi pozostała”. Dodał, że „niepicie” jest jego pierwszym i jedynym priorytetem i ten wysiłek wymaga całej jego energii. I poza tym, jeśli rzuci palenie, może stać się tak nerwowy, że będzie zmuszony znów pić. Tak, więc ten człowiek, którego lubię, siedzi na mityngach, mówi o trzeźwości, ale zabija się tak, jakby podjął picie. Boli mnie, kiedy widzę inną ludzką istotę wybierającą samounicestwienie pod pozorem uzdrowienia. Jaki to absurd! Podobnie smutne jest obserwowanie kolegów alkoholików powoli (lub szybko) zabijających się przez brak ruchu, przejedzenie lub inne ekscesy jak masowa konsumpcja kawy, cukru, tłuszczu itd. Oczywiście naszym głównym celem jest nie umrzeć z alkoholizmu. Ale praca nad zdrowieniem jest także naszą odpowiedzialnością wobec nas samych, innych oraz kochającej Siły Wyższej. Przeżyć nasz alkoholizm, ale umrzeć z powodu innych ekscesów nie jest z pewnością zamierzeniem boskim wobec nas. Poza tym potrzebuję was wszystkich, aby pozostać trzeźwym.
Kazik


DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
KONCEPCJA IV

W całej strukturze Konferencji na wszystkich poziomach odpowiedzialności powinniśmy stosować tradycyjne „Prawo Udziału", dbając o to, by każda klasa i grupa naszych światowych sług była  obdarzona głosem proporcjonalnym do odpowiedzialności, jaką każdy z nich ponosi. /tekst nieautoryzowany/
Ten felieton jest w dużej mierze wynikiem zapisków z udziału w warsztatach organizowanych przez Region Warszawa w naszym PIKu, choć również opiera się na do tej pory nieautoryzowanym tekście z amerykańskiego Poradnika Służb. Po pierwsze chcę podzielić się pewnym spostrzeżeniem. Do każdego warsztatu na temat Koncepcji czułem się dobrze przygotowany, miałem nawet przekonanie, że moja świadomość daleko przekracza świadomość innych uczestników. Przecież napisałem już kilka tekstów o Koncepcjach, sporo się naczytałem. Takie przekonanie mogłem żywić jedynie do momentu rozpoczęcia zajęć. Już pierwsze wypowiedzi przyjaciół rozwiały moje mrzonki. Okazało się, że gdy w grupie ludzie dzielą się doświadczeniami, nikt nie jest na tyle mądry, aby nie mógł nauczyć się czegoś więcej. Tylko pytanie, czy chce? Ja chciałem. Inny punkt widzenia pozwolił mi ujrzeć przestrzeń, której nie brałem pod uwagę. Sam dla siebie okazałem się nauczalny. Właśnie możliwość nieustannej nauki życia jest najwyższą nagrodą za udział w służbach. Koncepcja Czwarta dotyka niezmiernie ważnych, ale i delikatnych spraw mianowicie prawa do uczestnictwa i głosowania w strukturach Konferencji. Przede wszystkim musimy zastanowić się, do czego powołana jest Konferencja? Odpowiedź może być jedna, aby wyznaczyć cele i sposoby działania całej wspólnoty na najbliższy okres. Gdy zastanowimy się, czy jesteśmy całkowicie przygotowani do dyskusji, czy mamy wszystkie potrzebne wiadomości, łatwo zobaczymy sens zapraszania do udziału ludzi, którzy posiadają potrzebną wiedzę albo przynajmniej większą od nas. Jest to o tyle ważne, że dotyczy tysięcy alkoholików, którym mamy pomóc. Karta Konferencji Regionu Warszawa jasno precyzuje, kto jest uprawnionym do głosowania członkiem Konferencji – to mandatariusze grup oraz członkowie Rady Regionu, a każdy posiada jeden równy głos. Oczywiście Konferencja ze swego składu wyłania prezydium, sekretarza albo inne potrzebne gremia, np. komisje liczenia głosów. Do tych funkcji często są proszeni przyjaciele spoza składu Konferencji. Konferencja, w zależności od potrzeb, może również zaprosić przyjaciół i sympatyków AA, przyjaciół posiadających doświadczenia służb z  innego Regionu, pracowników BSK, powierników Służby Krajowej do przedstawienia swojego stanowiska w ważnych dla nas sprawach, jednak bez prawa udziału w głosowaniu. Taki kształt Konferencji pozwala, aby każdy głos powstający w grupach AA mógł być z jednej strony słyszany, a z drugiej by z ustaleniami Konferencji mogli zapoznać się wszyscy członkowie AA. Wymaga to od mandatariuszy grup wielkiej odpowiedzialności. Choć w Karcie Konferencji Regionu Warszawa jeszcze nie ma wszystkich zapisów regulujących, to wielokrotnie w spotkaniach zespołów regionalnych uczestniczyli  zaproszeni spoza AA goście. Jeden z nich jest obecnie Powiernikiem kl.A /niealkoholik/ służącym swa wiedzą całej naszej wspólnocie w Polsce. I mniej ważne jest czy ma prawo do głosowania czy nie, ważne, że może poczuć się potrzebny i chciany. Ma prawo do uczestnictwa, bo został zaproszony. Mam nadzieję, że najbliższa kwietniowa Konferencja 2007 r. pokaże nam sens tej Koncepcji. W środkowej części, gdy  mandatariusze grup będą pracowali w zespołach konferencyjnych, jako sekretarze będą służyli przewodniczący poszczególnych zespołów, mogą nawet prowadzić te spotkania. Oczywiście, jak zawsze w naszej wspólnocie nie ma tu podwładnych ani przełożonych, jedyną troską uczestników jest bezpośrednia łączność z trendami pojawiającymi się w grupach AA i stworzenie odpowiedniego zapisu abyśmy mogli wszyscy zastanawiać się nad rozwiązaniem. Zostanie on odczytany w następnej części Konferencji. Możliwe, że niektóre wnioski będą wymagały głosowania, a wtedy okaże się, że w głosowaniu nie ma „zwierzchników", „podległych" ani „doradców". Wszyscy mają jeden, równy głos, nawet wtedy, gdy pełnią podwójną służbę. Na przykład: mandatariusz w grupie i rzecznik intergrupy. Jest też inny problem. Często widać, ile wysiłku w życie Regionu wkładają zwyczajni członkowie regionalnych zespołów. Bywa, że są to przedstawiciele swoich intergrup. Mimo ich wiedzy i zaangażowania Konferencja nie przyznała im prawa do głosowania. Całe szczęście, że często ich głos wynika z innej funkcji służebnej. Zaś innym, którzy z sukcesem zakończyli czas służby nie jest potrzebny udział w głosowaniu, już nauczyli się przyjmować wolę wobec siebie. Ta koncepcja ma jeszcze jedną myśl. Zachęca członków AA do uzyskania statusu zaufanego sługi, który uzyskujemy, gdy grupa obdarza nas zaufaniem i zaprasza do wykonywania zadań dla rzecz grupy. Wierzy nam, że będziemy czynili to odpowiedzialnie. My zaś dokładamy większych starań, aby lepiej wypełniać zadania naszej służby, „gdy czujemy, że przynależymy - gdy nasze „uczestnictwo” zapewnia, że jesteśmy naprawdę „zaufanymi sługami”.
Jest tylko jeden konieczny wyjątek w tym Prawie. Członkowie pracujący na etacie w strukturach służb nie mogą zostać Powiernikami. Ich miejscem w obradach Konferencji jest raczej funkcja pomocnicza. To łatwo uwidacznia się w Komisjach Służby Krajowej. A teraz oddajmy głos zapisom w amerykańskim Poradniku Służb/ tekst nieautoryzowany/:
… Istnieje jeszcze jeden ważki powód dla „udziału", a odnosi się on do naszych potrzeb duchowych. Wszyscy odczuwamy głębokie pragnienie przynależności. Oczekujemy partnerskich relacji z innymi członkami AA. Naszym szczytnym ideałem jest to, aby wśród „duchowej wspólnoty" AA nigdy nie było członków „drugiej kategorii". Jestem głęboko przekonany, że to jest to, co chcieliśmy osiągnąć tworząc światową strukturę służb. Jest to być może również główny powód, dla którego mamy zapewnić dalsze istnienie „udziału" na wszystkich ważnych poziomach służb. Tak jak nie ma członków AA drugiej kategorii, tak samo nie może być żadnych takich pracowników służb światowych. „Prawo Udziału" jest wobec tego środkiem korygującym ostateczną władzę, ponieważ mityguje jej arogancję bądź nadużycie. Zachęca również nas, w służbach AA, do zaakceptowania koniecznej dyscypliny, wymaganej w przypadku naszych niektórych działań. Możemy to osiągnąć tylko wówczas, kiedy będziemy posiadać uczucie przynależności; kiedy fakt naszego „udziału" potwierdza, że jesteśmy naprawdę „zaufanymi sługami", opisanymi w Tradycji Drugiej. W tym miejscu mógłbym śmiało zakończyć swe rozważania, ale wydaje mi się, że warto dla uzupełnienia przedstawić kilka wypowiedzi ze wspomnianych przedtem warsztatów regionalnych w PIKu.
Oto one:
Po przeczytaniu tekstu Koncepcji wzrosła mi liczba pytań
Za dużo mamy mityngów a za mało grup AA
Każdy ma prawo uczestniczyć w warsztatach
Jeśli tylko jestem na mityngu to nie trzeźwieję
Spotykając się tylko dwa razy do roku członkowie Konferencji mogą nie posiadać bieżącej,   rozległej wiedzy na temat, na który właśnie się głosuje.
Warto się przygotować do głosowania przez udział w zespołach regionalnych.
Własne opinie potrzebują potwierdzenia
Odczuwam pragnienie przynależności, to zapewnia prawo do uczestnictwa nie ma członków drugiej kategorii, każdy ma jeden głos
Koncepcje wypełniają luki w Tradycjach, mówią jak wypełniać służbę
Nieobecni nie mają racji, wokół jest wielu odpowiedzialnych
Alkoholik potrzebuje potwierdzenia swojej opinii
Grupa może zapraszać różnych specjalistów, nie mam klapek na oczach
Grupa wybiera mandatariusza, ale może też członków do zespołów regionalnych
Przez poczucie przynależności uczę się tolerancji, mam większą świadomość
Pieniacze chcą zlikwidować służby, BSK, Region
Podczas inwentury zbyt pochopnie podejmuje się decyzje
Nie mogę sprzeciwiać się tylko z przekory, że ktoś inny zgłosił pomysł
W grupie nie ma gorszych, są mniej poinformowani
Na Konferencji, w głosowaniu mój głos się liczy tak samo, co Powiernika
Grupa pozbawiona przedstawicieli przestaje krążyć w krwiobiegu AA, jest uboższa
Służba to szansa trwałej trzeźwości, prawo do uczestnictwa ją zwiększa
Znajomość zagadnień wspólnoty pozwala animować życie w grupie i poza nią
W grupie każdy w swoim sumieniu wie czy może głosować
Z uczestnictwa we wspólnym działaniu/niesieniu posłania np. do ZK, detox rodzi się przyjaźń
Uczestnictwo należy rozliczać, mam wrażenie dużych niedociągnięć w moim prawie do korzystania z uczestnictwa w życiu AA, poprawię się Przez uczestnictwo każdy ma cząstkę władzy, unikamy dominacji
Nie będziemy wprowadzać legitymacji ani list obecności; jeśli nic nie wiem, to jestem tylko obserwatorem
Jestem ciekawy, co znaczy odpowiedzialny udział
Staram się by animatorem działań grupy dotyczących przestrzegania
Tradycji, niesienia posłania czy wyboru przedstawicieli
Wielu członków mojej grupy ma odpowiedzialną postawę
Swoje Prawo Udziału poczułem na Konferencji Regionu, gdy nagle dowiedziałem się od sponsora, iż jako mandatariusz mogę oddać głos. Wtedy nagle poczułem nieoczekiwaną odpowiedzialność za podjęcie decyzji – jak mam głosować? Okazało się, że mój głos będzie ważył tyle samo, co niejednego tuza, który już wiele razy bywał na konferencjach i ma większą świadomość ode mnie. Zdałem się, więc na intuicję i zagłosowałem, jak większość, na szczęście , bowiem głosowania były prawie jednomyślne
Prawo Udziału odczułem też, gdy przyszedłem na spotkanie Zespołu Literatury – nie tylko, bowiem miałem prawo tam przyjść, ale jeszcze pozwolono mi się wypowiedzieć, co skwapliwie uczyniłem popisując się wiedzą w tematach wydawniczych i zupełnie nie patrząc na to, że ludzie redagujący Biuletyn mają o wiele większe doświadczenie ode mnie. Dostałem wtedy prawo „głosu”, czyli wygadania się, lecz nie dostałem Prawa „Głosu”, bo też i nie podejmowałem się wtedy żadnej odpowiedzialności za to, co się stanie: po prostu pokazałem, jaki jestem „mądry”, a nie wziąłem się za pracę. Mój „Udział” był, więc proporcjonalny do mojego wkładu pracy.

Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 29 12 2006r

SYLWESTROWY MITYNG

Ostatni dzień roku. Nastrój wyczekiwania i radości, nadzieje i plany. Odwiedziłem przyjaciela z młodości, który przyjmuje mnie z otwartymi ramionami, z uśmiechem i ewidentnie już po pierwszym kieliszku. Właściwie nie jestem zaskoczony; więzienie, dwa Monary, przepite biuro nieruchomości, a on nadal „kontroluje picie”. Po części, dlatego też przejechałem pół Polski. Nie będę niósł posłania. Po prostu będę człowiekiem, który potrafi żyć, bawić się na trzeźwo i nie zwariować. Nie czuję się do końca bezpiecznie - święta w domu rodzinnym, z pijącą siostrą, mama z nastrojami, oderwanie od mityngów nadwątliły moją pogodę ducha. Potrzebowałem mityngu. Od czego jest Internet? Jest, znalazłem, tylko 25 km do pokonania i o17. odbywa się mityng. Pomogłem w przygotowaniach do sylwestrowej imprezy, porąbałem drwa na ognisko, patyczki na kiełbaski, śmiechy rozmowy a w tyle głowy pojawia się myśl: - Jak to dobrze, że spędzę też chwilę z przyjaciółmi ze Wspólnoty, tam gdzie jestem bezpieczny, tam gdzie jestem u siebie. Zajechałem po krótkim błądzeniu pół godziny przed czasem, aby przywitać się, zapoznać, porozmawiać, ewentualnie pomóc przy robieniu herbaty. Zamknięte, ciemno. Poczekam, - pomyślałem - w taki wieczór frekwencja może być nikła. Około piątej każdy zbłąkany przechodzień wzbudzał moją nadzieję. Po piątej czekałem już tylko z obowiązku, by ktoś potrzebujący pomocy nie odszedł sam. Odjechałem bardziej zasmucony niż zdziwiony: cóż to tylko AA, nic się nie stało, ale mogło. Zrozumiałem, jak ważne jest, aby ktoś był w miejscu, gdzie ma odbyć się mityng, to może być kwestia, jeśli nie życia i śmierci, to zapicia lub zaćpania, co w efekcie może mieć równie fatalne skutki. Czy mityng w Wigilię, w Sylwestra, w Nowy Rok, Wielkanoc ma się odbyć? A czy święta przeszkadzały mi w piciu, czy ćpaniu? W święta piłem najwięcej i czuję się słabszy, jakby bardziej podatny, wyrwany z bezpiecznej rutyny. Często gdzieś na wyjeździe, zmiana rozkładu dnia, luźna atmosfera może mi zagrozić. Tak „fajnie” przecież znów poczuć luz, żeby było jak dawniej, żeby było „normalnie”. Po tym doświadczeniu czuję tym większą odpowiedzialność za to, żeby gdy znów będą Święta, znaleźć chwilę i być tam, gdzie ktoś może potrzebować Wspólnoty, bo tak naprawdę to ja tej pomocy potrzebuję. Dając sam ją otrzymam.
Artur Alkoholik


,, ABC MANDATARIUSZA NA KONFERENCJĘ ‘’

Kim jest mandatariusz?
Zgodnie ze słowami Bila W. „Siła naszej struktury służb AA zaczyna się w grupie i od mandatariusza, którego wybiera grupa: nie jestem wstanie wystarczająco mocno podkreślić znaczenia mandatariuszy”.
Mandatariusz jest zaufanym sługą, ogniwem łączącym grupę z konferencją. Do podstawowych zadań należą:
-Udział w konferencji regionalnej
-Uczestnictwo w spotkaniach intergrupy
-Obecność na mityngach grupy, na której pełni służbę,
Więcej informacji znajdziesz w broszurze ,, Grupa AA’’ str. 24, oraz ,, Poradnik dla służb AA’’ str. .32
Można też poprosić o pomoc bardziej doświadczonych kolegów lub koleżanki. Jeżeli nie ma takiej możliwości, pytaj na spotkaniach intergrupy. Nie bój się pytać.
Cel i podstawowe zadania Konferencji Regionalnej.
Cel
– Niesienie posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.
Zadania
- Głosowanie wniosków złożonych do poprzedniej Konferencji,
– Wybranie w terminach wynikających z karty KSK AA, delegatów do komisji, kandydatów na powiernika alkoholika, powiernika nie alkoholika, kandydata na delegata narodowego
- Wybór służb regionu
Żeby nie czuć się zagubionym na konferencji dobrze się jest do niej przygotować.Wszystkie potrzebne materiały znajdziesz pod adresem aa.org.pl/regiony/013/inne/konferencje/. W okienka użytkownik i hasło wpisując słowa jednosc ( bez polskich znaków)
W razie trudności poproś o pomoc na intergrupie swojego łącznika internetowego.
Zapoznaj się z Kartą Konferencji, nie jest ona skomplikowanym dokumentem.
Jak głosować?
- Zasady głosowania na wnioski złożone do poprzedniej Konferencji znajdują się w Karcie Konferencji w rozdziale IV Konferencja Regionu i jej podstawowe procedury. Głosujemy przez podniesienie mandatów – za, przeciw lub wstrzymujących się od głosowania. W przypadku braku jednomyślności należy zgodnie z V Koncepcją wysłuchać głosu mniejszości i ewentualnie powtórzyć głosowanie.
- Zasady głosowania na kandydatów do służb znajdują się w Karcie Konferencji w rozdziale VII
Ordynacja wyborcza. Głosujemy na przygotowanych kartach do głosowania. W przypadku jednego kandydata, – aby został wybrany musi uzyskać 2/3 głosów oddanych głosów, gdy uzyska mniej głosów pozostaje wakat Rozdział VII (pkt. 10 Karty Konferencji).
Jeżeli do służby kandydują dwie osoby wybrany zostaje kandydat, który uzyskał, co najmniej dwie trzecie oddanych głosów. Jeżeli żaden z kandydatów nie uzyskał wymaganej ilości głosów, należy powtórzyć głosowanie Jeżeli okaże się, że po drugim głosowaniu żaden z kandydatów nie uzyskał wymaganej liczby głosów o wyborze decyduje losowanie.
Wnioski na konferencję; jak i kto może je składać?
Każdy alkoholik, grupa, intergrupa, zespół regionalny może złożyć wniosek lub zapytanie do konferencji przez swojego reprezentanta na specjalnie przygotowanym druku, będącym w materiałach na Konferencję oraz ten wniosek uzasadnić. Dobrze jest, jeżeli wniosek nie jest składany pod wpływem emocji.
Uzasadnione jest, aby przedyskutować go na grupie, zespole lub w gronie przyjaciół.
Materiał został opracowany przez Zespół ds. Literatury Regionu Warszawa na podstawie pytań i doświadczeń nadesłanych przez mandatariuszy.


ŚWIĘTA, ŚWIĘTA... I NIE TYLKO-ROLA SŁUŻEBNYCH W GRUPIE

Ze swojej stosunkowo krótkiej praktyki „życia” we Wspólnocie AA, chciałbym poruszyć jeden problem, problem, który budzi mój niepokój. Niepokój spowodowany tym, że nasze mityngi, pomimo różnych deklaracji formalnych, łącznie z na trwale wpisanymi terminami spotkań (książeczka, Internet), oraz najszczerszych chęci z naszej strony nie zawsze dochodzą do skutku. I jest to tym dziwniejsze, że nie zawsze dotyczy to okresów świątecznych, ale i wydałoby się terminów normalnych, niewpisujących się wprost w kalendarz Świąt kościelnych czy państwowych. Tak się złożyło, że w ubiegłym roku nie odbyły się w naszej grupie dwa mityngi i to nie, dlatego, że nikt z potrzebujących nie przyszedł, ale dlatego że sala w danym dniu była niedostępna. W jednym przypadku niedostępność sali wynikała z tego, że była potrzebna dla gości biskupa, bo w parafii wyświęcany był obraz, a w drugim – w parafii był odpust. Dobrze, że wielu z nas na mityngi przychodzi wcześniej (herbatkowy, kolporter czy prowadzący), i gdy wszystko przebiega „normalnie” – pobierane są klucze i przygotowuje się salę do spotkania. Gdy sala jest zajęta, czyli dla nas niedostępna, osoby, które przychodzą wcześniej posiadają wiedzę o niedostępności sali i dysponując książeczką z adresami miejsc spotkań innych grup można zastępczo wybrać inną lokalizację mityngu. Na nasze spotkania przychodzi średnio 20-30 osób. A co by było gdyby wcześniej na miejscu spotkania nie było służebnych? Od kogo przychodzący wiedzieliby, że mityng się nie odbędzie? Chodzi o to, aby zapobiec sytuacjom, gdy nie mam informacji o braku dostępności sali. I to bez względu na to, czy dzień spotkania przypada w jakiekolwiek święto, czy w zwykły dzień? Ktoś z Was zapyta – „No tak, a gdzie jest rzecznik waszej grupy, który zgodnie z sugestiami zawartymi w „Poradniku dla służb AA” (str. 33) odpowiada za kontakty z gospodarzem lokalu, w którym odbywają się mityngi?” Faktycznie, rzecznika nie mamy praktycznie od początku ubiegłego roku i myślę, że gdyby był, takie sytuacje nie miałyby miejsca. I pewnie dalej, jako grupa tkwilibyśmy w takiej „niewiedzy”, gdyby nie… mrozy, które dały `o sobie znać podczas 1.5 godzinnych spotkań i które zmusiły nas do kontaktu z właścicielem sali, którą wynajmujemy. Moim zdaniem wizyta u proboszcza, którą odbyliśmy była bardzo owocna, gdyż oprócz tego, że gospodarza sali obdarowaliśmy „Albumem – historia AA w Polsce” i „Rzutem oka na AA”, zostawiliśmy do kontaktów telefon, by wcześniej uzyskiwać informację dotyczącą planów parafii związanych z naszą salą. Czy taka sytuacja się nie powtórzy, tego nie wiemy, ale wzrost temperatury w kaloryferach świadczy o tym, że ten pojedynczy kontakt przyniósł spodziewany przez nas efekt – zrobiło się ciepło i przyjemnie. W każdym bądź razie w interesie naszej grupy jest to, by stały kontakt z gospodarzem obiektu utrzymywać.
Waldek AA


KONCEPCJE AA A RZECZYWISTOŚĆ

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Koncepcjach AA, ignorowałem je jak większość zasad, o których dopiero dowiadywałem się w naszej Wspólnocie AA. O ile Kroki kojarzyły mi się z jakimś programem, Tradycje były do czegoś tam potrzebne, to jakieś tam Koncepcje do niczego mi nie pasowały. Był to okres, kiedy miałem jeszcze zakutą głowę a moje trzeźwienie było jedynie teorią. Momentem zwrotnym lub początkiem nabierania świadomości, co to jest program AA i jak funkcjonuje nasza Wspólnota AA, było uczestnictwo w Konferencji Regionalnej. Pojechałem tam ze swoim sponsorem. Pierwszy raz brałem udział w czymś takim. Pierwszy raz głosowałem i podejmowałem jakieś decyzje, oczywiście, jako mandatariusz. I pierwszy raz usłyszałem o Jedności, Służbie i Zdrowieniu. Pierwszy raz usłyszałem i zobaczyłem, że AA to nie tylko moja grupa. I chyba najważniejsze - dotarło do mnie, na czym polega służba mandatariusza i jak jest ważna. Nie tylko dla mnie egocentryka, ale dla mojej grupy i całej Wspólnoty AA. Miałem wrażenie i czułem, że uczestniczę w czymś podniosłym, ważnym. Nie znałem jeszcze ani Kroków, Tradycji i Koncepcji. Ale czułem się w końcu potrzebny. Grupa mi zaufała, a na moje niskie poczucie wartości, arogancję i lekceważenie, było to potrzebne lekarstwo. Nie zdawałem sobie do końca sprawy, w czym tak naprawdę uczestniczę i po co odbywa sie ta cała Konferencja, ale poczułem się częścią czegoś Większego ode mnie i od mojej grupy. Zaczęło do mnie docierać, na czym tak naprawdę polega trzeźwienie i program, po co jestem na Konferencji i w tym całym AA. Od samego poczatku towarzyszył mi sponsor. To dzięki niemu pojechałem na Konferencję, zacząłem na drugim mityngu myć szklanki i poszedłem pierwszy raz na dyżur telefoniczny. Zacząłem chodzić na Zespoły Regionalne i warsztaty do naszego PIK-u. Zacząłem uczestniczyć w życiu Wspólnoty. Zacząłem poznawać w końcu samego siebie, swoje słabości i pokonywać je a nie uciekać całe życie przed trudnościami. Zacząłem uczyć się funkcjonować i podejmować decyzje wśród ludzi a nie bez nich lub patrząc z góry ponad nimi. Właśnie wtedy, od tego momentu, od pierwszej Konferencji uwierzyłem, że AA jest dla mnie i może mi pomóc. Przyszedł wtedy odpowiedni moment na decyzję o poznawaniu samego siebie, poprzez kolejne Kroki, później Tradycje i w połączeniu ze służbą zacząłem przełamywać swoje słabości. Koncepcja pierwsza zabezpiecza Wspólnotę AA przed niekontrolowaną, nieuzasadnioną władzą (moją władzą). Ta władza w AA to zbiorowe sumienie (a nie moja władza). To grupy AA posiadają tę ostateczną władzę. Mandatariusze wypełniają jedynie obowiązki powierzone przez sumienie grupy. To poszczególni członkowie grupy wybierając mandatariusza, swojego zaufanego przedstawiciela, przenoszą swoją świadomość i nastawienie poprzez niego na forum Intergrupy. Na Inergrupie powstają wspólne wnioski do Rady Regionu i Konferencji Regionalnej. Tu po dalszej debacie i rozmowach lub wnioskach sumienie Konferencji staje się jedynym głosem AA w naszym Regionie. Głos ten jest przekazywany do Służb Krajowych. W ten sposób sami członkowie AA dbają o swoje interesy i stają się odpowiedzialni za istnienie Wspólnoty AA. W praktyce wygląda to różnie, sam tego doświadczyłem. Na początku miałem przekonanie o Boskiej opiece nad naszą i grupą, i Wspólnotą. Nie muszę, więc w nic się angażować. Arogancja w przestrzeganiu zasad i lenistwo to drugi powód, który poznałem u siebie. A najważniejszy to moja fałszywa duma i pycha, że muszę podporządkować się jakiemuś zbiorowemu sumieniu, głosowi czy czemuś tam jeszcze. Sam zawsze najlepiej wiedziałem jak mam postępować i jakie decyzje mam podjąć. Kiedy w praktyce, w rzeczywistości - czyli w służbach w AA spotykam się z różnym sposobem myślenia, często odmiennym od mojego, i mamy podjąć wspólną decyzję, wtedy jest moment prawdy o mnie, czy dążę do zgody i wspólnego dla nas dobra, czy dążę do swoich racji, do swojej władzy, realizowania swoich egoistycznych planów i ambicji. Ma to przecież nierozerwalny związek z moim funkcjonowaniem w firmie, w której pracuję, w domu, w środowisku, w którym żyje - czyli w społeczeństwie. Jest jedno zasadnicze pytanie. Czy chcę uczestniczyć w życiu Wspólnoty AA i brać odpowiedzialność za to jak funkcjonuję, czy chcę stać lub siedzieć z boku krytykując innych? Czy chcę być sam, czy razem, wspólnie podejmować odpowiedzialność za swoje trzeźwienie i za Wspólnotę? Koncepcja pierwsza i w ogóle Koncepcje podpowiadają mi, na doświadczeniach poprzedników, jak skutecznie mogę to wprowadzić w życie. Jak skutecznie poznawane zasady mogę stosować we Wspólnocie AA, nie szkodząc innym i sobie. To do mnie należy decyzja czy chcę poznawać i stosować te zasady w swoim życiu i Wspólnocie AA, czy dalej chcę tkwić sam w swojej utopii, że coś się zmieni bez mojego udziału i zaangażowania. Przy okazji zasad poznawanych we Wspólnocie AA, przypomniałem sobie rozmowę ze sponsorem. Usłyszałem bardzo cenną dla mnie wskazówkę. Jeżeli chcę coś zmieniać lub wprowadzać zmiany w AA, to dobrze by było, abym najpierw poznał i stosował zasady, które już funkcjonują i są sprawdzone przez innych, i dopiero zmieniał, a nie odwrotnie. To także świetnie sprawdza się w życiu. W pracy niejednokrotnie szef podpowiadał mi, mając doświadczenie, abym wykonywał powierzone obowiązki w sprawdzony taki, a nie inny sposób. Pomimo, że słuchałem go, to nie usłyszałem i robiłem po swojemu. Zawsze zrobiłem źle. Kiedy po wielu kłótniach i nieporozumieniach schowałem swoją dumę i pychę do kieszeni, okazało się, że niektóre sposoby szefa są skuteczne i działają. Wystarczyło tylko spróbować a później tylko poprawiać. Wychodzi to na zdrowie i mi, i firmie, w której pracuję. Podobnie myślę jest z Koncepcjami AA i innymi zasadami poznawanymi we Wspólnocie AA. 

Mariusz AA


ZACHOWAJMY TO W PROSTOCIE

Przez całe lata byłem przekonany, że prostota to prymitywne myślenie czy postępowanie. Człowieka na poziomie nie powinny cechować najprostsze rozwiązania czy koncepcje, bo to świadczy o jego niskim poziomie intelektualnym. Było to też jednym z kryteriów oceny innych. Im bardziej zawile i skomplikowanie tym lepiej. Taki stereotyp myślowy tkwił we mnie przez wiele lat. Zacząłem go zmieniać z chwilą rozpoczęcia trzeźwienia, czyli pracy nad sobą, a nie tylko abstynencji. Pierwszym sygnałem było moje potraktowanie zaleceń terapeutycznych i poznawanie istoty 12-kroków AA. Początkowo wydawały mi się trudne do zrozumienia i zastosowania w swoim życiu. W miarę upływu czasu nabierałem przekonania właśnie o ich prostocie, choć początkowo nie było to łatwe. Na przykład dokonanie obrachunku moralnego (4 krok). Jeszcze trudniej było przedstawić go innym (5 krok). Były łzy, wstyd, poczucie winy, ból. A potem ulga, radość i uczucie oczyszczenia. Podobne odczucia, choć o znacznie mniejszym nasileniu, miałem gdy swego czasu szef zaproponował mi kilkudniowy wyjazd na szkolenie. Kursanci różnie urozmaicają sobie czas będąc daleko od domu. Długo myślałem jakich użyć argumentów aby tam nie jechać np., że znam większość tematyki, resztę poznam z materiałów szkoleniowych. To byłaby prawda, ale nie zawierająca prawdziwych powodów mojej odmowy i musiałbym się liczyć z odmową szefa. Prościej i skuteczniej było powiedzieć mu prawdę. Spotkałem się ze zrozumieniem, życzliwością i zapewnieniem o udziale w szkoleniu, kiedy będzie w Warszawie. Zmierzam do tego, że prostota może początkowo wydawać się trudniejsza. To nie jest paradoks. Choćby w opisanych przykładach, ale w ostatecznym rozrachunku jest nie tylko skuteczniejsza, ale też wartościowsza i uczciwsza niż wyszukane rozwiązania, które często są też manipulacją. Nie tylko w trzeźwieniu, także w codziennym życiu nie związanym z alkoholizmem, jak np. przyznanie się sąsiadowi, że zapomniałem kupić mu chleba idąc po zakupy. To prostsze i uczciwsze niż usprawiedliwianie się i szukanie różnych argumentów uzasadniających dlaczego nie dotrzymałem słowa. Te przykłady wpływają na relacje z innymi (całe moje obecne życie toczy się wśród różnych relacji) czasem korzystnie, choć bywa, też inaczej, ale i wtedy ma to swoje dobre strony, ponieważ sytuacja jest dla mnie przejrzysta. Ujmując to kolokwialnie: „wiem na czym stoję”, niezależnie od tego czy dana sytuacja dotyczy innych czy tylko mnie.

Pozdrawiam
Wojtek AA Warszawa

MITYNG W CZASIE ŚWIĄT

Święta, czas rodzinnego ciepła, czas radosnego oczekiwania, czas pospiesznych zakupów. Fajny czas dla normalnego człowieka, dla faceta, którego myśli krążą wokół tych wszystkich przyjemnych spraw i problemów dotyczących świąt, oczekiwania na nie i przeżywania ich w gronie rodzinnym. Nie dla mnie. Ten czas, kiedy sięgnę pamięcią wstecz, był okresem niepewności, zagubienia i beznadziei. Miałem krótki okres nie picia, kiedy zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Niby byłem na terapii, niby chodziłem już na mityngi, ale cały czas czułem się przegranym facetem. Niewiele rzeczy potrafiło mnie rozbawić, nie wiele spraw sam potrafiłem rozwiązać. Byłem kłębkiem nerwów i życiowym depresantem. Świąt po prostu się bałem. Wcześniej w okresie czynnego alkoholizmu był to czas intensywnej pracy, głównie logistycznej w temacie: ile alkoholu kupić, gdzie ukryć i które momenty spotkania rodzinnego będą najlepsze do wymknięcia się na setkę? Pracowałem całym sobą, układałem scenariusze, ćwiczyłem najlepsze warianty, byłem zajęty, moja głowa, moje myśli krążyły wokół tematu alkoholu, inne sprawy spławiałem lub załatwiałem dla dobra „jednego celu”. W czasie świąt byłem miły, grzeczny i ustępliwy. Do czasu, kiedy urywał mi się film i było mi wtedy wszystko jedno. Tak było. Przed pierwszymi trzeźwymi świętami po prostu się bałem, bałem się myśleć, bałem się kreowanych przez moją głowę scenariuszy: Jak to będzie? A nie wypadało to zbyt kolorowo, wręcz przeciwnie raczej w czarnych barwach. W dzień Wigilii wpadłem w panikę. Od paru dni już nie było terapii (przerwa świąteczna), na mityngu też byłem parę dni wcześniej i był on przepełniony radosnym oczekiwaniem, a ja nic nie mówiłem o ciążącym mi problemie. Ten dzień był kulminacją moich strachów i lęków. Nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Żona patrzyła na mnie podejrzliwie, jakby w oczekiwaniu na najgorsze. Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca w domu, więc pomocnik był ze mnie żaden. Musiałem coś zrobić, znaleźć jakieś rozwiązanie albo się napić. Wtedy przypomniałem sobie o mityngu i w akcie desperacji powiedziałem żonie, że idę na mityng i że wrócę za dwie godziny akurat na Wigilię. Popatrzyła na mnie z rezygnacją, ale nic nie powiedziała, a ja tylko zastanawiałem się, czy przypadkiem w mityngach też nie ma przerwy świątecznej. Nie było. Byli odświętnie ubrani ludzie, mówili o swoich poprzednich wigiliach, jak przeżywali pierwsze trzeźwe święta. Mówili również, jak cudownie to teraz przeżywają, i że warto walczyć, bo jest o co. Wyszedłem z mityngu już, jako inny człowiek. Nie bałem się, miałem przed oczami zupełnie inny scenariusz, taki pozytywny, ciepły i radosny i takie były całe święta. Pierwsze trzeźwe święta od wielu lat. Nie chcę myśleć, co by było, gdybym zastał drzwi zamknięte do Sali mityngowej. Nie wiem. Tego nie było, były otwarte. Wiem natomiast, że od tamtego mityngu nie wyobrażam sobie, by mityng mojej macierzystej grupy mógł się nie odbyć, by ktoś naciskając klamkę zamkniętych drzwi, pomyślał, że znowu mu się nie udało. Na własnej skórze przekonałem się, jak ważne są świąteczne mityngi, być może uchronił mnie taki mityng od poważnych konsekwencji, a sprawił wręcz coś zupełnie odwrotnego. Wtedy pierwszy raz uwierzyłem, że może mi się udać, że w święta mam się cieszyć i wręcz delektować radością mojej żony, kiedy wróciłem trzeźwy i uśmiechnięty. Może mi się udać, bo im się udało, przyjaciołom z mityngu. Niech żyją mityngi w czasie świąt. Jakichkolwiek świąt.

Alkoholik Rysiek


JESTEM KOBIETĄ.


Jestem kobietą, jestem lekomanką i alkoholiczką i mam to szczęście, że jestem we Wspólnocie AA. Trzeźwieję już siódmy rok, od ponad dwóch jestem we Wspólnocie. Dlaczego tak krótko? Trudno to wytłumaczyć, dlaczego przez pierwsze cztery lata nie chciałam korzystać z pomocy grupy, dlaczego  postanowiłam trzeźwieć sama? Chodziłam na mityngi już wcześniej, gdy byłam na terapii w Poradni i potem, w OTU, ale robiłam to raczej z przymusu, bo takie wymogi stawiała terapia lub po to, by spotkać się ze znajomymi. Nie umiałam odnaleźć się wśród ludzi, którzy są zadowoleni i wciąż dziękują jakiejś Sile Wyższej. Czy to sekta jakaś? Z reguły wychodziłam z mityngów w czasie przerwy, nie mogłam dłużej wysiedzieć. Przyszedł jednak czas, że bardzo zapragnęłam pójść na mityng. Moja Mama ciężko zachorowała, Mama, którą nareszcie  szczerze pokochałam, która przestała być moim cenzorem a stała się... mamą. Wiedziałam, że wkrótce będę musiała się z nią pożegnać Przestraszyłam się, jak to zniosę, jak dam sobie radę? I usłyszałam wtedy szept Boga: Idź na mityng. Poszłam i już tam zostałam. Pożegnałam Mamę w ciszy, smutku, ale i z poczuciem wdzięczności, była moją Mamą i z nadzieją, że dzięki Niej znalazłam się na dobrej drodze. Taki scenariusz napisał dla mnie mój Bóg - musiałam najpierw odrzucać, negować, aby wreszcie otworzyć swoje serce na słowa i emocje innych. I już nie przeszkadzało mi  to dziękowanie Bogu, modlitwy - dziś sama modlę się codziennie po kilka razy. Dziękuję Bogu, co rano klęczę, z modlitwą na ustach. Tego nauczyła  mnie Wspólnota. Chodzę na mityngi dwa razy w tygodniu, mam swoją macierzystą grupę. Byłam na różnych mityngach. Na większości z nich  panów jest więcej, pomijając grupy kobiece. Pamiętam też takie, na których byłam jedyną kobietą, ale to nic nie zmienia. Nie czuję się tam gorsza czy lepsza, nie widzę różnicy między trzeźwiejącym alkoholikiem a trzeźwiejącą alkoholiczką. Szczególnie pamiętam jeden mityng, na Ursynowie, na który przybiegłam - dosłownie. Tego dnia wróciłam zajęć z OTU trochę wcześniej i w domu zastałam przyjaciółkę mojego męża. Wraz z moją jedenastoletnią córką wybierali się na zakupy. To było koszmarne uczucie, takie namacalne odrzucenia i co gorsza - zagubienie w oczach mojej córki, jakby wiedziała, że dzieje się coś złego i ona musi w tym uczestniczyć. Do dziś noszę w pamięci obraz rozpaczy w jej oczach. Kiedy zostałam sama... no właśnie, co zrobić z takimi uczuciami? Pod ręką, w szafce stał alkohol. Nie napiłam się, pobiegłam na mityng. Spotkałam tam kilku panów, moich przyjaciół-alkoholików. Wysłuchali mnie, ja wysłuchałam ich. Pomogło. Trudniej było mi pić, jako kobiecie, bo czułam ciężar tego stereotypu, że kobieta to matka, opiekunka,  to wcielenie dobra, miłości a pijana kobieta to największy wstyd. Trzeźwieje mi się cudownie - jako kobiecie i jako matce. Jestem już byłą żoną i nie szukam partnera. Nie jestem samotna, mam ukochaną córkę i -  dzięki Wspólnocie -  mnóstwo przyjaciół. Nasze spotkania nauczyły mnie też, że nie tylko kobiety są delikatne i wrażliwe. Znam wielu trzeźwiejących alkoholików o gołębich sercach a głębia ich uczuć niezmiennie mnie wzrusza. Wszystkich trzeźwiejących - zarówno kobiety jak i mężczyzn gorąco pozdrawiam. Trzeźwieje mi się z Wami cudownie. Łączą nas te same problemy, mamy tego samego wroga - nasze chore myślenie o butelce pełnej alkoholu. Często mamy podobne życiorysy i piciorysy, ale też przed nami  najpiękniejsza podróż po nowym, trzeźwym, zdrowym  życiu. Niech ta podróż trwa jak najdłużej. Do zobaczenia na szlaku.
Iwona AA


WOLNOŚĆ

Byłem na mityngu. Jednym z tematów była „Wolność”. Słuchałem, jak wypowiadali się znajomi i zastanawiałem się, co dla mnie oznacza wolność i czy jestem wolny. No właśnie jak to jest u mnie i jak sobie radzę. Jak piłem, nie byłem wolny. Byłem zniewolony przez gorzałę, która mną rządziła. Nie potrafiłem się od niej uwolnić ani nic zmienić w swoim życiu. Miała czarodziejską moc, której nie mogłem wtedy pokonać. Nie mogłem dokonywać wyborów, nie mogłem być normalnym człowiekiem. Tylko co raz bardziej upadałem idąc ku przepaści życiowej. Ależ to były czasy, kiedy sponiewierany przez życie i moją butelkę obiecywałem sobie, rodzinie, bliskim poprawę i zmianę swojego postępowania i zmianę swojego życia. I co? Katastrofa na każdym poziomie życia. Wtedy to była tylko egzystencja. Od butelki do butelki, od zapicia do kolejnego zapicia. Nawet modlitwa nie pomagała, aby poczuć się chociaż przez chwilę dobrze, chociaż przez chwile poczuć, że mam szanse coś z tym zrobić. Coś zrobić ze swoim życiem. I nagle, kiedy uznałem bezsilność wobec alkoholu, moje życie zaczęło się pomału zmieniać. W sumie to nie życie tylko ja się zacząłem zmieniać. Program 12 Kroków AA, Wspólnota, a także terapeuci pokazali mi nową możliwość życia. Na terapii dostałem narzędzia i pokazano mi, jak mam z nich korzystać. Wspólnota okazała się moją „nową” rodziną. Z dala od gorzały, kłótni, przemocy. Słuchałem przyjaciół i brałem na ile mogłem z ich wypowiedzi do siebie. Natomiast Program 12 Kroków okazał się programem na moje nowe życie i z którego korzystam do dnia dzisiejszego. Bo chociaż program składa się z 12 wskazówek to po „przerobieniu” ich, nie kończy się praca na tym programie. Ten program funkcjonuje każdego dnia. Będąc trzeźwym okazało się, że potrafię podejmować decyzję. Że wódka już mną nie kieruje, że potrafię rozmawiać z drugim człowiekiem. Po woli uczyłem odnajdywać się w życiu. Stawiać sobie cele, które chciałem realizować. Nagle okazało się, że mam jakieś małe marzenia. Że nie jestem najważniejszy. Że jestem wolny. Wolny przez duże W. Nareszcie mogłem spojrzeć rodzinie w oczy, przeprosić i mogłem coś obiecać. Moje słowa nie są rzucane na wiatr. Kiedy coś obiecuję, to staram się wywiązać z obietnicy. Jest mi teraz łatwiej. Realizuję zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików, pamiętając kim jestem. Tak, jestem alkoholikiem, który już nie pije, ale zawsze nim będę. Już raz przerwałem cienką linię między piciem towarzyskim a upijaniem się. Dla mnie nie ma już picia kontrolowanego. I nie martwi mnie to. Ja już nie zastanawiam się, co robiłem wczoraj i gdzie byłem. Komu mogę spojrzeć w twarz a od kogo mogę dostać. Dziś szanuję siebie i drugiego człowieka. Dziś dokonuję wyboru. Tak jak pisał mój terapeuta - „Wolność wybór, wybór Wolność”. Dziś to ja wybieram, czy chcę być wolnym i szczęśliwym, czy chcę być śmierdzący i pijany. Już nie żyję na poczuciu winny i nie jestem wykorzystywany przez to, przez innych, tak jak to było kiedyś. Wtedy robiłem rzeczy, których nie chciałem, ale trzeba było. Bycie wolnym to życie pełną piersią. Robienie tego, na co ma się ochotę. To możliwość stawiania granic i dbania o siebie i swoje potrzeby. To możliwość rozwoju na różnych płaszczyznach życia. Możliwy rozwój duchowy, emocjonalny. Bycie wolnym, to bycie szczęśliwym człowiekiem. Ja dziś właśnie takim człowiekiem jestem. Dziś mogę rano spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie „stary uśmiechnij się, dziś będzie fajny dzień”. Ale będzie tylko tak, jak będę trzeźwy. To jest warunek, który musi być spełniony. Ktoś powie, że człowiek wolny nic nie musi. Może i tak. Ja chcę być trzeźwy a to się wiąże z warunkiem, który chcę spełnić. Na koniec życzę wszystkim, którzy czytają ten artykuł, aby dążyli do swojej wolności. Nie poddawali się i realizowali swoje małe marzenia.
Marcin AA


TO DZIAŁA

W czasie, kiedy piszę ten list do Was, do biuletynu „Mityng”, oczekuję na transport do jednostki, w której się zaczęła moja przygoda z AA, moje „Poznanie Drogi do Trzeźwości” Chciałbym podzielić się z Wami swoimi przeżyciami, doświadczeniami i wyrazić wdzięczność ludziom, alkoholikom, którzy wyciągnęli do mnie pomocną dłoń. Nie namawiali mnie, tylko pokazali, jak to działa u nich. Gdy trafiłem do zakładu karnego w 2013 r, byłem wrakiem człowieka, wyniszczonym fizycznie i psychicznie, co było wynikiem tego, co opisuje poniżej. Miałem parę krótkich wyroków za jazdę po pijaku, coś w zawiasach i czekały mnie dalsze konsekwencje. Dochodziłem do sprawności fizycznej po ostatnim wypadku, który spowodowałem oczywiście pod wpływem alkoholu. Dzięki Bogu ucierpiałem tylko ja. Moje ciągłe nieodpowiedzialne zachowanie po alkoholu, czyli prowadzenie pojazdu pod wpływem doprowadziły mnie tu, gdzie teraz jestem. Wiedziałem już, że jestem alkoholikiem, przyznałem się do tego. To było w moim przypadku najprostsze. Chciałem coś z tym zrobić, ale… Po rozmowie z więziennym psychologiem zgodziłem się na terapię i psycholog zaproponował mi, żebym chodził nas mityngi. Więc poszedłem, bo chciałem spróbować. Tym bardziej, że miałem już tę świadomość, że nie mam nic do stracenia. Przecież nic mnie to nie kosztuje. No właśnie. Nie było łatwo. Ta mowa o Sile Wyższej, o Bogu. Działało to na mnie, jak przysłowiowa płachta na byka. Gryzłem się tym strasznie. Ale słuchając wypowiedzi, utożsamiałem się z nimi. Odnajdywałem się w większości z nich. Czasami powiedziałem coś, ale było zawsze jakieś „ale”… Nie godziłem się z ta wiarą w Siłę Wyższą, w Boga. Myślałem: „Jak ja mam uwierzyć, skoro wszystko zawdzięczam tylko sobie. Na wszystko musiałem sam zapracować, a teraz mam się zwrócić do kogoś o pomoc”. „Ja”, „moja duma” mi na to nie pozwalała. Drażniło mnie to wszystko, ale chodziłem na te mityngi nadal. W końcu zawsze to się liczy do wokandy itd., - myślałem. Pewien alkoholik mi powiedział: „Rób coś, a na efekty nie będziesz musiał długo czekać”. Więc robiłem, chodziłem na spotkania, słuchałem, z czasem zacząłem czytać literaturę AA. I coś się działo. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co. Nieświadomie wyciągałem wnioski z tego, co usłyszałem na mityngach, co dowiedziałem się z literatury. I zacząłem „żyć w zgodzie z samym sobą”. Zacząłem się modlić wieczorami, oczywiście, jak nikt nie widział, odwrócony do ściany. Czyżbym zaczął wierzyć w Boga? W Siłę Wyższą? A może wierzyłem wcześniej, tylko wstydziłem się przyznać? Nie wiem, ale już na pewno chciałem wierzyć. Prosiłem Boga: „Jeżeli jesteś, to zrób coś, pomóż!” I tak minęły prawie 2 lata. Zbliżał się termin wyjazdu na terapię. A ja chodziłem na mityngi, co sobotę, czytałem „Kroki”, „Tradycje”, „Desideratę”. Nawet dali mi Wielką Księgę AA, ale nic z tego nie rozumiałem, nie czułem tego. Tylko coraz częściej zastanawiałem się, czy ja dam radę nie pić po wyjściu. Coraz mniej było wiary w siebie i pewności, że nie będę pił, i że dam sobie radę sam. Bo przecież miałem tę świadomość, że byłem już na swoim dnie, że poddałem się, że przez picie straciłem wszystko – rodzinę, zdrowie, jestem w mamrze. Przychodził lęk - a co będzie, jeżeli mi się nie uda? Przychodziła świadomość. I tu terapia zrobiła swoje. Szczególnie moi terapeuci pomogli mi wiele i wiele im zawdzięczam. I ludziom, których tu spotkałem, więźniom takim jak ja, co chcieli coś ze sobą zrobić. Tak, według mnie to było działanie Boga. Ci wszyscy ludzie, to, co tam się działo, mityngi i alkoholicy z AA, którzy przychodzili z wolności i dawali wręcz świadectwa. Udowadniali - „To działa, jeżeli tylko chcesz”, „Rób coś, a na efekty nie będziesz długo czekał”. A ja chciałem i nadal chcę. Pomógł mi właśnie ATLANTIS, ludzie, których postawił Bóg na mojej drodze. Tak, i Bóg. Wiara w Boga przywróciła mi nadzieję, że może mi się udać. Dziś sam nie wiem, jak to się stało, ale uwierzyłem w Siłę Wyższą, w Boga. Na wierze opieram swoją drogę do trzeźwości. Poczułem, że nie jestem sam, że mam duszę. Czy można poczuć się wolnym za kratami?  Tak. A to wszystko zaczęło się na mityngu w Zakładzie Karnym w Grójcu. Przy okazji chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, których spotkałem na Oddziale ATLANTIS.
Warszawa- Mokotów
Anonimowy Alkoholik
Jacek